Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 19 kwietnia 2014

Wiem, że pewnie dekorujecie ciasta, sprzątacie lub przygotowujecie pisanki i nowe wpisy na blogach Was nie interesują, ale może przeciwnie: jedziecie właśnie dokądś na Święta i bawicie się internetem w komórce ;)? Tak czy inaczej, wpis jest okołoświąteczny, bo Wielkanoc = jaja, a jak mówi przysłowie angielskie, bez rozbijania tychże nie ma omletu ;).

Co jakiś czas, gotując lub kręcąc się po kuchni, wznoszę okrzyki w stronę M "Kocham naszą nową kuchenkę!", na zmianę z "Kocham naszą patelnię!*". Wydaje mi się, że mamy przeciętną ilość sprzętów kuchennych, zwłaszcza tych większych, a garnków i patelni to już w ogóle tylko tyle, ile trzeba, bez ani jednej zbędnej sztuki. Wiąże się to m.in. z tym, że po zmianie kuchenki (na tą nową, którą kocham, tj. indukcyjną) ze smutkiem odkryliśmy, że część naczyń przestała na niej działać. Czystka z konieczności okazała się dobrą okazją do zakupu drugiej patelni stalowej, jako mniejszej wersji tej pierwszej, którą kocham. Powodów do miłości jest parę, ale jednym z nich jest fakt, że patelnia nadaje się do umieszczania w piekarniku. I tu wkracza omlet.

Od czasu zdobycia patelni i nowej kuchenki (na której się faktycznie smaży, a nie tylko udaje, że smaży, jak na mojej św. p. elektrycznej z 50% względnie sprawnych palników) eksperymentowałam z omletami robionymi częściowo na kuchence, częściowo w piekarniku. Ostatnio zrobiłam taki w opcji z ubitymi białkami, i to jest ta metoda, którą będę w przyszłości ponawiać. Dodatek czosnku niedźwiedziego jest opcjonalny, można go spokojnie zastąpić inną zieleniną (np. szczypiorkiem, młodym szpinakiem lub ziołami) bądź pominąć. Kto wie, może ktoś będzie miał ochotę na alternatywny dodatek do wielkanocnego śniadania?

Składniki (2 porcje): 

  • 4 duże jaja - białka i żółtka osobno,
  • sól, pieprz do smaku
  • czosnek niedźwiedzi - ok. 12-14 liści, lub odpowiednia ilość innej zieleniny
  • łyżeczka startego, wyrazistego sera (twardy kozi lub owczy, parmezan itp.) na wierzch
  • masło/olej do smażenia
Nastawić piekarnik na 180 st. C (termoobieg, w góra/dół - 190-200 st.). Żółtka oddzielić od białek, roztrzepać z solą i pieprzem. Osobno ubić białka ze szczyptą soli. Całość wymieszać delikatnie (tj. bez gwałtownych, szarpanych ruchów), ale stanowczo. Rozgrzać patelnię (nadającą się do umieszczenia w piekarniku) z niewielką ilością masła i/lub oleju, wylać na nią masę jajeczną, na wierzchu rozrzucić ser i ułożyć liście czosnku. Smażyć na średnim ogniu 2-3 minuty, następnie umieścić w piekarniku (na dość wysokim poziomie, u mnie 2 od góry) na ok. 7 minut. Omlet powinien się zezłocić i napuszyć. Podzielić na 2 porcje (każdą można opcjonalnie posypać dodatkowym serem i np. złożyć) i podawać od razu.

No i wreszcie w temacie... smacznych jaj, czyli Wesołych Świąt ;)!

* Silnym uczuciem darzę także nasz garnek żeliwny, ekspres ciśnieniowy, mikser z hakiem oraz piekarnik, włącznie z kamieniem do pieczenia.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wprowadzona przeze mnie do rodziny tradycja jedzenia paschy na Wielkanoc się przyjęła. Ba, słyszałam nawet kiedyś żartobliwe narzekania, czemu deseru nie ma na stole w Boże Narodzenie (albo i bez okazji). Nie szukałam innych przepisów, m.in. dlatego, że wśród jedzących często były kobiety ciężarne lub karmiące, więc pascha bez surowych jaj była bardzo na miejscu.

Niedawno jednak dostałam od mamy znajomej, którą nazwę tutaj panią R., przepis na "paschę babci Tekli". Rozumiecie sami, że musiałam ją zrobić ;). Różnica między przepisami polega na dodatku w jednym wariancie żółtek jaj, ale nie surowych - ugotowanych na twardo, a w drugim - miodu i śmietany. Cała reszta jest całkiem podobna. Podejrzewam w związku z tym, że w przyszłości będę korzystać z receptur na zmianę ;).

Warto dodać, że pascha to deser a/wyjątkowo prosty i mało pracochłonny, b/nie wymaga pieczenia ani zdolności kulinarnych, c/jest smaczny i efektowny. Czego chcieć więcej?

Uwaga, pani R. zapisała mi proporcje na ogromną ilość paschy (z 1,25kg sera). Ja zrobiłam z 1/3 składników, co daje ok. 8 porcji, i taką wersję podaję. Ponieważ deser wyszedł także moim zdaniem za słodki, uwzględniłam poniżej redukcję cukru.

Składniki:

  • 415g twarogu (tłustego lub półtłustego)
  • 2 żółtka jaj ugotowanych na twardo
  • 160g masła
  • 100g cukru pudru (bez dodatków) lub cukru drobnego LUB 50g płynnego miodu i 50g cukru jw.
  • szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • garść rodzynek/suszonej żurawiny/mieszanki owoców suszonych
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej

Ugotowane żółtka jaj utrzeć z cukrem (białka zjeść solo lub np. dodać do pasty śniadaniowej) a następnie z masłem. Osobno rozetrzeć lub zmielić (jeśli ktoś musi...) twaróg, dodawać stopniowo do masy maślanej, przy cały czas pracującym mikserze. Na koniec wmieszać delikatnie (już łyżką) wanilię i bakalie. Miseczkę lub foremkę wyłożyć podwójnie złożoną gazą lub ściereczką, na którą wyłożyć paschę, wyrównać, przykryć wierzch folią. Obciążyć równomiernie i odstawić na dobę do lodówki. Po tym czasie przełożyć na talerz (odwracając miskę do góry nogami) i podawać jak jest, lub z dowolną dekoracją z owoców lub bakalii.

I to tyle na temat mojego ulubionego dania wielkanocnego :).

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Ile razy czytałam przepisy Nigela Slatera na świeżą makrelę, mamrocząc ze złością pod nosem ("i skąd ja to wezmę, wrrr") - a że Nigel do makreli ma słabość, co można sprawdzić choćby wpisać odpowiednie słowa kluczowe do wyszukiwarki, warczałam często. Ostatnio jednak udało mi się zdobyć ten towar deficytowy. Mieliśmy 2 ryby, po pracy M - 4 filety. Oczywiście musiał być przepis Nigela, ale - choć zasadniczo ufam jego przepisom - zmieniłam w stosunku do oryginału proporcje limonki (na mniej) oraz chilli (na więcej). Wyszło szybkie, uniwersalne i smaczne danie, które można by zastosować do właściwie dowolnej ryby, ze wskazaniem na tłustą.

Trawa cytrynowa, podobnie jak imbir, mieszka na stałe w mojej zamrażarce; kupuję ją wtedy, gdy na nią trafię (np. w stołecznych sklepach z żywnością azjatycką). Zastępowanie kolendry innym ziołem jest możliwe, ale smak i aromat gotowego dania będzie inny.

Składniki (2-4 osoby):

  • 4 średnie filety makreli (lub innej tłustej ryby),
  • 2 łodygi trawy cytrynowej,
  • ok. 3-4cm kawałek imbiru,
  • 4 łodygi dymki/szczypioru (ew. suszony szczypiorek - ok. 2 łyżek),
  • 2 małe (tajskie) papryczki chilli (lub ostatecznie jedna, ale odpestkowanie sobie darujcie),
  • sok z 2 limonek,
  • 2 łyżki sosu rybnego,
  • łyżka cukru,
  • świeża bazylia i kolendra - niedbale porwane, po małej garści,
  • olej do smażenia,
  • opcjonalnie: skórka starta z limonki

Nagrzać piekarnik z funkcją grill do maksymalnej temperatury (u mnie - 250 st.). Trawę cytrynową i dymkę cienko pokroić, imbir obrać i zetrzeć lub drobno posiekać. Chilli także drobno pokroić. Sok z limonek wycisnąć do miseczki, dodać sos rybny i cukier, wymieszać. Opcjonalnie można dodać skórkę startą z jednej limonki (wcześniej sparzonej).

W woku/głębszej patelni rozgrzać olej, przesmażyć trawę cytrynową, dymkę, imbir i chilli - tyle, by zmiękły. Wymieszać z sokiem z limonki itd. oraz liśćmi bazylii i kolendry.

Filety z makreli ułożyć na kratce grillowej, wsunąć pod grill (pod spód dobrze podłożyć blaszkę wyłożoną np. folią) i poczekać, aż mięso stanie się matowe (co potrwa od chwili do ok. 2 minut). Wysunąć rybę z piekarnika, przykryć składnikami sosu i piec dalsze 5 minut, lub tak długo, aż warstwa dymki, trawy cytrynowej itd. zacznie się rumienić. Podawać natychmiast.

sobota, 12 kwietnia 2014

Klops jaki jest, każdy widzi ;). Chodził za mną od dawna (nigdy nie robiłam, a nawet nie wiem, czy jadłam domowego?), a chęć przyrządzenia dania wzmogły wspomnienia Anny del Conte (Risotto with nettles), w których dużo jest przepisów „biednych” (bo wojennych i powojennych), w tym różne rolady z resztek lub tańszych mięs. Wszystkie przepisy wydawały mi się jednak albo zbyt skomplikowane, albo mało atrakcyjne ;), traf jednak chciał, że niedługo po zakończeniu lektury zobaczyłam na blogu Magazyn Kuchenny klopsa prostego, bez żadnego jaja na twardo uwięzionego w środku i... zrobiłam go z tylko okołomiesięcznym poślizgiem.

Najbardziej obawiałam się chwili wyjęcia pieczeni z foremki i dopiekania luzem. Pewnie gdyby nie było M pod ręką, skończyłoby się to obiadem na podłodze/w zlewie i poparzeniami, ale na szczęście można było wykorzystać męską siłę do tego trudnego zadania ;). Przepis poniżej, z uwagami własnymi, ale właściwie zgodnie z oryginałem, bo zasadniczo nic nie zmieniałam - poza tym, że miałam minimalnie więcej mięsa, więc zwiększyłam ilość składników. Przyjęłam, że mięso będzie mielone w domu (ew. można poprosić o zmielenie przy zakupie w sklepie, ale z wiadomych powodów nie sugerowałabym kupowania gotowego mielonego).

No to klops:

Składniki:

  • ok. 600 g wieprzowiny, nie b. chudej (np. z łopatki)
  • ok. 50 g czerstwego białego pieczywa, pokrojonego w kostkę 
  • ok. ½ szklanki mleka (lub tyle, ile wchłonie chleb)
  • 1 łyżka oleju 
  • 1 mała cebula, drobno posiekana 
  • 1 ząbek czosnku, drobno posiekany 
  • 1 duże jajko 
  • ok. ½ łyżeczki soli morskiej 
  • ok. ⅛ łyżeczki świeżo mielonego pieprzu 
  • ¼ szklanki natki pietruszki, posiekanej 
  • ok. 200 g wędzonego boczku (cienkie plasterki – raczej dłuższe niż krótsze) lub ¼ szklanki bułki tartej
  • opcjonalnie: majeranek, ziele angielskie
Cebulę zeszklić z czosnkiem na rozgrzanym oleju. Przestudzić. Bułkę/chleb namoczyć w mleku. Mięso wyjąć z lodówki, zmielić z cebulą i namoczoną oraz odciśniętą bułką. Dodać jajo, sól, pieprz oraz posiekaną natkę pietruszki (opcjonalnie można by użyć majeranku – świeżego lub suszonego, i dodać szczyptę ziela angielskiego), wyrobić szybko, ale dokładnie.
Małą keksówkę wyłożyć plastrami boczku, zostawiając wolne końcówki – z jednej strony krótkie, z drugiej trochę dłuższe niż szerokość foremki (najlepiej przedstawia to zdjęcie na stronie Magazynu). Mięsną masę włożyć do foremki, uklepać i wyrównać wierzch. Zakryć końcówkami plasterków boczku (najpierw krótkie, potem dłuższe; jeśli okaże się, jak u mnie, że trochę źle przewidzieliście ich ułożenie a szerokość foremki, można puste miejsce „załatać” boczkiem ułożonym w poprzek). Alternatywnie, zamiast używać boczku, można formę wysmarować masłem i wysypać bułką tartą.
Piec w piekarniku nagrzanym do 180ºC (termoobieg) przez 45 minut, następnie wyjąć klops z foremki (przyda się pomoc drugiej osoby oraz np. deska do krojenia jako podkładka; my także odlaliśmy podczas przekładania trochę wytopionego tłuszczu) i dopiec sam (np. na blaszce wyłożonej pergaminem) przez kolejnych 15 minut. Po upieczeniu wyłożyć na kratkę/deskę i odczekać kwadrans przed pokrojeniem (ważne, w przeciwnym razie się kruszy!).

Mięso bdb je się i na ciepło, i jako wędlinę (patrz zdjęcie). W towarzystwie sosu chrzanowego mogłoby pojawić się na wielkanocnym stole. Do wersji na ciepło przygotowałam do niego sos pomidorowy (podobny do mojego "podstawowego"), wzbogacony suszonymi grzybami, ale nie jest to niezbędny dodatek: klops bdb broni się sam. Warto spróbować.

poniedziałek, 07 kwietnia 2014

Niedawno skusiłam się na ekologiczne pomarańcze sycylijskie (o których wspominałam przy okazji pomarańczy gorzkich). W ramach swojego przydziału dostałam pewną ilość słodkich pomarańczy czerwonych i kilka cytryn (z których coś dojrzewa w piwnicy ;). Część owoców przerobiłam na...

Curd z czerwonych pomarańczy zrobiłam tak, jak cytrynowy, wykorzystując 250ml soku, odpowiednio zwiększając ilość jaj i masła, ale cukru na tą ilość dałam proporcjonalnie mniej, tj. 120g. Skórki użyłam dość dużo, bo z 3 owoców. Zaskoczona byłam tym, że kolor wyszedł jak jogurt pomarańczowy, czyli ładny, ale dość blady.

Co zrobić z tym fantem, tj. kremem?

- można go zjeść jak poniżej - z ciastem drożdżowym, np. tym;

- przełożyć nim biszkopt;

- jeść z chlebem, zwłaszcza tostami, na śniadanie;

- użyć jako nadzienia dla tarty kruchej (lub tartaletek):

Ciasto kruche lekko słodkiez przepisu na tartę rustykalną przygotować, schłodzić, rozwałkować na foremkę ok. 27-28cm (najlepiej z wyjmowanym dnem i/lub powłoką nieprzywierającą - w przypadku bardziej tradycyjnego naczynia można dno wyłożyć papierem do pieczenia przyciętym na wymiar) lub odpowiednią ilość tartaletek, schłodzić. Piec na ślepo (z obciążeniem) ok. 12-13 minut w 190 st. C (termoobieg) plus już bez obciążenia tyle, by ciasto wyraźnie się zrumieniło. Tartaletki wystarczy piec nakłute, bez obciążenia.

Spód wystudzić i najlepiej od razu (może być jeszcze letni) usunąć z foremki - tu przyda się ruchome dno, ale i przy tradycyjnej delikatne, cierpliwe i dokładne podważenie brzegów powinno zadziałać. Można oczywiście zostawić ciasto w foremce, ale schłodzone w lodówce z curdem będzie się ciężko kroiło, chyba, że było pieczone z papierem - mówię z własnego doświadczenia. Wyjmowanie z  foremek dotyczy także tartaletek.

Spód przełożyć na talerz/paterę, napełnić kremem, schłodzić już w lodówce. Tuż przed podaniem pokroić jak najcieniej pomarańcze - można zostawić skórkę - tylko umyte, jeśli eko, lub sparzone, jeśli innego pochodzenia. Pestki usunąć. Pomarańcze ułożyć na kremie; ile użyjecie, zależy od Was: na pierwszym zdjęciu widać 2 pokrojone owoce, na tym poniżej - tylko jeden.

Ew. resztki tarty przechowywać w lodówce. Wyjmować ok. 10-15 minut przed planowanym jedzeniem (czyt. krojeniem).

PS. Zapomniałam o recenzji kremu: gdybym miała wybierać, wolę curd z kwaśnych owoców (cytryny czy limonki), ale pomarańczowy to także miła odmiana.

sobota, 05 kwietnia 2014

Misja pt. wege pasztet idealny trwa (mimo sojowego i boćwinowego...). Ostatnio bardzo mi smakowały hamburgery bezmięsne, jedzone zamiast wędliny, i przypomniałam sobie o zachwalanym pasztecie z soczewicy wg Agnieszki Kręglickiej. Oryginał można znaleźć na tej stronie. Jak widać, jest to w sumie przepis-matryca, czy też luźne sugestie, jak korzystając z bazy można stworzyć wariacje na (pasztetowy) temat - a ja bardzo lubię takie przepisy. Oto więc moja wariacja. Długością listy składników proszę się nie przerażać. Z efektów jestem bardzo zadowolona, a olej truflowy okazał się bardzo dobrym pomysłem (choć nie jest konieczny, ale ten aromat - jeśli się go lubi, oczywiście - b. poprawia smak pasztetu).

Składniki: 

  • 0,5 szklanki czerwonej soczewicy, ugotowanej na puree w szklance wody
  • ponad szklanka uduszonych/upieczonych warzyw, składająca się u mnie z pieczonego buraka, kawałka dyni, pietruszki i pieczarki
  • 1 mały por
  • 1 mała cebula
  • 2 b. duże jaja
  • kilka namoczonych grzybów suszonych
  • łyżka posiekanych kaparów
  • szczypta mielonej kolendry
  • 2 szczypty mielonego imbiru (ew. drobno posiekany kawałek świeżego)
  • ok. ¼ świeżo startej gałki muszkatołowej
  • hojna szczypta chilli
  • suszony/świeży lubczyk
  • sól, pieprz - do smaku
  • ok. 4 łyżek wyrazistego oleju – polecam truflowy
  • opcjonalnie: bułka tarta (1-2 łyżki)

Soczewicę ugotować, warzywa upiec/udusić na patelni, osobno udusić na mieszance masła i oleju drobno pokrojoną cebulę i pora w półplasterkach. Zmiksować z pozostałymi składnikami, doprawić do smaku (jeśli nie chcecie próbować masy z surowymi jajami, można je zostawić do dodania na sam koniec i doprawić wcześniej). Masa będzie dość luźna, gdyby jednak wydawała się bardzo lejąca, można lekko zagęścić bułką tartą, nie powinno to jednak być konieczne.

Przełożyć do foremki keksowej wyłożonej pergaminem lub wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Piec ok. 30-35 minut w 180 st. C (u mnie w termoobiegu), dokładnie wystudzić przed pokrojeniem. Można także zostawić na 15-20 minut w wyłączonym piekarniku przed wyjęciem.

poniedziałek, 31 marca 2014

I oto kolejny mini-wpis przypominajka, a właściwie ostatnie dzieło Lodowego Specjalisty w naszym domu (M).

Klasyczne lody waniliowe znacie. Jak zamienić je w lody czekoladowe? Dodać do zagotowanej (i dopiero co zdjętej z ognia) śmietanki 125g dobrej czekolady/kuwertury gorzkiej, połamanej na kawałki, delikatnie mieszać do rozpuszczenia, dalej postępować jak w przepisie bazowym.

Uwaga! Nie wiem, czy to reguła, ale u nas te lody nie zmroziły się tak samo ani w maszynce, ani w zamrażarce, jak te bez dodatków, ale nie było żadnych niepożądanych kryształków lodu. Maszynkę proponuję wyłączyć w momencie, gdy masa będzie gęsta i lekko zmrożona przy ściankach.

Wrażenia smakowe? Zamrożony mus czekoladowy :). Nigdy nie zamawiam lodów w tym smaku w lodziarni czy restauracji, ale ten deser mi bardzo smakował - choć w mikro ilościach, bo jest bardzo sycący (bardziej niż klasyczne lody domowe, które też do frakcji lekkiej nie należą ;). Polecam, jeśli chcecie zrobić na kimś wrażenie.



piątek, 28 marca 2014

Kupiłam papierowe wkłady do praski do burgerów (stosowane wkładka – farsz – wkładka owocują kotletami właściwie uformowanymi, które da się wyjąć z praski w jednym kawałku*). Musiałam to cudo sprawdzić na żywo. Ale! Nie chciałam jakichś tam mięsnych kotletów siekanych. W myśl różnych kotletów wege, resztkowych i nie, uformowałam (praską ;) wege burgery.

Swoją drogą, pierwsze takie kotlety jadłam... nie w wege barku, nie na straganie ze zdrową żywnością, tylko, uwaga... w McDonaldzie. Dobre kilkanaście lat temu, w Londynie ;). Tamte burgery wyglądały na zrobione ze zmielonej włoszczyzny z dodatkiem groszku, co mnie zainspirowało, gdy potrzebowałam dosztukować pozostałe jarzyny. Poza wspomnieniem słodkich lat 90-tych, inspirowałam się przepisem z Jadłonomii, biorąc z niego głównie jaglankę i niektóre przyprawy. Uwaga! Lista składników może przerażać długością, ale rzecz jest naprawdę prosta.

Składniki (na ok. 12 kotletów):

  • 1 ¾ szklanki jarzyn (marchewka, dynia, burak) – wytłoczyn z sokowirówki lub świeżo startych i dobrze odciśniętych,
  • ¾ szklanki (objętość przed ugotowaniem) kaszy jaglanej
  • ¾ szklanki mrożonego groszku
  • po dwie łyżki nasion słonecznika i siemienia lnianego (lub sezamu)
  • ½ małej cebuli, drobno posiekanej i zeszklonej na oleju
  • po hojnej szczypcie kuminu i mielonego chilli
  • posiekany świeży imbir (ok. 2 cm)
  • 2 łyżki sosu sojowego (jasnego)
  • opcjonalnie: łyżka świeżych/suszonych ulubionych ziół
  • 1 jajo
  • 1 łyżka bułki tartej (lub ew. więcej, jeśli masa będzie b. mokra)

Jarzyny zetrzeć i odcisnąć lub odzyskać z sokowirówki. Kaszę ugotować z groszkiem w osolonej 1,5 szkl. wody na zupełnie miękko (lekkie rozgotowanie nie zaszkodzi - jak dla mnie dopiero taka jest jadalna...), przestudzić. Wymieszać jarzyny z kaszą – masa powinna być całkiem gęsta. Dodać pozostałe składniki, sprawdzić doprawienie. Na tym etapie można masę schłodzić w lodówce, lub formować od razu kotlety lub burgery (za pomocą ww. praski ;). Uformowane schłodzić przynajmniej 15 minut przed pieczeniem, smażeniem lub grillowaniem. Wybrałam tą ostatnią metodę, na patelni grillowej. Burgery lekko smarowałam olejem z jednej strony (tej, która miała pierwsza styczność z patelnią). Nie przejmujcie się, jeśli kotlety trochę się rozpadną podczas obracania – można je ponownie uklepać.

Można podawać jak klasyczne burgery mięsne (z bułkami) lub z sosem pomidorowym na ciepło. Bardzo dobrze smakują też na zimno.

* I to faktycznie działa.

poniedziałek, 24 marca 2014

To trochę wpis przypominajka. W miniony weekend zrobiłam babucha z przepisu na drożdżowe uniwersalne, tj. cynamonkowe, wzbogacając skład bakaliami. Wierzch posypałam "brązową kruszonką", która może nie jest super odkrywcza, ale bardzo mi smakuje i na pewno chętnie do niej wrócę (letnie owoce pod taką kruszonką, mmm...).

A więc:

Składniki:

  • Ciasto: 1 x ciasto na cynamonki (z 600g mąki), podczas wyrabiania dodane 2-3 łyżki skórki pomarańczowej i jw. namoczonych suszonych porzeczek (które chwilowo przebywały w tzw. magicznym słoiku, o czym niżej) - postępować jak w przepisie, do drugiego wyrastania przełożyć ciasto do wyłożonej pergaminem/wysmarowanej i wysypanej mąką średniej blaszki.
  • Kruszonka: 100g zimnego masła, pokrojonego w kostkę, 100g cukru drobnego brązowego (użyłam jasnego muscovado), 25g płatków orkiszowych lub owsianych (nie błyskawicznych), szczypta mielonej wanilii
Wszystkie składniki kruszonki zagnieść na drobne okruszki (wielkim kawałkom kruszonki mówię nie) i posypać wyrośnięte ciasto przed pieczeniem. Piec ok. 40-45 minut w 185 st. C (termoobieg).

A skoro o magicznym słoiku mowa: oto on, świeżo napełniony rodzynkami i brandy po uszczupleniu zapasów. Rodzynki (lub raz suszone porzeczki) mieszkają w nim na stałe, od kilku tygodni do kilku miesięcy. Wszystkim piekarzom polecam.

sobota, 22 marca 2014

Nieco twarde i z makiem, z krakowskiego rynku. Pękate, z sezamem - pierwszy posiłek w Stambule. Miękkie, z grubą solą - pożerane na stoku narciarskim. Innymi słowy, rzadko przejdę obojętnie obok precli*, ale... nigdy ich nie piekłam! Nadrobiłam rzecz niedawno, dzięki Signe Johansen, i na pewno do przepisu wrócę, skoro już wiem, jak powinien wyglądać ;).

Tu dygresja na temat pozytywnej strony mediów społecznych, tzn. ułatwienie kontaktu z osobami publicznymi czy firmami. Otóż gdy zabrałam się za przepis, przeczytałam odpowiednią stronę w Scandilicious Baking kilkakrotnie i na koniec byłam trochę zbita z tropu. Przepis nie zawierał żadnego płynu, poza niewielką ilością oleju i miodu. Wymieszałam składniki w misce, popatrzyłam na te suche okruchy, wzruszyłam ramionami i zaczęłam lać wodę, kierując się uwagą, że ciasto ma być dość zwarte.

Gdy precle już wyrastały, przypomniałam sobie, że sprawę można łatwo wyjaśnić, bo autorka prowadzi bloga, ale miałam problem z dodaniem komentarza - w przeciwieństwie do wysłania bezpośredniej wiadomości przez Twitter. Odpowiedź od Signe dostałam bardzo szybko: przeprosiny, że nawaliła korekta, bo tak, oczywiście brakuje wody ;). Zasugerowała dodanie więcej niż ja dolałam (i myślę, że przy takich proporcjach ciasto mogłoby się lepić).

Kolejny problem, jaki miałam to... formowanie precli. Teoretycznie wiedziałam, jaki powinny mieć kształt, ale w praktyce niezupełnie mi to wyszło, są to zatem precle nieortodoksyjne ;). Tak czy inaczej, w smaku są pyszne: miękkie, bliskie austriackim, a skórka po kąpieli w sodzie i pobycie w piekarniku jest brązowa, z charakterystycznymi pęknięciami.

Składniki(ok. 8-10 precli):

  • 500g mąki pszennej chlebowej
  • 15g świeżych drożdży
  • łyżeczka cukru
  • łyżeczka soli
  • 250-275ml (ew. trochę więcej) wody
  • łyżka oleju
  • 30ml miodu (najlepiej dość płynnego)
  • trzy łyżki sody (do gotowania)
  • posypka: gruba sól, mak, sezam

Rozczynić drożdże z cukrem, odstawić, aż staną się płynne. Dodać pozostałe składniki, poza sodą i posypką, wyrobić ręcznie lub mikserem z hakiem zwięzłe, zwarte ciasto (wodę dostosować do konsystencji - nie może się lepić). Odłożyć do wyrastania na ok. 1 h lub do podwojenia objętości. Odgazować i odstawić na kolejne 30-45 minut (aż po delikatnym dotknięciu na cieście zostanie odcisk palca).

Nastawić piekarnik na 205 st. C. (termoobieg; góra/dół - 20 st. więcej). Podzielić ciasto na 8-10 części, z każdej uformować wałek i zwinąć (mniej lub bardziej zgrabnie ;) precel.

Zagotować ok. 500ml wody z sodą. Gotować precle partiami, po 30 sekund na stronę; wyławiać za pomocą łyżki cedzakowej i wykładać na blaszkę (lekko natłuszczoną lub wyłożoną np. matą do pieczenia). Posypywać od razu solą i ew. ziarnami. Piec z parą 12-15 minut (powinny być wyraźnie zbrązowione, ale nie spalone).

Jeść najlepiej tego samego dnia: po tylko lekkim przestudzeniu lub jeszcze tylko lekko ciepłe, ew. najdalej następnego dnia (można je lekko spryskać wodą i podgrzać), ale dobrze się mrożą, więc potencjalny nadmiar można przechować w zamrażarce.

Warto dodać, że bardzo dobrze smakują i solo, nie tylko do piwa ;), ale i przełożone dodatkami, jako kanapki.

* Może należałoby to uogólnić do pieczywa jako takiego. Zdecydowanie dieta niskowęglowodanowa czy bezglutenowa odpada.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 83
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Tagi



Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna