Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
wtorek, 28 lipca 2015

To pewnie żadne odkrycie, że chleby z dodatkiem ugotowanych ziemniaków są bardzo smaczne, wilgotne (w pozytywnym sensie) i długo pozostają świeże. Na blogu zresztą był już choćby taki z purée, czy rosyjski. Z jakiegoś jednak powodu (hm, może małe spożycie kartofli?) przez chyba kilka lat takiego pieczywa nie piekłam, aż... zostało kilka ziemniaków z obiadu. Dodałam je, razem z paroma łyżkami maślanki do pszennego zakwasowca, zbliżonego do innych często pieczonych przeze mnie chlebów. Efekty były tak zachęcające, że następnym razem specjalnie upiekłam kilka ziemniaków więcej ;). Tym razem dodałam dwa zakwasy, i pszenny, i żytni (dokarmione jednoetapowo) i zwiększyłam ilość mąki razowej. Kromki tego chleba widać na górnym zdjęciu. Walory smakowe też wyszły bardzo dobre, choć nie wiem, czy czysto pszenny nie jest jednak lepszy - więc na niego podaję poniżej przepis.

Składniki:

Zaczyn:

  • 80g mąki pszennej lub orkiszowej razowej
  • 80g aktywnego pszennego zakwasu
  • 80g wody

Wszystkie składniki zaczynu wymieszać, przykryć folią i odstawić na noc (lub 8-12h).

Ciasto właściwe:

  • 240g zaczynu jw.
  • 400g mąki pszennej chlebowej
  • 100g* mąki pszennej lub orkiszowej razowej
  • ok. 210-225ml wody
  • szczypta nasion kminku
  • trzy małe ugotowane/upieczone ziemniaki
  • ok. 3 łyżek maślanki
  • 1,5 łyżeczki soli (chyba, że ziemniaki były wyraźnie słone, wówczas niepełna łyżeczka)

* Można ew. zwiększyć do 150g, wówczas prawdopodobnie trzeba będzie dać więcej wody.

Następnego dnia (lub po upływie 8-12h) rozetrzeć ziemniaki z maślanką. Zaczyn wymieszać z wodą (zacząć od 210ml), następnie dodać ziemniaki i wszystkie pozostałe składniki, poza solą. Krótko wyrobić, żeby składniki się połączyły, przykryć i odstawić na ok. 30 minut. Posypać solą i dokładnie wyrobić ciasto (ręcznie lub mikserem). Jeśli ciasto będzie suche, dodać dodatkową wodę, gdyby mocno się lepiło, podsypać mąką.

Odstawić do wyrastania na ok. 3-3,5h (w trakcie złożyć dwukrotnie). Wyrośnięte ciasto uformować w bochenek, odstawić do wyrastania końcowego (ok. 1-1,5h) w omączonym koszyku. Piec na kamieniu, z parą, w 225 st. C. (termoobieg) przez ok. 35-40 minut.

Jeśli ktoś bardzo nie lubi kminku - a mam wrażenie, że w naszym kraju zdarza się to całkiem często ;) - może spróbować zastąpić go np. czarnuszką, ale osobiście uważam, że ziemniaki i kminek wyjątkowo do siebie pasują.

czwartek, 23 lipca 2015

Niedawno pisałam, w ramach „Zielono mi” o bobie z przyprawami. Zdjęcie tego bobu wzbudziło (ku mojemu zaskoczeniu) duże zainteresowanie na Facebooku, ale znacznie bardziej popularne okazały się pierogi z bobem. Nigdy ich wcześniej nie jadłam, choć obiły mi się o oczy w różnych miejscach w internecie, a gdy wspomniała o nich Magda Kasprzyk-Chevrieux w artykule o, no właśnie, bobie – klamka zapadła. M podszedł do sprawy sceptycznie, ale przypomniałam mu pierogi z dynią i zamilkł. Dodam, że końcowy produkt mu bardzo smakował ;).

Składniki:

  • ulubione ciasto pierogowe, moje jak zawsze (zużyłam łącznie około 360g ciasta)
  • 500g ugotowanego i wyłuskanego bobu
  • ok. 100g wędzonego boczku
  • ½ drobno posiekanej cebuli
  • ok. 2 łyżek drobno posiekanych ziół: lubczyk, koperek*
  • sól, pieprz
  • ok. 2-3 łyżek stopionego masła i dodatkowa garść lubczyku

Boczek wytopić na małym ogniu na suchej patelni, podkręcić ogień, chwilę przesmażyć, dodać cebulę, zeszklić. Wymieszać z bobem, całość rozgnieść, dodać zioła, doprawić do smaku. Farsz jest gotowy do nadziewania pierogów. Gotowe pierogi polać masłem z lubczykiem, przygotowanym analogicznie do szałwiowego czy koperkowego.


W temacie strączkowych z grządki: we Francji jedliśmy w jednym miejscu całe przesmażone strąki bardzo młodego groszku. Ponieważ groszek nam w tym roku obrodził i mamy i strąki jeszcze zupełnie miękkie, i gotowe do łuskania, na obiad zjedliśmy super prosty i szybki makaron.

Składniki:

  • ok. 200-220g makaronu
  • garść jak najmłodszych (zupełnie miękkich) strąków groszku
  • oliwa (ok. 1,5 łyżki)
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 tajska papryczka chilli
  • ok. 4 łyżek wyłuskanego groszku
  • parmezan

Gdy makaronowi zostało niewiele czasu do ugotowania, na patelni rozgrzać oliwę, przesmażyć drobno posiekany czosnek i chilli. Dodać strąki (może pryskać), smażyć ok. minutę. Wymieszać z ugotowanym makaronem, przełożyć na dwa talerze. Każdy posypać dwoma łyżkami groszku i (dość hojnie) świeżo startym parmezanem. Podawać natychmiast.

Jako taki PS nie na temat, bo z kategorii "owocowo", ale porzeczki pomału się kończą: próbowaliśmy czerwonej na pieczywie? Konkretnie na wieloziarnistym chlebie, z dodatkiem miękkiego koziego sera, miodu i czegoś zielonego (tu: liście rzodkiewki)? Polecam :).


poniedziałek, 20 lipca 2015

Gęste (syropowe) soki owocowe lub kwiatowe ostatnio schodzą u nas dość szybko, za sprawą M, które dodaje je do wody pitnej. To on postanowił, że w tym roku chce wyprodukować zapasy na co najmniej kolejny rok. Mój poprzedni sposób na sok odrzucił ze względu na dodawanie wody, natomiast zastosował coś w rodzaju domowej sokownicy – z durszlaka i garnka. Tegoroczna metoda sokowania jest prawie bezobsługowa, bo garnek siedzi w piekarniku, można jednak sok też robić na płycie kuchennej, wymaga to jednak większego nadzoru i częstej regulacji temperatury – żeby nie była za niska ani za wysoka.

Składniki:

  • Owoce (np. wiśnie, porzeczki) i cukier w proporcji 2:1*, czyli np. 2 kilo owoców i kilo cukru
  • duży garnek
  • durszlak (odporny na działanie temp. 90 st. C – od naszego odkręciliśmy rączki)

Owoce umyć, umieścić w durszlaku, durszlak umieścić w garnku, owoce zasypać cukrem. Umieścić w piekarniku nastawionym na 90 st., przykryć i zostawić na 45-60 minut (dłuższy czas, jeśli np. owoce były w temperaturze niższej, niż pokojowa). Garnek wyjąć na blat i rozgnieść owoce z cukrem za pomocą tłuczka do ziemniaków (lub podobnego narzędzia). Umieścić z powrotem w piekarniku na 15 minut. Czynności powtórzyć jeszcze trzykrotnie. Powstały sok zlać (jeśli nie zależy Wam na klarowności, masę owocową można jeszcze lekko przetrzeć) i od razu przelać do słoików/butelek i spasteryzować. W przypadku późniejszej pasteryzacji trzeba sok jeszcze raz podgrzać do 70 st. C przed przelaniem do naczyń.
* Jeśli nie lubicie bardzo słodkich soków a porzeczki/wiśnie są bardzo dojrzałe i stosunkowo słodkie, można dać tylko 2,5:1. W przypadku malin bym dała 3:1.

Odnośnie pasteryzacji w butelkach: nigdy tego wcześniej nie robiliśmy, tymczasem okazało się, że część naszych nakrętek – choć teoretycznie powinna była znieść temperaturę 140 st. wewnątrz piekarnika – okazała się nieodporna na podgrzewanie. Można oczywiście pasteryzować w butelkach z tzw. pałąkiem (swing top), ale nasze drugie podejście było z prawdziwymi korkami, które M zabezpieczył dodatkowo drutem a la koszyczki do szampana (można kupić takie gotowe). Produkcja domowych koszyczków w etapach wygląda jak poniżej:





W skrócie, chodzi o ułożenie dwóch zaciśniętych jak na zdjęciu kawałków drutu na krzyż na korku i związanie ich razem za pomocą trzeciego kawałka druciku. Koszyczek (domorosły lub nie) ma zabezpieczyć korek przed wystrzeleniem. Butelki z sokiem pasteryzowaliśmy ok. 15 minut w 140 st. C, potem zostawiliśmy je jeszcze na ok. 10 minut w piekarniku.

PS. Wytłoczyny owocowe można jeszcze wykorzystać - jako nadzienie do tarty lub do jogurtu, owsianki czy twarogu :).

czwartek, 16 lipca 2015

Pamiętacie wpisy z serii „Zielono mi”? Były rozmaite, np. dwa lata temu: boćwina, groszek i cukinia, rok temu: pasta z bobem (a jeszcze więcej znajdziecie TU). W tym roku też jest całkiem zielono, choć w ogrodzie (przypuszczam, że przez suszę plus niskie temperatury w maju/czerwcu) wszystko pojawia się lub dojrzewa o tydzień-dwa później. Dla przykładu dzisiaj jeszcze zerwałam kilka truskawek, a z tego co widziałam, czarny bez w rogu ogrodu jeszcze kwitnie ;).

Jakiś czas temu zjedliśmy kolację, w której każde danie było zielone. Głównym punktem programu były faszerowane okrągłe cukinie. Pierwszy raz udało mi się je kupić, i to lokalnie! Mam nadzieję, że nie piszczałam za głośno nad straganem ;). Po przyjściu do domu pobiegłam prosto do The French Market, w której wielokrotnie (wzdychając) oglądałam serię zdjęć pt. 'tak nadziewa się małe cukinie'. Oto przepis, dość wiernie odtworzony.

Składniki:

  • 4 małe okrągłe* cukinie
  • ok. 150g wędzonego boczku
  • 1 cebula, najlepiej cukrowa (w idealnym świecie: ze 3 szalotki)
  • 2 ząbki czosnku
  • garść świeżego majeranku (ew. innych ziół, np. oregano)
  • sok i skórka z 1 cytryny (wcześniej sparzonej, ew. eko)
  • sól, pieprz (do smaku)
  • oliwa

Cukinie umyć, odciąć górną część (jak czapkę) i zachować; łyżeczką wydrążyć owoce. Miąższ posiekać.

Boczek pokroić w kostkę i wytopić tłuszcz na małym ogniu na suchej patelni, następnie podkręcić temperaturę na średnią i zrumienić (w przypadku chudego boczku trzeba go przesmażyć na niewielkiej ilości oleju). Dodać posiekaną cebulę oraz czosnek, smażyć jeszcze chwilę. Zawartość patelni wymieszać z cukinią i ziołami, doprawić do smaku. Nadziać cukinie masą (uwaga, trzeba dość mocno upychać, a i tak może wyjść z lekką górką), przykryć „czapkami” z ogonków, lekko skropić oliwą i piec ok. 45 minut w 180 st. C (termoobieg).

Tak przyrządzone cukinie są bardzo delikatne i dość lekkie, mimo obecności boczku. Korciłoby mnie, żeby następnym razem trochę mocniej doprawić farsz. Można przyrządzić także wersję bezmięsną, np. z dodatkiem sera (może koziego?). Część cukinii została nam na kolejny obiad i odgrzałam je w piekarniku, wcześniej posypując parmezanem.

Do tego jedliśmy młody bób, który postanowiłam doprawić czymś więcej, niż tylko – jak dotychczas – solą. Nie wiem zupełnie, czemu nie wpadłam na ten pomysł wcześniej, a przecież daje to tyle możliwości! Skórka cytrynowa/pomarańczowa i kumin; rozmaryn i pieprz... albo jak tu:

Składniki:

  • 500g bobu
  • łyżka łagodnego octu (użyłam domowego jabłkowego)
  • łyżka dobrego oleju rzepakowego lub oliwy
  • ok. ¼ łyżeczki soli, lub do smaku
  • hojna szczypta ostrej papryki (może być np. w płatkach)
  • trzy łyżki posiekanych ziół (tu: koperek, mięta i szczypior)

Do miski wlać olej i ocet. Bób ugotować (NIE rozgotować, ma pozostać jędrny!), odcedzić. Młody, z cienkimi skórkami od razu przerzucić do miski z octem i olejem; nieco starszy możliwie szybko obrać i postąpić tak samo. Dodać pozostałe przyprawy i zioła, całość dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Odstawić do przegryzienia smaków na kilka minut (lub dłużej – można zostawić w temperaturze pokojowej przez np. pół godziny-godzinę).

Trzecie zielone? Szpinak, przyrządzony prawie tak, jak w tym wpisie (po przelaniu wrzątkiem dusiłam liście jakieś 2-3 minuty).

CD. zieleni nastąpi ;).

poniedziałek, 13 lipca 2015

To taki właściwie przepis-nie przepis, bo co to za aj waj zasypać cukrem porzeczki w słoiku? A jednak nie każdy sam na to wpadnie (a przynajmniej ja na pewno nie... chyba, że mówimy o etapie robienia nalewki). Wyczytałam o tym skandynawskim specjale (rysteribs) u Diane Henry (Salt sugar smoke) - swoją drogą, przyznacie, że czerwone porzeczki jakoś same w sobie kojarzą się ze Szwecją (może dlatego, że ładnie komponują się z bielą ;).

Można użyć porzeczek dowolnych (czarnych, czerwonych, białych). Diane Henry podała proporcje na 600g owoców, które wraz z cukrem (400g) miały wejść do litrowego słoika - moim zdaniem by się tam nie zmieściły, bo u mnie 450g plus cukier akurat zapełniły dobre 4/5.

Składniki: 450g czerwonych porzeczek, 250-220g* cukru

Porzeczki umyć, partiami przesypywać do litrowego słoja, stopniowo, łyżka po łyżce, przesypując cukrem. Na koniec dokładnie wstrząsnąć i zakręcić. Słój umieścić w lodówce, co jakiś czas wstrząsać - cukier w końcu się rozpuści (można zresztą ten proces przyspieszyć, zostawiając owoce przez co najmniej kilka h w temp. pokojowej). Przechowywać w lodówce, podobno przez tydzień (osobiście sądzę, że można dłużej).

* Z jednej strony 250 to już o 50g mniej, niż autorka sugerowała, z drugiej zastanawiałam się, czy jeszcze tej ilości nie zmniejszyć. Wybór należy do Was.

Co z tym robić? Podobno można używać do mięs/sera, czyt. tam, gdzie użylibyśmy brusznicy. Nie próbowałam, natomiast na razie wykorzystałam na słodko: jako dodatek do jagodowego koktajlu mlecznego, towarzystwo dla deseru lodowego oraz kaszy manny na śniadanie. Można też oczywiście dodać do owsianki, jogurtu czy twarożku - zastosowań jest wiele i faktycznie, taki słój pod ręką się całkiem przydaje.

niedziela, 12 lipca 2015

Upałów w Polsce chwilowo nie ma, ale kto wie, czy nie wrócą, a wtedy wiadomo, że najlepiej je się sałatki lub chłodniki. W repertuarze miałam dotychczas trzy: botwinkowy, „biały” i gazpacho, choć francuskie vichysoisse raz przyrządziłam (na kolację tematyczną dla gości).

Chłodnik z sałatą zaczerpnęłam z Veg Everyday Hugh Fearnleya-Whittingstalla. Szczerze mówiąc, kierował mną – jak co rok... – nadmiar sałaty na grządkach. HFW uważa, że to wariant vichysoisse, choć jeśli zastąpimy pora cebulą (zgodnie z sugestią autora), z oryginału zostają głównie ziemniaki i chłodnik ;). Moja wersja ma trochę inne proporcje: użyłam m.in. nieco więcej ziemniaków, dodałam lubczyk i więcej płynu, poza tym Hugh przestrzegał przed zmiksowaniem całości, uważając, że ziemniaki należy osobno przetrzeć. No cóż, moje się po pierwsze lekko rozpadły ;), po drugie przecieranie to największe zło, a po trzecie jadłam zmiksowane zupy ziemniaczane i nigdy nie wydawały mi się kleiste. Może to kwestia gustu? Dodam, że zupa dobrze smakuje także na ciepło i jest znacznie bardziej wyrazista niż inny eksperyment z sałatą, jaki mi się zdarzył... Magiczne działanie ziemniaka ;)? Inne proporcje? A może bardziej esencjonalny bulion, bo warto przy tak „ubogich” składnikach użyć jako bazy jak najlepszego (u mnie, jak od paru lat zawsze, domowy).

Składniki:

  • ok. 160g ziemniaków (dwa małe),
  • 1 mała cebula,
  • 500ml dobrego bulionu (warzywnego, drobiowego),
  • 1 mały zielony ogórek,
  • mała główka sałaty masłowej,
  • ok. 2 łyżek liści świeżego lubczyku,
  • szczypta gałki muszkatołowej,
  • łyżka śmietany (niewarząca się lub wcześniej zahartowana*)
  • sól, pieprz
  • do podania: szczypiorek, lubczyk; śmietana, grzanki

* Dokładnie wcześniej wymieszana z niewielką ilością zupy, stopniowo domieszana do reszty potrawy.

Cebulę przesmażyć na niewielkiej ilości oleju. Dodać umyte (jeśli młode)/obrane ziemniaki, przekrojone na ½, zalać bulionem (i ok. 50-100ml wody, żeby ziemniaki były przykryte), gotować ok. 10 minut. Dodać drobno pokrojonego ogórka, lubczyk i poszatkowaną sałatę, gotować dalsze 5 minut. Całość zmiksować w blenderze ze śmietaną, doprawić szczyptą gałki, solą i pieprzem do smaku. Jeść od razu w opcji na ciepło lub w wersji chłodnik schłodzić co najmniej kilka h przed podaniem. Można podawać z grzankami i dodatkową kapką śmietany (pominęłam), posypane np. szczypiorem lub świeżym lubczykiem. U nas na stole, jak widać, były dwa warianty – ten mniej 'aromatyczny' dla osób jeszcze idących do pracy ;).

Żeby było bardziej zielono na talerzu, można zamiast sałaty użyć szpinaku (ew. mieszanki sałaty i szpinaku). Można także kombinować z gatunkiem sałaty, np. użyć roszponki.

PS. Jeśli ktoś stęsknił się za Bicą, Oscypkiem i s-ką, zapraszam gościnnie do Grażyna gotuje.

piątek, 10 lipca 2015

W poprzednim wpisie wspominałam o Gateau Breton, maślanym cieście z północy Francji, z którym w wersji lekko egzotycznej ;) (ananas) spotkaliśmy się na południu kraju. Rozpoznaliśmy je dlatego, że kiedyś do tego ciasta robiliśmy podejście. Było to wiele lat temu, na działce (czyli w naszym obecnym domu), w warunkach polowych, nie mieliśmy odpowiedniej foremki - czyt. okoliczności nie sprzyjały. Może dlatego efekty były dyskusyjne: jeśli dobrze pamiętam, wyszedł nam jeden wielki tłusty zakalec ;).

Po powrocie z Prowansji myślałam o tym wypieku intensywnie. Przeglądając uwagi do przepisu w "Harrisowej" (French Kitchen, czyli jedna z najbardziej wyeksploatowanych przez nas książek kucharskich), natknęłam się na informacje o wariantach: z dżemem, suszonymi śliwkami lub bakaliami moczonymi w alkoholu. Google jeszcze opowiedział mi o opcji z jabłkami i powidłami (na ananasa nie trafiłam, więc sądzę, że to projekt autorski z Vaucluse). W tym samym czasie, przy okazji produkcji granoli, trafiłam na złoża różnych suszonych owoców, a właściwie: zasuszonych. Zgarnęłam je na kupkę, większe posiekałam, całość zalałam mocnym alkoholem i odstawiłam na kilka dni do spiżarni. W kilka dni później upiekłam Gateau Breton z pijaną wkładką, czyli ciasto nawet na oko jesienne. Jakie typowe, że właśnie taki wypiek stworzyłam w najgorętszy, jak dotychczas, dzień roku ;).

Poniżej przepis bazowy z opcją wkładki. Uwaga, ciasto jest specyficzne, tj. ma strukturę lekko piaskową, kruszącą się i wydaje się bardzo maślane - szczerze mówiąc, bardziej niż jest, zważywszy na skład. Jest dość sycące, zwłaszcza z bakaliami. Alkoholu nie czuć wyraźnie po upieczeniu. W miejscach, gdzie jest więcej owoców, ciasto może być wilgotniejsze, ale nie jest to typowy zakalec. Jeśli ktoś jednak nie przepada za takim efektem, niech wybierze wersję gołą.

Składniki:

  • 200g mąki
  • 200g drobnego cukru
  • 5 żółtek
  • skórka z 1 pomarańczy
  • 50g miękkiego masła
  • opcjonalnie: ok. 1-2 łyżek mleka; garść (ok. 100g) suszonych owoców (rodzynki, figi, morele, śliwki, itd.) zalana paroma łyżkami mocnego alkoholu (np. brandy)

W opcji alkoholowej zalać owoce (większe posiekać) paroma łyżkami alkoholu, tak aby były przykryte w ok. 2/3. Odstawić na co najmniej 12h (albo i kilka dni), przed przygotowaniem ciasta dokładnie odcedzić z płynu.

Cukier wymieszać z mąką i skórką cytrusową, zrobić w środku dołek, wbić żółtka. Wymieszać całość, następnie dokładnie wetrzeć masło. Można to robić po prostu palcami, choć całość się nieco lepi, można sobie pomóc łyżką, ale mikser raczej nie będzie potrzebny. Surowe ciasto będzie miało strukturę mokrego piasku. Wysmarować dobrze masłem tortownicę 23-24cm. W opcji bez nadzienia wyłożyć ciasto, wyrównać wierzch, ew. narysować radełkiem lub nożem wzorki poprzeczne a la kratka, posmarować mlekiem. W wersji z nadzieniem wyłożyć najpierw ok. 2/3 ciasta, wyrównać, rozłożyć równomiernie bakalie a pozostałe ciasto rozrzucić na wierzchu jak kruszonkę. Piec ok. 35-40 (dłużej z bakaliami) minut w 160 st. C (termoobieg).

niedziela, 05 lipca 2015

Każdy ma pewnie jakieś skojarzenia z Prowansją: pola kwitnącej lawendy, oliwki, zioła, malarze impresjoniści, targi, słońce, otwarte przestrzenie. Większość osób stojąc przed możliwością spędzenia w regionie paru dni pewnie miałaby swoją listę pt. „koniecznie do zobaczenia”. Całe szczęście, że moja lista pokrywała się z tą skompilowaną przez towarzyszy podróży, a były na niej „małe miejscowości” w Luberon/Vaucluse, Aix-en-Provence i Awinion. Bazą wypadową był także departament Vaucluse, konkretnie Leon en Provence na obrzeżu malowniczo położonego Le Beaucet (ok. 300 mieszkańców). Jak można się domyślić, sporo przeczytałam w życiu książek Petera Mayle'a ;). Wyjazd miał m.in. na celu przekonanie rodzica, mającego do tej pory do czynienia tylko z Paryżem, że „Francja da się lubić”. Zaskoczyło nas (pozytywnie) względna dzikość okolicy, w której mieszkaliśmy, i mniejsza, niż się spodziewaliśmy, liczba turystów. Jeśli chodzi o krajobrazy, to część rodziny miała skojarzenia z Toskanią (którą sama widziałam tylko na zdjęciach lub w filmach), z tym, że (cytując Mamę) w Prowansji „wszystko pachnie”. Bo to prawda: pachnie głównie lawendą w różnych postaciach (która już kwitła i w niektórych miejscach całkiem mocno!), ale i ziołami, czasem kadzidłem, czasem anyżem. A co do tej Toskanii... poniżej widok z ruin zamku nad Le Beaucet (gdzie czasem przypadkiem można trafić na koncert!):

 

Po wylądowaniu w Marsylii (wypatrując Chateau d'If z okna samolotu) ruszyliśmy do Aix. Słońce, pomalowane na żółto kamienice, wąskie uliczki. Lunch na skwerze (Place des Trois Ormeaux) z szumiącą fontanną, w której chłodzi się rosé. Jedliśmy sałatki i tatar z łososia, piliśmy wino białe i różowe (to samo, co siedziało w fontannie), ale największe wrażenie, poza fontanną, wywarły desery: klasyczna tarta cytrynowa z bezą włoską (na szczęście – zważywszy na stosunek do tego typu bezy – ja jej nie zamówiłam ;), zestaw magdalenek z sosem czekoladowym czy calissons, z których słynie Aix: lekko ciągnące się migdałowe ciasteczka. Po przejściu się po mieście i odwiedzeniu muzeum Granet przyszedł czas na zakupy na kolację. Rue d'Italie – marzenie kulinarków czy smakoszy – szczęśliwie była po drodze do parkingu. W skrócie, wybór serów i past do pieczywa (z oliwek, z papryki, z bakłażana itd.) w, uwaga warzywniaku był taki, że prawie się popłakałam (i wolałam nie zastanawiać się, co jest w fromagerie...). W piekarni dostałam oczopląsu. Wino na szczęście wybrał już M. Na kolację jedzoną na podwórzu pensjonatu składał się więc świeży rustykalny chleb, lokalne wino, pasta z suszonych pomidorów, pomidory, marynowane karczochy i plastry bakłażanów, sery i czereśnie.

Jednym z serów kupionych w Aix-en-Provence był lokalny banon: łagodny (bo chyba jedliśmy młody) ser kozi. Pojawił się ponownie na śniadanie („tak kozi, z kóz, o tam” [za wzgórzem], cytując naszą gospodynię Isabelle)... wraz z dojrzewającymi wędlinami, świeżymi owocami, bagietką, rogalikami i innymi smakołykami, bo śniadania w Leon en Provence nie były bynajmniej „kontynentalne” ;). Podawane przez Isabelle ciasta (tak, na śniadanie; nie, zazwyczaj ciasta jem na deser) wyjątkowo mi smakowały: cieniutka tarta jabłkowa na bardzo maślanym spodzie czy równie maślane ciasto z ananasem (rozpoznane przez nas jako coś a la Gateau Breton z dodatkiem owoców). Choć oczywiście, zjadłam ½ millefeuille Mamy (skoro proponowała...), to jednak te proste ciasta śniadaniowe najbardziej przypadły mi do serca (czy też innego organu ;).



Więcej serów już mniej łagodnych skosztowaliśmy w jedynej miejscowej restauracji (Auberge du Beaucet – przy sobocie wszystkie stoliki zajęte), przy czym owczy mógłby konkurować z A Casinca (o którym wspominałam), jeśli chodzi o walory smakowe oraz, hm, zapachowe. Bez odwiedzenia stoiska z nabiałem nie opuściliśmy także Les Halles w Awinionie, które – przyznaję bez bicia – były moim „musisz to zobaczyć” (ale pałac papieski też zwiedziłam, i obejrzałam z daleka most ;).

Podejście do "Hal" można mieć dwojakie: albo należy przyjść najedzonym, żeby uniknąć pokus spożywczych, albo przeciwnie – trzeba przyjść tam coś zjeść. Kupić i zjeść można niemal wszystko (choć przestrzeń nie jest bardzo duża, czyt. spodziewałam się czegoś większego), od mięsa (i podrobów w dużym wyborze!) po wypieki, od warzyw po trufle... niemal, bo jakoś bezglutenowe wyroby z chia mi się nie rzuciły w oczy ;). Weganie też mogliby się czuć trochę poszkodowani (choć warzywa – jest stragan poświęcony różnym ziemniakom... – i owoce, typu pyszne melony z Cavaillon, powinny ich pocieszyć). Nasza czwórka po załadowaniu siat z kolacją zaspokoiła głód owocami morza (pierwszy raz jadłam trąbiki), podanymi z aioli, oraz tartami warzywnymi (i ww. millefeuille, nazwanym przez Mamę „francuską kremówką”). A co składało się na te zakupy, można zobaczyć poniżej na lewo.

Podczas zwiedzania „małych miejscowości” (Gordes, Roussillon, Bonnieux, Lourmarin... tak, znowu jak z kart Roku w Prowansji), po lekkim obiedzie, po którym postanowiłyśmy z Mamą, że musimy rozgryźć, jak zrobić galaretkę z pomidorów, pojechaliśmy kawałek za Lourmarin do winnicy Chateau Constantin. Czytałam o niej i u Mayle'a (gdy właścicielem był przyjaciel pisarza), i na np. tym blogu. Od dawna chciałam odwiedzić jakąś winnicę, bo choć wino bardzo lubię, nigdy nie miałam okazji zobaczyć z bliska miejsca, w którym się je wytwarza (a winorośl mijana przy autostradzie w Austrii się nie liczy). Chciałam też móc porozmawiać z kimś, kto bezpośrednio bierze udział w produkcji wina. Jako fanka Bezdroży bałam się jednak czegoś w stylu „winnicy z autokarami” (kto oglądał, ten wie o co chodzi) lub też nadąsanej obsługi a la Benoit. Niepotrzebnie: dość długo zastanawialiśmy się, czy w ogóle w okolicy jest ktoś poza nami, czy też wszyscy udali się na poobiednią drzemkę (zostawiając otwarty sklep). Ze względu na ciszę, upał, wino(rośl) i widoki (bo Chateau jest ładnie położony), miałam skojarzenia z naszym piknikiem we Frascati.

Kiedy już właściwie zbieraliśmy się do odjazdu, pojawił się Dale, który opowiedział nam (w swoim języku ojczystym, czyt. zrozumiałym dla wszystkich obecnych, bo po francusku - w miarę - z towarzystwa mówiłam tylko ja ;) o winnicy i winach, których próbowaliśmy, w tym oryginalnego – choć specyficznego – rosé przechowywanego nie w beczkach, ale w amforach. Okazało się, że najbardziej pasuje nam klasyka, czyli nie wina amforowane lub ozdobione etykietą dla fanów burleski ;) (Madame Constantin), tylko te marki Chateau Constantin. Białe i różowe plus zakupy z Les Halles złożyły się na ostatnią prowansalską kolację.

Jeszcze w temacie posiłków i wspomnianego wyżej mięsa: nie udało nam się nigdzie skosztować jagnięciny, z której podobno słynie region, choć, jak przyznała Isabelle, gdy jej to zasugerowałam, mógł nie być (jeszcze) na nią sezon. Najciekawszym mięsnym daniem okazała się... sałatka zamówiona przez M w Cavaillon, w którym zatrzymaliśmy się tylko na obiad po drodze na lotnisko. Była to salade ardechoise, która zawierała kacze żołądki, plastry marynowanej kaczki oraz plastry tzw. caillette – wędliny trochę zbliżonej do kaszanki (to duże uogólnienie), z dodatkiem szpinaku lub boćwiny.

Już na lotnisku kupiliśmy sobie pamiątkę z wakacji – butelkę pastisu, czyli anyżówki. Mayle miał rację, że to alkohol, który (paradoksalnie) świetnie pasuje do tamtejszego klimatu. Nadaje się na aperitif, bo zaostrza apetyt. To co jednak najbardziej mi się spodobało – a degustowaliśmy pastis w Auberge du Beaucet – to to, że każdy sam zgodnie z upodobaniami dolewa sobie wody (z dzbanka z lodem) do alkoholu. Doświadczenie tureckie (raki w Selçuku) było takie, że dostałam wielką szklankę już wymieszanego mlecznego płynu, którego we dwójkę nie byliśmy w stanie wypić.

Podsumowując – i wracając do początku postu – nie wiem, czy Tata jest przekonany, że Francja da się lubić, ale do Prowansji na pewno się przekonał. To miejsce, w którym łatwo spędzić i weekend, i dłuższe wakacje nie nudząc się, a możliwości jest wiele: od pieszych wędrówek czy kolarstwa (bo rowerzystów jest mnóstwo) po objazdówkę artystyczną/kulinarną/winną, itp. Ba, leżenie w basenie i słuchanie cykad jest także bardzo przyjemne.

Z tego wszystkiego – skoro Mazury aktualnie próbują dogonić Prowansję pod względem temperatur – chyba czas ruszyć tą pamiątkę z wakacji ;). Santé!

wtorek, 30 czerwca 2015

Dawno chyba na blogu nie było przypominajek? Tym razem chodzi o placek cebulowy, który miał już wiele wcieleń, w tym "przegląd warzywny", jarzynowy czy cukiniowy.

Najnowsza wersja to pomidorowa. Może trochę trudniejsza do podania, o czym niżej, ale za to bardzo smaczna... jeśli się jest pomidorożercą, oczywiście, ale już dawno temu uznałam, że ludziom, którzy nie lubią pomidorów, nie można do końca ufać ;).

Składniki:

  • ciasto na placek cebulowy, z ½ składników; masło można spokojnie zastąpić oliwą

Sos:

  • 500ml przecieru pomidorowego,
  • oliwa,
  • 1-2 ząbki czosnku,
  • garść świeżych ziół,
  • ew. ok. pełnej łyżeczki suszonych,
  • np. tymianek czy oregano,
  • sól, szczypta (lub do smaku) ostrej papryki,
  • 1 pomidor (np. malinowy),
  • ok. 4-6 (zależnie od wielkości, duże przekroić na 2-3 paski) suszonych pomidorów

Czosnek rozdrobnić, przesmażyć na niewielkiej ilości oliwy (najlepiej w rondlu lub patelni, którą potem można umieścić w piekarniku). Dodać przecier, zioła, hojną szczyptę soli i ostrą paprykę, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować, aż całość wyraźnie zgęstnieje; w tym czasie przygotować ciasto. Wmieszać w już odparowany sos suszone pomidory, sprawdzić doprawienie. Surowego pomidora pokroić w plastry, rozłożyć równomiernie na sosie. Ciasto rozwałkować, przykryć nim sos i dalej postępować jak w oryginalnym przepisie.

Uwaga: inne warianty placka, jakie pokazywałam, bazowały na dość gęstym i nie bardzo mokrym farszu, więc nigdy nie miałam problemu z odwracaniem ciasta i podawaniem. Tu może się zdarzyć, że nie cały sos opuści garnek razem z ciastem, bez problemu jednak można to poprawić (czyt. dosztukować) już na talerzu i nikt się niczego nie domyśli ;). Podawać najlepiej z dodatkiem młodej zielonej sałaty.

sobota, 27 czerwca 2015

Od dawna makaron domowy robiliśmy według jednego przepisu (tzn. TEGO), zmieniając tylko ewentualnie mąki. Najczęściej używałam mieszanki uniwersalnej lub tortowej pszennej z tzw. kaszką makaronową. Ostatnio jednak M oznajmił, że taka wersja jest zbyt delikatna. Zaproponowałam, żeby użyć mieszanki mąki pszennej z semoliną - i na tym ostatecznie się skończyło, jednak wcześniej M znalazł także inny przepis bazowy (na portalu Serious Eats). Powiem szczerze, że podziwiam zapał do eksperymentowania i cierpliwość autorki (mnie by się szybko skończyła) - polecam zajrzenie do linku choćby dla zdjęć porównawczych. Makaron z ostatecznie opracowanego przez nią przepisu jest smaczny i bardziej treściwy (choć, jak napisałam powyżej, w naszym makaronie jest ponadto dodatek semoliny). Minusem jest to, że wymaga większej liczby jaj/żółtek niż metoda 100g mąki = 1 jajo, ale coś za coś...

Przy okazji testów (łącznie 3 razy) sprawdziliśmy, że jednak grubiej wałkowany makaron (3 ustawienie od końca w maszynce) nam bardziej smakuje. Po właściwym wysuszeniu (wreszcie w miarę opanowaliśmy sztukę suszenia w gniazdach, bo wcześniej różnie z tym bywało...) dobrze się przechowuje w temp. pokojowej.

Składniki (zasadniczo za tym przepisem):

  • 150g mąki pszennej uniwersalnej/tortowej
  • 150g semoliny
  • 2 duże jaja
  • 4 duże żółtka
  • łyżeczka soli

Wymieszać mąki i sól w misce, zrobić na środku dołek, wbić jaja i żółtka. Wyrabiać ciasto mikserem z hakiem (polecam), ew. ręcznie, aż całość będzie elastyczna, gładka, dość twarda. Ciasto lekko omączyć, owinąć folią, odstawić by odpoczęło w temperaturze pokojowej co najmniej 30 minut.

Kawałki ciasta lekko rozpłaszczać wałkiem i kilka razy przepuścić przez pierwsze ustawienie maszynki do makaronu, składając za każdym razem jak list (ew. wykonać tą czynność ręcznie). Wałkować na dalszych ustawieniach maszynki (u nas do 7 z 9), ciąć na np. tagliatelle. Powstały makaron zwinąć w gniazdko, dokładnie omączyć, lekko otrzepać, ponownie uformować w gniazdko (jak np. na zdjęciu powyżej) i odłożyć np. na blaszkę do wysuszenia. Blaszkę umieścić w ciepłym i suchym miejscu (jeśli pogoda i temperatura nie sprzyja, można wykorzystać np. ciepło resztkowe piekarnika). Podczas suszenia regularnie (i delikatnie) gniazdka przewracać, żeby się nie zlepiły (co pozostawione same sobie zapewniam, że zrobią). Wysuszone gniazdka przełożyć do np. szczelnego worka strunowego lub pojemnika i przechowywać w suchym miejscu.

A gdy już mamy ten makaron, można zjeść na obiad minimalistyczne danie. Z bobem. Takim, jak rok temu, tylko jeszcze oszczędniej: tylko bób, boczek, oregano w ramach ziół, a z przypraw tylko sól i (dość obficie) pieprz. Po co więcej?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93
| < Lipiec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna