Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 15 sierpnia 2018

Nie jestem mistrzem smażenia kotletów. Większość popełnionych przeze mnie się mniej lub bardziej rozpadła ;), więc gdy uda mi się znaleźć przepis dla opornych (czyt. kotleciki/burgery trzymają kształt i przed, i po obróbce), uważam, że warto go uwiecznić. Drugim kluczem do sukcesu jest odpowiednie nagrzanie patelni (używam stalowej) i dopiero nagrzaną natłuścić, plus smażenie partiami, bez tłoku i w nie za wysokiej temperaturze, plus trzymanie już usmażonych kotletów w cieple.

Przepis na kotlety kalafiorowe znalazłam na str. 23 letniego wydania wirtualnego czasopisma, Magazynu Kocioł. Trochę się zawiesiłam nad kaszą jaglaną; teoretycznie wiem, że dobrze zlepia (użyłam jej np. do burgerów warzywnych), ale nie jestem w stanie się zmusić, by mieć na stanie tylko do takich celów produkt ogólnie nielubiany ;). Zastanawiałam się nad inną kaszą, ale żadna nie wydawała mi się wystarczająco lepliwa – w przeciwieństwie do płatków owsianych. Świetnie pasowały mi też do otrąb owsianych, których użyłam zamiast bułki tartej, bo jak zawsze jej nie miałam ;). Oto więc moja wersja, nieco inaczej też doprawiona (i z ½ składników oryginału).

Składniki (ok. 8-9 sztuk):

  • 300g ugotowanego (na parze lub w wodzie) kalafiora
  • 50g zaparzonych płatków owsianych (błyskawicznych)
  • ½ cebuli
  • 1 małe jajo
  • łyżka bułki tartej lub otrąb owsianych, plus dodatkowa do obtoczenia kotletów
  • 1/2-1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • łyżka posiekanej kolendry
  • ½ łyżeczki przyprawy korzennej, np. baharat, advieh lub ras-el hanout
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól i pieprz
  • olej do smażenia

Płatki zwilżyć niewielką ilością wrzątku - tyle, by namokły, odstawić na kilka minut pod przykryciem. Kalafiora rozgnieść praską do ziemniaków; cebulę drobno posiekać i zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Namoczone płatki dobrze osączyć, jeśli to konieczne, połączyć z kalafiorem i cebulą. Całość doprawić do smaku solą, pieprzem, przyprawą korzenną i gałką. Dodać pozostałe składniki (jajo, bułkę/otręby i mąkę), dokładnie wymieszać. Gdyby masa była zbyt mokra, dodać jeszcze trochę bułki tartej lub otrąb. Formować okrągłe kotlety, obtaczać w bułce/otrębach, smażyć partiami, do zrumienienia z obu stron, zgodnie ze wskazówkami we wstępie (patelnia rozgrzana najpierw bez tłuszczu, nie za wysoka temperatura, nie robić tłoku na patelni, kotlety formować nie za duże i każdy lekko spłaszczyć na patelni podczas smażenia, jeśli to konieczne, dolać oleju między partiami). Gotowe kotlety przenosić albo do piekarnika (np. 100-120 st. C), albo do innego garnka/głębokiej patelni, i podgrzewać na małym ogniu. Po usmażeniu wszystkich kotletów, jeszcze podgrzewać je do 10 minut przed serwowaniem w nie za wysokiej temperaturze (można i układać warstwowo; chodzi o to, by środek był dobrze zrobiony). Podawać z dowolnymi warzywami i np. sosem z tahiny (prostym, czosnkowym lub z dodatkiem jogurtu).


Ponieważ jest lato, wiadomo, że regularnie wertuję Jerusalem Ottolenghiego. Z nowinek usmażyłam (rzutem na taśmę ;) foremne, ale bardzo, bardzo niefotogeniczne placki z boćwiny (w książce też nie ma zdjęcia ;) oraz klopsiki drobiowe z dodatkiem cukinii, albo mamy kolejny hit klopsowy (obok tych z bobem/groszkiem, które w sezonie muszą być) – nie rozpadający się! W oryginale miały być indycze, ja użyłam zmielonej piersi kurczaka. Zrobiłam także sugerowany sos śmietanowo-jogurtowy, choć ten z tahiny jw. też by pasował. Do sugerowanych ziół można podejść nieco kreatywnie: można zastąpić kolendrę częściowo też lubczykiem, dodać trochę estragonu, majeranku czy oregano.

Składniki (dla ok. 4 osób/15-18 sztuk):

  • 500g zmielonego mięsa drobiowego,
  • ok. 200g startej cukinii (1 większa sztuka),
  • garść posiekanego szczypiorku lub dymki,
  • 1 jajo,
  • 2 łyżki posiekanej mięty,
  • 2 łyżki posiekanej kolendry,
  • 2 ząbki czosnku (przeciśnięte przez praskę lub drobno posiekane),
  • łyżeczka kuminu (mielonego/roztartego w moździerzu)
  • łyżeczka soli
  • ½ łyżeczki (lub do smaku) grubo mielonego pieprzu
  • ½ łyżeczki ostrej papryki/chilli,
  • olej do smażenia (ok. 6 łyżek)
  • Do podania (sos):
  • 100g kwaśnej śmietany (12-18%),
  • 150g jogurtu bałkańskiego/greckiego,
  • łyżeczka skórki startej z cytryny,
  • łyżka soku z cytryny,
  • 1 mały ząbek czosnku (przeciśnięty przez praskę lub super drobno posiekany),
  • 1,5 łyżki oliwy,
  • łyżka sumaku,
  • ½ łyżeczki soli
  • ¼ łyżeczki pieprzu

Składniki sosu dokładnie wymieszać, odstawić do przegryzienia (można w lodówce).

Wymieszać dokładnie wszystkie składniki klopsów (poza olejem), uformować kotleciki o podobnej wielkości. Smażyć partiami, podobnie jak placki w poprzednim przepisie (i zgodnie z zawartymi tam sugestiami/uwagami). Gotowe kotlety (podobnie jak te kalafiorowe) albo trzymać w cieple, nawet warstwami, w przykrytym rondlu na małym ogniu, albo, zgodnie z sugestią autora, umieścić je w piekarniku w 200 st. C (termoobieg) na 5-7 minut po usmażeniu. Podawać z wcześniej przygotowanym sosem i np. pitami, kiszoną cytryną (u mnie była ta z nowszego przepisu, bo słoik mieszka sobie od kilku miesięcy w lodówce) oraz np. melitzanosalatą lub inną formą warzyw (pomidory w sezonie są zawsze mile widziane ;).

Sądzę, że skoro mam taką dobrą fazę, muszę wrócić do Ottolenghiego klopsów z dorsza, które zapamiętałam jako bardzo smaczne danie… o konsystencji fish curry, gdyż nawet M wezwany na pomoc nic nie pomógł na wątpliwą strukturę pulpetów ;).


środa, 08 sierpnia 2018

Dawno nie piekłam pity, choć przepis na nią jest na blogu od prawie początku, tj. ponad 10 (!) lat. Faktem jednak, że nigdy mi nie wyszły chlebki z kieszonką, tymczasem przy podejściu ostatnim, "po latach" i wg wskazówek Rose Levy Beranbaum, większość pit miała mniejsze lub większe otwory do zapełnienia jadalnym dobrem. Ku mojemu zdziwieniu, gdy porównałam przepisy, okazało się, że składniki są niemal te same, proporcje w sumie też zbliżone, inny jest jednak (w zalecanej opcji) czas wyrastania. Ze względu na wybranie opcji slow (czyt. długie wyrastanie w chłodzie) samowolnie zmniejszyłam ilość drożdży. Zwracałam też uwagę na konsystencję, bo wg Różyczki za kieszonki odpowiedzialne jest stosunkowo mokre ciasto (+ kamień). Jeśli miałabym piec w przyszłości tego typu chlebki, to z tego przepisu w wariancie leżakującym.

Składniki (8-12 sztuk):

  • 454g mąki pszennej chlebowej
  • 2 łyżeczki soli
  • 12g świeżych drożdży
  • 2 łyżki/27g oliwy
  • 1 1/4 szklanki (295g) letniej wody

Wymieszać wszystkie składniki w misie miksera (drożdże wkruszyć), wyrobić gładkie, choć nieco lepkie ciasto. Przykryć folią i umieścić w lodówce na co najmniej 8h; wg zaleceń, przez pierwsze 4h zaglądać co godzina do miski i odgazowywać ciasto (co ja zrobiłam tylko dwukrotnie, bo poszłam spać ;). Ciasto można wg autorki przechowywać do 3 dni, moje siedziało w lodówce ok. 22h.

Na co najmniej godzinę przed pieczeniem nagrzewamy piekarnik z kamieniem. Trochę poeksperymentowałam przy pieczeniu, i jednak najlepsze wyniki osiągnęłam przy 250 st. + termoobieg, i to Wam polecam.

Ciasto podzielić na 8 (u mnie) lub do 12 sztuk, dać mu odpocząć ok. 20 minut pod przykryciem. Każdy kawałek rozciągnąć lub rozwałkować na okrągły/owalny placek ok. 6mm grubości, dać kilka minut odpocząć. Testowo najlepiej upiec najpierw jedną pitę (u mnie ok. 5 minut na nagrzanym kamieniu), by sprawdzić, czy wystarczająco się puszy. Gdyby nie było widać tworzących się kieszonek, należy pozostałe ciasto zwilżyć wodą (moje było cały czas lekko lepkie, więc nie było tego problemu). Piec pity ratami, ok. 5 minut lub aż wyraźnie się napuszą i zaczną łapać miejscami mocniejszy kolor (coś a la piegi), po upieczeniu od razu owijać w ściereczkę, by pozostały miękkie (można trzymać jedną na drugiej). Podawać z różnościami z basenu Morza Śródziemnego (i od jego północy, jak i południa ;), np. falafelkami i dodatkami z tego wpisu czy klopsami (lub bohaterami  kolejnego wpisu, który dopiero nastąpi, ale widać ich na zdjęciu poniżej ;).

I teraz wartość dodana: wiadomo, pita najlepsza na świeżo i dobrze się mrozi. Jeśli jednak macie jakieś takie jedno- lub dwudniowe wymagające zagospodarowania, można je wykorzystać a la mini pizze/focaccie (o czym czytałam wielokrotnie, od Claudii Roden po Nigellę i Anne Shooter - niedawno kupiłam jej Cherish - po drodze). Wystarczy chlebek posmarować lekko oliwą i posypać wybranymi dodatkami. U mnie to był za'atar, sezam i sól w płatkach. Ponieważ akurat i tak chodził piekarnik, włożyłam pity pod grill w 210 st. na kilka minut, widziałam jednak sugestie niższych temperatur (180-190 st. C), można by także wykorzystać do podgrzania nagrzany grill ogrodowy. Wychodzi bardzo smaczna przekąska, przystawka lub dodatek.

środa, 01 sierpnia 2018

To, że zachwycałam się rzymskim Ai tre scalini, mogliście czytać na blogu nie raz. Możecie jednak nie wiedzieć, że za każdym razem (czyli do tej pory trzy razy) jadłam tam caponatę, bo jest to (najwyraźniej) danie stale występujące w karcie. I słusznie! Zawsze mi smakowała, choć jednocześnie za każdym razem wydawała mi się trochę inna (np. ta z lutego miała mniej pomidorów, niż wiosenne – a może w ogóle ich tam nie było? – i można to zrozumieć). To maślana potrawka z (głównie) bakłażanów, z lekko kwaśną nutą, która zyskuje na wcześniejszym przygotowaniu i późniejszym podgrzaniu; myślę, że to jest clou sukcesu dania w rzymskim lokalu ;). Dlatego nie zgadzam się z przepisami, które przeglądałam, a które zakładają tylko kilkanaście minut łącznego gotowania. Pierwszą wersję, jaką zrobiłam w domu, próbowałam przygotować na nieco bardziej szybko, czyli w jakieś pół godziny – i choć mnie raczej smakowało, M kręcił nosem, i przyznaję zresztą, było to zupełnie inne danie i nie ten efekt, jaki chciałam osiągnąć. Za drugim podejściem już udało mi się trafić w smak z dzielnicy Monti.

Oczywiście, wiadomo że tak, jak w przypadku poprzedniego przepisu na chłodnik, co nonna, to caponata. O, np. dopiero co widziałam u Rachel Alice Roddy zdjęcie tej potrawy jak na mój gust mało obrobionej, za to zawierającej i selera naciowego, i koryntki, i cukier, czyli składniki, których w mojej wersji a la Ai tre scalini nie ma. Nawet nad dodaniem tradycyjnych oliwek też się wahałam, bo nie mogę ich sobie przypomnieć (kapary za to były na pewno ;), ostatecznie jednak do garnka trafiły. Zresztą, poniższy przepis bazuje głównie na rozkosznie niedokładnej wersji Krakowskiego Makaroniarza (Bartka Kieżunia), którą potraktowałam jako ogólne wytyczne, by metodą prób i błędów dojść do opcji poniższej ;).

Warto dodać, że powyższe określenie „maślane” jest przenośne, bo jest to znowu potrawa tzw. przypadkowo wegańska. Zawiera ona jednak dużo oliwy, i jest to akurat ważny składnik. Odchudzanie caponaty nie jest wskazane, bo nie uzyskacie właściwej konsystencji. Aha – dzięki tej potrawie doszłam do tego, jaki bakłażan najbardziej smakuje M: wyraźnie rozpadnięty i, znowu, maślany. I mogę ją jeść zarówno jako dodatek do dania głównego, jak i podstawę obiadu.

Składniki (2-4 porcje, w zależności od zastosowania):

  • 2 średnie bakłażany
  • oliwa (ok. 3-4 łyżek, lub tyle, ile będzie konieczne)
  • 4 niewielkie ząbki czosnku
  • 2 średnie pomidory/1 super duży (np. bawole serce)
  • ok. 3-4 łyżeczek kaparów
  • ok. 2 łyżek zielonych oliwek bez pestek
  • 2 łyżki octu winnego lub domowego (jabłkowego bądź innego owocowego)
  • garść świeżego oregano
  • sól, pieprz
  • ok. 4 łyżek oliwy

Bakłażana z grubsza pokroić, obsmażyć partiami na oliwie (proponuję zacząć od łyżki i dolewać wg potrzeby, bo bakłażan ją pije). Umieścić całego bakłażana z powrotem w garnku, dodać posiekany czosnek, ponownie podlać oliwą i gotować chwilę. Dodać kapary, oliwki i zalać całość octem, gotować aż odparuje. Dodać pomidora, z grubsza posiekanego (i nie ściągałam skórki), oregano (i jeśli to konieczne, jeszcze dodać oliwę), doprawić solą i pieprzem do smaku. Zmniejszyć ogień na mały i dusić, mieszając co jakiś czas, aż bakłażan się rozpadnie, a masa zrobi się jednolita, maziasta i… właśnie maślana. Caponatę można oczywiście przygotować z wyprzedzeniem (zrobi jej to tylko lepiej) i potem lekko podgrzać. Bardzo dobrze smakuje w każdej temperaturze (chyba najbardziej lubię delikatnie ciepłą/letnią). Podawać najlepiej z dobrym pieczywem. Można posypać świeżą bazylią, ale nie jest to konieczne.

wtorek, 24 lipca 2018

Gdy niedawno byłam (bardzo krótko) w Londynie, zaliczyłam wizytę w Elystan Street (oraz wróciłam do St. Johna: poprawiłam w recenzji jedną informację praktyczną). W Elystanie było raczej pozytywnie, ale bez zachwytów, poza może dwoma rzeczami: aperitify, i to zarówno sour werbenowy (wściekle zielony), jak i bezalkoholowy koktajl na Seedlip, bezprocentowym destylacie, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia, oraz moja przystawka. Mianowicie był to chłodnik migdałowy; jak tylko go zobaczyłam w karcie, przypomniałam sobie, że zawsze chciałam tego spróbować. Smak mnie zaskoczył i jednocześnie bardzo przypadł do gustu przez połączenie słodkiego, kremowego i kwaśnego. Do tego wszystkiego jest to (przynajmniej w moim odczuciu) atrakcyjnie wizualnie danie i, uwaga, typowo przystawkowe (czyt. trudno zjeść dużo). W sam raz dla gości.

Przeczytałam kilka przepisów w internecie plus ten z A kitchen in France Mimi Thorisson i doszłam do wniosków takich, że to mniej więcej jak z bigosem ;) – każdy wie swoje. Poza faktem, że w każdym przepisie są migdały i chleb, reszta jest od Sasa do Lasa. Mój przepis ostatecznie bazuje na wersji Mimi, poza zwiększoną ilością octu, ale posypka jest zupełnie inna, nawiązująca do tego, co jadłam w Londynie. Co prawda, jeśli wierzyć menu ze strony internetowej, tam jeszcze był melon, no, ale… Wyszło i tak efektownie oraz, co ciekawe i niecodzienne, uzyskało aprobatę M, który nie jest wielkim fanem migdałów.

Składniki (na ok. 3 porcje):

  • 75g (czyli 1 większa kromka) białego chleba (bez skórki, jeśli jest gruba)
  • 100g migdałów w płatkach
  • 125g zielonych winogron bezpestkowych (użyłam rodzynkowych)
  • 1 mały, obrany ogórek
  • zmiażdżony ząbek czosnku
  • 2 łyżki łagodnego octu np. jabłkowego (u mnie nieodmiennie domowy), lub więcej do smaku
  • 75ml dobrej oliwy z oliwek
  • 350ml zimnej (np. z lodówki) wody
  • sól i pieprz

Do podania:

  • ok. 8-10 niewielkich zielonych oliwek,
  • 6 niewielkich liści mięty,
  • łyżka uprażonych migdałów,
  • kilka (ok. 4-6) winogron
  • oliwa

Chleb namoczyć kilka minut w chłodnej wodzie, osączyć i odcisnąć, zmiksować z owocami i warzywami, stopniowo lejąc zimną wodę, ocet i oliwę. Przecedzić i przetrzeć, skosztować, doprawić do smaku solą  i pieprzem, schłodzić co najmniej 6h (lub najpierw schłodzić, potem przetrzeć). Składniki posypki posiekać, skropić cytryną, oliwą, lekko posolić, odstawić do przegryzienia na 10-15 minut przed jedzeniem. Skosztować schłodzonej zupy i w razie potrzeby doprawić do smaku. Podawać niewielkie porcje, z posypką na wierzchu, lekko skropione oliwą.

sobota, 14 lipca 2018

Czy też macie wrażenie, że tego lata, jak na razie, jest obfitość owoców? Korzystając z tego przyjemnego zjawiska, chciałam krótko powiedzieć o patencie na dżem wiśniowy. Niskosłodzony zasmażany bez dodatków jest bardzo mało wydajny, a pektyn wiśnie mają mało. Dawno temu próbowałam ze środkami żelującymi (na szczęście ten okres już za mną ;), potem próbowałam z gotową pektyną, ale niestety zmienia ona smak dżemu. Mając jednak w pamięci moje udane mieszanki z czerwoną porzeczką (poza „porzeczkami dwiema” był np. malinowy z dodatkiem porzeczek, który konsystencję ma bdb, a smakuje właściwie tylko malinami), M rok temu zrobił wersję wiśnia i porzeczka. Okazało się, że to hit, choć porzeczki było aż ok. 30% - nie trzeba gotować cały dzień, by gęstość była właściwa, a w smaku czuć wciąż tylko wiśnie (świnka doświadczalna pt. niewtajemniczony gość powiedział „jaki dobry dżem wiśniowy”). W tym roku go ponowiłam, zmniejszając trochę udział porzeczek. Gotowałam może ciut dłużej, ale efekty także godne polecenia – wyszedł bardziej konfiturowy. Porzeczek nawet nie widać.

Dżem wiśnia z porzeczką (albo "wisieczki" w słoiku)

  • łubianka wiśni (ok. 2,6-2,7 kg po wydrylowaniu)
  • ok. 1 kg cukru
  • 500-750g* czerwonej porzeczki (lub co najmniej 750ml)
  • sok z ½ cytryny

Wiśnie wydrylować, umieścić w garnku wraz z ew. sokiem i porzeczkami, zagotować, skręcić ogień na średni, zasypać cukrem, gotować cierpliwie na nie za mocnym ogniu, aż całość wyraźnie zgęstnieje, szum zniknie, wierzch zrobi się szklisty i owoce zaczną przywierać do dna. Czas gotowania zależy od tego, ile dacie porzeczek, im mniej, tym dłużej potrzeba czasu; u mnie zajęło to mniej więcej godzinę. Gdyby szumu było dużo, warto go ściągnąć, ale mieszanie powinno wystarczyć. Pod koniec gotowania dodać sok z cytryny; można w kilka minut później skosztować pod kątem słodyczy (pamiętając, że gorący dżem wydaje się bardziej słodki). Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować.

* Maksymalnie można dać 1/3 wagi owoców, czyli tu ok. 850-880g, dżem będzie wówczas szybciej gotów i gęstszy.

PS. Na Facebooku zaproponowano dla patentu nazwę „wisieczki” – bardzo mi się podoba, stąd w tytule wpisu ;).

niedziela, 08 lipca 2018

Fakt pierwszy: mijający weekend spędziłam głównie w krzakach (i niekiedy w pokrzywach), zrywając maliny oraz porzeczki, następnie je przerabiając (ew. jedząc). Poprzedni weekend upłynął podobnie ;) (a wiśnie zrywał M).

Fakt drugi: od jakiegoś czasu chciałam znaleźć uniwersalny przepis na krajankę. Taki, który można by wykorzystać z najróżniejszymi owocami, przepis-matrycę; mam ulubione uniwersalne kruche słodkie i wytrawne, i drożdżowe, i ucierane, więc krajankę też powinnam mieć. Bo cytując jedną z bohaterek książki Kitchens of the Great Midwest (beletrystyki z motywem kulinarnym), „kto nie lubi krajanki?!”. Dodam, że cytrynowa, bez kruszonki na wierzchu, pozostaje jedną z pyszniejszych słodkości, jakie kiedykolwiek zrobiłam.

I po wypróbowaniu, w ramach zużycia pierwszej tury malin, przepisu znalezionego przez Pinterest, mam moją krajankową matrycę. Pod jagody czy czarną porzeczkę, jeżyny czy nawet węgierki, albo jak poniżej, maliny. W każdej opcji proporcje ciasto: owoce są, jak mówi mój Tata, właściwe, czyt. owoce dominują ;). Dlatego też powinny być jak najlepsze w smaku/aromacie (nie mylić z pięknym wyglądem).

Poniżej moja wersja, z lekkimi zmianami w stosunku do oryginału (i przerobiona na gramy).

Składniki:

  • 300g cukru (z czego 200g do ciasta, reszta do owoców)
  • 230g zimnego masła (prawdziwego!)
  • szczypta mielonej wanilii (można pominąć)
  • ¼ łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 450g mąki pszennej uniwersalnej (można ew. spróbować z jasną orkiszową)
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 jajo
  • pełen litr dojrzałych, aromatycznych owoców, np. malin
  • 1,5-2 łyżki skrobi ziemniaczanej

Wymieszać razem suche składniki ciasta (mąkę, sól, cukier i proszek) w malakserze, dodać masło pocięte w kostkę, jajo i wanilię, miksować, aż powstanie masa a la mokry piasek (można oczywiście też wszystko utrzeć ręcznie, siekając najpierw nożem, lub użyć np. końcówki ucierającej miksera). Połowę ciasta wyłożyć na dno wysmarowanej masłem foremki (33x23 cm lub podobnie), wklepać i wyrównać. Maliny wymieszać ze skrobią (w przypadku owoców bardziej suchych/bogatych w pektyny można dać jej mniej, ale akurat dojrzałe maliny potrzebują raczej więcej) i 100g cukru, wyłożyć na ciasto, delikatnie wyrównać. Rozsypać równomiernie pozostałe ciasto a la kruszonka. Piec w 190 st. (termoobieg) przez 15-20 min, potem skręcić temperaturę do 180 st. i piec dalsze 20-25 minut (ja łącznie piekłam 40 min). Ciasto powinno być z wierzchu zezłocone, ale nie za bardzo – uważać, by nie przepiec. Wystudzić przed jedzeniem. Gdyby komuś było za mało słodko, można posypać cukrem pudrem, dla mnie jednak słodycz była optymalna. Przechowywać w raczej chłodnym miejscu, najlepiej w spiżarni; jeśli będzie to lodówka, warto ciasto z niej wyjąć co najmniej kilkanaście minut przed jedzeniem – schłodzony spód twardnieje.

piątek, 29 czerwca 2018

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia wybrzeża Amalfi – kiedyś tam, ileś lat temu, ale już w internecie – zareagowałam wyjątkowo elokwentnie „o, wow”. Ujęcia przedstawiały pastelowe domy przyklejone do skał bezpośrednio nad turkusową zatoką, pod wściekle błękitnym niebem. „Muszą być podkręcone te kolory”, tak myślałam, choć wiedziałam, jaką barwę ma choćby Morze Egejskie. Teraz oczywiście wiem, że prawdopodobnie były naturalne ;).

Na nasz czterodniowy pobyt w szeroko rozumianych okolicach Amalfi wybraliśmy Scalę, położoną kilka km na północ od Ravello (które widzieliśmy z tarasu, dokładnie jak na zdjęciu powyżej), czyli nie bezpośrednio na wybrzeżu. Po namyśle sądzę, że była to bardzo dobra decyzja. Z okien widzieliśmy i Ravello, i morze, i cytryny (porastające większość ogrodów należących do naszego pensjonatu – te na powyższym zdjęciu otaczały basen), i inną bujną roślinność. Po kilku minutach spaceru pod górę byliśmy w centrum niewielkiej, spokojnej miejscowości, gdzie przy placyku koło katedry (patrz zdjęcie poniżej) koncentrowało się życie społeczności: szkoła vis a vis kościoła, obok kawiarnia i restauracja, na jednym rogu apteka (nazwisko właściciela to samo, co kawiarni), na drugim tablica poświęcona pamięci poległych podczas I WŚ (powtarzały się tylko 3-4 nazwiska, jak w takich miejscach bywa).

W kawiarni piliśmy (po wcześniejszym przepłynięciu się w basenie) poranną kawę (espresso macchiato dla M i mnie, americano dla teściowej), czasem zagryzając cornetto, czasem obserwując dzieci idące na lekcje; odwiedziliśmy też raz restaurację (ryba dnia maślano-cytrynowa była bdb, makarony już nie wszystkie, ale na koniec pojawiło się limoncello…), a podczas wieczornego wyjścia na wino trafiliśmy przypadkiem na obchody Bożego Ciała po właściwym Bożym Ciele (i nieformalną imprezę temu towarzyszącą).

W paru lokalnych sklepach (np. całkiem dobrze zaopatrzonym warzywniaku, którego godzin otwarcia nie rozgryzłam, ale dwa razy nam się udało coś kupić ;) zaopatrywaliśmy się w art. spoż. na śniadanie (typu naprawdę smaczna ricotta czy nowy dla mnie owoc pt. loquat/nesperas) i kolację (np. prosecco, jak widać powyżej): czyli optymalnie ;). Aż chciałoby się coś napisać więcej o tych cichych wieczorach, ale akurat miejscówka vis a vis drogi na wybrzeże nigdy tam naprawdę cicha nie będzie: ruch na szosie jest duży, także motocyklowy, i dopóki się nie przywyknie, ten hałas jest odczuwalny.

Na Ravello spojrzeliśmy także z bardziej bliska: w ranek po przyjeździe zjechaliśmy wąską dróżką w kierunku wybrzeża, zaparkowaliśmy pod audytorium, w którym latem odbywają się koncerty, i wspięliśmy się w kierunku Villi Rufolo, by zwiedzić ogrody. Słowo „wspięliśmy” nie jest przypadkowe – na Amalfi nie sposób uniknąć opcji „w górę, w dół” i/lub schodów. Z bardzo rzadka zdarza się winda (np. w Sorrento), ale osobiście podejść bym nie unikała: poza okazją do spalania lodów/innych smakołyków, jest to zazwyczaj okazja do zobaczenia najlepszych widoków. Zdjęcie powyżej zostało zrobione bezpośrednio po wyjściu z parkingu.

Po Ravello planowaliśmy krótki pobyt na plaży (tyle, przy przepłynąć się w morzu), ale niestety zatłoczenie tzw. Amalfi drive połączone z niedzielą i upałem oznaczało, że nigdzie, ale to nigdzie, w żadnej z czterech miejscowości, nie udało się nam zaparkować. Gdy na koniec zapłaciliśmy mandat, próbując się wycofać na potencjalny parking przed nosem policjanta, zawróciliśmy na nasze wzgórze (oczywiście po drodze stojąc w korkach lub z powodu robót drogowych). Transport to niestety lokalny problem: droga na wybrzeżu jest jedna, wąska, kręta i zatłoczona, m.in. przez liczne autokary; jadąc więc autobusem publicznym, co rozważaliśmy, korków się nie uniknie, choć oczywiście nie ma wówczas problemu z parkowaniem. Oczywiście, wielu włoskich kierowców się nie przejmuje, stawiając samochody po prostu wszędzie – policja najwyraźniej patrzy wybiórczo ;). Alternatywą jest transport morski, ale ten zorganizowany/masowy dociera tylko do wybranych miejsc.



Przepłynąć udało się kolejnego dnia, po zwiedzeniu burzowego Amalfi. Wyładowania atmosferyczne przeczekaliśmy w katedrze, potem pokręciliśmy się po alejkach miasta (w górę… i w dół), podziwiając najróżniejsze cytrynowe pamiątki (od limoncello po mydła), następnie poszliśmy tunelem do Atrani, stanowiącego de facto przedmieścia Amalfi. Ponieważ było bezpośrednio po deszczu/burzy, czyt. pogoda nie typowo plażowa, liczba ludzi na plaży (położonej właściwie przy samych kamienicach i prawie pod kościołem: na takiej jeszcze nie byłam ;) była bardzo zachęcająca.

Na obiad wróciliśmy do Amalfi, zjeść lokalny makaron scialatelli (jego twórca pochodził właśnie z Amalfi), który poza tym, że jajeczny, zawiera niewielką ilość mleka oraz sera, a smakuje trochę jak przerośnięte kluski lane. Nie byliśmy pod wielkim wrażeniem ;), za to pierwszy raz M tam pił spremuta di limone, czyli włoski odpowiednik citron presse. Świeży sok wyciskany z cytryn bardzo dobrze wspominam z Prowansji (pomaga, gdy jest bardzo gorąco, musisz chodzić po słońcu a poprzedniego dnia wina było… może ciut za dużo), i w kraju cytryn tym bardziej wypada go wypić – choć przyznaję, że po paru łykach musiałam dodać trochę wody, a M preferował cukier.

Wycieczkę do Amalfi zakończyłam poszukiwaniem piekarni (mapy Google nie radzą sobie z zabudową tamtejszych miejscowości) i przy okazji znalazłam sklep z serami, w tym bufalą, oraz ze zrzędliwym starszym sprzedawcą (właścicielem?), który mnie napominał, by mówić po włosku. No więc spróbowałam nawet, na miarę moich możliwości,  niestety nie był zachwycony ;). Kulka prawdziwej mozzarelli urozmaiciła wieczorny posiłek na tarasie, wraz z dodatkami z lokalnego samu („supermarket” brzmi tu zbyt szumnie), w tym lekko kwaśną cukinią alla caprese.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Sorrento, wcześniej omawiając, co kto pamięta z filmu Wesele w Sorrento (ja: Pierce’a Brosnana, i że wszystko było albo żółte – sukienka bohaterki, cytryny – albo niebieskie – niebo, morze czy koszule głównego bohatera). Miasto nas w sumie rozczarowało, choć było parę plusów. Spożywczy plus nr 1: zjadłam pierwszy raz brioszkę z lodami. Pisała o tym np. Nigella w Forever summer (jako daniu śniadaniowym – hm…), i zawsze chciałam spróbować. Wnioski? Wolę grube rożki ;). Może inaczej rzecz by wyglądała, gdyby to była naprawdę smaczna, a co więcej, naprawdę świeża brioche. Plus drugi: zjadłam kolejny raz owoce morza, co zawsze traktuję jako plus (i tam nad morzem jadłam je, lub ryby, właściwie codziennie). Tym razem były w postaci sałatki w restauracji przy nadbrzeżu.

Po trzecie, widok plaż ze schodów prowadzących nad morze był najładniejszą rzeczą jaką widziałam w mieście (i dowodem na to, że „w górę, w dół” ma zalety, a windą by się to ominęło). Po czwarte, drogę powrotną odbyłyśmy z Mamą w dużym stopniu (tzn. do Amalfi) statkiem, i podczas tej przeprawy zaliczyłam najpiękniejsze morskie widoki podczas wycieczki.

Nie obyło się bez drobnych przygód, typu prom stał przy zupełnie innej kei niż powinien (więc wsiadłyśmy w ostatniej chwili) oraz ku naszemu zdziwieniu popłynął najpierw na Capri, a nie wzdłuż wybrzeża w kierunku Positano. W momencie, gdy statek odbił od stałego lądu, zamiast go okrążyć, trochę się zaniepokoiłyśmy, ale dopiero jak pojawił się przed nami kolejny ląd (a Mama spytała: „Czy płyniemy do Neapolu?”), wpadłam na pomysł, by ostrożnie (wiatr!) wygrzebać z torebki telefon i sprawdzić lokalizację. Ląd okazał się być właśnie Capri, i w ten sposób zobaczyłyśmy przynajmniej Marinę Grande na słynnej wyspie.



Kolejnego dnia musieliśmy już skierować się w stronę Rzymu, ale postanowiliśmy parę godzin spędzić w Neapolu. Przyznaję, że zastanawiałam się, czy to rozsądny pomysł, bo wielokrotnie słyszałam opinię, że to wyjątkowo niebezpieczne miasto, absolutnie nie należy jechać, wszystkich turystów okradają, itd., itp. Zachęciły mnie jednak opinie koleżanek, które tam niedawno były, i zaryzykowaliśmy (przyjmując zasadę „zachować zdrowy rozsądek i oczy szeroko otwarte”, oraz zostawiając samochód na strzeżonym parkingu ;). Kierując się sugestiami męża jednej z koleżanek, neapolitańczyka F. (dziękuję jeszcze raz za wskazówki!) dotarliśmy zygzakiem do Galerii Umberto I, w której poszłam prosto do Sfogliatella Mary.

Poprzedniego wieczoru, podczas przeglądania info o mieście, dotarło do mnie, że Neapol to nie tylko pizza, ale także inne ciekawe wyroby np. cukiernicze. Na przykład jest taka sfogliatella z ciasta a la strudlowe, oczywiście wysmarowana hojnie masłem, napełniona ricottą, skórką cytrusową oraz migdałami. Podobno najlepsze ciastka sprzedaje się przy dworcu kolejowym, do którego mieliśmy trochę daleko, ale te od Mary były ciepłe, słodkie, aromatyczne i po prostu bardzo smaczne. O ile wypieki włoskie często do mnie nie trafiają (za suche, za słodkie), sfogliatella jest warta spróbowania. Po ciastku ruszyliśmy do Chiostro di Santa Chiara, gdzie przede wszystkim chciałam obejrzeć ozdobne krużganki. Powrót prowadził przez tzw. Dzielnicę Hiszpańską. Tam są widoki takie, jak najczęściej kojarzy się z Neapolem – wąskie uliczki, obwieszone kolorowym praniem, często wznoszące się stromo do góry. Tam także są liczne stragany uliczne z owocami oraz rybami i owocami morza. Inną ciekawostką są gablotki z flakami, takie jak ten na zdjęciu poniżej.

Oczywiście, nie mogliśmy opuścić miasta bez zjedzenia jeszcze czegoś. Nie poszliśmy na pizzę (jedna z naszych towarzyszek, jak się niestety przekonaliśmy dość szybko, niespecjalnie mogła ją jeść), a do poleconej przez ww. F.  klasycznej restauracji Umberto, gdzie na stół wjechało sporo spremuta di limone i spróbowałam potrawki z ośmiorniczek w pomidorach. Bez przygód dotarliśmy potem do samochodu i opuściliśmy miasto, więc potwierdzam, że nie taki Neapol straszny, jak go malują. Nie miałabym nic przeciwko, by jeszcze kiedyś tam wrócić… W końcu muszę kiedyś zjeść „tą prawdziwą pizzę”! Wybrzeże Amalfi, choć obiektywnie piękne, nie skradło mi serca, m.in. ze względu na problemy komunikacyjne. Scalę za to zapamiętam na długo.

PS. A w Rzymie po raz trzeci poszliśmy do opisywanego wcześniej Ai tre scalini, i wygląda na to, że mam ulubioną restaurację, tylko szkoda, że położoną tak daleko od miejsca zamieszkania ;).

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Minęła połowa ciepłego (czasem upalnego) czerwca. W ogrodzie wciąż dojrzewają truskawki, pomału czerwienią się porzeczki (zawsze jeden krzak robi to szybciej) i nadal jest rabarbar. Oczywiście, własne truskawki najlepiej smakują prosto z krzaka, gdy się nagrzane na słońcu, ale czemu nie wykorzystać pewną ilość jako nadzienie w tarcie rustykalnej?

  • tarta dokładnie wg tego przepisu, tylko składniki połączone za pomocą maślanki, nie wody;
  • owoce: ok. 400g truskawek, przekrojonych na pół, 1 średnia łodyga rabarbaru, pokrojona w plastry, garść czerwonej porzeczki plus szczypta wanilii;
  • zamiast dżemu morelowego - odrobina rozcieńczonego truskawkowego, ale można w ogóle pominąć;
  • pieczone ok. 20 minut w 200 st. (termoobieg), potem kolejne 20 min w 190 st. C.

Jak tarta "połowa czerwca" wygląda, widać poniżej i powyżej ;). Osobiście uważam, że przy tym wypieku trudno o skuchę: jeśli ciasto jest dobrze przygotowane a owoce smaczne, nie wiem, co może się nie udać. Ponieważ jednak nadzienie jest stosunkowo mokre (bardziej niż w jabłecznej galette), tarta najlepiej smakuje tego samego dnia, bezpośrednio po przestudzeniu.

Z truskawek przygotowałam także prostszą i (może...) lżejszą wersję chleba smażonego na śniadanie. Wersja z sosem truskawkowym się już kiedyś tu pojawiła, tym razem jednak wykorzystałam pieczywo niedeserowe.

  • trzy większe kromki czerstwego pieczywa, częściowo razowego, wymoczyłam w 2 jajach roztrzepanych z ok. 3 łyżkami mleka;
  • smażyłam krótko (tyle, by chleb się zrumienił z obu stron) na niewielkiej ilości masła;
  • posmarowałam gotowe kromki minimalistycznym (lodówkowym) dżemem truskawkowym i obłożyłam świeżymi owocami, pokrojonymi w plastry;
  • w wersji plus może być jeszcze gęsty jogurt ;).

PS. Kolorów na zdjęciach nie podkręcałam ;).

A co poza tym z tych truskawek? Klafutek, tj. clafoutis, też zawsze da się zjeść...

środa, 13 czerwca 2018

Jeśli ktoś śledzi Coś niecoś na FB lub IG, widział, że niedawno gościłam we Włoszech, tym razem na południe od Rzymu, więc winna jestem właściwie wpis na temat smaków Amalfi i Neapolu ;). Wyjeżdżając jednak zaczęłam pisać na temat… Warszawy. Wychodzi mi, że ostatni wpis na temat stołecznych art. spoż. był parę miesięcy temu, ale o śniadaniach w Warszawie nie pisałam dawno. Przeglądając wpisy z tagiem #warszawa trochę się smucę widząc, jak wiele miejsc już nie istnieje; dotyczy to także niestety Deli Es, mojego ulubionego miejsca na weekendowe rozpoczęcie dnia. Nawet byłam w stanie czekać do godziny 9, by coś zjeść (a dla mnie to późno). Zawsze zresztą żałowałam, że tak mało jest w W-wie miejsc na coś ciekawszego niż kanapka i kawa o godzinie 7 czy 8 w niedzielę (bo w dni powszednie wybór całkiem spory). Owszem, parę razy odwiedziłam Być może (codziennie od 7), w którym karta śniadaniowa jest urozmaicona, ale tylko co druga wizyta była udana. Zimą przypadkiem trafiłam do Café Bristol i byłam mile zaskoczona. Jeśli lubicie klimaty retro i atmosferę jak w wiedeńskiej kawiarni, odwiedźcie koniecznie. Od 8 rano, także w weekendy, można zjeść śniadanie. Zestawów jest kilka i, uwaga, są BARDZO obfite – próbowaliśmy polskiego oraz, przy kolejnej okazji firmowego (Bristol) i spokojnie najedzą się jednym dwie osoby. Są w nim sery, wędlina, pyszna wędzona ryba, owoce… Dwie osoby przygotowujące się do prac fizycznych pt. półdniowa pomoc w przeprowadzce mogą się podzielić jednym śniadaniem małym + zestaw, po czym wyjdą jak dwie baryłki ;). Do tego cappuccino na podwójnym espresso jest takie, jak bym sama sobie zrobiła, więc pełnia zadowolenia.

Po śniadaniu chwila przerwy i… czas na obiad lub lunch! Po ok. 1,5 roku od rozmowy podczas imprezy firmowej, kiedy sąsiadka ze stolika polecała mi Pogromców Meatów, dotarłam wreszcie na Koszykową. Wahałam się, czy iść w bułkę z kaczką czy ozorem (była też chyba rwana wieprzowina, i jakaś opcja bezmięsna), i jednak miłość do podrobów zwyciężyła. Kilkanaście minut później jadłam już słodkie (tak, tak, tzn. poziom słodyczy jak w maślanej bułce - dla mnie idealne połączenie, ale nie każdy lubi) pieczywo bardzo szczodrze wypełnione mięsem, zieleniną i sosem. Tak szczodrze, że miałam nadzieję, że nikt mi się za bardzo nie przygląda podczas tego jedzenia, i cieszyłam się, że mam pod ręką chusteczki, a na koniec cieszyłam się, że nie było opcji dodatków typu sałatka czy deser, bo samą kanapką się mocno najadłam. Chętnie wrócę (z mokrymi chusteczkami!).

Jeśli jedyna opcja wege w Meatach was nie kręci, nie ma z tym problemu - Warszawa, jak wiadomo, jest od jakiegoś czasu mocno prowegańska. W okolicach Hożej/Kruczej jest małe zagłębie tego typu. Niestety, popularne Krowarzywa mi nie pasowały (poza lemoniadą ;), bo kotlet warzywny był po prostu mdły, a wiem, że wcale nie musi taki być. Jako jednak raczej pozytywne, choć specyficzne doświadczenie odebrałam obiad w Lokalu, gdzie zjadłam zestaw prawie jak w barze starego typu czy kuchni babci. Prawie, bo oczywiście „schabowy” schabu nie zawierał (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co go udawało, przyjęłam, że wyrób sojowy ;), za to towarzyszyły mu klasyczne tłuczone ziemniaki, takie jak ze szczycieńskiej stołówki w wersji nie-wege (i które uwielbiam), buraczki, które kocham, i mizeria, którą jw. Wszystko było smaczne, dobrze doprawione i smakowało jak wersja „zwykła”, więc szczerze mogę polecić (plus porcja była bardzo, bardzo duża, bo poza ww. wymienionymi była jeszcze dodatkowa sałatka – moim zdaniem niepotrzebna, i z innej bajki). Niestety, „carbonara” M była już niekoniecznie udaną kopią; m.in. mam wrażenie, że osoba, która odtwarzała wegański „boczek” zbyt dawno nie miała kontaktu z oryginałem, plus sam makaron nie był najlepszy.

A wieczorem, procentową porą: o ulubionym miejscu na drinki, tj. Barze Wieczornym, już wspominałam (i lokal jak na razie ma się dobrze), jeśli jednak macie ochotę na klimaty meksykańskie, La Sirena oferuje i taco, i pyszną margaritę (która nazywa się tam Cartelita). Część pozostałych drinków wydawała nam się nieco zbyt wymyślna (np. ten marchwiowy... oj nie ;), ale Coco Cañon podane w połowce kokosa jest również warte polecenia.

Patrząc na to zestawienie mam wrażenie, że brakuje słodkości. Niecierpliwie czekam na skosztowanie lodów Lukullusa, które można na razie jeść z okienka na Brackiej. Choć nie jestem lodożercą, to w tej porze roku dobre lody się przydają (do czego wrócę we wpisie z włoskiego wybrzeża, więc stay tuned ;).

poniedziałek, 28 maja 2018

Będzie krótko: od kiedy zasmakowałam w Austrii w Topfenkuchen, dość wilgotnym, klasycznym serniku bez spodu, chodziło za mną odtworzenie smaku w domu. Oczywiście, wiem, że wypiek podawany w np. Cafe Schwaiger w Bad Hofgastein jest robiony z zupełnie innego sera, niż polski twaróg, uznałam jednak, że z dobrego białego sera się da.

Niestety może jednak niewystarczająco się przyłożyłam do jakości produktu, bo pierwsze podejście do sernika wiedeńskiego można uznać za umiarkowanie udane: wyszedł po prostu suchy. Monika podpowiedziała mi jednak, że zwykły sernik krakowski (który bardzo lubię od kiedy mogę go zjeść w w wersji bez lukru ;) bardzo dobrze się adaptuje do wersji bez spodu. I tak właśnie jest, choć przestrzegałam paru zasad...

  • Bazowałam na tym przepisie, rezygnując z kruchego ciasta oraz bakalii; cukier waniliowy zastąpiłam dodatkowym cukrem drobnym + dodałam kilka hojnych szczypt prawdziwej wanilii.
  • Upiekłam ciasto z 1/2 składników, tj. na bazie 500g sera, 4 jaj, 170g cukru (patrz uwaga wyżej), 50g masła.
  • Składniki powinny być jak najlepszej jakości, a więc prawdziwe masło bez domieszek, i najlepszy twaróg tłusty lub śmietankowy (użyłam śmietankowego ze Strzałkowa, który jest przepyszny).
  • Masę przełożyłam do tortownicy 20cm, z dnem wyłożonym papierem do pieczenia.
  • Ponieważ mam wrażenie, że kolejny klucz do sukcesu = nie przepiec, piekłam w niższej niż normalnie temperaturze, tj. włożyłam do piekarnika nagrzanego do 170 st i od razu skręciłam temp. do 150 st. (góra i dół, choć przeważnie piekę w termoobiegu). Piekłam przez godzinę, zostawiłam na ok. 10 minut w wyłączonym piekarniku, następnie studziłam go w środku, z uchylonym drzwiczkami, aż był sernik był letni - dopiero wtedy go przełożyłam na kratkę.
  • Ciasto podałam z pieczonym rabarbarem; można użyć innych owoców, można zrobić polewę czekoladową (np. jak w tym przepisie na Sacherschnitte, albo tym na polewę do pierniczków), można także bezpośrednio po godzinie pieczenia posypać wierzch drobnym cukrem. Albo nic nie robić ;).

Wchodzi do kanonu.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 112
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna