Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 26 sierpnia 2015

Dawno, dawno temu, tzn. jakieś kilkanaście lat temu, czerpaliśmy inspiracje kulinarne głównie z jednej książki kucharskiej pt. "Grill i dania na piknik". Wydaje mi się, że zabrałam ją jako wiano wyprowadzając się z domu ;). Jak teraz przeglądam te poplamione (a nawet czasem nadpalone) strony, krzywiąc się na widok zdjęć, przypominają mi się dania, których wieki nie jadłam: o, steki diabelskie! Grillowane podudzia kurczaka w sosie pomidorowym (cały piekarnik do mycia...),  burgery wegetariańskie z fistaszkami (za pierwszym razem w ogóle się nie doczytałam, że orzeszki mają być solone i całość była bardzo niesłona :D) czy taramasalata. Tą ostatnią robiłam oczywiście po greckich wakacjach nr 1 i 2 (2001/2002) i jak teraz patrzę na przepis, to rozważam błąd w tłumaczeniu. Taramasalata grecka jest zawsze z ikry, więc rada by użyć "ikry wędzonej ryby lub ryby wędzonej" wydaje mi się obecnie, hm, kreatywna. Niemniej zapamiętałam, że pasta w wersji rybnej (bo umówmy się, chyba nigdy nie miałam ikry do jej produkcji) była bardzo smaczna, i jak miałam nadprodukcję ulubionej troci, wyciągnęłam na blat malakser i namoczyłam chleb. Trochę zmieniłam proporcje dodatków, m.in. w oryginale był ząbek czosnku, ja jednak o nim zupełnie zapomniałam. Nie zaszkodziło to jednak paście - przynajmniej można było ją dłużej przechować, bo pamiętam, że wersja z jej dodatkiem raczej szybko powinna zniknąć z lodówki ;).

Składniki:

  • 200g wędzonej troci (ew. innej ulubionej ryby wędzonej, ale troć bardzo polecam),
  • 1 ugotowany/upieczony ziemniak,
  • 1 większa kromka białego pieczywa,
  • 3 łyżki oliwy lub dobrego oleju rzepakowego,
  • ok. łyżki zieleniny (natki pietruszki, koperku, mieszanych ziół),
  • sok z 1/2 cytryny,
  • opcjonalnie: mały ząbek czosnku (patrz uwagi wyżej)

Pieczywo krótko namoczyć w zimnej wodzie, odcisnąć. Umieścić w malakserze razem z  pozostałymi składnikami. Zmiksować na gładko, doprawić do smaku (dokwasić cytryną, ew. posolić - u mnie nie było konieczności). Gdyby masa była za gęsta, ew. rozrzedzić lekko zimną wodą.

Z ciekawostek M po spróbowaniu smarowidła powiedział: "Wiesz, z czym mi się to kojarzy? Były takie pasty rybne w tubkach...". Spytałam tylko, czy to miał być komplement (podobno tak ;).

niedziela, 23 sierpnia 2015

Pizza z ziemniakami chodziła za mną od dawna, co najmniej od dawnych, przedblogowych czasów Galerii Potraw. W Rzymie nie udało się planu zrealizować (frytki w moim odczuciu się nie liczą ;), ale w końcu M, który odpowiada u nas za produkcję pizzy, dał się namówić. Poszliśmy w opcję pizza bianca, bez sosu pomidorowego, z nieco luźniejszego (i później trochę grubiej rozwałkowanego) ciasta. Wersji minimum, choć smacznej, trochę czegoś (umami?) brakowało, i na drugą upieczoną połowę dołożyliśmy parę sardeli (dlatego na zdjęciach widać wersję i przed, i po). Ponieważ to okazało się kropką nad i, sugeruję anchois dodać albo od razu (ale pod ziemniaki, żeby się nie spaliły), albo najlepiej dorzucić na wierzch minutę przed końcem pieczenia.

Składniki:

  • ciasto na pizzę (z tego przepisu), wody o 1-2 łyżki więcej, żeby ciasto było bardziej luźne
  • 1 duży ziemniak (pokrojony na plastry ok. 3mm),
  • 2 ząbki czosnku,
  • oregano (świeże - niewielka garść; suszone - ok 1/2 łyżki),
  • oliwa,
  • kulka mozzarelli,
  • kilkanaście filecików anchois (sardeli)

Piekarnik z kamieniem do pieczenia nagrzać do maksymalnej temperatury co najmniej godzinę przed pieczeniem (a jeśli ktoś ma piec chlebowy, to sam wie, co robić ;). Wyrośnięte ciasto rozwałkować kilka mm grubiej, niż normalnie. Skropić oliwą, rozłożyć równomiernie anchois (jeśli wchodzą od razu do środka, patrz uwagi powyżej), na to rozłożyć ziemniaki, czosnek, oregano i ser pokrojony w plastry, całość jeszcze raz skropić oliwą. Piec ok. 10-12 minut; w opcji z dokładaniem sardeli pod koniec pieczenia dorzucić je na wierzch ok. minutę przed wyciągnięciem pizzy z pieca.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Kto ma jeszcze w ogrodzie rabarbar? W tym roku M bardzo serio podszedł do naszej kępy rabarbarowej (czy też dołka, zważywszy na lokalizację...). Po paru latach wzdychania podczas przebieżek przed domem byłych sołtysów i wyjątkowo dorodnym rabarbarem (z którego nawiasem mówiąc właściciele chyba w ogóle nie korzystają), podszedł do sprawy poważnie i, jak mówi nasza zaprzyjaźniona ogrodniczka, „dał mu jeść”. To znaczy porządnie go nawiózł naszym kompostem, kilka razy (plus przepielił, nawodnił, itd.). Okazało się, że rabarbar chyba lubi jeść, bo tak duży nie był nigdy (czyt. zaczął przypominać rabarbar, a nie sadzonkę), no i rośnie do tej pory. W związku z tym niedawno z paru łodyg zrobiłam lemoniadę, a właściwie krzyżówkę kompotu z hot ginger lemon honey (które, jak się okazało, świetnie też smakuje solo w postaci schłodzonej!). W smaku, moim zdaniem, najmocniej czuć rabarbar i... miód.

Składniki:

  • ok. 2 dużych łodyg rabarbaru,
  • 2 goździki,
  • 3-5 plastrów imbiru (średnicy paznokcia u kciuka ;),
  • 3 łyżki miodu,
  • sok z 1 ½ cytryny

Rabarbar z grubsza pokroić, zalać ok. 350ml wody, dodać goździki, miód i imbir (ilość plastrów: wg upodobań, zaczęłam od trzech, ale uznałam, że to za mało i dołożyłam potem 2), gotować ok. 15 min. Przestudzić, odcedzić (jeśli wam nie zależy na klarowności, można lekko przetrzeć). Osobno wymieszać sok z cytryny z 600ml wody. Połączyć wodę cytrynową z rabarbarem, zweryfikować smak, ew. dosłodzić lub dokwasić. Całość schłodzić w lodówce.

Podobno upały jeszcze mają wrócić ;).

wtorek, 18 sierpnia 2015

Kolekcję strudli owocowych uzbierałam całkiem pokaźną: jabłkowy, wiśniowy i śliwkowy są na blogu i wszystkie były udane. Do serowego podeszłam z optymizmem, uznając, że pierwsze koty za płoty już były, serniki piekłam, więc co ma się nie udać! Przeczytałam kilka przepisów na niemieckojęzycznych portalach i zrobiłam jakąś wersję wypadkową. Myśląc o tym, że austriacki Topfen z polskim twarogiem ma niewiele wspólnego, wzięłam to, czego normalnie nie używam, czyli tzw. mielony ser z wiaderka. Problemy wystąpiły już przy zwijaniu ciasta, a potem... no cóż. Zjeść się dało, choć bez entuzjazmu, a pokazywać wolałabym nie. Podejście drugie było jeszcze gorsze, choć wciąż jeszcze jadalne. Przy trzecim (które miało być ostatnim) M zaproponował, żebym może znalazła „jakiś oryginalny przepis, a nie kombinowała”. Zdecydowałam się na ten z bloga Tinas Tausendschoen (na którego trafiłam już jakiś rok temu przez Pinterest), i potulnie wróciłam do normalnego twarogu w kostce. I co? I wyszło! Może nie jest tak dobry, jak ten z Cafe Bazaar w Salzburgu (jak oni upchnęli tyle sera do środka?!), ale jest całkiem przyzwoicie - także od strony wizualnej.

Uwaga, nadzienie wg Tiny jest sezonowe, bo zawiera narodowy owoc austriacki, czyt. morele. Można je jednak zastąpić namoczonymi rodzynkami.

Składniki:

  • ciasto na strudel z tego przepisu
  • 250ml mleka
  • 17,5g (½ opakowania) budyniu śmietankowego lub waniliowego (w proszku, bez cukru)
  • szczypta mielonej wanilii/parę kropel ekstraktu waniliowego
  • 100g cukru pudru
  • 2 łyżki kaszy manny
  • 250g twarogu w kostce (NIE MIELONEGO), tłustego lub półtłustego
  • 1 jajo
  • ok. 160-180g wydrylowanych moreli w połówkach
  • żółtko lub jajo do posmarowania strudla
  • cukier puder do podania

Mleko dokładnie wymieszać w rondelku z budyniem, wanilią, cukrem i kaszą, zagotować, chwilę gotować, stale mieszając, aż masa zgęstnieje, odstawić do wystudzenia. Twaróg dokładnie rozetrzeć, np. mikserze, dodać jajo i wystudzoną masę mleczną.

Ciasto rozwałkować itd. jak w przepisie na strudel jabłkowy. Rozłożyć równomiernie masę serową, zostawiając ok. 2cm margines, na serze rozłożyć równomiernie owoce. Zwinąć jak w poprzednim przepisie, umieścić na blaszce z papierem/matą do pieczenia, posmarować ciasto dokładnie roztrzepanym żółtkiem/jajem. Piec ok. 30 minut w 180 st. C (termoobieg). Najlepiej smakuje na ciepło (czyt. po lekkim przestudzeniu lub podgrzaniu), choć na zimno też znajdzie amatorów. Podawać oprószone cukrem pudrem.

Uwaga, ciasto może lekko pęknąć – u mnie na sam koniec pieczenia ;) - ale cukier ładnie zakrywa wszelkie braki w urodzie ;).



czwartek, 13 sierpnia 2015

Anglosasi posługują się terminem trigger alert, uprzedzając na np. forach internetowych, że zamierzają poruszyć kontrowersyjny temat. A więc ostrzegam! Będzie o mięsie! Co gorsza, o podrobach.

Nigdy nie ukrywałam, że lubię podroby. Częściej jem je zimą, ale bardzo podziałał mi na wyobraźnię przepis w najnowszej książce Rachel Khoo (Kitchen notebook) pt. „letnie bolognese”. Ja bym powiedziała, że poza tym, że letnie, to bardzo zdekonstruowane ;). Przepis zakładał użycie wątroby jagnięcej, co mnie ucieszyło, bo akurat posiadałam ją w zamrażarce. Potem jednak wczytałam się w składniki, popatrzyłam na wagę posiadanej wątroby i uznałam, że jest jej dużo za dużo. Przepis odłożyłam ad acta, aż przypomniałam sobie o małych porcjach podrobów, które w całości miały stworzyć coratellę (tylko, że się nigdy nie zmobilizowałam do jej zrobienia). W efekcie powstała wersja inspirowana oryginałem; za makaron robiły grubsze od spaghetti bucatini, które mi bardzo tu pasowały. Surowa cebula przypadła w udziale tylko jednej osobie, tej, która nie musiała iść „między ludzi” (czyt. do pracy). Wyszło danie szybkie, lekkie, ale sycące. Można zagospodarować też garść podrobów, które są często dodatkiem do wiejskiego lub ekologicznego drobiu lub (trigger alert! Achtung!) królików.

Składniki (2 porcje):

  • ok. 150-180g podrobów (drobiowych lub króliczych) – sama wątroba lub z dodatkiem serca
  • ok. 75g wędzonego boczku
  • 1 średnia cebula, opcjonalnie: ok. łyżeczki odłożone
  • parę liści szałwii i oregano
  • dwa dojrzałe pomidory, pokrojone w kostkę
  • odrobina dobrego octu balsamicznego, ew. łagodnego jabłkowego
  • kopiasta łyżeczka koncentratu pomidorowego
  • sól, pieprz
  • ok. 200g długiego makaronu (bucatini, linguini, ew. spaghetti)

Zagotować wodę na makaron. Boczek pokroić w kostkę, przełożyć na niewielką patelnię i wytopić tłuszcz na wolnym ogniu. Dodać drobno pokrojoną cebulę (można odłożyć ok. łyżeczki surowej na później, do wymieszania z gotowej daniem), chwilę przesmażyć. Dodać zioła i posiekane (dość drobno) podroby, smażyć chwilę, oprószyć solą i pieprzem, skręcić ogień na mały, patelnię przykryć i całość dusić kilka minut (makaron powinien się już w tym czasie gotować). Wymieszać odcedzony makaron z pomidorami i koncentratem, skropić całość octem, dodać zawartość patelni i ew. odłożoną surową cebulę. Podawać od razu. Opcjonalnie udekorować dodatkowo np. oregano.

A co się stało z wątrobą jagnięcą? Przyrządziłam ją, gdy było dużo chłodniej i całkiem klasycznie, a początek był właściwie taki, jak w powyższym makaronie – boczek, cebula i zioła (tym razem hyzop). Boczek tym razem był bardzo chudy i go wspomogłam niewielką ilością kaczego tłuszczu. Wątrobę pokroiłam w plastry, oprószyłam solą i pieprzem, obtoczyłam w mące, dodałam do boczku i s-ki. Całość po chwili smażenia podlałam lekko czerwonym winem i dusiłam ok. 12-15 minut (chciałam, żeby była dobrze wysmażona). Wciąż najbardziej lubię wątrobę drobiową (jagnięcej bliżej do wołowej – trauma dzieciństwa), ale czasem warto urozmaicić jadłospis.

Teraz mi chodzi po głowie wątróbka z grilla...

sobota, 08 sierpnia 2015

Jak co roku, jest cukinia. Jeszcze w niej nie toniemy, ale na niedobór też nie narzekamy. Na razie jest głównie pieczona lub grillowana, były także placki oraz marynowana w plastrach. W ramach urozmaiceń ostatnio wyprodukowałam dwie pasty do pieczywa. Jedną nazwałam "leniwą", bo podstawą jest warzywo pieczone przy okazji - bo np. w piekarniku i tak coś siedzi, albo bo zostały resztki z obiadu, poza tym całość rozgniata się niedbale widelcem w misce; druga (nasz faworyt) jest lekko bardziej zaawansowana, ale tylko lekko. Oba smarowidła pasują do zielonego cyklu ;).

Pasta leniwa (z serem kozim)

  • 1 mała wcześniej upieczona/usmażona cukinia (patrz uwagi we wstępie)
  • ok. 2 łyżek sera koziego (twarogowego)
  • sól, pieprz
  • ok. 1/2 łyżki estragonu i tyle samo mięty (lub tymianku, oregano, majeranku, szczypiorku, itp.)
  • wędzona papryka

Cukinię rozgnieść widelcem, dodać twaróg, zioła i doprawić do smaku solą i pieprzem. Posypać z wierzchu wędzoną papryką. Przechowywać w lodówce.

Opcjonalnie można użyć innego sera: bryndzy lub fety, ew. sera z niebieską pleśnią.

Do pasty nr 2 użyłam świeżego groszku - większość wyłuskałam i obgotowałam, o czym niżej, młodsze ziarnka dałam surowe plus parę strąków (zupełnie młodych) w całości. Można by jednak użyć groszku np. cukrowego lub takiego z mrożonki (po rozmrożeniu).

Pasta z zielonym groszkiem

  • 1 mała cukinia
  • 1/2 cebuli
  • ok. 3/4 szklanki groszku
  • ząbek czosnku
  • łyżka oliwy (+ trochę do smażenia)
  • łyżka oleju z dyni
  • ok. 1-1,5 łyżki pestek dyni
  • 1/4 łyżeczki garam masala
  • sól do smaku

Cebulę pokroić w plastry, zeszklić na niewielkiej ilości oliwy, dodać z grubsza pokrojoną cukinię, smażyć 1-2 minuty*, lekko podlać wodą, oprószyć solą, przykryć i dusić na małym ogniu, aż całkiem zmięknie i lekko się rozpadnie. Groszek zalać wodą, dodać obrany czosnek, zagotować, gotować ok. 5-6 minut, odcedzić. Połączyć w malakserze z cukinią, dodać pozostałe składniki (pestki dyni dostosować do płynności masy, można zacząć od łyżki), zmiksować na gładko. Doprawić do smaku. Przechowywać w lodówce.

* Tu przyznaję, że zasadniczo cukinii na patelni było 2 x tyle, ale 1/2 wyjęłam po przesmażeniu i dodałam do sałatki obiadowej (ziemniaki, pomidory, anchois i właśnie cukinia), a reszta się dusiła.

Którą wybieracie :)?

PS. Zeszłoroczne pomysły na cukinię znajdziecie TU.

niedziela, 02 sierpnia 2015

To w ogóle nie była moja kolej na robienie obiadu. M jednak coś wypadło i musiałam coś zrobić z rozmrożoną porcją mielonego mięsa. Chodziły mi po głowie klopsiki, może w stylu tureckich... i sięgnęłam po Jerusalem. U Ottolenghiego/Tamimi jest w czym wybierać, jeśli chodzi o pomysły na mielone i dość długo się wahałam. W końcu jednak padło na klopsy z bobem. Nieważne, że zamiast bobu był groszek, że mięso nie do końca takie, jak zalecano, przyprawa bliskowschodnia, ale inna, niż w przepisie, a zioła też w trochę innej konfiguracji. Ogólna idea jest właściwa i przy podmianach też się sprawdziła ;), a więc inspiracja zadziałała. Oto moja wersja.

Składniki:

Warzywa:

  • ok. 280g (waga przed wyłuskaniem) świeżego zielonego groszku, plus ok. 6-8 młodych strąków niewyłuskanych
  • 500ml bulionu (drobiowego lub warzywnego)
  • oliwa
  • ok. łyżki koperku (lub mieszanki takiej samej, jak użytej do klopsów, patrz niżej)
  • 6 ząbków czosnku pokrojonych w plasterki
  • 4-6 łodyg większego szczypioru/dymki, bardzo grubo posiekanych
  • sok z 1 cytryny
  • sól, pieprz

Klopsiki:

  • ok. 500g mielonej wołowiny
  • 1 średnia/mała cebula, bardzo drobno posiekana
  • ok. 120g bułki tartej (ew. otrąb, ew. mieszanka)
  • ok. 3 łyżek (przy czym ½ łyżki odłożone do posypania) mieszanych ziół: u mnie mięta, kolendra i koperek, z przewagą tego ostatniego
  • 2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
  • łyżka advieh (w oryginale korzenna mieszanka baharat*; można by też użyć ras-el-hanout, garam masala, itd.)
  • łyżka kuminu, roztartego w moździerzu
  • 2 łyżeczki osączonych i posiekanych kaparów
  • 1 jajo
  • niepełna łyżeczka soli
  • pieprz (u mnie ok. 5 obrotów młynkiem)

* główne składniki: pieprz, kolendra, cynamon, goździki, ziele angielskie, kumin, kardamon i gałka muszkatołowa.

Wszystkie składniki klopsów umieścić w dużej misce, dokładnie wymieszać (najlepiej rękoma). Uformować klopsiki (mniej więcej wielkości piłeczek do ping ponga). Zrumienić partiami na oliwie, w dużym rondlu, odłożyć na bok, wytrzeć naczynie. Ponownie rozgrzać nieco oliwy, dodać czosnek i dymkę, przesmażyć. Dodać wyłuskany groszek, połowę soku z cytryny, koperek, tyle bulionu, by przykryć groszek, ¼ łyżeczki soli i sporo pieprzu. Przykryć garnek, gotować na małym ogniu ok. 10 minut. Dodać klopsy, groszek w strąkach i resztę bulionu, gotować na małym ogniu ok. 25 minut. Jeśli to konieczne (u mnie nie było), na koniec odparować sos. Podawać najlepiej z ryżem, posypane ziołami i skropione pozostałym sokiem z cytryny.

Danie jest świeże, zielone, lekko kwaśne, aromatyczne. Klopsiki bardzo dobrze sprawdzają się także na zimno na pieczywie.

 

Ponieważ groszku mam wciąż dostatek, wykorzystałam go także jako nadzienie do pieczonych kwiatów cukinii. Bazą był gruby bulgur, który jest odkryciem roku, bezpośrednio związanym z wyjazdem do Iranu. Podczas pierwszego obiadu jadłam bliskowschodnie (czyli właściwe) tabbouleh, które w porównaniu z europejskim jest znacznie bardziej zielone/warzywne a udział kaszy (bulgur) jest marginalny. W Alborz był to właśnie bulgur gruby lub średni, którego nigdy wcześniej nie jadłam, a okazało się, że bardzo mi smakuje (bo z drobnym, jak i z innymi drobnymi kaszami, mam problem). Po powrocie do kraju odkryłam, że w dodatku bulguru nie trzeba gotować – o czym nie miałam pojęcia; drobny wystarczy przepłukać, a gruby namoczyć (np. jakieś 2h przed konsumpcją). Taka właśnie namoczona kasza, skropiona olejem rzepakowym i zmieszana z miętą i groszkiem znalazła się w kwiatach, a nadmiar nadzienia także zjadłam, jak widać na powyższym zdjęciu**. Piekłam kwiaty tak samo, jak zeszłoroczne serowe.

** Gdyby kogoś ciekawiło, co jest poza tym na talerzu: hummus z dodatkiem harissy (wyjątkowo nie domowy) oraz plastry grillowanej cukinii.

wtorek, 28 lipca 2015

To pewnie żadne odkrycie, że chleby z dodatkiem ugotowanych ziemniaków są bardzo smaczne, wilgotne (w pozytywnym sensie) i długo pozostają świeże. Na blogu zresztą był już choćby taki z purée, czy rosyjski. Z jakiegoś jednak powodu (hm, może małe spożycie kartofli?) przez chyba kilka lat takiego pieczywa nie piekłam, aż... zostało kilka ziemniaków z obiadu. Dodałam je, razem z paroma łyżkami maślanki do pszennego zakwasowca, zbliżonego do innych często pieczonych przeze mnie chlebów. Efekty były tak zachęcające, że następnym razem specjalnie upiekłam kilka ziemniaków więcej ;). Tym razem dodałam dwa zakwasy, i pszenny, i żytni (dokarmione jednoetapowo) i zwiększyłam ilość mąki razowej. Kromki tego chleba widać na górnym zdjęciu. Walory smakowe też wyszły bardzo dobre, choć nie wiem, czy czysto pszenny nie jest jednak lepszy - więc na niego podaję poniżej przepis.

Składniki:

Zaczyn:

  • 80g mąki pszennej lub orkiszowej razowej
  • 80g aktywnego pszennego zakwasu
  • 80g wody

Wszystkie składniki zaczynu wymieszać, przykryć folią i odstawić na noc (lub 8-12h).

Ciasto właściwe:

  • 240g zaczynu jw.
  • 400g mąki pszennej chlebowej
  • 100g* mąki pszennej lub orkiszowej razowej
  • ok. 210-225ml wody
  • szczypta nasion kminku
  • trzy małe ugotowane/upieczone ziemniaki
  • ok. 3 łyżek maślanki
  • 1,5 łyżeczki soli (chyba, że ziemniaki były wyraźnie słone, wówczas niepełna łyżeczka)

* Można ew. zwiększyć do 150g, wówczas prawdopodobnie trzeba będzie dać więcej wody.

Następnego dnia (lub po upływie 8-12h) rozetrzeć ziemniaki z maślanką. Zaczyn wymieszać z wodą (zacząć od 210ml), następnie dodać ziemniaki i wszystkie pozostałe składniki, poza solą. Krótko wyrobić, żeby składniki się połączyły, przykryć i odstawić na ok. 30 minut. Posypać solą i dokładnie wyrobić ciasto (ręcznie lub mikserem). Jeśli ciasto będzie suche, dodać dodatkową wodę, gdyby mocno się lepiło, podsypać mąką.

Odstawić do wyrastania na ok. 3-3,5h (w trakcie złożyć dwukrotnie). Wyrośnięte ciasto uformować w bochenek, odstawić do wyrastania końcowego (ok. 1-1,5h) w omączonym koszyku. Piec na kamieniu, z parą, w 225 st. C. (termoobieg) przez ok. 35-40 minut.

Jeśli ktoś bardzo nie lubi kminku - a mam wrażenie, że w naszym kraju zdarza się to całkiem często ;) - może spróbować zastąpić go np. czarnuszką, ale osobiście uważam, że ziemniaki i kminek wyjątkowo do siebie pasują.

czwartek, 23 lipca 2015

Niedawno pisałam, w ramach „Zielono mi” o bobie z przyprawami. Zdjęcie tego bobu wzbudziło (ku mojemu zaskoczeniu) duże zainteresowanie na Facebooku, ale znacznie bardziej popularne okazały się pierogi z bobem. Nigdy ich wcześniej nie jadłam, choć obiły mi się o oczy w różnych miejscach w internecie, a gdy wspomniała o nich Magda Kasprzyk-Chevrieux w artykule o, no właśnie, bobie – klamka zapadła. M podszedł do sprawy sceptycznie, ale przypomniałam mu pierogi z dynią i zamilkł. Dodam, że końcowy produkt mu bardzo smakował ;).

Składniki:

  • ulubione ciasto pierogowe, moje jak zawsze (zużyłam łącznie około 360g ciasta)
  • 500g ugotowanego i wyłuskanego bobu
  • ok. 100g wędzonego boczku
  • ½ drobno posiekanej cebuli
  • ok. 2 łyżek drobno posiekanych ziół: lubczyk, koperek*
  • sól, pieprz
  • ok. 2-3 łyżek stopionego masła i dodatkowa garść lubczyku

Boczek wytopić na małym ogniu na suchej patelni, podkręcić ogień, chwilę przesmażyć, dodać cebulę, zeszklić. Wymieszać z bobem, całość rozgnieść, dodać zioła, doprawić do smaku. Farsz jest gotowy do nadziewania pierogów. Gotowe pierogi polać masłem z lubczykiem, przygotowanym analogicznie do szałwiowego czy koperkowego.


W temacie strączkowych z grządki: we Francji jedliśmy w jednym miejscu całe przesmażone strąki bardzo młodego groszku. Ponieważ groszek nam w tym roku obrodził i mamy i strąki jeszcze zupełnie miękkie, i gotowe do łuskania, na obiad zjedliśmy super prosty i szybki makaron.

Składniki:

  • ok. 200-220g makaronu
  • garść jak najmłodszych (zupełnie miękkich) strąków groszku
  • oliwa (ok. 1,5 łyżki)
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 tajska papryczka chilli
  • ok. 4 łyżek wyłuskanego groszku
  • parmezan

Gdy makaronowi zostało niewiele czasu do ugotowania, na patelni rozgrzać oliwę, przesmażyć drobno posiekany czosnek i chilli. Dodać strąki (może pryskać), smażyć ok. minutę. Wymieszać z ugotowanym makaronem, przełożyć na dwa talerze. Każdy posypać dwoma łyżkami groszku i (dość hojnie) świeżo startym parmezanem. Podawać natychmiast.

Jako taki PS nie na temat, bo z kategorii "owocowo", ale porzeczki pomału się kończą: próbowaliśmy czerwonej na pieczywie? Konkretnie na wieloziarnistym chlebie, z dodatkiem miękkiego koziego sera, miodu i czegoś zielonego (tu: liście rzodkiewki)? Polecam :).


poniedziałek, 20 lipca 2015

Gęste (syropowe) soki owocowe lub kwiatowe ostatnio schodzą u nas dość szybko, za sprawą M, które dodaje je do wody pitnej. To on postanowił, że w tym roku chce wyprodukować zapasy na co najmniej kolejny rok. Mój poprzedni sposób na sok odrzucił ze względu na dodawanie wody, natomiast zastosował coś w rodzaju domowej sokownicy – z durszlaka i garnka. Tegoroczna metoda sokowania jest prawie bezobsługowa, bo garnek siedzi w piekarniku, można jednak sok też robić na płycie kuchennej, wymaga to jednak większego nadzoru i częstej regulacji temperatury – żeby nie była za niska ani za wysoka.

Składniki:

  • Owoce (np. wiśnie, porzeczki) i cukier w proporcji 2:1*, czyli np. 2 kilo owoców i kilo cukru
  • duży garnek
  • durszlak (odporny na działanie temp. 90 st. C – od naszego odkręciliśmy rączki)

Owoce umyć, umieścić w durszlaku, durszlak umieścić w garnku, owoce zasypać cukrem. Umieścić w piekarniku nastawionym na 90 st., przykryć i zostawić na 45-60 minut (dłuższy czas, jeśli np. owoce były w temperaturze niższej, niż pokojowa). Garnek wyjąć na blat i rozgnieść owoce z cukrem za pomocą tłuczka do ziemniaków (lub podobnego narzędzia). Umieścić z powrotem w piekarniku na 15 minut. Czynności powtórzyć jeszcze trzykrotnie. Powstały sok zlać (jeśli nie zależy Wam na klarowności, masę owocową można jeszcze lekko przetrzeć) i od razu przelać do słoików/butelek i spasteryzować. W przypadku późniejszej pasteryzacji trzeba sok jeszcze raz podgrzać do 70 st. C przed przelaniem do naczyń.
* Jeśli nie lubicie bardzo słodkich soków a porzeczki/wiśnie są bardzo dojrzałe i stosunkowo słodkie, można dać tylko 2,5:1. W przypadku malin bym dała 3:1.

Odnośnie pasteryzacji w butelkach: nigdy tego wcześniej nie robiliśmy, tymczasem okazało się, że część naszych nakrętek – choć teoretycznie powinna była znieść temperaturę 140 st. wewnątrz piekarnika – okazała się nieodporna na podgrzewanie. Można oczywiście pasteryzować w butelkach z tzw. pałąkiem (swing top), ale nasze drugie podejście było z prawdziwymi korkami, które M zabezpieczył dodatkowo drutem a la koszyczki do szampana (można kupić takie gotowe). Produkcja domowych koszyczków w etapach wygląda jak poniżej:





W skrócie, chodzi o ułożenie dwóch zaciśniętych jak na zdjęciu kawałków drutu na krzyż na korku i związanie ich razem za pomocą trzeciego kawałka druciku. Koszyczek (domorosły lub nie) ma zabezpieczyć korek przed wystrzeleniem. Butelki z sokiem pasteryzowaliśmy ok. 15 minut w 140 st. C, potem zostawiliśmy je jeszcze na ok. 10 minut w piekarniku.

PS. Wytłoczyny owocowe można jeszcze wykorzystać - jako nadzienie do tarty lub do jogurtu, owsianki czy twarogu :).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93
| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi

Instagram Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna