Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Brugia: piwo, czekoladki, rowery i kanały

Jako dziecko tam byłam przejazdem: zapamiętałam tylko kanały. Natomiast gdy prawie dwa lata temu obejrzałam film In Bruges (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj) Martina McDonagha, postanowiłam, że do Brugii kiedyś trzeba pojechać. Co też zrobiłam w miniony weekend. Relacja byłaby zapewne wcześniej, gdybym nie spędziła ostatnich kilku dni zawzięcie chorując (wrrr).

Na początek zwiastun filmu, jeśli ktoś nie widział, a polecam - poza tym, poziom Brugii w In Bruges jest wysoki:

Pieska z 1:48 minuty znamy: nazywa się Fidel, należy do właścicielki pensjonatu, w którym mieszkaliśmy i często sobie tak wypatrywał przez okno ;)

Gdybym miała w skrócie powiedzieć, z czym kojarzy mi się miasto, powiedziałabym, jak w tytule posta: z piwem, czekoladkami, rowerami i kanałami. No, i jeszcze z koronkami, choć te niespecjalnie mnie osobiście interesują.

Zacznijmy od piwa: podczas zwiedzania browaru De Halve Maan dowiedzieliśmy się, że w Belgii warzy się 700 rodzajów piwa. Napój ten traktuje się znacznie bardziej serio, niż w innych krajach: tu się go degustuje. Preferowane jest piwo butelkowe, a zazwyczaj się nalewa porcje 0,33 ml - co ma sens, zważywszy na to, że procent alkoholu jest najczęściej wyższy, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Chwali się też to, że piwo podaje się naprawdę mocno schłodzone (nieznoszę ciepłego). Moim ulubieńcem stał się pszeniczny witbier - czysty smak, delikatny, idealny na upał.

W restauracji Den Dyver, którą gorąco polecam (uwaga: stolik na wieczór trzeba rezerwować wcześniej!), piwo traktują tak, jak w innych miejscach wino. Zamawiając menu złożone z np. 3 dań (sezonowych - w zeszłym tygodniu tematem przewodnim były szparagi), można domówić do jedzenia specjalnie dobrane piwa - do każdego dania inne. Warto spróbować, szczególnie, że te same piwa zostały najczęściej wykorzystane w danym daniu, np. w sosie. Z dań, których spróbowałam, najbardziej smakowało mi rillette z węgorza (lokalny przysmak) podane jako amuse bouche i danie główne: labraks z pieczonymi pomidorkami koktajlowymi i sosem ziołowym.

Jeśli chodzi o czekoladki: przyznaję, że nie jestem bardzo czekoladolubna. Chcieliśmy jednak przywieźć coś słodkiego rodzinie w prezencie i wypadało dokonać wcześniej degustacji. Sklepów z czekoladkami jest w Brugii pełno i trudno dokonać wyboru, do którego się udać. Po namyśle wyeliminowaliśmy sieciówki, sklepy na głównym deptaku i te, w których kłębiło się od turystów. Wybór padł na The Old Chocolate House: firmę rodzinną, wnioskując ze zdjęcia na ścianie za kasą.

Dokonawszy wyboru dziewięciu smaków (lawenda, herbata, truskawka i inne...) udaliśmy na górę po wiąziutkich schodkach do tzw. tea roomu: pomieszczenia jak dla krasnoludków, z malutkimi stolikami, ale gdzie czekoladę pitną podaje się w sporych miseczkach, jak cafe au lait. Degustacja się udała, choć okazało się, że 9 czekoladek na 2 osoby to całkiem dużo. Ba, jedna sztuka to już całkiem dużo. Ale smak i jakość - pierwszorzędne.

Trzeba przyznać, że Belgowie lubią jeść i chętnie stołują się w restauracjach. Większość knajpek oferuje bardzo atrakcyjne cenowo menu lunchowe i w godzinach 12-14 często trudno o wolne miejsca. I tak do Dillgence (w którym kręcono parę scen ze wspomnianego wyżej Najpierw strzelaj...) na obiad się nie dostaliśmy, więc wróciliśmy na kolację. Jak w większości miejsc, w karcie dominują ryby i owoce morza (w ciągu niecałych 4 dni w Brugii zjadłam ich tyle, co w W-wie w ciągu dwóch tygodni!). I tak tu zjedliśmy bouillabaisse (z Morza Północnego) i "krewetki Diligence".

Z innych doświadczeń restauracyjnych odwiedziliśmy także Aneth (jedna gwiazdka Michelina). Wybraliśmy menu składające się z 9 małych dań (ale coś się komuś gdzieś pomyliło, i otrzymaliśmy... 10), z których 3 to były prawdziwe perełki: chłodnik pomidorowy z wasabi, szparagi z krewetkami i jajkiem w koszulce oraz ser pleśniowy na ciepło. Pozostałe pozycje były oczywiście smaczne, ale nie wywołały na nas większego wrażenia. Wybór win do potraw, na które zdecydował się M, był co najmniej dyskusyjny, obsługa także nie była idealna. Nie żałuję wizyty, ale zarazem nie jest to miejsce, do którego bym chciała wrócić. Jeśli jednak ktoś by się zdecydował na 9-cio daniowe menu, warto pamiętać, by zarezerwować sobie co najmniej 4 godziny w restauracji i przyjść wypoczętym (oraz głodnym :).

Byłam także pod wrażeniem belgijskiego pieczywa: każde, z którym miałam do czynienia, było bardzo świeże i smaczne. Poniżej wybór śniadaniowy w naszym pensjonacie, Huyze Hertsberge: croissanty, brioche, pain au chocolat, bagietka biała i na zakwasie.

Wspomniałam o kanałach i rowerach: trudno je przegapić. Te pierwsze stanowią wdzięczny obiekt fotograficzny.

Być może w Brugii nie ma nine million bicycles, jak śpiewa Katie Melua (ale w końcu to nie Pekin z piosenki ;), niemniej jest ich bardzo wiele. Stoją zaparkowane wszędzie, często w najdziwniejszych miejscach (patrz zdjęcie niżej). Muszę jednak przyznać, że po centrum miasta nie chciałabym jeźdżić - najczęściej rowerzyści muszą korzystać z dróg, po których nie dość, że jeżdżą samochody i autobusy, to jeszcze chodzą tłumy turystów.

A skoro o malowniczych obiektach mowa, oto to, co zawsze najbardziej lubię fotografować...

Jeszcze jedną brugijska atrakcją są... sklepy specjalistyczne, poświęcone wąskiej gamie produktów. Przykładem może być sklep wyłącznie z pluszowymi misiami (najróżniejszego typu) czy butiki z rzeczami dla psów i kotów. Bardzo przypadł mi do gustu Dille & Kamille, sieciówka (tylko w Belgii i Holandii) z rzeczami do kuchni, łazienki i ogrodu.

Artykułów ozdobnych jest mało (głównie świeczki), raczej przedmioty praktyczne - wszystkie możliwe łyżeczki, trzepaczki, foremki, szklanki, kubeczki, skrobaczki, itp., wyłożone na półkach trochę jak w sklepie z narzędziami. Raj dla miłośników kuchni, nawet jeśli nie są specjalnie gadżeciarzami. W ofercie sklepu są także przyprawy, które stoją na półkach za kasą w wielkich puszkach - dzięki temu dowiedziałam się, że intrygujący "dragon" to nic innego, jak estragon po niderlandzku (a obstawiałam jakąś mieszankę ostrych przypraw).

Podsumowując: jeśli nie macie pomysłów dokąd się udać na weekend, a macie czas i możliwości na dłuższą podróż, polecam Brugię. Tym samym życzę Wam miłej majówki (moja chyba upłynie na cichej i spokojnej rekonwalescencji...)

piątek, 30 kwietnia 2010, ptasia

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/04/30 12:31:16
Bardzo ciekawa foto-relacja. Ciesze sie, ze Belgia robi sie popularna i sa ludzie, ktorzy ja doceniaja, a takich sklepow dla miłośników kuchni i gadzeciarzy jest w Belgii naprawde sporo.
-
2010/04/30 13:30:01
Zachęciłaś mnie już Brugią kilka dni temu, a teraz jeszcze bardziej nęcisz :) Ja chcę na czekoladki :)))
-
2010/04/30 18:47:04
O lubię. Ale ja jestem Belgofilką. W Dill i Kamille moge spedzic godziny. Juz sobie planuje kiedy tu sie urwac do Belgii...
-
2010/05/02 15:03:07
Narzeczono, powiedz, gdybyś się urywała, bo chcę foremkę do speculoos, której jak tuman nie kupiłam (a trzymałam w ręku).
-
2010/05/04 17:07:41
Fajnie Cie czytac Ptasiu, od razu staje przed oczami Brugia widziana kilka lat temu :-) i wiesz, zapamietalam: piwo, czekoladki i... male domki (i zakrzepla krew w katedrze, ale to inna bajka).
A co kupilas w Dille&Kamille przyznaj sie :-)
-
2010/05/04 18:05:53
Buruuberii: domki cudne, właściwie każdy trzeba by foto. A co do Dille, kupiłam najmniejszą trzepaczkę świata, takie cuś do odmierzania spaghetti (dla 1, 2, 3 i 4 osób :), stamper (chyba tak to się nazywa - do tłuczenia limonki i cukru, ew. mięty do mojito/caipirinii) i porządny stalowy lejek do przekładania przetworów do słoików (zamiast naszego domorosłego).
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki