Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
wtorek, 21 czerwca 2016

Lata 80-te, warszawska Wola, „prawie Centrum”. Zawsze chłodna i ciemna – zwłaszcza w słoneczny dzień - klatka schodowa wybudowanej w latach 50-tych kamienicy, w której mieszkała Babcia D. Szeroki drewniany parapet w kuchni, na którym czasem wolno było mi siadać, z oknem na ciemne podwórko, a pod parapetem szafka zwana „zimną kuchnią”, w której mieszkały słoiki z przetworami (wiśnie, brązowe i nieciekawe truskawki i borówki do mięsa). Na parapecie jadłam chrupki chleb Cioci, brązowy z dużymi dziurkami, który bardzo mi smakował. Łapki miksera po ubijaniu śmietanki (wydane zapewne też przez Ciocię, bez wiedzy Mamy) oblizywałam przy blacie kuchennym, już po zejściu z parapetu. Barszcz w najróżniejszych wydaniach pojawiał się jednak już albo przy stole kuchennym, albo podany na obiad przy biurku w pokoju brata ciotecznego.

A barszcz był i czysty, i zabielany, i z jajem, i z osolonymi, sypkimi ziemniakami podanymi z boku, i w zupie, i – clou! - z farfoclami, tj. poszatkowanymi jarzynami z wywaru oraz fasolką. Lubiłam każdy wariant, może z drobną przewagą wersji z jajem/zabielanej, no i farfocle były zawsze atrakcyjne, m.in. ze względu na to, że pojawiały się stosunkowo rzadko (pewnie ze względu na większą pracochłonność). W moich wspomnieniach babcina zupa = z buraków (bo choć musiały być inne, to ich nie pamiętam, tak samo jak z surówek pamiętam tylko słodko-kwaśną mizerię). Tak czy inaczej, w sumie nietrudno zrozumieć, czemu tak lubię buraki w najróżniejszej postaci (duszona botwinka w końcu też była Mamy daniem rodzinnym, o buraczkach na ciepło czy w surówce nie wspominając).

I dlatego nad zupą botwinkową z fasolką zrobiło mi się sentymentalnie, zwłaszcza jak jeszcze posypałam ugotowane i wysuszone ziemniaki koperkiem, lekko doprawiłam masłem i postawiłam obok talerzy z zupą. O tym zwyczaju jedzenia ziemniaków obok zupy pamiętam, jak Babcia mi opowiadała, nakładając jedną czy dwie sztuki na spodek, bo to musiała być dla mnie nowość. A zapach młodego koperku na wiosnę zawsze mi przypomina przechodzenie z Babcią przez nieistniejący targ vis a vis Hali Mirowskiej. W tym roku pierwszy raz wysiałam koperek w ogrodzie, licząc na to, że się sam wysieje i potem będzie się w cudowny sposób odradzał (jak się dzieje u naszych sąsiadek).

Składniki:

  • 1 szklanka fasoli Jaś
  • 2 liście laurowe
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 większy pęczek botwinki (z dość dużymi buraczkami, szt. 4-5)
  • 1 litr bulionu (dowolnego, ale jak najlepszego, tj. wskazany ulubiony/domowy)
  • ok. 1,5 szklanki wcześniej ugotowanych (np. w bulionie), ew. upieczonych, jarzyn (marchewka i pietruszka, ew. seler, jeśli ktoś lubi)
  • sól, pieprz
  • sok z ½ cytryny (lub do smaku)

Fasolę zalać wodą (ok. 2 szklanek lub trochę więcej) na noc w dzień poprzedzający gotowanie. Następnego dnia zalać świeżą wodą, dodać liście laurowe, zagotować, gotować ok. godzinę na małym ogniu, odcedzić, usunąć liście laurowe. Odstawić na bok.

Czosnek posiekać, krótko przesmażyć w dużym garnku na niewielkiej ilości oleju. Buraki odciąć od reszty botwiny, umyć, pokroić w kostkę, dodać do garnka, zalać szklanką bulionu, zagotować, gotować pod przykryciem na małym ogniu przez ok. 15 minut. Dodać posiekane łodygi, zalać kolejną szklanką bulionu, gotować dalsze 10 minut. Dorzucić posiekane liście, wlać pozostały bulion, gotować jeszcze kilka minut. Dodać fasolkę i jarzyny, skręcić ogień na mały, by całość tylko podgrzewać. Po kilku minutach doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Podgrzewać jeszcze co najmniej 10-15 minut przed podaniem. Podawać z ugotowanymi ziemniakami, posypanymi koperkiem i doprawionymi masłem. Opcjonalne inne dodatki: jajko na twardo, kwaśna śmietana, szczypior.

A na deser: zdjęcie Babci z Mamą w opisanej wyżej kuchni, kilka dekad wcześniej, niż ja w niej siadywałam.

Zapisz

wtorek, 14 czerwca 2016

Wątróbka z grilla…? Pomysł zawsze wydawał mi się ryzykowny, tj. że skończy się albo obiadem w węglu drzewnym, albo zdrapywaniem go w postaci spalonej z kratki. Gdy M nadział wątrobę drobiową na dwa szpikulce od szaszłyków i poszedł z nimi w stronę grilla, po cichu liczyłam się z tym, że obiad może się nieco opóźnić. Oczywiście, myliłam się. Tak przyrządzona wątróbka jest prosta, szybka i smaczna, ale, uwaga, dla fanów słabo wysmażonej (albo jak mówię „nie zamordowanej”). Bardzo polecam.

Składniki:

  • ok. 500g wątróbki drobiowej,
  • 2 średnie cebule,
  • sól, pieprz,
  • ok. 25g masła,
  • mała garść lubczyku

Cebulę pokroić na ćwiartki, wątróbkę osuszyć. Przygotować dwa szpikulce do szaszłyków. Nadziewać naprzemiennie cebulę i wątróbkę, całość oprószyć solą i pieprzem. Przygotować masło lubczykowe, jak do pierogów: rozpuścić masło na małej patelni na średnim ogniu, pozwolić mu się lekko zrumienić, dorzucić lubczyk. Gdy liście zaczną ciemnieć, skręcić ogień na mały i zostawić jeszcze na kilka minut (na koniec liście powinny być całkiem chrupkie, a masło ciemne), samemu zająć się smażeniem wątróbki na gorącym grillu. My robiliśmy to bezpośrednio na kratce, obracając szaszłyki dość często i trzymając je na ogniu maksymalnie 8 minut (dla wątroby wyraźnie różowej w środku). Można ew. użyć tacek, jeśli bardzo boicie się przywierania.

Gotowe szaszłyki od razu podawać, polewając wcześniej masłem z liśćmi lubczyku. U nas jako dodatek był chleb razowy (o którym wkrótce na blogu) i ogórki kiszone (z partii 2015, tegoroczne ogórki są w fazie listków ;).

A taką "normalną" duszoną wątróbkę pokazywałam parę lat temu.

Zapisz

niedziela, 12 czerwca 2016

Moja ukochana chałka to maślano-mleczna XXL-ka. Piekłam i taką szabasową (na oleju) i taką z dodatkiem mąki razowej, ale... do nich jakoś nie wracam, w przeciwieństwie do tej pierwszej. Teraz mam drugą kandydatkę, o podobnym składzie, ale - co jest plusem! - na białkach, nie całym jaju. Gdy zobaczyłam przepis u Kornika, uznałam, że z nieba mi spadł, zważywszy na moje stałe zapasy białek do przerobienia.

W mojej wersji jest jedna standardowa chałka zamiast dwóch małych, i z dodatkiem soli oraz wanilii w składzie. Można też się nie rozdrabniać i upiec od razu dwie sztuki z podwójnej ilości, albo na odwrót, przerobić ciasto na maślane bułeczki (zaplatane lub nie). Z innych zmian - piekłam w wyższej temperaturze i użyłam innej mąki (kto wie, następnym razem może dodam trochę orkiszowej jasnej).

Składniki:

  • 70g cukru
  • 10g świeżych drożdży
  • 70g miękkiego masła
  • 80ml letniego mleka
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 300g mąki pszennej (najlepiej luksusowej/typ 550, o wysokiej zawartości białka, ew. miks tortowej i np. bułkowej 650)
  • hojna szczypta soli
  • opcjonalnie: szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • mak/sezam do posypki

Rozczynić drożdże za pomocą łyżeczki cukru (odsypanej z 70g), odstawić na chwilę, aż się spienią. Dodać mąkę, mleko, sól i ew. wanilię, zacząć wyrabiać ciasto. Dodać masło i białka, wyrabiać dalej, aż uzyskacie gładkie, elastyczne ciasto. Odstawić do wyrośnięcia (u mnie trwało to dość długo, ponad 1,5 godziny). Po tym czasie podzielić na 3 równe wałeczki i zapleść chałkę. Odstawić do kolejnego wyrastania na blaszce wyłożonej papierem lub matą do pieczenia na ok. 45-60 minut. Posmarować mlekiem (ew. żółtkiem/jajem) i posypać sezamem lub makiem (albo jednym i drugim). Piec ok. 30-35 minut (do zrumienienia i suchego patyczka) w 190 st. C (termoobieg).

Szczerze mówiąc, nie ma ogromnej różnicy między chałką na całym jaju a tą białkową - może wciąż XXL-ka jest moją ulubienicą, ale ta jest całkiem zbliżona (bo pewnie clou tkwi jednak w maśle ;). Zaskakująco nieźle się także przechowuje, a więc wchodzi do repertuaru!

środa, 08 czerwca 2016

Nie pamiętam, czy zawsze darzyłam taką namiętnością twaróg (brak w lodówce = smutek), czy naturalna skłonność pogłębiła się pod wpływem M, którego ulubione śniadanie codzienne to pieczywo + twaróg + świeże warzywa. Pierwsze pamiętne śniadanie, jakie zjadłam z rodziną S-kich (zresztą też na Mazurach, ale ok. 80km na pn-zach od mojego obecnego miejsca zamieszkania), składało się właśnie z białego sera, krojonego w plastry, szczypiorku, pieczywa i gęstego, białego miodu rzepakowego. Stosunkowo niedawno dowiedziałam się, że preferencje co do składników tego posiłku przebiegają w linii prostej od babci M (która podczas swoich licznych podróży zawsze rozglądała się rano za serem), przez teścia („a dostaniemy tu jakiś twaróg? Bo niektórzy bez tego rano nie mogą”) aż do mojego męża. Może więc jest to zaraźliwe, bo u mnie uzależnienie od białego sera się z wiekiem pogłębia (do Austrii ostatnio zawiozłam dwie paczki, bo Topfen jest owszem jadalny, ale raczej na krótką metę ;). I tak, gdybym twarogu w sklepie nie miała, bo np. w danym kraju go nie ma, to bym go musiała sama robić.

Idealny biały ser, w moim odczuciu, jest kwaskowaty, miękki, nie kruszy się i, przede wszystkim, nie jest suchy! Krojenie w plasterki jest miłym plusem, ale nie jest konieczne. W swoich domowych eksperymentach dość długo robiłam twaróg 1:1 z mlekiem słodkim, ale miewałam m.in. problemy z konsystencją (czasem był zbyt kruszący się, plus zawsze niewątpliwie mało kwaśny). Panir czy labneh to zupełnie inna bajka, choć to właśnie ten ostatni (kilkakrotnie niedawno robiony) dał mi do myślenia: skoro odcedza się jogurt i wychodzi z tego ser, gdyby odcedzić kwaśne mleko…? W ten sposób „odkryłam Amerykę”, tj. doszłam do tego, jak musiała robić twaróg gospodyni, od której rodzice kupili działkę, i która miała parę krów. Eureka!

Eksperyment przeprowadziłam na świeżym mleku „prosto od krowy”, przypadkiem zdobytym na targu i potem powtórzyłam z kanką z sąsiedniego gospodarstwa. Ponieważ jestem bardzo zadowolona z efektów (ser jest śmietankowy, delikatnie kwaśny, miękki… same zalety), w miarę możliwości (mleko nie zawsze jest lokalnie dostępne) będę to powtarzać – zwłaszcza ciepłą porą, kiedy uzyskanie zsiadłego mleka to kwestia ok. doby. Jeśli chodzi o wskazówki, przeczytałam wpisy na blogach (tu jeden, gdzie mleka się nie podgrzewa – co zastosowałam, tu drugi), ale postąpiłam jeszcze trochę inaczej (przede wszystkim nie zebrałam śmietanki, żeby mieć ser tłusty plus ;). Oto moja metoda:

Składniki: 1,5-2 litry (albo i więcej, jeśli macie tyle surowca) niepasteryzowanego, świeżego mleka, gaza/muślin

Zacząć od zdobycia świeżego mleka prosto od krowy, z zaufanego źródła*. Przelać do garnka/innego większego, szerokiego naczynia i odstawić w ciepłe miejsce, by się zsiadło. Można po kilku-kilkunastu godzinach ściągnąć z wierzchu śmietankę (do wykorzystania osobno), ja jednak tego celowo nie zrobiłam. Kwaśne mleko powinniście uzyskać po dobie-dwóch, w zależności od temperatury.

Mleko wymieszać (żeby śmietanka się równomiernie rozłożyła) i wylać na sitko wyłożone podwójnie złożoną gazą lub muślinem, umieszczone nad większą miską, i odstawić na ok. dobę do odcedzenia (moim zdaniem dobrze je wówczas już przenieść w chłodniejsze miejsce, typu piwnica). Po tym czasie (lub już po ok. kilkunastu h) obciążyć zawartośc gazy np. miską lub podobnym naczyniem i odstawić na jeszcze kilka godzin. Po upływie tego czasu powinniście mieć twaróg (gdyby wydawał się za mokry, warto pamiętać, że po schłodzeniu w lodówce tężeje). W moim przypadku rano wylałam kwaśne mleko na sito, wieczorem obciążyłam twaróg glinianą kanką z 0,5l słojem ogórków w środku i kolejnego dnia rano miałam odciśnięty ser, gotowy do jedzenia.

* Z dyskusji na FB dowiedziałam się, że całkiem sporo osób ma dostęp do takiego mleka. Jeśli jednak jest nieosiągalne a bardzo chcecie zrobić ser, można spróbować zakwasić lekko podgrzane (do max. 40 st. C) pasteryzowane, np. z woreczka (ale nie UHT!), za pomocą kwaśnej śmietany lub maślanki, następnie odstawić także na ok. dobę. Tak ukwaszonego mleka używałam do sera robionego metodą 1:1 ze słodkim.

Warto także pamiętać, że mleka niepasteryzowanego ani jego przetworów nie powinny pić kobiety w ciąży oraz małe dzieci.

Kto próbuje :)?

czwartek, 02 czerwca 2016

Nic nowego: to, co znane i oczywiste po minimalnej zmianie staje się odświeżająco nowe (o czym wspominałam mało odkrywczo kilka lat temu. Ew. to, co znane i oczywiste odkryte na nowo (np. po latach) też prowadzi do olśnień kulinarnych (o czym też wspominałam, ale nie aż tak dawno temu). Niedawno doświadczyłam tych odczuć przy okazji kolacji w sam raz na tą porę roku: późna wiosna, choć jeszcze nie lato, a na straganach można wybierać i przebierać.

Kapusta z łazankami: klasyka, prawda? Jednak nigdy sama jej nie robiłam! Gdy zaś kapusta jest młoda, i doprawiona pikantnie, a łazanki domowe, mamy w ogóle ciekawe danie. Proste, znane, a jednak odkrywcze.

Na łazanki: ½ porcji makaronu z tego przepisu, rozwałkowanego nie za cienko (5 ustawienie w maszynce 9-cio stopniowej) i pokrojonego na łazanki

Na kapustę: 1 mała młoda kapusta, 1 cebula, olej, sól/pieprz, 1-2 łyżeczki pasty z ostrej papryki (węgierska, harissa, azjatycka itp.).

Cebulę drobno pokroić, zeszklić na oleju. Kapustę poszatkować, dodać do cebuli, chwilę przesmażyć, lekko podlać wodą i dusić na średnim ogniu, aż będzie miękka, ale nie rozpadająca się (ok. 25 minut powinno wystarczyć). Doprawić pod koniec gotowania do smaku solą, pieprzem i ostrą papryką. Wymieszać dokładnie z makaronem ugotowanym al dente, podgrzewać razem na małym ogniu przez około minutę i od razu podawać.

O klasycznej młodej kapuście oczywiście już pisałam - takiej zabielanej koperkowej i pomidorowej.

Innym klasykiem obiadowo-kolacyjnym na cieplejszą porę roku są u nas sałatki. O nicejskiej, która w nieco pomniejszonej wersji wraca jak bumerang, już kiedyś pisałam. Niedawno stojąc nad paczką rozmrożonych małży i niechętnie myśląc, co z nimi zrobić („makaron dopiero co był… risotto? Za ciepło”, itd.) olśniło mnie, że czemu nie zastąpić nimi ryby w sałatce nicejskiej?

Składniki: ok. 5-6 ziemniaków, ½ średniej cebuli, ok. łyżki posiekanej dymki (opcjonalnie), 2 pomidory, kilka oliwek, ok. 250g mięsa małży, 2 ząbki czosnku, ok. łyżki świeżego oregano, ok. 6-8 anchois, 2 łyżki pesto (najlepiej domowe, np.klasyczne bazyliowe czy np. z rukoli), łyżka oliwy, sok z cytryny

Ziemniaki ugotować, minimalnie przestudzić (tyle, żeby się nie parzyć przy krojeniu), pokroić w plastry, rozłożyć równomiernie na dużym talerzu lub paterze. Gdy ziemniaki się gotują, rozgrzać na patelni niewielką ilość oliwy, przesmażyć zmiażdżony czosnek. Dodać małże, przesmażyć kilka minut (gotowanym wystarczy ok. 4 minut, surowym – 8-10). Pod koniec dorzucić oregano. Doprawić lekko pieprzem i, jeśli to konieczne, solą. Odstawić na bok. Pesto rozprowadzić oliwą, też odstawić na bok. Cebulę pokroić w pióra, rozłożyć na ziemniakach, ew. dodać posiekaną dymkę. Oprószyć całość solą i pieprzem, polać 2 łyżeczkami pesto z oliwą. Pomidory pokroić w plastry, rozłożyć na ziemniakach itd., polać kolejnymi 2 łyżeczkami pesto. Na wierzchu rozłożyć równomiernie małże, anchois i oliwki. Całość polać pozostałym sosem i skropić cytryną. Jeśli to możliwe, odstawić na ok. 10-15 minut przed podaniem.

 

sobota, 28 maja 2016

Gorąco u Was? Na Mazurach od kilku godzin zbiera się na burzę, ale zebrać nie może ;). Choć słońce za chmurami, nie da się ukryć: nastała pora napojów chłodzących! Do tej pory uważałam, że najlepszy patent na lemoniadę to zmiksowanie całych owoców; ba, wciąż uważam, że to świetna metoda dla tych, co lubią kwaśne. Zaintrygował mnie jednak pomysł, o którym przeczytałam na portalu The Kitchn - napój z pieczonych owoców. Pieczenie daje słodszy, głębszy smak soku cytrynowego (lub, w moim przypadku, cytrynowo-limonkowego), który wymaga mniejszego dosładzania. Co więcej, jeśli, jak ja, bardzo dokładnie wyciśniecie sok z upieczonych skórek, bez filtrowania czy odcedzania miąższu, na pewno do dzbanka wpadnie też trochę albedo, dzięki czemu napój uzyska lekką (lekką, zaznaczam) nutę goryczki: prawdziwa gratka dla fanów toniku czy Schweppes bitter lemon (do których należę).

The Kitchn zasugerował tylko metodę postępowania z owocami, proporcje pozostawiając własnemu uznania, oto więc jak uzyskałam litr lemoniady:

Składniki: 2 cytryny i 1 limonka, ew. 3 cytryny (idealnie niepryskane, ew. sparzone); 2 łyżki miodu/syropu cukrowego (lub więcej do smaku)

Cytryny przekroić na 1/2, ułożyć nacięciem do dołu w naczyniu żaroodpornym. Piec ok. 30-40 minut w 200 st. C. (termoobieg), aż skórki lekko się pomarszczą/przypieką. Przestudzić. Dokładnie wycisnąć sok do dużego dzbanka (przez sitko, jeśli przeszkadza wam miąższ i ew. upieczone albedo, w moim odczuciu jednak niefiltrowana lemoniada jest lepsza), dodać miód/syrop, dopełnić wodą. Zweryfikować słodycz. Dokładnie schłodzić.

Można rozważyć i inne dodatki smakowe: pieczenie owoców z wbitymi goździkami (np. po jednym na owoc), liście świeżej mięty lub melisy dodane do dzbanka, plasterki ogórka/truskawek, starty świeży imbir, dodatek soku wyciśniętego z pomarańczy, itd. Lato jeszcze się nie zaczęło ;).

Z innych napojów orzeźwiających na blogu były...

 

poniedziałek, 23 maja 2016

Jakiś czas temu podczas pobytu w Warszawie wybraliśmy się z rodziną do restauracji gruzińskiej. M (kierowca) zamówił lemoniadę estragonową. Napój był niepokojąco zielony, ale smakował całkiem nieźle. Mama wzięła łyk i oznajmiła: „Anyż!”. Miała rację, bo mój ukochany estragon francuski (wspominałam o nim wielokrotnie, choćby przy okazji „kurczaka myśliwego”) ma wyraźnie anyżowy posmak – co dla mnie jest ogromnym plusem i nie widzę sensu używania innego estragonu.

Niedawno planowałam przygotować domową lemoniadę estragonową, ale ostatecznie aura nie była wystarczająco letnia (i do chłodnika, i do napojów chłodzących musi być, w moim odczuciu, jednak bardzo ciepło). Zrobiłam więc napój wyskokowy ;). Jakiś czas temu czytałam o basil smash*, koktajlu na bazie ginu; swoją wersję nazwałam tarragon smash. Uwaga, całość jest wyraźnie anyżowa, ale poniżej opisałam też wersję delikatną.

Składniki (1 porcja):

  • 45ml (3 łyżki) ginu,
  • 7,5ml (pół łyżki) pastis**,
  • garść estragonu francuskiego,
  • łyżeczka cukru,
  • woda sodowa i lód,
  • sok z 3/4 limonki (lub do smaku)

Estragon rozetrzeć tamperem w szklance (ok. 250-300ml) z cukrem i sokiem z limonki, odstawić na parę minut. Dodać alkohol, wymieszać, dopełnić schłodzona wodą sodową. Opcjonalnie dodać lód. Podawać od razu.

** W wersji łagodniejszej pominąć lub zastąpić ginem (ew. można spróbować z limoncello?).

Przypominam także innego blogowego „smasha” z procentami, tj. truskawkowego: sezon owocowy już tuż, tuż!

* Dwa dni temu trafiłam do lokalu, w którym można napić się właśnie basil smash (i innych smacznych koktajli – uwaga, są też takie bezalkoholowe), tj. warszawskiego Baru Wieczornego. W trzy osoby udało nam się całkiem sporo przetestować (właściwie było nas czworo, ale E. skupiła się na Młodym Ziemniaku i innych wódkach artystycznych)… choć do ginu z bazylią w końcu nie doszłam, bo inne propozycje za bardzo kusiły (np. drinki z nutą kwiatową – różane czy lawendowe – czy bogata kolekcja moich ulubionych sours). Duży plus za niewielkie, kameralne wnętrze z kolekcjonerskimi plakatami teatralnymi (i klimatyczny dziedziniec) oraz miłą, pomocną obsługę. Polecam, jeśli szukacie miejsca na wieczorne wyjście.

czwartek, 19 maja 2016

Mój egzemplarz Jerusalem otwiera się w paru miejscach, m.in. na paru stronach poświęconych różnym klopsikom. Do tej pory miałam wrażenie, że stroną najczęściej tam przeglądaną są te z bobem (i słusznie, bo bardzo są smaczne, także z groszkiem robiącym za bób), ostatnio jednak otwiera się na koftach, choć chyba ich nie jedliśmy (może muszę porozmawiać z M). Kawałek dalej są klopsy z berberysem, figami i szalotkami, które jedliśmy dość dawno temu i wahałam się, czy wrzucać je na blog - m.in. na to, że na zdjęciu niespecjalnie widać, że to klopsiki :D. Pocieszam się tym, że na zdjęciu w książce widać je tylko trochę bardziej (moje danie wyszło w ogóle ciemniejsze). Uznałam jednak, że warto je pokazać (sic), ponieważ jest to moim zdaniem wyjątkowo smaczne połączenie - kolejne danie z tej książki, które po prostu się sprawdza, i to nawet jeśli lekko zmienicie proporcje składników. A co sama tym razem zmieniłam? Dałam mniej szalotek (problemy z aprowizacją ;), a figi dosztukowałam suszonymi śliwkami. Nie sądzę, by zaszkodziło to wyrazistości, więc podaję przepis w mojej wersji/z uwagami.

Odnośnie berberysu, czyli nie bardzo popularnego (a szkoda!) składnika - autorzy sugerują ew. zastąpienie suszoną żurawiną, ale osobiście wydaje mi się ona słodsza (pomijam fakt, że często jest dosładzana); może wcześniej dobrze byłoby ją namoczyć w soku z cytryny?

Składniki (4-6 porcji):

  • 2 średnie cebule, drobno posiekane
  • łyżka drobno posiekanej natki
  • 2-3 rozdrobione ząbki czosnku
  • ok. 750g (u mnie lekko więcej) mielonej jagnięciny
  • 3/4 łyżeczki ziela angielskiego (mielonego lub roztartego w moździerzu)
  • 3/4 łyżeczki cynamonu
  • 60g berberysu
  • 1 jajo
  • olej do smażenia (wg oryginału ok. 100ml, u mnie mniej)
  • 500g (w oryginale 700g) szalotek
  • 200ml białego wina (u mnie półwytrawne)
  • 500ml dobrego bulionu (u mnie domowy)
  • 2 liście laurowe
  • 2 gałązki tymianku
  • 2 łyżeczki cukru
  • 150g suszonych fig (lub mieszanka 2:1 fig i śliwek kalifornijskich)
  • sól i pieprz
  • do podania: gęsty jogurt (grecki lub podobny), garść posiekanych ziół (u mnie natka, koperek i estragon, kolendra też mile widziana)

Wymieszać dokładnie cebulę, natkę, czosnek, mięso, jajo i przyprawy korzenne z łyżeczką soli i ok. 1/2 łyżeczki pieprzu. Wyrobić ręcznie gładką masę i uformować kulki (z grubsza wielkości piłeczek do ping-ponga). Obsmażyć partiami na rozgrzanym oleju (uważać, żeby nie przypiec ich za bardzo, co mnie z paroma sztukami się przydarzyło - dlatego sos był pewnie taki ciemny...) i odłożyć na bok. Przetrzeć dno garnka i dodać kolejne ok. 2 łyżek oleju, podgrzać na średnim ogniu. Dodać obrane szalotki i gotować ok. 10 minut lub aż do zezłocenia. Dodać wino, po chwili dodać pozostałe składniki (poza figami, jogurtem i ziołami). Doprawić do smaku solą i pieprzem. Równomiernie ułożyć klopsiki i figi na szalotkach lub między nimi - powinny być do przynajmniej 4/5 zakryte płynem. Zagotować, następnie skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 30 minut. Odkryć i gotować wciąż na wolnym ogniu dalszą godzinę, lub nieco dłużej, aż sos odparuje. Przed podaniem sprawdzić doprawienie.

Nie wiem, czy muszę dodawać, że to jedno z tych dań, które choć smakują bdb świeżo przygotowane, są jeszcze lepsze po podgrzaniu dzień lub dwa później. Można je jeść z np. kaszą lub ryżem, ale świetnie też pasują do domowego makaronu. U nas na pewno jeszcze się pojawią.

niedziela, 15 maja 2016

- Może zużylibyśmy jakoś nasze białka?

- Ale chyba nie mamy ich tak dużo...

- Nie??? [chwilę później] 46. 46 białek.

Tak mniej więcej przebiegł dialog między M a mną, dotyczący zawartości naszej zamrażarki. Dodam, że to nie ja je policzyłam, ale liczba wywarła na mnie wrażenie i postanowiłam podejść poważnie do tematu: w piątek wyciągnęłam kilka woreczków do rozmrożenia i deszczowe sobotnie przedpołudnie spędziłam produkując ciasteczka. Poza tym, że upiekłam eksperyment czekoladowy oraz garibaldki, przypomniałam sobie o przepisie na proste makaroniki (nie mylić z francuskimi z nadzieniem), nazywane przeze mnie "najłatwiejszymi ciasteczkami świata". I naprawdę, zważywszy na to, że czas przygotowania ciasta to jakieś 3 minuty, nakładanie zaś ze 2, nie wiem, czemu nie piekę ich przynajmniej raz w miesiącu (zużywając w ten sposób chociaż część białek). Po zapełnieniu jednej blaszki ciasteczkami podstawowymi (migdałowymi z migdałem i aromatem migdałów, tj. amaretto ;) przypomniałam sobie o ciągnących się nargili z Kaszanu. A więc wersja kokos + migdał:

Składniki:

  • 1 szklanka* mielonych migdałów (mieląc ręcznie warto dodać 4-5 sztuk gorzkich migdałów, dla zwiększenia migdałowego aromatu);
  • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 1/2 łyżeczki malibu
  • 1/2 łyżeczki amaretto lub esencji migdałowej*
  • 2 łyżki mąki
  • ok. 12 migdałów i dodatkowe wiórki kokosowe (do posypki)

*240ml

Połączyć mielone migdały z kokosem, utrzeć na pastę z cukrem, białkami, alkoholem i mąką. Nakładać masę łyżką (po ok. 1 łyżce na ciasteczko), w dość dużych odstępach (rosną - głównie na boki!), na blaszkę wyłożoną pergaminem lub matą do pieczenia. Powinno wyjść ok. 12 (sporych) sztuk. W środek każdego ciastka wcisnąć migdał i całość lekko posypać kokosem. Piec ok. 20 minut w 160 st. C (termoobieg). Uwaga, ciasteczka będą zezłocone, zwłaszcza na brzegach, ale środek pozostanie nieco miękki i ciągnący, marcepanowy - co było moim zamierzeniem. Jeśli ktoś woli ciasteczka bardziej chrupkie, najlepiej piec ok. 5 minut dłużej.

* Opcjonalnie można, idąc w klimaty perskie, zastąpić oba aromaty łyżeczką wody różanej.


Pomysły pt. "zużycie białek" skumulowałam swego czasu TU. Dziś dodałabym jeszcze do tej listy (poza ww. garibaldkami) także whisky sour.

niedziela, 08 maja 2016

Skoro przy straganach znów można dostać oczopląsu a grządka warzywna powoli się zapełnia (choć sałata uparcie nie kiełkuje), czas wrócić do cyklu Zielono mi :). Od zeszłego tygodnia w siatce z zakupami znajdują się zielone szparagi, które jedliśmy i pieczone (jako dodatek), i w makaronie. Pieczonych upiekłam z rozmysłem więcej, żeby je przerobić na kolejną pastę do pieczywa. Zmiksowałam je z twarogiem, można by jednak użyć innego sera (śmietankowego, miksu z kozim twarogowym lub fetą), albo i nawet ciecierzycy. W wersji „wieczornej” (czyt. nie na śniadanie w np. dzień pracujący) można by dodać ząbek czosnku.

Składniki:

  • 8 większych zielonych szparagów
  • 70g twarogu (lub mieszanki twarogu i np. fety, lub patrz ww. sugestie)
  • łyżka lubczyku (lub innych świeżych ziół)
  • opcjonalnie: łyżka czosnku niedźwiedziego (lub szczypiorku)
  • łyżeczka oliwy/dobrego oleju rzepakowego
  • sól, pieprz, sok z cytryny

Upieczone szparagi zmiksować na gładko z pozostałymi składnikami, doprawić do smaku solą (jeśli użyjecie np. fety + szparagi były posolone może nie być w ogóle potrzebna), pieprzem i sokiem z cytryny. Podawać na pieczywie.

Zastanawiając się nad zastąpieniem sera gotowanym ziemniakiem, zaczęłam myśleć nad zielonym farszem do pierogów. W skrócie, chodziło mi o coś a la ruskie ze szparagami ;). Po namyśle uznałam, że trzeba trzymać się sprawdzonej receptury, a więc po prostu zamieniłam twaróg na pieczone, posiekane szparagi. Znów dodałam też lubczyk - ładnie odrósł na wiosnę i przyznaję, że pcham go prawie do wszystkiego. Pierogów wyszło tyle, że byłam przekonana, że zostanie przynajmniej jedna porcja na później. No cóż… Zjedliśmy wszystkie, więc chyba można uznać danie za udane ;). Przy okazji uświadomiłam sobie, że z rok nie gotowałam żadnych pierogów, a to stanowczo za długo, i musimy robić to częściej (zwłaszcza, że we dwójkę lepi się sprawnie i przyjemnie, a do środka można włożyć prawie wszystko).

Składniki:

  • pęczek zielonych szparagów (ok. 180g po upieczeniu)
  • ok. 225g ziemniaków (2-3 sztuki)
  • dwie łyżki posiekanego lubczyku (lub ostatecznie koperku)
  • 1 mała cebula
  • olej
  • sól, pieprz
  • ulubione ciasto pierogowe z 250g mąki
  • Do podania: ok. 50g stopionego masła i dodatkowy lubczyk/koperek (1-2 łyżki)

Ziemniaki ugotować i rozgnieść (można dodać łyżeczkę oleju, gdyby były za suche). Upieczone szparagi posiekać, wymieszać z lubczykiem i ziemniakami. Cebulę drobno posiekać, zeszklić, dodać do masy. Całość dobrze wymieszać i wyrobić, doprawić do smaku solą/pieprzem (u mnie ten ostatni dość obficie). Przygotować ulubione ciasto pierogowe (u mnie jak zawsze maślankowe), cienko rozwałkować, wycinać pierogi, nadziewać łyżeczką farszu. Gotować ok. 2 minuty od wypłynięcia. Podawać z masłem lubczykowym/koperkowym, analogicznym do szałwiowego.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100
| < Czerwiec 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna