Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 30 sierpnia 2014

Gdy to czytacie (jeśli Blox będzie grzeczny i publikowanie "na czas" zadziała!), jadę w kierunku lotniska - docelowo w kierunku źródła placuszków (pankejków) śniadaniowych, zwłaszcza z borówką AMERYKAŃSKĄ ;)*. Pisząc to podskakuję trochę ogarnięta Reisefieber: z kim bym nie rozmawiała, słyszę "o, jak super" lub "zazdroszczę", a w głowie mi się kręci od zaleceń, co zobaczyć, co zjeść i co kupić**. Tak czy inaczej, po tamtej stronie Atlantyku mnie jeszcze nie było i umieram z ciekawości, jak to pierwsze (bo mam nadzieję, że to nie koniec) podejście do USA się ułoży.

W temacie placuszków: przypadkiem wpadły mi w oko takie oto "lekkie". Lekkość jest względna, tj. bazuje na użyciu chudego mleka (u mnie było tłuste, bo takiego od paru lat używam), chudego jogurtu (który w ogóle pominęłam) i braku masła oraz cukru (co się zgadza, każdy skropił sobie tylko syropem klonowym). Niezależnie od dodatków i wybranej "ciężkości", placuszki są b. smaczne, szybkie w przygotowaniu i dobrze się smażą (a u mnie z plackami różnie bywa). A, i można je wymieszać widelcem, jeśli macie (--> remont) utrudniony dostęp do takich zaawansowanych utensyliów jak trzepaczka. Tematycznie pasują zaś jak raz (a jestem już umówiona na nowojorskie śniadanie do dinera! Zgadnijcie, co zamówię ;)).

Oryginał przepisu tu, oto moja wersja z uwagami:

Składniki (2 porcje):
  • 150g mąki (pszenna biała lub jasna orkiszowa, ew. można spróbować z ok. 120g białej i 30g pszennej/orkiszowej razowej)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ok. 150ml mleka (dowolnego)
  • 1 roztrzepane jajo
  • kapka ekstraktu z wanilii/hojna szczypta mielonej
  • garść borówki amerykańskiej lub - wiadomo, że lepiej, ale nie byłoby tematycznie... - jagód
  • olej
  • do podania: syrop klonowy, jogurt, twaróg, itd.

Mąkę wymieszać z proszkiem. Osobno zmieszać mokre: mleko, jajo, wanilię. Zrobić dołek w mące, wymieszać mokre z suchym. Jeśli masa jest za gęsta, dodać odrobinę więcej mleka. Na koniec wmieszać borówki (lub ew. układać po ok. łyżce jagód już na placuszkach na patelni). Rozgrzać niewielką ilość olejów, smażyć placki (z ok. hojnej łyżki masy) po obu stronach, do zrumienienia. Placuszków powinno wyjść ok. 6-8. Podawać od razu, z ww. dodatkami.

A z innych placuszków były np. te dekadenckie ;) Karoliny lub razowe serowe.

* Których - obok tequili ;) - mi życzono spożywczo dzisiaj w ramach wyjazdu ;) (Madziu: :*).

** Wbrew pozorom, nie kręci mnie żaden zakup elektroniki, i ciuchy też niekoniecznie, ale rzeczy do domu... taka rozsuwana kratka do studzenia na przykład... (Basiu i Kasiu: :*, za sprowadzanie na manowce ;).

Co do amerykańskiej relacji, na blogu na pewno będzie, ale wcześniej na pewno na Facebooku oraz Instagram.

wtorek, 26 sierpnia 2014

IMG_3240

Chłodne noce i ranki, bazylia na grządce, której spadek temperatur się chyba nie spodobał, coraz bardziej pomarańczowe dynie i ciemniejące owoce czarnego bzu. Wrzesień za pasem, a z nim zmiana jadłospisu na taki, na który się bardzo cieszę, bo wczesnojesienne stragany warzywne należą do moich ulubionych. Wraz z chłodniejszą pogodą chętniej też jem mięso i piję czerwone wino (nie, że latem tego ostatniego zupełnie unikam, ale przy upałach wybieram inne napoje).

I choć zbliża się czas czerwonej i pomarańczowej papryki, fioletowych śliwek i dyni w kolorze wiadomym, to nie znaczy, że zielone już zniknęło z kuchni. Niedawno jeszcze kupiłam bób i wykorzystałam go w wersji minimalistycznej. Np. taki makaron dla jednej głodnej osoby...

Makaron z bobem i boczkiem

Składniki (1 porcja): ok. 100-110g krótkiego makaronu, 250g ugotowanego i wyłuskanego bobu, 1 gruby plaster boczku, garść mięty i (opcjonalnie) świeżego estragonu, (opcjonalnie, jeśli z boczku mało się wytopi) łyżeczka wyrazistej oliwy/oleju rzepakowego, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, opcjonalnie: ok. łyżki parmezanu

Zacząć od ugotowania i wyłuskania bobu, nastawić wodę na makaron. Pokroić boczek w kostkę. Gdy makaron się gotuje, wrzucić boczek na suchą patelnię i wytopić tłuszcz na średnim/niewielkim ogniu, potem podkręcić temperaturę i go lekko przesmażyć. Ugotowany makaron wymieszać z bobem, boczkiem, ew. olejem, garścią porwanych ziół. Doprawić do smaku solą, pieprzem (sporo!), gałką (przejechałam kilka razy kulką po tarce). Można dodać odrobinę startego parmezanu. Wymieszać dokładnie, sprawdzić doprawienie, jeść choćby z garnka ;).

Pozostały bób skończył na tostach...

IMG_3253

Tosty – najlepiej z pieczywa z ziarnami – skropić lekko oliwą/ulubionym olejem, ew. posmarować masłem. Ułożyć warstwę ugotowanego bobu, lekko rozgnieść widelcem, posypać ulubionymi, dowolnymi ziołami i oprószyć solą. Na każdym toście ułożyć plaster sera koziego (twardego lub dojrzewającego). Jeść od razu.

Ponieważ byłam zadowolona z gołąbków z boćwiny, a znów dopadła mnie faza „jemy za mało strączkowych!”, zrobiłam wersję z soczewicą (konkretnie tą czarną, beluga, która jest zbliżona do tej z Puy – nie rozgotowuje się i moim skromnym jest pyszna ;). Tak dokładnie, to zmieszałam soczewicę 1:1 z resztką ratatouille, a kilka gołąbków nadziałam soczewicą zmieszaną z serkiem śmietankowym (i też wyszły b. smaczne, choć ser był na granicy zwarzenia). Przy pieczeniu tym razem wytworzyło się więcej pary (przypuszczalnie od warzyw w bardziej wilgotnym farszu) i miałam skojarzenia z jedzonymi w Turcji winnymi dolma ;).

Do tego zrobiłam sos w stylu indyjskiej raity. Od razu zaznaczę, że nigdy jej nie jadłam w Indiach, gdzie unikaliśmy surowych warzyw, natomiast zdarzało mi się ją zamawiać w wege barku, w którym się żywiłam podczas studiów. Z tego, co się doczytałam, wersji tego dipu/sałatki jest tyle, co kucharzy (i choćby sam fakt, że może to być sos lub sałatka, jest znaczący ;). To moja wersja, na niewielką ilość:

Raita

Składniki: ok. 100g jogurtu naturalnego, 1 mały ogórek, starty na tarce, ½ lekko ostrej (lub słodkiej) podłużnej papryki średniej wielkości, drobno posiekanej, garść mięty, po ok. ¼ łyżeczki czarnej gorczycy i kuminu (ten ostatni lekko rozgnieciony), szczypta łagodnego curry i (opcjonalnie, używając słodkiej papryki) chilli, sól do smaku

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać, odstawić na ok. 10 minut, sprawdzić doprawienie. Jeśli nie podajecie sosu od razu, schłodzić i zamieszać dokładnie przed podaniem (u nas jako dodatek do gołąbków).

bocwgollent2

niedziela, 24 sierpnia 2014

Wspominałam przy okazji poprzedniego wpisu o fantazyjnym śniadaniu sobotnim. Otóż przypomniałam sobie o... hummusie na śniadanie izraelskie (nie moje, tylko koleżanek i kolegów, o czym wspominałam). Od czasu mojego poprzedniego wpisu zdarzało mi się jeść pokrewne hummusowi pasty podczas śniadań w Deli.es (moim ulubionym miejscu na nieśpieszne a obfite rozpoczęcie dnia w stolicy). Niedawno mnie olśniło, że skoro dodałam do granoli zamiast masła orzechowego tahinę (zainspirowana Moniką z Gotuje, bo lubi), to czemu nie dodać do ciecierzycy masła orzechowego...? Szybko wygooglałam, że nie odkryłam Ameryki - pierwszy wyskoczył mi przepis Nigelli ;). Oryginał można znaleźć tu, oto jak ja zrobiłam:

Składniki: 1 puszka (400g) osączonej ciecierzycy (płyn zachować) lub ok. 220g wcześniej ugotowanej, 1 mały ząbek czosnku, 3 łyżki masła orzechowego, sól do smaku, hojna szczypta kuminu, opcjonalnie: ok. 1/2 łyżeczki za'ataru, 1-2 łyżki jogurtu naturalnego, ok. 2 łyżek oliwy, sok z 1/4 cytryny lub do smaku

Wszystkie składniki umieścić w malakserze, zmiksować na gładko. W razie potrzeby rozcieńczyć lekko zachowanym płynem z puszki (jeśli posiadacie), sprawdzić doprawienie. Można przechowywać kilka dni w lodówce. Jeść nie tylko na śniadanie ;).

Uwaga! To wersja tylko dla fanów masła orzechowego, bo bardzo czuć je w smaku. Do tahiny mam stosunek zupełnie neutralny, masło orzechowe zaś b. lubię, więc nie wiem, czy nie wolę tą wersję...

I tak hummus stał się składnikiem śniadania, którego fragment widać poniżej. Placek to taki z cukinii, zachowany na zimno. 

PS. Informuję, że dołączyłam do nowego pożeracza czasu, tj. Instagramu ;) - jeśli ktoś chce śledzić, zapraszam.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Remont nabiera tempa, urlop się zbliża, praca nie znika... Powinnam odmówić gotowania, jednak na wsi nie jest to takie proste: nie ma tysiąca budek z jedzeniem na wynos czy telefon ;)*. Poza tym wiadomo, że jest coś takiego, jak terapia kuchenna. W związku z tym w miniony weekend (spędzony na przenoszeniu rzeczy ze starej kuchni do nowej) wyżyłam się nie tylko przy komponowaniu śniadania niedzielnego, jak zazwyczaj, ale i sobotniego. Co było na sobotnie, pokażę niedługo, natomiast w niedzielę były gofry.

Na ostatnią rocznicę ślubu dostaliśmy w prezencie gofrownicę. Gofry, przyznaję, kojarzą mi się tylko z jednym: wakacjami lub majówkami nad Bałtykiem, przy czym ani jednego, ani drugiego dawno nie praktykowałam. Od dłuższego czasu chodziły mi jednak po głowie gofry nie deserowe, z bitą śmietaną czy cukrem, ale śniadaniowe, niekoniecznie na słodko.

Gofry idealne jeszcze przede mną, ale z wypróbowanych na razie przepisów najbardziej pasował mi ten Michela Roux, znaleziony u Dorotuś. Nie zawiera spulchniaczy, co jest rzadkością. Przy okazji parę uwag: moja gofrownica ma teoretycznie wysoką moc i niby szybko się nagrzewa, ale patrząc po wychodzących z niej gofrach i wzrastającej stopniowo chrupkości, warto maszynę porządnie wcześniej nagrzać (kilkanaście lub więcej minut). Osobiście nie muszę mieć bardzo grubych gofrów, ale zależy mi na chrupkości z zewnątrz i zrumienieniu, więc wolę lać ciasta mniej, za to osiągać szybciej właściwą konsystencję. W załączonej instrukcji była także rada, by chwilę trzymać gofry na kratce po upieczeniu: i tak robię, jeśli nie podaję ich od razu.

Składniki (na ok. 8 sztuk):

  • 160 g mąki pszennej
  • 15 g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • 50 g stopionego masła
  • 2 jajka, żółtka i białka oddzielnie
  • 270 ml mleka
  • kilka kropel ulubionej esencji (np. waniliowej), szczypta mielonej wanilii lub trochę startej skórki z cytryny/pomarańczy

Mąkę, cukier, sól, stopione masło, żółtka i 1/3 mleka wymieszać i roztrzepać lekko na gładką masę, dolewając stopniowo resztę mleka. Dodać ulubiony aromat, odstawić na 5-10 minut.

W tym czasie rozgrzać gofrownicę i ubić białka z odrobiną soli na gęstą pianę. Delikatnie, lecz stanowczo (ja to robię silikonową łopatką) wymieszać pianę z ciastem. Nalewać po chochli ciasta na gofra, piec około 4 minut (lub zgodnie z preferencjami/możliwościami gofrownicy). Gotowe gofry podawać od razu lub trzymać na kratce do chwili jedzenia.

Co czyni gofra daniem śniadaniowym? Otóż podobnie jak w przypadku naleśników, uważam, że to świetny nośnik dla dowolnych dodatków. Dotychczas praktykowane przez nas to:

- jajka ugotowane na półtwardo, pokrojone na cząstki lub (delikatnie) na plasterki; ew. pasuje także jajo w koszulce lub sadzone;

- ser kozi lub śmietankowy do smarowania, może być z dodatkiem ziół;

- dowolne owoce sezonowe, surowe i rozdrobnione, mogą być także w postaci obrobionej termicznie, np. jak te śliwki;

- masło orzechowe, ew. z dodatkiem owoców lub dżemu;

- banany i syrop klonowy lub miód (zdjęcie poniżej);

- twaróg i ulubiony dżem, np. pomarańczowy (zdjęcie poniżej).

 

Nie wątpię, że CDN :).

 * Choć dziś pojawił się samochodem pan, głośno zachwalający "pierogi, krokiety, pączki, wyroby domowe!".

środa, 13 sierpnia 2014

Moja koleżanka E. kiedyś tak opisała ogród warzywny swoich rodziców: „Idziesz, rozglądasz się dookoła i myślisz – co by tu ugotować?”. Staram się tak podchodzić do swoich plonów (choć z pewnością mniej bujnych i bogatych niż te państwa W ;). W przypadku niektórych warzyw wybór w tym roku jest prosty: ogórków mam mniej niż zazwyczaj i wszystkie jak leci kiszę. Pomidory koktajlowe lądują albo od razu w buzi, albo są dodatkiem do kanapek, przekąsek, itd. Jarmuż dochodzi do siebie po tegorocznej inwazji bielinka*. A boćwina...

Z boćwiną czasem muszę się nagłowić, a do niedawnej jednak kolacji zainspirował mnie zdjęcie gołąbków z boćwiny z niemieckiego bloga Krautkopf (znaleziony via Pinterest). Na tym ostatnim portalu społecznościowym znalazłam także inspirację dla przystawki (na blogu Dolly and Oatmeal) – nadziewane kwiaty cukinii, ale nie smażone, a pieczone. Z całości kolacji byłam bardzo zadowolona, i na pewno będę ona dania powtarzać. Całość wegetariańska, a gołąbki są wręcz wegańskie (olaboga!). Skład nadzienia można modyfikować, a poniżej moja wersja.

Pieczone kwiaty cukinii/dyni

Kwiaty cukinii lub dyni w ilości dowolnej pozbawić pręcików (co nieodmiennie kojarzy mi się z kastracją ;), nadziać kopiastą łyżeczką miękkiego sera koziego (może być wzbogacony czosnkiem i/lub ziołami, choćby gotowy), dokładnie skleić płatki. Umieścić na blaszce do pieczenia wyłożonej pergaminem, lekko posmarować oliwą. Posypać solą np. w płatkach tuż przed pieczeniem lub ew. tuż po. Piec ok. 12-14 minut w 180 st. C. (termoobieg), jeść od razu.

Atuty: nie trzeba bawić się ze smażeniem, olejem, zapachami, poparzeniami, utylizacją, itd., itp.; kwiaty pieczone są lżejsze niż smażone, a i można upiec ich choćby i tylko 4 sztuki (tylko po co tak się rozdrabniać ;).

Skoro już chodzi piekarnik, czemu nie upiec w nim gołąbków, np. piętro niżej niż kwiaty?

Gołąbki z boćwiny

Składniki:

  • ok. 15 liści boćwiny - najlepiej żyłkowanych na czerwono/różowo, o czym niżej*, liście i łodygi osobno
  • 1 szkl. kaszy gryczanej (lub ½ gryczanej i ½ jaglanej)
  • olej do smażenia
  • 1 mała cebula
  • 5-6 pomidorów suszonych
  • opcjonalnie: łyżka koncentratu pomidorowego, łyżeczka oleju rzepakowego/lnianego
  • sól, pieprz, majeranek lub oregano świeże/suszone, ziele angielskie, opcjonalnie: szczypta słodkiej wędzonej papryki, natka pietruszki

* Z doświadczenia z własnoręcznie wyhodowaną boćwiną: odmiana biała ma grubsze, sztywniejsze liście i trzeba je lekko zblanszować. Odmiana czerwona/różowa jest delikatniejsza i tego nie wymaga. W przypadku tej pierwszej, zacząć od zblanszowania, liście odłożyć na bok.

Kaszę ugotować - najlepiej by była trochę kleista lub trochę rozgotować, odstawić do przestudzenia. Zeszklić na niewielkiej ilości oleju drobno pokrojoną cebulę, dodać podobnie posiekane łodygi z 9-10 liści boćwiny (pozostałe 5 sztuk zostawić do innej potrawy, np. można je dodać do jajecznicy lub omletu). Smażyć kilka minut, aż łodygi lekko zmiękną, przełożyć zawartość patelni do kaszy, dodać drobno posiekane suszone pomidory. Doprawić całość do smaku (wyraziście!) ziołami, solą, pieprzem, ok. 6-7 zmiażdżonymi ziarnami ziela angielskiego; można dodać odrobinę wędzonej papryki i natki. Jeśli masa jest za bardzo sucha, podlać delikatnie olejem np. rzepakowym; jeśli jest za bardzo sypka, skleić za pomocą niewielkiej ilości koncentratu pomidorowego (ew. można użyć musztardy lub - dla nie wegan ;) - łyżki serka śmietankowego).

Rozłożyć liście, zmiażdżyć lekko pięścią nerwy. W dolnej (szerszej) części liścia kłaść łyżkę farszu, zwijać gołąbki od siebie, metodą prób i błędów ;), układać ciasno w lekko natłuszczonej foremce żaroodpornej.

Zwinięte paczuszki posmarować lekko olejem/oliwą, nakryć folią aluminiową i piec ok. 30-35 minut w 180 st. C (tak, jak kwiaty). Pod koniec można odkryć, jeśli lubi się przypieczone (ja niekoniecznie).

Ponieważ w moim odczuciu wszystko smakuje lepiej z pomidorami, a gołąbki zawsze lubiłam z sosem pomidorowym, sugeruję przygotować jako dodatek swój ulubiony sos (jak i ja zrobiłam, w wersji b/m, czyli bezmięsnej).

* Moja metoda na bielinka jest bardzo ekologiczna, choć weganie mogliby się oburzyć, no i nie jest dla brzydzących się: cierpliwie zdejmuję liszki z liści i z furią rozdeptuję. Ew. liście pokryte w całości tzw. sk....synkiem („bielinek-sk....synek”) wyrzucam daleko za płot. I wiecie co, to działa, choć czynność trzeba powtarzać, a wsparcie w postaci owadów zjadających bielinka się przydaje.



sobota, 09 sierpnia 2014

Nie będzie bardzo odkrywczo. Trudno żeby było, skoro podstawą jest twierdzenie, że latem są owoce, a owoce dobrze smakują na słodko. I w sumie nie będzie tu żadnego nowego przepisu, ale - uwaga, udane! - wariacje na temat.

Po pierwsze, jeśli gdzieś komuś jeszcze uchowały się czerwone porzeczki, świetnie pasują do clafoutis (u mnie to Nigela Slatera), nie wiem, czy nie lepiej, niż wiśnie. Przyznaję, że ich nie ważyłam, dałam po prostu po garści do każdej miseczki, dzieląc sprawiedliwie to, co zerwałam z krzaka i dalej postępowałam, jak w przypadku wiśni. Na wierzchu tym razem drobny cukier. Na zdjęciu widać proces znikania ;).



Po drugie, nigdy nie przepadałam za lodami owocowymi. No, może poza pewnymi o smaku szarlotki, ale jadłam je w dość niezwykłych okolicznościach*. Niedawno jednak, podczas urlopu i w upalną pogodę, spróbowałam truskawkowych i łaskawie pozwoliłam M na owocowe eksperymenty. Właściwie to nawet go o nie poprosiłam ;). Efektem były lody malinowe, na podstawie bazowego przepisu na waniliową klasykę.

Do jeszcze ciepłego (w ok. 10 minut pod zdjęciu z ognia) kremu angielskiego (czyli masy żółtkowo-śmietankowej) dodaliśmy 1,5 standardowego opakowania malin, z czego 2/3 było przetarte przez sito (uzyskując mus jak powyżej - kolor autentyczny!), a 1/3 w całości. Po schłodzeniu całość poszła do maszynki do lodów - na raty, bo masy było stosunkowo więcej niż normalnie. Lody są lżejsze od waniliowych i bardzo malinowe - taki bardziej kaloryczny jogurt owocowy. Jednakże, podobnie jak w przypadku lodów rabarbarowych, trzeba wyjmować je wcześniej do lodówki (ok. 25 minut) lub blat kuchenny (ok. 10-15 minut) przed jedzeniem, by zmiękły; nie chodzi tylko o nakładanie, ale i kryształki, które w postaci mocno zmrożonej są trochę wyczuwalne. Ponieważ ja jednak lubię lody zdecydowanie miękkie i jem je znacznie wolniej niż niektórzy ;), właściwie z nimi nie mam do czynienia.

Po trzecie, klasyka: drożdżowe z owocami. Ale czemu nie połączyć tych owoców, a konkretnie malin, z białą czekoladą (podobnie jak w tej tarcie)? Ciasto: z przepisu na cynamonki, z 1/2 porcji; owoce: maliny, ok. 1 opakowania, czekolada: biała, 125g, posiekana, rozrzucona na wierzchu. Pieczone ok. 45 minut, 180 st. C., termoobieg. Ku mojemu zdziwieniu czekolada zmiękła, ale nie roztopiła się i bezpośrednio po wyjęciu z piekarnika wyglądała moim zdaniem jak drobinki przypieczonego tofu :D. Smak na szczęście inny (nie żebym miała coś przeciwko tofu...).

* Po 2 tygodniach niedojadania podczas wymagającej psychicznie ;) i fizycznie wyprawy w góry. Wtedy nawet kasza perłowa mi smakowała, a przynajmniej dała się zjeść, i to łapczywie ;).

niedziela, 03 sierpnia 2014

To chyba jakieś prawo Murphy'ego, że cukinie najpierw wyglądają, jakby miały wszystkie paść albo pozostać w postaci mikro, a potem w cudowny sposób się przemieniają w gigantki. A, i owoce dojrzewają wszystkie jednocześnie. Przynajmniej u mnie tak bywa co rok (poza debiutem ogrodniczym i cukinią-wałachem*).

Jak dwa czy trzy lata temu, szukam sposobów na w miarę nienudne wykorzystanie cukinii (i nie myślę tu o rozdawnictwie ;). Poza różnymi pieczonymi, smażonymi itd. był udany omlet (niestety jedzony w pośpiechu i niesfotografowany), chleb z dodatkiem cukinii i nasion kopru włoskiego oraz parę eksperymentów, o których poniżej.

Cukinia małosolna

Lubicie ogórki małosolne? Lubicie cukinię? Pokrójcie ją w plastry lub słupki i przygotujcie tak, jak ogórki, tylko trzymajcie w zalewie o ok. dobę krócej. Świetna do kanapek lub dodatek do sałatek, albo przegryzka.

Cukinia grillowana z rukolą

Gdy upał doskwiera a czasu mało, obiad musi być szybki i najlepiej prawie na zimno. Grillowane plastry cukinii (wcześniej pokrojonej wzdłuż, lekko posmarowanej olejem lub oliwą) po wymieszaniu z garścią pieprznej rukoli, doprawieniu lekko delikatnym octem lub cytryną i solą mogą stanowić podstawę sałatki. Można je także wymieszać ze świeżo ugotowanym makaronem, dodać trochę parmezanu i np. łyżeczkę kaparów.

Jajka w kokilce z plastrami cukinii

Dawno tak nie przyrządzałam jaj, po tym, jak M zbojktował metodę z kąpielą wodną, jako dającą zbyt wodnisty/delikatny składnik główny. Ostatnio jednak w paru miejscach (np. u Rachel Khoo) widziałam przepisy na to danie pieczone solo w piekarniku. Postanowiłam spróbować i – o cudzie – mąż zaaprobował.

W skrócie, krótko przesmażyłam ok. 10 plasterków cukinii z małą cebulą, lekko posoliłam, rozłożyłam między dwie lekko natłuszczone foremki żaroodporne. Na to wyłożyłam po łyżce sosu pomidorowego (nie jest konieczny, ale miałam resztkę domowego...) i sera koziego (twarogowego), posypałam świeżym estragonem i świeżo zmielonym pieprzem, wbiłam jajo – co wyglądało tak, jak powyżej.

Piekłam ok. 12 minut (ale warto obserwować, czy nie wyjąć wcześniej) w 200 st. C (termoobieg), przed podaniem posypałam dodatkowym estragonem.

A sezon cukiniowy dopiero się zaczął...

* Im bardziej o tym myślę, tym bardziej nie mogę w to uwierzyć (choć sama tego dziwoląga wyhodowałam) – może tam jednak były jakieś kwiaty żeńskie, tylko owoce zgniły, gdy nie było mnie na miejscu? Z drugiej strony, jeśli może być lato na Mazurach bez komarów, jak tegoroczne...

czwartek, 31 lipca 2014

Fioletowe zęby, fioletowe ręce, fioletowy blat kuchenny. Wszystko można umyć (no, może tekstylia lepiej wcześniej chronić), a nic nie smakuje tak, jak leśne jagody (i nie mówcie mi, że borówki amerykańskie, bo to owszem smaczne do np. płatków czy jogurtu, ale do obrabiania na ciepło - tylko, jeśli się jest od jagód na stałe odciętym. Np. w innym kraju).

Miałam ich całkiem dużo. Po zrobieniu jagodowego koktajlu śniadaniowego stałam rozdarta (jak ta sosna, tj. dr Judym) nad miską z owocami- bo z jednej strony wiadomo, jagodzianki. Z drugiej chodziło za mną połączenie jagód z czekoladą. Wybrałam kompromis, i nie były nim jagodzianki z polewą czekoladową, które sugerował M (minę miałam mocno wzgardliwą) - drożdżowe upiekłam z 1/2 porcji w niedzielę, a w sobotę zjedliśmy czekoladowy deser na ciepło.

Chronologicznie, czyli najpierw czekolada: przypomniałam sobie o czekoladowych babeczkach z płynnym środkiem z Nigellowej Domestic goddess. Pyszne, bardzo czekoladowe i konkretne, już dawno się przekonałam, że porcją dla 6 osób spokojnie wykarmi się 8, a wówczas przepis jest bardzo podzielny - na bazie 1 jaja można go wykonać i dla pary ;). W moim wydaniu ma on dodatkową, owocową wkładkę, i taki wariant bardzo polecam: poza jagodami maliny i ew. porzeczki byłyby bardzo na miejscu.

Składniki (8 porcji, chcąc zrobić np. tylko 2, podzielić wszystko przez 4) za Molten Chocolate Babycakes:

  • 50g miękkiego masła
  • 350g dobrej gorzkiej czekolady (lub, jak u mnie, mieszanka 2:1 czekolady gorzkiej o wysokim % kakao z mleczną do wypieków)
  • 150g drobnego cukru
  • 4 duże jaja, roztrzepane ze szczyptą soli
  • kapka ekstraktu z wanilii lub szczypta mielonej
  • 50g mąki tortowej
  • ok. 4 łyżek jagód na osobę
  • opcjonalnie: 8 łyżeczek miałkiego brązowego cukru

Zacząć od przygotowania foremek żaroodpornych: wysmarować lekko masłem, dno każdej wyłożyć przyciętym na wymiar kawałkiem papieru do pieczenia. Czekoladę stopić nad parą lub (jeśli, jak ja, chwilowo nie macie dostępu do kuchenki... czyt. remont) w ok. 85 st. C (termoobieg) w piekarniku, odstawić do lekkiego przestudzenia. Nastawić piekarnik na 200 st. C (u mnie termoobieg), wstawiając jednocześnie blaszkę do pieczenia.

Masło utrzeć z cukrem, dodać jaja i wanilię, następnie mąkę, ukręcić gładką masę, na koniec dodać czekoladę. Napełniać każdą foremkę odrobiną masy czekoladowej, sypać 2-3 łyżki jagód, zakrywać masą i tak do zapełnienia wszystkich foremek. Jeśli macie wątpliwość, że jagody są zbyt wytrawne a jedzący to łasuchy - można owoce wcześniej wymieszać z drobnym brązowym cukrem. Pozostałymi jagodami (1-2 łyżki na foremkę) posypać wierzch deseru. Umieścić w piekarniku i piec ok. 16-17* minut - na wierzchu zrobi się skorupka, ale w środku deser pozostanie wilgotny.

Babeczki przerzucać na talerze (najlepiej stanowczym ruchem a brzegi lekko obkroić nożem). Jeść oprószone cukrem pudrem, od razu lub po minimalnym (ok. 15-20 minut) przestudzeniu.

Taka więc była wersja czekoladowa. Co do jagodzianek - obyło się bez eksperymentów, czyli była powtórka z tych już na blogu. Jedyne zmiany to znów brązowy cukier (z melasami) do środka do owoców oraz, na prośbę M, cytrynowy lukier (ok. szklanki cukru pudru mieszanej pomału z sokiem cytrynowym do uzyskania właściwej konsystencji), z którego o dziwo, byłam zadowolona.

Powiem Wam, że 4 średnie (nie, właściwie małe ;) jagodzianki dziennie to wcale niedużo...

* Próbowałam piec wersję bez jagód tylko 10-12 minut wg zaleceń, i zawsze musiałam dołożyć chociaż 2 minuty, jeśli nie chciałam podać czegoś a la sos czekoladowy.

wtorek, 29 lipca 2014

Wiem, że dla wielu osób nie istnieje coś takiego, jak nadmiar kurek. Też kiedyś w to nie wierzyłam, a jednak przydarzyła mi się nadprodukcja już w zeszłym roku: gdy grzyby i zamówiłam u zbieraczki, i dostałam w prezencie. Wiadomo, że może być makaron, placek czy pizza. Ba, są też duszone kurki z kaszą, z dodatkiem cukinii, może być także risotto. By jednak leśne dobro się nie przejadło, można spróbować kurki utrwalić.

Jedna metoda to solankowa, jak u Gospodarnej Narzeczonej (ostatni przepis). Zrobiłam tak właśnie w zeszłym roku i polecam, pod warunkiem jednak, że o tych kurkach będziecie pamiętać. Ja najpierw te 3 słoiki oszczędzałam, potem zużyłam jeden (po opłukaniu dodałam do sosu pomidorowego), potem... zapomniałam.

Druga metoda to mrożenie, chyba nie wymaga komentarza.

Trzecia metoda to ususzenie. Zazwyczaj suszyłam znalezione w ogrodzie maślaki (których w tym roku nie ma w ogóle), wykorzystując ciepło a to ekspresu do kawy, a to słoneczny parapet, a to ciepło resztkowe piekarnika. W ten sposób cały proces trwa kilka dni. Chcąc całą sprawę przyspieszyć, można oczyszczone i suche grzyby umieścić w piekarniku nastawionym na 90 st. (termoobieg) na ok. 2-3h i dalej suszyć w cieple resztkowym. Czy ma to sens w przypadku kurek? Pewnie są bardziej aromatyczne gatunki, ale wszystkie grzyby jadalne po ususzeniu nabierają charakterystycznego (i pożądanego) aromatu, więc – tak, zwłaszcza dla wymieszania z innymi suszonymi grzybami.

Czwarta metoda to marynowanie. Do tej pory robiłam to tylko raz, z – oczywiście – maślakami, gdy wyjątkowo obrodziły. Zdecydowałam się na przepis Chillibite, i wyjadając grzybki prosto ze słoika, stojąc przy lodówce, przypomniałam sobie, że w sumie marynowane grzyby lubię (jak byłam mała, potrafiłam słoik wciągnąć jako przekąskę pod dobrą książkę). Moja uwaga do przepisu jest taka, że marynaty w oryginale jest moim zdaniem za mało. Za pierwszym podejściem musiałam zwiększyć ilość dwukrotnie, za drugim wystarczyłoby tylko o 50%, i tak podaję poniżej.

Marynowane kurki (wariacja nt. tego przepisu):

  • 1kg kurek, oczyszczonych, osuszonych
  • łyżeczka soli
  • marynata: 275ml octu spirytusowego, 375ml wody, 3/4 łyżeczki soli, 1,5 łyżeczki cukru, łyżeczka ziela angielskiego, jw. pieprzu ziarnistego, liście laurowe (5-6 sztuk)
  • opcjonalnie: 1 mała cebula, pokrojona w pióra

Kurki zalać wodą (ok. 1-1,5 litra - tyle, by zakryć), zagotować, dodać sól, gotować 3 minuty, odcedzić. Składniki marynaty zagotować, gotować ok. 8-10 minut, w tym czasie rozdzielić kurki między słoiki. Opcjonalnie można dodać do nich cebulę. Zalać grzyby gorącą marynatą, słoiki zakręcić, umieścić w miejscu typu piwnica.

czwartek, 24 lipca 2014

Rukola jest chwastem. W sumie o tym wiem, ale w zeszłym roku dałam jej przerosnąć i niestety ostatecznie za mało wykorzystałam. W tym roku czujnie obrywam kwiaty (i liście...), a rukola wciąż utrzymuje się na poziomie krzaczka.

Zastanawiałam się, co z nią zrobić, i nie wiem, czemu tak długo mi zajęło, że "przecież pesto". Przecież, bo właśnie dziką rukolę zrywała autorka Ripe for the picking randki z włoskim szefem kuchni (o czym pisałam dawno temu). We właściwym kierunku popchnęła mnie Ania z Polskiego South Beach.

Pesto z samej rukoli zaskakująco mi smakuje: jest pikantne, z lekką nutą goryczki. Poza wymieszaniem z makaronem, świetnie sprawdza się jako dip. Można też jeść jako smarowidło do chleba. Proporcje składników – orientacyjne.


Do malaksera lub dużego moździerza wrzucić:

  • dwie duże garści rukoli
  • ok. 4-5 łyżek pestek słonecznika
  • 1 duży ząbek czosnku
  • ok. 3-4 łyżek oliwy
  • sok z ½ cytryny, lub do smaku
  • 1-2 łyżki startego parmezanu
  • hojną szczyptę soli
Całość utrzeć na gładko, sprawdzić doprawienie, ew. stosownie zagęścić lub rozrzedzić. Przechowywać w lodówce (do kilku dni). Uwaga: czosnek z czasem będzie mocniej wyczuwalny.

Inne pesto, jakie były na blogu:

- z czosnku niedźwiedziego #1 i #2 (z dodatkiem lubczyku)

- z bazylii

- „przegląd ogródka”

- m.in. z liści rzodkiewki, pietruszki i ogórecznika

A cd. pewnie nastąpi ;).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna