Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
Blog > Komentarze do wpisu

Weekend we Florencji

Gdy w kwietniu jechaliśmy do Toskanii, M powiedział: „Nie jedźmy do Florencji. To dobre miejsce na krótki miejski wypad”. Nie spodziewaliśmy się wówczas, że ten weekendowy wypad nastąpi mniej niż sześć miesięcy później, ale tak to jest, gdy ktoś z małym wyprzedzeniem dowiaduje się, że powinien stawić się na kongresie. W mieście byliśmy de facto 1,5 dnia, sobotę i pół niedzieli, przy czym większość czasu spędziłam chodząc po mieście (do oporu ;). Jechałam bez większych oczekiwań – poza tym, że bez większego entuzjazmu, bo akurat w tym roku podróży miejskich było dość dużo, a to jeszcze nie koniec ;). Dość szybko sobie uświadomiłam, że z Florencją jest to samo, co z innymi toskańskimi miastami, czyt. czegoś mi w nich brakuje.

Nie mówię, że nic mi się we Florencji nie podobało: widoki na miasto z Ogrodów Boboli na pewno są warte zobaczenia, podobnie katedra. Wypadłam (niemal dosłownie) na nią z zaskoczenia z bocznej ulicy, i okazało się, że zdjęcia zupełnie nie oddają tego, jak ten budynek wygląda na żywo. Obiektywnie przypomina ogromny tort z marcepanu lub masy cukrowej, przeznaczony na kilkuletniej wielbicielki różu, ale - być może ze względu na gabaryty - robi ogromne wrażenie (przynajmniej z zewnątrz, bo porażająca kolejka na cały plac mnie skutecznie zniechęciła do zaglądania wewnątrz). M, który z racji pracy zwiedził mniej, niż ja, zapytany, co mu się podobało, odparł: „Dworzec”. Faktycznie, ten modernistyczny budynek też mi się przypadł do gustu.

Dworzec we Florencji

No i… jedzenie! Zawsze jeszcze jest jedzenie ;). Także miejsca, w których można je nabyć, nie tylko spożyć, albo poszłam na targ San Lorenzo, obecnie połączony z Mercato Centrale (którego filia jest w Rzymie, o czym wspominałam). Właściwie, by być precyzyjnym (bardziej niż Mapy Google, które mylnie podają te same godziny otwarcia dla całego budynku): parter starej hali targowej to klasyczny targ w stylu awiniońskich Les Halles (i większy od targu przy Circo Massimo), czynny od rana do bliżej nieznanej mi godziny popołudniowej i w niedzielę zamknięty, a piętro to Mercato Centrale, czyli nowy twór typu food hall (i przynajmniej część lokali ta sama, co w Rzymie). W sobotę na targu właściwym robiłam zdjęcia, oglądałam stragany i kupowałam pamiątki spożywcze z wyjazdu, typu panforte (na zdjęciach), utwierdzając się tym samym w przekonaniu, że lubię ten wypiek (i będę go próbowała samodzielnie zrobić, jak się uda, oczywiście się tu pojawi). Wśród klientów San Lorenzo jest trochę turystów (i część produktów + angielskie napisy są wyraźnie do nich adresowane), ale są także stoiska „zwykłe”, z pieczywem, mięsem czy rybami, a także zaułek „etniczny”, z np. straganami warzywnymi prowadzonymi przez Indusów, z egzotycznymi owocami czy małymi bakłażanami, które ostatnio widziałam w Azji czy stoiskiem z mięsem halal (wywnioskowane na podstawie klienteli oraz obsługi). Można zaspokoić mały głód słodkimi wypiekami lub focaccią, wypić kawę lub aperitif, ale to tyle jeśli chodzi o gastronomię, bo w tym specjalizują się piętro wyżej.

I na to piętro wyżej trafiliśmy już razem z M, najpierw w sobotę wieczorem na aperitif (gdy odkryłam, że tzw. Hugo to prosecco, woda i likier z kwiatów czarnego bzu, czyli coś, co lubię, w przeciwieństwie do Aperolu ;) i później w niedzielę przed wyjazdem z miasta, w poszukiwaniu lampredotto. Podroby jak wiadomo, są we Włoszech lubiane, a kanapka z gotowanym krowim żołądkiem to wizytówka Florencji. Niestety, nabyć ją w którymś z najpopularniejszych miejsc polecanych np. przez Giulię Scarpaleggię typu All’antico Vinaio – czyn godny Herkulesa. Nie wiem, czy to kwestia niedzieli, czy odbywającej się tego dnia imprezy (biegi = wszędzie tłumy w fioletowych koszulkach), ale kolejki do barów kanapkowych przypominały te jak za papierem toaletowym za dawnych polskich czasów. Ostatecznie poszliśmy ponownie do Mercato Centrale, bo a) blisko dworca, skąd godzinę później odjeżdżaliśmy, b) poprzedniego wieczoru był ruch, ale nie tragiczny; okazało się jednak, że to miejsce w niedzielę jest także bardziej popularne (czyt. jedna osoba musi trzymać z trudem zdobyte miejsca, a druga stoi w – niespodzianka! – kolejce*). Plusem kolejki jest to, że można dokładnie, bo wielokrotnie ;), obejrzeć proces kompilowania kanapek (zdjęcia). Zdobyłam dla nas jedną bułkę z klasycznym lampredotto z salsą verde oraz porcję trippa fiorentina. Wrażenia? Nie wiem, czy to dlatego, że nie było to „to najlepsze miejsce na lampredotto”, ale nie zachwyciłam się: znam lepsze podroby, choćby ozór czy ogon. Flaki zaś przypominały mi te a la romana, poza faktem, że były b. łagodnie doprawione.

Na pozytywną nutę, inne posiłki, np. sobotni lunch czy kolacja były bardziej udane. Lunch miał miejsce w restauracji San Bevitore; właściwie szukaliśmy siostrzanej winiarni (okazało się, że była ze dwa drzwi dalej), ale skoro już weszliśmy do tego pierwszego lokalu i było miejsce, to tam zostaliśmy. Jedzenie było przyzwoite, może bez objawień, ale smaczne, za to pinot grigio na kieliszki, wybrane na chybił trafił z karty win – chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek piłam.

Wieczorem zaś było kulinarne clou: kolacja w Vini e vecchi sapori, o którym też początkowo przeczytałam u Giulii, i specjalnie zadzwoniłam ok. 1,5 tygodnia wcześniej, by zarezerwować stolik. Restauracja słynie z ręcznie pisanych menu, stale udekorowanych dość bezpośrednim tekstem: „No pizza, no bistecca, no ice, no take away, no cappuccino” („żadnej pizzy, steków, lodu, dań na wynos oraz cappuccino”). Uwaga: bez rezerwacji nie ma co liczyć na posiłek, przynajmniej nie w sobotę. Siedzieliśmy w samych drzwiach i kelner co chwila odsyłał różnych potencjalnych klientów (z których część źle znosiła odmowę, ale lokal jest malutki, wypchany stolikami do oporu i raczej widać na pierwszy rzut oka, jaki jest ruch – gdyby ktoś przegapił kartkę „mamy komplet” na drzwiach). Przyznaję, że liczyłam na coś w stylu Ai tre scalini, i choć atmosfera jest jednak inna (mała, rodzinna restauracja a nie wesoła, trzy razy większa winiarnia), kuchnia jest do pewnego stopnia podobna. Może rzymskie dania są ciut bardziej fotogeniczne, ale zasady rządzące kuchnią są podobne: minimalna liczba składników, maksimum smaku. Wszystko, co jedliśmy, przypadło mi do gustu: fasola z nutą rybną (faglioli con bottarga; bottarga to suszona ikra) czy sardele (nie mające nic wspólnego z takimi ze słoika) z masłem, pappa al pomodoro czy słynny makaron z kaczką. Właśnie sobie uświadomiłam, że wszystko to było wyjątkowo bogate w umami ;). Jednak ta ostatnia pozycja (w każdej recenzji wspominana jako flagowe danie restauracji) mnie odrobinę rozczarowała; tzn. jest to oczywiście smaczne, bo i makaron świeży, i aromatyczny sos z długo pieczonego mięsa, i jeśli ktoś nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadł, to rzeczywiście danie będzie objawieniem (a jeśli mięsożerni czytelnicy do tej grupy należą – na co jeszcze czekacie?!), ale… Jak to ujął M: „Zupełnie jak my robimy w domu” ;), i miał rację, a o takim wykorzystaniu pieczystego pisałam już dość dawno temu (i, swoją drogą, jest to jedna rzeczy z listy „co zawdzięczam Nigelli”)

Kończąc temat Vini e vecchi sapori: Ai tre scalini ma taką przewagę, że – jako głównie winiarnia – ma bogatą listę win na kieliszki oraz piw z beczki, przy czym trudno źle trafić (albo przynajmniej mnie się to jeszcze nie zdarzyło, a próbowałam różnych pozycji z karty). Tymczasem we Florencji oferta była wąska i dominował patriotyzm lokalny, tj. Chianti – za którym nie przepadam – w kilku wydaniach, a poza tym prosecco. W tej sytuacji wybrałam to ostatnie, zwłaszcza, że już zaczęłam od niego wieczór (w postaci ww. Hugo). To może minimalny minus (choć czy kiedyś narzekałam na prosecco ;)?), bo mając możliwość powrotu do restauracji, wróciłabym bez wahania.



Nie wspomniałam ani słowem o florenckich śniadaniach; powodem jest to, że w ramach noclegu w pensjonacie serwowano nam te posiłki w pobliskiej kawiarni, i były one w typowym stylu włoskim, typu cornetto/bardzo słodka bułka/SUPER słodka bułka plus kawa, co już wspominałam, że uważam za spożywcze nieporozumienie (poza kawą ;). Ale! Gdy zaczęło mnie ssać w żołądku jakieś 2h po tym „obfitym” śniadaniu nr 1, w przygodnej kawiarni znaleźliśmy godne uzupełnienie (czemu nie mógłby to być zamiennik?): bruschetta mocno pomidorowa, jeszcze z prawdziwych pomidorów. Ach!

* M, już na koniec wyjazdu, mrocznym głosem: „Florencja będzie kojarzyć mi się z kolejkami”. Gdybyście się zastanawiali: tak, zaliczyliśmy tą do galerii Uffizi. Jak się ma wcześniej kupione (przez internet) bilety, stoi się tylko w dwóch ogonkach łącznie ok. 30 minut – obiektywnie nie bardzo wiele, ale więcej, niż można by się spodziewać już posiadając bilet…

środa, 17 października 2018, ptasia
Print Friendly and PDF

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Joanna, *.range86-183.btcentralplus.com
2018/10/18 00:47:52
Przykro, ze tak bez fajerwerkow...

Serdecznosci,
Joanna

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna