Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 06 grudnia 2017



Kto robił w tym roku kalendarz adwentowy...? Wiem, zgapiłam się z przepisem na wsad do kalendarza, bo jak ktoś miał zrobić, to już pewnie dawno ten kalendarz gdzieś wisi i jest systematycznie opróżniany ;). Trufle jednak, jak wiadomo, można zrobić i darować także przy innej okazji, a nawet bez okazji (choć ze względu na miękkie, podatne na topnienie wnętrze, unikałabym najcieplejszych pór roku).

Bazowałam na przepisie na trufle lawendowe, wykorzystując kawę w trzech wariantach oraz czekoladę deserową, a właściwie mieszankę gorzkiej i mlecznej, co było słusznym kierunkiem, bo czekoladki i tak są dość wytrawne. Szczerze mówiąc: w moim odczuciu idealne, jeśli chodzi o słodycz; zresztą, nie tylko pod tym względem są (nieskromnie mówiąc) udane.

Składniki:

  • 250ml śmietanki kremówki
  • 2 łyżki drobno mielonej kawy
  • 30ml espresso (lub 2 łyżki b. mocnej zaparzonej kawy)
  • 90g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 30g mlecznej kuwertury/czekolady jw.
  • łyżeczka likieru kawowego (nie mlecznego), typu Kahlua
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • do obtoczenia: ok. 80-100g rozpuszczonej czekolady deserowej lub mieszanki 3:1 kuwertury/czekolady gorzkiej i mlecznej jw.

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z kawą mieloną. Dodać espresso, przykryć, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, wlać do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać likier, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w chłodnym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki, schłodzić w lodówce (ważne!). Stężałe trufle delikatnie nurzać w utemperowanej kuwerturze/rozpuszczonej czekoladzie w temp. 30 st. C (nie cieplejszej, trufle mogą się rozpuścić) i odstawiać do zastygnięcia. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

A tegoroczne drzewko adwentowe wygląda z grubsza tak, jak rok temu. Tag "świąteczne prezenty" za to kryje inne pomysły na jadalne podarki.

niedziela, 26 listopada 2017

Pewna ilość puree z dyni w lodówce to całkiem przydatna rzecz. Łyżka może dosłodzić i zagęścić sos pomidorowy, podobną ilość można dodać do duszonych podrobów lub gulaszu. Oczywistością jest zupa dyniowa czy wypieki, których na blogu znajdziecie wiele (TU są wszystkie wpisy z tagiem „dynia”). Czemu jednak nie odłożyć niepełnej szklanki na śniadanie w postaci placuszków? Większość przepisów, także ten Filozofii Smaku, którym się inspirowałam, zakładały wariant deserowy, ponieważ jednak dynia sama w sobie jest słodka, zmniejszyłam ilość cukru i dodałam sól; takie placki są wciąż słodkawe, ale z serem czy twarogiem można je podać. U mnie jest także więcej dyni niż mleka, które zastąpiłam maślanką; można spróbować dać samą dynię. Oczywiście, do syropu klonowego placki też pasują.

Składniki (ok. 10-12 placków):

  • 1 szklanka mąki (jasna pszenna lub orkiszowa; można także kilka łyżek zastąpić mąką razową)
  • ¾ szklanki puree z dyni
  • ¼ szklanki maślanki
  • kopiasta łyżka cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 1 jajo
  • ¼ łyżeczki soli
  • szczypta przyprawy do piernika lub cynamonu
  • łyżeczka oleju
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • olej do smażenia

Wymieszać składniki suche, dodać składniki mokre i dokładnie roztrzepać całość. Smażyć na średnim ogniu, po kopiastej łyżce na placek na rozgrzanym (ale nie za mocno) oleju, odwracając na drugą stronę, gdy na pierwszej będzie wiele pęcherzyków; powinno to zająć ok. 2-3 minuty na stronę. Trzymać na np. podgrzanym talerzu do chwili podania. Podawać ciepłe, z dodatkiem np. sera, twarogu/jogurtu, dżemu, owoców i syropu klonowego.

sobota, 18 listopada 2017

Pumpkin pie: amerykański klasyk. Kilka lat temu robiłam podejście, nawet z ozdobnymi kruchymi ciasteczkami (w kształcie kotków) i… nie. Albo jak to ujmuje w takich sytuacjach M: „Nie rób tego więcej”.

Minęło parę lat i mignął mi ten długi, długi wpis w Kukbuku pt. „Jak zrobić tartę dyniową”. Bardzo podziwiam autora za zaangażowanie w temat i wszystkie testy :). Jakoś przemówiły do mnie i zdjęcia farszu, który wydawał się przyjemnie kremowy i miękki (mój poprzedni nie był), dodatek serka śmietankowego (z którym moim zdaniem wszystko jest lepsze, od sernika londyńskiego po brownies) oraz rady nt. pieczenia. Faktem jest, że od kilku lat (czyt. od zakupu obecnie posiadanego piekarnika) piekę domyślnie na termoobiegu, który tu nie jest zalecany, i do tych rad się zastosowałam. Efekt: spód faktycznie nie wybrzuszył się zanadto (choć piekłam oczywiście i tak z obciążeniem, i dodatkowo nakłuty) zaś farsz również się upiekł równomiernie. Oderwał się co prawda od brzegów ciasta, ale w oryginalnym przepisie też jest taki efekt, w jedzeniu zaś to zupełnie nie przeszkadzało.

Trzymałam się grzecznie temperatury i metody pieczenia, ale zmieniłam trochę skład. W mojej wersji jest inne ciasto, tj. ulubione maślankowe, lekko posłodzone, bo nie trafiają do mnie ciasta na zupełnie niesłodkim spodzie – chyba, że nadzienie jest wyjątkowo słodkie, a tu tak nie jest. Ciasta jest także nieco mniej: moim zdaniem przy cienkim rozwałkowaniu spokojnie wystarczy do wyłożenia tortownicy 24cm z wystającym marginesem surowego ciasta. Jak naprawdę się postaracie, to jeszcze wyjdzie wam kilka ciasteczek ;).

Dyni użyłam piżmowej – niestety kupnej, w moim ogrodzie w tym roku dynie nie obrodziły i nie mam ulubionych amazonek, które są świetne do pieczenia :(. Puree było faktycznie dość suche (nie musiałam dodatkowo suszyć lub osączać), ale nie bardzo ciemne w kolorze. Gotowa tarta wyszła żółta, nie pomarańczowa, ale osobiście uważam kolor za całkiem apetyczny. Dodałam także do masy cynamon.

A jak ze smakiem? Przyznaję, że pierwszy kęs był ciężki, zwłaszcza, że ciasto było dość krótko wówczas schłodzone; poważnie się zastanawiałam, jak my to zjemy („może z syropem klonowym da radę?”). Następnego dnia było jednak zdecydowanie lepiej; podobnie jak z sernikiem, nie ma co się spieszyć z jedzeniem, ciasto musi się odstać i stężeć. Po kilku dniach żałowałam, że wszystko już zniknęło ;). Smak wciąż klasyfikuję jako specyficzny – jeśli ktoś nie lubi dyni, niech nawet nie próbuje – i M np. do każdej porcji dokładał sobie łyżkę kwaskowatego dżemu. Mnie smakowało (jak już posmakowało) solo, i myślę, że za rok jeszcze do tego wrócę.

Ciasto:

  • 250g mąki (pszenna lub jasna orkiszowa)
  • 125g masła
  • kilka łyżek maślanki
  • hojna szczypta soli
  • 35g drobnego cukru
Farsz dyniowy:
  • 270 g serka śmietankowego, typu Philadelphia, w temp. pokojowej
  • 40g miękkiego masła
  • 500g puree dyniowego
  • 200g cukru
  • ½ łyżeczki soli
  • świeżo starta gałka muszkatołowa (ok. 10 długich pociągnięć na tarce)
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 3 jaja

Dynię upiec (z czymś innym, co się piecze, albo ok. 50 minut w 190 st. C, przekrojoną na pół i wydrążoną), przestudzić, zdjąć skórę, zmiksować na puree. Przygotować ciasto kruche: wymieszać mąkę z solą i cukrem, wetrzeć zimne masło na okruszki, połączyć za pomocą maślanki, schłodzić co najmniej 30 minut. Rozwałkować dość cienko, tak aby wyłożyć tartownicę o średnicy 24 cm. Przygotowaną foremkę z ciastem schłodzić ponownie ok. pół godziny. Następnie obciążyć pergaminem i fasolkami (ciekawe wydają mi się zresztą sugerowane w Kukbuku monety, choć trzeba by ich mieć mimo wszystko dość dużo… Bilon podróżny ;)?) i piec ok. 20 minut w 200 st. C (góra + dół), następnie podpiec kolejne kilka minut bez obciążenia.

Gdy ciasto się podpieka, można zająć się farszem: zmiksować serek z cukrem i solą, gdy jest gładki, dodać dynię i przyprawy, następnie stopniowo, stale miksując, dodawać jaja. Masę wyłożyć na podpieczony spód. Piec w 140-150 st. C (góra + dół) przez ok. godzinę. Upieczony farsz będzie, podobnie jak w serniku londyńskim, wyraźnie ścięty z wierzchu, ale wciąż miękki pod spodem. Dokładnie wystudzić na kratce, następnie schłodzić w lodówce. Najlepiej jeść następnego dnia, jak napisałam we wstępie.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Jakiś rok temu zrobiłam przypadkiem bardzo dobre risotto z pieczarkami. Takie, że jadłam b. wolno, żałując, że nie ma dokładki, a M aż spytał, czy dodałam trufli. Clou, jak sądzę, polegało na połączeniu pieczarek i suszonych grzybów, lubczyku, bulionu i parmezanu (czyt. dużo umami). Zachwycona zapisałam przepis i potem jeszcze trzy razy robiłam replay. Nie wiem jednak, czy za pierwszym razem byliśmy bardziej głodni, czy zadziałały inne czynniki („miejsce, czas i akcja”?), ale choć za każdym razem mi smakowało, mam wrażenie, że nie udało się odtworzyć pierwotnej truflowatości. Nie zmienia to faktu, że danie nam smakuje i jest warte zapamiętania, a poza tym pasuje do chłodnej pory roku, łatwo je również wykonać ze składników dostępnych wówczas w sklepach (poza lubczykiem). Iluzja trufli może jeszcze się pojawi ;).

Składniki:

  • 1 szklanka ryżu arborio
  • łyżka + dodatkowa łyżeczka masła (najlepiej domowego czosnkowego, lub zwykłe + wyciśnięty przez praskę mały ząbek czosnku)
  • kapka oleju
  • 1 średnia cebula, bardzo drobno posiekana
  • sól do smaku
  • ok. 2 łyżek suszonych grzybów, bardzo drobno pokruszonych
  • ok. 350g pieczarek, pokrojonych w cienkie półplasterki
  • łyżka lubczyku, najlepiej świeżego (ew. można użyć listków z łodyg selera naciowego)
  • 500ml jak najlepszego, gorącego bulionu
  • trochę gałki muszkatołowej i pieprzu (do smaku)
  • 2 łyżki startego parmezanu
  • opcjonalnie: skórka z parmezanu, natka pietruszki

Stopić łyżkę masła (dodatkowa łyżeczka będzie potrzebna później, już do podania) z olejem w głębokiej patelni/płytkim rondlu. Zeszklić cebulę z czosnkiem (jeśli używacie zwykłego masła), lekko oprószyć solą. Dodać ryż, wymieszać dokładnie z zawartością naczynia. Dodać ze dwie łyżki bulionu, gotować, aż się wchłoną. Zamieszać, dodać pieczarki, gotować chwilę na małym ogniu, dodać pokruszone grzyby, lubczyk i ew. skórkę parmezanu, podlać paroma łyżkami bulionu, gotować często mieszając aż płyn się wchłonie; czynności powtarzać, aż cały płyn zostanie wchłonięty. Jeśli ryż będzie wciąż za twardy, podlać risotto niewielką ilością wody i gotować jak wcześniej, aż będzie tylko lekko al dente. Nie dopuścić do wysuszenia risotto, powinno pozostać wilgotne! Gotową potrawę wymieszać z dodatkową łyżeczką masła i większością startego sera (wcześniej usunąć skórkę parmezanu), odstawić na minutę pod przykryciem. Podawać natychmiast z resztą parmezanu, opcjonalnie posypane np. pietruszką (na zdjęciach widać akurat lekko anyżową trybułę – tak, zdjęcia robiłam latem).

A sześć lat temu w listopadzie pisałam o risotto z kurkami.

środa, 08 listopada 2017

Jeśli ktoś śledzi uważniej bloga, zauważy, że o wizytach w restauracjach, w których gotuje Robert Trzópek, meldowałam na bieżąco: najpierw była Tamka, potem był The Harvest (swoją drogą, chyba większość restauracji, o których wtedy pisałam, już nie istnieje). Późną zimą trafiłam do Bez gwiazdek na Powiślu i potem tylko zastanawiałam się, kiedy uda się wrócić. Udało się całkiem niedawno i znowu było godnie polecenia, więc czas na recenzję trzeciego miejsca spod znaku p. Trzópka ;).

Napisałam „godnie polecenia”, a jednak, jak to ujął M, „czy z kimś chcielibyśmy tu pójść?”. Coś w tym jest, bo nie mogę odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, choć uważam, że jest to najciekawsza obecnie restauracja warszawska z kuchnią autorską, ambitną, ale przy tym stawiającą na treść, nie tylko formę (bo tego mam serdecznie dość ;). Rzecz w tym, że kulinarków znamy mało, a nie jest to miejsce na pogaduchy przy winie ze znajomymi czy obiad z rodziną. Nie smucę się, w końcu fajnie móc pójść dokądś tylko we dwoje…

Formuła restauracji jest prosta: otwarte tylko wieczorem; menu działa w formie małej, średniej i dużej, czyli od 4 do 6 dań, dodatkowo można wziąć dobierane wina, co bardzo polecam. Jak na razie są oferowane zestawy tematyczne pt. regiony Polski – trafiliśmy najpierw na Wielkopolskę, potem Ziemię Lubuską, czyli dość podobne klimaty (i te ostatnie bliskie M rodzinnie): i jedno, i drugie zaczynało się od kapusty ;). Szczerze mówiąc żałuję, że załapaliśmy się na np. Pomorze czy (nasze adoptowane) Mazury...

Najnowsze menu, które widzicie na zdjęciach, mam mocniej w pamięci i moim ulubionym daniem byłoby jedyne bezmięsne, tj. dynia, którą nazwałabym Austrią w pigułce: marynowana, wyraźnie kwaśna, podana z octem z owoców czarnego bzu i pestkami dyni; dobry przerywnik przed głównym daniem mięsnym. Był nim dzik, który z kolei najbardziej smakował M, a który na tle innych dań wydawał się całkiem tradycyjny. Poza tym bowiem był zdekonstruowany kapuśniak (wyobrażam już sobie minę teścia ;) ze słodkiej kapusty, ale dodatkiem białej porzeczki – i efekt połączenia tych składników był zaskakująco smaczny, choć nie wybrałabym dania do swojej top trójki; dwa plastry wędzonej słoniny, z marynowanymi śliwkami i rydzami, która mi bardzo smakowała, ale przy takim ładunku umami trudno się dziwić (a teść nawet myślę, że by się nie krzywił) oraz delikatny dorsz, w kwaskowatym sosie z agrestem i zielonymi pomidorami – których się obawiałam, po tych, które wyrastają nam z kompostu w różnych miejscach ogrodu, ale na szczęście tu nuta goryczy była bardzo subtelna. Był także deser: jabłko nadziane parfait (moim zdaniem smakowało jak lody) z selera naciowego, doprawione Ginem Lubuskim (tu dostaliśmy z M ataku śmiechu, bo z tym właśnie ginem dawno temu, a nawet bardzo dawno temu, miałam pewne nieprzyjemności, ale na szczęście po traumie pozostało tylko wspomnienie; G&T nawet teraz bardzo lubię ;). Ten deser chyba bym dorzuciła do tercetu ulubionych, ze względu na skojarzenie z najbardziej niezwykłym deserem, jaki kiedykolwiek zjadłam, czyli szczaw i buraki z Tamki.

Potrawom towarzyszył także wybór pieczywa wypiekanemu na miejscu i który jest dość obszerny, jednak jakoś w 2/3 posiłku sobie z nim poradziliśmy. Na desce znajdował się chleb gryczany na zakwasie, foremkowy (moim zdaniem najbardziej udany), jasny – drożdżowy i zakwasowy (obydwa smaczne, ale w moim odczuciu zbyt mocno wypieczone) oraz najsłabszy w zestawie, pszenny razowy na zakwasie (jestem BARDZO wybredna, jeśli chodzi o pieczywo, ale tu chyba i czas wyrastania, i receptura do poprawki ;). Do tego masło, wyrabiane też w restauracji (!) oraz olej rzepakowy z Góry Św. Wawrzyńca (który kiedyś kupiłam do domu i właściwie chętnie bym ten zakup ponowiła…).

Wspominałam także o winach: są dobierane do dań w przemyślany sposób i często grają tylko z daną potrawą; z przyjemnością słuchałam sommelierów objaśniających dany wybór. Są to często wina np. morawskie, austriackie czy polskie (z ostatniego zestawu do picia poza konkretnymi daniami pasowały mi tylko rodzime białe: Kadryl z samego początku - swoją drogą, w menu lubuskim opublikowanym w sieci jest inne - oraz Riesling „Znad Pradoliny” podany do deseru. Przyznaję, że brakowało mi w ostatnim menu pełnego wina czerwonego do dzika, bo eksperymentalne Nebbiolo nie do końca spełniało te kryteria moim zdaniem ;).

Wracając do pytania, komu można Bez gwiazdek polecić – wszystkim, którzy interesują się kuchnią i podchodzą do niej bez uprzedzeń, zależy im na poznawaniu niecodziennych, nieoczywistych połączeń smakowych i, być może, nowych składników. Sama mam poczucie, że szefowi kuchni mogę zaufać i spróbowałabym u niego wszystkiego. Ciekawa jestem, jaka będzie formuła po wyczerpaniu listy regionów – nie wątpię jednak, że jeśli nie powrót do początku listy, to inny motyw (miesiące lub sezony, a może miasta?) da się znaleźć.

Zapisz

niedziela, 05 listopada 2017

 

Jak macie w ręku nową książkę kucharską, od jakiej sekcji zaczynacie oględziny? Jak przeglądam online (tu np. Amazon z funkcją "Look inside" ma zdecydowaną przewagę nad innymi sklepami), patrzę najpierw na indeks i spis treści. Jak już mam swoją książkę, zaczynam prawie zawsze oglądanie od tyłu, a tam znajdują się standardowo desery - nawet w książce, która nie ma tradycyjnych podziałów na sekcje, tzn. najnowsza Nigella (At my table). Tak wpadł mi w oko kolejny pomysł na zużycie białek, czyli "zapomniane ciasteczka", vel merookies (połączenie cookies i meringue - bezociasteczka, choć my je nazwaliśmy inaczej, o czym niżej).

Pomysł nawiązuje do nocnej bezy tej samej autorki, o której (w opcji czekoladowej) pisałam kilka lat temu - wsadza się ciasto do piekarnika i o nim zapomina przez noc (analogicznie do pieczonych pomidorów). W przeciwieństwie jednak do "zapomnianego deseru", gratki dla fanów musu czekoladowego i mokrego wnętrza Pavlovej, beziki z czekoladą wychodzą wyraźnie suche; wnętrze z orzechami i czekoladą nam się mocno kojarzyło z kakaowymi wafelkami, stąd nazwa bezowafelki. W moim odczuciu ciekawsze od zwykłych małych bez, za którymi specjalnie nie szaleję, proste, szybkie, i łatwo można zagospodarować te nieszczęsne białka (których stale mam nadmiar, wystarczy zrobić makaron...).

Składniki:

  • 2 duże białka
  • 100g drobnego cukru
  • 75g posiekanej ciemnej czekolady
  • 75g posiekanych pistacji (można ew. użyć innych orzechów)
  • ¼ łyżeczki mielonego kardamonu lub wanilii
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej lub kukurydzianej
  • 1 łyżeczka octu z białego wina lub jabłkowego

Białka ubić na sztywno z cukrem i szczyptą soli, sypiąc cukier pomału i stopniowo, łyżeczka po łyżeczce. Wymieszać delikatnie a stanowczo z octem i skrobią, dodać wanilię/kardamon, większość pistacji i czekoladę, wymieszać krótko, tylko do połączenia. Nakładać po łyżce masy na bezę, w odstępach, bo rosną, na 1 lub 2 blaszkach wyłożonych matą silikonową lub papierem do pieczenia, posypać pozostałymi pistacjami. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i natychmiast go wyłączyć. Zostawić bezy w środku na noc lub co najmniej 8h. Dość dobrze się przechowują w suchym miejscu, w temperaturze pokojowej lub nieco niższej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 29 października 2017

Zastanawiając się, co upiec na World Bread Day, uznałam, że to dobry moment na kolejne poszukiwania udanego przepisu na chleb chrupki. Niestety moje poprzednie osiągnięcia w tym temacie nie zaliczają się do udanych (bo gdybym chciała zrobić krakersy, to już mam w repertuarze te lniane, paluchy drożdżowe czy zwykłe kruche), a jednak co jakiś czas wracam myślą do chleba cienkiego, dziurzastego, który długo się przechowuje i świetnie pasuje zwłaszcza do mokrych rzeczy (dipy, zupy, sałatki). Ten owsiany okazał się bardzo zbliżony do pierwotnie szkockiego przysmaku pt. oatcakes, które kiedyś dostałam w ramach prezentu w zestawie do serów z Marks & Spencer (RIP), i choć nie jest to dokładnie to, o co mi chodziło (ale w końcu do tego dojdę ;), wart jest zapamiętania.

Przepis pochodzi z tej strony; robiłam z 1/2 składników i wyszło mi ok. 14-16 kawałków pieczywa, czyli znacznie więcej, niż wg autorki oryginalnego przepisu; musiałam jednak także użyć więcej mąki, niż u niej - co odzwierciedla przepis poniżej, a co może wynikać z konwersji na gramy lub typu mąki.

Składniki:

  • 90g miękkiego masła
  • 1 łyżka cukru
  • 1 łyżka miodu
  • 100g płatków owsianych (nie błyskawicznych) plus dodatkowa garść, z grubsza posiekana (ew. można użyć drobnych błyskawicznych) do posypki
  • 120g mąki pszennej uniwersalnej (lub jasnej orkiszowej)
  • 120g mąki pszennej (lub orkiszowej) razowej
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 175ml maślanki

Utrzeć masło z cukrem i miodem na puszystą masę. Osobno wymieszać suche składniki. Dodawać na zmianę suche składniki i maślankę przy stale pracującym mikserze, aż całość się z grubsza połączy na masę przypominającą ciasto kruche. Gdyby ciasto było za mokre, podsypać dodatkowo mąką. Podzielić masę na 2 części, każdą rozwałkować, podsypując mąką, na grubość ok. 6-7mm. Przenieść każdą część na matę silikonową lub pergamin i dalej wałkować, aż będzie bardzo cienkie (maksymalnie 3mm) i możliwie prostokątne. Można, ale nie trzeba, przyciąć równo brzegi. Alternatywnie można wyciąć prawdziwe okrągłe oat cakes, używając do tego okrągłej wykrawaczki. Przenieść ciasto razem z matą na blaszkę, posypać posiekanymi płatkami, lekko dociskając je do powierzchni ciasta. Nakłuć ciasto widelcem i lekko naciąć kwadraty/prostokąty (z jednego placka, czyli 1/2 całego ciasta, powinniście uzyskać co najmniej 12 kawałków). Piec w 180 st. C. (termoobieg) ok. 15-20 lub do wyraźnego zezłocenia. Przestudzić kilka minut, podzielić według nacięć (łatwiej to zrobić, gdy ciasto jest jeszcze ciepłe). Po dokładnym wystudzeniu przechowywać w szczelnym pojemniku.

Chleb świetnie pasuje do sera, wędlin, sałatek czy zup, ale nasz gość także jadł na śniadanie, z solonym masłem i dżemem.

czwartek, 26 października 2017

Pocztówki trójmiejskie pisałam kilka miesięcy temu, od tamtego czasu zdarzyło mi się jednak spędzić kolejne pół dnia w Gdańsku i znaleźć dwa nowe typy do listy „do powtarzania”. Po pierwsze bowiem, dotarłam wreszcie do podobno modnego Wrzeszcza, na ul. Wajdeloty, o której wspominała TU Ania-Truskawka. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałam porównanie, że to „gdański Zbawix”, trochę się zaniepokoiłam, bo komercyjnej strony stołecznego pl. Zbawiciela szczerze nie lubię. Na szczęście, w moim odczuciu Wajdeloty z warszawską lokalizacją ma niewiele wspólnego, poza faktem, że weganie z głodu nie umrą. Wczesnym jesiennym popołudniem w sobotę jest cicho, spokojnie, niektóre kamienice odnowione, pozostałe nie, a liczba knajp na metr kwadratowy wcale nie jest taka wysoka. Trend wegański, o którym wspomniałam wcześniej, daje się jednak wyraźnie zauważyć, stąd nasz lunch składał się z wariacji na temat soczewicy w Avocado. Było smacznie, szybko i bezpretensjonalnie, ale następnym razem może dopytamy się o nerkowce w składzie czegokolwiek, co zje M (czyt. a jeść ich raczej nie powinien, a przynajmniej nie rękoma, których może dotknąć potem do oczu ;).

Na kawę przeszliśmy na drugą stronę drogi do Kurhausu, gdzie wystrój trochę kojarzy mi się z latami 70. a kawa spełnia moje oczekiwania (i espresso, i flat white). Można też się napić cydru czy lokalnego piwa rzemieślniczego z kija. Przynajmniej w dzień wygląda to na dobre miejsce do pracy na komputerze lub spokojnej lektury – podobnie zresztą jak Matko i córko już na Starym Mieście, do którego trafiłam późniejszym popołudniem.

Przyznaję, że lokal przyciągnął mnie po pierwsze nazwą (M kiedyś regularnie używał jej jako okrzyku), po drugie lokalizacją – ul. Św. Ducha jest jedną z moich ulubionych ulic na gdańskiej starówce (w moim odczuciu ładna, szeroka a dużo bardziej cicha od choćby równoległej Mariackiej). Kawiarnia jest w sumie taka, jak lokalizacja: bez zadęcia i spokojna. Wnętrze to szereg niewielkich salek/zaułków, w których można przycupnąć i w ciszy popracować, odpocząć po zwiedzaniu (ja), poczytać, pogadać czy pograć w dostępne na miejscu planszówki. Do jedzenia raczej tylko słodkie (z drobnymi wtrętami hipsterskimi, bo mignęły mi jakieś wypieki jaglane ;), za to napoje zajmują większość karty; przy słowie „kawiarnia” zresztą się wahałam, bo wybór herbat jednak chyba większy. Dominują jednak zielone/czarne, których nie pijam, ale na szczęście są też napary. Zdecydowałam się na malinowy, który okazał się podkręconą wersją ulubionej hot ginger lemon honey, do której wcześniej nie wpadłam, by dodać owoce, a to przecież świetny pomysł. Do powtórzenia w domu w sezonie malinowym lub z mrożonymi owocami.


Znacie? Lubicie? A może polecacie podobne miejsca?

PS. Miała być jeszcze recenzja podobno bardzo smacznych kanapek z zapyziałej budki koło stacji kolejki SKM Politechnika, do której specjalnie się pofatygowałam, ale niestety okazała się w sobotę zamknięta :(.

Zapisz

poniedziałek, 23 października 2017

Zastanawiając się niedawno nad szybkim sosem do domowego makaronu, który zawierałby i paprykę, i pomidory, trafiłam na ten przepis. Pomysł upieczenia warzyw, zmiksowania i zmieszania z pomidorami wydał mi się genialnie prosty, dlatego trzeba go rozpowszechniać ;). Papryka zasadniczo zyskuje po ściągnięciu skórki, ale jeśli się ją doda do pomidorów, smak jest na tyle stłumiony, że nie ma znaczenia, czy jest obrana, czy nie (o czym się kiedyś przekonałam, przy innym, niezmiksowanym sosie). Możecie jednak ściągnąć najbardziej przypalone kawałki skórki, bo po zmiksowaniu mogą nadać posmak goryczki.

Składniki (4 porcje):

  • 3 większe papryki, w jednym lub zbliżonym kolorze (tj. czerwone i pomarańczowe, ew. żółte i pomarańczowe)
  • 1 średnia cebula
  • 3-4 ząbki czosnku
  • ulubione zioła (np. cząber, tymianek lub oregano), suszone (łyżeczka) lub świeże (łyżka)
  • olej
  • 500ml passaty/przecieru domowego
  • sól i ostra papryka do smaku

Paprykę umyć, wydrążyć pestki, usunąć ogonki, podzielić każdą na 2-4 części. Cebulę obrać, przekroić na ½, ząbki czosnku tylko zmiażdżyć, nie obierać. Warzywa rozłożyć na blaszce, posmarować niewielką ilością oleju i rozrzucić na wierzchu zioła. Piec ok. 25-30 minut w 220 st. C, aż zmiękną a skórka papryki zacznie się przepalać. Lekko przestudzić, obrać czosnek i zmiksować całość w malakserze lub ręcznym mikserem. Wymieszać z passatą, doprawić do smaku. Podawać ze świeżo ugotowanym makaronem, najlepiej domowym, posypane niewielką ilością parmezanu i np. świeżymi ziołami.

PS. W gruncie rzeczy przepis to pochodna TEJ lub TEJ zupy - co napawa mnie tym większym smutkiem, że w tym roku dynie mi nie obrodziły, a ulubionej Amazonki na targu nie dostanę :(.

czwartek, 19 października 2017

Przy pierwszej próbie zrobienia placka z ciecierzycy zwanego socca prawie spaliłam mieszkanie, tj. włączyłam czujnik dymu. Przy drugiej podałam gościowi niedopieczone coś, co nie chciało oderwać się od naczynia. Po kilku miesiącach było podejście trzecie, które skończyło się zasadniczo jak pierwsze (czujnik wył, niespalony środek dał się zjeść, ale brzegi były czarne). Przy czwartej wersji nie miałam wielkich oczekiwań. Uznałam, że jeśli tym razem się nie uda, oddam komuś pozostałe ½ opakowania mąki, albo znajdę przepis na ciasteczka. I wiecie co? Chyba mąka usłyszała ;).

Upierałam się, bo lubię ciecierzycę, a te części placka, które dały się zjeść, przypominały falafelki, hummus, no, wyraźnie czuć wiadome strączkowe i w zapachu, i smaku, a to mi bardzo pasuje. Jeśli nie jesteście fanami ciecierzycy, raczej nie ma co próbować. Tradycyjna socca występuje (podobno, nie miałam przyjemności) na ulicach np. Marsylii jako szybka przekąska, podawana na gorąco, tylko z solą i ew. dodatkową oliwą. Aha, socca jest bezglutenowa.

Poprzednie wersje robiłam z różnych przepisów lub ich miksu, i największe wątpliwości miałam co do temperatury. Wersja, która wyszła :), bazuje na tym przepisie, z pewnymi zmianami, jeśli chodzi o nagrzewanie blaszki (no i nie potraktowałam socci jako pizzy, tylko coś w rodzaju jadalnego talerza ;). Składniki podzieliłam na ½, ale oczywiście można zrobić z całości i piec placki na raty lub w dwóch naczyniach.

Składniki (1 niewielki placek):

  • ½ szklanki mąki z ciecierzycy
  • ½ szklanki wody
  • 1 łyżka oliwy (+ dodatkowa do foremki)
  • ½ łyżeczki soli

Wszystkie składniki wymieszać i odstawić na 2h. Nagrzać piekarnik do 220 st. C, umieszczając w nim jednocześnie do nagrzania naczynie, w którym chcecie piec soccę – ja użyłam małej żeliwnej foremki (ok. 18cm), może być patelnia, itd. Na nagrzaną powierzchnię wylać oliwę (ok. łyżki lub tyle, by pokryć całe dno foremki), równo rozprowadzić, wylać na to ciasto, poruszając naczyniem by się równomiernie rozłożyło. Piec ok. 25 minut w 200 st. C, czyli po włożeniu naczynia do piekarnika skręcamy temperaturę. Gotowa socca jest rumiana, może mieć brązowe „piegi”, odchodzi sama od brzegów foremki i generalnie nie ma problemów z wyciągnięciem jej z naczynia (jeśli nie chce oderwać się od dna, pieczcie jeszcze kilka minut). Podawać natychmiast, na gorąco, z solą i oliwą, lub użyć jako bazy do bardziej ambitnej szybkiej kompozycji, np. jogurt, warzywa, feta/ser kozi i trochę octu balsamicznego - w takiej właśnie kolejności.

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 109
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna