Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 04 grudnia 2016

To już 8 (!) Korzenny Tydzień. Z tej okazji „zachomikowałam” (mówicie tak?) babkę dyniową. A właściwie to babkę duo: dyniowo-czekoladową. Oryginał – w wersji mono, bez dodatku kakao - pochodzi z ostatniej książki Nigelli (Simply Nigella), o której myślę jako o „tej jasnej” – bo w takich kolorach została zaprojektowana, zdjęcia Keiko Oikawa też są utrzymane w tonacji białej/minimalistycznej; osobiście mi się podobają, choć widziałam w sieci komentarze, że „w ogóle nie ma w nich stylizacji”. No cóż, na pewno nie są przeładowane, tzn. w planie nie roi się od gadżetów (i dla mnie to plus ;). Przykładem jest właśnie portret ciasta dyniowego.

Czemu przerobiłam je na babkę o dwóch smakach? Bo robiłam kiedyś inne korzenne ciasto Nigelli, właśnie w takim kształcie, i choć obiektywnie smaczne, było też nieco… nudne. A że chodził za mną jednocześnie klasyczny marmurek, postanowiłam upiec dwie pieczenie (ciasta) na jednym ogniu. Na publikację poczekał z miesiąc, bo aż się prosił o podczepienie pod własną akcję korzenną. Uwaga, przepis nadaje się dla osób niejedzących nabiał.

Składniki:

  • 300g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 250ml oleju roślinnego
  • skórka i sok z 1/2 pomarańczy (plus ew. dodatkowy, o czym niżej)
  • 3 duże jaja
  • 400g mąki pszennej uniwersalnej (lub jasnej orkiszowej)
  • 2 łyżeczki sody
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki mielonego (lub roztartego w moździerzu) ziela angielskiego
  • 200g puree z dyni (upieczonej i zmiksowanej; sugeruję raczej zwięzłą, mało wilgotną odmianę, typu amazonka czy hokkaido)
  • 2 kopiaste łyżki jak najlepszego ciemnego, przesianego kakao

Do podania:

  • cukier puder lub lukier (na bazie soku z ww. pomarańczy i ok. 200g cukru pudru)

Ubić mikserem cukier, olej, skórkę startą z ½ pomarańczy i 2 łyżki soku pomarańczowego. Wciąż ubijając dodać do masy jaja. Osobno wymieszać suche składniki, dodać do masy, wymieszać tylko tyle, by składniki się połączyły. Podzielić na ½, do jednej połowy dodać dynię i wymieszać, do drugiej kakao. Gdyby masa czekoladowa była wyraźnie gęstsza/bardziej sucha od dyniowej (jak u mnie), dodać jeszcze trochę soku z pomarańczy.

Przygotować foremkę na babkę, wysmarowując ją dokładnie masłem i wysypując mąką LUB korzystając z metody autorki: mieszając 2 łyżeczki mąki z taką samą ilości oleju na pastę i dokładnie wysmarowując mieszanką wnętrze formy (tak zrobiłam, i to działa); ew. nadmiar oleju można usunąć odstawiając blaszkę na kilka minut do góry nogami na podwójną warstwę ręcznika papierowego. Przełożyć ciasto do foremki, nakładając na zmianę ciasto dyniowe i czekoladowe. Piec przez ok. 60-70 min w przypadku foremki bez komina (z kominem ok. 15 minut krócej) lub do suchego patyczka. Po wystudzeniu oprószyć cukrem pudrem lub polukrować, mieszając cukier puder z sokiem z pomarańczy do pożądanej konsystencji (u mnie wyszła bardziej glazura, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało). Ciasto dość długo zachowuje świeżość.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

czwartek, 01 grudnia 2016

Jakiś czas temu przypadkiem wpadł mi w oko filmik Jamie’ego Olivera pt. jajka w koszulce z łososiem. Tak jak nie przepadam za filmikami instruktażowymi w ogóle, obejrzałam całość, bo jaja w koszulce bardzo lubię, a pomysł wydał się ciekawy jako urozmaicenie. Prawie od razu chciałam wypróbować patent (jajka, dodatki i folia spożywcza – czyli coś dla tych, którzy z gotowaniem jaj luzem mają kłopot), ale zafrasował mnie brak drugiego podstawowego składnika, tj. wędzonego łososia. Dla upartego nic trudnego: rozważałam przez chwilę zastąpienie ryby szynką, ale ostatecznie stanęło na dużej ilości ziół z małym dodatkiem anchois. Można by też użyć np. pieczonej papryki obranej ze skóry, pesto, suszonych pomidorów, przesmażonych pieczarek… Sporo jest możliwości, jak to zresztą z dodatkami do jaj bywa :). Paradoksalnie jedynie nie podoba mi się kształt: wydaje się zbyt uformowany, wolę te bardziej naturalne, gotowane luzem.

Składniki:

  • 4 duże jaja
  • 4 kopiaste łyżki posiekanej natki pietruszki i szczypiorku
  • 4-5 ziaren ziela angielskiego, roztartych w moździerzu
  • 4 fileciki anchois, osączone z oleju

Nastawić garnek wody do gotowania. Zioła dokładnie posiekać z anchois i wymieszać z zielem angielskim. Niewielki kubek wyłożyć folią spożywczą, nałożyć ¼ ziół z anchois, na to wbić jajko, zawiązać folię na kształt woreczka, upewniając się, że w środku nie zostało zbędne powietrze. Tak samo postąpić z resztą farszu i jajami. Powstałe 4 woreczki delikatnie włożyć do wrzątku i gotować 5-6 minut: 6 dla jaj XL, 5 dla mniejszych (moje były na oko M/L i 6 minut okazało się za długo). Delikatnie rozciąć każdy woreczek i wyłożyć jajo na… no właśnie. U mnie na kromki chleba obłożone sałatą, ale można je także dodać do sałatki, zupy, potrawki czy użyć jako dodatku do wytrawnych gofrów. Powtarzając to, co napisałam wyżej: możliwości jest wiele ;).

piątek, 25 listopada 2016

Holandia – myślałam – to kanały i rowery. „Z grubsza jak Belgia: Brugia czy Gandawa, tylko może trochę inna architektura”. Po niecałych trzech dniach spędzonych w Utrechcie i Delft mam ochotę powiedzieć „kanały kanałami, rowery rowerami, ale jednak jakoś… inaczej”. Może się mylę, ale tym, co najbardziej mi się podobało w tych dwóch miastach była zrelaksowana, swobodna atmosfera. Ludzie sprawiają wrażenie, że się nie spieszą (i zresztą obsługa w sklepach czy restauracjach jest często wolniejsza, o czym niżej), są przy tym bardzo mili (jak to ujął M, „milsi niż standard”). Utrecht jest miastem uniwersyteckim, więc oczywiście wszędzie widzi się wiele młodych osób, ale poza tym na ulicach jest sporo dzieci: na rowerach, w wózkach czy cargo bike’ach rodziców, a także starszych osób, w tym młodzieżowo i często ciekawie ubranych pań z niefarbowanymi, siwymi włosami… i tak, jeszcze w temacie rowerów, w dzień powszedni ok. 8:30 czasem trzeba długo czekać na możliwość przejścia na drugą stronę ulicy, aż ustanie ruch na jezdni. Ten na dwóch kółkach ;). W praktyce łatwo wtopić się między mieszkańców i spędzić cały dzień chodząc po parkach, średniowiecznych uliczkach, zaglądając do prywatnych domów (co jest wyjątkowo łatwe ze względu na rozmiar okien), wracając na starówkę i siadając z piwem czy kawą w jednej z licznych kawiarni, najlepiej przy stoliku na zewnątrz, niezależnie od temperatury, bo Holendrzy zdają się być nieźle zahartowani. Podsumowując: wiem, że to teoretycznie Duńczycy słyną z hygge (sztuki dobrego życia, w dowolnym tłumaczeniu), ale… Może to po prostu zaraźliwe ;).

A poza kanałami i rowerami, widoczki na komputerze i w mojej głowie: łyski na kanałach, dużo zieleni (i wszechobecna jarzębina), secesyjne kamienice i słynne wielkie okna parterowe. W moich wspomnieniach są także muzea, bo przez trzy dni byłam w pięciu ;), w tym w manufakturę porcelany w Delft i Kastel de Haar w okolicy Utrechtu, albo „zamku Rothschildów”. Gratka dla fanów pałaców, do których się nie zaliczam, a jednak zwiedziłam posiadłość z przyjemnością. Jednym powodem mógł być ładny teren wokół zamku i piękny słoneczny dzień, ale drugim raczej coś, co zauważył M: że dzięki np. nałogowemu oglądaniu Opactwa Downton i tym podobnych produkcji inaczej patrzymy na prywatne domy arystokracji, które jeszcze do stosunkowo niedawna były zamieszkane i „normalnie” używane. Uwaga: więcej zdjęć z wycieczki zamieściłam „na żywo" dwa tygodnie temu na Instagramie.

Spożywczo liczyłam na powtórkę z Brugii (którą zapamiętałam bdb zwłaszcza ze względu na ryby/owoce morza jedzone codziennie), jednak Holandia okazała się nieco inna. Być może to kwestia pory roku (zimny listopad a nie ciepły kwiecień), ale najlepiej z pobytu zapamiętam… zapach potraw smażonych na głębokim tłuszczu. Następnym razem będę wiedziała, że gdy zachce mi się świeżego, skądinąd b. smacznego kibbeling z frytkami, tj. lokalnej wersji fish & chips podanej z sosem (czy też sosami – np. ravigotte, majonezowo-octowym z kaparami), to o ile nie będziemy wyjątkowo wyposzczeni, rozsądnie będzie zamówić jedną porcję na spółkę, bo wtedy prawdopodobnie wszystko damy radę zjeść ;). Smażone są także tradycyjne krokiety, serwowane zazwyczaj na pieczywie, jako alternatywa dla kanapek i… szczerze mówią myślę, że podpadają pod to, co Brytyjczycy nazywają acquired taste ;).

Udało nam się jednak zaliczyć udaną kolację w Heron, o którym wyczytałam na całkiem przydatnej stronie Explore Utrecht (polecam też konto na Instagramie). Restauracja działa od dopiero paru miesięcy, położona jest blisko centrum Utrechtu, ale jednak poza ścisłą starówką, w cichej uliczce wśród domów mieszkalnych… czyt. raczej trzeba o niej wiedzieć, by trafić. A jednak gdy wychodziliśmy, było prawie pełno.

Menu – jak we wszystkich miejscach, gdzie jedliśmy – było tylko po niderlandzku. Kelner zostawił nas na kilka minut z kartą, byśmy korzystając ze znajomości kilku języków europejskich domyślili się ile damy radę. Udało się mniej więcej z połową, bo np. to, że pompon (pompoen dokładnie) to dynia, sami nie wpadliśmy ;). Dużym plusem była dla mnie część pt. „piąta ćwiartka” (dosłownie) z podrobami, konkretnie tym razem szpikiem i racicami. Ogólnie kuchnię można podsumować „sezonowo i lokalnie”, za co kolejny plus.

Warto zapisać, co zjedliśmy po kolei, bo dania były nietypowe:

- amuse bouche: krem z bakłażanów, „własnoręcznie przygotowany latem” przez ekipę Heron, podany z chrupką, prażoną kaszą gryczaną (wciąż myślę, jak ją odtworzyć), chleb na sodzie i smarowidło: mus jabłkowy na wieprzowinie (smaczny i dla osób, które, jak ja, raczej unikają smalcu, też coś do zapamiętania na użytek domowy). Rozbroił mnie właściciel, który na początku nas obsługiwał - gdy powiedziałam, że „ta posypka z kaszy jest świetna”, uśmiechnął się bardzo szeroko: „Tak, wiem”.

- przystawki: bulion rybny dla M (bardzo esencjonalny, z dużym dodatkiem wędzonej ryby) oraz dla mnie trzy głęboko smażone (tak, tak, tu też, tylko cicho westchnęłam na widok talerza ;) lokalne ostrygi z ciekawą wariacją nt. ravigotte, z dodatkiem wodorostów;

- dania główne: M gołąbek jumbo z kapusty włoskiej nadziewany wątróbką drobiową oraz dla mnie (najsłabsze w całym zestawieniu) danie wege: dynia z serem kozim i czerwoną kapustą, gdzie było po prostu za dużo dyni.

Cała kolacja trwała całkiem długo, bo obsługa nie działa w pospiechu, co jednak wydaje mi się (po jeszcze paru restauracjach w Utrechcie) lokalnym standardem i pasuje do ogólnej zrelaksowanej atmosfery. Heron to miejsce do którego chętnie bym wróciła, gdyby jeszcze kiedyś było mi po drodze.

Z innych plusów kulinarnych: przywiozłam smaczny ser (kozi, dwuletni) z Delft ze sklepu Henri Willig, i wypróbowałam parę dobrych lokalnych piw. W Utrechcie też nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem źródła dobrej kawy (łatwiej moim zdaniem niż w Brugii), a koleżanka mnie zapewniała, że to zresztą holenderski standard. Nie byłam jednak w żadnej knajpie surinamskiej, nie spróbowałam prawdziwych speculoos, loempia czy paru innych rzeczy... po prostu jest powód, żeby wrócić ;).

Zapisz

niedziela, 20 listopada 2016

Gdy M wręczył mi siatkę z zakupami do rozpakowania i odkryłam w niej dużą tackę śledzi, byłam pod wrażeniem: „Naprawdę usłyszałeś?!”. Bo szczerze mówiąc… mam wrażenie, że moje głośne uwagi typu „ŚLEDZIE*. Zjadłabym śledzie” rzadko docierają do czyichś uszu. Podsumowując, była to całkiem miła niespodzianka i liczę na powtórki ;) (jeśli ktoś to czyta).

O śledziach pomyślałam dzień czy dwa, obejrzałam zawartość lodówki i tak oto pierwszy raz przygotowałam własnoręcznie śledzie zabielane, jogurtowo-śmietanowe. Od klasyki różni je (poza jogurtem) dodatek kaparów. Czas przygotowania: kilka minut, czas leżakowania dość krótki, więc można potraktować je jako opcję last minute (np. na dzyń dzyń dzyń Święta). Na co dzień świetnie pasują do gotowanych lub pieczonych ziemniaków, bądź jak widać na zdjęciu (patrz: uwagi pod przepisem).

Składniki:

  • 1 mała cebula, pokrojona w pióra
  • 250g śledzi marynowanych w oleju**
  • 5-6 łyżek gęstej śmietany
  • 4 łyżki gęstego jogurtu
  • łyżeczka kaparów
  • ½ łyżeczki suszonego koperku

Cebulę pokroić i zblanszować (przelać wrzątkiem) na sitku, odstawić na bok. Śledzie pokroić na ok. 3-4cm kawałki. W misce wymieszać śmietanę z jogurtem, dodać osączone z zalewy, posiekane kapary i koperek. Wmieszać cebulę i śledzie. Całość przełożyć do słoika i odstawić przed jedzeniem na co najmniej 12h (a lepiej - dobę) do lodówki.

Na zdjęciu moje ulubione połączenie (prawie tak samo dobre, jak szynka + majonez + chałka). Oczywiście, żytnie pieczywo czy pumpernikiel też świetnie pasują, ale słodka chałka plus słony, lekko kwaśny śledź… Kto nie spróbuje, ten nie wie, co traci ;).

* Strudel/piernik/chałka/dobre pomidory/kurki/maliny/pizza… itd., itp. w nieskończoność. Choć śledzie pojawiają się w takim kontekście wyjątkowo często.

** Można też użyć osączonych marynowanych, po pokrojeniu wymieszanych z 1-2 łyżeczkami dobrego oleju rzepakowego (lub lnianego, jeśli ktoś lubi) i odstawione na ok. godzinę w temp. pokojowej lub tzw. matjasów potraktowanych jw. Jak wspominałam wielokrotnie, nigdy nie moczę śledzi (jeśli mam podejrzenia, że są wyjątkowo słone, to ew. krótko opłukuję, ale matjasy moim zdaniem tego nie wymagają).

Zapisz

czwartek, 17 listopada 2016

Kolejny rok, kolejna zima, kolejne pierniki, korzenne owsianki, napoje, potrawki. Korzenny Tydzień tzn. W tym roku, jak i przez poprzednie dwa lata, bawimy się także na Facebooku. Korzenna akcja łączy się nieprzypadkowo ;) z 10 Festiwalem Pierniczków Majany - można upiec dwie pieczenie (blaszki) na jednym ogniu.

Zasady są bardzo proste: w dniach 3-11 grudnia gotujemy, ucieramy, pieczemy lub dusimy coś z dodatkiem przypraw korzennych, piszemy o tym na blogu (lub Facebooku, na stronie wydarzenia). Uwaga, wpisy blogowe trafiające do zestawienia muszą być opatrzone linkiem do wpisu i/lub bannerem, inne nie będą brane pod uwagę. Linki do wpisów proszę zamieszczać w komentarzach lub, jak poprzednio, na FB.

Niech nam pięknie pachnie i smakuje!

Banner:

niedziela, 06 listopada 2016

Wiecie, co oznacza „listopad – liść opadł?”. Poza dżdżystą pogodą i zwiędłymi liśćmi, listopad = czas na przygotowanie dojrzewających wypieków świątecznych! Po pierwsze, wiadomo, piernik staropolski (czy też pierniczki). Swoje ciasto planuję zagnieść jeszcze w ten weekend. Po drugie, okolice ostatniego listopadowej niedzieli: brytyjskie ciasto świąteczne. Po trzecie…

… pudding. Czy może być coś bardziej klasycznego? Herkules Poirot i zagadka świątecznego puddingu; we wish you a merry Christmas and [bla bla bla] figgy pudding; dział spożywczy Marks and Spencer na kilka tygodni przed Świętami, jak nie wcześniej, wreszcie niezliczone zdjęcia i filmy, na których występuje brązowa kopułka z ostrokrzewem, czasem i gorejąca ;). A więc, czas na wyznania: tak, rok temu – dokładnie 1 listopada - zrobiłam pudding świąteczny, który został (częściowo) zjedzony 25 grudnia 2015. I był on dobry, zwłaszcza w towarzystwie masełka migdałowego (brandy butter/hard sauce). W tym roku nie planuję replayu, ale nie wykluczam go na przyszłość, a przepis – moim zdaniem – jest wart zapamiętania, m.in. ze względu na skład przyjazny Polakom (i wegetarianom), tj. bez łoju*. Szczerze mówiąc suet na pierwszym lub drugim miejscu listy składników był powodem, dla którego nigdy wcześniej nie zrobiłam puddingu, bo prawie co rok brałam z półki np. Domestic goddess rozważając ten kulinarny debiut. Oczywiście, gdybym się postarała, mogłabym poprosić znajomą w UK i w tydzień później miałabym paczkę tłuszczu wołowego. Gdy jednak się zmobilizowałam bardziej, szukałam po prostu zamienników i tak trafiłam na przepis z… mrożonym masłem. Tak, jasne, jest to nietradycyjne. Jednak zaręczam, że pudding wychodzi bardzo smaczny. Mojemu Tacie – który woli wilgotne ciasta/desery, jeśli już ma je jeść, a najlepiej, żeby składały się głównie z owoców – np. smakował bardziej niż wypiekane przeze mnie co rok ciasto świąteczne. Plusem, w moim odczuciu, jest możliwość jeszcze wcześniejszego przygotowania, niż w przypadku Xmas cake (choć nie wiem, czy bym ryzykowała z rocznym wyprzedzeniem, jak zaleca Good Food…). 5 godzin gotowania brzmi przerażająco, ale jeśli jesteście i tak w domu, jest to zerowy wysiłek, trzeba tylko zaglądać co np. godzinę do garnka, czy wciąż jest w nim woda. Masełko migdałowe, na które podaję (za Nigellą) przepis poniżej, nie jest obowiązkowe, ale dzięki temu klasycznemu dodatkowi - w moim odczuciu – deser mocno zyskuje. No i umówmy się: alkohol, masło, migdały… Może nie samo zdrowie, ale niewiele osób na diecie powie „nie, dziękuję” ;). Można też podać pudding z sosem waniliowym, lodami, lekko posłodzonym mascarpone lub śmietan(k)ą.

A więc: oto wersja z moimi modyfikacjami (z ½ składników).

Składniki (dla ok. 6 osób):

  • 262g mieszanki rodzynek/sułtanek i koryntek
  • 70g suszonych wiśni
  • 25g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 25g blanszowanych migdałów, z grubsza posiekanych (u mnie w płatkach)
  • skórka z ½ pomarańczy i ½ cytryny
  • ½ średniej marchewki (można też użyć niewielkiego kawałka dyni), drobno startej
  • 75ml brandy (ew. ciemnego rumu)
  • 25ml Cointreau/Grand Marnier
  • 85g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 85g bułki tartej
  • 63g mąki ze spulchniaczami (lub 63g zwykłej pszennej + hojna szczypta sody & jw. proszku do pieczenia)
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika lub innej mieszanki korzennej (bez cukru)
  • ¼ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 85g zamrożonego masła
  • 2 duże jaja

Dzień przed gotowaniem puddingu wymieszać w dużej misce bakalie, skórki starte z cytrusów i marchewkę z alkoholem x 2. Przykryć i odstawić na noc.

Następnego dnia wymieszać suche składniki, dodać do namoczonych bakalii. Szybko zetrzeć dobrze zmrożone masło (można ew. na odwrót – zamrozić starte masło), dodać do masy, wmieszać jaja. Tradycja każe ukryć w surowym cieście jeszcze oczyszczoną monetę funtową (przynosi szczęście znalazcy) i poprosić wszystkich domowników o zamieszanie masy (przy czym po cichu każdy powinien pomyśleć życzenie). Dobrze wymieszany pudding należy przełożyć do ok. 0,75-1l naczynia: natłuszczonego, z dnem wyłożonym kawałkiem pergaminu do pieczenia, żaroodpornego (do przynajmniej 100 st. C) i najlepiej posiadającego pokrywkę (jeśli nie, należy ją stworzyć przy pomocy np. ściereczki, dodatkowego papieru i sznurka). Użyłam plastikowego pojemnika z Ikei spełniającego te warunki, dzięki czemu jednak mój pudding miał nietypowy pionowy kształt ;). Masę należy w misce/pojemniku dokładnie ubić a na powierzchni najlepiej zrobić lekki dołek, następnie na wierzch nałożyć kawałek papieru do pieczenia. Ponieważ, jak pisałam wyżej,mój pojemnik ma szczelną pokrywkę, nałożyłam ją na papier jw. i nie zabezpieczałam bardziej sznurkiem, folią itd. Przygotować duży, wysoki garnek, na dno wsadzić spodek lub talerzyk odwrócony do górny dnem. Włożyć pudding do środka, postawić na spodku, napełnić garnek wodą do ½ wysokości naczynia z puddingiem. Zagotować wodę, skręcić i gotować deser świąteczny na parze przez ok. 5h. Sprawdzać co ok. godzinę, czy woda zanadto nie odparowała, ew. uzupełnić. Po upływie czasu gotowania wystudzić dokładnie pudding, następnie umieścić w suchym i chłodnym miejscu, typu spiżarnia. Swojego nie wyjmowałam z naczynia, tylko wymieniłam pergamin z wierzchu. Podczas okresu leżakowania można pudding co jakiś czas podlać brandy.

24/25 grudnia lub wtedy, gdy chcecie zjeść pudding należy go jeszcze raz podgrzać na parze przez ok. 45-60 minut (gościnnie korzystałam z parownika i siedział tam przez godzinę). Tradycja nakazuje wierzch udekorować ostrokrzewem, podlać brandy (tak, znowu) i podpalić, jednak zupełnie nie pamiętam, czy to rok temu zrobiliśmy. Tak czy inaczej, podawać na ciepło, z masłem migdałowym (patrz dalej) lub innymi dodatkami zasugerowanymi we wstępie.

Masło migdałowe:

  • 75g miękkiego masła
  • 110g cukru pudru
  • 25g mielonych migdałów
  • 1,5 łyżki brandy (lub do smaku; można ew. użyć ciemnego rumu)

Rozetrzeć masło, aż będzie gładkie, utrzeć na puszystą masę z przesianym cukrem. Dodać mielone migdały, jeszcze chwilę ucierać, na koniec wlać brandy. Przygotować masło tuż przed podaniem, jeśli – jak ja – musicie z wyprzedzeniem, przechowajcie w lodówce i doprowadźcie do temperatury pokojowej przed podaniem; można je wtedy jeszcze raz lekko roztrzepać (choć faktem jest, że na ciepłym puddingu nie ma większego znaczenia, czy jest zupełnie zimne, czy tylko trochę – i tak się rozpuści ;).

Uff! Zmęczyliście się? A Święta dopiero nadchodzą ;).

PS. Skoro Anita zapewniła mnie, że migdały to orzechy, podczepiam całość pod tegoroczny Orzechowy Tydzień.

* O którym zawsze sobie myślę jako o „wrogu Sipajów” w kontekście XIX w. powstania.

Zapisz

Zapisz

wtorek, 01 listopada 2016

Kartacze, cepeliny... jak zwał, tak zwał, choć osobiście lubię tą drugą nazwę. Na Litwie mi specjalnie nie smakowały, stołówkowe też nie wzbudzają wielkiego zachwytu. A jednak jakiś czas (ze 2 lata?!) temu zaczęłam myśleć o takich owalnych pyzach XXL, które wypełnione byłyby kaszą. Byłam przekonana, że jadłam je jakieś naście lat temu na nartach z rodziną M, ale domniemana autorka się wyparła, mówiąc, że nigdy niczego kaszą nie nadziewała. Zarzuciłam temat... na ponad rok. Do realizacji zmusiło mnie parę mącznych ziemniaków (pamiątka z urlopu), które szkoda byłoby zmarnować.

Przepis mogłam wziąć z internetu, ale skoro znam guru od potraw mącznych (patrz: pierogi i ostatnio knedle), a na imię jej Fettinia, to uderzę do niej ;). Podobnie jak w przypadku knedli, dostałam od guru ogólne zasady i proporcje, wg których sobie opracowałam poniższy przepis. I wszystko zadziałało.

Składniki:

  • 540g (4 szt) mącznych gotowanych ziemniaków, przeciśniętych przez praskę,
  • ok. 130g (tu: 1 sztuka) surowych ziemniaków (starte, odciśnięte),
  • 1/2 łyżeczki (kopiaste) soli,
  • ok. 80g mąki ziemniaczanej (1/4 masy, objętościowo),

Farsz:

  • 1/2 szkl. kaszy pęczak (przed ugotowaniem),
  • ok. 140g twarogu,
  • sól, pieprz (sporo),
  • 1 duża cebula
  • olej rzepakowy
  • majeranek

Zacząć od farszu: zeszklić na oleju drobno posiekaną cebulę, doprawić hojnie majerankiem. Ugotować kaszę, wymieszać z twarogiem, ubić tłuczkiem, dodać od 1/3 do 1/2 zeszklonej cebuli, doprawić masę do smaku solą i pieprzem (obficie; farsz musi być wyrazisty).

Zająć się masą na cepeliny: surowe ziemniaki zetrzeć na tarce, odcisnąć wodę. Mączne ziemniaki ugotować, odparować, przecisnąć przez praskę i od razu, jeszcze gorące, wymieszać z surowym ziemniakiem, solą i maka ziemniaczaną. Uformować ręcznie możliwie gładkie ciasto. Podzielić na 5-6 części, co da dość duże pyzy, każdy kawałek rozpłaszczyć na dłoni i nadziać możliwie dużą ilością nadzienia, zalepić i uformować owalny kształt. Uwaga, farszu jest z lekką górką, ale nadprodukcję można potraktować jako bonus dla kucharza ;). Gotować w dużej ilości osolonej wody ok. 3 minut od wypłynięcia. Podawać o razu, polane pozostałą cebulą (można rozprowadzić lekko olejem, gdyby była za sucha).

sobota, 22 października 2016

Ile można chorować na głupią infekcję…? Opowiem: czasem długo. Gdy najpierw męczył mnie ból gardła a potem silny kaszel, przypomniałam sobie o kisielu (zawsze się waham przy odmianie tego słowa, więc polecam moją ulubioną Poradnię PWN). Wspominałam przy okazji tego rabarbarowego, że miseczki lub kubki kisielu z torebki przynosiła mi Mama, gdy chorowałam, a ja zadowolona wszystko zjadałam – zadowolona, bo lubiłam takie desery, nie dostrzegałam jednak nigdy ich cudownego działania na obolałe gardło. Inaczej w sytuacji, gdy samo picie wody sprawiało ból; wtedy coś, co ma konsystencję żelu i nie jest słone ani pikantne, staje się bardzo atrakcyjne. W skrócie, bardzo się cieszyłam z zapasu żurawiny w zamrażarce. Oczywiście, akurat teraz trwa na nią sezon, więc można użyć świeżych owoców.

Swoją drogą, mignęło mi gdzieś w internecie, że kisiel żurawinowy to danie świąteczne, z czym nigdy się nie spotkałam… Wiecie coś o tym?

Składniki (2 porcje)

  • ½ szklanki (ok. 80g) żurawiny
  • ok. 2 szklanek wody
  • 4 łyżki cukru
  • 1 goździk
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej roztarte w 1,5 łyżki wody

Żurawinę wymieszać z cukrem, zalać szklanką wody, dodać goździk, zagotować. Gotować na małym ogniu pod przykryciem ok. 15 minut, lub aż owoce się z grubsza rozpadną. Przecedzić przez sitko i przetrzeć. Dodać kolejną szklankę wody, ponownie podgrzać. Dokładnie rozetrzeć mąkę ziemniaczaną z wodą i dodać do rondla z żurawiną jednocześnie stale i dokładnie mieszając, żeby nie powstały grudki (aby uzyskać kisiel bardziej do picia niż jedzenia wystarczy dać łyżkę mąki ziemniaczanej, ale roztartą w ok. 2 łyżkach wody). Kisiel powinien prawie od razu zacząć gęstnieć. Doprowadzić prawie do wrzenia, zdjąć z ognia i jeszcze chwilę mieszać. Przelać do dwóch naczyń, odstawić do wystudzenia. Przechowywać w lodówce. PS. Osobiście najbardziej lubię kisiel lekko ciepły lub letni, ale schłodzonym też nie wzgardzę. Zwłaszcza w chorobie ;).

niedziela, 16 października 2016

 

{Please scroll down for the English version}

World Bread Day 2016 (October 16)Jadacie chleb tostowy? Przyznaję, że ja nie miałam z nim do czynienia już wiele lat. Od kiedy zaczęłam regularnie piec, przestałam w ogóle chleb kupować - poza urlopem z własnym wyżywieniem, a wtedy wybieram zupełnie inne pieczywo. Nie da się ukryć, że lektura składu na opakowaniu takiego bochenka nie zachęca do zakupu, stąd w mojej głowie stał się synonimem najgorszego możliwego (kupnego) chleba. Ponieważ grzanki (lepsze lub gorsze) zasadniczo można zrobić z każdego pieczywa, a robię je prawie tylko wtedy, gdy robi się czerstwe, do czasu, gdy po raz drugi w Austrii zjadłam Zwetschkenpofesen i wywiązała się na ich temat dyskusja, nie czułam potrzeby upieczenia chleba specjalnie do tostów. Skoro jednak z takiego robi się Zwetschkenpofesen, a ja bym chciała je zrobić w domu, przecież nie użyję gotowca… Jak ktoś ciekaw rozwinięcia tematu, niech zajrzy na koniec posta.

Przepis na chleb, na którym się opierałam, pochodzi z zaniedbywanej przeze mnie od paru lat „biblii” Rose Levy Beranbaum (The Bread Bible; wieki temu w ramach Weekendowej Piekarni piekłyśmy jej chleb bananowy) i nazywa się to „podstawowy jasny chleb kanapkowy”. Tu notka kulturowa: przy całej mojej sympatii do kuchni brytyjskiej, kanapki z surowego chleba tostowego (i to jeszcze pozbawione skórki!) nigdy do mnie nie trafiały. Koncepcja zawędrowała zresztą i do nas, na stacjach benzynowych np. można nabyć takie trójkątne wyroby ;). Jest to jednak, poza zwyczajem kulinarnym, kwestią smaku itd. kwestia nazewnictwa: to, co my nazywamy chlebem tostowym – co wydawałoby jasno określa jego przeznaczenie – dla innych jest chlebem kanapkowym. Najpierw było przeznaczenie czy nazwa…? Skłonna jestem uważać, że jednak podstawą jest to, do jakiego pieczywa jesteśmy przyzwyczajeni i co uważamy za smaczny chleb. Dla jednych mokry razowy jest nie da przełknięcia, inni odrzucą wszystko z kminkiem. Myślę, że jednak większość Polaków chleb w typie tostowym klasyfikuje jasno jako taki do grzanek. Nie oznacza to, że poniższego wypieki nie da się jeść bez opiekacza: smakuje całkiem nieźle, jak bardzo lekka, puchata bułka. Grzanki wychodzą z niego, zgodnie z przewidywaniami, świetne – a także Zwetschkenpofesen, od których się zaczęło.

To w sumie krewny smażonego chleba (tzw. tostów francuskich), ale wersja z Biberalm wydawała mi się mocniej obtoczona w cieście, niż niektóre znalezione w internecie; nie było też właściwie czuć chleba w środku (dlatego za pierwszym razem zastanawiałam się, czy to nie po raz drugi usmażone gofry). Ostatecznie skorzystałam z lekko zmodyfikowanego XIX w. przepisu, podrzuconego na fanpejdżu (dziękuję!):

Zwetschkenpofesen (2 porcje):

  • 4 kromki pieczywa tostowego (patrz niżej)
  • powidła śliwkowe
  • 1 jajo
  • ok. 125ml mleka
  • łyżka mąki
  • olej do smażenia (w oryginale było masło klarowane)
  • cukier puder (do podania)

Posmarować 2 kromki powidłami (dokładnie, ale nie na tyle obficie, by wyciekły), złożyć na kanapki za pomocą 2 pozostałych kromek, przeciąć na ½ po skosie. Wlać mleko do głębszego, prostokątnego naczynia, obtoczyć kanapki w mleku i zostawić do namaczania na kilka minut (w międzyczasie – jeśli nie użyjecie frytkownicy - można przygotować garnek do smażenia na głębokim tłuszczu; opcjonalnie można spróbować smażyć „normalnie” jak np. racuchy, ale wówczas przyjęłabym, że oleju powinno być nie bardzo mało - na ok. 1cm). Wyłowić chleb, mleko pozostałe w naczyniu wymieszać z jajem i mąką na ciasto a la naleśnikowe (ew. rozcieńczyć dodatkowym mlekiem, gdyby było za gęste). Obtoczyć kanapki w cieście i usmażyć na złoto na rozgrzanym oleju. Osączyć na ręcznikach papierowych i podawać oprószone cukrem pudrem.

A teraz, po tym przydługim wstępie, ten chleb – w wersji zmodyfikowanej (tak to jest, jak m.in. się nie doczytasz, że zamiennik mleka w proszku na etapie II miał zastąpić wodę na etapie I… ;). Chleb bananowy był „lekki jak piórko” - ten bochenek to jego brat bez dodatków. Stosunkowo długo pozostaje świeży.

Składniki (2 średnie bochenki):

Zaczyn:

  • 170g mąki pszennej chlebowej (typ 750-850)
  • 171g mąki pszennej tortowej lub uniwersalnej (typ 400-500)
  • 405g letniej wody
  • 45g miodu
  • 7,2g świeżych drożdży

Rozetrzeć drożdże z miodem, poczekać chwilę, aż się rozpuszczą, dodać wodę i mąkę. Wyrobić ręcznie lub mikserem lepkie ciasto (a la na racuchy). Przykryć folią, odstawić na godzinę, następnie wsadzić do lodówki na od 8h (np. na noc) do doby.

Ciasto właściwe:

  • 7,2g świeżych drożdży
  • 155g mąki pszennej chlebowej (typ 750-850)
  • 156g mąki pszennej tortowej lub uniwersalnej (typ 400-500)
  • 95g masła
  • 35g jogurtu naturalnego (typu greckiego)
  • 15g soli
  • + zaczyn jw.

Po upływie czasu chłodzenia (u mnie następnego dnia rano) wyjąć miskę z lodówki, pokruszyć na wierzchu drożdże, następnie zasypać całość mąką. Przykryć folią i odstawić na 1-4h (u mnie ok. 2h) w temp. pokojowej. Po tym czasie dodać masło i jogurt, krótko wyrobić, tyle, by składniki się z grubsza połączyły. Zostawić do autolizy na ok. 20-30 minut. Posypać całość solą i wyrabiać, najlepiej mikserem, do ok. 10 minut, aż ciasto będzie gładkie, lśniące, odrywające się od ścianek, choć wciąż trochę lepkie. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce, aż podwoi objętość (do 2h). Złożyć ciasto, starając się go zanadto nie odgazować i ponownie odstawić do wyrastania na 1-2h. Wyjąć na blat, podzielić na 2 części i uformować dwa bochenki. Włożyć złączeniem do dołu do dwóch natłuszczonych (ew. także wysypanych, zależnie od materiału) keksówek (sugerowane to 22x12cm lub podobnie, ale jedna z moich była wyraźnie dłuższa a druga szersza). Przykryć natłuszczoną folią i odstawić do ostatniego wyrastania na do maks. 2h; wyrośnięty chleb może wyrosnąć ponad brzegi foremki. Piec z parą, przez ok. 50-60 min w 180 st. C. Studzić na kratce po wyjęciu z foremek.

Wpis, jak można się domyślić z bannera, w ramach World Bread Day 2016.

ENGLISH PLEASE!

When writing this blog post in Polish, I realised that what for Poles is “toast bread” (meant for toasting, period) in the UK or US will be classified as “sandwich bread”: good as toast, for sure, but most commonly used as it is (“raw”) in sandwiches, as the name implies. Although in those long gone pre-baking days I did buy this sort of bread from time to time, I’ve never felt the need to bake such loaves – very soft, light and airy, with no crust to talk about – until recently, when I wanted to make Zwetschkenpofesen, the Austrian/Bavarian take on French toast. Since I don’t buy bread at all, only bake it myself, if I wanted to recreate my holiday culinary experience, I’d have to make toast… i.e. sandwich bread. Because sourdough or any other kind of bread I make just won’t do: it’ll have too much texture and weight.

I decided to go for Rose Levy Beranbaum’s basic soft white sandwich loaf from The Bread Bible, as it seemed closest in description to what I was after. Also ages ago I’d made her banana bread and I remembered it as super airy and light, perfect for toast. I opted for the longer fermentation for the sponge and also altered the ingredients a bit. Still, the result was as hoped for. Perfect crisp toast, Zwetschkenpofesen and, if you like that kind of thing, sandwiches too. It also keeps well (for yeasted bread).

Ingredients:

Sponge:

  • 170g bread flour
  • 171g all-purpose or pastry flour
  • 405g lukewarm water
  • 45g honey
  • 7.2 fresh yeast

In a mixer bowl, combine the yeast with the honey until you have a wet paste, set aside for a minute or so until the yeast liquefies. Add the water, flour and whisk until you have a smooth, thick batter. Cover with clingfilm, leave on the counter for an hour, then refrigerate for 8-24 hrs.

Bread dough:

  • sponge, as above
  • 7.2 fresh yeast
  • 155g bread flour
  • 156g all-purpose or pastry flour
  • 95g softened butter
  • 35g Greek yoghurt
  • 15g salt

Take the bowl out of the fridge and crumble over the yeast, then sprinkle over the flour. Cover with clingfilm and leave for 1-4 hours in room temperature. Add the butter, yoghurt and work the dough for a minute or until the ingredients just come together. Cover and leave for 20-30 minutes. Finally, sprinkle over the salt and knead, preferably using a mixer with a dough hook attachment, for up to 10 minutes or until you have a soft, flexible, shiny, but still slightly sticky dough. Leave to rise in a lightly oiled bowl until doubled in size (around 2hrs). Fold, trying not to loose too many air bubbles and leave to prove again (1-2 hrs). Take the proven dough onto the counter, divide into two pieces and shape into rectangular loaves. Place them seam down in two loaf tins (approx. 22x12cm, or similar - mine was "or similar"), oiled/oiled and floured (depending if your tin requires it). Cover with oiled clingfilm and leave to prove for the final time, for up to 2 hrs; the centre of the dough may rise above the edges of the tin. Bake with normal steam, for around 50-60 minutes, in 180 degrees C. Remove from tin and cool on a rack.

Ok, we’ve got the bread, so how about those Zwetschkenpofesen? I’ve mentioned French toast, but it’s more bread & butter pudding meets French toast meets doughnuts… or possibly waffles. The ones I ate reminded me of jam-filled waffles, dipped in pancake batter and deep-fried. Research showed they’re generally made of soft white bread & the amount of batter varies greatly (or if it contains flour at all). However, the base is always sandwiches (the bread & butter pudding bit) with Powidl (plum puree) or plum jam inside: hence the Zwetschken (“plums”). I used an 1870 (!) recipe I was kindly provided on my Facebook fanpage, and altered it just slightly.

Zwetschkenpofesen

Ingredients:

  • 4 slices of soft white sandwich bread (as above)
  • Powidl or plum jam
  • 1 egg
  • approx. ½ cup milk
  • 1 tbsp flour
  • oil for (deep)frying
  • icing sugar (for serving)

Spread the jam generously (but not so much it’ll ooze out) on 2 slices of the bread, cover with the remaining 2 slices to make sandwiches. Cut across at an angle, resulting in 4 pieces. Pour the milk into a shallow rectangular dish, add the bread, turn over a few times, then leave to soak for a few minutes while you prepare your deep-fryer or pot for deep-frying. You could also fry the bread in a standard way, although I’d still keep the oil level pretty generous (around 1cm). Take the sandwiches out of the dish and whisk the remaining milk with the egg and flour until it resembles pancake batter; add a little extra milk if it seems too thick. Dip each piece of bread in the batter, making sure it’s well covered and fry until golden on both sides. Pat away excess oil with paper towels and serve dusted with icing sugar.

PS. This post is part of World Bread Day 2016.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

sobota, 15 października 2016

Nie da się ukryć: nastał sezon na dynię. W tym roku z ogrodu przyniosłam ok. 12 sztuk Hokkaido, Amazonki i Potimarron: a ponieważ wszystkie są do siebie dość gabarytowo, na wygląd (nawet Hokkaido, bo jakoś nie wyrosły im antenki, a jestem pewna, że w ziemi były dwie rośliny i miały owoce…) oraz w smaku podobne, plus i nie pamiętałam, gdzie którą posadziłam, przyjmuję, że ogólnie „mam dynie”. Poza „normalnymi” - jak na drobne odmiany – owocami ważących do 2kg, jest kilka mikrusów, które wyrosły dopiero pod koniec lata (czyt. gdy zrobiło się ciepło). Tak czy inaczej, sądzę, że biorąc pod uwagę nasze w miarę skromne potrzeby, starczą na ten sezon.

Tegoroczną dynię dorzucałam na razie a to do zupy, a to do pieczenia obok innych rzeczy (mój ulubiony typ obiadu z brytfanki). Gdy miałam nadmiar, stworzyłam kolejną wersję pasty do pieczywa (rok temu był hummus) – po tym, jak przy półce z nabiałem w supermarkecie miałam refleksje pt. „o, gorgonzola, a dynia się z nią lubi... tylko jeszcze nie wiem, w jakiej formie”. To ostatnie rozgryzłam potem ;).

  • 260g upieczonej, zwięzłej dyni,
  • 40g gorgonzoli (wariant picante; można ew. zastąpić innym serem z niebieską pleśnią),
  • ok. 2-3 łyżek posiekanej dymki,
  • 2 łyżki oleju z pestek dyni,
  • ok. 8-10 liści szałwii,
  • sól i pieprz (do smaku),
  • hojna szczypta gałki muszkatołowej

Dymkę delikatnie podgrzewać na oleju z pestek dyni, aż zmięknie, dodać liście szałwii i jeszcze chwilę podgrzewać. Wymieszać (razem z całym olejem z naczynia) z pozostałymi składnikami i zmiksować w malakserze, sprawdzić doprawienie. Gdyby masa była za sucha, dodać jeszcze trochę oleju lub odrobinę ciepłej wody i ponownie zmiksować. Podawać do pieczywa lub warzyw korzeniowych, jako dip.

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 103
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna