Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Matko i córko oraz Kurhaus, czyli przejazdem przez Gdańsk

Pocztówki trójmiejskie pisałam kilka miesięcy temu, od tamtego czasu zdarzyło mi się jednak spędzić kolejne pół dnia w Gdańsku i znaleźć dwa nowe typy do listy „do powtarzania”. Po pierwsze bowiem, dotarłam wreszcie do podobno modnego Wrzeszcza, na ul. Wajdeloty, o której wspominała TU Ania-Truskawka. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałam porównanie, że to „gdański Zbawix”, trochę się zaniepokoiłam, bo komercyjnej strony stołecznego pl. Zbawiciela szczerze nie lubię. Na szczęście, w moim odczuciu Wajdeloty z warszawską lokalizacją ma niewiele wspólnego, poza faktem, że weganie z głodu nie umrą. Wczesnym jesiennym popołudniem w sobotę jest cicho, spokojnie, niektóre kamienice odnowione, pozostałe nie, a liczba knajp na metr kwadratowy wcale nie jest taka wysoka. Trend wegański, o którym wspomniałam wcześniej, daje się jednak wyraźnie zauważyć, stąd nasz lunch składał się z wariacji na temat soczewicy w Avocado. Było smacznie, szybko i bezpretensjonalnie, ale następnym razem może dopytamy się o nerkowce w składzie czegokolwiek, co zje M (czyt. a jeść ich raczej nie powinien, a przynajmniej nie rękoma, których może dotknąć potem do oczu ;).

Na kawę przeszliśmy na drugą stronę drogi do Kurhausu, gdzie wystrój trochę kojarzy mi się z latami 70. a kawa spełnia moje oczekiwania (i espresso, i flat white). Można też się napić cydru czy lokalnego piwa rzemieślniczego z kija. Przynajmniej w dzień wygląda to na dobre miejsce do pracy na komputerze lub spokojnej lektury – podobnie zresztą jak Matko i córko już na Starym Mieście, do którego trafiłam późniejszym popołudniem.

Przyznaję, że lokal przyciągnął mnie po pierwsze nazwą (M kiedyś regularnie używał jej jako okrzyku), po drugie lokalizacją – ul. Św. Ducha jest jedną z moich ulubionych ulic na gdańskiej starówce (w moim odczuciu ładna, szeroka a dużo bardziej cicha od choćby równoległej Mariackiej). Kawiarnia jest w sumie taka, jak lokalizacja: bez zadęcia i spokojna. Wnętrze to szereg niewielkich salek/zaułków, w których można przycupnąć i w ciszy popracować, odpocząć po zwiedzaniu (ja), poczytać, pogadać czy pograć w dostępne na miejscu planszówki. Do jedzenia raczej tylko słodkie (z drobnymi wtrętami hipsterskimi, bo mignęły mi jakieś wypieki jaglane ;), za to napoje zajmują większość karty; przy słowie „kawiarnia” zresztą się wahałam, bo wybór herbat jednak chyba większy. Dominują jednak zielone/czarne, których nie pijam, ale na szczęście są też napary. Zdecydowałam się na malinowy, który okazał się podkręconą wersją ulubionej hot ginger lemon honey, do której wcześniej nie wpadłam, by dodać owoce, a to przecież świetny pomysł. Do powtórzenia w domu w sezonie malinowym lub z mrożonymi owocami.


Znacie? Lubicie? A może polecacie podobne miejsca?

PS. Miała być jeszcze recenzja podobno bardzo smacznych kanapek z zapyziałej budki koło stacji kolejki SKM Politechnika, do której specjalnie się pofatygowałam, ale niestety okazała się w sobotę zamknięta :(.

Zapisz

czwartek, 26 października 2017, ptasia
Print Friendly and PDF

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna