Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
wtorek, 30 czerwca 2015

Dawno chyba na blogu nie było przypominajek? Tym razem chodzi o placek cebulowy, który miał już wiele wcieleń, w tym "przegląd warzywny", jarzynowy czy cukiniowy.

Najnowsza wersja to pomidorowa. Może trochę trudniejsza do podania, o czym niżej, ale za to bardzo smaczna... jeśli się jest pomidorożercą, oczywiście, ale już dawno temu uznałam, że ludziom, którzy nie lubią pomidorów, nie można do końca ufać ;).

Składniki:

  • ciasto na placek cebulowy, z ½ składników; masło można spokojnie zastąpić oliwą

Sos:

  • 500ml przecieru pomidorowego,
  • oliwa,
  • 1-2 ząbki czosnku,
  • garść świeżych ziół,
  • ew. ok. pełnej łyżeczki suszonych,
  • np. tymianek czy oregano,
  • sól, szczypta (lub do smaku) ostrej papryki,
  • 1 pomidor (np. malinowy),
  • ok. 4-6 (zależnie od wielkości, duże przekroić na 2-3 paski) suszonych pomidorów

Czosnek rozdrobnić, przesmażyć na niewielkiej ilości oliwy (najlepiej w rondlu lub patelni, którą potem można umieścić w piekarniku). Dodać przecier, zioła, hojną szczyptę soli i ostrą paprykę, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować, aż całość wyraźnie zgęstnieje; w tym czasie przygotować ciasto. Wmieszać w już odparowany sos suszone pomidory, sprawdzić doprawienie. Surowego pomidora pokroić w plastry, rozłożyć równomiernie na sosie. Ciasto rozwałkować, przykryć nim sos i dalej postępować jak w oryginalnym przepisie.

Uwaga: inne warianty placka, jakie pokazywałam, bazowały na dość gęstym i nie bardzo mokrym farszu, więc nigdy nie miałam problemu z odwracaniem ciasta i podawaniem. Tu może się zdarzyć, że nie cały sos opuści garnek razem z ciastem, bez problemu jednak można to poprawić (czyt. dosztukować) już na talerzu i nikt się niczego nie domyśli ;). Podawać najlepiej z dodatkiem młodej zielonej sałaty.

sobota, 27 czerwca 2015

Od dawna makaron domowy robiliśmy według jednego przepisu (tzn. TEGO), zmieniając tylko ewentualnie mąki. Najczęściej używałam mieszanki uniwersalnej lub tortowej pszennej z tzw. kaszką makaronową. Ostatnio jednak M oznajmił, że taka wersja jest zbyt delikatna. Zaproponowałam, żeby użyć mieszanki mąki pszennej z semoliną - i na tym ostatecznie się skończyło, jednak wcześniej M znalazł także inny przepis bazowy (na portalu Serious Eats). Powiem szczerze, że podziwiam zapał do eksperymentowania i cierpliwość autorki (mnie by się szybko skończyła) - polecam zajrzenie do linku choćby dla zdjęć porównawczych. Makaron z ostatecznie opracowanego przez nią przepisu jest smaczny i bardziej treściwy (choć, jak napisałam powyżej, w naszym makaronie jest ponadto dodatek semoliny). Minusem jest to, że wymaga większej liczby jaj/żółtek niż metoda 100g mąki = 1 jajo, ale coś za coś...

Przy okazji testów (łącznie 3 razy) sprawdziliśmy, że jednak grubiej wałkowany makaron (3 ustawienie od końca w maszynce) nam bardziej smakuje. Po właściwym wysuszeniu (wreszcie w miarę opanowaliśmy sztukę suszenia w gniazdach, bo wcześniej różnie z tym bywało...) dobrze się przechowuje w temp. pokojowej.

Składniki (zasadniczo za tym przepisem):

  • 150g mąki pszennej uniwersalnej/tortowej
  • 150g semoliny
  • 2 duże jaja
  • 4 duże żółtka
  • łyżeczka soli

Wymieszać mąki i sól w misce, zrobić na środku dołek, wbić jaja i żółtka. Wyrabiać ciasto mikserem z hakiem (polecam), ew. ręcznie, aż całość będzie elastyczna, gładka, dość twarda. Ciasto lekko omączyć, owinąć folią, odstawić by odpoczęło w temperaturze pokojowej co najmniej 30 minut.

Kawałki ciasta lekko rozpłaszczać wałkiem i kilka razy przepuścić przez pierwsze ustawienie maszynki do makaronu, składając za każdym razem jak list (ew. wykonać tą czynność ręcznie). Wałkować na dalszych ustawieniach maszynki (u nas do 7 z 9), ciąć na np. tagliatelle. Powstały makaron zwinąć w gniazdko, dokładnie omączyć, lekko otrzepać, ponownie uformować w gniazdko (jak np. na zdjęciu powyżej) i odłożyć np. na blaszkę do wysuszenia. Blaszkę umieścić w ciepłym i suchym miejscu (jeśli pogoda i temperatura nie sprzyja, można wykorzystać np. ciepło resztkowe piekarnika). Podczas suszenia regularnie (i delikatnie) gniazdka przewracać, żeby się nie zlepiły (co pozostawione same sobie zapewniam, że zrobią). Wysuszone gniazdka przełożyć do np. szczelnego worka strunowego lub pojemnika i przechowywać w suchym miejscu.

A gdy już mamy ten makaron, można zjeść na obiad minimalistyczne danie. Z bobem. Takim, jak rok temu, tylko jeszcze oszczędniej: tylko bób, boczek, oregano w ramach ziół, a z przypraw tylko sól i (dość obficie) pieprz. Po co więcej?

czwartek, 18 czerwca 2015

Ponad tydzień temu siedziałam wieczorem na tarasie, czytając książkę, gdy M pojawił się przede mną ze szklanką wypełnioną - na pierwszy rzut oka - truskawkami, miętą i wodą. Po spróbowaniu okazało się, że jest tam nie tylko woda ;). Zaskoczona spytałam: "Co to?" i usłyszałam: "Strawberry smash".

Oczywiście musiałam wygooglać, o co chodzi, ale w skrócie wszelkie smashe to drinki na bazie zmiażdżonych (jak słowo smash wskazuje) owoców. Warianty są różne, choć truskawki są chyba popularnym wariantem. Napój mi się spodobał, i w jakiś tydzień później zrobiłam swoją wersję...

Składniki (1 porcja, oczywiście w zależności od zapotrzebowania stosownie zwiększyć):

  • ok. 6-7 truskawek, z tego 2 do dekoracji
  • kopiasta łyżeczka cukru
  • parę liści melisy cytrynowej (lub mięty, lub np. werbeny/bazylii)
  • sok z 1/2 limonki
  • 50ml rumu lub ginu (osobiście wolę ten pierwszy)
  • lód (kruszony lub zwykły)
  • woda sodowa (polecam!) lub gazowana

W większej szklance umieścić 2/3 truskawek, cukier i zioła, dokładnie rozgnieść. Dodać sok z limonki i alkohol, wymieszać. Dopełnić wodą gazowaną/sodową, dodać parę kostek lodu lub 1-2 łyżki kruszonego oraz pozostałe truskawki (całe lub pokrojone na 1/2). Pić od razu, najlepiej z widokiem na przyrodę ;).

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jak Wasze spożycie rabarbaru? Już przestaliście, czy jeszcze z entuzjazmem pijecie kompoty, jecie placki itd.? Osobiście już czuję pewne znużenie, choć własny rabarbar po raz pierwszy* wreszcie wygląda jak trzeba, a zjedliśmy dopiero parę łodyg...

Rok temu zrobiłam różowy sos do polędwiczek wieprzowych, a w tym roku był replay, przy czym zupełnie nie pamiętałam o tamtym przepisie (odkryłam go na blogu przypadkiem, gdy po obiedzie rabarbarowym zostało tylko wspomnienie). Bazowałam na tym (klik klik) przepisie a pierwsze podejście było z niewielkiego kawałka karkówki. Nie mam doświadczenia z pieczeniem tego mięsa (tak, wiem, wiem, co ze mnie za Polka ;) i oczywiście źle obliczyłam czas (czyt. mięso piekło się 2 x dłużej niż sądziłam). Wówczas też obłożyłam wieprzowinę sosem do pieczenia. Powtórzyłam już grzecznie z polędwicy, zmieniając lekko proporcje sosu. Obie wersje wyszły bardzo smaczne, bo po prostu rabarbar pasuje do wieprzowiny. Uwaga: mimo podzielenia sosu proporcjonalnie, zostało mi go po obiedzie całkiem sporo - na zimno bardzo dobrze smakuje do sera czy wędlin. Niestety przez dodatek cebuli itd. kolor nie wychodzi taki ładny, jak w wersji 2014.

Składniki:

  • ok. 450-500g polędwiczki wieprzowej
  • łyżeczka mielonej kolendry
  • sól, pieprz
  • olej/oliwa
  • 1 średnia cebula (cukrowa lub zwykła, najlepiej czerwona)
  • rabarbar (ok. 2-3 łodyg, zależnie od wielkości)
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 2 łyżki brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • szczypiorek, drobno posiekany (ok. łyżki)

Nagrzać piekarnik do 220 st. C (termoobieg). Polędwiczkę natrzeć kolendrą, hojną szczyptą pieprzu i ok. 1/2 łyżeczki soli, zrumienić dokładnie na ok. łyżce oleju/oliwy. Przełożyć do piekarnika (najlepiej w tym samym naczyniu, w którym obsmażaliście, u mnie to była patelnia widoczna na zdjęciu, do której dorzuciłam wcześniej obgotowane ziemniaki). Piec ok. 15-20 minut lub aż mięso wewnątrz osiągnie temperaturę ok. 65 st. C, potem odstawić na kilka minut, by odpoczęło. Można też piec tak, jak w poprzednim przepisie (dłużej, ale w nieco niższej temperaturze).

Gdy polędwiczka się piecze, przygotować sos: drobno pokrojoną cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju/oliwy, lekko zwilżyć wodą, skręcić ogień na mały i chwilę dusić. Podkręcić ogień, dodać drobno pokrojony rabarbar, hojną szczyptę soli, ocet i cukier, gotować, aż rabarbar się rozpadnie. Sprawdzić doprawienie, ew. dosłodzić lub mocniej posolić. Jeśli komuś przeszkadza gruboziarnista struktura sosu, może go zmiksować lub przetrzeć. Podawać z upieczonym mięsem, z dodatkiem posiekanego szczypiorku.

poniedziałek, 08 czerwca 2015

Gdy dwa lata temu naszło mnie na retro wypieki, upiekłam Mój Pierwszy Biszkopt... ale jakoś nigdy potem nie było powtórek, może ze względu na M podejście do biszkoptu („nieinteresujący”). Od jakiegoś czasu jednak myślałam o roladzie. Takiej posypanej cukrem pudrem, z owocowym nadzieniem w środku. Owoce nasuwały się same przez się: w końcu zaczął się sezon truskawkowy, jednak żeby nie było za słodko, dorzuciłam rabarbar. Tak oto powstała Moja Pierwsza Rolada ;).

Przepis na biszkopt zaczerpnęłam od Karoliny, której rolady od dawna podziwiałam, a farsz jest wg własnego widzimisię. Uwaga: wychodzi go trochę za dużo jak na tą ilość ciasta, ale zapewniam, że jest smaczny i te 2-3 nadprogramowe łyżki wcale się nie zmarnują. Ja je zjadłam od razu po zwinięciu rolady, ale przypuszczam, że można je zachować do np. wzbogacenia śniadania. Można oczywiście także po prostu zmniejszyć ilość owoców...

Składniki:

Ciasto:

  • 3 jajka
  • 2 łyżki drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej

Masa:

  • ok. 200-220g rabarbaru
  • 5-6 łyżek cukru
  • szczypta wanilii
  • 300g truskawek
  • 5 listków żelatyny

Masa owocowa: Rabarbar pokroić w kostkę, wymieszać w rondelku z wanilią, 3 łyżkami cukru i ok. 2/3 szklanki wody. Zagotować, gotować na małym ogniu ok. 10-15 minut, aż całość rozpadnie się na mus. Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie, jak zmiękną, wymieszać z gorącym rabarbarem (ale już nie gotować!). Osobno zmiksować truskawki z pozostałym cukrem (jeśli są b. słodkie, wystarczą 2 łyżki), stopniowo wmieszać w masę rabarbarową. Odstawić do wystudzenia (po przestudzeniu wstawić do lodówki). Gdy masa wyraźnie zgęstnieje i zacznie tężeć można jej użyć do przełożenia biszkoptu - u mnie zajęło to kilka godzin.

Biszkopt: większą foremkę (ok. 28x34 cm, albo zwykłą blachę piekarnikową) wyłożyć papierem do pieczenia. Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Dodać cukier i nadal ubijać. Dodać po jednym żółtku cały czas ubijając. Na koniec dodać mąki i połączyć całość delikatnie. Wylać masę na przygotowaną blachę (w przypadku piekarnikowej trzymać się mniej więcej powyższych wymiarów - mój biszkopt był nieco większy), wyrównać. Wstawić do piekarnika na 180 st. (termoobieg) na około 12-15 minut (piekłam 12, ale wydaje mi się, że trzeba było chwilę ten czas wydłużyć). Ściereczkę posypać drobnym cukrem, przełożyć na nią upieczony biszkopt (papierem do góry). Zdjąć papier i zwinąć wzdłuż krótszego boku razem ze ściereczką, odłożyć na kratkę do przestudzenia.

Ostudzony biszkopt rozwinąć, zdjąć ściereczkę i wysmarować ok. 3/4 ciasta tężejącą masą (tak jak pisałam, ok. 2-3 łyżek pewnie zostanie, jeśli nie zmniejszycie proporcji), zostawiając także ok. 1 cm wolnego miejsca od brzegów. Zwinąć - tak zgrabnie, jak się da ;) - w roladę. Wstawić do lodówki do całkowitego stężenia. Gotową roladę można posypać cukrem pudrem, świetnie smakuje też z lodami waniliowymi.

Werdykt? Smaczne, delikatne, zdecydowanie w klimatach retro. M zaakceptował - chyba głównie ze względu na obfitość lekko kwaskowatego nadzienia, które mu smakowało ;) - choć bez entuzjazmu. Nie ma jednak też zakazu powtórek...

piątek, 05 czerwca 2015

Hummus z białej fasoli mignął mi gdzieś na zdjęciu w internecie i MUSIAŁAM go zrobić. Najlepiej natychmiast, no, dobrze, odcierpiałam czas moczenia fasoli. Ku swojemu smutkowi w szafce znalazłam jej tylko małą garść i musiałam dosztukować grochem...

Tu taka uwaga: oczywiście, ktoś może się obruszyć, że nie ma czegoś takiego jak hummus z fasoli, (a pesto jest tylko z bazylii). Nie podchodzę emocjonalnie do nazewnictwa w tym przypadku (nie to, co do takiego „sernika” z kaszy jaglanej ;)), ale jakoś rzeczywiście bardziej pasuje mi nazwa pasta. Ewentualnie smarowidło. Pokrewne awaryjnemu z samego grochu, ale clou smakowe tkwi, moim zdaniem, w dodatku świeżego estragonu (tzw. francuskiego**).

Składniki:

  • ¾ szklanki fasoli Jaś
  • ok. ½ szklanki grochu w połówkach*
  • liść laurowy
  • ok. 2 łyżek dobrego oleju np. rzepakowego, z lnianki lub oliwy
  • sól, pieprz, sok z cytryny (wszystko do smaku)
  • ok. łyżki posiekanego estragonu francuskiego (koniecznie!**)
  • opcjonalnie: ok. ½ łyżki liści majeranku
  • kopiasta łyżka tahiny

Fasolę namoczyć na noc. Następnego dnia odcedzić, zalać świeżą wodą, dodać liść laurowy i groch, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować, aż całość będzie miękka (ok. 1 h; nie szkodzi, jeśli groch się rozpadnie); co jakiś czas sprawdzać, czy woda nadmiernie nie odparowała. Odcedzić (wodę z gotowania można zachować do ew. rozrzedzenia pasty), wymieszać z pozostałymi składnikami w malakserze, zmiksować na gładko, doprawić wg uznania. Zajadać na dobrym pieczywie (na zdjęciach widać chleb żytni na zaparce) lub w towarzystwie świeżych warzyw.

* Oczywiście można użyć samej fasoli, u mnie miks był z konieczności.

** Nie rozumiem, czemu nie ma więcej informacji na temat odmian estragonu, ale rosyjski jest bardziej wytrzymały, łatwiejszy w hodowli, ale niestety smakuje i pachnie tylko sianem, za to trudniejszy do utrzymania francuski ma wyraźny, świeży anyżowy posmak – a więc bardzo się różnią, jeśli chodzi o walory kulinarne! Wspominałam o tym zresztą np. przy okazji soli 12 ziół.

niedziela, 31 maja 2015

Co jakiś czas mam ochotę zapełnić pojemnik na ciasteczka, postawić go na stałe na blacie kuchennym i później, oczywiście, systematycznie opróżniać. Zakup nowego wałka, a konkretnie wałka grawerowanego (widać fragment na zdjęciu poniżej), to także dobry pretekst do upieczenia takiego drobiazgu.

Przy okazji sprawdzania, jak te wzorki się odcisną na cieście, chciałam zrealizować dawny plan: domowe kruche kakaowe (bo należały do moich ulubionych w czasach, gdy kupowałam ciasteczka). Kruche miodowe – bez dodatku cukru, ale z dodatkiem płatków owsianych – upiekły się niejako przy okazji. Chyba łatwo dojrzeć podobieństwa w proporcjach między jednym a drugim przepisem.

Ciasteczka miodowe

Składniki:

  • 60g jasnego miodu
  • 100g zimnego masła
  • 120g jasnej mąki pszennej/orkiszowej
  • 30g drobnych płatków owsianych błyskawicznych
  • łyżka jogurtu/maślanki
  • bardzo zimna woda

Masło wetrzeć w mąkę i płatki aż całość będzie przypominać okruchy. Dodać miód, jogurt i tyle wody, ile będzie potrzeba, by powstało spójne i elastyczne ciasto. Owinąć folią, schłodzić co najmniej 1 h w lodówce. Wałkować dość cienko, wycinać dowolne kształty. Piec w 190 st. C (termoobieg), do zezłocenia (ok. 15-20 minut, w zależności od grubości ciasta i preferencji dotyczących wypieczenia).



Ciasteczka kakaowo-korzenne

Uwaga: przyprawy można spokojnie pominąć i upiec ciasteczka „tylko” kakaowe.

  • 50g cukru (jasnego lub np. muscovado)
  • 100g zimnego masła
  • 120g jasnej mąki pszennej/orkiszowej
  • 30g kakao (najlepiej przesianego)
  • opcjonalnie: po szczypcie chilli i pieprzu, ok. 5-6 rozdrobnionych ziaren ziela angielskiego, 2 szczypty gałki muszkatołowej, ½ łyżeczki mielonego imbiru
  • ok. 3 łyżek bardzo zimnej wody

Masło wetrzeć w mąkę i kakao aż całość będzie przypominać okruchy. Dodać przyprawy i tyle wody, ile będzie potrzeba, by powstało spójne i elastyczne ciasto. Owinąć folią, schłodzić co najmniej 1 h w lodówce. Wałkować możliwie cienko (choć nie jest ono tak przyjemne w obróbce, jak miodowe), wycinać dowolne kształty (ja po prostu pokroiłam nożem na prostokąty). Piec w 190 st. C (termoobieg), ok. 15-18 minut.

Wśród innych ciasteczkowych wpisów na blogu polecam m.in:

piątek, 29 maja 2015

Piątek (czyli niedziela*) w Teheranie, ok. 15. Niewiele się dzieje, część sklepów i restauracji czynna, ale wiele zamkniętych na głucho, w tym dwa obstawiane źródła obiadu. Zachwalany m.in. w przewodniku Khoshbin miał być „do trzech razy sztuka, albo łapiemy taksówkę i wracamy do hotelu”. M z nosem w telefonie (tj. w mapie i GPS) mówi, że musimy być blisko, a ja, patrząc na nieskoordynowaną kolejkę przed wejściem: Hm, chyba to akurat jest czynne...

M udało się przebić do środka malutkiej restauracji, okazało się, że jeśli chwilę poczekamy, to za kilka minut powinien być stolik, bo przynajmniej część zewnętrznej kolejki czeka tylko po to, by odebrać zamówienia na wynos. Przycupnęłam więc na stołku koło rodziny z zawstydzoną nastolatką, a w chwilę później siedziałam przy kilkuosobowym stoliku w środku. Zamówienie złożyliśmy głównie metodą stukania palcem w menu po angielsku, a potem dostaliśmy... No właśnie. Właściwie ja miałam dostać danie z bobem, bo choć wahałam się przez chwilę nad zachwalanym w Lonely Planet mirza ghasemi, wybrałam co innego. Znajdowało się chyba za blisko mirza ghasemi w menu ;). Sos czosnkowo-pomidorowy (bakłażany były tylko gdzieś w tle) początkowo potraktowaliśmy jako dodatek do ryby M, kiedy jednak bób się nie materializował, zrozumieliśmy, że nastąpiła pomyłka. Ponieważ jednak ja ze smakiem skonsumowaliśmy, nie było powodów do narzekań.

Danie znad Morza Kaspijskiego pojawiło się ponownie podczas naszej wycieczki na pustynię, podczas śniadania w drodze - ruszyliśmy o 6 rano, pierwszy posiłek zjedliśmy ok. 2,5h później, z przewodnikiem i kierowcą – jego ciotką**. Mirza ghasemi zamówiła ta ostatnia (i tym razem danie wydawało się wyraźnie jajeczne), i poczęstowała M („na pewno jest głodny, tak szybko zjadł”), który swoje warzywa z serem faktycznie zjadł najszybciej. Bo też brał mały udział w rozmowie... ;).

Co to w takim razie jest mirza ghasemi (pisane także mirza ghassemi)? W skrócie, to duszony bakłażan z czosnkiem i pomidorami, zaciągnięty jajem. W Pomegranate and roses, które kupiłam od razu po powrocie z Iranu, Ariana Bundy proponuje też wbicie całych jaj w masę warzywną, celem ugotowania – zupełnie jak w szakszuce. Było to pierwsze perskie danie, które postanowiłam wykonać w domu. Zasadniczo trzymałam się przepisu, dzieląc proporcje na ½, ale lekko zwiększając ilość pomidorów, choć i tak danie wyszło mi – w moim odczuciu – mniej pomidorowe niż to, które zjadłam w Khoshbin. Oryginał wydawał mi się też mniej jajeczny. Szczerze mówiąc, nie ma oczywiście obowiązku ich dodawania, nawet jeśli tradycja tak każe ;).

Składniki (2 porcje):

  • 1 duży bakłażan (ew. 2 mniejsze)
  • 2 duże ząbki czosnku (+ 1 mały)
  • 500ml przecieru pomidorowego
  • oliwa
  • ½ łyżeczki kurkumy
  • sól (ok. ¼-½ łyżeczki, lub do smaku), pieprz
  • ok. łyżki masła (lub 2-3 cienkie plastry)
  • 2 średnie jaja (ew. 1 bardzo duże)

Bakłażana umyć i lekko nakłuć widelcem, 2 ząbki czosnku lekko natrzeć oliwą. Grillować (na grillu węglowym lub np. w piekarniku w ok. 230 st.) ok. 20-30 minut (uwaga, jeśli czosnek nie jest b. duży, dorzucić go do bakłażana po ok. 10-15 minutach, bo mnie udało się swój częściowo spalić :/). Lekko przestudzić, ściągnąć przypaloną skórkę z jednego i drugiego, rozgnieść miąższ.

Rozgrzać w dużym garnku ok. łyżkę oliwy, dodać kurkumę, masę bakłażanowo-czosnkową, sól i pieprz (parę obrotów młynkiem). Przesmażyć kilka minut, dodać pomidory, skręcić ogień na mały i gotować bez przykrycia ok. 20 minut, aż całość odparuje i zgęstnieje. Sprawdzić doprawienie.

Tuż przed podaniem rozłożyć na wierzchu niewielką ilość masła (autorka sugerowała dużo więcej...) w wiórkach lub cienkich plastrach i wymieszać całość z roztrzepanymi jajkami. Chwilę gotować, mieszając, aż jajka się zetną, zdjąć z ognia i posypać startym/zmiażdżonym czosnkiem.

Podawać ze świeżymi ziołami (tajska bazylia, mięta, pietruszka, estragon, itd.), jogurtem i lawaszem (patrz niżej). U mnie dodatkowo była surowa cebula (kto nie wie dlaczego, zapraszam TU) i ostra zielona papryczka, także krótko zgrillowana.

Co do lawaszu: od dawna chciałam spróbować zrobić miękkie placki z patelni, w które można by zawijać różne dobre rzeczy (typu falafelki czy klopsiki, możliwości jest wiele...). Martwiłam się, jak moja patelnia stalowa – zahartowana, z patyną, ale przecież nominalnie nie nieprzywierająca – da radę. Okazało się, że świetnie: nic nie przywarło, nie zadymiłam także całego mieszkania. Polecam, bo smak jest całkiem autentyczny. Przepis znalazłam na tym blogu, poniżej z moimi uwagami.

Składniki (na ok. 12 sztuk, robiłam z ½)

  • 3 szklanki mąki pszennej uniwersalnej
  • 1 szklanka gorącej wody
  • 1/2 łyżeczki soli

Do gorącej wody dodajemy sól i dokładnie ją rozpuszczamy. Mąkę umieszczamy w misce. Dodajemy stopniowo gorącą wodę z solą do mąki, mieszając całość. Po dodaniu całej wody wyrabiamy ciasto łyżką/rękoma do momentu aż przestanie kleić się do rąk. Miskę z wyrobioną kulą ciasta przykrywamy wilgotną, czystą ściereczką lub folią. Odstawiamy na 30 minut by ciasto odpoczęło.

Mocno rozgrzewamy patelnię z nieprzywierającą powłoką (lub inną, zahartowaną). Nie dodajemy tłuszczu.

Ciasto dzielimy na porcje wielkości małego jajka. Rozwałkowujemy (można także delikatnie rozciągać rękoma) możliwie cienko, na ok. 20cm. Wykładamy każdy placek na dobrze rozgrzaną patelnię. Smażymy przez minutę lub mniej z obu stron, aż pojawią się brązowe plamki. Placki mogą się także miejscami wybrzuszyć/napuszyć. Usmażony placek skrapiamy wodą - dokładnie, z obu stron (robiłam to częściowo pędzelkiem, częściowo chlapiąc wodą i ją rozprowadzając rękoma). Przykrywamy dokładnie wilgotną ściereczką, żeby placek pozostał miękki. Podobnie postępujemy z pozostałymi plackami, pamiętając o ich każdorazowym dokładnym przykryciu (można układać jeden na drugim) i podajemy od razu po zakończeniu smażenia.

* Piątek to dzień świąteczny w Iranie, zasadniczo/teoretycznie niehandlowy.

** Przezwanej przez M Laleh Seddigh, ew. zakonnicą z filmów z Louis de Funes z serii Żandarm. Nie było jednak aż tak ostro, jak w tym filmie, choć do czołowego zderzenia z tirem mało nie doszło, a chichoty i elementy religijne też były.

niedziela, 24 maja 2015

Dawno temu w rodzinie mojej Mamy był pies Tobik, czarny pudel („jeden lok”, cytując Mamę). Był niejadkiem, w co wierzę, bo mimo dużych starań wszystkich kobiet w rodzinie, pozostał bardzo szczupły. Najbardziej lubił jeść słodycze... ale najpierw Dziadek próbował nakarmić go brajką.

Co takiego? A więc podobno pierwszego poranka ze szczeniakiem Dziadek – który wcześniej narzekał na pomysł brania psa do domu - najpierw golił się z pudlem na kolanach, a potem chciał go nakarmić. Nie miał zbyt rozwiniętych zdolności kulinarnych, nie znał się też na żywieniu zwierząt. Dał mu więc to, co umiał zrobić a sam najbardziej lubił zjeść, tj. bułkę namoczoną w mleku i posłodzoną. Czyli właśnie brajkę.

Taką historię opowiadała mi wielokrotnie Mama, i nostalgicznie myślałam sobie o niej (ww. Tobika kojarząc tylko z zamazanych czarno-białych zdjęć), krusząc czerstwy chleb orkiszowy* do miski. Po zjedzeniu śniadania usiadłam do komputera, rozmyślając o kuchni regionalnej i niemile się rozczarowałam, gdy Google na hasło „brajka” nic mi na temat nie powiedział. Dalsze poszukiwania zaprowadziły mnie m.in. do filmiku z Nigellą (wiedziałam, że gdzieś o tym czytałam po angielsku!), ale więcej dowiedziałam się po rozpoczęciu dyskusji na Facebooku.


Otóż: niektórzy znają drobionkę (opisywaną przez Basię) lub bułkę drobioną, bułkę parzoną, poznańską snelkę (od 'schnell?' Szybkie śniadanie?), brejkę albo po prostu bułę z mlekiem. Występuje też wariant z kakao zamiast mleka i słodką bułką. Są też wersje niesłodkie. Nikt jednak nie kojarzył nazwy „brajka”, niby podobnej do brejka, ale co ciekawe, odtwarzającej wymowę niemieckiego Brei [brai] (jak powiedziała mi jednak dziś Mama: "kto wie, czy same tej nazwy nie przekręciłyśmy, bo brejka kojarzyła nam się z breją?"). Wszyscy wspominali to jako coś, co albo jedli w dzieciństwie i/lub dawali im dziadkowie, albo jedli to Ci ostatni. Widziałam też wyznania pt. „trauma dzieciństwa” ;).

Jak więc zrobiłam swoją brajkę, bo przy tej rodzinnej nazwie pozostanę?

Do miski wkruszyć czerstwą bułkę lub dwie kromki suchego pieczywa (u mnie tym razem chleb orkiszowy razowy). Zalać mlekiem – zimnym lub podgrzanym. Posypać cukrem do smaku (u mnie – demerarą) i w wersji luks oprószyć cynamonem lub mieloną wanilią. Jeść od razu.

*Chleb miodowy upiekłam w ilości podwójnej (i tym razem z mąki orkiszowej) i jeden bochenek zamroziłam. Okazało się, że to pieczywo się do tego nie nadaje, bo po rozmrożeniu bardzo się kruszy. Brajka nasunęła się więc sama przez się.

niedziela, 17 maja 2015

Wygląda na to, że nie spieszyłam się ze szparagami na blogu w tym roku. Pewnie są tacy czytelnicy, którzy już patrzeć na nie nie mogą ;). Wciąż zwlekam z próbą oswojenia białych (więc nie wiem, czy ta próba w ogóle w tym roku nastąpi...), a zielone były na razie na trzy sposoby: w omlecie, z sosem z tuńczyka i w lasagne.

Jeśli chodzi o ten sos: myślałam sobie o vitello tonnato, zimnej przystawce z cielęciny w sosie tuńczykowym, za którą przepadam, choć dawno nie miałam okazji kosztować. Wpadłam na pomysł podania w ten sposób pieczonych szparagów i sądząc, że jestem bardzo odkrywcza... do czasu, gdy mi uświadomiono, że nihil novi, bo choćby znajome blogerki (Thiessa i Anoushka) już wieki temu prezentowały tak przyrządzoną cukinię ;).

Sos do vitello tonnato przeważnie przygotowuje się z dodatkiem majonezu, którego zasadniczo nie miewam w domu (jeśli jem, to tylko domowy), użyłam więc zamienników, o których niżej.

Składniki:

  • 3-4 pęczki szparagów

Sos:

  • puszka tuńczyka w sosie własnym (dobrze osączona)
  • 2 kopiaste łyżki gęstego jogurtu naturalnego
  • 2 łyżki jw. śmietany 18%
  • 2 łyżki oliwy
  • sól, pieprz, sok z cytryny do smaku
  • do dekoracji: kapary lub posiekane sardele (anchois)

Szparagi upiec (jak w tym przepisie, tylko pominąć posypanie serem do podania). Gdy siedzą w piekarniku, zmiksować w malakserze wszystkie składniki sosu, poza elementami dekoracji, doprawić do smaku. Podawać gorące upieczone szparagi z zimnym sosem, udekorowane niewielką ilością kaparów lub anchois.

Do tego niewielka ilość pieczonych ziemniaków lub świeże pieczywo i obiad gotowy.

Lasagne przygotowałam analogicznie do tej z cukinii, używając jako farszu warzywnego ok. 1,5 pęczka szparagów krótko obgotowanych (ok. 4 minut) i przekrojonych na 1/2 wzdłuż; z sera użyłam tylko parmezanu do posypywania warstw szparagów. Parę szparagów umieściłam także w warstwie wierzchniej, do zapieczenia na sosie. Smaczne, stosunkowo lekkie i kolorowe, a to dla mnie zawsze plus ;).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 92
| < Lipiec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna