Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
piątek, 21 lipca 2017

Pierwszy przepis powinien brzmieć tak: „ugotuj ziemniaki, pokrój jeszcze ciepłe, wrzuć do octu i zobacz, że po 7 godzinach deszczu wyszło słońce. Szybko polej ziemniaki oliwą, przebierz się w strój sportowy i idź pobiegać, a do ziemniaków wróć po jakiejś godzinie”. Dodam, że wszystko działo się na urlopie, a odbiorcą ziemniaków na zimno miał być m.in. głodny podróżny, tj. Tata.

"Sucha" sałatka ziemniaczana

  • ok. 750g młodych ziemniaków
  • ok. 2 łyżek octu winnego
  • 1 cebula dymka
  • ok. łyżki posiekanej natki pietruszki
  • oliwa
  • sól, pieprz
  • Opcjonalnie: kminek, słodka papryka

Ziemniaki (najlepiej tzw. sałatkowe, czyli nie mączne) ugotować, uważając, by nie były za miękkie, pokroić w plastry tak szybko, jak się da, i gorące wrzucić do octu. Dodać pokrojoną dymkę i pietruszkę, całość doprawić oliwą – ok. 2 łyżeczek lub wg uznania – oraz solą i pieprzem do smaku. Opcjonalnie, jeśli wam to pasuje smakowo (mnie pasowało) można dodać szczyptę słodkiej papryki i/lub kminek (ok. ¼ łyżeczki lub ponownie wg uznania). Co ważne, ziemniaki należy odstawić do wystudzenia na co najmniej 40 minut przed jedzeniem. Przed podaniem ponownie wymieszać i sprawdzić doprawienie.

Czemu nazwa „sucha sałatka ziemniaczana”? Sucha w rozumieniu bez sosu majonezowego czy śmietanowego, jak zazwyczaj się spotyka. Nam bardzo dobrze komponowała się zamiast chleba do austriackich wędlin, lokalnego sera i warzyw. Pasowałaby też do wszystkich potraw z grilla.

Ziemniaki, jak wiadomo,są także przyjemną bazą do mini sałatek, tj. jednoosobowych talerzy obiadowych – można powiedzieć, że to letnia wersja wiejskiego talerza sprzed paru miesięcy. Oczywiście, porcję jednoosobową można zwiększyć…

Jednoosobowa sałatka ziemniaczana z bobem

  • 2 średnie ziemniaki
  • kilka plastrów wędzonego boczku
  • szczypiorek (ok. łyżki)
  • estragon (opcjonalnie, ilość jw.)
  • ok. 250g bobu (ugotowany i wyłuskany)
  • sól, pieprz
  • łyżeczka musztardy i łyżka octu jabłkowego

Ziemniaki ugotować, pokroić w plastry, posypać posypanym szczypiorkiem, estragonem i bobem, całość lekko posolić, popieprzyć i delikatnie wymieszać. Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na suchej patelni, na małym ogniu, następnie podkręcić ogień i smażyć, aż będzie chrupki. Wyłowić z tłuszczu, dodać do ziemniaków. Tłuszcz z boczku szybko wymieszać z musztardą i octem jabłkowym (można tej samej patelni, jeśli nie jest np. stalowa, której cenną patynę zje ocet ;), polać powstałym sosem sałatkę. Jeść od razu.

Przeglądając inne sałatki z dodatkiem ziemniaków na blogu, wyszło mi, że całkiem jest ich całkiem sporo, ale dominują dodatki morskie, od ryby przez przegrzebki po klasyczną sałatkę nicejską (i mniej klasyczną, tj. ziemniaki z małżami). Przyznaję, że piszę to głodna i żadną bym w tej chwili nie pogardziła, mimo późnej pory ;).

piątek, 14 lipca 2017

Post będzie krótki, właściwie seria przypominajek.

Gdy dwa lata temu miałam urodzaj na grządce z bazylią, zrobiłam bardzo udany sos bazyliowy. Tym razem koperku mam więcej, niż jesteśmy w stanie przerobić, więc gdy w sobotę przyjechali goście, pół litra koperku przerobiłam na sos koperkowy - dokładnie taki, jak bazyliowy, tylko wody musiałam dać odrobinę więcej - i polałam nim pomidory, jak widać na zdjęciu. Reszta została wykorzystana i do pieczywa, i maczania pieczonych kwiatów (na zdjęciu), i kolejnego dnia jako dodatek do grillowanej ryby, i wreszcie jako omasta do niedzielnego jaja w koszulce (jak poniżej). Bardzo polecam!

Po drugie, widoczne na ww. zdjęciu pieczone kwiaty - nadziane fetą zmieszaną z ostrą papryką (pastą tajską, ale np. adżika czy ostra węgierska też byłaby bdb). Metoda przygotowania jak poprzednio (a błędu z posypaniem solą przed pieczeniem już więcej nie zrobię, tu zresztą dzięki słonemu farszowi sól w ogóle nie była potrzebna).

Po trzecie, pasta z bobu i fety, przygotowana jak poprzednio lub jeszcze wcześniej, ale z ok. 130g sera "typu feta" i bez gałki muszkatołowej. Nadmiar niewykorzystany na chlebie trafił, oczywiście, do pierogów, bo lato bez takich z zielonym farszem to nie lato ;).

Zapisz

wtorek, 11 lipca 2017

O odkryciu, jakim jest gruby bulgur, pisałam ze 2 lata temu. Choć upały jakoś specjalnie na razie Polski mocno nie dotykają, węglowodan gotowy do spożycia tylko przez zalanie (wcześniej) wodą, to latem zbawienie, zwłaszcza, że świetnie się łączy z daniami warzywnymi, wszystkim co zielone i/lub bliskowschodnie. Dlatego niedawno przygotowałam zielony bulgur, „jedno oko na Persję” oraz bardziej konkretną sałatkę obiadową, przygotowaną z garścią zieleniny z ogrodu (albo dżungli pourlopowej - jak weszłam między grządki po powrocie, najpierw osłupiałam, potem załamałam ręce, i do tej pory wszystkiego nie przepieliłam ;/).

W obu daniach podstawą jest szklanka bulguru namoczona ok. 2h w 2 szklankach wody z hojną szczyptą soli, mieszana co jakiś czas.

Bulgur w klimatach lekko perskich

Składniki:

  • szklanka grubego bulguru jw.,
  • garść posiekanych lub porwanych ziół (np. mięta i bazylia, można użyć mięty i pietruszki),
  • garść szpinaku (ew. przelanych wrzątkiem i osuszonych liści boćwiny bez łodyg),
  • ok. 2 łyżek z grubsza posiekanych pistacji,
  • ok. łyżki suszonego berberysu,
  • sól, oliwa, łagodny ocet/sok z cytryny

Wymieszać bulgur z zieleniną i bakaliami, doprawić do smaku solą, oliwą, octem np. jabłkowym lub sokiem z cytryny. Odstawić na co najmniej 10 minut, wymieszać i ew. jeszcze raz doprawić. Podawać z grillowanymi potrawami lub np. takimi klopsikami. Do delikatnej ryby też mi pasuje.

Sałatka z bulguru z fetą

Składniki:

  • szklanka bulguru jw.
  • 2 małe cebule dymki
  • garść świeżego groszku oraz cavolo nero lub jarmużu,
  • zioła - mięta i koperek - 2/3 do patelni, reszta posiekana surowa
  • opcjonalnie: kilka listków musztardowca lub pikatnej rukoli
  • oliwa, ocet lub cytryna, sól wg uznania
  • 150g fety,
  • ok. 8 pomidorów suszonych (namoczonych lub w oliwie, osączonych)

Dymkę posiekać, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju/oliwy, dodać porwane cavolo nero (bez łodyg). Smażyć chwilę, aż liście zmiękną, dodać łyżeczkę wody, wyłuskany groszek, hojną szczyptę soli i 2/3 ziół, gotować minutę. Przykryć naczynie i odstawić na bok na kilku minut, kiedy zajmiecie się pozostałymi czynnościami: posiekaniem reszty ziół i dodaniem ich do bulguru razem z pokruszoną fetą, pokrojonymi pomidorami i ew. liśćmi rukoli/musztardowca. Do naczynia dodać przesmażone warzywa i całość wymieszać. Doprawić do smaku oliwą, łagodnym octem lub sokiem z cytryny oraz solą.

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych (w ogóle), a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

środa, 28 czerwca 2017

 Wracamy do Austrii! Druga część przewodnika po gospodach znajduje się poniżej, a pierwsza (gdyby ktoś przegapił lub trafił z Google'a) znajduje się TU.

- Rockfeldalm to tegoroczne odkrycie. To ten typ gospody, jaki lubię najbardziej: czynny i tak, bo krowami trzeba się zająć; przed wejściem siedzi spokojnie starsza pani z robótką ręczną (!). Menu ustne: tak, jest otwarte, do picia to i to; do jedzenia może być talerz własnych produktów, czy chcemy ser, czy wędlinę, czy może pomieszane...? Skusiliśmy się na tą ostatnią propozycję plus mętny sok jabłkowy z wodą. W sam raz na wsparcie do dalszej wspinaczki na Schlossalm/Hirscharspitze. Dodatkowy bonus to, jak nam się wydawało, niższe ceny niż w bardziej komercyjnych miejscach.

- Na liście znajdują się gospody na Graukoglu, o których też pisałam wiele lat temu w kontekście zimowym; obie bardzo lubię (choć tą przy stacji środkowej bardziej), działają latem prężnie (choć chyba synchronicznie z wyciągami - warto sprawdzić godziny otwarcia), jednak rzadko w nich w tym sezonie bywam - wolę Grau w wersji narciarskiej. Z jakiegoś powodu (sprawdzone kolejny raz dzisiaj!) zazwyczaj jak się tam wybieramy na pieszą wycieczkę, to albo uciekamy przed burzą, albo się wyjątkowo męczymy, albo chodzimy w deszczu...



- Do Poserhöhe można dojść i z Bad Gastein, i schodząc z Gamskarkogel, i wdrapać się (stosunkowo szybko) z Kötschachtal. To właśnie tzw. "krasnoludki". Byłam tam i w chłodny czerwcowy dzień, gdy z leżaków można było popatrzeć na śnieg, i w upalne wrześniowe popołudnie, gdy na ww. leżakach pokładały się opalone ciała. Poza specyficznym, nawet jak na Austrię, wystrojem i klasycznymi daniami typu Bretljause i ciasta owocowe, bywają dania na ciepło, aperitify z aperolem oraz buchty.

- Alpenhaus Prossau pokazywałam w 2011 - jak wyglądał pod śniegiem ;). Chwaliłam się też nabytą tam kiełbasą. I właśnie własne wędliny z dziczyzny to clou tego miejsca (poza tym, że lokalizacja jest dobra, jeśli ktoś się wybierze na lekki spacer lub przejażdżkę rowerem - na piechotę to ok. godzina w jedną stronę i prawie płasko - doliną Kötschach). Jeśli nie zdecydujecie się na posiłek w Prossau, zawsze można wracając zajrzeć do...

- Himmelwandhütte. Miejsce w którym byłam tylko raz, w tym roku, po wymagającej wycieczce do Reedsee. Jak to ujął M, "zawsze tu się kłębiło jak przechodziliśmy". Może przyczyną jest bliskość "miasta", a może urok domowego strudla. Po Topfenstrudel mit Erdbeeren (serowy z truskawkami - ciepły, ewidentnie domowy a pyszny) uznałam, że trzeba ich dodać na mapę. Maślanka była dodatkowym atutem ;).

Jako bonus - mój ulubiony widok z Kötschachtal:

- Böckfeldalm mieści się blisko Böcksteinu: wsi za Bad Gastein, po drodze do Sportgastein, jednego z naszych ulubionych miejsc na biegówki (tam pierwszy raz ich spróbowałam), a poza tym uroczej, dobrze zachowanej miejscowości. Latem, gdy jest ciepło, kojarzy mi się znowu z klimatami z Białej wstążki. 

Do almu prowadzi dość strome podejście ścieżką leśną. Po godzinnej wspinaczce człowiek może nie jest głodny, ale spragniony - owszem. Stąd Böckfeldalm to dla mnie źródło, oczywiście, Hollerwasser i innych napojów, np. cydru (mostu); przewidując dalszą wędrówkę radzę wziąć wersję gespritz, tj. z wodą gazowaną, bo czysty jest i zwodniczy, i kwaśny ;). Na uwagę zwraca także obsługa (hoża, opalona blond amazonka z dużą ilością kolczyków ;).


- Schareckalm znajduje się na samym końcu doliny, w Sportgastein. Kolejne łatwo dostępne miejsce, jeśli ktoś już zapędzi się do parku narodowego: trzeba tylko wdrapać się kilka kroków na pagórek do malowniczego domku, który znów "gra" w filmiku promocyjnym.

Jedliśmy tam tylko domowe wypieki - m.in. gorący strudel, za którego świeżość pani nas aż przepraszała; dodatkowo zostałam kiedyś na chwilę "kurzą mamą", albo kury okazały się wyjątkowo towarzyskie...

Wszystkie ww. miejsca oznaczyłam na mapie, którą dla świętego spokoju wklejam ponownie:



Ps. Poza widokami krajobrazowymi podczas wycieczek pieszych, warto wspomnieć o faunie, którą można spotkać podczas wędrówek, i nie są to to tylko krowy...

 



Mam nadzieję, że komuś przyda się ten skromny przegląd. Choć Polaków na szlaku wielu nie spotkałam, parę razy język ojczysty słyszałam, w tym nawet w zeszłym tygodniu ;).

ENGLISH PLEASE:

Welcome to part 2 of the Gastein inn guide! In case you missed it and/or landed here via Google, HERE is part 1.

- Rockfeldalm is this year's discovery. It's my favourite type of inn: one that has to be open to some extent, because somebody has to tend to the cows. At the entrance there's an older woman with her knitting. There's no written menu, but she's willing to tell us: yes, they're open, you can drink this or this; as for food, how about some homemade goods and would we prefer cheese or meat, or both perhaps...? Both, of course, plus two tankards of unfiltered apple juice mixed with water. Just what we needed to continue on our hike to Schlossalm/Hirscharspitze. Another benefit worth mentioning is the fact that the prices seemed lower than in more popular places.

- My list, as you might see on the map, includes Graukogel restaurants, which I've also mentioned on the blog (ages ago). I like both, possibly favouring the Mittelstation one more, but though they're fairly popular in summer, I don't visit them often in that season, since I prefer Graukogel as a skiing destination (for some reason, we're often unlucky with the weather when we go hiking there - today's trip has proven this one more time!).

- Poserhöhe can be reached from Bad Gastein, on the descent from Gamskarkogel, or (after a fairly short climb) from Kötschachtal. It's the "Dwarf Inn" I mentioned before. I've visited both on a chilly June day, when you could see snow from your deckchair and on a hot September afternoon, when all those chairs were filled with sunbathing bodies. Apart from the specific (even by Austrian standards!) decor and classic mountain dishes (Bretljause or fruit Kuchen), the inn offers hot mains, aperol spritz and yeasted buns (Buchteln).

- Alpenhaus Prossau featured on the blog in 2011 - under the snow ;). I also mentioned the sausage we bought there. Generally game charcuterie is what makes the place special (apart from the fact that the location is convenient if you've been on a light hike or bike ride in the valley: Prossau is around an hour's walk from the village of Kötschach on mostly flat terrain). If you're in the area but don't fancy stopping at this inn, there's always...

- Himmelwandhütte. So far we've only been here once, this year, after a challenging hike to Reedsee. As M put it, "it always seemed so crowded when we went past". He has a point; maybe it's the not-so-faraway village centre, maybe it's the homemade strudel? Their Topfenstrudel mit Erdbeeren (curd cheese and strawberries served warm, very homemade - in a good way - and delicious) made me edit my seemingly complete map. The buttermilk wasn't bad either.

- Böckfeldalm is close to Böckstein, a village located right behind Bad Gastein, en route to Sportgastein. Böckstein is one of my favourite cross-country skiing spots (maybe because that's where I first tried it) and a charming, well-preserved place. In summer, when it's sunny and oh-so-quiet, it reminds me of the atmosphere in the movie The White Ribbon. The inn is reached by a fairly steep forest path. After an hour of climbing in the sun chances are you won't be hungry, but thirsty: which is why Böckfeldalm has been for me a source of Hollerwasser (elderflower cordial & water) and other cold drinks, e.g. cider (most); if you plan to hike on towards e.g. Stubnerkogel, I'd suggest the spritzer version, as the undiluted drink is both fairly strong on a hot day and quite acidic ;). Take note also of the waitress - if she still works there, she's hard to miss: very tall, tanned, blond and with numerous piercings ;).

- Schareckalm is located at the very end of Gasteinertal, in Sportgastein. Another easily accessed spot, if you've reached the national park: all you need to do is climb a small hillock to reach the house with green shutters (once again featured in a promotional clip - see the video above). I've only tried the homemade cakes, such as hot curd cheese strudel; the owner actually apologized it was "too fresh" when she brought it to the table. I also enjoyed a brief stint as a "chicken lady", when the local hens became very friendly... (see pic above). They're not the only animals you can see when hiking in the area - again, see the photos above for a small selection!



I hoped you've enjoyed this review! While most of the hikers I've met seemed to be Austrian or German, the area attracts also a fair number of English-speaking foreigners - who I hope might benefit from some of the tips. If you have your own favourites which I haven't mentioned here, I'd love to hear about them - why not let me know in the comments?

Zapisz

wtorek, 27 czerwca 2017

Co jakiś czas wspominam o tym, co jemy podczas górskich wędrówek w Austrii (całkiem sporo z tego można obejrzeć sezonowo na moim Instagramie lub np. w albumie na Facebooku). Pisałam kilka lat temu o specjalizacji na halach, tj. produktów selbstgemacht, i wspominałam tam m.in. o ulubionym Strohlehenalm; rok temu przy okazji bucht wspomniałam „krasnoludki”. Podczas wrześniowego wyjazdu pomyślałam, że – skoro wpisy nt. Bad Gastein czy Bad Hofgastein cieszą się popularnością – może komuś przyda się subiektywny przewodnik po lokalnych gospodach. Większość z nich jest stosunkowo łatwo dostępna, tj. położona poniżej 1500 m., do niektórych można dojechać samochodem. Wiele produktów do zjedzenia na szlaku, można także kupić podczas sezonowych targów pod ratuszem miejskim (największe są we wrześniu w ramach dożynek, tj. Bauernherbst, mniejsze odbywają się także latem w każdy czwartek).

Doświadczenia z wędrówek zbierałam od 7 lat (narciarskich jest nieco więcej, ale lokale się prawie nie pokrywają); miejsca na mapie odwiedziłam – z dwoma wyjątkami – co najmniej dwa razy, są to więc gospody, do których wracam, bo albo jest ogólnie smacznie, albo jest wyjątkowo miło, albo można tam kupić/zjeść coś rzadko spotykanego. Ponieważ wpis wyszedł mi za długi, jak na możliwości Bloxa (!), podzieliłam go na 2 części.

Steineralm

Idąc od góry, z północy (Dorfgastein) na południe:

- Steineralm. Miejsce prowadzone, jak to często bywa, przez rodzinę wielopokoleniową (starsze panie gotują, wnuki kręcą się pod nogami). Tu trafiliśmy pierwszy raz na piwo, schodząc chyba z jezior Paarsee i niestety byliśmy najedzeni prowiantem na wynos... choć od pączków z trudem oderwaliśmy wzrok (M wcześniej widział proces formowania i smażenia, bo siedział vis a vis wejścia do gospody). Wróciliśmy w kolejnym roku, celem konsumpcji pączków. Miały być wytrawne Blattkrapfen, ale coś nam nie wyszło z produkcją niemiecką ;), i były słodkie Bauerkrapfen. Nie żałowaliśmy. Miejsce od tej pory nazywamy „Pączkami”.

- Strohlehenalm: tu w sumie wszystko napisałam w 2010, dodam tylko, że zawsze z przyjemnością tam wracam. Właściwie zawsze coś bierzemy na wynos, najczęściej ser i/lub masło.

- Biberalm. Część uroku miejsca można obejrzeć na poniższym króciutkim filmie – pani nas dwukrotnie obsługiwała ;).



Gospoda jest dość popularna, bo i szybko i łatwo można do niej dojść, podjechać autem lub wjechać rowerem. Dla nas to z kolei źródło Zwetschkenpofesen, o których wspominałam, a widoki po drodze do Bad Hofgastein takie:

- Laderdinger Alm. Laderding to niewielka wioska między Bad Hofgastein a Dorfgastein. M wymyślił nam kilka lat temu wycieczkę - choć doszliśmy do samego Laderding wzdłuż szosy a potem pięliśmy się w górę szeroką drogą, wg mapy z mikro osady wysoko w lesie miało być przejście m.in. łąkami bezpośrednio do obrzeży Bad Hof. Niestety, jak poinformowała nas pani w Laderdinger Alm, przynosząc deskę pełną domowych smakołyków, ścieżka dawno zarosła, a poza tym właśnie trwała ścinka drzew. Wróciliśmy zatem tak, jak przyszliśmy, ale te sery, masło i wędliny długo zostały mi w pamięci. Dlatego rok temu poszliśmy tam ponownie (w deszczu) i niestety: choć przy domach w lesie stały samochody i gdzieś daleko między drzewami było słychać głosy, z żywych postaci zobaczyliśmy tylko (bardzo mokrą) krowę. Pokręciliśmy się w tą i z powrotem, ale niestety, nikt się nie pojawił. Jeśli jednak Wam się uda, powinno być smacznie.

Rastötzen Alm/Grußberghütte. Tu byłam wiele razy, bo gospody (jedna położona tuż obok drugiej, jak widać na zdjęciu w drugiej części posta) są położone dokładnie na trasie na Gamskarkogel (na którym byłam trzy razy), atrakcyjny i popularny dwutysięcznik, kilka innych szczytów o podobnej wysokości oraz przełęcz, z której można przejść do sąsiedniej doliny. Zjadłam więc sporo wersji Bretljause i ciast z jagodami, opiłam się maślanki (np. malinowej) i wody z sokiem. Najlepiej jednak zapamiętałam naszą wycieczkę sprzed kilku lat, gdy spadł śnieg - i wbrew naszym przewidywaniom leżał także na wysokości ok. 1600 m. - więc doszliśmy na miejsce nieco przemoczeni i zmarznięci. Górna gospoda była nieczynna, w dolnej za to hoża nastolatka nakarmiła nas zupą z knedlem, usmażyła talerz Kaiserschmarrn', a na koniec napoiła sznapsem swojego Taty, żebyśmy "się nie przeziębili". Z tego co pamiętam, w moim przypadku to nie pomogło ;).

CDN.



ENGLISH PLEASE:

I've mentioned food-related Austrian "perks of hiking" on my blog several times (and a fair selection can be seen on Instagram or Facebook). I've written about selbstgemacht (homemade) produce, e.g. from Strohlehenalm; last year I wrote about the "Dwarf inn”. Last September it occured to me that a subjective inn guide might come in handy. Most of these Almen are fairly accessible: located under 1500 m., some can be reached by car. Many food products can be bought during seasonal farmers' markets held outside the Bad Hofgastein town hall (the largest take place at harvest time, i.e. Bauernherbst, but smaller are held every Thursday in summer).

I've been hiking in Gasteinertal for 7 years and I've visited most of the places on the above map at least twice: so, as you may guess, these are all places I come back to either because the food is so tasty, or the place is atmospheric/the people nice, or you can try something different. In part 1 of this guide I'll focus mainly on the Dorfgastein/Bad Hofgastein half of the valley.

So, going down from Dorfgastein and heading south:

- Steineralm is run by a multi-generational family (the grandmas cook, the grandchildren get in the way). First time we stopped just for a beer while going down from the Paarsee. Unfortunately we weren't hungry, but still we couldn't drag our eyes from a plateful of fresh doughnuts (M sat opposite the door to the kitchen & so also saw how they were shaped and fried). We came back the following year, for the doughnuts, of course. Our plan of ordering savoury Blattkrapfen didn't work out (still haven't moved out of A2 level in German ;), so we got the sweet Bauerkrapfen instead. Not that we complained... and have since renamed the inn as "The Doughnuts".

- Strohlehenalm: not much to add since 2010. It's always a pleasure to come back and buy some cheese or butter.

- Biberalm. I think the promotional YouTube clip I've included above shows some of the inn's charm (and the waitress served us twice ;). Biberalm is fairly popular, as it's easily reached from the valley on foot, by car or bike. For my DH & me it's a source of Zwetschkenpofesen, as I mentioned here before. The views en route or from outside the inn are, even from a relatively low height, again unbeatable.

- Laderdinger Alm. Laderding is a hamlet between Bad Hofgastein and Dorfgastein. M had an idea for a trip: go to Laderding the regular way & climb the dirt track, reach the forest a few hundred metres further on, then take a path back to Bad Hofgastein. Unfortunately, once we reached a handful of huts in the forest and Laderdinger Alm, we were informed the path had long since overgrown & besides, there was logging taking place in the wood. We were cheered up by the board full of homemade cheese, butter and cold cuts; we went back the way we came, but I remembered that food for a long time. So, last year we went back to Laderding & climbed the road to the forest in the rain. We were out of luck: although there were a few cars around the forest cabins & we could hear voices far away among the trees, the only live creature around was a very wet cow. After a while we gave up. If, however, you're lucky and the owners are there to serve you, you should be in for a tasty meal.



Rastötzen Alm/Grußberghütte. I've visited these twin inns (located one above the other, as you can see in the pic below) many times, as they're conveniently located right on the path to the popular over 2K peak Gamskarkogel (which I've climbed three times), several similar peaks and a mountain pass to the neighbouring valley. In other words, I've had my fair share of Bretljause and bilberry cake, buttermilk (raspberry-flavoured, anyone?) and cordials. Our most striking visit there was a few years back, a few days after snowfall - when we were surprised it still lay, and quite thickly at around 1600 m. over sea level, so we reached our destination slightly wet and cold. The upper inn was closed, but in the lower one a rosy-cheeked girl served us soup with dumplings, fried a plateful of golden Kaiserschmarrn', and finally insisted we drank a shot of her father's schnapps, to ward off a potential cold (which didn't work in my case, as we soon found out ;). 

To be continued...

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 11 czerwca 2017

Gdy zaczyna się sezon na botwinkę, rzucam się i najpierw robię duszoną. Gdyby był wyjątkowy upał (bo do tego w moim odczuciu być musi), robię chłodnik. I dopiero po paru powtórkach zaczynam myśleć: co by tu jeszcze… Rok temu w ten sposób zagościła zupa z nutą nostalgii. W tym roku długo (oj, długo… wyszukiwarka nie jest mocną stroną tej platformy :/) kopałam na blogu w poszukiwaniu tarty botwinkowej, która wiedziałam, że musiała być, bo była inspirowana hitem Galerii Potraw i każdy ją robił (u mnie tu, uproszczona/trochę odchudzona ). Uznałam jednak, że nie do końca o to mi chodziło (i chwilę się wahałam nad tą z boćwiną). Ostatecznie, jak już wrzuciłam jarzynę na naczynie do tarte tatin a ciasto się już dawno chłodziło w lodówce, olśniło mnie: skoro już ta botwina jest w naczyniu do tarte tatin, to czemu nie zrobić właśnie takiej tarty? Nikt nie mówił, że musi zawsze być słodka!

Składniki:

  • Ulubione ciasto kruche ze 150g mąki (u mnie jak zawsze maślankowe)
  • 2 pęczki botwinki,
  • 2 ząbki czosnku,
  • garść koperku,
  • 2 pełne łyżki śmietany 18%
  • 1 opakowanie mozzarelli
  • Opcjonalnie, do podania: jak najlepszy, gęsty ocet balsamiczny; garść ziół, np. świeże oregano

Ciasto wyrobić, schłodzić w lodówce.

Botwinkę oczyścić, obrać i posiekać buraczki. Poddusić w naczyniu, które potem wejdzie do piekarnika (u mnie 30cm naczynie do tarte tatin, czyli duża patelnia z uszami) na maśle (lub mieszance masła z olejem z dwoma ząbkami czosnku), po paru minutach dodać posiekane łodygi, po kolejnych paru minutach liście; przykryć i dusić pod przykryciem na małym ogniu, aż całość będzie miękka; w miarę możliwości nie podlewać wodą. Nagrzać piekarnik na 200 st., najlepiej w funkcji grill z nawiewem. Zdjąć buraczki z ognia. Doprawić do smaku solą, pieprzem, wmieszać delikatnie śmietanę i koperek. Rozłożyć z wierzchu pokrojoną mozzarellę. Ciasto rozwałkować na okrąg o średnicy naczynia, przenieść na farsz botwinkowy, docisnąć brzegi ciasta do naczynia. Piec ok. 20 minut, lub aż ciasto się zezłoci. Dać odpocząć ok. 10 minut przed odwracaniem. Opcjonalnie podać skropione balsamico i posypane ziołami.

Tatin owocowe (3 wersje) możecie obejrzeć w tym wpisie.

wtorek, 06 czerwca 2017

Macie dość rabarbaru? Przyznaję, że po kilku weekendach kwaśnych i różowych wypieków trochę wzięłam na wstrzymanie – choć oczywiście gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że sezon jest krótki i jak nie teraz, to kiedy ;). Po najłatwiejszym ucieranym oraz tarcie postawiłam na drożdże w dwóch wydaniach. Na pierwszy ogień poszły drożdżówki z kruszonką, potem kompozycja własna: strucla serowo-owocowa (skład masy serowej – podpatrzony w bułeczkach Dorotuś), którą chętnie powtórzę z malinami lub jagodami (ach, ach). Bazą obu przepisów było sprawdzone drożdżowe cynamonkowe, bo naprawdę nie czuję potrzeby eksperymentów w tej dziedzinie, w opcji z zaparzonym mlekiem (jak od paru lat piekę).

Drożdżówki z rabarbarem

Składniki:

  • Ciasto drożdżowe – z tego przepisu, minus szafran, zamiast tego trochę wanilii w cieście
  • 500g rabarbaru + 4 łyżki cukru,
Kruszonka:
  • 100g zimnego masła
  • 100g cukru (u mnie 1:1 brązowy ze zwykłym)
  • 20g migdałów w płatkach
  • 20g płatków owsianych błyskawicznych
  • 20g mąki (+ ew. dodatkowa do podsypania, gdyby masa była za mokra)

Ciasto wyrobić wg przepisu, odstawić do wyrastania. Rabarbar pokroić dość drobno, zasypać cukrem, odstawić. Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość palca, wycinać koła szklanką lub wykrawaczką (powinno wyjść ok. 20 sztuk). Rabarbar odcedzić od ew. soku (można wypić np. z wodą sodową). W każdym kole zrobić np. kieliszkiem lub mniejszą szklanką zagłębienie, równomiernie rozłożyć rabarbar, odstawić do napuszenia, najlepiej od razu na 2 blachach. Utrzeć wszystkie składniki kruszonki na okruchy, schłodzić podczas wyrastania bułeczek i rozsypać równomiernie na cieście tuż przed pieczeniem. Piec w 180 st. (termoobieg) przez ok. 25 minut, do wyraźnego zezłocenia. Jeśli piekarnik nie grzeje równomiernie, choć w tym programie powinien, można blachy zamienić miejscami w ½ czasu pieczenia.

Strucla z twarogiem i rabarbarem:

Składniki:

  • Ciasto drożdżowe jw., z 1/2 porcji,
  • 300g rabarbaru & 2-3 łyżki cukru,
  • 200g twarogu tłustego/półtłustego,
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki cukru
  • łyżka miękkiego masła
  • łyżka skrobi ziemniaczanej
  • hojna szczypta mielonej wanilii
Kruszonka:
  • 50g masła,
  • 30g mąki
  • 25g drobnego cukru
  • szczypta wanilii jw.

Ciasto wyrobić, odstawić do wyrastania, rabarbar pokroić i posłodzić jw. Gdy ciasto wyrośnie, utrzeć dokładnie (ręcznie lub mikserem) twaróg, żółtko, masło, skrobię, cukier i wanilię. Wyrośnięcie ciasto rozwałkować na maksymalnie 1 cm, dokładnie posmarować masą serową (nie będzie to b. proste, bo jest dość gęsta – najlepiej pomóc sobie palcami), na tym rozłożyć odcedzony rabarbar. Następnie można albo całość zwinąć w roladę i tak odłożyć do wysmarowanej/wysypanej lub wyłożonej papierem długiej keksówki, albo po zwinięciu przekroić na dwie części i zapleść (jak w strucli czekoladowej lub porzeczkowej). Odstawić do napuszenia w keksówce na ok. 45 minut (w tym czasie utrzeć składniki kruszonki). Wyrośnięte ciasto posmarować białkiem (od żółtka w serze), posypać dokładnie kruszonką. Piec ok. 40 minut w 180 st (do suchego patyczka, przy czym należy zwrócić uwagę, czy był wbity w ciasto, czy w ser i/lub owoce ;).

Oba ciasta wychodzą dość wilgotne, dzięki czemu dłużej zachowują świeżość, ale jeśli wiecie, że nie zjecie ich w ciągu np. trzech dni, warto przechowywać w temperaturze nieco niższej niż pokojowa (idealna jest spiżarnia lub inne pomieszczenie poniżej 20 st. C), ale nie w lodówce.

wtorek, 30 maja 2017

Uwaga, to wpis błyskawiczny - i co tu dużo mówić, powstający z pobudek samolubnych, ku własnej pamięci ;). Otóż co się dzieje, gdy w półmroku (nie chce się włączać światła) mieszasz zakwas na chleb żytnio-gryczany? Ano odkrywasz, że zamiast mki gryczanej do zaczynu trafiła... owsiana (którą trzymam jako dodatek do gofrów). Trochę się zmartwiłam, ale potem poszłam za ciosem, i tak powstał całkiem udany wypiek pt. chleb żytnio-owsiany. Procedura dokładnie tak, jak w gryczanym, tylko:

  • zastępując mąkę gryczaną konsekwentnie owsianą;
  • zastępując płatki gryczane itd. owsianymi i zwiększając ilość do 4 łyżek w cieście właściwym;
  • rezygnując z dodatku kminku.

Chleb wyszedł smaczny i wbrew pozorom nie kruszył się (mimo konsystencji widocznej na zdjęciu) dopóki się nie zsechł, co jednak po paru dniach nastąpiło ;). Ciekawa odmiana, jak ktoś z piekarzy ma dość klasycznych razowców.

sobota, 27 maja 2017

Młoda kapusta w wersji azjatyckiej to nic nowego. To znaczy: dla mnie coś nowego na talerzu, ale jako idea nie – wystarczy wrzucić w wyszukiwarkę np. „młoda kapusta mleko kokosowe”, pewnie od razu wyskoczy choćby przepis Ani czy Śliwki & Tosi. Rok temu się przymierzałam, ale... jakoś nie wyszło. Co się jednak odwlecze… W mojej wersji jest pikantnie, ale (subiektywnie) nie zanadto. Jeśli ktoś jednak woli dania łagodne, można dać tylko ½ papryczki (ostatecznie usunąć nasiona, co jednak wydaje mi się pozbawione sensu, bo po co w ogóle wówczas dawać chilli ;). Żeby było bardziej konkretnie (obiadowo), jako dodatek pojawiło się pieczone tofu (albo ktoś był na zakupach w wielkim mieście ;). Ogólnie jest lekko, smacznie, wyraziście – wchodzi do repertuaru ;).

I cytując panią z brooklyńskiego sklepu (wspomnienie wakacji 2014; rzecz tyczyła butów): "Aaaand it's vegan!".

Składniki (2-3 porcje):

  • 2/3 główki młodej kapusty (resztę można zostawić do mieszanych surówek z pomidora i ogórka, polecam!),
  • 1 cebula,
  • 1 ząbek czosnku
  • łyżeczka oleju kokosowego
  • 3 plastry imbiru
  • 1 mała (tajska) papryczka chilli
  • 2-3 liście limonki (ostatecznie – skórka starta z 1 limonki)
  • mała puszka (ok. 180ml) mleka kokosowego
  • sos sojowy lub rybny do smaku
  • 1 opakowanie (250g) tofu
Na marynatę do tofu:
  • ¼ szklanki sosu hoisin
  • 2 łyżeczki octu ryżowego
  • sok z 1/4 limonki
  • 1,5 łyżeczki sosu sojowego
  • parę kropli (ok. 1/4 łyżeczki, ew. odrobinę więcej) oleju sezamowego
Do podania:
  • ryż jaśminowy
  • kolendra
  • sok z limonki

Zacząć od odciśnięcia tofu: wyjąć z opakowania, odcedzić, owinąć ręcznikiem papierowym, umieścić w głębokim talerzu, nakryć np. deską do krojenia i obciążyć. Odstawić na co najmniej 30 minut. Po tym czasie odwinąć, pokroić w grubsze plastry. Wymieszać wszystkie składniki marynaty, posmarować dokładnie tofu z wszystkich stron, odstawić ponownie na 30 minut. Po tym czasie przełożyć do naczynia żaroodpornego, posmarować z wierzchu nadmiarem marynaty i piec ok. 30-40 minut w 200 st. C, obracając w ½ czasu pieczenia.

Gdy tofu się piecze lub zaraz będzie się piekło, zająć się kapustą: przesmażyć na oleju kokosowym posiekaną cebulę i czosnek, dodać plastry imbiru, z grubsza pokrojone chilli oraz liście limonki (porwane, bez szypułki/nerwu). Wymieszać, dodać poszatkowaną kapustę, znów chwilę pogotować. Dodać mleko kokosowe, gotować 7-8 minut na żywym ogniu, ew. podlać lekko wodą; przykryć i dusić na małym ogniu, aż kapusta zmięknie, ale nie zanadto – powinna pozostać wciąż trochę jędrna. Doprawić do smaku sosem sojowym i/lub rybnym. Podawać z ryżem, tofu, posypane kolendrą i skropione limonką.

Dla przypomnienia: była jeszcze młoda kapusta

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna