Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
czwartek, 16 października 2014



World Bread Day 2014 (submit your loaf on October 16, 2014)Kolejny Światowy Dzień Chleba. Nie odpuściłam w przeprowadzce, nie darowałam sobie z młodym zakwasem, więc trudno, by przeszkodził mi kolejny etap remontu ;).

Z chlebem piwnym jestem trochę na bakier. Lubię piwo, ale w pieczywie nie lubię goryczki. Jako osoba uparta postanowiłam jednak spróbować jeszcze raz, z porterem (normalnie dla mnie za słodkim), i z dodatkiem melasy. Podstawą był ten przepis, przy zamianie piwa na ciemne i z dodatkiem płatków owsianych także w środku. Pastę-polewę piwną – co do której nie jestem przekonana, plus wymusza wyrastanie złączeniem do góry, co najłatwiej uskutecznić na papierze, by potem na nim piec, a utrudnia to skorzystanie z kamienia - potraktowałabym jako opcję, zmieniłam także jej ilość i proporcje.

Składniki:
  • 180g mąki pszennej chlebowej
  • 30g płatków owsianych (nie błyskawicznych)
  • 290g mąki żytniej jasnej
  • 270ml porteru w temperaturze pokojowej
  • 50g melasy
  • 10g (1,5 łyżeczki) soli
  • 10g świeżych drożdży
Opcjonalna pasta piwna:
  • ok. 100ml porteru
  • 50g mąki żytniej jw.
  • szczypta cukru
  • garść płatków owsianych jw.
Zmieszać mąki z płatkami i solą, dodać piwo i melasę, wkruszyć drożdże, wymieszać składniki. Wyrobić ręcznie lub mikserem gładkie ciasto. Uformować kulę, odstawić do wyrastania w ciepłym miejscu na ok. 2h (złożyć ciasto po godzinie).Po tym czasie uformować okrągły lub owalny bochenek. W opcji bez polewy umieścić złożeniem do dołu w wyłożonym omączoną i wysypaną płatkami owsianymi ściereczką koszyku, przykryć folią, odstawić do wyrastania. W opcji z polewą bochenek umieścić na papierze do pieczenia złożeniem do dołu. Składniki pasty roztrzepać na gładko (gdyby była zbyt gęsta, dodać więcej piwa), posmarować równą, cienką warstwą bochenek i posypać płatkami. Jeszcze inną opcją jest wyrastanie na papierze a smarowanie tuż przed umieszczeniem w piekarniku, trzeba to jednak wówczas zrobić delikatnie, żeby nie zgnieść napuszonego chleba. Nakryć folią i odstawić do wyrastania. W obu przypadkach potrwa to ok. 75-90 minut.Gdy chleb wyrasta, nagrzać piekarnik z kamieniem (lub chociaż blaszką) do 220 st. C. Wyrośnięty bochenek przenieść na kamień/blaszkę (odwracając złączeniem do dołu w opcji bez pasty). Piec z parą 25 minut w 220 st., potem skręcić temperaturę do 200 st. i dopiekać jeszcze ok. 15 minut, albo aż dźwięk postukanego od spodu bochenka będzie brzmieć głucho.

Z przyjemnością stwierdzam, że metoda ciemne piwo + sporo melasy zadziałała ;). Chleb pachnie bardzo mocno słodem i melasą (co osobiście bardzo mi odpowiada), a niepożądanej goryczki brak. O dziwo, smakuje także M, który za takim pieczywem nie zawsze przepada. Bardzo dobrze pasuje do twardego sera i kanapek.

ENGLISH PLEASE:

Another year, another World Bread Day – a celebration I never miss, even when moving, experimenting with new sourdough culture or dealing with another stage of house renovation...

This year, it's bread beer. A bread I usually have issues with, because while I like the drink, I'm not keen on the bitter taste in my sandwiches. Being stubborn, I don't like to give up and so decided to try with porter beer (which I find too sweet to drink) and a black treacle-based formula. The recipe is based on this one, but apart from changing the beer, I've added some oats to the dough. I've also changed the ingredients of the beer batter slightly and treated it as optional, since it makes using a baking stone more difficult (eg. involves proving seam-side down and the use of baking parchment).

Note: Baltic porter is a dark, malty, sweet-tasting beer (much sweeter IMHO than stout, which I love). If you can't get hold of porter, try using another sweet-tasting dark beer.

Ingredients:
  • 180g strong white/bread flour
  • 30g jumbo oats
  • 290g light rye flour
  • 270ml Baltic porter beer, or other slightly sweet dark beer, in room temperature
  • 50g black treacle
  • 10g (1.5 tsp) salt
  • 10g cake yeast
Optional beer batter:
  • approx. 100ml porter beer, as before
  • 50g rye flour, as before
  • pinch of sugar
  • handful of jumbo oats
Mix the flour, oats and salt. Add beer & treacle, crumble in yeast. Mix well, then knead by hand or mixer dough hook until you have a smooth, pliable dough. Leave to prove in oiled bowl for 2 hours (fold after 1 hour). Shape the bread into a round or oval loaf). If you're not going to use the beer batter, place it seam-side upwards in a proving basket (lined with a sprinkling of flour and oats), cover with clingfilm and leave to rise. In the beer batter scenario, place the loaf on baking parchment seam-side down. Mix the batter ingredients to a smooth paste (use more beer if it's too thick), apply an even layer to the bread and sprinkle with oats. You may also add the beer batter after the bread has risen, but you need to do it gently then, so as not to squash the bread. Cover with clingfilm and leave to rise. In both cases the bread will need around 75-90 minutes proving time. Meanwhile pre-heat the oven (with a baking stone or at least baking sheet inside) to 220 degrees C. Place risen loaf (reversing the side, if rising in the floured basket without the beer batter) on the pre-heated baking stone/sheet. Bake with steam for 25 minutes, reduce temperature to 200 degrees (removing at the same time baking parchment, if using) and bake for a further 15 minutes, or until the loaf sounds hollow when tapped on the bottom.

I am happy to inform that the dark beer & treacle combo has worked as expected. The loaf smells strongly of malt and molasses (a good thing in my books), but there's no unpleasant bitterness. It won thumbs up from my DH, who normally prefers different bread. It goes very well with hard cheese (eg. cheddar) and works as a sandwich loaf.

czwartek, 09 października 2014

Gdy zaproponowałam Gospodarnej Narzeczonej i Monice ze Stoliczku, nakryj się! oraz Kuchni naszej polskiej wspólne tworzenie strudla z dodatkiem węgierek, pewien podejrzliwy Szkutnik dopytywał się, czy to "nasz eksperyment". Tymczasem już przy okazji strudla z wiśniami wspomniałam o kawiarni, w której są strudle z prawie każdego rodzaju owoców. Także ze śliwek, i je jadłam ;).

Eksperymentalny ten Zwetschkenstrudel był za to o tyle, że dla niektórych był to pierwszy własnoręcznie rozwałkowany, rozciągnięty i upieczony strudel w życiu ;), a poza tym nie byłyśmy pewne, jak śliwki do końca się zachowają, tzn. ile puszczą soku. Sugerowałabym kupienie węgierek późnych, dość suchych, raczej drobnych. Można je zasypać cukrem do puszczenia soku i potem odcedzić - ja tego jednak nie zrobiłam, i choć nadzienie minimalnie wyciekło, nie była to duża strata materiału. Za to w smaku powiem Wam, że choć Apfelstrudel pozostaje nr. 1, śliwkowy smakuje mi chyba bardziej od tego z wiśniami. Jest aromatyczny, lekko dymny, korzenny... i jaki zresztą może być w październiku?

Składniki: Ciasto - jak w przepisie na strudel jabłkowy

Nadzienie: 1 kg śliwek węgierek (waga przed wydrylowaniem); 100g cukru (z czego polecam przynajmniej 50g brązowego drobnego); 1/4 łyżeczki cynamonu, 1/2 łyżeczki mielonego imbiru; 70g bułki tartej, ok. 80g masła do polania ciasta

Śliwki wydrylować, jeśli nie są bardzo drobne, podzielić na ćwiartki, wymieszać z cukrem i korzeniami. Po rozwałkowaniu i rozciągnięciu ciasta oraz przycięciu brzegów wg instrukcji rozrzucić bułkę tartą równomiernie na 2/3 ciasta, a na bułce owoce. Dalej postępować jak w wariancie z jabłkami.

Do tego wariantu jednak nie pasują mi żadne fantazyjne dodatki poza lekką warstwą cukru pudru. Jedliśmy ciasto i na ciepło, i na zimno, i obie wersje mi smakują. Kolejny w planach: strudel serowy :).

Z resztek ciasta pozostałych po odkrojeniu brzegów można zrobić bardzo udane krakersy: rozwałkować jak najcieniej, pokroić na kwadraty, posmarować resztką masła pozostałą ze strudla (ew. oliwą) z obu stron, posypać solą i np. kuminem oraz/lub pieprzem syczuańskim. Piec np. razem ze strudlem, na innym poziomie piekarnika, ok. 15 minut lub do zrumienienia.

wtorek, 07 października 2014

Wydawało mi się, że skończyłam z tematem amerykańskiej wycieczki na blogu, tymczasem jednak zapomniałam wspomnieć o jednym aspekcie Nowego Jorku (który dotyczy może wszystkich dużych miast, zwłaszcza zachodnich) - życie nocne. Nie jestem wielką fanką drinków (wino - o, to inna sprawa ;), ale uznaliśmy, że wypadałoby choć raz się na jakieś wybrać. Poszliśmy więc do polecanego (dziękuję Kamillo :) The Campbell Apartment, znajdującego się na tyłach dworca Grand Central. Jeśli macie ochotę na wypicie kieliszka lub dwóch w bardzo stylowym wnętrzu, plus do tego jesteście fanami lat 20-tych, to miejsce dla Was. Uwaga, ceny nie są niskie, a szorty czy japonki lepiej zostawić w domu: nie jestem w 100% pewna, czy obowiązuje dress code, ale jest po prostu dość elegancko, oraz... ciemno, stąd zdjęć nie mam żadnych, choć na sam bar nie mogłam się dość napatrzeć. Jedyny minus to oblanie bublotestu (o którym kiedyś wspominałam).

Bryant Park

Podczas ostatnich dni w Nowym Jorku powtórzyliśmy rozrywkę, tym razem celując w bary "z widokiem", tj. na dachu. Top of the Strand okazał się bardzo głośny i niespecjalnie z klimatem, ale podobało mi się w Bookmarks na dachu Library Hotel. Także Bryant Park to dobre miejsce, by popatrzeć na światła wielkiego miasta, popijając na tarasie kawiarni np. koktajl na bąbelkach, czy to na szampanie, czy prosecco. Choć te, które wybrałam w The Strand i Bookmarks były smaczne, nie dorównywały Flapper's Delight z The Campbell Apartment: tamten koktajl miałam ochotę przelać do flakonika i używać zamiast perfum.

Składniki były proste: szampan, amaretto, sok z papai i skórka pomarańczowa. Proporcje, oczywiście, nieznane. Swoją wersję zrobiłam z prosecco i (z konieczności) innym sokiem i choć nie wyszło całkiem tak samo, pewne podobieństwo jest. Koktajl nazwałam krócej i swojsko, ale zachowując klimat: "Chłopczyca" :).

Składniki (2 kieliszki): 200ml soku z papai, ew. jabłkowego z papają, ew. jabłkowego; 200ml prosecco; 15ml (łyżka) amaretto; ok. 3 kawałków (wstążek) skórki pomarańczowej (z ekologicznej lub sparzonej pomarańczy)

Sok przelać do szklanki lub dzbanka, dodać kawałek skórki pomarańczowej, schłodzić kilka h w lodówce. W kieliszku do szampana umieścić 1/2 łyżki (7,5ml) amaretto, wlać 100ml prosecco, dopełnić sokiem, dodać kawałek skórki pomarańczowej. Pić od razu, najlepiej z muzyką tematyczną (bez Bublé) w tle ;).

PS. Koktajl pasuje na odświętne okazje, typu uroczystość, czy okres sylwestrowo-karnawałowy i okołoświąteczny.

czwartek, 02 października 2014

- Mamo, jak robiłaś sałatkę nicejską, zawsze dodawałaś fasolkę?

- Oczywiście!

- Świeżą?

- No, różnie...

- Ale naprawdę zawsze była?

- Tak! Rybki, ziemniaki i szparagowa to podstawa!

Ten dialog przeprowadziłam z Mamą po tym, jak po sałatce zostało tylko wspomnienie. I to bezfasolkowe...

Wieki nie robiłam nicejskiej. Bo wtedy, gdy ją regularniej przyrządzałam, wychodził mi kopiec, M narzekał, że za bardzo sycące i w efekcie pół kopca zostawało, a akurat to danie, moim zdaniem, niekoniecznie zyskuje przy dłuższym przechowywaniu. Kilka lat później miałam ochotę znów zrobić, ale w jakiejś wersji minimum, by jednak całość została zjedzona. Z dawnych czasów pamiętałam ziemniaki w plastrach, pomidory, jajo na twardo i obowiązkowe „rybki”. Przepis Mamy był ukształtowany PRL-em, więc były to szprotki czy sardynki z puszki, żaden tuńczyk. Przejrzałam też kilka wersji w książkach kulinarnych, np. u Julii Child (skądinąd w Mastering the art... są całe 3 – trzy – przepisy na sałatki, a sosy ciągną się po horyzont ;), i choć pewne cechy wspólne by się znalazły, były to wszystko różne sałatki.

Moja wersja jest, mimo wszystko, bardziej luks w stosunku do tej rodzinnej, ale przy tym zawiera jednak mniej składników. Nie dodawałam także sosu vinaigrette. Uniknęłam przez to kopca, a jest i smacznie, i wystarczająco konkretnie. Podobnie jak Mama, układam składniki warstwowo. Główne etapy sfotografowałam.

Składniki (2 hojne porcje):

  • ok. 5 średnich ziemniaków,
  • 2 duże pomidory,
  • ½ niedużej cebuli,
  • puszka tuńczyka w oliwie (nie osączać!),
  • 1 jajo, ugotowane na twardo,
  • ok. 6-8 filecików anchois,
  • ok. 6-8 dużych, jak najlepszych oliwek (idealnie czarnych, ale dobre zielone też się nadadzą),
  • sól, pieprz,
  • oliwa, sok z cytryny,
  • opcjonalnie: łyżka ulubionych, posiekanych ziół

Ziemniaki umyć, wystudzić, pokroić w plastry, rozłożyć równomiernie na talerzu, oprószyć solą i pieprzem. Pomidory pokroić w plasterki, ułożyć na ziemniakach, na to rozłożyć cebulę w talarkach (można też na odwrót – najpierw cebula, potem pomidory – jak widać na zdjęciach), ponownie posolić/popieprzyć. Kolejna warstwa to tuńczyk wraz z olejem z puszki, jajo, pokrojone w cienkie plastry (i też lekko oprószone solą i pieprzem), anchois, oliwki i zioła. Całość skropić cytryną i – minimalnie – oliwą. Odstawić na kilka minut przed podaniem, ale raczej nie więcej niż 10-15. Przyda się kawałek dobrego pieczywa do wyczyszczenia talerza ;).

A Wasza nicejska zawiera fasolkę szparagową ;)?

niedziela, 28 września 2014

Czasami patrząc na kopiec mokrego prania, żałuję, że nie mam zdolności Harry'ego Pottera i magicznej różdżki, żeby ubrania same się rozwiesiły. Podobne uczucia miewałam patrząc na ostatnią skrzynkę pomidorów: nie mogłaby się sama przerobić na przecier, np. przez noc?

Choć najlepszy moment na pomidory do przetworów, już minął chyba tydzień temu (wtedy, kiedy o nim pisałam ;), wciąż można kupić smaczne, dojrzałe i niedrogie, więc jeśli ktoś się zgapił z przecierem, ketchupem lub pikantnym dżemem, jeszcze zdąży. Bo też wrześniowe czy ogólnie wczesnojesienne stragany, o czym mówię do znudzenia, są moim zdaniem lepsze od tych sierpniowych: te pomidory, najlepsze śliwki węgierki, papryka w śmiesznych cenach, ostatnie cukinie, pierwsze dynie, jabłka... Można dostać oczopląsu w kolejce, zastanawiając się, czy wybrać do jesiennej szarlotki renetę szarą czy złotą, a może antonówki? A jeśli macie nadmiar jabłek do szybkiego spożycia, można je przerobić na mus z piekarnika (o cydrze nic nie mówiąc).

W temacie piekarnika i rzeczy, które się same w nim robią: gdy już będziecie mieli te pomidory, odłóżcie z pół kilo na nocne pieczone pomidory Nigelli. Nie wiem, czemu dopiero teraz je odkryłam, bo są pyszne. Przepis pochodzi z Nigella Express (Moonblush tomatoes).

Składniki: 0,5kg dojrzałych pomidorów, z grubsza posiekanych (małe/koktajlowe w całości), 1/4 łyżeczki cukru, 1,5 łyżeczki soli (użyłam ziołowej), oliwa, tymianek świeży lub suszony

Nagrzać piekarnik do 220 st. C (termoobieg). Pomidory umieścić w żaroodpornym naczyniu, w jednej warstwie. Oprószyć solą, cukrem, tymiankiem, lekko polać oliwą. Umieścić w piekarniku, od razu go wyłączyć i zapomnieć o zawartości przez noc/kilkanaście h. Jeść jako dodatek do sałatek, solo lub na pieczywie.

Wracając do zawartości straganów i śliwek węgierek: wiadomo, że dojrzałe, może nawet lekko przemrożone, są najlepsze na długo smażone (i jak dla mnie, jedyne) powidła. Drożdżowe ze śliwkami, analogiczne do z np. malinami, to też oczywista klasyka (i najlepsze z kruszonką). Świetne są także owoce duszone, np. na śniadanie.

Śliwki jednak można także wsadzić w knedle, przy czym ja jednak wciąż od ziemniaczanych wolę te twarogowe. Zdaniem M, węgierkowe lepsze od morelowych.

Przepis jak poprzednio, a fotograficznie szło to tak:

Po uformowaniu ciasta...

Lepienie...

Po ulepieniu...

 

 Konsumpcja:

I z tego ostatniego musi być replay przed końcem sezonu...

niedziela, 21 września 2014

Jechaliśmy wiosną do Warszawy i, w ramach zabawiania kierowcy, przeglądałam na komórce stronę Via Michelin pod kątem restauracji gwiazdkowych w Nowym Jorku. M zasugerował, że może wreszcie spróbowalibyśmy pułapu najwyższego, bo trzygwiazdkowego. Odrzuciliśmy restauracje azjatyckie, uznając, że w końcu jedziemy do USA, nie do np. Japonii czy Korei, a następnie wyeliminowaliśmy sieciówki. Nie takie w rozumieniu McDonald's, ale takie restauracje, które są tylko jednym z elementów portfolio danego restauratora. Został nam Chef's Table przy Brooklyn Fare.

Opis typu „tylko kilkanaście miejsc siedzących, siedzisz i patrzysz, jak szef/właściciel gotuje” bardzo nam się spodobał. Wyglądało na to, że od wpływów azjatyckich się nie ucieknie, bo szef kuchni ma słabość do kuchni japońskiej, serwuje głównie ryby/owoce morza, także surowe. Zmartwił mnie aspekt rezerwacji – dzwonić (i tylko dzwonić) w określone dni, z 2-miesięcznym wyprzedzeniem, a szansa, że się uda, jest niewielka. Uznałam jednak, że skoro udało mi się z Chateaubriand, to chociaż spróbuję. Poza tym przeczytałam gdzieś komentarz klientki „dodzwoniłam się za 50 razem” i tyle razy postanowiłam, że też zadzwonię. Nie było to koniecznie – dodzwoniłam się „już” za 22. Z tym małym „ale”, że na pierwszy z obstawianych terminów już nie było miejsc. Kolejne należały do innego terminu telefoniczno-rezerwacyjnego, za tydzień. Mój rozmówca, czyli Carlos - tak swoją drogą, to pierwsze zetknięcie się z amerykańskim zwyczajem (nad)używania imion własnych – spytał jednak, skąd dzwonię i się zamyślił nad odpowiedzią: „Z Polski. W Europie”. Koniec końców, w drodze wyjątków, wstępnie zrobił nam rezerwację na kolejny tydzień, a ja byłam dumna jak paw. Sama rezerwacja była jeszcze kilka razy potwierdzana mailowo (wymagana jest karta kredytowa), dostałam też szczegółową instrukcję obsługi ;) („nie spóźniać się, mamy dress code, proszę poinformować o ew. alergiach/szczególnej diecie, ale i tak ich raczej nie uwzględnimy” - bezglutenowi weganie raczej nie mają czego tam szukać). Tak czy inaczej, w piątek 12 września, odstawieni prawie jak na wesele i bardzo podekscytowani, dotarliśmy na Brooklyn. Na wstępie wyłączyliśmy komórki, zgodnie z fragmentem instrukcji mailowej („zakaz robienia notatek, zdjęć i używania telefonów wewnątrz restauracji” - dlatego też jest to recenzja niemal bezzdjęciowa, jeśli pominąć widoczek z okolicy). Myślałam, że kilka h później wyjdziemy z wypiekami na policzkach i przez całą drogę w metrze będę zajmować się aplikacją Notatki, zapisując jak najwięcej wrażeń. Tymczasem...

Zjedliśmy ok. 17 dań (ale przyznaję, że przestałam liczyć chyba przy nr 7). Pierwszych 4-5 to było sashimi, czyt. na jeden kęs. Kolejnych ok. 4 – na ok. 2-3 kęsy. Dania główne (szt. 3) były nieco większe, tzn. wielkości małych przystawek w standardowej restauracji. Deserów było także ok. 4. Napoje: woda, wino (w 2 zestawach degustacyjnych lub na kieliszki/butelki), kawa do deseru. Co zapamiętałam: brioszkę z niemal surowym tuńczykiem; mus z jesiotra z kawiorem (który dymił – jeden z dwóch elementów teatralnych); bulion dashi, z foie gras i czymś a la krem na dnie (danie z cyklu „dziwne, coraz dziwniej”, czyt. nie chciałabym powtarzać); mus z shiso, czyt. pierwszy deser. Pamiętam, że były poza tym gdzieś przegrzebki, kaczka i wołowina; kurki; grzyby; czarny bez; czekolada (drugi element teatralny – kula po stopieniu odsłaniająca lody). I to by było na tyle, jeśli chodzi o kulinarne wspomnienia. Olśnieniem był chyba tylko mus z jesiotra, a to, w moim odczuciu, trochę mało – i jak na kilkanaście dań, i na ***, i sławę. Wszystko było, zaznaczę, smaczne – i może tylko bulionu wolałabym nie powtarzać ;) - ale bez efektu 'wow'. Zestaw czterech win degustacyjnych można sobie właściwie darować – pomijając to, że 50% to były rieslingi, i może nieinwazyjne (cyt. M), ale niespecjalnie coś wnosiły (zestaw 6-ciu win, poza ww. czterema, zawiera kieliszek szampana i wino deserowe).

Jeśli chodzi o inne wrażenia z restauracji: nie liczcie na tzw. wystrój, bo go nie ma ;). Chyba, że typowa kuchnia restauracyjna, ze stalowymi blatami, wiszącymi (miedzianymi!) garnkami itd., was kręci wizualnie. Z zewnątrz trudno trafić, bo drzwi są niespecjalnie oznaczone, a szyby zaciemnione – ogólnie mijając lokal ma się wrażenie, że to wejście na zaplecze, może dla dostawców. Pomysł z siedzeniem wokół wyspy przed właściwą, otwartą kuchnią, wydaje mi się fajny, choć nie każdy kucharz pewnie ma ochotę gotować przed publicznością, i to taką, która śledzi każdy ruch (i do tego tematu jeszcze wrócę). Goście są zapraszani na dwie tury – o 18:00 i 18:45, potem o 21:00 i odpowiednio 21:45. Oznacza to, że wszystkie dania dla danej grupy wydawane są o tej samej porze i powinny być jednocześnie zjadane. Sala mieści 18 osób, i wszystkie miejsca były zajęte, przy czym nasza „grupa” składała się na 8 osób. Jedna para z tury wcześniejszej się mocno spóźniła – zostali przyjęci, ale włączeni do posiłku od momentu, w którym się pojawili, czyli ok. 5 dania. W chwilę później okazało się, że państwo nie przeczytali maila z instrukcją, bo nie poinformowali restauracji wcześniej, że jedno z nich nie jada wołowiny. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że pan po prostu straci kolejne danie, ale jednak byliśmy w USA: zaimprowizowano dla niego coś innego. Rozglądając się po lokalu, zauważyłam, że inne szczegóły maila gdzieś umknęły – dla mężczyzn zalecono „strój oficjalny biznesowy”, ale choć marynarki na ramionach były, nie nazwałabym ich szczególnie oficjalnymi, na krawaty zaś panował nieurodzaj. Niemniej jeden mężczyzna (spóźnialski niejedzący wołowiny), który przyszedł bez marynarki, otrzymał ją od obsługi, i został grzecznie poproszony o założenie.

Na sali, poza gośćmi, znajdowało się sześć osób: czterech pracowników w kuchni, w tym szef Cesar Ramirez, kelnerka między wyspą dla gości a kuchnią, oraz krążący z tyłu sommelier (mówiący z bardzo silnym francuskim akcentem). Kelnerka była sympatyczna, choć, jak cała obsługa Chef's Table, na dystans, zwłaszcza wg standardów amerykańskich. Sumiennie, choć krótko (czas w końcu gonił), odpowiadała na pytania (np. moje o wszystkie jadalne kwiaty przy sashimi). Okrążała także salę, pytając, czy wszyscy wyrażają zgodę na zjedzenie foie gras. Pracownicy kuchni, poza Ramirezem, nie udzielali się wśród klientów. Szef kuchni jednak uważał za swój obowiązek czasem podać komuś danie (w milczeniu) lub przejść się po sali i pouprawiać small talk. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że się do tego zmusza, wiedząc, że goście tego oczekują, ale i sam nie ma na to ochoty, i nie bardzo umie to robić. M był zadziwiony, że osoba, która nie nawiązuje łatwo kontaktów, i nie można nazwać jej „ciepłą i otwartą”, wybrała taki model restauracji. Podobno jednak teatr nie istnieje bez publiczności... albo przyjęta formuła nie była jego własnym pomysłem. Na plus dla całego nastroju: choć może surowo i chłodno, nie jest, w moim odczuciu, pretensjonalnie, i jeśli coś/ktoś psuło nastrój, to nie obsługa, a niektórzy goście.

Choć po przeczytaniu powyższej epistoły możecie mieć wrażenie, że żałuję całej eskapady – tak nie jest, bo było to nowe doświadczenie, i gdybym z niego świadomie zrezygnowała, żałowałabym potem. A jednak nieśpieszno mi do testowania kolejnych trzygwiazdkowych restauracji, i nie chodzi tylko o finanse, czy brak takich miejsc w naszym kraju ;). Zastanawiam się po prostu, czy nie jest tak, że na pewnym poziomie różnice w jakości są minimalne, a w każdym razie, nie takie, by uzasadniały szum, zabiegi wokół uzyskania rezerwacji, i, oczywiście, płacone sumy.

Dla porównania: 2 dni wcześniej, w kilka godzin po powrocie do Nowego Jorku z Vermontu, niemal przypadkiem trafiliśmy do The Spotted Pig. „Niemal przypadkiem” oznacza, że poprzedniego dnia przypomniałam sobie, że czytałam wzmiankę o tej restauracji na blogu Manger. Obejrzałam stronę i menu, całość wyglądała jak brytyjski pub serwujący lepsze jedzenie, „a, taki gastropub, no to idźmy”. Po drodze do NY sprawdziłam w przewodniku lokalizację na mapie i zobaczyłam info o jednej gwiazdce Michelin. „Ups” było reakcją M.

- I jesteś pewna, że nie przyjmują rezerwacji?

- Tak, jestem pewna, sprawdzałam na stronie. Spróbujmy po prostu wyjść wcześniej, najwyżej pójdziemy gdzieś indziej...

Byliśmy ok. 18:15 i stolik dostaliśmy z miejsca, ale „pub” szybko się zapełniał (ok. 21, przepychaliśmy się najpierw do wyjścia i potem przez kolejkę, stojącą przed drzwiami). Zamówiliśmy łącznie cztery „talerze” - mniejsze dania, ale w zupełności wystarczą za pełen posiłek, może zostawiając miejsce na deser (nam zostało ;). Hitem były gnudi z ricotty (podobno ich danie flagowe), rillettes wieprzowe (sympatyczny dwumetrowy kelner zgiął się w pół, by spytać, czy wiem, co zrobić z daniem ;) i deser M – placek limonkowy. Słabym punktem były sery (jak niestety często bywa) i, zdaniem M, sałatka ze świńskim uchem (choć moim zdaniem to po prostu kontrowersyjne danie). Piliśmy i domowego bittera (jak się okazało, robionego dla restauracji... na Brooklynie), i rose, też podobno brooklyńskie. Jedzenie było bezpretensjonalne, obsługa - mimo pełnego obłożenia – sprawna i sympatyczna, a cała atmosfera... jak w pubie, tyle, że większość gości siedziała, a nie stała przy barze. Przyznaję, że nigdy nie byłam w tak wyluzowanej restauracji gwiazdkowej, i całkiem mi się to podobało. Dodatkowym plusem (dla siedzącego przodem do kuchni M, niestety ja jej nie widziałam) była April Bloomfield, szefowa restauracji, uwijająca się w fartuchu. Zachęceni informacją na rachunku, że A girl and her pig Bloomfield jest do kupienia na miejscu, wyszliśmy z książką z autografem pod pachą – w końcu muszę teraz zrobić te gnudi ;).

Gdybym miała wybierać jeszcze raz, poszłabym ponownie do The Spotted Pig, albo pokrewnej restauracji. To nie znaczy, że było idealnie, bo pewne rzeczy, także w jedzeniu, bym zmieniła, ale... Arek na FB zasugerował, że to przesyt tzw. „fine dining”. Ja jednak zastanawiam się, czy rozwiązaniem nie byłoby coś pośredniego. Czyżby M miał rację, mówiąc, żeideałem jest restauracja dwugwiazdkowa, aspirująca do trzech gwiazdek?A może nie tędy droga...? Używając angielskiego powiedzenia, oto „food (sic) for thought”.

Wiem, że jestem Wam winna jeszcze jeden epizod nowojorski. Tymczasem jednak, jeśli ktoś nie zrobił pomidorów na zimę, to jest ten właśnie moment: tańsze i słodsze chyba już nie będą! U nas kolejna skrzynka limy przerobiona na przecier, a z 500g zrobiony eksperyment, z którego jestem całkiem dumna, i dlatego się chwalę. Otóż kilkakrotnie dostałam w prezencie „dżemy do sera”, w tym taki z chilli. Pomysł takiego dodatku mi odpowiada (choć wiadomo, w przypadku niektórych serów czy wędlin to świętokradztwo), ale te sklepowe są zawsze dla mnie za słodkie. Uznałam, że trzeba zrobić własny. Od Noblevy wzięłam pomysł dodania sosu rybnego, a reszta to efekt własnych przemyśleń ;). Wyszło słodko-pikantnie i aromatycznie, więc przepis podaję, bo jak pisałam, jak przerabiać pomidory – to teraz!

Składniki:

  • 500-520g pomidorów
  • 2 małe papryczki chilli (tajskie, typu bird's eye, z pestkami; większych a mniej ostrych sugerowałabym ok. 3-4)
  • 1/3 dużej słodkiej papryki (czerwonej lub pomarańczowej)
  • 7 małych śliwek węgierek
  • 2 x 4cm kawałek imbiru (ok. 20g)
  • ½ średniej czerwonej cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • 50ml octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki (30ml) sosu rybnego
  • 200g cukru, w tym 70-100g brązowego drobnego
  • ½ łyżki dobrego, ciemnego kakao

Pomidory sparzyć, obrać ze skórek, wyciąć gniazda nasienne, rozdrobnić (np. zgnieść ręką). Cebulę, czosnek i imbir obrać i posiekać, z papryką i chilli to samo, ale bez obierania ;), śliwki wydrylować i podzielić na połówki. Wszystkie warzywa umieścić z pozostałymi składnikami w dużym garnku, zagotować, zamieszać i gotować na średnim ogniu ok. 40-60 minut, mieszając co jakiś czas, aż całość będzie ciemna, lśniąca, gęsta i zacznie przywierać do dna. Po przełożenia do słoika/słoików krótko spasteryzować lub wystudzić i przechowywać w lodówce.

środa, 17 września 2014

Pierwszym miejscem (poza Nowym Jorkiem), do którego wiedzieliśmy, że pojedziemy w Stanach, było Maine. Dlatego pierwszym pytaniem, jakie usłyszałam podczas rozmowy wizowej było krótkie a treściwe: „Why Maine?”. Wcześniej wydawało mi się, że nie wybraliśmy aż tak oryginalnych miejsc na podróż... To było zanim ileś osób spytało mnie, czemu nie Zachodnie Wybrzeże (które znajduje się gdzieś na końcu mojej amerykańskiej wishlisty). A czemu w ogóle Nowa Anglia? Jeśli się dorastało zaczytując Hotelem New Hampshire, odpowiedź jest jasna (i tylko jeszcze dodam, że kolejne na liście jest amerykańskie Południe. Tak, też przez literaturę). Do Maine dorzuciliśmy Martha's Vineyard, żeby było coś a/w połowie drogi między Nowym Jorkiem a północą, b/bo chciałam nad morze, w ramach urozmaiceń, a potem dodaliśmy jeszcze Vermont. Z perspektywy czasu uważam, że to dobry zestaw: każdy stan i miejsce jest inne. Nr jeden chyba został Vermont – tam mogłabym ew. zamieszkać.

W kilka h po opuszczeniu Nowego Jorku, nieco zmęczeni i zestresowani jazdą samochodem w nowych warunkach, dotarliśmy do promu na Martę, bo tak zaczęliśmy nazywać wyspę Martha's Vineyard. Z promem mieliśmy trochę szczęścia (bo akurat zbierał się do odpłynięcia, a nie mieliśmy rezerwacji, bo po co ;), ale relaksować zaczęliśmy się dopiero jakiś czas później, wśród pastelowych drewnianych domków i wydm. Ba, niektórzy nawet weszli od razu do Atlantyku (woda była ciepła!). Mieszkaliśmy w Oak Bluffs, które jest uroczą miejscowością: domy pomalowane są na różowo, niebiesko lub fioletowo, na obowiązkowych gankach kołyszą się fotele bujane, a wieczorem grasują skunksy ;). Cukierkowo-kreskówkową atmosferę podkręcają rozliczne miejsca serwujące słodycze: lodziarnie (jedną podobno upodobał sobie prezydent Obama), piekarnie (w tym taka „zamknięta po 21, ale na zapleczu w nocy sprzedaje się świeże pączki” - wiadomo, że po takiej reklamie tworzą się kolejki), retro sklepy ze słodyczami lub babeczkami. Na wyspie odkryliśmy te słynne „ogromne amerykańskie porcje”: kanapki okazywały się podwójne, a muffiny przerośnięte. Kontynuowaliśmy testowanie piw lokalnych oraz nielokalnego, ale bardzo dobrego, kalifornijskiego Pinot Noir* (konkretnie to Merry Edwards, 2013); M pierwszy raz próbował lobster roll (buły z homarem, czy też ładniej: bułki z mięsem homara), z którą ja jednak się wstrzymałam do właściwej lokalizacji, tj. Maine.

Albowiem Maine kulinarnie to homary, homary i homary. Może z dodatkiem chowderu i Whoopie Pie na deser (ale Whoopie'ego przyznaję od razu, że spróbowaliśmy dopiero w kolejnym stanie, więc o przysmaku Amiszów** za chwilę). W przypadku homara skupiłam się na lobster roll, i choć nie jest to moje ulubione danie, ma swój urok, jeśli się je patrząc na morze i wiedząc, że homar daleko nie podróżował. Chowder zaś okazało się, że robimy całkiem podobny, choć nie dajemy do niego oyster crackers (smakują jak groszek ptysiowy i wbrew pozorom, nie zawierają ostryg ;).

Mieszkaliśmy w Bar Harbor, które okazało się na tyle turystyczną miejscowością (Holiday Inn nigdy dobrze nie wróży), że nie chciałabym do niej wrócić, a lokalne restauracje jakoś nie wzbudzały naszego zachwytu, więc ostatniego dnia zdecydowaliśmy się na piknik (jeśli można tak nazwać posiłek jedzony na ganku). Odwiedziliśmy bowiem dobrze zaopatrzony sklep z winem, gdzie zainwestowaliśmy w kolejne porządne Pinot Noir z Russian River Valley... a potem odkryłam lodówkę z serami. Wzięliśmy dwa z Maine (choć w lodówce kusił Brillat Savarin): Fuzzy Udder, które za samą nazwę*** miało plusa, oraz kozi z Seal Cove Farm. Do tego rustykalna bagietka, czyt. najlepsze pieczywo, jakie jadłam podczas wyjazdu.

W Vermoncie też udało nam się zrobić piknik, po dniu wędrowania po parku stanowym i zwiedzaniu najbliższej miejscowości. O ile w Bar Harbor nasz pomysł podejścia na piechotę pod najbliższy szczyt (oddalony o kilka km Cadillac Mountain), celem jego zdobycia, wzbudziła konsternację i niepokój („samochód...? Albo chociaż autobus?”), nie sądzę, by taki pomysł wzbudził jakiekolwiek emocje w Vermoncie, który kształtuje się mniej więcej tak: las, las, las, wzgórze, dom, pastwisko, las, las, las, dom. Ci, którzy uważają, że po Mazurach nie powinno to wzbudzać naszych emocji, nie wiedzą, jaka jest różnica w zaludnieniu (czyt. Vermont ludzi jest znacznie mniej, a poza szczytem sezonu turyści budzą zainteresowanie jako wyróżniający się obcy). Nieliczni mieszkańcy są bardziej na dystans i mniej promienni, niż w innych stanach, co dla europejskiego temperamentu wydaje się bardziej naturalne ;). Vermont jest także znany z tendencji liberalnych i alternatywnych, więc osiadło tu dużo hippisów i hipsterów.

Drugi piknik składał się znów z lokalnego piwa i sera, bo Vermont to, poza lasami, właśnie pastwiska i krowy. Tradycyjnie produkuje się cheddar w różnych wydaniach. „Nasz” kupiłam w Country Store, czyli w uproszczeniu – sklepie ze wszystkim, ale głównie pamiątkami ;), w Wilmington (miejscowości jak z serialu – trochę Twin Peaks, trochę Przystanek Alaska...). Podczas zakupu piwa w bardzo pustych delikatesach w oko wpadł nam ww. whoopie. Zjadł go głównie M, bo białkowy krem marshmallow jest jedną z nielicznych rzeczy, jakich naprawdę nie lubię, choć na jeden kęs się skusiłam. I gdyby w środku było coś innego, byłoby znacznie lepiej, ale wiem, że już nie tradycyjnie... i pewnie nie tak słodko ;).


W temacie słodyczy, Vermont to także główny producent syropu klonowego. Pękate kanki sprzedaje się wszędzie, także przy drodze, w towarzystwie dyń (na które sezon powoli się zaczyna). Swoją butlę (½ galonu = 1,89 litra) kupiliśmy na targu (farmer's market) w Brattleboro. Ze sprzedawcą, a właściwie producentem, rozmawialiśmy pół godziny o systemie ochrony zdrowia w Polsce oraz, co było znacznie dla nas ciekawsze, o szczegółach produkcji syropu. Wybraliśmy oczywiście ten najciemniejszy, najbardziej aromatyczny, który kiedyś był nazywany „grade B”, ale jak nam wyjaśniono, „B sugeruje coś gorszego niż A”, więc zrezygnowano z tego nazewnictwa. Teraz wszystkie powinny być opisywane jako A, z dodatkowym opisem (np. „delikatny i złocisty”). Kanka wzbudziła zainteresowanie służb celnych, bo po otwarciu walizki okazała się owinięta taśmą „podległa kontroli”. Zawartość na szczęście nienaruszona i już zadebiutowała w owsiance...


CDN (wpis o końcówce wyjazdu, tj. restauracjach nowojorskich – jeśli jeszcze nie macie dość ;).

* I wreszcie zrozumieliśmy, o co chodziło Milesowi w Bezdrożach.

** Którzy podobno bardzo cieszyli się (Whoopie!) znajdując ciastka w paczkach z drugim śniadaniem, i stąd nazwa.

*** Mechate czy też włochate wymię.

wtorek, 09 września 2014

Parę dni temu obiecałam pierwsze impresje z USA. Tym razem jestem w drodze do Vermontu. Dzień rozpoczęłam od zejścia na parter pensjonatu, do źródła kap kap (ustawianej o 6:30 rano dla rannych ptaszków), a na późniejsze śniadanie jedliśmy m.in. stratę (zapiekankę zbliżoną do croque monsieur) oraz gofry z, uwaga, jagodami amerykańskimi (wild blueberries) – o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Są słodsze od „naszych”, ale b. smaczne, i rosną np. w górach Maine.

Opis Nowej Anglii poczeka jednak na kolejny wpis, bo zaczęłam – jak wiele osób przede mną – od Nowego Jorku, ale na swoje szczęście, w przeciwieństwie do niegdysiejszych emigrantów, nie od traumatycznych doświadczeń na Ellis Island ;). Na lotnisku wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, wg czasu polskiego – w środku nocy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wyjściu z autobusu koło dworca Grand Central, była oświetlona kopuła budynku Chryslera. Widok w połączeniu z niskimi chmurami i odbijającymi się światłami miasta sprawił, że zawołałam: „Gotham!”. I wieżowiec pozostał moim ulubionym (jak na razie) budynkiem w NYC (a nastawiałam się na zachwyt nad Mostem Brooklyńskim). Tymczasem ciągnęliśmy walizki do hotelu, ulice były ruchliwe jak w dzień, a wokół pachniało... curry.

Pierwsze (wczesne... zmiana czasu robi swoje ;) śniadanie składało się z kultowego zestawu: bajgli (ze śledziem doprawionym na słodko, co przypomniało mi o pewnej książce, i pastą z tuńczyka) i słabej mlecznej kawy. Inne możliwe warianty dodatków obejmowały siekaną wątróbkę, serek śmietankowy oraz łososia w różnych postaciach. Obsługa mówiła z akcentem, podobnie jak co druga osoba, z którą miałam do czynienia w Nowym Jorku.

W ciągu kolejnych paru gorących dni w mieście odkryłam, że kawa nie musi być lurowata, skoro mogłabym wyjść w kapciach po zupełnie przyzwoitą flat white, i to można wybierać między kawiarnią tuż obok hotelu a tą za rogiem. Oba lokale czynne od 7 rano, co w NY wydaje się normą, skoro przeciętny człowiek idący rano ulicą, czy to do pracy, czy na spacer z psem, czy wracający z biegania, niesie w ręku tekturowy kubek lub coś zbliżone objętością do wiaderka ;).

Kontynuując temat śniadania, jednym ze spożywczych „do zaliczenia” był diner jak z filmów. Taki serwujący naleśniki, placek owocowy i morze słabej kawy, dolewanej wielokrotnie przez obsługę. Marzenie zrealizowaliśmy trzeciego dnia w Nowym Jorku, umawiając się na spotkanie z koleżanką w Scotty's Diner. Były i naleśniki, i to wielkości ponadnaturalnej ;), podane z masłem, syropem klonowym, i morze dolewanej kawy kap-kap, i woda z lodem stawiana bez pytania na stole. Zrozumiałam, czemu David Lebovitz udzielał szczegółowych rad czytelnikom jak prosić/domagać się kranówki we Francji, bo taka oczywiście była ta woda, i to mocno chlorowana. Choć jestem zwolenniczką wody z kranu, miałam kłopot z przyzwyczajeniem się tego basenowego smaku - w Midtown, bo już na Chelsea Market woda była smaczniejsza, a poza Nowym Jorkiem zupełnie neutralna.

W temacie Chelsea Market: jak ktoś jest kulinarkiem czy też, stosując polanglo, „foodisiem” (fudisiem?) i wybiera się do NY, pewnie już ma to miejsce na liście do odwiedzenia. Poza faktem, że można się tam najeść i zrobić zakupy, hala jest ciekawa architektonicznie, jeśli się lubi klimaty postindustrialne (i warto połączyć wizytę z obejrzeniem chociaż kawałka pobliskiego High Line). Zakupów nie robiłam, za to wybraliśmy się na ostrygi do Cull & Pistol, a właściwie to talerz mieszanych specjałów z tzw. raw bar, na które składały się ostrygi, surowe krewetki i małże. Konkretnie to tzw. littleneck (leukoma staminea), w przypadku których przeżyłam niemiłą niespodziankę. Nie sądziłam, że są jakiekolwiek owoce morza, których bym nie lubiła – a jednak, i są to właśnie te małże :) (utwierdziłam się w pierwszym wrażeniu jeszcze raz w Maine).

W Nowym Jorku także rozpoczęłam testowanie piw z małych browarów (craft beers). O ile kiedyś piwo amerykańskie kojarzyło mi się z butelkami Millera czy Corony, pogardliwie nazywanych albo „damskim piwem” albo mniej elegancko sikami, to nowe napoje typu IPA są z drugiego końca skali. Często jestem w stanie obiektywnie ocenić, że piwo jest oryginalne, smaczne itd., ale nie w moim typie, bo przeważnie są za ciężkie i bardzo gorzkie, nawet te opisywane jako „lekkie, letnie piwa”. Zdarzyły się jednak oryginalne perełki typu Great South Bay Blood Orange (smakujący grejpfrutowo, co w praktyce jest znacznie smaczniejsze, niż może się wydawać ;) lub white ale.


Poza ostrygami udaliśmy się na „prawdziwe” (nie fastfoodowe) burgery. Przy prośbie o słabo wysmażone mięso kelner ostrzegł mnie, że krwiste oznacza naprawdę krwiste i zasugerował jednak medium. M niezrażony poprosił o rare. Pierwszy raz jedliśmy hamburgery tak mało wysmażone i – choć pewnie to mało odkrywcze – okazało się, że w przypadku dobrego mięsa to działa. Natomiast zdziwiło mnie pytanie, czy nie chcę sera, bo pomysł, że miałabym zabijać świetną wołowinę stopionym serem, wzbudził mój sprzeciw (pomijam to, że na do burgera podano na stół także rozliczne sosy, bo ich użycie jest dowolne). Potem przestałam się dziwić, gdy odkryłam, że przy każdym prawie daniu (mięsnym lub nie) proponuje się klientowi dodatek sera lub też ten ser gdzieś się przewija. Uwielbiam tą postać nabiału, ale... nie zawsze i nie wszędzie. Jak widać jednak, umiar niekoniecznie jest cnotą amerykańską ;).

Na ostatnią kolację podczas pierwszego pobytu w Nowym Jorku (bo za dwa dni tam wrócę) udaliśmy się tropem pierwszych aromatów, czyli curry. Mieszkaliśmy na skraju dzielnicy Murray Hill, zwanym Curry Hill, od skupiska restauracji indyjskich na obszarze 2-3 przecznic przy Lexington Avenue. Nam wystarczyło obejście jednej przecznicy, obejrzenie około 20 restauracji i ich menu, i wybranie jednego lokalu. Od powrotu z Indii w restauracji indyjskiej byłam tylko raz, i zapomniałam, jak lubię tą kuchnię w takim wydaniu ;). Różnica między Bombajem a Nowym Jorkiem jest taka, że nad Atlantykiem mówią poprawnie „salted lassi” (nie „salt”) i pije się wodę z kranu, a reszta (włącznie z akcentem) jest taka sama ;). To jeden z plusów mieszkania z takiej metropolii – wszelkie kuchnie świata na wyciągnięcie ręki, i w dużym wyborze.

Cd. wrażeń spod znaku Nowej Anglii nastąpi wkrótce.

sobota, 06 września 2014

Od 6 dni jestem w Stanach, a piszę to w drodze z Martha's Vineyard do stanu Maine, czyli za nami już ½ planowanych miejsc. Kulinarnie: jest 9:30 rano, za mną już dwa duże kubki regular coffee, czyli lury ;), i bajgiel z masłem orzechowym. Więcej o impresjach amerykańskich na blogu za jakiś czas („na gorąco” zapraszam nieodmiennie na FB i Instagram), a tymczasem temat pokrewny...

Na pewno macie tak, że jakieś danie za Wami chodzi i musicie je zjeść. Chlebek bananowy „chodził” za mną jakiś miesiąc, ale nie składało się z pieczeniem, także dlatego, że latem rzadko kupuję banany. W końcu jednak, mniej więcej tydzień przed wyjazdem, udało się, choć miałam mniej bananów, niż zalecał przepis. Zazwyczaj piekłam chlebek Nigelli, jednak po przeczytaniu u Liski przepisu na ten Sophie Dahl oceniłam czas przygotowania na maksymalnie 5 minut, co istotne, gdy gotujesz w dwóch kuchniach, ale żadnej do końca wyposażonej. To ciasto jest zrobiłby nawet nie pięciolatek, a trzylatek, a z akcesoriów potrzebne są tylko dwie miski i widelec. Może być i tępy.

Kilka dni później udało mi się jeszcze ustawić książki kulinarne w nowym, właściwym miejscu i wtedy sprawdziłam przepis w oryginale. Tak jak sądziłam, Sophie sugerowała mąkę orkiszową jasną jako alternatywę dla zwykłej pszennej. Uśmiechnęłam się natomiast przy wstępie, w którym autorka pisała, że robiła to ciasto podczas wyjątkowo mroźnej zimy w Nowym Jorku, „kiedy było tak zimno, że można było tylko piec”. Już wtedy podejrzewałam, że za kilka dni w Nowym Jorku będzie pogoda raczej na mrożone napoje... Ale nie wiedziałam, że główny składnik wypieku będzie wszechobecny: banany są do kupienia – jako jedyny owoc czy warzywo - w kawiarniach, na stacjach benzynowych czy są składnikiem śniadania w pensjonacie.

Oto przepis na najszybszy i najłatwiejszy chlebek bananowy, jaki do tej pory poznałam, a przy tym nie wiem, czy nie najsmaczniejszy. Dodaję swoje uwagi co do dodatków i składu mąk. Uwaga: brązowy cukier to clou, sprawia, że ciasto jest wyjątkowo aromatyczne. Użyłam najciemniejszego, z melasami, i M był przekonany, że dodałam przypraw korzennych. Natomiast okazało się, że Liska ilość cukru lekko zredukowała w stosunku do oryginału, i sądzę, że słusznie.

Składniki:

  • 2-4 banany, dojrzałe, ale niekoniecznie przejrzałe (im więcej owoców i im bardziej dojrzałe, tym mocniej czuć ich smak w cieście);
  • 170g mąki (zwykłej pszennej, jasnej orkiszowej lub mieszanki; ew. można dać ok. 30-40g pszennej razowej);
  • 75g miękkiego masła;
  • 150g brązowego cukru (najlepiej ciemnego muscovado lub – jeszcze lepiej - ciemnego z melasami);
  • 1 jajo, roztrzepane;
  • łyżeczka sody
  • szczypta mielonej wanilii i soli;
  • opcjonalne dodatki: rodzynki z magicznego słoika, dowolne orzechy lub posiekana czekolada

Obrane banany rozgnieść, połączyć z cukrem, jajem i masłem. Osobno wymieszać mąkę, sodę i przyprawy. Połączyć banany z suchymi składnikami, dodać bakalie/inne dodatki, jeśli używacie. Całość wymieszać, przełożyć do natłuszczonej i wysypanej mąką (ew. wyłożonej pergaminem) małej i krótkiej keksówki. Piec ok. 1h w 180 st. C. Wystudzić w foremce przed krojeniem i jedzeniem. Chlebek długo zachowuje świeżość.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Follow Me on Pinterest World Bread Day 2014 (submit your loaf on October 16, 2014)
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna