Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
poniedziałek, 12 lutego 2018

Dawno temu była sobie na Gazecie Weekendowa Piekarnia: pospolite ruszenie piekarzy i cotygodniowe zadanie. Dzięki temu zaczęłam w ogóle piec pieczywo, więc sentyment pozostał. Od jakiegoś czasu wiem, że podobne akcje blogowe organizuje co miesiąc Amber z Kuchennymi drzwiami, ale gdy raz próbowałam wziąć udział, spektakularnie pomieszałam przepisy (czego owocem była fougasse) ;). Potem zazwyczaj nie pasowały mi terminy, aż do edycji lutowej. Tym razem tematem były proste białe bułeczki - trochę jak mini ciabatty - ale na roztworze solno-drożdżowym. Pomysł brzmi wariacko, ale to działa: drożdże wcale nie umierają podczas nocy w lodówce (z wodą i solą), ciasto zaś jest wyjątkowo miękkie i elastyczne (zarówno przed jak i po upieczeniu), podobno (wg uwag np. Zorry) się także lepiej formuje ("podobno", bo sama z formowaniem bułek nie mam specjalnych problemów... ale na symetrii też mi nigdy nie zależy ;). Ciekawa jestem, jak ta metoda by się sprawdziła w przypadku słodkiego ciasta drożdżowego.

Bułeczki najlepiej smakują świeżo po wystudzeniu - wtedy trudno się im oprzeć, i naprawdę przypominają ciabattę. Można spróbować zastąpić masło oliwą.

Przepis za Amber, z moimi uwagami.

Bułki pieczone metodą solno – drożdżową

Oryginalny przepis pochodzi z TEGO bloga

Składniki (8-10 sztuk):

Roztwór solno – drożdżowy:

  • 100 g wody
  • 10 g soli
  • 10 g świeżych drożdży

Ciasto:

  • 500 g mąki pszennej typ 550 (lub, jak u mnie, jasna orkiszowa)
  • 200 g wody
  • 15 g miodu lub syropu np. z cukru trzcinowego
  • 10 g miękkiego masła
  • roztwór soli i drożdży (jw.)

Dzień wcześniej:
Umieścić sól, wodę i drożdże w  słoiku, zamknąć i wstrząsać, aż sól się rozpuści. Wstawić na noc do lodówki (co najmniej na 4 godziny).

Następnego dnia:
Umieścić wszystkie składniki (z wyjątkiem masła) w misce i wyrabiać kilka minut ręcznie lub hakiem miksera. Następnie dodawać po kawałku masło i dalej wyrabiać (wg sugestii 10 minut, ale to raczej dotyczy ręcznego wyrabiania - w przypadku miksera starczy połowa tego czasu).

Odstawić ciasto do wyrastania (sugerowana temp. 30 ° C - można wykorzystać ciepło resztkowe piekarnika lub, cytując Amber: "Wkładam go do nagrzanego do 50 stopni piekarnika i natychmiast wyłączam piekarnik") przez około 90 minut. Jeśli pieczecie, jak ja, na kamieniu, po ok. godzinie zacznijcie nagrzewać piekarnik do 230 st. C. (termoobieg).

Wyrośnięte ciasto podzielić na równe 8-10 kawałków i odstawić na blacie/stolnicy posypanej mąką na ok. 10 minut. Następnie uformować bułki (tu przyznaję, że kawałki równo odcięte zostawiłam jak były a zaokrągliłam tylko te mniej wydarzone). Przykryć i odstawić do napuszenia: moje rosły jak szalone, więc trwało to tylko 20-25 minut. Tu uwaga w stos. do oryginału: zawsze bułki wyrastają u mnie bezpośrednio na stolnicy, potem je przekładam na kamień, wsuwając pod spód łopatę, czyt. ich nie odwracam, więc rosną łączeniem do dołu.

Przenieść bułki na łopacie na nagrzany kamień (można wcześniej naciąć - ja je nakłułam kantem łopatki silikonowej) i piec z parą przez ok. 15 minut. Studzić na kratce. Najsmaczniejsze w dniu pieczenia, ale następnego dnia też nimi nie wzgardzicie ;).

niedziela, 11 lutego 2018

Macie tak czasami, że myśląc o konkretnym połączeniu smakowym, na które macie ochotę, wymyślacie danie – jak sądzicie – całkiem nowe i „z głowy”. Okazuje się całkiem smaczne i udane, ale po zjedzeniu macie poczucie deja vu. Okazuje się potem, że to potrawa albo z a) jakiejś książki kucharskiej, albo b) już przez was robiona i znajdująca się np. na własnym blogu ;).


Tak miałam parę dni temu z tartą porową, przy czym skończyło się jak w wariancie b), bo zrobiłam nowszą, szybszą wersję tarty z archiwum (hoho, rok 2008 ;), przy czym gotując sądziłam, że wprowadzam znacznie więcej zmian w stosunku do starego przepisu ;). Może po prostu w klasyce nie należy mieszać, poza pewnymi udogodnieniami. Albowiem placka rustykalnego nie trzeba wcześniej schładzać i podpiekać, nie potrzeba do niego foremki i wszystko dzieje się szybciej; farsz także - jak obecnie uważam - nie musi być tak długo duszony. Czasowo wygrywa także z domową pizzą, która jednak z godzinę musi podrosnąć. Ciasto kruche jak zawsze, ulubione maślankowe - nie jestem fanką wałkowania czegokolwiek, ale to ciasto prawie rozciąga się samo, bo jest super miękkie, elastyczne i się nie rwie.

Składniki (2-3 porcje):

  • 200g mąki (pszennej lub orkiszowej jasnej, można dać do 50g razowej)
  • 100g masła
  • kilka łyżek maślanki
  • szczypta soli
  • 2 średnie pory (lub 1,5 XL)
  • ok. 50g boczku
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
  • 100g śmietany
  • ok. 3 łyżek parmezanu
  • 1 średnie jajo
  • 2 łyżki bułki tartej


Zacząć nagrzewać piekarnik (najlepiej z kamieniem, ostatecznie zwykłą blaszką) do 200 st. C. Mąkę wymieszać z solą i posiekanym zimnym masłem na okruszki, dodać kilka łyżek schłodzonej maślanki i zagnieść gładkie ciasto. Owinąć w folię i schłodzić w lodówce (na czas przygotowania farszu).

Boczek posiekać w kostkę, wytopić na suchej patelni na niewielkim ogniu (np. stopień 4 z 9 na kuchence indukcyjnej). Dodać oczyszczone pory, pokrojone w plasterki, przesmażyć ok. 2 minut. Oprószyć solą, pieprzem i dodać niewielką ilość gałki (ok. 10 pociągnięć gałką na tarce), wymieszać i dusić pod przykryciem na małym ogniu ok. 8-10 minut. Zdjąć z ognia, sprawdzić doprawienie, ew. skorygować.

Rozwałkować ciasto dość cienko na owalny kształt, przenieść na pergamin, rozrzucić na większości powierzchni (bez ok. 2-3 cm od brzegów) bułkę tartą. Rozłożyć pory na bułce, założyć brzegi ciasta do środka. Wymieszać składniki sosu, tj. śmietanę, starty parmezan i jajo, doprawić szczyptą soli i pieprzu, wylać na pory w „okienku” niezakrytym ciastem. Przenieść razem z pergaminem na nagrzaną blaszkę lub kamień. Piec ok. 30-35 minut w 200 st. C w termoobiegu. Gdyby za bardzo się sos przypiekał, przełączyć na grzanie dolne. Podawać od razu po upieczeniu, ew. resztki podgrzać przed podaniem (ale najlepiej smakuje na świeżo).

Inne wytrawne tarty rustykalne na blogu były z cukinią oraz pomidorami (westchnijmy tu chwilę nad letnimi warzywami). Oczywiście, wszystko zaczęło się od słodkiej jabłecznej...

środa, 07 lutego 2018

Skoro jutro Tłusty Czwartek, to mamy pączki! Ale nie takie normalne, powidła, róża, lukier czy inny cukier. Nie, przedstawiam… pączki wytrawne. Wspominałam o nich mimochodem w niedawnym poście austriackim, pokazywałam je także na Facebooku (Blattkrapfen oraz drożdżowe - choć faktycznie, co pani smaży, to nie widać). Niedawno miałam okazję znów zjeść Blattkrapfen podczas zimowego urlopu i wierzcie mi albo nie, ale kwaśna kapusta świetnie pasuje do czegokolwiek smażonego na głębokim tłuszczu (znacznie bardziej niż majonezowe sosy… czy Holendrzy mnie słyszą ;)?). W skrócie, ma to sens ;).

W moim wydaniu nie są to żytnie pampuchy, a drożdżowe z dziurką, Bauerkrapfen na słono. Kapusta jest podana na ciepło, duszona kiszona, ale w wersji na leniuszka można użyć kiszonej surowej (choć nawet wtedy bym ją posiekała, dodała trochę cebuli i ew. lekko doprawiła olejem). Warto spróbować (bez uprzedzeń)! Sok jabłkowy do podlania okazał się bdb pomysłem - kapusta jest wciąż kwaśna, ale nie zanadto, a płyn jakiś i tak trzeba było wlać. Z podanych proporcji wychodzi kapusty nieco mniej, niż ciasta, ale uznaję, że pozostałe pączki będą po prostu słodkie ;).

Składniki:

Kapusta (wystarczy do napełnienia co najmniej 8-10 sztuk):

  • 500g kapusty kiszonej, najlepiej bez marchewki
  • 1 średnia cebula
  • olej
  • szczypta soli
  • pieprz
  • 1-2 liście bobkowe
  • łyżeczka kminku, lub do smaku
  • ok. 150-180ml soku jabłkowego (bez dodatków, najlepiej świeżo wyciśniętego lub niefiltrowanego)

Cebulę posiekać, dodać szczyptę soli, zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać posiekaną kapustę, kminek, niewielką ilość pieprzu i liście bobkowe. Przesmażyć, lekko podlać sokiem jabłkowym, skręcić ogień na niewielki, przykryć i dusić ok. 1,5-2 godziny. Co jakieś 20 minut zaglądać do garnka, mieszać kapustę i podlewać sokiem, bo raczej wciągnie cały płyn. Gotowa będzie miękka, kładąca się pod łyżką. Będzie także dość kwaskowata, ale to pożądana cecha.

Po nastawieniu kapusty wyrobić ciasto na pączki, odstawić do wyrośnięcia (powinno być dobrze napuszone, tj. wyraźnie podwojona objętość, więc na ok. 1,5h), rozwałkować, wyciąć krążki szklanką lub wykrawaczką. Ponownie odstawić do napuszenia na co najmniej 30 minut, a lepiej na dłużej. Przed smażeniem zrobić w każdym pączku dołek za pomocą np. kieliszka lub mniejszej szklanki. Smażyć do zezłocenia na głębokim tłuszczu, w ok. 180 st. C., obracając po ok. minucie lub tylko oblewając stronę z dołkiem tłuszczem, bez obracania. Odstawić do osączenia na talerzu wyłożonym ręcznikiem papierowym. Podawać z każdym dołkiem kopiasto wypełnionym kapustą.

środa, 31 stycznia 2018

Poza dobrym stekiem raz na kilka miesięcy, czerwone mięso najbardziej lubię takie, w które włożyło się trochę pracy i/lub czasu: duszone lub pieczone długo, w nie za wysokiej temperaturze; bazą są zazwyczaj tańsze, obiektywnie gorsze gatunkowo kawałki, których nie da się ot, tak, szybko przygotować. Do takich dań zaliczam ogon czy „rwane” mięsa, typu pulled pork czy wieprzowinę w sosie barbecue. Gdy zobaczyłam u Deb Perelman (Smitten Kitchen) archiwalny przepis na mostek w klimatach tex-mex, dopisałam wołowinę do listy zakupów. Zdążyłam już danie przygotować dwukrotnie – raz z lawaszem jako zamiennikiem pszennej tortilli (bo jak porównałam przepisy, różnice są minimalne), raz na świeżo minionym austriackim urlopie, z mięsa określonego jako „wołowina do pieczenia” (sama się po plecach klepałam, że przed pójściem do sklepu mięsnego sprawdziłam, jak jest po niemiecku „dusić”). Musiałam wówczas skorzystać z korzennej mieszanki zamiast przypraw jednorodnych, ale okazało się, że nie ma to większego znaczenia. Długo pieczone mięso samo rwie się na włókna, jak pulled pork, i wymieszane z pikantnym sosem pomidorowym tworzy gęstą, aromatyczną całość.

Uwaga na temat chilli: warto dostosować do własnych upodobań. Za pierwszym razem dodałam łyżeczkę mielonego i jedną małą tajską papryczkę, za drugim były to 2 łyżeczki mielonego, bo świeżej papryki nie miałam, i druga wersja wyszła bardziej pikantna. Jedna i druga mi jednak smakowała. Warto pamiętać, żeby nie oceniać jednak ostrości sosu solo, ale dopiero po wymieszaniu z porwanym mięsem.


Składniki (dla 2-4 osób, w zależności od apetytów i dodatków):

  • 750g mostku wołowego bez kości (ew. łopatki wołowej, ew. innego kawałka wołowiny do długiego duszenia)
  • olej lub inny tłuszcz do smażenia
  • sól, pieprz
  • 1 mała cebula
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1-2 łyżeczki mielonego chilli (patrz uwagi wyżej)
  • łyżeczka kolendry, utłuczonej w moździerzu
  • łyżeczka kuminu, jw.
  • 2 łyżki octu jabłkowego lub winnego
  • 3-4 łyżki wody
  • 1 puszka pomidorów (lub ok. 500ml dobrego przecieru pomidorowego)
  • liść laurowy (opcjonalnie)
  • 1 mała papryczka chilli (opcjonalnie)
  • 2 łyżki melasy lub miodu (najlepiej ciemnego)
  • Do podania: ugotowany ryż, kasza kukurydziana lub cornbread, pita lub placki typu lawasz, surowe warzywa i świeża kolendra

Mostek osuszyć, oprószyć dokładnie solą i pieprzem, obsmażyć (najlepiej w garnku żaroodpornym z pokrywką) z obu stron na oleju lub np. tłuszczu kaczym/gęsim, który się bardzo dobrze do tego celu nadaje. Mięso odstawić na bok, dodać do garnka cebulę pokrojoną w cienkie plastry, zmiażdżony czosnek, mielone chilli, kumin i kolendrę, gotować chwilę na średnim ogniu, stale mieszając. Dodać ocet, odparować, dodać wodę, pomidory i pozostałe składniki. Wszystko dokładnie wymieszać, zagotować, dodać mięso, obrócić kilkakrotnie w sosie (który na tym etapie będzie dość rzadki). Umieścić w piekarniku nagrzanym do 160 st. C (termoobieg; 180 st. góra + dół) i piec przez ok. 3 godziny, co jakiś czas mieszając, aż mięso zacznie się samo rozpadać na włókienka. Gdyby płyn zanadto odparował, podlać lekko wodą. Przed podaniem porwać mięso za pomocą dwóch widelców i wymieszać dokładnie z sosem.

Uprzedzając pytania pt. duszenie na kuchence – za drugim razem gotowałam mięso w sosie ok. 45 minut, wyłączyłam ogień i wyszłam z domu, potem jednak i tak musiałam je piec trochę ponad 3 godziny w piekarniku.

niedziela, 21 stycznia 2018

Swoją historię z chlebkiem bananowym (ciągnącą się od ponad 30 lat), opisałam TU – choć częściej obecnie piekę z drugiego przepisu. Niemniej, to wypiek, który wydaje mi się tak i prosty, i oczywisty (skoro istnieje w mojej świadomości/spiżarni tyle lat), że z zaskoczeniem przyjęłam niedawną nieufną reakcję rodziny M: „Chlebek…? Bananowy…?” i, po jakimś czasie, z zadowoleniem lub ulgą: „O, nie smakuje bananami!” (co jest prawdą, jeśli do przepisu Sophie Dahl da się góra dwa owoce ;).

Przyznaję, że zbyt wiele w bazowym przepisie nie zmieniam (no, raz dodałam czekoladę, czasem dorzucam też skórkę pomarańczową), więc podesłany przez znajomą Alex przepis na „chlebek luks” Ottolenghiego (z książki Sweet... teraz waham się nad zakupem) mnie zaciekawił. To właściwie chlebek daktylowo-bananowy; w smaku czuć wyraźnie ten pierwszy składnik. Daktyle muszą być świeże i miękkie, ale upewnijcie się, czy nie zawierają syropu glukozowo-fruktozowego (PO CO go w ogóle dodawać?!) - te, które leżą na stoisku z warzywami w moim supermarkecie były tak właśnie „wzbogacone”… Procedura jest tylko minimalnie bardziej skomplikowana (brudzi się trochę więcej naczyń), więc wciąż jest to bardzo, bardzo prosty wypiek (na poziomie nauczania początkowego ;). Oto wersja z moimi uwagami (m.in. uważam, że trzeba zacząć prace od podgrzania daktyli z masłem, bo stygną wcale nie błyskawicznie; użyłam mąki bez spulchniaczy, więc zwiększyłam ich ilość).


Składniki:

  • 60g orzechów włoskich (lub migdałów, niekoniecznie blanszowanych, lub mieszanka)
  • 200g miękkich daktyli bez pestek, z grubsza posiekanych
  • 200g drobnego brązowego cukru (jasny lub ciemny muscovado)
  • 60g masła
  • 180ml wody
  • 1 łyżeczka sody
  • ½ łyżeczki proszku do pieczenia
  • hojna szczypta mielonej wanilii (lub trochę ekstraktu z wanilii)
  • 1 duże jajo
  • 1 średni banan (ok. 120g)
  • 200g mąki pszennej (lub jasnej orkiszowej, lub mieszanka)
  • ¼ łyżeczki soli

Daktyle, masło, wodę i cukier umieścić w rondelku i podgrzewać na małym ogniu, aż masło stopnieje. Podkręcić ogień i całość zagotować, po czym zdjąć natychmiast z ognia. Przelać do miski, w której będziecie mieszać ciasto, i przestudzić do temp. pokojowej. W międzyczasie uprażyć orzechy na suchej patelni (lub przez 5 minut w piekarniku w 180 st. C), po chwili posiekać. Wymieszać ręcznie przestudzoną masę daktylową ze spulchniaczami, jajem, rozgniecionym bananem i wanilią, następnie dodać orzechy, mąkę i sól. Całość powinna być dokładnie połączona, ale – jak w przypadku muffinów – nie należy mieszać za długo. Przełożyć masę do długiej keksówki wyłożonej papierem do pieczenia lub natłuszczonej i wysypanej. Piec ok. 40 minut w 190 st. C. (termoobieg) lub do suchego patyczka. Studzić na kratce. Wg autora, jeść na ciepło lub zupełnie przestudzone, ale mnie smakowało dokładnie wystudzone, dopiero na drugi dzień (i później). Jak to z takimi wypiekami bywa, bardzo wolno się zsycha.

środa, 10 stycznia 2018

Wypadałoby wreszcie uświetnić nowy rok świeżym wpisem, nie sądzicie? Ponieważ niedawny wpis "nietypowy" (prezentownik) się Wam spodobał, pomyślałam, że czas na coś, co od dawna chodziło mi po głowie, a na innych blogach bywa regularnie: ulubieńcy na Instagramie. Korzystam z aplikacji od ok. 3,5 roku, i jak tylko ją zainstalowałam, powiedziałam: "Kolejny złodziej czasu". Nie wiem, jak będzie za kolejne kilka lat, ale obecnie z Twittera nie korzystam wcale, z Pinterest od czasu do czasu, ale na Instagram zaglądam często i regularnie (i nie tylko jako podglądacz, zamieszczam zdjęć całkiem sporo ;).

Kogo więc podglądam? Statystyki są nieubłagane, jakoś uzbierało mi się kilkaset obserwowanych stron. Są różne sklepy lub producenci - łatwo śledzić promocje i nowości; restauracje, które lubię i do których zaglądam i w realu (nawet jeśli jest to raz na kilka lat, ale np. Londyn jest *trochę* daleko). Są blogerzy, typu Ania Truskawkowa czy Monika (Kuchnia Nasza Polska). Jednak moja obecna top trójka jest z zupełnie innej, niekulinarnej bajki.

1. Georgian London

Nie wiem, jak Skye to robi, ale znajduje malownicze zakątki prawie wszędzie - nie tylko w Londynie, pojawiają się także inne lokalizacje w Wielkiej Brytanii. Dzięki niej na mojej guglomapie przybyło żółtych gwiazdek (czyt. mniej znanych muzeów/parków/ładnych domów, które chcę obejrzeć - nieważne, kiedy). Jest to też jedna z nielicznych Instagromowiczek, której tzw. stories oglądam ZAWSZE, bo te zdjęcia sklepików, starych zaułków, okwieconych fasad z hashtagiem #soenglishithurts po prostu sprawiają mi frajdę, no i cieszą oko... Przynajmniej niektórych oko (czy 124 tysiące obserwujących mogą się mylić?).

2. Accidentally Wes Anderson

Filmy Wesa Andersona cechuje swoista estetyka (i równie swoista fabuła, tj. to nie są filmy, z których koniecznie coś wynika... jak dla mnie niestety). Gdy wrzucałam w sieć zdjęcia Grand Hotelu w Bad Gastein (można różne jego ujęcia znaleźć np. tu), dostałam komentarze, że "zupełnie jak w Grand Hotel Budapest". Dość długo się broniłam, bo poprzedni film tego reżysera wyłączyliśmy po ok. 30 minutach, ale zaryzykowałam i faktycznie, jak na razie jest to jedyne dzieło Andersona, który mi się podobało. Owszem, na koniec można znów powiedzieć "i co z tego", absurdu jest dużo, jest niestety martwy kotek, ale śmierć jest przedstawiona mało realistycznie/komicznie, no i przede wszystkim: ta estetyka. Oczywiście, specyficzna (o czym wspominałam przy okazji przerośniętej Pavlovej midi). Jeśli do Was trafiła, bardzo polecam profil Accidentally Wes Anderson, gdzie można zobaczyć najróżniejsze miejsca, z przeróżnych zakątków świata, wyglądające... jak z filmów Andersona. Jest bardzo kolorowo i symetrycznie ;).

3. Berolinensis

Stronę Olgi mogłabym zaliczyć na upartego do grupy obserwowanych przeze mnie retro blogerek (do pewnego stopnia podtypu tzw. szafiarek, ale z zacięciem na minione dekady ;), choć jednak poza tą kategorię wykracza. Kostiumolog, Polka mieszkająca w Londynie, rekonstruująca/szyjąca ubrania z epoki... no właśnie, głównie edwardiańskiej. Która, w moim odczuciu, była piękna zwłaszcza ze względu na detale, np. materiały, kolory i hafty (stąd wzdychałam nad kostiumami w Opactwie Downton głównie w 1 i 2 serii). A Olga te stroje nosi, i przedstawia na sobie na nastrojowych, często melancholijnych lub mrocznych zdjęciach. Dla równowagi w stories można u niej zobaczyć weselsze klimaty, np. spotkania towarzyskie czy zloty, oczywiście tematyczne ;).

Poza główną trójką znaleźli się ulubieńcy kulinarni, których można by też podzielić na fotografów, szefów kuchni (w tym piekarzy, o czym niżej) i pisarzy/blogerów. Wśród nich jest znana w Polsce (z popularnych, przetłumaczonych książek)

4. Olia Hercules

Choć mam Mamuszkę i ją polecam, wolę tą książkę oglądać niż z niej gotować; podobnie bardzo lubię oglądać Olii zdjęcia, czytać jej wpisy z podróży, pielęgnacji londyńskiego ogródka działkowego czy wyzwań kulinarnych i podziwiać to, co osiągnęła sama ciężką pracą. A przedłużeniem zdjęć Olii jest dla mnie strona jej męża (skądinąd fotografa), Joe Woodhouse'a, bo zdarza się im zamieszczać różne ujęcia z tych samych miejsc ;).

A w temacie fotografów, na kolejnym miejscu jest

5. Her Dark Materials

Nie jestem zasadniczo fanką bardzo ciemnych zdjęć, podobnie jak nie lubię tych wyładowanych rekwizytami ani, wręcz przeciwnie, minimalistycznych i bardzo jasnych (wręcz białych). Niemniej jednak zdjęcia Ros do mnie przemawiają, bo wyglądają jak stare, renesansowe obrazy z punktowym, kontrastowym światłem, i często jest w nich jakaś historia.

6. Pracownia Godny

I, wreszcie, mamy przedstawicieli piekarzy. Trochę w moich aktualizacjach przewija się bochenków przekrojonych, złożonych, świeżo upieczonych lub dopiero zaczynionych. Czemu więc piekarnia rzemieślnicza z Poznania, w której nigdy nie byłam i do której pewnie nieprędko dotrę? Bo poza tym, że pieką ładne (na zdjęciu przynajmniej :D) chleby, piszą fajnie i optymistycznie (po angielsku, swoją drogą). Tak, że człowiek ma się z czego i do czego uśmiechnąć, a optymizmu na co dzień nie może być za dużo.

Mam nadzieję, że komuś się to zestawienie przyda. Typy się pokrywają? Macie inne podobne? Chętnie się dowiem :).

niedziela, 31 grudnia 2017

Gości mieliśmy już wczoraj, więc dzisiejszy wieczór może będzie spokojny. M zażyczył sobie blinów "takich, jak zawsze" (czyt. pszenno-gryczanych). W ramach rozrywki sylwestrowej rozważam powrót po wieeelu latach do oryginalnego Łowcy androidów i "coś" (np. złoża filmowe z dekodera, skoro okazał się niezepsuty). Zapowiada się mimo wszystko bardziej ambitnie niż rok temu, kiedy zarządziłam oglądanie Mumii (tak, tego głupiego filmu sprzed prawie 20 lat, z Rachel Weisz), bo tylko na to miałam siłę. Oby 2018 był lepszy (choć obiektywnie w 2017 zdarzyły się też pozytywne rzeczy, typu podróże do Trójmiasta, Anglii i Kanady).


W ramach testów wsparcia bąbelkowego wypróbowałam miks  "limoncello, cointreau i szampan", który mignął mi w internecie. Mimo zmniejszenia ilości mocniejszego alko, zwłaszcza limoncello (domowego), drink wyszedł wyraźnie "damski", czyt. słodki. Wersja "trzy cytrusy", tj. z dodatkiem soku grejpfrutowego, bardziej mi smakuje, choć wciąż jest dość słodka. Trzecia opcja jest najsłabsza, wariant Mimozy (Mimosy), którą w końcu serwuje się na brunchach czy innych posiłkach w pierwszej 1/2 dnia: sok grejpfrutowy + prosecco w proporcji 1:1 - przyjemny aperitif. Wszystko warte zapamiętania, choć mojej ulubionej "Chłopczycy" nie zdeklasują.

Grejpfrutowa Mimoza z bąbelkami

Na 1 kieliszek: 50-75ml soku wyciśniętego z różowego grejpfruta (z 1/2 dużego owocu powinno wyjść ok. 100ml) dopełnić schłodzonym winem musującym. Uwaga, sok ze względów estetycznych lepiej przecedzić (na zdjęciu jest z fusami).

Dla słodkolubnych: limoncello z bąbelkami

Na 1 kieliszek: 10ml Cointreau i 10-15ml (kwestia gustu) limoncello dopełnić schłodzonym winem musującym, udekorować skórką cytryny.

Dla fanów słodko-gorzkiego: cytrusy z bąbelkami

Cointreau i limoncello jw. wymieszać z 1-2 łyżkami soku z grejpfruta, dopełnić bąbelkami. Jeśli lubicie bardziej gorzkie, możecie dodać parę kropli tzw. bittersa (lub ostatecznie Campari).

Więcej inspiracji alkoholowych znajdziecie TU.

Bawcie się dobrze a bezpiecznie (możliwie bez fajerwerków...) i do przeczytania w kolejnym roku.

czwartek, 21 grudnia 2017

Dzisiaj odkryłam (ach, te wspomnienia „Tego dnia” na Facebooku), że blog kończy równo 10 lat. Nie będę truła, że „kiedy to minęło”, bo akurat przez tą dekadę całkiem sporo się w moim życiu zmieniło (z przeprowadzką z Warszawy na Mazury na czele), ale myśl, że przez ten czas blog mi towarzyszył, jest całkiem miła. Może i pisałam kiedyś więcej, ale za to (mam nadzieję ;) potem ilość przeszła w jakość. Są tu zapisy różnych wyjazdów, od Indii po Kanadę; można prześledzić ewolucję wypieków, od pierwszych niewydarzonych bochenków na zakwasie po takie całkiem wyględne, dobrze wyrośnięte i wypieczone. Są recenzje kulinarne i zdjęcia kotów (w tym Oscypka, za którym wciąż tęsknię). Jak napisałam te 10 lat temu, jest to blog o kuchni, ale nie tylko ;) - i obecnie jest to zapis całkiem sporego fragmentu mojego życia.


I wracając do kulinariów, skoro jest wpis, którego miało nie być: parę dni temu upiekłam, po raz pierwszy w życiu, babeczki z masą bakaliową vel mince pies. Jest to o tyle zabawne, że masę bakaliową (bdb pomysł na wykorzystanie nadmiaru owoców bogatych w pektyny) robiłam już wiele razy, tylko, że albo robiłam z niej dużą tartę, albo przekładałam nią piernik, albo wsadzałam ją do drożdżówek (ew. smarowałam ciasto francuskie dla idiotów). Nigdy jednak nie poszłam w małą formę, przy czym koniecznie zależało mi na gwiazdkach na wierzchu.

Jeśli posiadacie duży słój mincemeat (wspominam poniżej też o kupnej, bo w końcu Wyspy pełne rodaków ;), babeczki mogą być awaryjnym ciastem świątecznym, bo choć chyba najlepiej smakują na świeżo, lekko ciepłe lub letnie, można je podgrzać przed podaniem. Tu w ogóle użyłam eksperymentu pt. quincemeat, masy na bazie pigwowca, który wyszedł świetnie a niepotrzebnie martwiłam się, że nie zapisałam przepisu – oględziny Domestic goddess wykazały notatki ołówkiem na marginesie. Innymi słowy, w sezonie pigwowcowym, czyli przyszłą jesienią, możecie się spodziewać przepisu.

A więc te mince pies…

Składniki:

  • 500ml dobrej jakościowo mincemeat, kupnej lub domowej, np. jabłkowej lub z pigwowca, ew. patrz sugestia poniżej*
  • ulubione lekko słodkie ciasto kruche z 250g mąki (u mnie 250g mąki, 125g masła, szczypta soli, 40g drobnego cukru i kilka łyżek maślanki)
  • opcjonalnie: 2-3 łyżki pokruszonego marcepanu

Schłodzone ciasto rozwałkować cienko, ale nie przesadnie, wyciąć krążki (jak na pierogi) szklanką lub wykrawaczką, wyłożyć ciastem 16-18 foremek na małe tartaletki (u mnie najlepiej sprawdziły się zwykłe metalowe, niczym nie posmarowane). Schłodzić w lodówce na czas rozwałkowania pozostałego ciasta, by wyciąć gwiazdki na wierzch babeczek. Nałożyć do każdej tartaletki po ok. 2 łyżeczki (jak widać po zdjęciach, ja jej nie żałowałam...) masy bakaliowej, delikatnie posypać marcepanem, jeśli używacie i nakryć gwiazdką z kruchego ciasta. Piec ok. 20 minut w 200 st. C. (termoobieg) do lekkiego zezłocenia, studzić na kratce. Jeść najlepiej tego samego dnia, lekko ciepłe i posypane cukrem pudrem. Na drugi lub trzeci dzień po pieczeniu są oczywiście wciąż jadalne, ale ciasto lekko stwardnieje; najlepiej babeczki lekko podgrzać przed jedzeniem.

* I teraz wskazówka: co jeśli nie macie mincemeat? Użyjcie 500ml dobrych powideł (ew. brusznicy/żurawiny do mięs), zmieszanych z hojną garścią lub dwiema posiekanych bakalii, np. migdałów, rodzynek i skórki pomarańczowej, a całość lekko skropcie amaretto lub brandy. Żurawinę warto lekko dosłodzić brązowym cukrem. Warstwę powideł posypać, jak powyżej, pokruszonym marcepanem.


A swoją drogą ciekawa jestem, u ilu osób zagoszczą na stole śledzie grzybowe, które zwłaszcza dzisiaj cieszą się ogromnym powodzeniem na blogu ;). Wesołych - albo przynajmniej spokojnych - Świąt.

środa, 13 grudnia 2017

Kochani czytelnicy bloga, niektórzy z Was pracowicie zaglądają do kategorii świątecznej, patrząc na przepis na Christmas cake (który już powinien od dawna leżakować), lepki piernik (który jeszcze zdążycie zrobić) czy śledzie. Niestety, w tym roku nie będzie więcej przepisów spod znaku dzyń dzyń dzyń, podobnie jak prawie nie mamy dekoracji tematycznych w domu, bo na nastroju świątecznym raczej nam zbywa. It was always going to be a totally shit time, cytując klasykę.

A jednak mam coś tematycznego, pisanego od jakiegoś czasu: książkowy prezentownik, czyli coś, co pojawia się na blogach często, a u mnie jeszcze nigdy nie było. Tak się złożyło, że niedawno nabyłam cztery książki kulinarne, które bardzo dobrze pasują na prezenty. Skoro do Wigilii jeszcze ponad tydzień, na pewno nie wszyscy je już przygotowali.

Dla tych, co lubią ładne rzeczy: Trufla. Same dobre rzeczy. 

Jeśli jesteście fanami bloga Patrycji Doleckiej zwanej Truflą a na Instagramie śledzicie jej zdjęcia z targów, ogrodu po deszczu czy miny jamnika, to jest coś dla Was. Jeśli jej nie znacie a lubicie ładne zdjęcia (w dużej liczbie!), to też jest to coś dla Was, bo ta książka to (w moim odczuciu) przede wszystkim piękny album, fotograficzna historia codziennego życia, zazwyczaj spędzanego w towarzystwie dziadków autorki. Jest to także, oczywiście, książka kucharska. Przepisy są proste, listy składników krótkie (szkoda jednak, że nie ma indeksu). Znajdziecie tam dania, które często goszczą na zdjęciach Patrycji w internecie – pasta jajeczna, domowy makaron czy pieczona kaczka (ale nie ma chleba, choć go piecze co tydzień); sporo podobnych rzeczy przyrządzam w domu, choć przyznaję, że zupełnie nie kieruję się regułami kuchni wschodu, więc składniki nie zawsze są identyczne ;). Na liście do zrobienia jest fasola z dodatkiem ciemnej czekolady i soba z pieczarkami oraz nori.

Dla tych, którzy chcą wprawić się w świąteczny lub zimowy (niekoniecznie radosny) nastrój: The Christmas Chronicles

Czy trzeba reklamować Nigela Slatera? Jeśli mieliście w ręku choć jedną jego książkę, wiecie, że dania preferuje proste, o krótkiej liście składników, ale często efektowne (i szczerze mówiąc, chyba nigdy na niczym się nie nacięłam – w najgorszym razie było przyzwoicie, a pewnie wykorzystałam co najmniej 30 przepisów). Natomiast jest jeszcze Slatera twórczość niekulinarna: autobiograficzna powieść Toast była wydana po polsku, w telewizji leciał także film; tomy z serii Kitchen Diaries (do których należy część świąteczna) zawierają co najmniej tyle samo treści niespożywczej, co przepisów. Styl ma nieco specyficzny: czasem zachwyca, czasem jest, w moim odczuciu, na granicy poetyckości a pretensjonalności. Z tego ostatniego powodu nie jestem w stanie go słuchać ;). Tak czy inaczej, trudno nazwać jego twórczość wesołą: nad Toast płakałam niejeden raz, opisy ogrodu w Tender też są często melancholijne. W związku z tym trochę się zdziwiłam, gdy na Amazonie przeczytałam parę negatywnych recenzji tej najnowszej, bożonarodzeniowej książki, które zarzucają jej niepotrzebną mroczność i epatowanie śmiercią w tym radosnym czasie; chodziło o wzmianki (jedna jest na chyba 2 stronie, widocznej na podglądzie w sklepie) na temat brytyjskiej zimy stulecia z czasów dzieciństwa autora, kiedy zamarzali bezdomni oraz zwierzęta gospodarcze. Szczerze mówiąc, wystarczy otworzyć pierwszy z brzegu portal informacyjny, żeby na pierwszy rzut oka zobaczyć 10 bardziej przygnębiających nagłówków… a uwagi Nigela są uzasadnione, bo są częścią szerszych rozważań na temat przyrody, piękna zimy, ale i jej okrucieństwa; można dodać, że zwłaszcza w kraju, który jest przyzwyczajony do łagodniejszej aury (uwaga bardzo na czasie, zważywszy na opady śniegu aktualnie paraliżujące Wielką Brytanię, jeśli wierzyć mediom :). Poza uwagami na temat pogody, jest sporo wspomnień z dzieciństwa (gorzko-słodkich, jak w Toast), trochę historii, opowieści na temat tradycyjnych potraw świątecznych, nie tylko brytyjskich, oraz przewodnik po świątecznych jarmarkach w Niemczech i Austrii. Łatwo czytelnikowi także wyobrazić sobie codzienne życie autora w starym londyńskim domu pełnym przeciągów (którego fragmenty można obejrzeć TU). Bardzo przyjemnie czyta się ten świąteczny dziennik dzień po dniu (zaczyna się w listopadzie), w miarę upływającego adwentu. Kulinarnie na razie zrobiłam pieczoną kapustę z sosem serowo-beszamelowym.


Dla miłośników retro w nowej odsłonie: Retro kuchnia

Anię Truskawkową też każdy zna – Strawberries from Poland to jeden z najstarszych polskich blogów kulinarnych, sama pamiętam też Anię z czasów Galerii Potraw. Poprzednią jej książkę, wspomnienia okraszone przepisami, też kupiłam; na najnowszą czekałam niecierpliwie ze względu na temat, który mnie interesuje (w szerszym zakresie, niż tylko kulinaria ;). Zaskoczeniem był gabaryt książki – to całkiem gruby tom, a i przepisów w związku z tym jest sporo. Podzielone są na klasyczne kategorie tematyczne: zupy, dania mięsne, rybne czy warzywne, są też osobno wydzielone jaja, leguminy oraz różne napoje. Sekcje rozpoczynają szkice historyczne. Każdy przepis zawiera oryginalne danie (wraz z autentyczną pisownią oraz zapomnianymi nazwami) oraz dzisiejszą interpretację autorki; czasem dość wierną, czasem luźną inspirację, warto jednak podkreślić, że nie są to bezpośrednie realizacje starych receptur. Niestety, znów brakuje mi indeksu. Są za to oczywiście zdjęcia, po jednym do każdego przepisu, i tak w oko wpadły mi pstrągi marynowane (ale chyba najładniejszym ujęciem pozostaje dla mnie to z kaczką z kaparami – ja bym je dała na okładkę ;). Może wreszcie się teraz zmobilizuję do zrobienia ulubionej sztuki mięs…

Dla osób towarzyskich: Round to ours 

Książkę duetu Jackson & Levine kupiłam właściwie z rozpędu – włożyłam ją na listę życzeń, bo ktoś polecał, a potem przypadkiem zobaczyłam promocję cenową i bdb recenzje w sklepie. To kolejna pozycja dla miłośników ładnych zdjęć, albo książka kulinarna jak album fotografii – z zastrzeżeniem, że przepadacie za ujęciami nieporządnych, hipsterskich kuchni, miejskiego ogrodu ozdobionego lampkami, wzorzystych tapet a la William Morris oraz zwiewnych sukienek z haftem na skądinąd atrakcyjnych autorkach ;). Jedzenie też bywa fotografowane. Panie specjalizują się w różnego typu przyjęciach, jako prowadzące tzw. supper club, i o tym jest książka: ponad 20 scenariuszy/menu różnego typu imprez, każda o innym motywie (hiszpańska uczta, śniadanie na kacu, piknik w drodze, wieczór filmowy, itd.). Jest też opcja menu zimowego oraz na drugi dzień Bożego Narodzenia. Poza przepisami są wskazówki nt. dekoracji stołu czy muzyki (co bdb rozumiem, bo w czasach, gdy prawie co tydzień mieliśmy gości, miałam kilka folderów ze stałymi hitami). Ciekawa jestem, jak wielu czytelników nie zapragnie zaraz, natychmiast zaprosić do siebie parę osób. Jeśli chodzi o same przepisy, nie czuję się na razie bardzo zmotywowana do przyrządzenia jakiegoś dania (bo najbardziej mnie ciągną potrawy letnie lub wiosenne, typu gratin z bakłażana, choć drinki całoroczne ;) też wyglądają nieźle), ale z przyjemnością oglądam zdjęcia.

I jak, znaleźliście coś dla siebie?

środa, 06 grudnia 2017



Kto robił w tym roku kalendarz adwentowy...? Wiem, zgapiłam się z przepisem na wsad do kalendarza, bo jak ktoś miał zrobić, to już pewnie dawno ten kalendarz gdzieś wisi i jest systematycznie opróżniany ;). Trufle jednak, jak wiadomo, można zrobić i darować także przy innej okazji, a nawet bez okazji (choć ze względu na miękkie, podatne na topnienie wnętrze, unikałabym najcieplejszych pór roku).

Bazowałam na przepisie na trufle lawendowe, wykorzystując kawę w trzech wariantach oraz czekoladę deserową, a właściwie mieszankę gorzkiej i mlecznej, co było słusznym kierunkiem, bo czekoladki i tak są dość wytrawne. Szczerze mówiąc: w moim odczuciu idealne, jeśli chodzi o słodycz; zresztą, nie tylko pod tym względem są (nieskromnie mówiąc) udane.

Składniki:

  • 250ml śmietanki kremówki
  • 2 łyżki drobno mielonej kawy
  • 30ml espresso (lub 2 łyżki b. mocnej zaparzonej kawy)
  • 90g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 30g mlecznej kuwertury/czekolady jw.
  • łyżeczka likieru kawowego (nie mlecznego), typu Kahlua
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • do obtoczenia: ok. 80-100g rozpuszczonej czekolady deserowej lub mieszanki 3:1 kuwertury/czekolady gorzkiej i mlecznej jw.

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z kawą mieloną. Dodać espresso, przykryć, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, wlać do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać likier, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w chłodnym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki, schłodzić w lodówce (ważne!). Stężałe trufle delikatnie nurzać w utemperowanej kuwerturze/rozpuszczonej czekoladzie w temp. 30 st. C (nie cieplejszej, trufle mogą się rozpuścić) i odstawiać do zastygnięcia. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

A tegoroczne drzewko adwentowe wygląda z grubsza tak, jak rok temu. Tag "świąteczne prezenty" za to kryje inne pomysły na jadalne podarki.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 110
| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna