Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 24 maja 2015

Dawno temu w rodzinie mojej Mamy był pies Tobik, czarny pudel („jeden lok”, cytując Mamę). Był niejadkiem, w co wierzę, bo mimo dużych starań wszystkich kobiet w rodzinie, pozostał bardzo szczupły. Najbardziej lubił jeść słodycze... ale najpierw Dziadek próbował nakarmić go brajką.

Co takiego? A więc podobno pierwszego poranka ze szczeniakiem Dziadek – który wcześniej narzekał na pomysł brania psa do domu - najpierw golił się z pudlem na kolanach, a potem chciał go nakarmić. Nie miał zbyt rozwiniętych zdolności kulinarnych, nie znał się też na żywieniu zwierząt. Dał mu więc to, co umiał zrobić a sam najbardziej lubił zjeść, tj. bułkę namoczoną w mleku i posłodzoną. Czyli właśnie brajkę.

Taką historię opowiadała mi wielokrotnie Mama, i nostalgicznie myślałam sobie o niej (ww. Tobika kojarząc tylko z zamazanych czarno-białych zdjęć), krusząc czerstwy chleb orkiszowy* do miski. Po zjedzeniu śniadania usiadłam do komputera, rozmyślając o kuchni regionalnej i niemile się rozczarowałam, gdy Google na hasło „brajka” nic mi na temat nie powiedział. Dalsze poszukiwania zaprowadziły mnie m.in. do filmiku z Nigellą (wiedziałam, że gdzieś o tym czytałam po angielsku!), ale więcej dowiedziałam się po rozpoczęciu dyskusji na Facebooku.


Otóż: niektórzy znają drobionkę (opisywaną przez Basię) lub bułkę drobioną, bułkę parzoną, poznańską snelkę (od 'schnell?' Szybkie śniadanie?), brejkę albo po prostu bułę z mlekiem. Występuje też wariant z kakao zamiast mleka i słodką bułką. Są też wersje niesłodkie. Nikt jednak nie kojarzył nazwy „brajka”, niby podobnej do brejka, ale co ciekawe, odtwarzającej wymowę niemieckiego Brei [brai] (jak powiedziała mi jednak dziś Mama: "kto wie, czy same tej nazwy nie przekręciłyśmy, bo brejka kojarzyła nam się z breją?"). Wszyscy wspominali to jako coś, co albo jedli w dzieciństwie i/lub dawali im dziadkowie, albo jedli to Ci ostatni. Widziałam też wyznania pt. „trauma dzieciństwa” ;).

Jak więc zrobiłam swoją brajkę, bo przy tej rodzinnej nazwie pozostanę?

Do miski wkruszyć czerstwą bułkę lub dwie kromki suchego pieczywa (u mnie tym razem chleb orkiszowy razowy). Zalać mlekiem – zimnym lub podgrzanym. Posypać cukrem do smaku (u mnie – demerarą) i w wersji luks oprószyć cynamonem lub mieloną wanilią. Jeść od razu.

*Chleb miodowy upiekłam w ilości podwójnej (i tym razem z mąki orkiszowej) i jeden bochenek zamroziłam. Okazało się, że to pieczywo się do tego nie nadaje, bo po rozmrożeniu bardzo się kruszy. Brajka nasunęła się więc sama przez się.

niedziela, 17 maja 2015

Wygląda na to, że nie spieszyłam się ze szparagami na blogu w tym roku. Pewnie są tacy czytelnicy, którzy już patrzeć na nie nie mogą ;). Wciąż zwlekam z próbą oswojenia białych (więc nie wiem, czy ta próba w ogóle w tym roku nastąpi...), a zielone były na razie na trzy sposoby: w omlecie, z sosem z tuńczyka i w lasagne.

Jeśli chodzi o ten sos: myślałam sobie o vitello tonnato, zimnej przystawce z cielęciny w sosie tuńczykowym, za którą przepadam, choć dawno nie miałam okazji kosztować. Wpadłam na pomysł podania w ten sposób pieczonych szparagów i sądząc, że jestem bardzo odkrywcza... do czasu, gdy mi uświadomiono, że nihil novi, bo choćby znajome blogerki (Thiessa i Anoushka) już wieki temu prezentowały tak przyrządzoną cukinię ;).

Sos do vitello tonnato przeważnie przygotowuje się z dodatkiem majonezu, którego zasadniczo nie miewam w domu (jeśli jem, to tylko domowy), użyłam więc zamienników, o których niżej.

Składniki:

  • 3-4 pęczki szparagów

Sos:

  • puszka tuńczyka w sosie własnym (dobrze osączona)
  • 2 kopiaste łyżki gęstego jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki jw. śmietany 18%
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, pieprz, sok z cytryny do smaku
  • do dekoracji: kapary lub posiekane sardele (anchois)

Szparagi upiec (jak w tym przepisie, tylko pominąć posypanie serem do podania). Gdy siedzą w piekarniku, zmiksować w malakserze wszystkie składniki sosu, poza elementami dekoracji, doprawić do smaku. Podawać gorące upieczone szparagi z zimnym sosem, udekorowane niewielką ilością kaparów lub anchois.

Do tego niewielka ilość pieczonych ziemniaków lub świeże pieczywo i obiad gotowy.

Lasagne przygotowałam analogicznie do tej z cukinii, używając jako farszu warzywnego ok. 1,5 pęczka szparagów krótko obgotowanych (ok. 4 minut) i przekrojonych na 1/2 wzdłuż; z sera użyłam tylko parmezanu do posypywania warstw szparagów. Parę szparagów umieściłam także w warstwie wierzchniej, do zapieczenia na sosie. Smaczne, stosunkowo lekkie i kolorowe, a to dla mnie zawsze plus ;).

niedziela, 10 maja 2015

Salaam! Gdyby ktoś się mnie spytał jakiś miesiąc temu o kuchnię perską, powiedziałabym: „Woda różana i granaty”, myśląc głównie o Gotujących Irankach, tj. Zupie z granatów*. Po namyśle dodałabym lemoniadę z octem i herbatę. Dzisiaj, po „majówce w Iranie”, wiem ciut więcej, choć mam wrażenie, że spróbowałam tylko mikro wycinka tego, co kraj ma do zaoferowania - nie tylko jeśli chodzi o kuchnię. Nie wchodząc w deklaracje polityczne czy światopoglądowe, wydaje mi się, że wiele osób z góry skreśla Iran od strony turystycznej, a tymczasem czułam się tam dużo bezpieczniej, niż w np. znacznie popularniejszych – i względnie łatwiej dostępnych, mam na myśli proces uzyskania wizy ;) - Indiach.

Nasz pierwszy posiłek w Teheranie miał miejsce w restauracji Alborz, o której wcześniej czytaliśmy w internecie oraz przewodniku. Przed budynkiem przeszliśmy kilka razy, zanim domyśliliśmy się, że portier stoi tam nieprzypadkowo a to, że nie ma żadnego szyldu, to tzw. drobiazg ;). Usiedliśmy przy stoliku i potulnie zaczęliśmy jeść gęstą zupę z pęczakiem, łudząco przypominającą krupnik. Gdy po chwili pianista zaczął grać Chopina, wrażenie, że okoliczności nie współgrają z lokalizacją zrobiło się dość silne... ale na tym rodzime klimaty się skończyły. Górne prawe zdjęcie pochodzi właśnie z tej restauracji (herbata po posiłku). Zanim ktoś spyta: tak, cudzoziemki w Iranie też muszą nosić chusty na głowie, a także zakrywać pupę, nogi oraz ramiona (przynajmniej do łokci włącznie).

Czytałam w paru miejscach, że jedzenie w Iranie jest „mdłe” czy „nieciekawe”. Amerykanie na forach radzili, żeby zabierać ze sobą do restauracji sos tabasco (!!!). Po tych kilku dniach, które spędziłam jedząc kuchnię perską, z jednej strony nie mogę się nadziwić tym opiniom, a z drugiej... sposób podania dań w restauracjach jest specyficzny i wymaga pewnej wiedzy oraz współpracy ze strony konsumenta. I tak gdy w ww. Alborz na stole pojawiła się cała surowa cebula na talerzyku (patrz zdjęcie poniżej), dokładnie owinięta folią, nie wiedzieliśmy, co z nią zrobić, więc ją zignorowaliśmy. Skąd miałam wiedzieć, że mam odrywać kawałeczki lawasza, zawijać w nie odrobiny cebuli, doprawiać sosem jogurtowym i zagryzać tajską bazylią, która pojawi się na talerzu z kebabem? Nie wiedziałam też, że masło jest oczywiście po to, by nim doprawić kopiec biało-żółtego (od szafranu) ryżu. Na półmisku obok mięsa, poza bazylią, znajdowały się całe pieczone pomidory i ostra zielona papryczka, też w całości. Na jej widok się uśmiechnęłam, bo stanęły mi przed oczyma posiłki w Van w Turcji. Tam mięsu czy rybie zawsze towarzyszyły bardzo grubo pokrojone kawałki surowej cebuli oraz ww. papryki. W Iranie po prostu poszli o krok dalej: po co kroić, jak każdy może sobie pokroić i urozmaicić posiłek wg własnego widzimisię... tyle, że musi się o to postarać. Jeśli skupi się na samym mięsie czy suchym ryżu to faktycznie, odbierze tylko cześć smaków.

Z klasycznych dań obiadowych spróbowaliśmy, poza kebabami w różnej formie, potrawek: khoresht fesendżun (mniej kwaśnego, niż ten, który ja robiłam, za to sos miał kolor prawie czarny); baghali polo, ryż z bobem, podany z duszoną jagnięciną (na zdjęciu poniżej, jako jedyne fotogeniczne ;), mirza ghasemi, sos z duszonych pomidorów, bakłażanów i czosnku, zaciągnięty jajkiem oraz ghormeh sabzi, dość kwaśne danie z duszonego szpinaku z fasolą. Gulasz dizi niestety poczeka na kolejną okazję.

W temacie ryżu: proporcje posiłku perskiego to dużo, dużo ryżu (sypkiego, zazwyczaj przynajmniej częściowo szafranowego, lub przypieczonego, podanego w formie zapieczonego prostokąta) i relatywnie nieduże porcje mięsa/warzyw czy innych dodatków, choć tych dodatków może być wiele. W efekcie liczba posiłków w ciągu dnia skurczyła się nam do dwóch i pół: lekkiego śniadania, obfitego obiadu i ew. małej przekąski (typu owoce) gdzieś po drodze.

Podstawowe śniadanie perskie wzbudziło zachwyt M: surowe warzywa (standard to ogórek i pomidor), pieczywo (lawasz albo nieco grubszy taftun), słony, fetopodobny ser i znów ww. bazylia tajska lub oliwki/bakalie (np. pyszne suszone daktyle; patrz zdjęcie powyżej). Niestety nie udało mi się spróbować polecanego chleba pieczonego bezpośrednio na gorących kamieniach, widziałam go tylko w piekarniach czy wiezionego w jutowych sakwach na motocyklach ;).

Owoce to np. arbuz jedzony w karawanseraju podczas wycieczki na pustynię czy soki sprzedawane na ulicy: z melona, truskawek czy granatu, niedosładzane (patrz zdjęcie). Inna forma to bakalie zakwaszane sokiem z granatu, w myśl tego, że słodko-kwaśny (a nie „mdły!”) smak to cecha wyróżniająca perską kuchnię. Kolorowych straganów pełnych tych owoców nie sposób nie zauważyć w Darbandzie**. Kupiłam lawaszak (lavashak), prasowane plastry owoców, morele i (chyba) berberys. Morele tak nasiąkły sokiem, zwłaszcza podczas po godzinie wspinania się, że aż się krzywiłam podczas jedzenia ;). Mój faworyt to jednak lawaszak.


Słodyczy – poza ww. nie udało mi się skosztować zbyt wielu; pierwszego dnia M jadł lody (szafranowe i z wodą różaną - powiedziałabym, że dla koneserów tych smaków ;)) a ja „fruit glacé”, tj. sok (tu: ananasowy) z kulką lodów. Podczas wycieczki w Kashanie kupiliśmy na bazarze typowe (jeśli wierzyć przewodnikowi...) ciasteczka, smaczne, lekko ciągnące się kokosowe makaroniki nargili (w stylu tych prostszych, nie francuskich).

Cukru nie brakowało w innych napojach, bo choć soki wyciskane nie są dosładzane, inaczej się rzecz ma z tzw. mocktajlami, typu orzeźwiające mojito bez procentów (bo Iran jest, przynajmniej oficjalnie, bezalkoholowy) czy aromatyzowane piwa bezalkoholowe, nie mającymi nic wspólnego z piwem. Jeśli chodzi o podstawowy napój, czyli wodę, z przyjemnością informuję, że ta z kranu, choć umiarkowanie smaczna i mocno chlorowana, jest jak najbardziej pijalna. Poza tym Iran = czarna herbata, choć mam wrażenie, że w Turcji jest ona bardziej wszechobecna oraz mocniejsza a w Iranie częściej pita gorzka. W moim przypadku i tak był to pierwszy intensywniejszy kontakt z tym napojem od paru lat. Gorąca herbata w karawanseraju, zagryzana kostkami cukru, po upale pustyni, to o dziwo było właśnie to, co było nam potrzebne, ale najbardziej smakował mi czaji na cichym (bo w dzień świąteczny i tuż przed wieczornym otwarciem sklepów) i klimatycznym bazarze w Kaszanie (zdjęcie poniżej). Kawy, jak na siebie, wypiłam niewiele i do ostatniego dnia przed wyjazdem najlepsza była turecka serwowana w kawiarni hotelowej. Czwartego dnia bowiem odkryliśmy najpierw kawiarnię z prawdziwym ekspresem w kompleksie pałacowym Sa'ad Abad, a potem podczas wieczornego spaceru okazało się, że mieszkamy za rogiem od wypasionej Balcony Cafe. Espresso (trzeci kolaż od góry) było na dobrym poziomie włoskim, za to przy cenie kilku espresso włoskich ;). Dalszy spacer wykazał więcej źródeł kawy „z Zachodu” po drugiej stronie ulicy – niby lepiej późno niż wcale, ale też o dziwo tej kawy mi tak bardzo nie brakowało. Może inaczej by było przy dłuższym pobycie... Jako PS do elementów zachodnich: czytałam przed wyjazdem o słabości Irańczyków do fastfoodów łudząco (nie tylko pod względem menu, ale wystroju wnętrz, kolorów, nazw, itd.) przypominających amerykańskie sieciówki. Widziałam w końcu tylko jeden przykład, tj. Freshway, ale nawiązanie do Subwaya jest tam wyjątkowo mało subtelne - logo jest praktycznie identyczne ;).

Patrząc na te wszystkie spostrzeżenia, mam wrażenie, że to sporo wrażeń jak na cztery dni pobytu. Chyba trudno się dziwić, że zaraz po powrocie kupiłam tematyczną książkę kucharską... I chętnie bym jako kolejny kierunek wyjazdu obrała okolice Gilan nad brzegiem Morza Kaspijskiego.

* Planując wyjazd do Iranu chciałam sprawdzić, czy Marsha Mehran nie pisze kolejnej książki i okazało się, że autorka niestety zmarła ponad rok temu, w nieciekawych okolicznościach :/.

** Darband znajduje się na północnych obrzeżach Teheranu i budzi entuzjazm wszystkich Irańczyków, którym wspominaliśmy, że tam jedziemy na wycieczkę. (Wyobraźcie sobie krzyżówkę Łazienek z Krupówkami... albo może Morskie Oko, ale w Warszawie, i całą trasę obstawioną sklepami lub knajpami ;)).

środa, 06 maja 2015

Oglądaliście The Grand Budapest Hotel? Jeśli nie, a choć trochę lubicie i retro, i absurd, i dobre aktorstwo, to polecam (a dodam, że fanką reżysera, tj. Wesa Andersona, nie jestem i długo trwało, zanim film obejrzałam); jeśli tak, to dobrze pamiętacie ciastka, które wytwarzała i rozwoziła Agatha (Saoirse Ronan) - zresztą, pamięć można odświeżyć np. pod tym linkiem z przepisem. W skrócie, mowa o wielokolorowym, koślawym, piętrowym wyrobie cukierniczym, szumnie zwanym courtesan au chocolat.

W pewną kwietniową* niedzielę chciałam ugościć rodzinę sezonową Pavlovą w wersji mini. Podobno wyszło mi jednak midi... A gdy skończyłam spiętrzać warstwy i spojrzałam na talerz, parsknęłam śmiechem, bo stworzyłam dwukolorową wersję filmowego ciastka "od Mendla", zwłaszcza jeśli chodzi o piętrową koślawość ;). Dodam skromnie, że widok od góry (zdjęcie) efektu nie oddaje.

Przepis pochodzi z Domestic goddess Nigelli, i już prezentowałam tu swój wariant mini czekoladowy, clou to jednak autorski dodatek, czyli rabarbar x 2. Potrzebny będzie i ugotowany na mus, i upieczony, ale trzymający kształt; ten pierwszy najłatwiej osiągnąć gotując kompot z 3-4 większych łodyg rabarbaru nieco dłużej, niż 15 minut, by ugotowane łodygi po odcedzeniu płynu można było lekko rozetrzeć na sicie. O pieczonym pisałam choćby tu, a do dekoracji wystarczą maksymalnie 3 łodygi, ale przygotować można większą ilość i zjeść np. na śniadanie...

Oczywiście podobnie można przygotować zwykłą Pavlovą.

Składniki bezy:

  • 6 białek
  • szczypta soli
  • 325g drobnego cukru
  • łyżka skrobi kukurydzianej
  • 2 łyżeczki octu białego/jabłkowego
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

ponadto:

  • ok. 6-7 łodyg rabarbaru, z czego połowa ugotowana, połowa upieczona (patrz wyżej)
  • 250ml schłodzonej śmietanki 30%
  • 1-2 łyżki cukru

Postępujemy początkowo jak przy klasycznych bezikach: ubijamy białka z solą na pianę, następnie dodajemy cukier - powoli i cierpliwie, łyżeczka po łyżeczce, przy stale chodzącym mikserze. Gdy już mamy lśniącą, gładką bezę a la krem Nivea, wyłączamy mikser i dodajemy pozostałe składniki (jak przy klasycznej Pavlovej), które mieszamy z masą delikatnie a stanowczo, np. za pomocą szpatułki. Nagrzewamy piekarnik do 180 st. C (termoobieg). Dwie duże blachy wykładamy papierem do pieczenia i/lub silikonem i zapełniamy je ok. 5cm bezami w odstępach kilku cm (rosną). Wkładamy blachy do piekarnika, który od razu skręcamy do 150 st. C. Pieczemy 30 min., wyłączamy piekarnik i zostawiamy bezy na co najmniej 30 minut w cieple resztkowym, następnie studzimy na kratce.

Przed podaniem ubijamy śmietankę z cukrem, dodajemy ugotowany, roztarty rabarbar i dokładnie mieszamy; powstałym kremem dekorujemy bezy. Na wierzchu każdej układamy po kopiastej łyżeczce rabarbaru pieczonego, osiągając efekt wspomnianego wcześniej koślawego kopczyka ;).

* Początkowo napisałam "minioną", planowałam bowiem wpis dokończyć podczas krótkiego urlopu w Iranie, nie przewidując, że Blox należy do stron tam blokowanych ;). O kuchni perskiej będzie następny wpis.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Alioli oznacza dla mnie kuchnię południa Francji: taką z książek Mayle'a, tj. upalne lato w Prowansji, owoce morza, bagietka, schłodzone różowe wino. Przepis na sos z dodatkiem szafranu podpatrzyłam u Diany Henry, w książce "o kurczakach". Tu parę słów o autorce: mam jej trzy książki ("kurczaki", tj. A bird in the hand, jest trzecia) i bardzo podobają mi się zdjęcia (choć nie ma ich do każdego przepisu) i tematy (przetwory na wiele sposobów, dania zimowe, itd.), ale... Ale. Gdy dochodzi co do czego, nie najlepiej mi się z nich gotuje. Jeśli przepis na alioli jest dobrym przykładem, może powinnam traktować je tylko jako źródło inspiracji, podchodząc sceptycznie (rozumnie) do proponowanych ilości i proporcji ;).

W tym przypadku problemy były dwa: ilość wędzonej papryki sugerowana do doprawienia pieczonego kurczaka w klimatach hiszpańskich, ale ponieważ używam przyprawy regularnie, wyhamowałam po pierwszej łyżce, oraz ilość szafranu w alioli. Z tym ostatnim wiem, że nie należy przesadzać w wypiekach, ale w innych daniach używałam do tej pory tylko w zupie rybnej oraz risotto... i zaufałam Dianie Henry. Teraz już wiem, że należało użyć tylko szczypty przyprawy, nie 1/8 łyżeczki na 1 żółtko, bo sos wychodzi gorzkawy. Moczenie szafranu w oryginale było także nie do końca dopracowane. Te refleksje odzwierciedla przepis poniżej ;).

 Składniki: 

  • szczypta szafranu
  • ok. 1/2 łyżki soku z cytryny
  • 1 żółtko
  • ząbek czosnku
  • szczypta soli
  • 150ml oliwy z oliwek
  • dodatkowa sól, pieprz, sok z cytryny

Zacząć od namoczenia szafranu: zalać go sokiem z cytryny, delikatnie podgrzać i wystudzić, lub np. umieścić w miejscu typu grzejnik/ekspres do kawy na kilkanaście minut i w ten sposób podgrzać, następnie wystudzić*. Czosnek rozgnieść w moździerzu, wymieszać z żółtkiem i solą. Bardzo powoli, kropla po kropli i pracując trzepaczką - jak przy klasycznym majonezie - dolewać oliwę. Gdy całość się zagęści i zacznie wyglądać jak majonez, można lać oliwę trochę bardziej hojnie. Gdy zostanie całkiem wchłonięta, dodać szafran z cytryną, dokładnie roztrzepać i sprawdzić doprawienie.

* Można to także wykonać z wyprzedzeniem co najmniej kilku h - dłuższe moczenie mu nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie.

Sos w zamierzeniu miał być dodatkiem do pieczonego kurczaka i ziemniaków, także pieczonych, okazało się jednak, że świetnie pasuje do... sałatki ziemniaczanej, w której niepożądanej goryczy w ogóle nie było czuć :). Inne zastosowania to wspomniane wyżej ryby czy owoce morza... a może dip do surowych warzyw? Z sosem we właściwych już proporcjach na pewno jeszcze poeksperymentuję ;).

czwartek, 16 kwietnia 2015

Już kiedyś pisałam, że wiosna oznacza, że sięgam po Ottolenghiego. Tak było i rok, i dwa lata temu. Z jakiegoś powodu najczęściej mam zryw taki, że przygotowuję całą tematyczną kolację z Jerozolimy. Tym razem daniem głównym były klopsiki rybne w sosie pomidorowym, które nieco się rozpadły w trakcie smażenia i choć zostały uratowane przez M, a także były bardzo smaczne, do pokazywania - a tym bardziej fotografowania - już raczej się nie nadawały ;). Jako dodatek była pikantna marchewka, która okazała być bardziej wdzięcznym obiektem.

Pikantność ma się brać z pasty z ostrej papryki, autentycznej Pipelchumy lub harissy. Pod ręką miałam prezent zza Buga, tj. bardzo pikantną adżikę w postaci koncentratu i dałam jej mniej niż sugerowanych przez autora past (choć mam pewną tolerancję ostrych potraw): chyba najlepiej kierować się własnymi kubkami smakowymi. Z innych zmian - moja sałatka z 1/2 składników i z pominięciem rukoli, za to z dodatkiem kolendry; kuminu dałam nieco więcej.

Składniki:

  • 3 duże marchewki (ok. 350g)
  • ok. 1,5 łyżki oleju/oliwy
  • 1 mała cebula, drobno pokrojona (lub 1 szalotka jw. i ok. łyżeczki posiekanego pora)
  • 1,5-2 łyżeczki (lub wg uznania) adżiki/harrisy/podobnej pasty na bazie ostrej papryki
  • 1/2 łyżeczki kuminu, zmielonego w moździerzu
  • 1/4 łyżeczki kminku, jw.
  • szczypta cukru
  • 1,5 łyżki octu jabłkowego
  • hojna szczypta soli
  • świeża kolendra (ok. łyżki)

Marchewki obrać, umieścić w rondlu, zalać wodą, gotować ok. 20 minut pod przykryciem. Odcedzić, przestudzić, pokroić w plasterki. Gdy marchew się gotuje, zrumienić cebulę na łyżce oleju. Przełożyć cebulę do miski, wymieszać z resztą oleju i pozostałymi składnikami (poza kolendrą), na końcu dodać marchewkę. Odstawić na co najmniej 20 minut, by smaki się przegryzły, ponownie wymieszać. Udekorować kolendrą przed podanie.

Sałatki wbrew pozorom wychodzi konkretna porcja, ale resztki bardzo dobrze się przechowują i nadają do wzbogacania nie tylko bliskowschodnich potraw (np. są świetne do przełożenia kanapek z serem ;).

niedziela, 12 kwietnia 2015

Pierogi z mięsem są czasem na cenzurowanym, podobnie jak kotlet mielony, bo to „danie resztkowe”, „nie wiadomo, co jest w środku”, itd. (i raczej nie zamówiłabym ich w restauracji, choć dobrymi domowymi nie pogardzę ;). W kuchni polskiej – z tego co się zorientowałam – są nadziewane właściwie zawsze mięsem gotowanym, np. pozostałościami z rosołu (jak resztki, to resztki ;). U p. Ćwierczakiewiczowej znalazłam sugestię, żeby pomieszać mięso surowe z gotowanym („co tam jest w domu” - to cytat). Nie doczytałam się natomiast, by w kuchni rodzimej była tradycja czegoś takiego, jak rosyjskie (czy też syberyjskie) pielmieni, nadziewanych mięsem całkiem surowym, które gotuje się dopiero wraz z całą resztą pieroga.

Coś takiego właśnie postanowił zrobić M, wykorzystując do tego jagnięcinę. Nie nazwę jednak naszych pierogów pielmieni, bo – pomijając niecharakterystyczne mięso – mają „zwykły” kształt, nie okrągły, jak w tych syberyjskich.

Składniki:

  • ulubione ciasto pierogowe z 250g mąki
  • 500g zmielonej* jagnięciny (np. karkówki), z czego ok. 2 łyżki odłożone na później
  • 3 posiekane ząbki czosnku, z czego 2 do nadzienia a jeden odłożony na później
  • ok. 3 łyżek rozmarynu, z czego jedna do nadzienia, reszta odłożona na później
  • łyżka maślanki
  • sól, pieprz
  • olej/tłuszcz np. gęsi lub kaczy do smażenia
  • opcjonalnie: 1 mała cebula

Mięso (minus 2 łyżki) wymieszać dokładnie z 2 ząbkami rozdrobnionego czosnku i ok. 1 łyżką bardzo drobno posiekanego rozmarynu. Dodać łyżkę maślanki (można pominąć, jeśli masa będzie wydawała się bardzo mokra i kleista), doprawić hojną szczyptą soli i ze dwiema pieprzu. Odstawić do lodówki na czas wałkowania ciasta pierogowego. Wycinać szklanką niewielkie pierogi, nadziewać łyżeczką farszu, gotować na raty w osolonej wodzie, ok. 4-5 minut od wypłynięcia (czyli trochę dłużej, niż zazwyczaj). Osobno przygotować omastę: 2 łyżki mięsa przesmażyć (na oleju lub np. tłuszczu kaczym) z pozostałym czosnkiem i rozmarynem (można też dodać drobno posiekaną cebulę, tzn. najpierw ją zeszklić, potem dodać pozostałe składniki). Podawać pierogi z omastą. Jeśli ktoś bardzo chce – mogą być też jako dodatki śmietana czy musztarda, jak do pielmieni.

* Próbowaliśmy tylko siekać i niestety moim zdaniem mięso jest zbyt włókniste.

Smak jagnięciny jest mocno wyczuwalny, mimo - pozornie - dużej ilości rozmarynu, i to nam chodziło. Jeśli ktoś za nim nie przepada (choć zupełnie nie zgadzam się z opinią o "capieniu", chyba, że ktoś myśli o baraninie...), może mieć z tym problem, ale fani tego mięsa powinni być zadowoleni.

piątek, 03 kwietnia 2015

Miało być tak pięknie, tzn. przepis lekko wielkanocny i życzenia kilka dni przed samymi Świętami. Niestety, doba nie jest z gumy (a szkoda ;), ale cieszę się, że i tak zdążyłam przed Wielką Niedzielą.

To, że na Wielkanoc menu składa się głównie z jaj, nie jest niczym nowym. W moim domu do tej pory bywały gotowane (kraszanki do samodzielnego obrania, ew. obrane np. przekrojone na pół i ozdobione majonezem), a poza tym faszerowane w skorupkach. I już. Tymczasem niedawno (zainspirowana zdjęciami w internecie) zrobiłam na śniadanie tzw. muffiny jajeczne (choć nie wiem, czy nazwa mini omlety nie jest bardziej trafna) i wydaje mi się, że to całkiem ciekawa propozycja śniadaniowa, nie tylko na Święta. A czemu? Bo bardziej ambitna, choć prosta do wykonania; atrakcyjna wizualnie; łatwa do urozmaicenia i zmodyfikowania.

Możliwości jest wiele: można zrobić opcję rybną (np. z wędzonym łososiem albo może obgotowanymi krewetkami?), mięsną lub warzywną (szparagi!) i użyć innego sera (koziego, pleśniowego)... albo na odwrót, zmniejszyć ilość dodatków do minimum. Poniżej podaję swoją wersję.

Składniki (6 sztuk):
  • 3 jaja
  • 1/3 szklanki (80ml) mleka
  • hojna szczypta soli
  • szczypta musztardy w proszku (opcjonalnie)
  • ok. łyżki posiekanego szczypiorku
  • jw. posiekanej natki pietruszki
  • ok. 2 plastrów chudej wędliny, drobno pokrojonej
  • ok. 4 suszonych pomidorów, z grubsza pokrojonych
  • parmezan

Jaja roztrzepać z mlekiem, solą, musztardą i zieleniną. Natrzeć lekko olejem 6 otworów w foremce na muffiny* (lub 6 miseczek żaroodpornych). Napełnić miseczki/otwory ½ mieszanki jajecznej, równo rozdzielić wędlinę i pomidory, wlać resztę jaj, posypać parmezanem (po prostu starłam trochę nad każdym otworem). Piec 15-16 minut w 180 st. C. (termoobieg), podawać od razu. W moim odczuciu bardzo dobrze pasuje do nich ketchup lub inny sos pomidorowy.

* W pozostałych otworach można zrobić grzanki, co widać na zdjęciu poniżej :).

To co, ktoś się zdecyduje na takie jaja świąteczne ;)?

Wesołych i spokojnych!

niedziela, 29 marca 2015

 

Śledzie? Na wiosnę? Na Wielkanoc?... Już słyszę te okrzyki zdziwienia, na które odpowiem, że na śledzie zawsze jest pora (a do Wielkanocy jest jeszcze trochę czasu). Te kawowe zobaczyłam u Moniki i miałam ogromną ochotę zrobić (i zjeść!) ze względu na główne składniki.

Już po konsumpcji uważam, że najważniejszy jest wybór musztardy, to znaczy powinna być to ulubiona: nie za ostra czy za łagodna, tylko taka, którą naprawdę lubicie, bo wyraźnie ją w smaku czuć. Podobnie istotny jest miód, bo to drugi najmocniejszy smak (więc też nie wybierajcie takiego, za którym nie przepadacie). Kawę, wbrew pozorom, czuć dopiero na trzecim miejscu ;).

Niestety, w ostatniej chwili odkryłam, że mam w domu za mało musztardy, poza tzw. angielską w proszku. Wiedząc, że jest bardzo ostra, zredukowałam trochę ilość proszku w stosunku do wody, a i tak przy mieszaniu łzawiły mi oczy. Efekt końcowy, mimo dodatku cukru i oleju, jest zdecydowanie pikantny. Niestety, dla mnie trochę za bardzo, ale potraktowałam to jako nauczkę na przyszłość. Bo że przepis warto powtórzyć, to już wiem ;). Uwaga: u mnie, jak zawsze, śledzie niemoczone.



Składniki:

  • 500g solonych matjasów

Zalewa:

  • 200 ml wody
  • 100 ml cukru
  • 50 ml octu 10%
  • 5 listków laurowych
  • 3 ziela angielskie (nie byłabym taka drobiazgowa... ;)
  • 10 ziaren czarnego pieprzu (jak wyżej)

Sos:

  • 100 g ulubionej musztardy
  • 50 g ulubionego miodu
  • 50 g cukru demerara (można ew. spróbować też z drobnym brązowym)
  • 50 g oleju rzepakowego (lub innego neutralnego)
  • 15 g octu balsamicznego (lub 25 g np. jabłkowego)
  • 1 podwójne espresso lub ok. 10 g zmielonej kawy (u mnie to ostatnie)

Jeśli ktoś praktykuje moczenie śledzi, może je wcześniej kilka h wymoczyć, w przeciwnym razie (jak ja) przystępuje od razu do przygotowania zalewy: składniki wymieszać w rondelku, zagotować, wystudzić. Śledzie pokroić na kawałki o długości kilka cm, umieścić w naczyniu z pokrywką/nakrętką, zalać zalewą, odstawić do lodówki na dobę. Po tym czasie odcedzić.

Składniki sosu połączyć w misce, dokładnie ubić na krem. Śledzie wymieszać z sosem, przełożyć do dużego słoja, schłodzić co najmniej kilka h (osobiście uważam, że znowu przydałaby się doba) przed podaniem.

Że takie śledzie świetnie pasują do ciemnego pieczywa, to chyba żadna nowina ;).

sobota, 14 marca 2015

Właściwie ten wpis powinien nazywać się „addio cytrusy”, bo do wypieków wykorzystałam jedne z ostatnich sycylijskich pomarańczy, kupionych kilka tygodni temu, i ostatnie cytryny. Cóż, do zobaczenia za rok...

Tytuł mógłby także brzmieć „mój pierwszy mazurek”. W mojej rodzinie się ich nie wypiekało; pierwsze jadłam z cukierni, w ramach eksperymentów rodziców, i mi nie smakowały. Były zawsze za słodkie (bo najczęściej kajmakowe) i ciasto nie takie... A przecież dobre kruche uwielbiam. I mazurek nie musi być przesłodki. Innymi słowy, chciałam stworzyć wypiek pod swój smak, i to mi się udało ;). Jeśli mam piec sama mazurka, to właśnie cytrusowego.

Inspirowałam się przepisem na cytrynowy z Kwestii Smaku i pomarańczowy z Moje Wypieki (skąd wzięłam kandyzowane cytrusy), ale postępując po swojemu.

Składniki:

Lemon curd można zrobić tego samego dnia albo kilka dni** wcześniej. Ciasto kruche przygotować, schłodzić w lodówce; następnie przygotować kandyzowane plastry cytrusów:

Składniki:

  • 1 średnia pomarańcza i 1 cytryna (lub tylko jeden rodzaj owoców)
  • ¾ szklanki (180ml) wody
  • ½ szklanki (120ml) cukru

Cytrusy dość cienko pokroić (ze skórką, ale pozbywając się pestek). Z wody i cukru zagotować syrop. Skręcić ogień na średni/mały, dodać owoce, gotować ok. 1 godzinę, co jakiś czas obracając delikatnie widelcem. Osączyć na pergaminie. Nadmiar syropu wykorzystać do np. napojów lub tarty (patrz niżej).

Gdy cytrusy się gotują, rozwałkować ciasto kruche, wyłożyć nim prostokątną tartownicę (najlepiej z ruchomym dnem, o wymiarach ok. 13 x 30cm). Nakłuć, przykryć folią, schłodzić co najmniej 30 minut w lodówce. Nagrzać piekarnik do 200 st. C., piec tartę na ślepo (z obciążeniem) ok. 12 minut i kolejne 12-15 bez obciążenia (ciasto ma być wyraźnie rumiane).

Lekko przestudzony spód posmarować dokładnie kremem cytrynowym, posypać kandyzowaną skórką pomarańczową i udekorować plastrami cytrusów. Puste miejsca zapełnić płatkami migdałowymi, wcześniej zrumienionymi (nie spalonymi ;) na suchej patelni. Schłodzić przed podaniem, przechowywać w lodówce.

Warianty: można podwoić ilość kandyzowanych plastrów a zrezygnować ze skórki; zamiast płatków migdałowych można użyć startego marcepanu (na wierzch jako dekoracja lub pod krem).

Z resztek ciasta zrobiłam mini tartę rustykalną (na dwie porcje ;). Taki format całkiem mi się spodobał, a prezentowała się całkiem estetycznie i przed, i po pieczeniu. Ku mojemu zdziwieniu owoce nie puściły specjalnie soku. Środek stanowiły dwie czerwone pomarańcze, dokładnie obrane, ale nie wyfiletowane, pokrojone w dość cienkie plastry; ciasto pod owocami posypałam lekko bułką tartą zmieszaną z cukrem. Tartę po upieczeniu polałam ok. 2 łyżkami zachowanego syropu z kandyzowania.

* Z reszty można przygotować, poza mini tartę rustykalną, kruche ciasteczka.

** Do ok. 3-4 dni; curd także się (podobno) dobrze mrozi.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91
| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna