Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 28 lutego 2015

Połączenie owoców z mięsem czy rybami jest czymś, co od dawna mnie interesuje, a mam wrażenie, że jest niedostatecznie wykorzystywane nie tylko przeze mnie. W przypadku pomarańczy przypomniałam sobie o przepisie z Forever Summer na długo pieczonego kurczaka cytrynowego. Ponieważ jednak użyłam innych owoców, czosnku dałam o ½ mniej, zmieniłam wino (poniekąd pod kolor owoców ;) i zioła, a także nie podzieliłam kurczaka na części, można powiedzieć, że z oryginału niewiele zostało... ;).

Składniki:

  • 2 czerwone pomarańcze (średniej wielkości)
  • ok. 2 łyżek świeżego rozmarynu
  • ½ główki czosnku
  • 1 niewielki kurczak (ok. 1,3kg)
  • 125ml wytrawnego różowego wina
  • sól, oliwa

Pomarańcze umyć, pokroić na ósemki, ząbki czosnku oddzielić od siebie bez obierania, wymieszać z rozmarynem. Kurczaka lekko zluzować (położyć dłonie na piersi i nacisnąć z całej siły), natłuścić oliwą i oprószyć solą. Umieścić w brytfance, obłożyć owocami i czosnkiem z ziołami. Oblać całość równo winem. Brytfankę nakryć folią aluminiową, umieścić w piekarniku nagrzanym do 150 st (termoobieg). Po ok. 1h dorzucić pod folię ziemniaki (drobne w całości, większe podzielone na 1/2 lub ¼, lekko natarte solą; ew. można posolić po pieczeniu), jeśli planujecie je podać z mięsem. Piec 2h, odkryć folię; podkręcić temperaturę do 190 st. i piec kolejne 30-40 minut, aż skóra będzie wyraźnie rumiana.

Warto dodać, że nie tylko kurczę w tym zestawie wychodzi smaczne: pieczony czosnek to żadna nowość, ale bardzo mi pasowały te cząstki pomarańczy...

czwartek, 26 lutego 2015

„Mieć ciastko czy zjeść ciastko”: chyba wiadomo, że to ostatnie. A jeśli już mam jeść coś słodkiego, to chcę, by był to w wyraźny sposób deser: nie wierzę w półśrodki typu „zdrowe” słodycze (nie zrozumcie mnie źle, ciasteczka owsiane bardzo lubię: najlepiej takie z białą czekoladą ;). Podobnie jak w przypadku dekadenckiego śniadania: skoro już zdecydowałam się na słodki płonący omlet o poranku, tj. Suzette, to chcę taki comme il faut, konkretny, z syropem maślanym, podlany alkoholem.

Pomysł z omletem zrodził się w mojej głowie ponad miesiąc temu, podczas wizyty w większym gronie w pewnej warszawskiej restauracji. Dwie osoby zamówiły crêpes Suzette, które zostały widowiskowo przygotowane przy stoliku. W ramach zabawiania gości kelner zaczął nam opowiadać, jak to „naleśniki są bardzo dobre, ale kiedyś mieliśmy w karcie omlet tak przygotowany, dużo smaczniejszy”. Niedługo później zobaczyłam go na blogu Sto kolorów w kuchni, a gdy później przyjechały cytrusy z Sycylii*, nie było na co dłużej czekać.

Z wpisu Kabamaigi podpatrzyłam sam omlet (z małą zmianą), całe danie w tej wersji jest jednak nieco lżejsze od opcji „po całości”, jaką chciałam przygotować. W ramach zgłębiania tematu flambirowania nawet poczytałam Mastering the art... oraz obejrzałam filmik z Julią Child (polecam, bo główna bohaterka jest, jak zawsze, uroczo niedzisiejsza ;). W Julii naleśnikach masła oczywiście jest ilość bardzo konkretna i metoda przygotowania nieco inna, więc choć ściągnęłam od niej zasadę samego flambirowania (a następnie kazałam ją wcielić w życie M), sos pochodzi z Nigella Express. Nie lękajcie się jednak: masło jest wciąż wyraźnie obecne.


Uwaga: bałam się, jak moja patelnia stalowa zareaguje na kwasy owocowe, ale niepotrzebnie – chwila podgrzewania sosu nie uszkodziła patyny.

Składniki (2 porcje):

  • omlet: 2 jaja (białka i żółtka osobno), 2-2,5 łyżki maślanki, 2 łyżki mąki, łyżeczka cukru
  • sos: sok i skórka z 1 dużej/2 małych pomarańczy (wybrałam czerwone), 80g masła (u mnie solone, ew. z zwykłe z hojną szczyptą soli), 35g cukru
  • do podania: 40-50ml Cointreau/Grand Marnier/innego czystego alkoholu (40% lub podobnie – słabszy nie nadaje się do flambirowania) o cytrusowym aromacie, cząstki pomarańczy

Zacząć od przygotowania sosu: połączyć w rondelku wszystkie składniki, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 10 minut, aż całość nieco odparuje i się zagęści. Żółtka wymieszać dokładnie z cukrem, mąką i maślanką na masę przypominającą tłustą śmietankę; białka ubić na sztywno ze szczyptą soli i wymieszać (delikatnie, ale stanowczo) z żółtkami. Rozgrzać na patelni niewielką ilość masła, wylać delikatnie masę. Smażyć ok. 2 minuty z jednej strony i tyle samo z drugiej, podzielić na ok. 4 części. Zalać omlet sosem pomarańczowym, chwilę całość podgrzać na średnim ogniu. Skropić równomiernie alkoholem i ostrożnie podpalić (przyda się długa zapalniczka lub zapałki kominkowe), po czym jeszcze trzymać na ogniu, podlewając ostrożnie sosem (przyda się łyżka z długą rączką, np. sałatkowa – to wskazówka Julii) aż płomień zgaśnie. Podawać od razu, udekorowane cząstkami pomarańczy.

* Głównym powodem zamówienia były gorzkie pomarańcze, z których znów powstał dżem (tym razem ciemniejszy, bo przez chwilę nieuwagi... ach, ten internet... cukier uległ lekkiej karmelizacji ;).


niedziela, 22 lutego 2015

 

Okazało się, że w garnku [...] jest żółty ser. Podgrzewany na małym ogniu, podlany białym winem i uzupełniony tajemniczymi ingrediencjami, tworzył - jak wyjaśniła z dumą gospodyni przyjęcia - szwajcarską potrawę zwaną "fondue". Płynna, gęsta masa, w której należało maczać kawałki białego chleba, była nadspodziewanie smaczna.

M. Musierowicz Kwiat kalafiora

Przez wiele lat fondue kojarzyło mi się tylko z Gabrysią Borejko w sylwestrowej sukience z zasłonki, tj. powyższym cytatem. Później M na każdą wzmiankę o potrawie ("a może byśmy zrobili?", prychał i mamrotał coś o latach 80-tych, które na szczęście minęły (nieważne, że tłumaczyłam, że u Musierowicz była to jeszcze wcześniejsza dekada). Następnie przez dwa lata umawialiśmy się na fondue ze znajomymi, i nigdy nic z tych planów nie wyszło. W jakimś momencie dostaliśmy od rodziców specjalny zestaw do produkcji ww. (obawiam się, że był to prezent przechodni). Garnek przez kilka lat kurzył się w szafce, po czym "odkryliśmy" go podczas remontu. Postanowiliśmy, że wreszcie trzeba go albo użyć, albo podać dalej. Był mróz i akurat trafiliśmy do delikatesów z dobrym wyborem serów...

Przeczytałam wiele przepisów w internecie i ostatecznie skupiłam się na podanym przez Madame Edith, przy czym trochę zmniejszyliśmy proporcje (do 300g sera), a i tak co nieco zostało na dnie garnka. Z tego powodu uważam, że 100-120g sera na osobę spokojnie wystarczy: to sycące, zimowe danie i nawet gdy się jest głodnym, po długim spacerze, niewiele wystarczy do szczęścia ;) (a pewnie najlepiej w ogóle smakuje po dniu spędzonym na stoku - no, może kiedyś to sprawdzimy, bo garnek do fondue z nami zostaje).

Składniki (2 osoby):

  • ok. 200-240g sera (idealnie: tzw. moitié-moitié, ja użyłam mieszanki 1:1 Gruyère i Emmentalera)
  • 100ml białego wina
  • 1 ząbek czosnku
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • 1/2 łyżki mocnego alkoholu (najlepiej Kirschu, ewentualnie - nieortodoksyjnie, ale co zrobić - wódki, ginu itd.)
  • ok. 1 łyżeczki skrobi kukurydzianej
  • opcjonalnie: czarny pieprz
  • do podania: bagietka pokrojona na małe kromki lub grubą kostkę, pieczone ziemniaki (mogą być z kminkiem), marynaty/kiszonki, surowe warzywa

Proponuję zacząć przygotowanie od oględzin i przygotowania sprzętu: nasz specjalny garnek żeliwny, po natarciu olejem, nadaje się do użycia na kuchence indukcyjnej a potem stoi na podgrzewaczu, więc przygotowywaliśmy danie od początku do końca w tym samym naczyniu, niektóre zestawy do fondue służą jednak tylko do podgrzewania już gotowego dania: wówczas trzeba sos przygotować w innym naczyniu. Być może alternatywnie można by wykorzystać do podgrzewania turystyczny palnik gazowy*.

Ww. garnek natrzeć przekrojonym ząbkiem czosnku, który następnie należy dokładnie rozdrobnić i wymieszać ze startym serem. Skrobię rozprowadzić w mocnym alkoholu. Ser umieszczamy w garnku, stawiamy na małym ogniu i gdy zacznie się topić, dolewamy wino. Mieszamy (najlepiej w tzw. ósemki), aż całość się rozpuści i będzie wyraźnie gorąca, ale nie zagotuje. Dodajemy skrobię z alkoholem i gałkę muszkatołową (plus ew. pieprz), dokładnie mieszamy. Masa powinna zgęstnieć na tyle, że będzie pokrywała równą warstwą np. kawałki bagietki, ale pozostanie sosem. Gdyby wciąż wydawała się za płynna, można ew. dodatkowo zagęścić (najlepiej rozprowadzając dodatkową skrobię odrobiną fondue). Garnek przenieść na przygotowany podgrzewacz (lub przelać sos do miski podgrzewacza i dopiero wówczas umieścić na ogniu).

Jeść od razu, maczając nadziane na szpikulce dodatki (u nas była rustykalna bagietka) w sosie, zagryzając warzywami i marynatami; co jakiś czas warto całość mocniej zamieszać. Nie wiem, czy muszę dodawać, że dodatek wina (moim zdaniem: czerwonego) także się przyda ;). Ew. resztki, jeśli się przytrafią, można przelać do miseczki i po schłodzeniu wykorzystać jako ser.

Czy są tu inni fani fondue?

* Jak to zrobiła w 1977 Julia Borejko, podając fondue w "dużym garnku, stojącym na turystycznej butli butanowej".

środa, 18 lutego 2015

Zawsze postrzegałam klasyczne bajaderki jako tzw. śmieciówki - ciastka z resztek (Mama zawsze mnie ostrzegała, że lepiej nie kupować w cukierni: "nigdy nie wiadomo, co jest w środku" ;). Swoje robiłam wtedy, gdy trzeba było zagospodarować suche okruszki z ciast lub herbatników. Podczas któregoś przeglądania Scandilicious Baking wpadł mi jednak w oko przepis na Romkugler i szybko uznałam, że to to samo, tyle, że z płatków owsianych. Nie od razu rzecz wykonałam, bo nie było pod ręką drobnych płatków błyskawicznych, ale jak już je miałam... Efekty widać poniżej :).

Uwaga: ze względu na wyczuwalny alkohol oraz kawę są to słodycze raczej dla dorosłych. Można spróbować użyć np. soku owocowego (lekko redukując cukier) lub herbaty (zwłaszcza owocowej). Oczywiście, wpłynie to na smak bajaderek, bo właściwie ich urok polega na pewnej wytrawności - świetnie pasują do kawy, np. po obiedzie czy kolacji. Zamiast wiórków kokosowych można by użyć migdałów w płatkach (i może masła migdałowego/orzechowego?), ale jeśli trzymacie się kokosa, dodatek malibu aż się prosi ;) (w oryginale był po prostu rum). Można by skład też wzbogacić bakaliami - wtedy zbliżą się trochę do indyjskich simplisów z rodzynkami.

Składniki (ok. 25 sztuk):

  • 125g błyskawicznych płatków owsianych
  • 75g drobnego brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 50g miękkiego masła (lub oleju kokosowego - nie próbowałam)
  • 50g wiórków kokosowych
  • 4 łyżki malibu (ew. czystego rumu, lub innego czystego aromatycznego alkoholu)
  • 4 łyżki kakao (plus więcej do obtaczania)
  • 60ml bardzo mocnej kawy lub espresso
  • szczypta soli

Wszystkie składniki wrzucić do malaksera i zmiksować na gładko. Schłodzić co najmniej 1h w lodówce (po prostu umieściłam tam miskę malaksera). Po tym czasie formować kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać w kakao (ew. w wiórkach) i trzymać w chłodzie do czasu konsumpcji.

Niestety, zostało po nich już tylko wspomnienie...

PS. Właśnie się zorientowałam, że bajaderki pasują do Czekoladowego Tygodnia Anity, a więc podczepiam :).

poniedziałek, 16 lutego 2015

Podczas ostatniego urlopu w Austrii kupowałam, jak zawsze, pamiątki spożywcze, tzn. zaopatrywałam się m.in. w mąki. Wśród ulubionych chlebowych i orkiszowych zauważyłam paczkę pt. kamut. Kojarzyłam tylko, że to coś trudno dostępnego, więc nie zastanawiając się wrzuciłam do koszyka. Gdy doczytałam się, że chodzi o starą (czy też antyczną) odmianę pszenicy, zaczęło mi chodzić po głowie: „Czy kamut to mamut...?*”. Wahałam się jak mąkę wykorzystać, w końcu wyszukałam ten przepis; gdy okazało się, że mąką gryczana wyszła, uznałam, że skoro ma być nietypowo, mogę zużyć trochę jęczmiennej, którą i tak tylko bez entuzjazmu przesuwam wewnątrz szuflady. Zważywszy na dalsze modyfikacje (otręby zamiast zarodków pszennych; nieco inne czasy wyrastania i temperatury pieczenia, itd.), z oryginalnego przepisu zostały głównie 2 szklanki mamuta ;).

Składniki:

  • łyżka aktywnego zakwasu żytniego
  • 2 szkl.** wody
  • 2 szkl. mąki z pszenicy kamut
  • 1 szkl. mąki jęczmiennej
  • 2 łyżki otrąb pszennych
  • ¼ łyżeczki słodu jęczmiennego (opcjonalnie)
  • 1 1/4 łyżeczki soli

** 240ml

Wymieszać zakwas z wodą, następnie dodać pozostałe składniki, poza solą, dobrze wymieszać (ciasto będzie dość luźne). Nakryć miskę folią i odstawić na ok. 4h w temp. pokojowej. Po tym czasie dodać sól (najlepiej sypać powoli, jednocześnie mieszając ciasto). Odstawić na kolejne 2 godziny, następnie przełożyć do natłuszczonej i wysypanej mąką foremki, nakryć folią i pozostawić do wyrastania przez noc (lub ok. 8-9h). Po tym czasie chleb powinien podwoić objętość i nadawać się do pieczenia.

Piec z parą w 225 st. C (termoobieg) przez ok. 20 minut, następnie skręcić temperaturę do 210 i piec dalsze 20 minut. Jeśli to będzie konieczne, dalej dopiekać w 200 st. C przez ok. 10 minut, albo aż bochenek postukany od spodu wyda głuchy dźwięk.

Chleb smakuje jak dość kwaśny, wilgotny, pszenny razowiec. Nie mam wrażenia, bym jadła coś innego, niż pieczywo z dodatkiem pełnoziarnistego orkiszu czy zwykłej pszenicy (bo często te dwie ostatnie mąki stosuję wymiennie). Mąki trochę mi jeszcze zostało, więc eksperymenty będą kontynuowane, ale czuję, że skończy się na spożywczej ciekawostce ;).

** "Mężczyźni? Wyginęli? Przecież to nie były mamuty!"

środa, 11 lutego 2015

Właściwie nic mnie nie tłumaczy, czemu tak późno. A może jednak: Święta, remont, praca, urlop... w dodatku to wszystko prawda! No i zawsze lepiej późno, niż wcale :). Z większym niż zazwyczaj (ale to już wszyscy zauważyli...) poślizgiem, przedstawiam podsumowanie Korzennego Tygodnia 2014. Kolejność wg zgłoszonych nicków. Jeśli kogoś nie ma, to znaczy, że się nie zgłosił, ale może to jeszcze zrobić ;).

W zabawie udział wzięli (swoją drogą, odnoszę wrażenie, że dominuje piernik w różnych wydaniach ... ;)

Do zobaczenia za rok (?)!

niedziela, 08 lutego 2015

Gdy nic nie masz w lodówce, do sklepu daleko a przydałoby się coś do chleba, zaglądasz do szafki z suchymi produktami. Wyciągasz pojemnik z napisem "groch połówki" oraz słoik masła orzechowego...

Składniki (na ok. 200ml pasty):

  • 1/2 szkl. grochu w połówkach
  • ok. 1,5 szkl. wody (lub więcej wg potrzeby)
  • 1 mikro ząbek czosnku, rozdrobniony
  • kopiasta łyżka masła orzechowego
  • szczypta wędzonej słodkiej papryki
  • olej z pestek dyni: ok. 2 łyżeczek lub wg uznania
  • sól
  • opcjonalnie: szczypta chilli/innej ostrej papryki; sok z cytryny

Groch zalać wodą, zagotować, podlać ok. 1/2 łyżeczki oleju z pestek dyni, skręcić ogień na mały i gotować, aż zacznie się rozpadać (co potrwa ok. 50-60 minut). W razie potrzeby podlać wodą podczas gotowania (czyt. uważać, by nie przypalić). Zmiksować groch w malakserze z pozostałymi składnikami (ew. można całość rozgnieść ręcznie np. w makutrze, ale wówczas czosnek trzeba przecisnąć przez praskę). Doprawić do smaku - gdyby było za słodko, można dodać ostrą paprykę i/lub sok z cytryny. Gdyby pasta była za sucha, delikatnie rozrzedzić za pomocą gorącej wody. Przechowywać w lodówce, podawać na pieczywie.

Oczywiście, pasta jest wariacją na temat hummusu ;) - nawet pojawił się na blogu taki z dodatkiem masła orzechowego. Olej z pestek dyni to ukłon w stronę niedawno opuszczonej zimowej Austrii ;) i choć moim zdaniem pasuje i do grochu, i do orzechów, można go zastąpić czymś innym (może pikantną oliwą lub olejem z lnianki?). Z pozostałymi dodatkami też można poszaleć, np. dodając pod koniec miksowania garść pestek dyni, tak, by tylko lekko się rozdrobniły. Potrzeba matką wynalazków!

piątek, 30 stycznia 2015

Dobry suflet to, w moim odczuciu, klasa sama w sobie. Te najlepsze - najlżejsze, najbardziej delikatne - do tej pory pamiętam: z kozim serem w Le Gavroche czy z Grand Marnier w Bistro de Paris. Podejście do wytrawnego sufletu już zrobiłam; słodkim zajął się M.

Bazą był ten przepis, z drobnymi zmianami: zamiast Grand Marnier było Cointreau, a jako dodatek (sam suflet nie jest bardzo słodki) - uproszczone zabaglione, tj. kogel mogel. Nie zagotowywaliśmy także masy. Uwaga: nasz suflet zajął po brzegi dwa średnie naczynia żaroodporne, dlatego wyrósł na kształt grzyba: przy niższym zapełnieniu foremek efekt będzie bardziej elegancki. Można podobno jeszcze skonstruować w każdej misce kołnierz z pergaminu, ale osobiście nie próbowałam.

Składniki (ok. 6-8 porcji*):

  • 1 szklanka (240ml) pełnego mleka
  • 6 jaj, białka i żółtka osobno, w temp. pokojowej
  • 2/3 szkl. (160ml) drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki
  • 2 łyżeczki drobno startej skórki pomarańczowej (ostatecznie - cytrynowej)
  • szczypta soli
  • 1/4 szkl. (60ml) Cointreau lub innego likieru pomarańczowego (bez dodatków, tj. nie śmietankowego/jajecznego)
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • na kogel mogel: 4 żółtka i 4 kopiaste łyżki cukru (lub do smaku)

Podgrzać mleko w rondlu (nie do wrzenia, ale ma być gorące). Zestawić z ognia. W mikserze ubić żółtka z połową cukru, mąką, skórką cytrusową i solą, aż masa będzie jednolita i bardzo jasna. Przy wciąż pracującym mikserze wlać do masy powoli mleko.

Zawartość miski przelać z powrotem do rondla i podgrzewać na średnim lub małym ogniu, mieszając masę trzepaczką, aż wyraźnie zgęstnieje i niemal zagotuje (ale nie doprowadzać jej do wrzenia). Zdjąć z ognia, dodać likier i wanilię, dokładnie wymieszać. Przelać powstały krem do miski i bezpośrednio na wierzchu umieścić folię spożywczą (by nie zrobił się kożuch). Wystudzić, ew. po wystudzeniu przełożyć do lodówki (jeśli suflet nie będzie pieczony od razu).

Bezpośrednio przed pieczeniem nagrzać piekarnik do 185 st. C. (termoobieg). Wysmarować lekko masłem foremki żaroodporne (można też ostatecznie użyć jednego większego naczynia) i wysypać drobnym cukrem. Z kremu delikatnie ściągnąć folię, masę roztrzepać. Osobno ubić mikserem białka na gęstą pianę, następnie dodać pozostały cukier i ubić na sztywno. Wymieszać delikatnie, ale stanowczo, ok. 1/4 białek z kremem, następnie dodać resztę. Gotowa masa powinna być jednolita, bez widocznych niewymieszanych białek. Przełożyć do wcześniej przygotowanych foremek.

Piec ok. 30 minut, aż suflet będzie wyrośnięty i rumiany z wierzchu, ale wciąż miękki pod spodem. W trakcie pieczenia przygotować kogel mogel, tj. utrzeć żółtka z cukrem na puszysty, jasny sos (ilość cukru dostosować do smaku). Suflet podawać od razu po wyjęciu z piekarnika, każdą porcję polewając łyżką kogla mogla.

* Na dwie osoby zrobiliśmy z połowy, ale były to dwie bardzo dorodne porcje ;).

wtorek, 27 stycznia 2015

Dania kuchni śródziemnomorskiej kojarzą się ze słoneczną pogodą i upałem, ale pissaladière to jednak - w moim odczuciu - smaki na chłodniejszą porę roku: duszona cebula, słone anchois i oliwki. Gdy dawno temu wrzucałam na Galerię Potraw (a potem na bloga) przepis na placek na kruchym spodzie, usłyszałam, że jest nieautentyczny, bo na "nie takim cieście". Wzruszałam ramionami i robiłam swoje ;), aż... o pissaladière całkiem zapomniałam, choć regularnie robiłam różne warianty szybkiego placka Nigelli, z mniejszą lub większą ilością cebuli. Do tarty (placka?) na cieście drożdżowym nawet się nie zbliżając przez wiele lat... tj. do tej zimy.

Poniższy przepis to kompilacja wytycznych Rachel Khoo i Joanne Harris plus własne przemyślenia - np. nie wierzę w moczenie anchois, więc Wam także tego nie będę zalecać ;).

Składniki:

Ciasto:

  • 120ml letniej wody
  • 10g świeżych drożdży
  • łyżeczka cukru
  • 250g mąki chlebowej
  • po płaskiej łyżeczce świeżego/suszonego rozmarynu lub tymianku i soli

Drożdże rozczynić z cukrem, odstawić do spienienia na kilka minut. Dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1h.

Farsz:

  • ok. 550-600g czerwonej cebuli,
  • po 1 łyżce masła i oleju/oliwy,
  • ok. 10 filetów anchois (z czego 8 do dekoracji, 2 do cebuli),
  • hojna szczypta ziół (jw. w cieście),
  • sól/pieprz
  • ok. 10-12 wydrylowanych oliwek (najlepiej czarnych, ale jak macie tylko zielone, też ujdą)
  • rozwałkować/rozciągnąć na ok. 35cm krąg na foremce, wyrastanie ok. 20min, piec w 220st. c. ok. 13 minut w foremce i potem 12-15 poza nią, lub prosto na kamieniu, ew. cały czas w foremce.
Cebulę pokroić w pióra, zeszklić na mieszance oleju i oliwy, skręcić ogień na mały i dusić pod przykryciem ok. 15-20 minut; po ok. 10 minutach dodać 2 filety anchois i zioła. Pod koniec doprawić do smaku solą i pieprzem, przy czym solą tylko delikatnie, bo dojdą jeszcze słone sardele i oliwki na wierzchu.
Gdy cebula się dusi, nastawić piekarnik do nagrzewania (najlepiej z kamieniem lub dużą blaszką odwróconą do góry nogami) na 220 st. C (termoobieg). 
Wyrośnięte ciasto rozwałkować/rozciągnąć na okrąg ok. 35cm (nie powinno być b. cienkie, tj. nieco grubsze niż na włoską pizzę), przełożyć na wałku na dużą okrągłą blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (z paroma cm wystającymi po bokach). Z braku okrągłej blaszki można oczywiście wykorzystać prostokąt, wcześniej odpowiednio kształtując ciasto ;). Na wierzchu rozłożyć nadzienie cebulowe, na nim równomiernie umieścić oliwki i pozostałe anchois, przekrojone na 1/2. Przykryć folią i odstawić do wyrastania na ok. 30-40 minut.
Wyrośnięte ciasto umieścić wraz z foremką na nagrzanym kamieniu/blaszce w piekarniku na ok. 13 minut, następnie przenieść (chwytając za wystające brzegi papieru) bezpośrednio na kamień i piec kolejne 12-15 minut (po paru minutach usunąć spod ciasta pergamin). Alternatywnie można zostawić w foremce (spód może być wtedy trochę mniej wypieczony), można też próbować od początku piec luzem na kamieniu (dla bezpieczeństwa - całość z nadzieniem jest dość ciężka - przenosząc na pergaminie oraz łopacie, usuwając papier w ok. 1/2 czasu pieczenia).

 

Choć najlepiej placek smakuje na ciepło, zimne resztki są także smaczne jako danie na wynos czy podróż.

środa, 14 stycznia 2015

Czasem żałuję, że doba nie jest z gumy: pozwalałoby to zrealizować więcej ambitnych planów, takich jak różne wpisy na blogu. "Ambitność" moich planów zresztą nie zawsze wiąże się z czasem (czy też jego brakiem), a raczej wynikają ze zbyt pochopnej oceny sytuacji. Tata często mi mówił "nie mów hop (dopóki nie przeskoczysz)". Ale... kto mówi hop po fakcie? I po co :)?

Tak było z tymi ciasteczkami. Wiele razy chciałam zrobić "klonowe ciasteczka z pekanami" z Domestic goddess i wyhamowywałam przy ekstrakcie klonowym. Nigella kupiła go (teraz już śmiało można powiedzieć, że ponad 10 lat temu) w nowojorskich delikatesach Dean & Deluca. Postanowiłam, że ja też tak zrobię. Potem uznałam, że wykrawaczka w kształcie liścia klonu ("pamiątka z Vermontu") będzie do nich jak raz. Na koniec oznajmiłam, że upieczone ciasteczka pojadą z nami w podróż. I jak się skończyły wszystkie trzy plany? "Nie mów hop", albo "a gucio".

Dean & Deluca od dawna nie sprzedaje ekstraktu klonowego - ale się doczytałam, żeby po prostu użyć dobrego, ciemnego syropu (dawny "grade B", albo nawet C; obecnie ten "bardzo ciemny i mocny"). Wykrawaczka na nic się nie przydała, bo ciasteczka mają konsystencję do lepienia, a nie wałkowania. A co do podróży... no cóż. Jeszcze nie miała miejsca, a po ciasteczkach zostały tylko zdjęcia...

No i przepis, od razu ze zmianami. Poza tym, że ciasteczka szybko znikają, mają tą zaletę, że robi się je bardzo szybko. Robiłam z 1/2 porcji (1 blacha). Szczypta soli to mój dodatek, ale polecam.

Składniki:

  • 250g miękkiego masła
  • 125g drobnego brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • łyżeczka jak najlepszego ciemnego syropu klonowego
  • 350g mąki
  • po 1/2 łyżeczki sody i proszku do pieczenia
  • 2 szczypty soli
  • ok. 35 połówek orzechów włoskich lub pekanów

Utrzeć masło z cukrem i syropem na puszystą masę. Wmieszać mąkę, spulchniacze i sól, utrzeć na gładką masę. 2 duże blaszki wyłożyć papierem do pieczenia lub silikonem. Odrywać kawałki ciasta wielkości orzecha włoskiego, formować kulki, układać na blaszkach w odstępach kilku cm, lekko spłaszczać np. ręką i ozdabiać połówką orzecha. Piec ok. 15-17 minut w 170 st. C. (termoobieg). Studzić na kratce.

Nie martwcie się, że umrzemy po drodze z głodu - w końcu tradycyjnie i tak powinny być ciasteczka owsiane ;).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna