poniedziałek, 08 lutego 2010
Spotkaliśmy się z Mi. i E., aby, jak w zeszłym roku, usmażyć faworki i pączki. Świetnie się złożyło, że akurat przepis 'zadała' nam Olcik w ramach Weekendowej Cukierni. Robiłam z 1/2 porcji, wyszło ok. 12 średniej wielkości pączków. Poniżej kopiuję przepis z moimi uwagami (przede wszystkim zredukowałam o 1/2 drożdże i smażyłam na oleju we frytkownicy, no i ponieważ pojawia się 'znikający' spirytus, pominęłam go w przepisie. Pączki odstawiłam także do napuszenia po uformowaniu). Przepis pochodzi z książki W kuchni babci i wnuczki (okazało się, że ją mam, a nigdy nie używałam - teraz się zachęciłam, bo pączki wyszły świetne).
Ciasto bardzo dobrze się formowało, było miękkie i elastyczne. Ku radości E. niektóre pączki wyszły szczególnie "kostropate", tj. z wybrzuszeniami i innym cellulitem ;). A smak... Powiem tak: dopóki nie zjadłam ciepłego, świeżego pączka, wydawało mi się, że pączków nie lubię. I takich z cukierni, z lukrem, już nie super-świeżych, wciąż nie lubię. A te drugie - uwielbiam. Niestety, należy je zjeść na świeżo, jak najszybciej - po poleżakowaniu nawet niecałą dobę nieprzyjemnie upodabniają się do sklepowych. Oczywiście, wiem, że wielu osobom to nie przeszkadza. A oto, jak wyglądały nasze faworki: Przepis ten sam, co rok temu, smażone także we frytkownicy (i wałkowane w maszynce do makaronu :).
sobota, 06 lutego 2010
Żeby nie było: nie jestem kakaolubna (na szczęście inni w gospodarstwie domowym są :). Jestem jednak posłuszna, a skoro gospodyni zlotu blogerek zadała kakao (albo jak kto woli, kakałko ;) do wykonania, to wykonałam - dość wiernie, na podstawie przepisu M. Gessler z Wysokich Obcasów nr 4/2010. U mnie w proporcjach na jeden kubek.
Wbrew pozorom Niebieski Ptak nie pije kakao. Towarzyszy jedynie sesji foto, jako wspomnienie po spotkaniu u Tili - dziękuję. A czytelnicy niech wypatrują dziś w blogosferze jego braci i sióstr ;)
czwartek, 04 lutego 2010
Większą część minionego weekendu spędziłam w Krakowie, łącząc przyjemne (spacery, jedzenie i zakupy) z pożytecznym. Zwiedziliśmy dwie restauracje, o których chętnie Wam opowiem. A właściwie: opowie M, któremu ostatnio nieźle poszło recenzowanie. Zatem - oddaję znów głos małżonkowi. Weekendowa wyprawa do Krakowa związana była z wizytą w dwóch lokalach przy Rynku. Czy zastanawialiście się kiedyś jaka jest najsłynniejsza polska restauracja? Nie, nie McDonalds. Za moich czasów dzieci w czwartej klasie wkuwały jej nazwę na zajęciach z historii. Bawili tu królowie, prezydenci, premierzy i inni prominenci. A w piątek odwiedziliśmy ją z A. aby sprawdzić o co tyle hałasu. Mowa oczywiście o Wierzynku. Lokal: Trudno sobie wyobrazić lepszą lokalizację. Rynek, wnętrze „z epoki”, widok z okna na pierwszym piętrze na ośnieżony rynek. Bosko. Obsługa: Nasz kelner był kompetentny i uprzejmy. Jedynym wyjątkiem był obrażony szatniarz - choć też byłbym obrażony gdybym nosił czerwoną koszulę do krawata. Jedzenie: Ja zamówiłem „Menu tradycyjne”, a A. tylko dwa dania, ale obsługa świetnie wybrnęła z tego podając A. drobne „próbki możliwości” aby nie czekała bezczynnie. Jako amuse bouche dostaliśmy tabbouleh. Dla mnie był zdecydowanie zbyt nijaki, o dziwnym posmaku – jakby zbyt długo leżał w lodówce. (Uwaga A: No i z kuchnią polską ma chyba mało wspólnego...) Śledź w śmietanie – bardzo smaczny, płaty były odrobinę zbyt „masywne” ale cała reszta wyśmienita. Łosoś, którego A. dostała, aby dotrzymać towarzystwa był w porządku, ale jako przegryzka, którą się błyskawicznie zapomina. Barszcz z kołdunami był dobrze doprawiony, ale zbyt mało esencjonalny.
Perliczka w sosie jagodowym smakowała A., ale dla mnie brakowało jej nieco charakteru. (Uwaga A: przypominała mi trochę naszą wieprzowinę w czarnej porzeczce). Pierś gęsi z czerwoną kapustą i kluseczkami śliwkowo-jabłkowymi polana sosoem grzybowym była bardzo smaczna choć porcja była iście królewska. Szarlotka z lodami była przyzwoita, choć znów trochę nieciekawa. Lody były niestety kupne, podobnie jak mierne pieczywo serwowane do posiłku. Irytującym i utrzymanym w duchu „starej szkoły” gastronomicznej jest zwyczaj przyozdabiania potraw potencjalnie jadalnymi dodatkami, które jednak nie mają się nijak do dania, które upiększają, np. rozmaryn (całe gałązki!) w gęsi. Podsumowując: Wierzynek jest moim zdaniem kwintesencją polskiej kuchni w wydaniu, jakie zapamiętałem z wczesnej młodości (głównie ze stołówek). Dania przygotowane są porządnie, ale bez polotu. Świetne miejsce aby przyprowadzić gościa z zagranicy - dobry sposób, aby w ciekawym otoczeniu spróbował polskich dań podanych typowo i bezpiecznie. Zresztą, oprócz obsługi nie widziałem ani jednego Polaka. Jeśli jednak szukacie wybitnej kuchni, albo potraw jak „u mamy”, to radzę wybrać inny lokal. Ceny warszawskie plus. Dania dość obfite. Na sobotni obiad wybraliśmy się do Restauracji Szara, a konkretnie do lokalu w Rynku, bo jest jeszcze drugi na Kazimierzu. Zgodnie z informacją na menu restauracja znajduje się w przewodniku Michelina (dwa sztućce). Lokal: Wystrój przypadł nam do gustu, a lokalizacja przy samym Rynku jest również godna pozazdroszczenia. Obsługa: dyskretna, choć nie bez drobnych potknięć. Jedzenie: Karta dań zaprojektowana jest z wielkim rozmachem. Znajdują się tu składniki z każdego krańca Europy. Brawa za odwagę dla szefa kuchni. Zupa dyniowa z imbirem – bardzo przypadła A. do smaku. Tatar z renifera – nie ukrywam, że nie wiem jak smakuje mięso z tego egzotycznego w Polsce zwierzęcia. Niestety, sposób podania był bardzo efektowny – duże ilości ślicznie udrapowanej śmietany oraz chrzan wymieszany z mięsem sprawiły, że smak biednego Rudolfa zupełnie mi umknął. Zastanawiałem się nawet czy mięso z renifera nie jest po prostu niesmaczne i szef kuchni w ten sposób sprawił, ze stało się ono jadalne. Halibut – była bardzo smaczny. To w gruncie rzeczy bardzo trudna ryba, ale tu przygotowana była w doskonały sposób. Sos berneński w pomysłowy sposób doprawiony był lubczykiem. Sałatka cesarska w wersji z kurczakiem była BARDZO obfita ku rozpaczy A. Dla mnie jednak kurczak był nieco zbyt suchy, a sałata zbyt mocno nasączona majonezem. Pieczywo bardzo przypominało wieloziarnisty chleb Komarki, co należy szefowi policzyć na plus. Podsumowując – Szara jest miłym, choć niewyróżniającym się szczególnie miejscem. Można tu wpaść na rzetelny posiłek, albo coś oryginalnego, czego nigdy wcześniej nie próbowaliście. Tyle M. Jako bonus jeszcze wspomnienia fotograficzne z grodu Kraka... Takie Planty, prawie jak u Wyspiańskiego, lubię najbardziej.
poniedziałek, 01 lutego 2010
Pomijając fakt, że wsadziłam chleb do pieca trochę za mało wyrośnięty (zmęczona byłam i chciałam go już upiec...), przez co z jednej strony wyrosło mi coś na kształt grzyba, i skórka się za mocno spiekła, jestem całkiem zadowolona z wypieku. Miąższ jest dość miękki, sprężysty i chleb jest lżejszy od innego ukraińskiego, który robiłam. Ponowię w przyszłości, najlepiej na spokojnie, by niepotrzebnie nie pospieszać pieczywa i nie mieć niespodzianek w piekarniku :).
niedziela, 31 stycznia 2010
Zrobiłam ten sernik już dawno temu... Jeszcze dłużej, niż zdjęcia i wpis czekały na swoją kolej, gapiłam się na przepis na to ciasto w How to be a domestic goddess, i wzdychałam i zastanawiałam się, czy je zrobić. Przyznaję, że przerażały mnie składniki (12 jaj i 1,5 kg ricotty, i duża tortownica, której nie mam). Przełom nastąpił w dniu, w którym mnie oświeciło, że przecież mogę upiec sernik z 1/2 porcji (tak, zajęło mi to kilka lat... :) Użyłam ricotty, ale sądzę, że twaróg sernikowy (trzykrotnie mielony) - byle łagodny, nie za kwaśny, ricotta jest bardzo neutralna i delikatna - byłby jak najbardziej ok. Samo przygotowanie ciasta i upieczenie jest bajecznie proste, bardziej skomplikowane jest suszenie, ale okazało się także łatwiejsze niż myślałam.
Nigella się zachwycała sernikiem ("Jedzcie i płaczcie"), a ja... miałam wrażenie, że czegoś brakuje. W przepisie była sugestia podania deseru z truskawkami, np. doprawionymi octem balsamicznym lub zwykłych, i chyba rzeczywiście dodatek świeżych owoców byłby wskazany. Może wyrazista owocowa polewa, jak w serniku londyńskim, albo lemon curd? Bo nie da się ukryć, że tu mamy po prostu lekko posłodzoną, upieczoną ricottę :) Innymi słowy przepis mnie już nie męczy, wykonałam i raczej do niego nie wrócę, a może komuś się przyda. Szczególnie, że ciasto wykonałby i mało zdolny pięciolatek, a odwracania i osuszania nie ma co się bać.
czwartek, 28 stycznia 2010
Nie, nie wspomnienia z dzieciństwa. Wspomnienia fotograficzne z sobotniego zlotu 9 blogerek, 1 męża (Tiliowego) i 1 kota. Już zresztą zapewne niektórzy widzieli relacje Tili, Oczka, Zawszepolki i Truskawkowej Ani. Ja dodam swoje 5 groszy... Jeśli chodzi o kulinaria chronologicznie, to najpierw jadłyśmy ciasteczka bezglutenowe Felluni i żółciutkie makaroniki. Później były chleby Tili z różnymi dodatkami. Towarzyszyły im nalewki Peggy (później też testowałyśmy wyroby % Basi). Była zupa dyniowa... No, a potem było clou programu, tj. indyk Dżordż z rasowymi skarpetkami/papilotkami (no wiecie, to białe, papierowe, na nóżki). Przepisu na indyka wypatrujcie u Tili, a warto - ja na pewno spróbuję skopiować w domu. Dżordżowi towarzyszyła brukselka z miodem i boczkiem oraz ziemniaczane puree. No i poza tym było wino, i ciąg dalszy nalewek i różne przetwory żurawinowe Gospodarnej Narzeczonej. Jako podkład pod te wszystkie dania zaś dużo śmiechu, rozmów i wspominek. Dzięki za spotkanie, dziewczyny ;)
środa, 27 stycznia 2010
Powoli mój M awansuje do roli domowego lodziarza. Szczególnie, że zainwestowaliśmy w kolejny dodatek do naszego robota kuchennego, tj. maszynkę do lodów. Jednak wychodzą z niej gładsze desery niż przy metodzie ręcznej. Lodziarz domowy specjalizuje się w produktach tradycyjnych, bazujących na żółtkach i śmietance. Oto lody waniliowe, które stanowiły deser po ostatnim obiedzie rodzinnym. Małżonka cytuję słowo w słowo ;):
Jedyna uwaga, jaką mieli konsumenci (zwłaszcza ja) to taka, że lodów było za mało (bo były zrobione z 1/2 porcji). Na górnym zdjęciu są ozdobione sosem truskawkowym, który przybył w gości. A na deser dla czytelników, w kontekście lodów "I scream, you scream, we all scream for ice cream", czyli Roberto Beninghi i spółka z Poza prawem* Jarmusha:
* Jedyny film (poza Gwiezdnymi wojnami - Mrocznym widmem, oglądanym po raz chyba 3-ci, po północy na Sylwestra) na którym zasnęłam. Ale tą scenę lubię :)
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Z późniejszych doświadczeń ani Le Gavroche ani wspomniany Amber Room nie zmieniły mojego zdania o foie gras, choć jadłam tam nie pasztet, a wątrobę podaną na ciepło, i w otoczeniu innych smaków. Z tym większą przyjemnością informuję, że M (plus panie Harris& Warde) dokonali tego, co się nie udało panom Roux czy Amaro: przepis na wątrobę gęsią, który mi naprawdę smakuje. Co więcej, smakuje także mojej mamie (drugiej osobie, która się męczyła podczas ww. kolacji). Przepis z The French Market pierwotnie zawierał kurki, ale chyba nasza zamiana lepsza, jeśli chodzi o wygodę jedzenia - danie nie wymaga sztućców.
Nigdy nie sądziłam, że to powiem w przypadku foie gras: replay, replay... no nie dali z tego replayu ;). No, czekam na ten replay. I uprzedzając ewentualne pytania (skąd to wziąć?!): wątrobę specjalnie zamawiałam. Pobieżnie grzebiąc w internecie znalazłam dwie firmy, które się tym trudnią i zamawiają głównie do dużych miast: La Maree i Vipdelikatesy.
czwartek, 21 stycznia 2010
Niestety, w Polsce nie można dostać gorzkich pomarańczy (bitter/Seville oranges), najlepszego surowca do marmolady pomarańczowej. (A może ktoś gdzieś widział? Do tej pory jak pytałam się na różnych delikatesowych targach, patrzono na mnie jak na mutanta, ale może jednak gdzieś bywają?). Jako miłośniczka dobrej marmolady lub konfitury pomarańczowej, mam już na koncie parę domowych prób w tym zakresie (pisałam o nich na samym początku istnienia bloga). Od tego czasu jednak odeszłam od środków żelujących i wolę produkt au naturel, nawet jeśli bardziej płynny i wymagający ew. spasteryzowania. Metoda, jaką się posłużyłam teraz (wcześniej też z niej korzystałam, bo jest prosta jak barszcz) pochodzi z How to be a domestic goddess (ale u mnie jest dużo, dużo mniej cukru). Pomysł zmieszania limonek z pomarańczami zaczerpnęłam zaś z Nigella gryzie (przepis na lody).
Ponieważ swoje owoce podlałam lekko płynem z gotowania, uzyskałam bardziej konfiturę niż marmoladę. Przetwory przechowywane w lodówce jednak gęstnieją, a konsystencję mają właściwie idealną - i do polewania, i do smarowania, co widać na załączonym obrazku. Tym razem pozuje mój drożdżowy chleb makowy.
środa, 20 stycznia 2010
Jak może kiedyś wspominałam, jeśli jem zupy, muszą być one gęste i treściwe. Dlatego też lubię zupy krem. I oto taka jedna, którą w miarę niedawno zrobiłam nie pierwszy raz. Bazą, można powiedzieć, jest pęczek włoszczyzny - a z resztą można pokombinować. W innym wariancie daję np. trochę mniej bulionu/wody, a więcej pomidorów.
W przypadku takiej zupy wcale mi nie przeszkadzają resztki (zresztą, kiedy mi one przeszkadzały... to jeden ze skutków wpływu Nigelli Lawson :). Odgrzana na drugie śniadanie (czy też jak wolicie, lunch) smakuje jeszcze lepiej. |
Ostatnie notki
Zakładki:
Autorka
Dobre miejsca na zakupy w sieci
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
POMOŻECIE?
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||