Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 20 sierpnia 2017

Zachwycając się dwa lata temu morelami, wykrakałam, że „nigdy nie będzie takiego [owocnego] lata”. Tegoroczne morele jadalne są, ale brakuje im (moim zdaniem) soczystości i słodyczy tych, z których robiłam tarte tatin, czy rok temu choćby knedle (i dżem morelowy wyszedł, bez moich specjalnych starań, o konsystencji powideł, tj. suchy). Ale! Morelom, podobnie jak takim-se śliwkom czy (moim zdaniem) każdym jabłkom, bardzo pomaga obróbka termiczna. I nawet morela trochę za sucha, trochę zbyt mdła na surowo, po upieczeniu zyskuje. Zastanawiając się więc, „czy znowu rustykalna, czy może coś innego” i przeglądając Nigela Slatera (Tender II), zawiesiłam wzrok nad stroną pt. klasyczna tarta z morelami (oraz migdałami). Oto ona, choć po moich zmianach. Bo i moreli jest więcej (Nigel napisał 6 sztuk, nie precyzując wagi, u mnie jest ok. pół kilo i było ich na pewno powyżej 10), i ciasto nieco inne, i amaretto wydaje mi się oczywistym alkoholem do namaczania, i mieląc migdały w domu warto dodać kilka sztuk gorzkich, i płatki do posypki są także inwencją własną. Całość jest bardzo smaczna i po schłodzeniu, i jedzona w temperaturze pokojowej (na ciepło nie polecam). Co więcej, niektórzy domownicy ;) nawet nie narzekali na migdały. Planuję jesienią wersję śliwkową.

Ciasto kruche, tzw. ulubione (jak w tarcie rustykalnej, ale z maślanką - dziękuję, Nigello ;):

  • 250g mąki
  • 2 łyżek cukru
  • 125g zimnego masła
  • kilka łyżek maślanki
  • szczypta soli

Mąkę wymieszać z cukrem i solą, wetrzeć zimno masło na okruchy, połączyć w elastyczne ciasto za pomocą maślanki. Uformować placek, schłodzić co najmniej 30 minut. Rozwałkować na kształt foremki 26cm lub trochę większej, wyłożyć tartownicę i nakłuć kilka razy widelcem, wyłożyć papierem do pieczenia z obciążeniem, tj. fasolkami, ponownie schłodzić.

Ponadto:

  • ok. 500g moreli (ok. 10-12 sztuk) + 2 łyżki cukru (może być brązowy)
  • 2 łyżki amaretto (ew. sherry, jak u Nigela, lub choćby ekstraktu waniliowego na alkoholu)
  • 180g cukru
  • 180g masła w temp. pokojowej
  • 150g mielonych migdałów (jeśli sami mielicie, warto do słodkich dorzucić kilka sztuk gorzkich)
  • 2 jaja
  • 80g mąki
  • kilka łyżek płatków migdałowych (do posypki)

Morele umyć, usunąć pestki, zasypać cukrem i zalać amaretto, odstawić na czas przygotowania ciasta, itd. Ciasto schłodzone po raz drugi piec na ślepo (z obciążeniem) w 200 st. C. (termoobieg) przez ok. 15 minut, zdjąć fasolki i piec jeszcze ok. 5-8 minut, do zrumienienia.

Gdy ciasto się podpieka, przygotować krem: utrzeć dokładnie, najlepiej w mikserze, miękkie masło z cukrem, dodać roztrzepane jaja i dalej ucierać; gdyby masa wyglądała na warzącą się, podsypać mąką (z tych 80g). Na koniec dodać migdały i mąkę, utrzeć na gładki krem. Wyłożyć masę na podpieczony spód, na wierzchu rozłożyć równomiernie morele (rozcięciem do góry albo do dołu, jak wolicie – zawsze mam wielki dylemat ;). Piec w 180 st. C. przez ok. 30 minut, aż krem się zetnie i zrumieni a morele się w niego zapadną. Po upieczeniu posypać migdałami w płatkach, zrumienionymi na suchej patelni (tak, wiem, że moje niektóre są na granicy przypalenia – Wam radzę bardziej uważać przy kuchence ;). Wystudzić przed podaniem – cieplejsze niż letnie nie jest po prostu smaczne. Przechowywać w lodówce lub przynajmniej w chłodnej piwnicy.

Dopiero przy ostatniej porcji przypomniało mi się, że Nigel sugerował dodatek śmietany („najlepiej niepasteryzowanej i w dużej ilości”), a że akurat miałam ją pod ręką, wykorzystałam. I, oczywiście, jak to podkreślała Julia Child*, ze śmietaną wszystko smakuje lepiej, ale nie jest to niezbędny dodatek ;).

* If you’re afraid of butter, use cream.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wiem, że część Polski płacze tego lata, że są upały, tzn. przyjmuję to do wiadomości. U nas na północy ;) te upalne dni w 2017 można policzyć na palcach jednej ręki. Powiedziałabym, że konieczność włączania wentylatora jest dla mnie wyznacznikiem tzw. hicy, i do tej pory taka potrzeba zdarzyła się na Mazurach ze cztery razy. Zważywszy na to, że właśnie mija połowa sierpnia, nie spodziewam się zbyt wielu kolejnych takich dni ;).

Niedawnego, wyraźnie chłodniejszego poranka zaczęłam widzieć dookoła siebie jesień. Nie żeby ciemniały mi dynie (to drażliwy temat w tym roku; nie wiem, o co chodzi tym roślinom, ale mam wrażenie, że wyhodowałam grupę ładnych dyniowych wałachów…), ale światło jakieś takie jaskrawe, pajęczyn więcej, rosy więcej, noce jeszcze zimniejsze… Podczas takiego napadu miłej melancholii oraz w aurze "na sweter" powstał domowy makaron z podrobami, które zostały z zamówienia wiejskich kurczaków (sztuk cztery). Bób i cavolo nero to dodatek z ogrodu (tzn. to, co z tego cavolo nero zostało po działaniach ślimaków oraz bielinka, choć twardo z &@*@*!^ walczę).

Uwaga: wątróbka wychodzi, w moim odczuciu, średnio wysmażona, tj. nie krwista, ale kremowa w środku. Jeśli lubicie mocniej wysmażoną, trzeba gotować ją dłużej.

Składniki (2 porcje):

  • 4 wątróbki + 4 serca kurze
  • 2 grubsze plastry boczku,
  • 1 mała cebula,
  • 8-10 ziaren jałowca,
  • kilka łyżek czerwonego wina,
  • mała garść wyłuskanego, raczej młodego bobu*,
  • garść cavolo nero lub jarmużu (same liście, bez nerwów),
  • estragon - 2 łyżki (1/2 do gotowania, 1/2 na surowo do posypki)
  • makaron z ½ porcji z tego przepisu, rozwałkowany i pokrojony w pappardelle

Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na małym ogniu (gdyby był chudy, trzeba będzie się . Cebulę pokroić w kostkę i zeszklić na boczku. Dodać zmiażdżone ziarna jałowca. Podroby oprószyć solą i pieprzem, przesypać mąką, obsmażyć krótko na patelni z cebulą i jałowcem. Podlać całość winem i dusić ok. 2-3 minut, dodać bób*, jarmuż i 1/2 estragonu. Jeśli to konieczne, podlać wodą, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem kolejne 7-8 minut (pod koniec zacząć gotować makaron – cienko rozwałkowanemu pappardelle wystarczy ok. minuta od ponownego zagotowania wody i wypłynięcia). Sprawdzić doprawienie. Podawać ugotowane pappardelle z kopiastą chochlą sosu, posypane pozostałym estragonem.

* Gdyby bób był wyraźnie nienajmłodszy, można go dodać wcześniej, razem z winem.

Inny, wyraźnie letni, nie jesienny makaron z podrobami pokazywałam dwa lata temu.

W kilka dni później zrobiło się cieplej – nie na wentylator, ale w sam raz na zużycie drugiej porcji pappardelle z sosem pomidorowym na zimno, bez gotowania. Mąż pomidożerca zachwycony. Jest to prawdziwy domowy fast food, zważywszy na czas przygotowania, ale składniki muszą być naprawdę dobre. Pomidory jednak teraz najlepsze, więc nie powinien być to problem.

Składniki (2 porcje):

  • 1 bardzo duży (lub 2 średnie), soczysty, b. aromatyczny i dojrzały pomidor (np. malinowy lub bawole serce)
  • garść bazylii
  • 1 duży ząbek czosnku
  • szczypta soli
  • ok. 2 łyżek startego parmezanu
  • oliwa (jak najlepsza)
  • makaron z ½ porcji z tego przepisu, rozwałkowany i pokrojony w pappardelle

Pomidora sparzyć, obrać ze skórki. Zetrzeć na tarce o dużych oczkach – można nad sitkiem, żeby złapać sok, można celowo sok zostawić i nie odcedzać, bo przyjemnie ewentualny nadmiar wypić potem z talerza, ale jest to mniej eleganckie. Wymieszać miąższ z ząbkiem czosnku przeciśniętym przez praskę i szczyptą soli. Ugotować makaron, odcedzić. Wyłożyć ½ porcji pomidorów na każdy talerz, dodać trochę parmezanu, bazylię i delikatnie skropić oliwą. Podawać od razu.

A inny makaron z surowym pomidorem już tu się pojawił, z dodatkiem małży. 

niedziela, 06 sierpnia 2017

W tym roku nie ma, jak na razie, nadmiaru cukinii. W sumie to wszystko przez (tzn. dzięki ;) M, który bardzo nalegał na ograniczenie liczby krzaków i nawet na cztery sztuki kręcił nosem. Jak rok i dwa temu, posadziłam jedną dającą okrągłe owoce. Faszerowane kule już pokazywałam, w wersji choć nie wege, to dość delikatnej- i tym razem chciałam czegoś bardziej wyrazistego. Przepis zyskał aprobatę M („możesz zapamiętać i powtarzać”). Co istotne, użyłam tylko ½ miąższu do farszu (druga ½ trafiła do ratatouille), i była to dobra decyzja.

Składniki:

  • 3-4 niezbyt duże okrągłe cukinie
  • 2 średnie ziemniaki
  • puszka tuńczyka w zalewie (170g przed osączeniem)
  • świeże zioła, ok. 2 łyżek, u mnie oregano i estragon
  • 1 mała cebula
  • 3-4 plastry boczku
  • sól, pieprz i chilli (do smaku)
  • oliwa (do posmarowania cukinii)

Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie, przecisnąć przez praskę. Cukinie umyć, odciąć czubki (ja mówię „czapeczki” ;) z ogonkiem (zachować!), wydrążyć, ½ miąższu zostawić do późniejszego wykorzystania, pozostałą połowę posiekać. Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na małym ogniu, podkręcić ogień na średni, dodać posiekaną cebulę i zeszklić. Zdjąć z ognia, wymieszać z miąższem cukinii, ziemniakami, dobrze osączonym tuńczykiem i ziołami, doprawić do smaku solą, pieprzem i chilli (u mnie hojna szczypta). Napełnić cukinie farszem, nakryć „czapeczkami” z ogonkiem, lekko posmarować oliwą. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, piec ok. 25 minut w 190 st., następnie zdjąć „czapeczki” i piec dalsze 10-12 minut. Świetnie pasuje do tego sos koperkowy lub bazyliowy.

Z innych cukinii faszerowanych (podłużnych) na blogu były:

- słodko-kwaśna bliskowschodnia

- pomidorowa

Z dwóch podłużnych cukinii za to zrobiłam placki z cukinii, w innym wydaniu niż zazwyczaj, bo przemówił do mnie przepis na blogu Ani (Everyday Flavours). Do tej pory miałam problem z cukinią startą na tarce, tzn. umiarkowanie udawało mi się ją osączyć. Tu pomogło i sugerowane wcześniej sitko, i ręcznik papierowy, i obserwowanie ciasta w trakcie smażenia (odlałam płyn po kilku plackach i dodałam łyżkę mąki, potem już poszło gładko, a placki świetnie trzymały ksztatł). Przepis za Anią, z drobnymi zmianami i z grubsza z ½ składników (dla ok. 3 osób, lub 2 głodnych, które nie pogardzą zimnymi resztkami ;).

Składniki (na ok. 10-12 sztuk):

  • ok. 500-600g cukinii (2 średnie sztuki)
  • 2 jaja
  • 1/2 (kopiasta) szklanki mąki + ew. dodatkowa do podsypania, patrz niżej
  • 100g fety (prawdziwej, nie fetopodobnej)
  • kilka łyżek rozdrobnionych świeżych ziół (np. oregano, mięta, estragon, szałwia, itd.)
  • łyżka posiekanego szczypiorku
  • sól, pieprz (do smaku)
  • olej
  • Do podania: sos bazyliowy/koperkowy, domowy ketchup lub sos pomidorowy, tzatziki, itd.

Cukinię umyć, obciąć końce, zetrzeć na tarce o grubych oczkach, oprószyć solą i odstawić na 15 minut na sitko nakrytą ręcznikiem papierowym. Zlać płyn, cukinię dobrze odcisnąć przez ręcznik. Roztrzepane jaja utrzeć z mąką, dodać osączoną cukinię, fetę, zioła. Doprawić do smaku i dokładnie wymieszać. Gdyby masa wydawała się zbyt płynna, podsypać lekko mąką. Smażyć placki partiami na rozgrzanym oleju (ok. 1 kopiastej łyżki na placek), aż się zrumienią z obu stron; w zależności od patelni dolać po 1-2 partii oleju. Gdyby ciasto puściło sok, spróbować go delikatnie zlać, ew. zagęścić dodatkową łyżką mąki.

W skrócie, mąż wzgardził dodatkami do obiadu i skupił się na plackach… Na zimno został jeden ;).

niedziela, 30 lipca 2017

Podobno wreszcie mają nadejść upały, nawet na Mazurach (gdzie tego roku do tej pory gorąco nie było, co znowu widać po moich ogórkach), więc rozumiem, że nastawianie piekarnika może niektórych zniechęcać (w sumie wielką zaletą przeciętnego grilla jest to, że znajduje się poza domem…). Poniższy pomysł na letni bezmięsny obiad jest jednak wyjątkowo szybki (jeśli już macie sos), łatwy, a danie wychodzi może i ciepłe, ale całkiem lekkie. Inspiracją bezpośrednią był wór fasolki szparagowej w lodówce („a może chcą Państwo fasolki? Od takiej znajomej działkowiczki, przepyszna!”) oraz nadprodukcja ratatouille, której użyłam jako sosu, a dalszą wspomnienie zielonej fasolki w pomidorach, którą jedliśmy w Turcji. Jedyną kłopotliwą rzeczą było odszypułkowanie fasolki, czego szczerze nie lubię robić.

Składniki (ok. 4 porcji):

  • 1 kilo żółtej fasolki szparagowej
  • ok. 650ml ulubionego sosu pomidorowego (np. z 1,5 porcji z ostatniego przepisu w tym poście) lub ratatouille, wcześniej pogrzanego
  • ew. dodatkowe ulubione zioła (np. oregano, bazylia itd.)
  • ok. 150g fety (prawdziwej, nie sera fetopodobnego, który się rozpuści, ew. zamiennikiem może być zwięzły, słony ser owczy)
  • lekko ostra papryka do posypki (typu bałkańska lub turecki pul biber, o którym kiedyś wspominałam, lub słodka z domieszką chilli)

Fasolkę umyć, obciąć końce, gotować 5 minut (zieloną ok. 2 minut dłużej), odcedzić i przelać zimną wodą. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, zalać ciepłym sosem i wymieszać. Posypać 1/2 ziół i fetą, oprószyć z wierzchu papryką. Zapiekać ok. 30 minut w 190 st. C (termoobieg). Odstawić na kilka minut przed nakładaniem na talerze, bo danie jest bardzo gorące! Przed serwowaniem posypać pozostałymi ziołami. Jeść solo lub z dobrym pieczywem.

czwartek, 27 lipca 2017

Macie jeszcze porzeczki? Resztki moich czerwonych trafiły do eksperymentalnego dżemu z wiśniami (w proporcji z grubsza 3:1 - wiśnie: porzeczki - jako zamiennik pektyny w proszku, i chyba nawet się dało, choć dżem trzeba było mocno odparować) oraz do sokowirówki, gdzie wycisnęłam trochę soku do koktajlu. Pomysł na sour porzeczkowy zrodził się w mojej głowie na widok zdjęcia Signe Johansen z wersją brzoskwiniową. Wyszłam z założenia, że powinno wyjść kwaśne i w atrakcyjnym kolorze - co się sprawdziło, choć całość jednak wymagała jeszcze zakwaszenia. Jako słodziku użyłam "wstrząśniętych" porzeczek, czyli owocu (sic) wcześniejszego ogałacania krzaka*.

Składniki (2 porcje):

  • 100ml whisky
  • 4 łyżki soku z czerwonej porzeczki (tzn. wyciśniętego z ok. szklanki owoców)
  • 2 łyżki rysebis i łyżeczka cukru LUB ok. 2 łyżek cukru
  • sok z 1/2 limonki, lub do smaku
  • 2 łyżki białka (opcjonalnie)

Schłodzić w zamrażarce kieliszki lub szklanki do serwowania. Wszystkie składniki koktajlu umieścić w shakerze z paroma kostkami lodu, dobrze wstrząsnąć i sprawdzić kwaśność/słodycz (u mnie konieczne było dokwaszenie limonką), ew. doprawić i ponownie wstrząsnąć. Podawać drinki przecedzone, od razu w schłodzonych szklankach, można także udekorować owocami (świeżymi, ew. odzyskanymi z shakera "wstrząśniętymi").



To tyle, jeśli chodzi o whisky w odsłonie letniej. W kolekcji innych drinków na bazie whisky jest oczywiście klasyczny sour cytrusowy, zimowy, tj. klementynkowy, oraz jesienny, tj. jabłeczny.

* Porzeczki jeszcze trafiły do słoja, w którym już prawie 2 tygodnie fermentują na ocet. Efekty końcowe mam nadzieję, że jeszcze tu pokażę.

Zapisz

piątek, 21 lipca 2017

Pierwszy przepis powinien brzmieć tak: „ugotuj ziemniaki, pokrój jeszcze ciepłe, wrzuć do octu i zobacz, że po 7 godzinach deszczu wyszło słońce. Szybko polej ziemniaki oliwą, przebierz się w strój sportowy i idź pobiegać, a do ziemniaków wróć po jakiejś godzinie”. Dodam, że wszystko działo się na urlopie, a odbiorcą ziemniaków na zimno miał być m.in. głodny podróżny, tj. Tata.

"Sucha" sałatka ziemniaczana

  • ok. 750g młodych ziemniaków
  • ok. 2 łyżek octu winnego
  • 1 cebula dymka
  • ok. łyżki posiekanej natki pietruszki
  • oliwa
  • sól, pieprz
  • Opcjonalnie: kminek, słodka papryka

Ziemniaki (najlepiej tzw. sałatkowe, czyli nie mączne) ugotować, uważając, by nie były za miękkie, pokroić w plastry tak szybko, jak się da, i gorące wrzucić do octu. Dodać pokrojoną dymkę i pietruszkę, całość doprawić oliwą – ok. 2 łyżeczek lub wg uznania – oraz solą i pieprzem do smaku. Opcjonalnie, jeśli wam to pasuje smakowo (mnie pasowało) można dodać szczyptę słodkiej papryki i/lub kminek (ok. ¼ łyżeczki lub ponownie wg uznania). Co ważne, ziemniaki należy odstawić do wystudzenia na co najmniej 40 minut przed jedzeniem. Przed podaniem ponownie wymieszać i sprawdzić doprawienie.

Czemu nazwa „sucha sałatka ziemniaczana”? Sucha w rozumieniu bez sosu majonezowego czy śmietanowego, jak zazwyczaj się spotyka. Nam bardzo dobrze komponowała się zamiast chleba do austriackich wędlin, lokalnego sera i warzyw. Pasowałaby też do wszystkich potraw z grilla.

Ziemniaki, jak wiadomo,są także przyjemną bazą do mini sałatek, tj. jednoosobowych talerzy obiadowych – można powiedzieć, że to letnia wersja wiejskiego talerza sprzed paru miesięcy. Oczywiście, porcję jednoosobową można zwiększyć…

Jednoosobowa sałatka ziemniaczana z bobem

  • 2 średnie ziemniaki
  • kilka plastrów wędzonego boczku
  • szczypiorek (ok. łyżki)
  • estragon (opcjonalnie, ilość jw.)
  • ok. 250g bobu (ugotowany i wyłuskany)
  • sól, pieprz
  • łyżeczka musztardy i łyżka octu jabłkowego

Ziemniaki ugotować, pokroić w plastry, posypać posypanym szczypiorkiem, estragonem i bobem, całość lekko posolić, popieprzyć i delikatnie wymieszać. Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na suchej patelni, na małym ogniu, następnie podkręcić ogień i smażyć, aż będzie chrupki. Wyłowić z tłuszczu, dodać do ziemniaków. Tłuszcz z boczku szybko wymieszać z musztardą i octem jabłkowym (można tej samej patelni, jeśli nie jest np. stalowa, której cenną patynę zje ocet ;), polać powstałym sosem sałatkę. Jeść od razu.

Przeglądając inne sałatki z dodatkiem ziemniaków na blogu, wyszło mi, że całkiem jest ich całkiem sporo, ale dominują dodatki morskie, od ryby przez przegrzebki po klasyczną sałatkę nicejską (i mniej klasyczną, tj. ziemniaki z małżami). Przyznaję, że piszę to głodna i żadną bym w tej chwili nie pogardziła, mimo późnej pory ;).

piątek, 14 lipca 2017

Post będzie krótki, właściwie seria przypominajek.

Gdy dwa lata temu miałam urodzaj na grządce z bazylią, zrobiłam bardzo udany sos bazyliowy. Tym razem koperku mam więcej, niż jesteśmy w stanie przerobić, więc gdy w sobotę przyjechali goście, pół litra koperku przerobiłam na sos koperkowy - dokładnie taki, jak bazyliowy, tylko wody musiałam dać odrobinę więcej - i polałam nim pomidory, jak widać na zdjęciu. Reszta została wykorzystana i do pieczywa, i maczania pieczonych kwiatów (na zdjęciu), i kolejnego dnia jako dodatek do grillowanej ryby, i wreszcie jako omasta do niedzielnego jaja w koszulce (jak poniżej). Bardzo polecam!

Po drugie, widoczne na ww. zdjęciu pieczone kwiaty - nadziane fetą zmieszaną z ostrą papryką (pastą tajską, ale np. adżika czy ostra węgierska też byłaby bdb). Metoda przygotowania jak poprzednio (a błędu z posypaniem solą przed pieczeniem już więcej nie zrobię, tu zresztą dzięki słonemu farszowi sól w ogóle nie była potrzebna).

Po trzecie, pasta z bobu i fety, przygotowana jak poprzednio lub jeszcze wcześniej, ale z ok. 130g sera "typu feta" i bez gałki muszkatołowej. Nadmiar niewykorzystany na chlebie trafił, oczywiście, do pierogów, bo lato bez takich z zielonym farszem to nie lato ;).

Zapisz

wtorek, 11 lipca 2017

O odkryciu, jakim jest gruby bulgur, pisałam ze 2 lata temu. Choć upały jakoś specjalnie na razie Polski mocno nie dotykają, węglowodan gotowy do spożycia tylko przez zalanie (wcześniej) wodą, to latem zbawienie, zwłaszcza, że świetnie się łączy z daniami warzywnymi, wszystkim co zielone i/lub bliskowschodnie. Dlatego niedawno przygotowałam zielony bulgur, „jedno oko na Persję” oraz bardziej konkretną sałatkę obiadową, przygotowaną z garścią zieleniny z ogrodu (albo dżungli pourlopowej - jak weszłam między grządki po powrocie, najpierw osłupiałam, potem załamałam ręce, i do tej pory wszystkiego nie przepieliłam ;/).

W obu daniach podstawą jest szklanka bulguru namoczona ok. 2h w 2 szklankach wody z hojną szczyptą soli, mieszana co jakiś czas.

Bulgur w klimatach lekko perskich

Składniki:

  • szklanka grubego bulguru jw.,
  • garść posiekanych lub porwanych ziół (np. mięta i bazylia, można użyć mięty i pietruszki),
  • garść szpinaku (ew. przelanych wrzątkiem i osuszonych liści boćwiny bez łodyg),
  • ok. 2 łyżek z grubsza posiekanych pistacji,
  • ok. łyżki suszonego berberysu,
  • sól, oliwa, łagodny ocet/sok z cytryny

Wymieszać bulgur z zieleniną i bakaliami, doprawić do smaku solą, oliwą, octem np. jabłkowym lub sokiem z cytryny. Odstawić na co najmniej 10 minut, wymieszać i ew. jeszcze raz doprawić. Podawać z grillowanymi potrawami lub np. takimi klopsikami. Do delikatnej ryby też mi pasuje.

Sałatka z bulguru z fetą

Składniki:

  • szklanka bulguru jw.
  • 2 małe cebule dymki
  • garść świeżego groszku oraz cavolo nero lub jarmużu,
  • zioła - mięta i koperek - 2/3 do patelni, reszta posiekana surowa
  • opcjonalnie: kilka listków musztardowca lub pikatnej rukoli
  • oliwa, ocet lub cytryna, sól wg uznania
  • 150g fety,
  • ok. 8 pomidorów suszonych (namoczonych lub w oliwie, osączonych)

Dymkę posiekać, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju/oliwy, dodać porwane cavolo nero (bez łodyg). Smażyć chwilę, aż liście zmiękną, dodać łyżeczkę wody, wyłuskany groszek, hojną szczyptę soli i 2/3 ziół, gotować minutę. Przykryć naczynie i odstawić na bok na kilku minut, kiedy zajmiecie się pozostałymi czynnościami: posiekaniem reszty ziół i dodaniem ich do bulguru razem z pokruszoną fetą, pokrojonymi pomidorami i ew. liśćmi rukoli/musztardowca. Do naczynia dodać przesmażone warzywa i całość wymieszać. Doprawić do smaku oliwą, łagodnym octem lub sokiem z cytryny oraz solą.

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych (w ogóle), a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

środa, 28 czerwca 2017

 Wracamy do Austrii! Druga część przewodnika po gospodach znajduje się poniżej, a pierwsza (gdyby ktoś przegapił lub trafił z Google'a) znajduje się TU.

- Rockfeldalm to tegoroczne odkrycie. To ten typ gospody, jaki lubię najbardziej: czynny i tak, bo krowami trzeba się zająć; przed wejściem siedzi spokojnie starsza pani z robótką ręczną (!). Menu ustne: tak, jest otwarte, do picia to i to; do jedzenia może być talerz własnych produktów, czy chcemy ser, czy wędlinę, czy może pomieszane...? Skusiliśmy się na tą ostatnią propozycję plus mętny sok jabłkowy z wodą. W sam raz na wsparcie do dalszej wspinaczki na Schlossalm/Hirscharspitze. Dodatkowy bonus to, jak nam się wydawało, niższe ceny niż w bardziej komercyjnych miejscach.

- Na liście znajdują się gospody na Graukoglu, o których też pisałam wiele lat temu w kontekście zimowym; obie bardzo lubię (choć tą przy stacji środkowej bardziej), działają latem prężnie (choć chyba synchronicznie z wyciągami - warto sprawdzić godziny otwarcia), jednak rzadko w nich w tym sezonie bywam - wolę Grau w wersji narciarskiej. Z jakiegoś powodu (sprawdzone kolejny raz dzisiaj!) zazwyczaj jak się tam wybieramy na pieszą wycieczkę, to albo uciekamy przed burzą, albo się wyjątkowo męczymy, albo chodzimy w deszczu...



- Do Poserhöhe można dojść i z Bad Gastein, i schodząc z Gamskarkogel, i wdrapać się (stosunkowo szybko) z Kötschachtal. To właśnie tzw. "krasnoludki". Byłam tam i w chłodny czerwcowy dzień, gdy z leżaków można było popatrzeć na śnieg, i w upalne wrześniowe popołudnie, gdy na ww. leżakach pokładały się opalone ciała. Poza specyficznym, nawet jak na Austrię, wystrojem i klasycznymi daniami typu Bretljause i ciasta owocowe, bywają dania na ciepło, aperitify z aperolem oraz buchty.

- Alpenhaus Prossau pokazywałam w 2011 - jak wyglądał pod śniegiem ;). Chwaliłam się też nabytą tam kiełbasą. I właśnie własne wędliny z dziczyzny to clou tego miejsca (poza tym, że lokalizacja jest dobra, jeśli ktoś się wybierze na lekki spacer lub przejażdżkę rowerem - na piechotę to ok. godzina w jedną stronę i prawie płasko - doliną Kötschach). Jeśli nie zdecydujecie się na posiłek w Prossau, zawsze można wracając zajrzeć do...

- Himmelwandhütte. Miejsce w którym byłam tylko raz, w tym roku, po wymagającej wycieczce do Reedsee. Jak to ujął M, "zawsze tu się kłębiło jak przechodziliśmy". Może przyczyną jest bliskość "miasta", a może urok domowego strudla. Po Topfenstrudel mit Erdbeeren (serowy z truskawkami - ciepły, ewidentnie domowy a pyszny) uznałam, że trzeba ich dodać na mapę. Maślanka była dodatkowym atutem ;).

Jako bonus - mój ulubiony widok z Kötschachtal:

- Böckfeldalm mieści się blisko Böcksteinu: wsi za Bad Gastein, po drodze do Sportgastein, jednego z naszych ulubionych miejsc na biegówki (tam pierwszy raz ich spróbowałam), a poza tym uroczej, dobrze zachowanej miejscowości. Latem, gdy jest ciepło, kojarzy mi się znowu z klimatami z Białej wstążki. 

Do almu prowadzi dość strome podejście ścieżką leśną. Po godzinnej wspinaczce człowiek może nie jest głodny, ale spragniony - owszem. Stąd Böckfeldalm to dla mnie źródło, oczywiście, Hollerwasser i innych napojów, np. cydru (mostu); przewidując dalszą wędrówkę radzę wziąć wersję gespritz, tj. z wodą gazowaną, bo czysty jest i zwodniczy, i kwaśny ;). Na uwagę zwraca także obsługa (hoża, opalona blond amazonka z dużą ilością kolczyków ;).


- Schareckalm znajduje się na samym końcu doliny, w Sportgastein. Kolejne łatwo dostępne miejsce, jeśli ktoś już zapędzi się do parku narodowego: trzeba tylko wdrapać się kilka kroków na pagórek do malowniczego domku, który znów "gra" w filmiku promocyjnym.

Jedliśmy tam tylko domowe wypieki - m.in. gorący strudel, za którego świeżość pani nas aż przepraszała; dodatkowo zostałam kiedyś na chwilę "kurzą mamą", albo kury okazały się wyjątkowo towarzyskie...

Wszystkie ww. miejsca oznaczyłam na mapie, którą dla świętego spokoju wklejam ponownie:



Ps. Poza widokami krajobrazowymi podczas wycieczek pieszych, warto wspomnieć o faunie, którą można spotkać podczas wędrówek, i nie są to to tylko krowy...

 



Mam nadzieję, że komuś przyda się ten skromny przegląd. Choć Polaków na szlaku wielu nie spotkałam, parę razy język ojczysty słyszałam, w tym nawet w zeszłym tygodniu ;).

ENGLISH PLEASE:

Welcome to part 2 of the Gastein inn guide! In case you missed it and/or landed here via Google, HERE is part 1.

- Rockfeldalm is this year's discovery. It's my favourite type of inn: one that has to be open to some extent, because somebody has to tend to the cows. At the entrance there's an older woman with her knitting. There's no written menu, but she's willing to tell us: yes, they're open, you can drink this or this; as for food, how about some homemade goods and would we prefer cheese or meat, or both perhaps...? Both, of course, plus two tankards of unfiltered apple juice mixed with water. Just what we needed to continue on our hike to Schlossalm/Hirscharspitze. Another benefit worth mentioning is the fact that the prices seemed lower than in more popular places.

- My list, as you might see on the map, includes Graukogel restaurants, which I've also mentioned on the blog (ages ago). I like both, possibly favouring the Mittelstation one more, but though they're fairly popular in summer, I don't visit them often in that season, since I prefer Graukogel as a skiing destination (for some reason, we're often unlucky with the weather when we go hiking there - today's trip has proven this one more time!).

- Poserhöhe can be reached from Bad Gastein, on the descent from Gamskarkogel, or (after a fairly short climb) from Kötschachtal. It's the "Dwarf Inn" I mentioned before. I've visited both on a chilly June day, when you could see snow from your deckchair and on a hot September afternoon, when all those chairs were filled with sunbathing bodies. Apart from the specific (even by Austrian standards!) decor and classic mountain dishes (Bretljause or fruit Kuchen), the inn offers hot mains, aperol spritz and yeasted buns (Buchteln).

- Alpenhaus Prossau featured on the blog in 2011 - under the snow ;). I also mentioned the sausage we bought there. Generally game charcuterie is what makes the place special (apart from the fact that the location is convenient if you've been on a light hike or bike ride in the valley: Prossau is around an hour's walk from the village of Kötschach on mostly flat terrain). If you're in the area but don't fancy stopping at this inn, there's always...

- Himmelwandhütte. So far we've only been here once, this year, after a challenging hike to Reedsee. As M put it, "it always seemed so crowded when we went past". He has a point; maybe it's the not-so-faraway village centre, maybe it's the homemade strudel? Their Topfenstrudel mit Erdbeeren (curd cheese and strawberries served warm, very homemade - in a good way - and delicious) made me edit my seemingly complete map. The buttermilk wasn't bad either.

- Böckfeldalm is close to Böckstein, a village located right behind Bad Gastein, en route to Sportgastein. Böckstein is one of my favourite cross-country skiing spots (maybe because that's where I first tried it) and a charming, well-preserved place. In summer, when it's sunny and oh-so-quiet, it reminds me of the atmosphere in the movie The White Ribbon. The inn is reached by a fairly steep forest path. After an hour of climbing in the sun chances are you won't be hungry, but thirsty: which is why Böckfeldalm has been for me a source of Hollerwasser (elderflower cordial & water) and other cold drinks, e.g. cider (most); if you plan to hike on towards e.g. Stubnerkogel, I'd suggest the spritzer version, as the undiluted drink is both fairly strong on a hot day and quite acidic ;). Take note also of the waitress - if she still works there, she's hard to miss: very tall, tanned, blond and with numerous piercings ;).

- Schareckalm is located at the very end of Gasteinertal, in Sportgastein. Another easily accessed spot, if you've reached the national park: all you need to do is climb a small hillock to reach the house with green shutters (once again featured in a promotional clip - see the video above). I've only tried the homemade cakes, such as hot curd cheese strudel; the owner actually apologized it was "too fresh" when she brought it to the table. I also enjoyed a brief stint as a "chicken lady", when the local hens became very friendly... (see pic above). They're not the only animals you can see when hiking in the area - again, see the photos above for a small selection!



I hoped you've enjoyed this review! While most of the hikers I've met seemed to be Austrian or German, the area attracts also a fair number of English-speaking foreigners - who I hope might benefit from some of the tips. If you have your own favourites which I haven't mentioned here, I'd love to hear about them - why not let me know in the comments?

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna