Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Trzy restauracje w Bad Hofgastein

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że regularnie jeździmy do Austrii na narty, do tej samej miejscowości (Bad Hofgastein). Mamy nie tylko swoje ulubione trasy zjazdowe, ale także restauracje, do których wracamy. O dwóch z nich, oraz o tegorocznym odkryciu, chciałam Wam opowiedzieć - a nuż wybierzecie się w tamte strony...?

Po pierwsze: kuchnia nie-austriacka, bo włoska - a więc La Piccola Italia (Kurpromenade 11, Bad Hofgastein). Podobno każdy ma swoją ulubioną lokalną trattorię. W W-wie mamy taką potencjalną, całkiem przyzwoitą, za rogiem, ale gdybym miała powiedzieć, jaka jest moja ulubiona włoska knajpka, wybrałabym właśnie La Piccola Italię. Restaurację prowadzi sympatyczne małżeństwo włosko-austriackie, tj. Astrid i Luca. Ona zajmuje się salą, on pracuje w kuchni. Menu bazuje na sprawdzonych szlagierach i na tyle, na ile się zorientowałam, niewiele się zmienia. Na niektórych daniach nieco odcisnęła piętno kuchnia austriacka, np. jeśli chodzi o mocno kwaśne doprawienie sałatek. Wśród przystawek jest carpaccio mięsne lub tuńczykowe, caprese czy sałatka z owoców morza; makarony obejmują tak znane pozycje, jak aglio, olio, pepperoncino czy arrabiata, dań głównych zaś jest kilka, w tym ok. 2 rybne.  Makarony są raczej z paczek a pomidory z fabrycznej passaty, nie z własnego ogródka :), ciabatta przypuszczam, że od zewnętrznego dostawcy, ale smaczna. Niespodzianek specjalnych nie będzie (no, chyba jeśli chodzi o ilość octu w przystawce czy strzępki sałaty w caprese - nie wiem, co one tam robiły i dyskretnie udałam, że ich nie widzę ;), ale o to właśnie chodzi. To miejsce, do którego się przychodzi np. w sobotę wieczorem, całą rodziną lub w mniejszym gronie, witając się na progu z Astrid jak ze starą znajomą. Potem zamawia się znane, bezpieczne dania i równie znane czerwone wino (Eliseo). W tamtą sobotę, gdy jedliśmy kolację 'u Włocha', wszystkie stoliki były zajęte, a kilka osób posilało się przy barze, ew. tam czekało na stolik, więc warto zarezerwować miejsce na wieczór. W środy jest Ruhetag, czyli wolne i restauracja zamknięta.

W restauracji nr dwa także warto wcześniej zarezerwować stolik (pamiętając, że wolne jest we wtorek). Mowa o S'Tröpferl (Pyrkerstrasse 20, rzut beretem od Piccola Italii), vel "Białym (Zielonym*) domku" - domek zresztą widać w pełnej krasie na zdjęciu nr 1 (dziękuję Em. za obfotografowanie ;). W tym miejscu byłam na przestrzeni ostatniej dekady więcej razy niż 'u Włocha', pomimo tego, że knajpa nie jest doskonała. Przede wszystkim problem stanowi obsługa. Miewa swoje humory, potrafi być (bardzo) opieszała i występują problemy językowe, tj. problem z użyciem języka angielskiego, pomimo tego, że w restauracji bywa wielu turystów. Karta dań angielska teoretycznie jest, ale np. dania sezonowe/dania dnia w niej nie występują, a ponadto, gdy dochodzi do zamówienia, okazuje się, że i tak wszystko sprowadza się do języka niemieckiego (i do odręcznie napisanego menu). Jeśli się nim włada kiepsko, można mieć kłopot (i w zw. z tym ostatnio mieliśmy duże problemy z ilością i rodzajem deserów zamówionych, w odróżnieniu od tych, które pojawiły się na stole). Jeśli jednak przyjąć postawę 'zen' i nie przejmować się, że ktoś trzaska wściekle kuflami lub ignoruje klientów przez 30 minut, można całkiem przyjemnie spędzić wieczór. Wnętrze urządzone jest nieco gemütlich, nieco jak 'folk gospoda'. Kuchnia jest zdecydowanie austriacka. Dominuje mięso, ale jest także sporo świeżych warzyw jako dodatków oraz ryby, zwłaszcza pstrąg. Kiedyś była w karcie pyszna kremowa zupa czosnkowa, która wymagała jedzenia przez wszystkich biesiadników, a przynajmniej osoby mające przebywać w jednym mieszkaniu przez najbliższą dobę. Rok temu M zjadł, jako ciekawostkę, krowię wymię (nie wspomina go jako szczególnie smacznego). Inną specjalnością jest danie złożone z dziewięciu knedli z różnym nadzieniem. Porcje zazwyczaj są obfite, a dania sycące. Poniżej widać Zwiebelkuchen (placek cebulowy, ale nie drożdżowy) zamówiony podczas ostatnią wizytę przez Em.
Po trzecie: tuż przed wyjazdem M odkrył, że w naszej miejscowości (a właściwie tuż za Bad Hofgastein) jest restauracja wyróżniona Bib Gourmand przewodnika Michelin. Mowa o Bertahof, dokąd oczywiście się udaliśmy. Poniżej widać 'domek' stanowiący element ogrodu przez restauracją, z reklamą bardzo smacznego piwa pszenicznego Die Weisse, które piłam do posiłku:
Bertahof także specjalizuje się w kuchni narodowej, ale w innym wydaniu niż S'Tröpferl. Różnicę widać na pierwszy rzut oka: wystrój jest bardziej stonowany, umiarkowanie ludowy (choć kelnerki noszą stroje regionalne) a klientela dość elegancka, miejscowa, w wieku średnim lub starszym (turyści-obcokrajowcy stanowią zdecydowaną mniejszość, w przeciwieństwie do S'Tröpferl). Dania są także mniej przaśne, a nawet niekiedy z lekkimi pretensjami do haute cuisine (co nie zawsze im wychodzi na dobre). Można powiedzieć: kuchnia austriacka XXI wieku ;). Pierwsza wizyta, lunchowa, wywarła na nas bardzo pozytywne wrażenie: średnio wysmażone kotleciki jagnięce z ziołami, podane z ziemniaczanym gratin i duszonymi warzywami, do tej pory wspominam z rozmarzeniem - były idealne. M jadł kotleciki cielęce, także bardzo dobrze przyrządzone, choć miał zastrzeżenia co do dodatków (wg jego słów, niepotrzebnie skumulowano zbyt wiele różnych składników - dwa różne sosy, trzy formy podania ziemniaków - na jednym talerzu). Druga wizyta (kolacja) była nieco mniej udana spożywczo. M zamówił stek jagnięcy na kamieniu. Idea była taka, że gość obrabia sobie mięso sam, zgodnie z upodobaniem, jednak mięso przyszło na stół już dość mocno wysmażone. Ja miałam tymczasem problem z knedlem ze szpinakiem (klasyczne austriackie danie - w S'Tröpferl także występuje), który był na mój gust zdecydowanie zbyt słony (zupa z topinambura zresztą była też dość słona, ale mniej, niż knedel...). Przy obu wizytach obsługa była poprawna i dość sympatyczna. Chleb podany na początek nie był domowy, ale świeży i smaczny, do tego były dwie smaczne pasty do smarowania pieczywa (różne przy każdej wizycie) i smalec. Piliśmy także ciekawe austriackie wina - mocno gruszkowy Gruner Veltliner i Zweilgelt, plus wspomniane wcześniej piwo Die Weisse (które w przeciwieństwie do wielu innych 'Weizenów' nie smakuje zmiksowanymi bananami). Na "deser" zaś odkryliśmy w podziemiach restauracji - po drodze do toalety - bardzo ciekawą wystawę starych zdjęć. Przy kolejnej wizycie chętnie dłużej im się przyjrzę.
* W zależności od tego, jak kto postrzega kolory.
środa, 24 marca 2010, ptasia
Print Friendly and PDF

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/03/24 22:33:47
Się nie wybieram (bynajmniej na razie) ale Ptasiu dziękuję za kolejną wspaniałą recenzję kulinarno-podróżniczą :)
-
Gość: kasiad, *.telpol.net.pl
2011/01/01 17:28:17
Czytam właśnie, że jeździsz na narty do Austrii. Wybieramy się w styczniu do Werfen niedaleko Salzburga, znasz może te okolicę?
-
2011/01/01 18:22:34
Byłam w Werfen latem, ale nie jeździłam nigdy na nartach. Poza doliną Gasteinu w Austrii byłam tylko w Maria Alm, Zell am See i Flachau.

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna