Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Cztery dni w Prowansji

Każdy ma pewnie jakieś skojarzenia z Prowansją: pola kwitnącej lawendy, oliwki, zioła, malarze impresjoniści, targi, słońce, otwarte przestrzenie. Większość osób stojąc przed możliwością spędzenia w regionie paru dni pewnie miałaby swoją listę pt. „koniecznie do zobaczenia”. Całe szczęście, że moja lista pokrywała się z tą skompilowaną przez towarzyszy podróży, a były na niej „małe miejscowości” w Luberon/Vaucluse, Aix-en-Provence i Awinion. Bazą wypadową był także departament Vaucluse, konkretnie Leon en Provence na obrzeżu malowniczo położonego Le Beaucet (ok. 300 mieszkańców). Jak można się domyślić, sporo przeczytałam w życiu książek Petera Mayle'a ;). Wyjazd miał m.in. na celu przekonanie rodzica, mającego do tej pory do czynienia tylko z Paryżem, że „Francja da się lubić”. Zaskoczyło nas (pozytywnie) względna dzikość okolicy, w której mieszkaliśmy, i mniejsza, niż się spodziewaliśmy, liczba turystów. Jeśli chodzi o krajobrazy, to część rodziny miała skojarzenia z Toskanią (którą sama widziałam tylko na zdjęciach lub w filmach), z tym, że (cytując Mamę) w Prowansji „wszystko pachnie”. Bo to prawda: pachnie głównie lawendą w różnych postaciach (która już kwitła i w niektórych miejscach całkiem mocno!), ale i ziołami, czasem kadzidłem, czasem anyżem. A co do tej Toskanii... poniżej widok z ruin zamku nad Le Beaucet (gdzie czasem przypadkiem można trafić na koncert!):

 

Po wylądowaniu w Marsylii (wypatrując Chateau d'If z okna samolotu) ruszyliśmy do Aix. Słońce, pomalowane na żółto kamienice, wąskie uliczki. Lunch na skwerze (Place des Trois Ormeaux) z szumiącą fontanną, w której chłodzi się rosé. Jedliśmy sałatki i tatar z łososia, piliśmy wino białe i różowe (to samo, co siedziało w fontannie), ale największe wrażenie, poza fontanną, wywarły desery: klasyczna tarta cytrynowa z bezą włoską (na szczęście – zważywszy na stosunek do tego typu bezy – ja jej nie zamówiłam ;), zestaw magdalenek z sosem czekoladowym czy calissons, z których słynie Aix: lekko ciągnące się migdałowe ciasteczka. Po przejściu się po mieście i odwiedzeniu muzeum Granet przyszedł czas na zakupy na kolację. Rue d'Italie – marzenie kulinarków czy smakoszy – szczęśliwie była po drodze do parkingu. W skrócie, wybór serów i past do pieczywa (z oliwek, z papryki, z bakłażana itd.) w, uwaga warzywniaku był taki, że prawie się popłakałam (i wolałam nie zastanawiać się, co jest w fromagerie...). W piekarni dostałam oczopląsu. Wino na szczęście wybrał już M. Na kolację jedzoną na podwórzu pensjonatu składał się więc świeży rustykalny chleb, lokalne wino, pasta z suszonych pomidorów, pomidory, marynowane karczochy i plastry bakłażanów, sery i czereśnie.

Jednym z serów kupionych w Aix-en-Provence był lokalny banon: łagodny (bo chyba jedliśmy młody) ser kozi. Pojawił się ponownie na śniadanie („tak kozi, z kóz, o tam” [za wzgórzem], cytując naszą gospodynię Isabelle)... wraz z dojrzewającymi wędlinami, świeżymi owocami, bagietką, rogalikami i innymi smakołykami, bo śniadania w Leon en Provence nie były bynajmniej „kontynentalne” ;). Podawane przez Isabelle ciasta (tak, na śniadanie; nie, zazwyczaj ciasta jem na deser) wyjątkowo mi smakowały: cieniutka tarta jabłkowa na bardzo maślanym spodzie czy równie maślane ciasto z ananasem (rozpoznane przez nas jako coś a la Gateau Breton z dodatkiem owoców). Choć oczywiście, zjadłam ½ millefeuille Mamy (skoro proponowała...), to jednak te proste ciasta śniadaniowe najbardziej przypadły mi do serca (czy też innego organu ;).



Więcej serów już mniej łagodnych skosztowaliśmy w jedynej miejscowej restauracji (Auberge du Beaucet – przy sobocie wszystkie stoliki zajęte), przy czym owczy mógłby konkurować z A Casinca (o którym wspominałam), jeśli chodzi o walory smakowe oraz, hm, zapachowe. Bez odwiedzenia stoiska z nabiałem nie opuściliśmy także Les Halles w Awinionie, które – przyznaję bez bicia – były moim „musisz to zobaczyć” (ale pałac papieski też zwiedziłam, i obejrzałam z daleka most ;).

Podejście do "Hal" można mieć dwojakie: albo należy przyjść najedzonym, żeby uniknąć pokus spożywczych, albo przeciwnie – trzeba przyjść tam coś zjeść. Kupić i zjeść można niemal wszystko (choć przestrzeń nie jest bardzo duża, czyt. spodziewałam się czegoś większego), od mięsa (i podrobów w dużym wyborze!) po wypieki, od warzyw po trufle... niemal, bo jakoś bezglutenowe wyroby z chia mi się nie rzuciły w oczy ;). Weganie też mogliby się czuć trochę poszkodowani (choć warzywa – jest stragan poświęcony różnym ziemniakom... – i owoce, typu pyszne melony z Cavaillon, powinny ich pocieszyć). Nasza czwórka po załadowaniu siat z kolacją zaspokoiła głód owocami morza (pierwszy raz jadłam trąbiki), podanymi z aioli, oraz tartami warzywnymi (i ww. millefeuille, nazwanym przez Mamę „francuską kremówką”). A co składało się na te zakupy, można zobaczyć poniżej na lewo.

Podczas zwiedzania „małych miejscowości” (Gordes, Roussillon, Bonnieux, Lourmarin... tak, znowu jak z kart Roku w Prowansji), po lekkim obiedzie, po którym postanowiłyśmy z Mamą, że musimy rozgryźć, jak zrobić galaretkę z pomidorów, pojechaliśmy kawałek za Lourmarin do winnicy Chateau Constantin. Czytałam o niej i u Mayle'a (gdy właścicielem był przyjaciel pisarza), i na np. tym blogu. Od dawna chciałam odwiedzić jakąś winnicę, bo choć wino bardzo lubię, nigdy nie miałam okazji zobaczyć z bliska miejsca, w którym się je wytwarza (a winorośl mijana przy autostradzie w Austrii się nie liczy). Chciałam też móc porozmawiać z kimś, kto bezpośrednio bierze udział w produkcji wina. Jako fanka Bezdroży bałam się jednak czegoś w stylu „winnicy z autokarami” (kto oglądał, ten wie o co chodzi) lub też nadąsanej obsługi a la Benoit. Niepotrzebnie: dość długo zastanawialiśmy się, czy w ogóle w okolicy jest ktoś poza nami, czy też wszyscy udali się na poobiednią drzemkę (zostawiając otwarty sklep). Ze względu na ciszę, upał, wino(rośl) i widoki (bo Chateau jest ładnie położony), miałam skojarzenia z naszym piknikiem we Frascati.

Kiedy już właściwie zbieraliśmy się do odjazdu, pojawił się Dale, który opowiedział nam (w swoim języku ojczystym, czyt. zrozumiałym dla wszystkich obecnych, bo po francusku - w miarę - z towarzystwa mówiłam tylko ja ;) o winnicy i winach, których próbowaliśmy, w tym oryginalnego – choć specyficznego – rosé przechowywanego nie w beczkach, ale w amforach. Okazało się, że najbardziej pasuje nam klasyka, czyli nie wina amforowane lub ozdobione etykietą dla fanów burleski ;) (Madame Constantin), tylko te marki Chateau Constantin. Białe i różowe plus zakupy z Les Halles złożyły się na ostatnią prowansalską kolację.

Jeszcze w temacie posiłków i wspomnianego wyżej mięsa: nie udało nam się nigdzie skosztować jagnięciny, z której podobno słynie region, choć, jak przyznała Isabelle, gdy jej to zasugerowałam, mógł nie być (jeszcze) na nią sezon. Najciekawszym mięsnym daniem okazała się... sałatka zamówiona przez M w Cavaillon, w którym zatrzymaliśmy się tylko na obiad po drodze na lotnisko. Była to salade ardechoise, która zawierała kacze żołądki, plastry marynowanej kaczki oraz plastry tzw. caillette – wędliny trochę zbliżonej do kaszanki (to duże uogólnienie), z dodatkiem szpinaku lub boćwiny.

Już na lotnisku kupiliśmy sobie pamiątkę z wakacji – butelkę pastisu, czyli anyżówki. Mayle miał rację, że to alkohol, który (paradoksalnie) świetnie pasuje do tamtejszego klimatu. Nadaje się na aperitif, bo zaostrza apetyt. To co jednak najbardziej mi się spodobało – a degustowaliśmy pastis w Auberge du Beaucet – to to, że każdy sam zgodnie z upodobaniami dolewa sobie wody (z dzbanka z lodem) do alkoholu. Doświadczenie tureckie (raki w Selçuku) było takie, że dostałam wielką szklankę już wymieszanego mlecznego płynu, którego we dwójkę nie byliśmy w stanie wypić.

Podsumowując – i wracając do początku postu – nie wiem, czy Tata jest przekonany, że Francja da się lubić, ale do Prowansji na pewno się przekonał. To miejsce, w którym łatwo spędzić i weekend, i dłuższe wakacje nie nudząc się, a możliwości jest wiele: od pieszych wędrówek czy kolarstwa (bo rowerzystów jest mnóstwo) po objazdówkę artystyczną/kulinarną/winną, itp. Ba, leżenie w basenie i słuchanie cykad jest także bardzo przyjemne.

Z tego wszystkiego – skoro Mazury aktualnie próbują dogonić Prowansję pod względem temperatur – chyba czas ruszyć tą pamiątkę z wakacji ;). Santé!

niedziela, 05 lipca 2015, ptasia
Print Friendly and PDF

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Madzia, *.static.chello.pl
2015/07/06 16:39:36
wspaniale opisałaś Wasz wyjazd:-)
-
2015/07/07 10:57:00
Madziu, dziękuję :*
-
2015/07/07 13:19:01
Hej :) Niezmiernie się ciesze, ze moglem właśnie teraz trafic na Twojego bloga? Dlaczego, ze właśnie akurat teraz? :) A to dlatego, ze zbliza mi się więcej wolnego czasu, który chcac, nie chcac, będę zmuszony spedzic w większości w domu, więc z cala pewnoscia po paru dniach dopadłyby mnie tak zwane nudy, teraz już mam zajecie, przeczytam Twoje wpisy :)
-
2015/07/07 14:55:57
Odwiedzałam Prowansję cztery lata temu i co roku żałowałam, że w okrsie urlopowym nie mogę tam wrócić :) Jak dla mnie istny raj na ziemi. Choć jest na Ziemi tysiące miejsc pięknych, to ja właśnie tak czuję się najlepiej. Przepięknie wszystko opisałaś, patrząc na zdjęcia można się rozmarzyć! Pozdrawiam
-
Gość: Ankh, *.netcologne.de
2015/08/26 21:17:48
Nie czytalam ksiazek Petera Mayle'a, ale jesli mnie pamiec nie myli, to dawno temu czytalam ich bardzo smaczna recenzje w magazynie "Kuchnia", ktora zrobila na mnie piorunujace wrazenie, do tego stopnia, ze wrecz na pamiec umialam fragmenty i recytowalam je na spotkaniach rodzinnych, ku uciesze pozostalych biesiadnikow.
A to fragment, ktory tak mi przypadl do gustu:
"Uczta zaczęła się od domowej pizzy - nie jednej, lecz trzech: z anchois, grzybami i serem - i obowiązkowo trzeba było wziąć kawałek każdej z nich. Następnie należało wytrzeć talerz kawałkiem bułki, oderwanym z przeszło półmetrowych bagietek, leżących na środku stołu, i wniesiono następne dania. Były pasztety z królika, dzika i drozdów. Były gliniane miseczki z zapiekanką z kawałkami wieprzowiny, przedzielone kieliszkami marc. Były kiełbaski przybrane różkami papryki. Były maleńkie słodkie cebulki, marynowane w sosie ze świeżych pomidorów. Talerze należało ponownie wytrzeć i gospodyni podała kaczki. Nie były to cieniutkie paseczki, magret, ułożone w kształt wachlarza, z dekoracyjną porcyjką sosu, jakie pojawiają się na wykwintnych stołach nouvelle cuisine. O, nie! Tu dostaliśmy całe piersi, całe nogi, pokryte ciemnym, pachnącym, zawiesistym sosem, w wieńcu z leśnych grzybów.
Odsunęliśmy się nieco od stołu, szczęśliwi, że udało się nam skończyć, lecz już po chwili zobaczyliśmy bliscy paniki, jak talerze zostały wytarte raz jeszcze i na stole umieszczono wielki, parujący gar. Była to specjalność naszej gospodyni - wspaniale brązowe civet z królika - toteż nasze nieśmiałe prośby o małe porcje zostały z uśmiechem zlekceważone.
Zjedliśmy królika. Zjedliśmy zieloną sałatę z grzankami usmażonymi z czosnkiem na prawdziwej oliwie, zjedliśmy pulchne okrągłe crottins z koziego sera, zjedliśmy tort z migdałowym kremem, który zrobiła córka gospodarzy."
-
2015/08/27 09:13:53
@Ankh: :))) To fragment z samego początku Roku w Prowansji, rozdział "Styczeń". Tam jest więcej takich opisów, np. bardzo lubię fragment (chyba z "Lipiec") o przydrożnej knajpie dla kierowców ciężarówek i "posiłek lekki, ze względu na upał" (autor zastanawiał się, co Madame podaje zimą, jak nie bawi się w te "lekkie" dania ;).
-
2015/09/16 21:54:45
Prowansja jest piękna ale jeszcze tam nie dotarłam, choć marzy mi się ten region, nie pogardziłabym wycieczką w te cudowne miejsce.

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna