Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Oh Canada: Okanagan i Banff

Gdy się okazało, że jedziemy do Kanady, byłam za tym, żeby trzymać się tylko Kolumbii Brytyjskiej (a nawet jej południowej części, gdy się przyjrzałam odległościom). Myślałam nawet, żeby może skoczyć do Seattle lub okolic, bo do granicy z USA z Vancouver jest bardzo blisko. M jednak oznajmił, że zawsze chciał zobaczyć Góry Skaliste, a i z różnych innych powodów ;) wycieczka do Stanów przestała mi się w tym momencie wydawać bardzo atrakcyjna. Z racji braku czasu (tylko kilka dni wolnego po wyjeździe z Vancouver) oraz biorąc pod uwagę odległości, zamiast zaliczyć dwa parki narodowe (Jasper + Banff), jak robi wiele osób, wybraliśmy Banff jako cel wycieczki, z odległym o niecałe 2h drogi Calgary jako miejscem ostatniego noclegu oraz spotkania po (12!) latach ze znajomym poznanym w Turcji.

Żeby się nie umęczyć 9h w samochodzie, podzieliliśmy naszą podróż na wschód na ½, zatrzymując się po kilku godzinach jazdy w Okanagan, które jest czymś w rodzaju kanadyjskiej Napa Valley. Celem były w związku z tym winnice ;). Wspominałam, że celowo zamawialiśmy wina stamtąd podczas kolacji w Vancouver – białe w Blue Water Cafe, rose i czerwone piłam też w Forage. Wszystkie wydawały mi się przyzwoite, może bez zachwytów „to jest TO!”, ale trzymające poziom. M jednak cały czas miał wątpliwości, czy jest sens próbować czerwonych („nie ufam im w tym zakresie, w tym klimacie?”, itd.) Tzn. mówił tak, dopóki nie wjechaliśmy do Okanagan i krajobraz się zmienił. Nie byłam oczywiście (jeszcze) w Kalifornii, ale na zdjęciach niektóre miejsca wyglądają całkiem podobnie. Dla porównania winnica we Francji, którą zwiedzałam dwa lata temu, była położona niżej, okolice zaś znacznie bardziej zielone. Do tego w Summerland świeciło słońce, obiektywnie było bardzo ciepło, ale lekki wiatr i bezpośrednia bliskość jeziora sprawiały, że nie było to zupełnie uciążliwe.

Postanowiliśmy odwiedzić dwie winnice położone najbliżej naszego motelu w Summerland, a więc po pierwsze Sumac Ridge, gdzie chciałam przede wszystkim spróbować czerwonych z linii bardziej premium, tj. Black Sage, i może kupić jakąś pamiątkę z wakacji. Testerem byłam głównie ja, bo M prowadził samochód, jednak okazało się, że nalewane porcje biorą pod uwagę dopuszczalny poziom alkoholu we krwi (wyższy w BC niż w innych prowincjach), i już w drugim miejscu, Crush Pad (skąd pochodziło różowe wino z Forage; winnica produkuje tylko wina naturalne), mogliśmy się bardziej zrelaksować. Obydwie winnice stanowią część tzw. Bottleneck Drive, a kierowcy degustujący wytrwale w ponad kilkunastu lub – chcąc objechać całość w jeden dzień – ponad 20 miejscach muszą uważać, nawet przy tak skromnie napełnianych kieliszkach. Crush Pad, podobnie jak Sumac Ridge, jest położone na wzgórzu z widokiem na jezioro, wokół rozciągają się sady owocowe (druga specjalność regionu: jabłka, brzoskwinie itd.) Tym razem próbowaliśmy głównie białych win i Pinot Gris Switchback Haywire okazało się moim ulubionym. Gdy zakupiliśmy butelkę (plus specyficzne Pinot Noir na prośbę M, nie moją, zaznaczam ;), spytaliśmy obsługę o możliwość zrobienia sobie czegoś w stylu pikniku (do czego winiarnia zachęcała na swojej www). Okazało się, że choć w lodówce leżało kilka serów do kupienia, w weekendy przygotowują talerze wędlin i serów do degustacji, i choć był poniedziałek, pani powiedziała, że może nam coś szybko przygotować. Spodziewałam się trzech plasterków wędliny z krakersami, bo uprzedzała, że pieczywo wyszło, zostaliśmy tymczasem mile zaskoczeni poniższym talerzem.

Po posiłku z widokiem z jednej strony na przyrodę a z drugiej na bardziej przemysłową część winnicy (kadzie, ciężarówki itd.), zabraliśmy nasze zakupy, odstawiliśmy samochód (oraz otwarte wino do lodówki – plusy motelu ;) i poszliśmy na spacer brzegiem jeziora. Po drodze minęliśmy plażę miejską, na której parę osób się kąpało lub wypoczywało, plażę dla psów (!), przystań i mini ścieżkę przyrodniczą z szuwarami. Ze względu na urozmaicony krajobraz (wzgórza i jeziora), plus niewątpliwą atrakcję w postaci winnic, to dobre miejsce na przystanek podczas zwiedzania Kanady. Gdybyśmy mieli więcej czasu, nie miałabym nic przeciwko, by spędzić tam chociaż jeden dzień dłużej. Warto dodać, że do kraju wróciły z nami trzy butelki wina, w tym „pipe”, czyli porto z Black Sage.

W Okanagan pożegnaliśmy lato, im bardziej bowiem na wschód, tj. im bliżej Gór Skalistych, tym bardziej pochmurno i chłodno (i godzinę później, zmiana czasu następuje jeszcze przed właściwą granicą z Albertą). Dzięki temu, że kilkakrotnie na trasie trafiliśmy na roboty drogowe, musieliśmy często jechać wolniej, i tak zobaczyliśmy wreszcie misie na żywo, a nie tylko na ulotkach ostrzegających, tj. czarną niedźwiedzicę, siedzącą na torach kolejowych (!) przy autostradzie (!) w towarzystwie dwóch niedźwiadków. Jakiś czas później przejazd został zablokowany przez trzy czy cztery owce kanadyjskie (M sądził, że to kozice), czyli witamy w parku narodowym ;).



Do Lake Louise dojechaliśmy już w deszczu, choć jeszcze dość drobnym. Uznaliśmy jednak, że skoro według prognozy lepiej nie będzie, tylko ew. gorzej (czyt. śnieg i wyraźnie chłodniej), nie ma na co czekać, założyliśmy kurtki i ruszyliśmy w stronę jeziora. Pogoda (i względnie późna pora, tj. ok. 15) pod pewnymi względami nam sprzyjała, bo nad samą wodą/przed hotelem-molochem wciąż było bardzo wiele osób, a z najpopularniejszego krótkiego szlaku (ok. 3,5km w jedną stronę) do schroniska (tzw. teahouse) przy wyżej położonym Lake Agnes schodziło ich drugie tyle… ale już niewiele szło w górę. Warto może wyjaśnić, że Lake Louise to podobno najczęściej fotografowane jezioro na świecie (!); w innych warunkach pogodowych pewnie należy się tam udać jak najwcześniej rano, by uniknąć największych tłumów.

Do schroniska doszliśmy mokrzy, ale – przynajmniej ja – zachwyceni widokami m.in. na Little i Big Beehive (szczyty, które rzeczywiście przypominają ule, stąd ich nazwy). Gdy wcześniej planowałam naszą wycieczkę do Banff, chciałam wejść na któryś z nich, liczyłam jednak na inną pogodę oraz widoczność ;). Lake Agnes Teahouse mnie mile zaskoczył: wyobrażałam sobie coś w rodzaju lunaparku, tymczasem jest to skromne, stare schronisko, w którym poza nami było tylko kilka osób, plus przemiła studencka obsługa (From Poland! Wow! That is so awesome!) i ciepła zupa pomidorowo-warzywna z… pęczakiem. Droga powrotna niestety była już wyraźnie bardziej mokra i chłodna, więc porzuciłam jakiekolwiek myśli o górach w kształcie uli a skupiłam się na mentalnym przeglądzie walizki pod kątem ciepłych i SUCHYCH ubrań ;).

Kolejny dzień spędziliśmy z parasolką w samym miasteczku Banff lub w jego okolicach, oglądając jelenie amerykańskie pasące się nad rzeką i wodospady, zwiedzając muzeum, informację turystyczną (gdzie potwierdzono info uzyskane w pensjonacie, że w 2017 – z racji „Canada 150” - wstęp do parku jest darmowy), pralnię, kawiarnię, wege restaurację, targ, gdzie dostaliśmy kupony do lokalnego browaru, i wreszcie ww. browar ;). M tam spróbował kanadyjskiego specjału pt. poutine, czyli w skrócie frytek polanych sosem pieczeniowym i posypanych (specyficznym) serem (tzw. cheese curds). Jest to wyjątkowo niefotogeniczne danie (najładniejsze zdjęcie znalazłam na tej stronie), a co do smaku – jeśli lubicie frytki, ser i łagodne sosy, to będzie wam smakować :). W moim odczuciu podpada pod kategorię „świństwo, ale smaczne”. W Banff podjęliśmy też próbę zlokalizowania ciemnego syropu klonowego, takiego, jaki przywiozłam z Vermontu (very dark, strong taste) i niestety okazało się to niemożliwe. Jak później powiedzieli nam goście pensjonatu w Calgary, gdzie spędziliśmy ostatnią noc z Kanadzie: po ten najciemniejszy musielibmy pojechać do Quebecu. No cóż, na szczęście przez internet teraz można kupić prawie wszystko… A, miasteczko Banff: podobnie jak Whistler, jest to kurort, ale bardzo mały jak na ten typ miejscowości – wszystko można obejść na piechotę, więc część komercyjna jest też ograniczona przestrzennie i częściowo ukryta w pasażach podziemnych lub między budynkami; poza chwilami, gdy trzeba było lawirować np. na przejściu dla pieszych „po skosie” (nowość dla mnie, b. praktyczne!) między licznymi grupami azjatyckich turystów i ich parasolami, nie żałowałam, że nie mieszkamy w bardziej odludnym miejscu.


Drogę do Calgary wybraliśmy okrężną. Najpierw zatrzymaliśmy się jeszcze w muzeum Cave & Basin, wybudowanego na terenie pierwszego uzdrowiska w Banff (siarkowe źródła wciąż mają się dobrze, co czuć), a gdzie chciałam przede wszystkim obejrzeć wystawę o obozach dla internowanych cudzoziemcach podczas I Wojny Światowej. Wydaje mi się, że mało się o tym temacie mówi (sama wiedziałam wcześniej tylko o obozach dla obywateli Prus w Wielkiej Brytanii), a ponieważ internowanie obejmowało poddanych Austrowęgier, łatwo się domyślić, że byli wśród nich także Polacy. Po obejrzeniu wystawy ruszyliśmy przez Canmore do Kananaskis Country. Uwaga, jeśli jak my, wybierzecie się Smith Dorrien Trail, raczej trzeba mieć samochód z napędem na cztery koła, zważywszy na górską drogę szutrową (a nie tylko dlatego, że w połowie września, jak my, możecie trafić na śnieg z deszczem ;). Samą trasę przez Spray Valley Provincial Park, wzdłuż Spray Lakes Reservoir i na koniec przejeżdżając koło Lower Kananaskis Lake, bardzo polecam: były to najpiękniejsze miejsca, jakie widziałam podczas wyjazdu. Ponieważ jechaliśmy bardzo wolno, ze względu na drogę i widoki, a innych samochodów prawie nie było, z łatwością można robić zdjęcia przez uchyloną szybę, jest też wiele dogodnych miejsc, by się zatrzymać i podziwiać przyrodę poza autem. Innymi słowy nie trzeba, jak panowie napotkani już na asfaltowej Kananaskis Trail, stanąć na środku szosy, by zrobić zdjęcie stając przed maską (z daleka byłam przekonana, że mieli wypadek).


Na temat samego Calgary mam niewiele do powiedzenia. Nasze „spotkanie pokolonijne” mieliśmy w Sky Tower, w obrotowej restauracji z widokiem na całe miasto, wcześniej chwilę chodziliśmy po tarasie widokowym, zanim zaszło słońce. Następnego ranka poszliśmy też na krótki spacer po centrum, z którego pochodzi poniższe zdjęcie, z wszechobecnym napisem „Canada 150” na tle wieżowców. Miasto niespecjalnie mi się podobało – być może miałam zbyt mało czasu, by docenić jego walory, albo był to efekt nieprzyjemnego kontrastu po Górach Skalistych, ale raczej nie będę dążyć do powtórek. Szczerze mówiąc: mając do wyboru taką przyrodę, jakiej jest aż nadmiar w Kanadzie, a miasto, nie zawaham się, wybierając to pierwsze. No i, oczywiście, wciąż do odwiedzenia pozostaje Wyspa Księcia Edwarda...

PS. Zdjęcia z wyjazdu na Instagramie można znaleźć pod tagiem #ptasiawkanadzie.

Zapisz

poniedziałek, 25 września 2017, ptasia
Print Friendly and PDF

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna