Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Pocztówki nowojorskie

Parę dni temu obiecałam pierwsze impresje z USA. Tym razem jestem w drodze do Vermontu. Dzień rozpoczęłam od zejścia na parter pensjonatu, do źródła kap kap (ustawianej o 6:30 rano dla rannych ptaszków), a na późniejsze śniadanie jedliśmy m.in. stratę (zapiekankę zbliżoną do croque monsieur) oraz gofry z, uwaga, jagodami amerykańskimi (wild blueberries) – o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Są słodsze od „naszych”, ale b. smaczne, i rosną np. w górach Maine.

Opis Nowej Anglii poczeka jednak na kolejny wpis, bo zaczęłam – jak wiele osób przede mną – od Nowego Jorku, ale na swoje szczęście, w przeciwieństwie do niegdysiejszych emigrantów, nie od traumatycznych doświadczeń na Ellis Island ;). Na lotnisku wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, wg czasu polskiego – w środku nocy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wyjściu z autobusu koło dworca Grand Central, była oświetlona kopuła budynku Chryslera. Widok w połączeniu z niskimi chmurami i odbijającymi się światłami miasta sprawił, że zawołałam: „Gotham!”. I wieżowiec pozostał moim ulubionym (jak na razie) budynkiem w NYC (a nastawiałam się na zachwyt nad Mostem Brooklyńskim). Tymczasem ciągnęliśmy walizki do hotelu, ulice były ruchliwe jak w dzień, a wokół pachniało... curry.

Pierwsze (wczesne... zmiana czasu robi swoje ;) śniadanie składało się z kultowego zestawu: bajgli (ze śledziem doprawionym na słodko, co przypomniało mi o pewnej książce, i pastą z tuńczyka) i słabej mlecznej kawy. Inne możliwe warianty dodatków obejmowały siekaną wątróbkę, serek śmietankowy oraz łososia w różnych postaciach. Obsługa mówiła z akcentem, podobnie jak co druga osoba, z którą miałam do czynienia w Nowym Jorku.

W ciągu kolejnych paru gorących dni w mieście odkryłam, że kawa nie musi być lurowata, skoro mogłabym wyjść w kapciach po zupełnie przyzwoitą flat white, i to można wybierać między kawiarnią tuż obok hotelu a tą za rogiem. Oba lokale czynne od 7 rano, co w NY wydaje się normą, skoro przeciętny człowiek idący rano ulicą, czy to do pracy, czy na spacer z psem, czy wracający z biegania, niesie w ręku tekturowy kubek lub coś zbliżone objętością do wiaderka ;).

Kontynuując temat śniadania, jednym ze spożywczych „do zaliczenia” był diner jak z filmów. Taki serwujący naleśniki, placek owocowy i morze słabej kawy, dolewanej wielokrotnie przez obsługę. Marzenie zrealizowaliśmy trzeciego dnia w Nowym Jorku, umawiając się na spotkanie z koleżanką w Scotty's Diner. Były i naleśniki, i to wielkości ponadnaturalnej ;), podane z masłem, syropem klonowym, i morze dolewanej kawy kap-kap, i woda z lodem stawiana bez pytania na stole. Zrozumiałam, czemu David Lebovitz udzielał szczegółowych rad czytelnikom jak prosić/domagać się kranówki we Francji, bo taka oczywiście była ta woda, i to mocno chlorowana. Choć jestem zwolenniczką wody z kranu, miałam kłopot z przyzwyczajeniem się tego basenowego smaku - w Midtown, bo już na Chelsea Market woda była smaczniejsza, a poza Nowym Jorkiem zupełnie neutralna.

W temacie Chelsea Market: jak ktoś jest kulinarkiem czy też, stosując polanglo, „foodisiem” (fudisiem?) i wybiera się do NY, pewnie już ma to miejsce na liście do odwiedzenia. Poza faktem, że można się tam najeść i zrobić zakupy, hala jest ciekawa architektonicznie, jeśli się lubi klimaty postindustrialne (i warto połączyć wizytę z obejrzeniem chociaż kawałka pobliskiego High Line). Zakupów nie robiłam, za to wybraliśmy się na ostrygi do Cull & Pistol, a właściwie to talerz mieszanych specjałów z tzw. raw bar, na które składały się ostrygi, surowe krewetki i małże. Konkretnie to tzw. littleneck (leukoma staminea), w przypadku których przeżyłam niemiłą niespodziankę. Nie sądziłam, że są jakiekolwiek owoce morza, których bym nie lubiła – a jednak, i są to właśnie te małże :) (utwierdziłam się w pierwszym wrażeniu jeszcze raz w Maine).

W Nowym Jorku także rozpoczęłam testowanie piw z małych browarów (craft beers). O ile kiedyś piwo amerykańskie kojarzyło mi się z butelkami Millera czy Corony, pogardliwie nazywanych albo „damskim piwem” albo mniej elegancko sikami, to nowe napoje typu IPA są z drugiego końca skali. Często jestem w stanie obiektywnie ocenić, że piwo jest oryginalne, smaczne itd., ale nie w moim typie, bo przeważnie są za ciężkie i bardzo gorzkie, nawet te opisywane jako „lekkie, letnie piwa”. Zdarzyły się jednak oryginalne perełki typu Great South Bay Blood Orange (smakujący grejpfrutowo, co w praktyce jest znacznie smaczniejsze, niż może się wydawać ;) lub white ale.


Poza ostrygami udaliśmy się na „prawdziwe” (nie fastfoodowe) burgery. Przy prośbie o słabo wysmażone mięso kelner ostrzegł mnie, że krwiste oznacza naprawdę krwiste i zasugerował jednak medium. M niezrażony poprosił o rare. Pierwszy raz jedliśmy hamburgery tak mało wysmażone i – choć pewnie to mało odkrywcze – okazało się, że w przypadku dobrego mięsa to działa. Natomiast zdziwiło mnie pytanie, czy nie chcę sera, bo pomysł, że miałabym zabijać świetną wołowinę stopionym serem, wzbudził mój sprzeciw (pomijam to, że na do burgera podano na stół także rozliczne sosy, bo ich użycie jest dowolne). Potem przestałam się dziwić, gdy odkryłam, że przy każdym prawie daniu (mięsnym lub nie) proponuje się klientowi dodatek sera lub też ten ser gdzieś się przewija. Uwielbiam tą postać nabiału, ale... nie zawsze i nie wszędzie. Jak widać jednak, umiar niekoniecznie jest cnotą amerykańską ;).

Na ostatnią kolację podczas pierwszego pobytu w Nowym Jorku (bo za dwa dni tam wrócę) udaliśmy się tropem pierwszych aromatów, czyli curry. Mieszkaliśmy na skraju dzielnicy Murray Hill, zwanym Curry Hill, od skupiska restauracji indyjskich na obszarze 2-3 przecznic przy Lexington Avenue. Nam wystarczyło obejście jednej przecznicy, obejrzenie około 20 restauracji i ich menu, i wybranie jednego lokalu. Od powrotu z Indii w restauracji indyjskiej byłam tylko raz, i zapomniałam, jak lubię tą kuchnię w takim wydaniu ;). Różnica między Bombajem a Nowym Jorkiem jest taka, że nad Atlantykiem mówią poprawnie „salted lassi” (nie „salt”) i pije się wodę z kranu, a reszta (włącznie z akcentem) jest taka sama ;). To jeden z plusów mieszkania z takiej metropolii – wszelkie kuchnie świata na wyciągnięcie ręki, i w dużym wyborze.

Cd. wrażeń spod znaku Nowej Anglii nastąpi wkrótce.

wtorek, 09 września 2014, ptasia
Print Friendly and PDF

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Madzia, *.iimcb.gov.pl
2014/09/09 12:50:41
hmmm, Asiu - to trafne spostrzezenie z borowka amerykanska, cos mi zawsze nie pasowalo w slodkosci tej naszej, polskiej:) buzi
-
2014/09/09 14:01:33
Madziu, tak konkretnie, to jedliśmy i takie hodowlane, które były normalne, i te "dzikie", które były właśnie lepsze, ale inne od europejskich. Zresztą, widziałam je w górach na własne i oczy i zerwałam jedną z krzaczka ;).

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna