Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Notki warszawskie

Jeśli ktoś dłużej śledzi Coś niecoś, to wie, że będąc warszawianką z urodzenia i wychowania, wyniosłam się kilka lat temu na Mazury, obierając kierunek przeciwny do popularnego. Czasem śmiejemy się z M, że jesteśmy odwróconymi „słoikami” (czyli np. denkami, ew. wieczkami). 

Stolicę odwiedzam średnio raz na 2 miesiące (rodzina, znajomi, te sprawy). Od dłuższego czasu mam wrażenie, że wraz z naszą zmianą meldunku w mieście nastał boom spożywczy (który trwa, a nawet narasta) – a przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Weźmy choćby liczbę knajp, barów i restauracji powstających w centrum, czy mnożące się jak grzyby po deszczu weekendowe targi czy imprezy kulinarne: Le Targ, Biobazar (gdybym się nie wyprowadziła, miałabym do niego 5 minut na piechotę), Urban Market (którego wielkość, zwłaszcza w połączeniu z liczbą uczestników, pozytywnie zaskoczyła M), Targ Śniadaniowy, Koszyki (które niedawno otwarte wkrótce się zamykają – czy tylko na remont?) i wiele innych.

I tak kilka tygodni temu zajrzałam właśnie na żoliborski Targ Śniadaniowy, odbywający się co sobota na terenie gimnazjum niedaleko pl. Inwalidów. Wiedziałam, że idę we właściwym kierunku, bo mijało mnie wiele osób (w tym przynajmniej 1/2 to rodziny z małymi dziećmi) z papierowymi torbami ;). Podobnie jak na cyklicznych imprezach Urban Market, można przyjść tam  głodnym, a wyjść najedzonym, bo przynajmniej 1/3 przestrzeni jest zajęta przez punkty gastronomiczne. Jedzenie na miejscu mnie nie interesowało (choć z ciekawością zerknęłam na burgery z wozu czy obwoźny wózek kawowy z np. flat white), bo przyszłam konkretnie po prezenty kawowo-herbaciane (m.in. Kusmi Tea) oraz to, koło czego rzadko przechodzę obojętnie, tj. sery.  Konkretnie sery włoskie, z Tutto Bene. Można skosztować, porozmawiać ze sprzedawcami przed zakupem. Wybrałam pecorino (jedno z dwóch do wyboru) i kozi ser dojrzewający, oba bardzo dobre. Z żalem przeszłam obok stoiska Fish Lovers, ale świeżej ryby nie miałabym ani jak przechować, ani przyrządzić przez kilka dni. Czy będąc na stałe w strefie +4822 chodziłabym tam regularnie? Mieszkając w pobliżu – może, z innej dzielnicy pewnie podjechałabym tylko raz na jakiś czas. Tak czy inaczej, Borough Market już chyba w stolicy nie potrzeba. Chociaż... jedną rzecz znad Tamizy moglibyśmy przejąć. To co najlepiej pamiętam z wizyty na londyńskim targu były piękne ekspozycje np. warzyw czy grzybów; ogólnie wrażenia były estetyczne. Tymczasem mój Tata, czyli niekulinarek, zaprowadzony kiedyś przeze mnie na Biobazar (celem był łosoś, a skutkiem ubocznym – kaszanka) powiedział potem: „Ja wszystko rozumiem, ekologia itd., ale czy tam musi być tak brzydko?”. Niestety, muszę się z nim zgodzić, nawet biorąc pod uwagę to, że są to imprezy (tym)czasowe, organizowane w budynkach starych zakładów, na szkolnym korytarzu (jak te dzieci się tam mieszczą podczas przerw?!). A mimo wszystko i je, i kupuje się oczyma.

Z estetyką nie miałam problemu podczas szybkiego obiadu w restauracji Kaskrut: jest minimalistycznie, ale konsekwentnie. Trochę się zaniepokoiłam, gdy przez telefon kelnerka spytała mnie, czy chcemy „siedzieć obok siebie czy vis a vis”. Sądziłam, że wewnątrz jest tylko jeden długi stół, przy którym siedzą wszyscy razem, jak na stołówce. Na szczęście (bo ta moda nie do końca mi pasuje) tak nie jest – owszem, pewnie czasem goście muszą się dosiadać do innych przy stolikach kilkuosobowych, ale my mieliśmy miejsce osobne, twarzą do okna z widokiem na ulicę Poznańską. Atutem miejsca jest ambitna, nowoczesna kuchnia i zmieniające się co tydzień, krótkie menu – zasadniczo 3 x 3, tj. po trzy przystawki, dania główne i desery, i to wszystko. Porcje są niewielkie; jedliśmy zupę chrzanową (A), przegrzebka z selerem (M), ogon wołowy ze świetnym puree z czerwonej kapusty (A) i – najsłabsze danie, bo najbardziej mdłe – ser St. Marcelin na ciepło z orzechami laskowymi (M), plus hit-deser: mus orzechowo-karmelowy z pianką kawową. Alkoholi brak, choć można przynieść własne. To dobre miejsce, by spróbować czegoś nowego, ciekawego i nietypowego w dość przyjaznej cenie. Wnętrze – mimo wszystko ascetyczne i niewielkie – i formuła jednak nie zachęca do dłuższych posiedzeń, więc raczej nie wybrałabym się tam na wieczorną posiadówkę z przyjaciółmi. 

To samo dotyczy The Harvest, dokąd przeniósł się Ropert Trzópek po opuszczeniu Tamki43. Lokal mieści się w tzw. Zagłębiu w pobliżu ul. Domaniewskiej, i to widać – to znaczy wystrój i atmosfera lokalu są dla mnie typowo biznesowe (biurowiec, szkło, wylewka betonowa). Ponieważ jednak dania główne wykazały, że a) szef kuchni trzyma poziom, b) za pomocą risotta kurkowego (byłam jeszcze jesienią) przekonał nas do trufli (!!!), co nie sądziłam, że może się kiedykolwiek udać*, jeszcze kiedyś tam wrócę.

Na ww. posiadówkę ze znajomymi nadaje się jednak winiarnia Jung & Lecker, serwująca i sprzedająca tylko wina niemieckie. Jeśli macie ochotę potestować rieslingi, gewürztraminery i inne białe wina, możecie tam zajrzeć. Wnętrze jest też małe, ale przytulne i na dłuższe plotki nadaje się dobrze, jednak nie nastawiałabym się na super doznania kulinarne ;).

Następnego dnia po tym winie może przydać się solidniejsze śniadanie. Najczęściej chodziliśmy na zmianę do Bułki przez Bibułkę lub DeliEs (mojego ulubionego miejsca śniadaniowego w stolicy), ale tym razem chciałam przetestować coś nowego, vide Śniadaniownia. Wybór śniadań jest ogromny, od małych i lekkich po spore zestawy (np. zimowy czy jesienny). Całość jest bezpretensjonalna/artystyczna (obsługa może nie może pamiętać Jarocina z racji zbyt młodego wieku, ale wygląda jakby pamiętać chciała ;) plus lokum trochę jak klub osiedlowy). Reinkarnowana Brama, tj. DeliEs (Delikatesy Esencja) z ich bufetem śniadaniowym (ten twaróg "od baby"... ach!) pozostaje śniadaniowym ulubieńcem, ale miło mieć alternatywę.

To tyle, jeśli chodzi o stołeczny raport denka ;). Pewnie ww. miejsca to żadne nowości, ale może ktoś przegapił/nie dotarł i mu się taka przypominajka przyda. CDN, prędzej czy później.

* I gdy tydzień później dostałam od teściowej oliwę truflową, naprawdę się ucieszyłam i z niej korzystam (ostrożnie, bo b. intensywna), podczas gdy wcześniej bym tylko przesuwała po półce ;).

środa, 12 marca 2014, ptasia
Print Friendly and PDF

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2014/03/14 09:16:22
Fajny wpis! Spisalam sobie te wszystkie ciekawe miejsca, skorzystam przy nastepnej wizycie w Warszawie.
-
2014/03/14 13:47:37
O, to jednak komuś się przyda :)! Cieszę się.

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna