|
Blog > Komentarze do wpisu
Długi weekend. I samosy
Kryminał czyta się bardzo szybko, co sprawia, że jest dobrą lekturą do pociągu, na leżak albo plażę - innymi słowy książka na wakacje. Plusem jest także to, że napisana lekko, niekiedy całkiem dowcipnie, bez patosu i (prawie) bez pretensjonalnego języka; przy recenzji kulinarnej szeroko się uśmiechnęłam (każdy, kto czyta recenzje Macieja Nowaka też by to zrobił). Wątek kryminalny nie jest bardzo pasjonujący (ma charakter raczej, hm, ekonomiczny); sporo też w książce powielonych stereotypów, np. dotyczących środowiska akademickiego, mieszkańców starej Pragi, dziennikarzy itd. Nie wiedziałam, że w moim rodzinnym mieście cały czas ktoś coś kombinuje i że każdy, kto się czegoś dorobił, doszedł do tego niezbyt uczciwą drogą ;) (niemal jak w Wenecji Donny Leon), ale powiedzmy, że należy przyjąć to z przymrużeniem oka i zastosować duże tzw. zawieszenie niewiary (suspension of disbelief). Dotyczy to także metod śledczych komisarza Nemhausera (czy naprawdę doświadczony policjant zapomniałby przesłuchać współpracownika denata?) i niektórych zwrotów akcji (skąd znajoma ze studiów, z którą komisarz nie miał kontaktu od wielu lat, wie, gdzie on mieszka?). Pojawia się wiele postaci i wątków pobocznych, ale traktowanych pobieżnie, często urywających się lub niedokończonych. W przeciwieństwie do postaci z innych kryminałów, główny bohater nie jest odrażający, nie rzuca mięsem, nie nadużywa alkoholu i ma unormowaną sytuację rodzinną, w czym przypomina trochę mojego ulubionego komisarza Brunettiego od wspomnianej Donny Leon. Z tym ostatnim łączy go także niechęć do korupcji i studia wyższe na wydziale historii (Brunetti ukończył co prawda prawo, ale nie kryje zamiłowania do historii starożytnej). Mimo to jako osobowość komisarz Nemhauser rysuje się blado; poza powyższymi faktami wiemy jedynie to, że lubi gotować i dorabia sobie weekendowym kucharzeniem w knajpie gdzieś w okolicach ul. Burakowskiej w W-wie. No właśnie: wątek kulinarny! Czekałam i czekałam, i czytałam i czytałam, i od zupy fasolowej gdzieś na pierwszych stronach (do której Nemhauser zapomniał namoczyć fasolę i liczył, że jak dłużej pogotuje, będzie dobrze... hm?!) do ok. 1/2 książki panowała spożywcza posucha. Potem wreszcie się doczekałam opisu dwóch wieczorów w restauracji. Pojawiły się wzmianki o zrazach (które jakoś dziwnie szybko się zrobiły?) i bitkach, za drugim razem były pierogi i spaghetti aglio olio oraz pasta do chleba z oliwek, chilli i cebuli, która jako pierwsza mnie naprawdę zainteresowała. Wszędzie gęsto przewijają się zioła prowansalskie (które lubię, ale czy aż tak ;)? Później był jeszcze obiad, który komisarz przyrządzał dla znajomych - naleśniki bretońskie (galettes?) z różnym nadzieniem (ratatouille też się dziwnie szybko zrobiła :) i samosy; do konsumpcji w końcu nie doszło, i nie wiem, czy w końcu usmażył pierożki i naleśniki. Za to rozważania nad gryczanym ciastem na temat Nathalie Gilberta Becauda znów wywołały mój uśmiech, bo miałam kiedyś podobne przemyślenia - że słuchacz także musi zawiesić niewiarę... Czyżby przebłysk autoironii ze strony autora? Podsumowując: można przeczytać w przelocie, ot, właśnie na wakacjach, ale nie liczyłabym na to, że utwór zapadnie głęboko w pamięć... i osobiście szukać tomu pierwszego przygód Nemhausera nie będę. Natomiast samosy ostatnio u nas się pojawiły; znalazłam bowiem paczkę ok. 250g zamrożonego ciasta na faworki i postanowiłam je wykorzystać. W Indiach te pierożki smaży się i sprzedaje na ulicy, jako lokalny fastfood. Można znaleźć w sieci przepisy na samosy pieczone, jednak tradycyjnie powinno się je smażyć. Ciasto nie faworkowe jest proste; komisarz Nemhauser robił je z "mąki, wody i sody", Madhur Jaffrey, czyli moja guru od kuchni indyjskiej, w ogóle nie dodaje spulchniaczy. Oto ciasto wg Madhur (Indian Cookery) i farsz będący wypadkową Madhur i moją (bo w oryginale nie było kalafiora). Zrobiłam do nich także sos pomidorowy wg własnego widzimisię.
Do tego podaliśmy sos pomidorowy:
A na deser wspomnienie stamtąd, skąd pochodzą samosy: sprzedawca na Chowpatty Beach w Bombaju (zdjęcie autorstwa Madzi B.) - minęły już prawie trzy lata... sobota, 13 sierpnia 2011, ptasia
TrackBack
Komentarze
2011/08/13 22:45:19
Moniko - dziękuję za odzew i... o matko!!! To dotyczy tego dwutlenku węgla :D Przyznaję, że tu był jeszcze jeden byk, o którym przeczytałam w innej recenzji, na innym blogu, jak dopiero zaczęłam czytać książkę, więc zwróciłam na to uwagę: pani Czarnecka ze strony na stronę jest raz doktorem, raz doktorantką. Nie chce mi się wierzyć, że autor nie widzi różnicy, raczej myślę, że zmieniał w trakcie pisania i nie poprawił... no ale redakcja/korekta powinna to wyłapać :(
2011/08/14 10:54:10
Widzę, że bardziej krytycznie na książkę spojrzałaś :) Może i ja bym tak na nią spojrzała, gdyby nie to, że czytałam ją w chwilach wytchnienia. Ale muszę powiedzieć, że jeśli język jest dowcipny, to jestem bardzo wyrozumiała dla kryminałów :)
A na samosy kiedy mogę wpaść? I te kwiaty cukinii mmmm może i ja będę miała własne w przyszłym roku :) Ściskam cieplutko :* 2011/08/15 09:22:08
czytałam tę książkę i podobała mi się, choć dla mnie główny bohater mógłby być nieco bardziej spostrzegawczy, a rozwiązanie zagadki było dla mnie oczywiste od chwili rozwinięcia wątku morderstwa. Wzmianki kucharskie bardzo mi się podobały :)
2011/08/15 09:50:25
Tili: bo ja w ogóle krytyczna jestem, jak twierdzi moja Mama ;) A kwiaty pewnie, że będziesz miała :)
Chantel111: ja też się domyślałam ;)
Gość: Madzia, nat-tor2-82.aster.pl
2011/08/16 17:31:20
oj minely 3 lata... dziekuje za umieszczenie zdjecia i za niesamowita radosc podczas gotowania samos i kwiatow dyni i cukini!
2011/11/11 14:18:25
Przepis na samose napewno wyprobuje, do tej pory smazylam samose wg tego znalezionego tutaj www.dotykindii.pl/samosa.html i musze przyznac, ze pierozki smakowaly niemal zupelnie tak samo, jak te jedzone w Indiach.
|
![]() ![]() ![]()
|
Pozdrowienia serdeczne, bardzo lubię Twoje recenzje :-)