środa, 16 maja 2012
Weekend upłynął pod znakiem szparagów (oczywiście zielonych). Goście się wykruszyli i powstała tzw. nadprodukcja. Trzeba było ją jakoś zagospodarować... Tak więc były szparagi i na obiad, i na śniadanie. Na obiad - w postaci prostej zupy, na podstawie przepisu znalezionego u Bei. Robiłam z podwójnej porcji i na takie proporcje podaję przepis, nieco przeze mnie zmieniony.
Na śniadanie zrobiłam inny wariant jaj w kokilce, które prezentowałam jakiś czas temu. Wersja szparagowa chyba smakowała mi bardziej niż paprykowa :) Składniki:
Całość publikuję w ramach:
niedziela, 13 maja 2012
Czy pamiętacie moje (i Vianne z Czekolady) talarki (mendiants)? Ponad pół roku temu postarałam się o dobrą ciemną kuwerturę, która leżała i czekała, aż wreszcie się nią zajmę. Chodziły mi po głowie czekoladki z dodatkiem imbiru kandyzowanego. Ponieważ jednak stopiłam 250g kuwertury i zapełniłam małymi talarkami (łyżeczka masy na czekoladkę, by były małe i cienkie; każdego talarka posypałam posiekanym imbirem kandyzowanym) całą blaszkę wyłożoną matą silikonową, a papieru do pieczenia jakoś nikt nie kupił, musiałam podjąć szybką decyzję, co zrobić z resztą kuwertury. Przypomniałam sobie o silikonowej foremce, której używałam do tej pory do lodu, ale wydawało mi się, że można jej użyć także do czekoladek. Okazało się, że jak najbardziej można z niej tak korzystać, ba - mam zamiar robić to częściej ;).
M powiedział, że mimo wszystko woli talarki, bo cieńsze, chrupkie, z większą proporcjonalnie ilością imbiru. Przyznaję, że świetnie pasują do filiżanki kawy. Ja jednak zapałałam miłością do czekoladowych serc. Teraz mam kolejne pomysły: chilli w płatkach lub nitkach; kokos; kandyzowana pomarańcza...
wtorek, 08 maja 2012
Siedzę i liczę: szparagi jadłam dwa razy, szpinak raz, kapustę dwa razy, szczaw raz... Myślę: "Za mało, wciąż jeszcze za mało". Zaczęła się zielona (no, dobrze, zielono-różowa - rabarbar, botwina...) pora roku i jak na razie, nie zdążyłam się nią nasycić. Jesienią zasadziłam - kępkami i pod drzewami, jak kazano - czosnek niedźwiedzi i już od paru tygodni z zainteresowaniem patrzyłam, jak kiełkuje. Gdyby ktoś się pytał, "skąd to wziąć" - dobiegły mnie słuchy, że już nie jest to towar tak egzotyczny, jak kiedyś (ja o nim chyba pierwszy raz usłyszałam oglądając film Monachium). Gdybyście jednak chcieli zrywać gdzie popadnie, doczytałam się, że roślina jest objęta w Polsce częściową ochroną gatunkową - więc warto się wcześniej upewnić, czy nie łamiecie prawa. Dodawałam już pojedyncze liście czosnku do sałatek czy dań warzywnych, traktując je jak przerośnięty szczypiorek, wczoraj jednak wykorzystałam garść do utarcia pesto. Postępowałam analogicznie do tego z liści rzodkiewki (bazującego na bazyliowej klasyce). Lubię ucierać w moździerzu, dorzucając i dolewając nieliściaste składniki według potrzeb.
Co dalej z pesto, chyba nie muszę Wam tłumaczyć (choć przypomnę tylko o pewnych jajkach na twardo...). Dwie łyżeczki przydały mi się do doprawienia także zupy szczawiowej. Do tej pory jadłam zupę szczawiową nie w formie kremu, z pływającymi mniejszymi lub większymi liśćmi szczawiu. M przyniósł jednak z targu kilogramowy wór i oznajmił, że będzie inaczej. Wyszło ekspresowo (akurat i tak gotował się bulion, więc był gorący pod ręką) i zaskakująco smacznie.
Skoro o sosie bearneńskim mowa, w weekend przerobiliśmy dwa pęczki zielonych szparagów. Jeden pęczek - właśnie pieczony i z bearnaise - robił za obiadowy dodatek do powyższej zupy. Drugi poczekał na niedzielne śniadanie - został także upieczony, ale tym razem podałam go z dodatkiem parmezanu i jajka w koszulce. Prawdziwie świąteczny początek dnia - polecam i zastanawiam się, jakie zielone (lub różowe) będzie teraz na tapecie, i w jakiej postaci...
niedziela, 06 maja 2012
Kończy się majówka. Wolne dni sprzyjają bardziej odświętnym śniadaniom, a ciepła pogoda - posiłkom na świeżym powietrzu. Placuszki vel pankejki śniadaniowe już pokazywałam (czy to z boczkiem, czy to cytrusowe...) - te pochodzą z przepisu autorki bloga Zmysły w kuchni i są wariacją na temat racuchów z jabłkami. Clou to solone masło piernikowe - nalegam, abyście go nie pomijali, jeśli zechcecie skorzystać z przepisu, i naprawdę warto użyć masła solonego lub posolić zwykłe - powstały smak to coś wyjątkowego. Oto przepis Karoliny, z moimi niewielkimi zmianami:
Cóż... Placków wyszło 8 sztuk, podzieliliśmy się nimi z M sprawiedliwie, ale powiem szczerze, że gdyby było więcej, jeszcze bym zjadła ;). Masła piernikowego trochę zostało i odkryłam, że świetnie komponuje się na chlebie z... delikatną wędliną drobiową ;). Polecam!
czwartek, 03 maja 2012
Kiedy parę lat temu recenzowaliśmy z M Amber Room, Wojciech Modest Amaro nie miał swojej restauracji i choć może był już nazywany "wschodzącą gwiazdą", nie dostał oficjalnie tego wyróżnienia w przewodniku Michelina ;). Zachwyceni kolacją w Amber Room, po odejściu Amaro z tej restauracji wybraliśmy się jeszcze 2 lata temu na degustację/warsztaty do 4senses (o ówczesnym menu - choć wydaje mi się, że wprowadzono potem jakieś zmiany - można przeczytać na stronie lokalu). Doświadczenie było z różnych powodów bardzo ciekawe, ale co do niektórych serwowanych dań (np. kriosernika) miałam mieszane uczucia. Podczas warsztatów w 2010 rozmawialiśmy o planowanym otwarciu restauracji w Warszawie; Atelier Amaro działa od paru miesięcy i wreszcie (w minioną sobotę) miałam okazję się tam wybrać. Atelier mieści się w budynku widocznym na zdjęciu u góry, na skraju Łazienek i Agrykoli. W tym samym miejscu znajdował się w latach 90-tych Blues Bar, w którym czasem bywałam jako nastolatka. Przemiana nieco spelunkowego miejsca (gęste opary dymu i piwa jako stały element wyposażenia) w restaurację serwującą wyrafinowaną kuchnię wywołała u mnie uśmiech, ale można ją postrzegać w kategoriach symbolu przemian (Warszawa 1992 a 2012). Wnętrze (niezbyt duże) urządzone jest w sposób nowoczesny, raczej minimalistyczny, estetyczny, ale nie wyróżniający się na tle innych restauracji o podobnej klasie (np. odnowiona Dyspensa na ul. Mokotowskiej jest urządzona w podobnym stylu). Wieczór był bardzo ciepły i okna werandowe były otwarte na taras z paroma stolikami, my jednak siedzieliśmy wewnątrz. Kierownik sali zaprowadził nas do stolika, wręczył menu i zaproponował kieliszek szampana na początek (skorzystaliśmy). Wybór menu jest prosty - można zdecydować się na opcję 3, 5-cio lub 8-daniową; składowe każdego zestawu są ustalone z góry. Każda potrawa jest określona w menu przez tylko trzy składniki (typu grasica, topinambur, grzyby). Wybraliśmy zestaw 5-daniowy. Liczyliśmy na możliwość dobrania do tego odpowiednich win, spotkała nas jednak niemiła niespodzianka - otóż Atelier przygotowało wybór wódek i nalewek do degustacji, a w przypadku win sommelier doradził nam jedynie, że "Sancerre będzie pasować do większości dań, ewentualnie może być kieliszek Pinot Noir do dania głównego". Zdecydowaliśmy się na Sancerre, ale przyznam, że byłam nieco rozczarowana (i do tematu napojów i alkoholi wrócę). Przed właściwym menu dostaliśmy do skosztowania trzy amuse bouche. Pierwsze z nich była bardzo obiecujące - dwa mini-lizaki z chałwy koziej, wetknięte w połówkę grejpfruta, zamaskowaną płatkami kwiatów. I aranżacja, i smak (zbliżony do tureckiego kaymaku czy angielskiego clotted cream) na 5. Po zjedzeniu zaczęliśmy się co prawda zastanawiać, z czego właściwie robi się chałwę, i jeśli z sezamu, co to właściwie znaczy chałwa kozia - kelner poproszony o wyjaśnienie powiedział, że to prostu ser kozi, przypominający z wyglądu chałwę. Druga zakąska - mus z selera naciowego z kawałkiem rabarbaru, obtoczonym w pieprzu i cukrze. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam to danie, bo identycznie doprawiony rabarbar, pokrojony w zapałki, jadłam w 4senses. Danie odświeżające, poprawne w smaku (ocena 4/5). Trzecie amuse bouche było dość niezwykłe w smaku i ciekawie podane (vide zdjęcie poniżej - jedyne, jakie próbowałam zrobić w trakcie posiłku) - za talerz służył kawałek kory. Zakąską była marynowana truskawka owinięta słoniną obtoczoną w popiele ze słomy - niestety owa niezwykłość smaku poszła w kierunku dań "dziwnych" (jak wątróbka w Tamce 43); dominował smak kwaśny, zakończony długo utrzymującym się posmakiem słoniny, za którą osobiście nie przepadam (ocena 3/5).
Mniej więcej w tym momencie podano na stół masło i chleb. Z ciekawością spróbowałam pieczywa w kolorze czarnym, które smakowało łudząco jak chleb wieloziarnisty Komarki z czarnym barwnikiem - jak objaśnił nam kelner, nie była nim mątwa, ale ponownie spalona słoma. Menu właściwe, danie pierwsze: szparagi z serem Bursztyn i granitą sosnowo-szparagową. Smaczne, odświeżające, podobnie jak amuse bouche nr 2, ale nie niezwykłe (ocena 4/5). Danie drugie: grasica i topinambur (w co najmniej 2 postaciach) plus "jadalna ziemia" z grzybów. Poza lizakami z sera koziego, było to moje ulubione danie (ocena 5/5). Nie za dużo składników, ciekawe, uzupełniające się smaki. Danie trzecie: makrela (plus dwa mini-kałamarnice) z sosem z rabarbaru, jogurtem z boczkiem i zielonym sosem ogórkowym. O ile w poprzednim daniu między składnikami panowała harmonia, tu była dysharmonia. Treściwa makrela, kwaśny rabarbar, jogurt o posmaku wędzonki i bardzo mocno ogórkowy, dominujący sos nie składały się w całość i zostawiały po sobie wrażenie chaosu na talerzu. Ocena moja - 3/5, M - 3+/4-/5. Danie czwarte: królik z marchewką w 2 postaciach i "risottem" ze słonecznika i pinii oraz jajem przepiórczym. Jak ujął to M, to danie, gdzie z "nienormalnych składników zrobiono coś zaskakująco swojskiego" - z kęsem potrawy w ustach i zamkniętymi oczyma moglibyśmy czuć się jak na domowym niedzielnym obiedzie. Jajo przepiórcze wydawało się jednak zupełnie zbędne. Ocena 4/5. Danie piąte: deser - lody sosnowe, galaretka różana, krio truskawki, truskawki marynowane, "jadalna ziemia" w postaci ciasteczek anyżowych. Podobnie jak uprzednio, w mojej opinii za dużo się działo na talerzu i smaki nie były spójne (galaretka różana i kwaśne truskawki dominowały). Deser był także objętościowo stosunkowo duży. Ocena M: 4, moja: 3+. Po posiłku poprosiliśmy o kieliszek alkoholu na trawienie. Sommelier oznajmił nam z dumą, że "promują alkohole polskie", M zaproponował nalewkę "Polska róża", mnie zaś (po tym, jak odrzuciłam "czekoladę lub trufle" jako smaki) podał kieliszek sosnówki; podczas nalewania tej ostatniej pokazał mi słój z macerującymi się pędami sosny, stojący przy barze, i który służy jako składnik m.in. lodów z deseru. Nalewki były smaczne, ale, jak to alkohole tego typu, mocne, i upewniłam się w przekonaniu, że nie widzę ich jako dodatku do dań w menu degustacyjnym. Sądzę jednak, że - utrzymując się w duchu "teraz Polska" - można by przygotować menu złożone z rodzimych alkoholów niskoprocentowych, które by współgrało z przygotowanymi potrawami. Mamy wiele ciekawych piw, produkuje się także polskie cydry czy nawet wina i uważam, że dałoby się przygotować kilka pozycji z wysokoprocentowym akcentem jedynie na koniec. Podsumowując, na plus: cieszę, że Wojciech Amaro doczekał się swojej restauracji w Warszawie; sądzę, że warto zapoznać się z jego kuchnią, jeśli ktoś wcześniej nie miał okazji. Ceny samych menu wydają mi się - jak na profil lokalu i jego aspiracje - stosunkowo przystępne (menu 3-daniowe: 145 zł, 5-daniowe - 220 zł, 8-daniowe - 280 zł; do rachunku nalicza się 10% za obsługę, co jest jasno opisane w karcie); oczywiście alkohole i inne napoje płatne są dodatkowo. Obsługa była poprawna, choć nie wyjątkowa; podobało mi się to, że wszyscy kelnerzy, którzy nas obsługiwali, bez wahania odpowiadali na zadawane pytania dotyczące np. składników dań, także tych mniej oczywistych. Na plus/minus: w połowie naszego posiłku w restauracji pojawił się p. Amaro z gośćmi, co dopiero po chwili uświadomiło mi, że to znaczy, że tego dnia nie ma go w kuchni. Średnia z ocen potraw wychodzi nam 4/5, co można postrzegać i jako niezły, i niepokojący wynik. Podobnie oceniałam kolację w 4senses (i porównując tamto menu z sobotnim, widzę wiele podobieństw np. w kompozycji dań), w Amber Room dałabym piątkę z plusem. Głównym zarzutem byłoby "przekombinowanie", kojarzące mi się - może dla niektórych będzie to bluźnierstwo - z pewnym nieznającym umiaru Brytyjczykiem imieniem Jamie. Na minus: wspomniana wyżej kwestia win/alkoholi oraz TOALETA. Jedna na cały lokal, co powoduje, że koło baru tworzy się kolejka (!) - uważam to za niedopuszczalne w miejscu aspirującym do gwiazdek. Drugą sprawą jest to, że toaleta tak obciążona, jak to określiła moja teściowa, "nie nadąża z regeneracją". Na koniec powtórzyłabym, że jeśli ktoś może, a wcześniej z Amaro nie miał do czynienia - niech pójdzie i sam się przekona. Jeśli ktoś już tą przyjemność miał, a jest wielkim fanem, z pewnością już do Atelier trafił. Jeśli zaś ktoś ma co do stylu mistrza wątpliwości, wizyta może ich nie rozwiać. Ja cieszę się, że do Atelier trafiłam, bo było to swoiste "do trzech razy sztuka", ale raczej prędko nie wrócę.
wtorek, 01 maja 2012
Ostatni weekend spędziłam w Warszawie i odwiedziłam miejsce, o którym Wam szczegółowo opowiem, relacja będzie jednak długa i wymaga namysłu przed napisaniem ;). Tymczasem zapraszam na bułki żytnie (albo i chleb), na pszennym zakwasie, z ostatniej WP; w sam raz na majówkowy piknik. Cytując Szkutnika... Średnio ciężki, aromat lżejszy niż klasyki gatunku żytnich chlebów, jednak złożony i interesujący. Wart zachodu. Nadaje się też na smakowite bułki. Ortodoksi mogą zrezygnować z drożdży wydłużając czas ostatecznego wyrastania do 2-2.5 godziny. Jednak przy tej zawartości żyta nie jest to wskazane (moim zdaniem). Żytnią sitkową możemy zastąpić mieszanką 1:1 żytniej 2000 i 720. 2000 drobnomielone będzie lepsze niż grubomielone. Ja piekłam z podwójnej porcji - z 1/2 zrobiłam bułki, widoczne u góry, z 1/2 upiekłam chleb. Polecam!
A na taką ciepłą pogodę, jaką od paru dni mamy w Polsce, polecam kompot rabarbarowy... .. lub ayran:
środa, 25 kwietnia 2012
Będzie krótko, a treściwie, albowiem jest już dostępna botwinka! Nie wiem, jak Wy, ale ja z przyjemnością zaczęłam "kolekcjonować" nowalijki - w kuchni pojawiła się już młoda kapusta, szpinak i właśnie botwina. Tytułowa przypominajka nie oznacza, że jadłam i pokazywałam tu już to danie, ale przepisy na oba elementy składowe można znaleźć na blogu. Mianowicie zrobiłam botwinę-jarzynkę (z 4 pęczków mikro-botwiny; sos starałam się możliwie odparować i dość mocno doprawić - solą, pieprzem, nie żałowałam też czosnku; hyzopu, o którym wspominam w przepisie, nie dodałam, za to wmieszałam na koniec dwa porwane liście czosnku niedźwiedziego - można by też dodać trochę szczypiorku), którą następnie wymieszałam z ugotowanym domowym pappardelle (ok. 200-220g, ale sosu było tyle, że starczyłoby i dla 300g). Makaron przygotowałam z mieszanki (1:1) mąki włoskiej 00 i kaszki z pszenic zwyczajnych, o której wspominała kiedyś Gospodarna Narzeczona - polecam taki skład. Zrobiłam go z 400g mąki i kaszy i 4 jaj; do botwiny zjedliśmy połowę, resztę po podsuszeniu przechowałam dwa dni w lodówce, aż zjedliśmy do innego sosu. Przy okazji odkryłam, że Anna del Conte ma rację i makaron najlepiej wałkować na przedostatnim ustawieniu maszynki (u mnie to 8-ka). Gotowe danie (makaron się pięknie zabarwił podczas mieszania) posypałam świeżym majerankiem. Polecam :)
niedziela, 22 kwietnia 2012
Wieki nie piekłam z Weekendową Piekarnią (czyli Gospodarnym Szczęściem)... Można powiedzieć zatem, że ten wpis to powrót córki (Ptasi) marnotrawnej ;). Ostatnim Gospodarzem Piekarni jest nie lada piekarz, bo Szkutnik z Dzielnej. Skoro napisał "chleb wybrałem, bo przywrócił on moją wiarę w pełnoprzemiałowe pieczywo pszenne", uznałam, że muszę spróbować, bo z pszennym razowym ostatnio mi jakoś nie po drodze. Zasadniczo wydaje mi się za suche. Ten chleb - w moim odczuciu, bo M marudził i tak - taki nie jest. Do tego ma apetyczną, chrupką, nie za twardą skórkę i pięknie pachnie miodem. Całkiem długo pozostaje świeży. Polecam.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Lubicie ciasteczka? Takie do pogryzania, do herbaty lub kawy? Ja bardzo lubię i puszka z napisem "Sweets" pełna domowych wypieków sprawia mi nie lada satysfakcję. Niedawno dostałam wielkanocny numer (tj. 27) Jamie Magazine i artykuł o tradycyjnych ciasteczkach sprawił, że miałam ochotę pobiec do kuchni i upiec je wszystkie. Ograniczyłam się jednak do dwóch przepisów i oba bardzo polecam. M skłaniał się ku imbirkom, ja nie potrafiłabym chyba wybrać jednych. Garibaldki mają także tą zaletę, że bazują na białkach, a takie przepisy zawsze lubię ;).
środa, 18 kwietnia 2012
Ostatnio namnożyło się na blogach jaj à la Benedict* (widziałam je choćby u Bee czy Maggie). Jadłam jajka w koszulce i sos holenderski osobno, nigdy razem. Okolice Świąt Wielkanocnych, stojących pod znakiem JAJ, wydawały się dobrą okazją, by spróbować, zwłaszcza, że miałam na to ochotę od czasu, gdy obejrzałam Somewhere Sophii Coppoli z uroczą sceną z gotującą Elle Fanning. Oryginalnie potrzeba tzw. English muffins, niewiele mających wspólnego z muffinami amerykańskimi czy też przerośniętymi babeczkami, więcej z miękkimi pszennymi bułkami. Ja użyłam opieczonych proziaków, jako alternatywy dla scones, ale wyszły trochę za twarde; myślę, że zwykłe białe pieczywo byłoby lepsze. Gotowanie imho najlepiej zacząć od sosu - którego nie ma co się bać, jest łatwiejszy w przygotowaniu niż bearneński. Gdyby zaczął się warzyć, należy miskę szybko wsadzić do zimnej wody (np. nalanej do zlewu) by masę schłodzić i poubijać tak chwilę. Całość to świetna propozycja na coś bardziej odświętnego i konkretnego z rana. * Błędnie nazywanych czasem "jajami po benedyktyńsku" ;). Jest kilka teorii, skąd pochodzi nazwa dania, ale wszystkie wiążą się z nazwiskiem Benedict.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
![]() ![]() ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||