Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Kuchnia Burżuazji, Bourdain i mus czekoladowy

Nie jestem fanką programów Anthony'ego Bourdaina; za każdym razem, gdy przypadkiem trafiłam na niego na ekranie, sprawiał wrażenie, że bardzo się męczy i narzeka. Jeden odcinek obejrzałam z ciekawością - o restauracjach nowojorskich, wybranych ze względu na wartości nostalgiczne (wspomnienia własne prezentera i/lub kuchnia retro, jaką serwują). Bourdain wyjątkowo nie narzekał, tylko w męczący sposób się zachwycał (powtarzając w kółko te same sformułowania albo wręcz zdania: czy on tak naprawdę mówi, czy to kwestia montażu i przekonania, że Amerykanów cechuje wyjątkowo krótki czas koncentracji uwagi?), ale mogłam go zignorować i skupić się na przedstawieniu Le Veu d'Or, wydającej dania w stylu francuskiej Kuchni Burżuazji, których - wg A.B. - już nigdzie indziej nie uświadczysz. Temat także został przez Bourdaina opisany w zbiorze Głodne Kawałki, vel Kill Grill 2, który dostałam do zrecenzowania.

Nie mogę powiedzieć, żeby była to dla mnie lektura lekka, łatwa i przyjemna. Powodów była kilka: pierwszym jest pewnie fakt ujawniony w pierwszym zdaniu tej notki ;). Autor ma specyficzny styl bycia i wysławiania się, mogę jednak znieść przekleństwa i opisy ekscesów alkoholowo-spożywczych, jeśli są czymś więcej niż narcystyczne, dziecinne przechwałki i do czegoś prowadzą, a nie zawsze tak jest. Artykuły w zbiorze powstały na wcześniejsze zamówienie różnych pism, dla różnych odbiorców, więc choć motywem przewodnim jest ogólnie rozumiane jedzenie a książka została podzielona na części (smaki - słodki, kwaśny...), miałam poczucie dużej przypadkowości, także w ramach poszczególnych sekcji. Zirytowały mnie także te przypisy do poszczególnych tekstów, zamieszczone na końcu książki, w których Bourdain wyznaje, że "nie wie, jak mógł coś takiego napisać, bardzo mu wstyd". Jeśli tak rzeczywiście jest, to po co w ogóle zamieszczać ten rozdział w książce? Niektóre artykuły wydają mi się ponadto zbyt hermetyczne dla polskiego czytelnika, zwłaszcza takiego, który nie "robi" w restauratorstwie. Najbardziej podobały mi się fragmenty o podróżach, np. po Azji, czy rozważania na temat fast foodu jako lokalnego jedzenia ulicznego (które nie musi oznaczać jedzenia śmieciowego), gdyż były merytoryczne i najmniej kwieciste językowo. I tu przechodzę do kolejnego problemu: tłumaczenie. Z zasady wolę czytać w oryginale, jeśli językiem jest angielski. Wydaje mi się, że słownictwo, którym operuje autor nie należy do najwdzięczniejszego do tłumaczenia na polski, bo w naszym języku jego teksty brzmią zazwyczaj pretensjonalnie. Stąd mamy kwiatki takie, jak na str. 55: "Po chwili nastąpiła przekomicznie szaleńcza, przy czym momentami przepyszna masakra [...]". Aż ma się ochotę powiedzieć: faktycznie masakra ;). Miałam też wątpliwości co do tłumaczenia terminów spożywczych, zwłaszcza, gdy dojechałam do rozdziału "Dobre, bo stare" (właśnie o wcześniej wspomnianej retro kuchni francuskiej) i na stronie 321 przeczytałam: "Podają też cassoulet Toulousain (czyli fasolkę po bretońsku)[...]". Z wrażenia zaczęłam szukać odpowiedniego fragmentu oryginału książki w internecie, by sprawdzić, czy to Bourdain gada głupoty (bo cassoulet ma z fasolką po bretońsku tyle wspólnego, że oba dania zawierają fasolę), czy to radosna twórczość tłumaczki. Okazało się, że ta ostatnia, w dodatku w postaci jak to powyżej zacytowałam, nie jako przypis. Przyznaję, że na str. 321 zakończyłam lekturę. Podsumowując: w moim odczuciu książka tylko dla twardzieli - fanów Bourdaina i osoby, którym nie będzie przeszkadzał styl utworu (pisarski + tłumaczenie). Swoją drogą, pierwsza część, tj. Kill Grill, była tłumaczona przez inną osobę.

Wracając jednak do przyjemniejszych (smaczniejszych) spraw, czyli Kuchni Burżuazji w praktyce: do kogo się zwrócić po przepisy w tym duchu, jak nie do Julii Child? Ja w każdym bądź razie tak zrobiłam, gdy chciałam przygotować klasyczny mus czekoladowy na deser. Trochę trzeba się namęczyć, ale smak to wynagradza. Przepis w najlepszym duchu 3 filarów kuchni francuskiej, czyli "masło, masło i masło*" :). I tak, zawiera surowe jaja, warto więc zainwestować w jak najświeższe i najszczęśliwsze (plus profilaktycznie je wcześniej sparzyć).

Mus czekoladowy (wg Julii Child)

Składniki: 4 żółtka, 115g drobnego cukru, 60ml likieru pomarańczowego (np. Cointreau), 170g gorzkiej czekolady o wysokiej zawartości kakao (wg Julii: deserowej), 3 łyżki mocnej kawy (u mnie espresso), 170g miękkiego masła, 4 białka, szczypta soli, łyżka drobnego cukru

Rondel z wodą umieścić na kuchence, wodę podgrzać, by była niemal wrząca. Utrzeć żółtka z cukrem na kogel-mogel, dodać likier. Umieścić miskę do ubijania (tą z utartymi żółtkami) nad gorącą, niemal wrzącą wodą i ubijać żółtka nad parą 3-4 minuty, aż masa zgęstnieje i stanie się gorąca w dotyku (sprawdzić palcem, choć jest to test, który w moim przypadku nigdy się nie sprawdza...). Następnie ubijać dalsze 3-4 minuty nad zimną wodą (np. napuszczoną do miski), aż masa się schłodzi i będzie przypominać w konsystencji majonez.

Stopić czekoladę z kawą w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i pomału, kawałek po kawałku, wmieszać masło do masy czekoladowej, aż zacznie przypominać gładki krem. Ubić dokładnie masę czekoladową z żółtkową. Osobno ubić białka na sztywno z solą i łyżką cukru. Wmieszać 1/4 białek do masy czekoladowo-jajecznej, następnie dodać resztę. Rozłożyć mus do 6-8 szklanek/miseczek, dobrze schłodzić przed podaniem (co najmniej kilka godzin, osobiście uważam, że im dłużej, tym lepiej).

*Mój ulubiony cytat z filmu "Życie od kuchni".

Zdjęcie okładki książki pochodzi ze strony Wydawnictwa WAB.

niedziela, 11 grudnia 2011, ptasia

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2011/12/11 16:27:47
Czytałam pierwszą część i rzeczywiście opis stylu życia okraszony wulgaryzmami brzmiał jak przechwałki młokosa. Niemniej jednak czytało się szybko. Dlatego ciekawa jestem drugiej części - cytat znaleziony przez Ciebie bardzo mnie rozbawił ;))))
-
2011/12/11 16:55:36
Oczko, zdaje się, że WAB planuje wydać też kolejny tom, tłumaczenie niestety to samo. Co do przechwałek młokosa: no właśnie, mnie od razu przypomina się tekst mojej teściowej, na temat mężczyzn ogólnie: "Dorastają do 7 r. życia, a potem tylko rosną" :)))
-
Gość: Anw, 89-77-45-221.dynamic.chello.pl
2011/12/11 18:06:44
akurat te najszczęśliwsze jajka [eko, wolnobiegowe itd] są najbardziej podatne na salmonellę...
-
2011/12/11 21:31:37
O matko,ale boski jest ten mus!:)
-
Gość: Madzia, nat-tor2-82.aster.pl
2011/12/11 21:56:28
och, jak mi sie marzy taki mus....:))) zrobilam chlebek bananowy - baaardzo smaczny!
-
2011/12/12 11:24:58
Anw: bo mniej sprawdzane? Akurat najbardziej groźna jest i tak skorupka jaj, więc przelanie wrzątkiem skorupek plus oczywiście czyste ręce powinny pomóc, a o świeżość sądzę, że w przypadku takich jaj łatwiej. O szczęśliwości nie będę dyskutować, bo to chyba oczywiste. No i surowych jaj nie ma tu jak zastąpić.
Majano: o tak ;)
Madziu: to jak skończysz wiesz co, to Ci zrobię ;) A chlebek jak, z margaryną w końcu?
-
Gość: Madzia, nat-tor2-82.aster.pl
2011/12/12 11:59:39
tak z margaryna, ale dodalam orzechy i migdaly - i zadnych dzialan ubocznych....:))) zamiast przyprawy do piernikow, ktorej nie mialam, dodalam cynamon. Jedna rzecz mnie zastanawia - malo czuc banany - moze za malo ich uzylam, albo za bardzo rozgniotlam? spodziewalam sie mokrego ciasta, nawet zakalca - a wyszlo leciutko wilgotne:))) moja mama pochwalila mowiac - jak na pierwszy raz, to bardzo dobre...:))) ja tez sie rozchorowalam:(((
-
2011/12/12 12:07:14
Madziu: może za mało były dojrzałe? Im bardziej dojrzałe, tym mocniej czuć... Zresztą, to może być kwestia gustu ;) I nie, to ciasto nie jest zakalcowate. A choroba: a buu, niedobrze :(
-
2011/12/12 20:24:07
Fakt ma niezwykły sposób gromadzenia wielu przymiotników w jednym zdaniu. Tej części akurat nie czytałam. W pierwszej było jednak kilka dobrych momentów jak czemu nie chodzimy w niedzielę do restauracji. I boski fragment o ściereczkach kuchennych ( bliski mi)
-
2011/12/13 00:21:47
Styl Bourdaina jest męczący, a nawet bardzo męczący, książki nierówne, także w ramach danego wydania są rozdziały, które czyta się świetnie, i takie przez które ciężko przebrnąć. Ale całokształt, a przede wszytkim Kitchen Confidential, oceniam mimo to na plus.

Tłumacznie na polski to osobna sprawa, przez to dopiero trudno przebrnąć! Plus błędy rzeczowe (tu znalazłaś fasolkę po bretońsku, w pierwszej części był m.in. kminek zamiast kminu). Lepiej sobie darować i sięgnąć po oryginał.
-
2011/12/13 01:34:48
Gdyby nie ta nadwaga...
-
2011/12/14 12:29:51
Bee_cn, normalnie sięgam po oryginał, tu dostałam egzemplarz recenzencki, więc wyboru nie było. Fragment po angielsku, który przeczytałam przy okazji poszukiwań cassoulet/fasolki, brzmiał lepiej niż w tłumaczeniu, tzn. mniej mnie drażnił ;) A to, że książki nierówne imho wynika pewnie z tego, że to zlepek różnych tekstów, z różnych źródeł.
-
2011/12/21 20:45:08
Twoje recenzje Ptasiu maja cos do siebei, ksiazkowe tez :) Podziwiem Cie, ze jednak dojechalas do str 321, zastanawiam sie czy wczesniej tlumaczenei bylo znosne, czy tez przymknelas na nei oko ;) Sciskam Swiatecznie!
-
2011/12/23 10:20:25
Basiu, przymknęłam oko, ale ta fasolka mnie dobiła ;) Ściskam także!
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki