Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
czwartek, 17 lipca 2014

W tym roku jeszcze nie było cyklu "Zielono mi". Zresztą, mniej niż zazwyczaj w ogrodzie zielono, bo panuje słowo na R (czyt. remont) i grządki zostały z konieczności ograniczone. Nie ma w związku z tym w 2014 groszku czy fenkuła (bo z bobu zrezygnowałam programowo). To znaczy - nie ma upraw własnych, ale jest bób przyniesiony z warzywniaka. Do tej pory zawsze mi się wydawało, że kilo bobu trzeba ugotować od razu, na raz, bo w przeciwnym razie się zepsuje. Dopiero niedawno (po rozmowie z panią sprzedawczynią) do mnie dotarło, że - jeśli jest świeży - można go przechować do, powiedzmy, 3 dni w lodówce, najlepiej w szufladzie na warzywa, jeśli się ją posiada. Co oznacza, że można go gotować na raty, a z małej ilości można przygotować nie za dużą ilość pasty.

Ucierałam już wersję z miętą i taką a la hummus, tu tym razem mamy fetę i mieszankę mięty z kolendrą (ale kolendra zdominowała ;). Polecam nie tylko dla wegetarian. Dodatek czosnku jest subtelny, można iść do ludzi.

Składniki: 250g ugotowanego i wyłuskanego bobu, ok. 2 łyżek pokruszonej fety, garść świeżej kolendry lub mieszanki kolendry z miętą, oliwa (ok. 2 łyżek), sok z cytryny (do smaku), sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta ostrej papryki, szczypta mielonej kolendry

Wszystkie składniki zmiksować na gładko w malakserze, ew. utrzeć ręcznie w makutrze lub dużym moździerzu. Gdyby masa była zbyt sucha, dolać oliwy. Doprawić wg uznania. Jeść z chlebem, pitą, jako dip. Przechowywać w lodówce, zjeść w ciągu 2-3 dni.

 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Jakiś czas temu napisała do mnie Basia w temacie sera na strudel serowy (Topfenstrudel). W trakcie wymiany maili zeszło nam na inne warianty tego austriackiego wypieku, np. wersję wiśniową. Basia swoją jadła w Wiedniu - ja kilkakrotnie w Cafe Gastun w Dorfgastein (i nawet mam na to dowód zdjęciowy). Cafe Gastun, będąca połączeniem kawiarni z piekarnią, serwuje zresztą strudle prawie z każdym rodzajem lokalnych owoców: jest rabarbarowy (kwaaaaśny!), z owoców leśnych, jagodowy, ze śliwkami - innymi słowy rzadko spotykane warianty. Wiśniowy także na pewno jest robiony w wiśni, i to chyba a la "szklanki", bo kwaśnością niewiele ustępuje rabarbarowi ;).

Wracając do tematu: z Basią tak gadu gadu o wiśniach, aż postanowiłyśmy (wirtualnie) razem upiec Kirschstrudel. 14 lipca, jako rocznica zburzenia Bastylii (krwawy soczek, turlające się owoce też mogą się kojarzyć z pewnym aspektem Rewolucji...), wydawał się właściwą datą.

Strudel wykonałam na bazie sprawdzonego przepisu na jabłeczny, w wiśniami postępując według zaleceń Basi:

Kirschstrudel (ciasto): jak TU

Kirschstrudel (nadzienie): 1kg wiśni (najlepiej wczesne, dość jasne i kwaśne, tzw. "szklanki"), 400g cukru, bułka tarta (ok. 2-3 łyżek), ponadto: ok. 80g stopionego masła do polania ciasta

Wiśnie wydrylować, zasypać cukrem, odstawić na 1-2h. Odcedzić na durszlaku, lekko dociskając łyżką, cenny sok złapać do miski (i wypić - polecam 1:1 lub 1:2 z wodą sodową :). Po rozwałkowaniu i rozciągnięciu ciasta oraz przycięciu brzegów wg instrukcji rozrzucić bułkę tartą równomiernie na 2/3 ciasta, a na bułce owoce. Uwaga: będzie się wydawać, że jest ich za mało, ale naprawdę tyle wystarczy. Dalej postępować jak w wariancie z jabłkami.

Nie wiem, czy muszę dodawać, że strudel najlepiej smakuje na ciepło, lekko oprószony cukrem pudrem i - w wersji luks - podany z domowymi lodami waniliowymi. Mnie ta wersja luks się trafiła i bardzo polecam ;). W opcji codziennej ciasto niepodgrzane, tylko ocukrzone, jest także bardzo smaczne. Gdyby mnie ktoś przycisnął i miała wybrać tylko jeden wariant strudla, prawdopodobnie byłby to klasyczny Apfel, ale ten Kirschstrudel depcze mu po piętach. Po prostu - to dobry wypiek. Wersję Basi można obejrzeć na Makagigi i 55 pierników.

A do zrobienia serowego coraz bardziej dojrzewam...

piątek, 11 lipca 2014

To wpis przypominajka - albo też nie całkiem, raczej wskazówka, co można zmienić w sprawdzonym przepisie, by było może i lepiej ;). Mowa o granoli: w kółko robię taką na soku jabłkowym, zmieniając tylko proporcje zbóż i owoców. Ostatnio miałam ochotę ją zrobić, ale miałam problem z płynem, tj. brak soku lub surowca na ww. Wpadł mi w oko przepis Kornika w kuchni, porównałam ze swoim i zastąpiłam parę składników miodem oraz masłem orzechowym.

Wyszło świetnie, M aż pochwalił (a warto dodać, że masło orzechowe uznaje tylko zakamuflowane, tj. np. w ciasteczkach czy właśnie tu, w granoli). Mam wrażenie, że płatki mocniej się wypiekły, a poza chrupkością mają swoisty posmak... przypuszczam, że masła orzechowego, nie smakuje jednak nim w sposób oczywisty ;).

A dokładnie zrobiłam tak:

Składniki: W granoli bazowej zastąpić wszystkie cukry miodem (6 łyżek), zaś płyn (sok i olej) masłem orzechowym (12 łyżek, albo 3/4 szklanki); reszta bez zmian

Masło przed dodaniem do reszty składników podgrzać z miodem na małym ogniu (i uważać, by nie przypalić!) - w moim przypadku stało się ono tylko bardziej miękkie, nie rozpuściło się. Dokładnie wymieszać ze składnikami suchymi, gdyby masa wyglądała na zbyt suchą, lekko zwilżyć wodą. Piec jak w przepisie bazowym.

niedziela, 06 lipca 2014

Z cyklu pytania retoryczne: czy coś słodkiego i drożdżowego z cynamonem może być złe? Bułeczki cynamonowe to jedno z moich pierwszych skojarzeń kulinarnych na hasło "Skandynawia" (obok dużej ilości czarnej kawy i słodkich śledzi); ponieważ pierwszym wypiekiem drożdżowym w moim życiu były cynamonki, mam do nich dodatkowy sentyment. Taka lekko ciepła bułka, zapijana kawą (niekoniecznie czarną, i niekoniecznie przelewową ;) na drugie albo pierwsze śniadanie zdecydowanie poprawia jakość życia, niezależnie od pory roku. Na podwieczorek też się nada.

Skorzystałam z przepisu niezawodnej Signe Johansen, której wypieki ze Scandilicous Baking zawsze się udają (choć może gdyby ktoś się nie domyślił o co chodzi z brakującą wodą w przepisie na precle niczego sensownego by nie uzyskał ;). Autorka ma słabość do mąki orkiszowej i dodaje ją wszędzie, gdzie się da. Sama zazwyczaj mieszam orkisz ze zwykłą pszenicą, tu jednak zaufałam Signe i użyłam 100% orkiszu: jasnego i razowego. Tej ostatniej mąki nie ma co się bać, bułeczki nie wychodzą zbyt „gruboziarniste”. Namiętności do kardamonu nie podzielam, więc zamieniłam go na wanilię. Sól waniliową (dzięki swojej słabości do różnych nietypowych soli ;) akurat posiadałam, ale łatwo ją można samemu zrobić mieszając sól z wanilią, lub dać zwykłą. Zaparzenie mleka na początku podobno odpowiada za miękkość bułeczek i potwierdzam: wychodzą rzeczywiście bardzo miękkie.

Składniki:

Ciasto: 225ml mleka, 75g masła, 300g jasnej mąki orkiszowej (typ 720), 125g mąki razowej orkiszowej (u mnie typ 2000), 70g drobnego cukru, łyżeczka mielonego kardamonu (lub wanilii – u mnie), ½ łyżeczki soli, 20g świeżych drożdży/10g suszonych, 1 średnie, roztrzepane jajo

Nadzienie: 75g miękkiego masła, 50g drobnego białego lub brązowego cukru, 2 łyżeczki cynamonu, ½ łyżeczki soli z wanilią (lub mieszanki soli i mielonej wanilii – wystarczy szczypta; ostatecznie można użyć kropli ekstraktu, ew. dać zwykłą sól)

Do posmarowania: mleko lub roztrzepane jajo, gruby cukier (np. demerara)

Zaparzyć mleko z masłem: doprowadzić prawie do wrzenia, przestudzić. W przypadku świeżych drożdży rozczynić je z łyżeczką cukru, odstawić na chwilę. Wymieszać suche składniki z drożdżami, jajem i przestudzonym mlekiem z masłem, wyrobić dokładnie ciasto (będzie lekko luźne/lepkie, ale nie powinno być lejące). Odstawić do wyrośnięcia (ok. 40-45 minut).

Utrzeć składniki nadzienia na pastę. Ciasto rozwałkować na prostokąt (ok. 35x25cm), posmarować dokładnie i cienko nadzieniem, zwinąć roladę. Pokroić w poprzek na 7 części (jedna powinna być mniejsza). Natłuścić masłem tortownicę 23cm (choć 20cm też się nada, bułeczki zrosną się tylko szybciej i pójdą bardziej w górę niż na boki), ułożyć na środku najmniejszy kawałek ciasta a pozostałe 6 sztuk dookoła. Odstawić do napuszenia (ok. 30-40 minut).

Przed pieczeniem posmarować jajem lub mlekiem i posypać cukrem. Piec z parą w 180 st. (termoobieg, w góra/dół 200 st. C), przez ok. 25-30 minut (lub do suchego patyczka). Moim zdaniem najlepiej smakują nie całkiem przestudzone ;).

Jak to drożdżowe, warto zjeść bułeczki możliwie szybko (powiedzmy w ciągu doby), ale zaskakująco wolno się zsychają i w szczelnym pojemniku wytrzymają ok. 3 dni. O ile wytrzymają...

środa, 02 lipca 2014

Jakiś czas temu miałam wrażenie, że wszędzie z internetu wyskakują na mnie przepisy na muszle makaronowe. Wymyśliłam sobie, że zrobię takie nadziewane szpinakiem. Ku swojemu zaskoczeniu odkryłam, że duże muszle są towarem deficytowym: ani w jednym, ani w drugim supermarkecie ich nie dostałam i skuteczna okazała się dopiero wycieczka do delikatesów w większym mieście (wojewódzkim ;). Od tamtej pory jak widzę ten makaron w sklepie, od razu kupuję, tak na wszelki wypadek*.

Wersja ze szpinakiem oczywiście bardzo smaczna, ale niedawno miałam nadmiar duszonej botwiny do zagospodarowania. Postanowiłam nadziać nią muszle a całość doprawić w duchu greckich zapiekanek (typu mule saganaki - i pewnie dlatego trzy razy pisząc post napisałam „małże” zamiast „muszle”...), korzystając z tego, że – nominalnie przynajmniej ;) - jest lato, miałam opakowanie przyzwoitej fety a w ogrodzie nowy nabytek** w gronie ziół wielorocznych: oregano.

Składniki:

  • duszona botwina – z jednego pęczka jarzyny, lekko lub całkiem przestudzona
  • 150g dużych muszli makaronowych
  • ok. 75g fety
  • garść świeżego oregano, ew. tymianku, ew. mieszanka tych ziół
  • 500ml przecieru pomidorowego
  • 1 mała cebula
  • sól, pieprz, ostra papryka (mielona lub w płatkach)

Zacząć od przygotowania botwiny, jeśli nie ma gotowego nadmiaru pod ręką. Przygotować sos: cebulę drobno posiekać, zeszklić, dodać pomidory, doprawić do smaku solą, pieprzem, niewielką ilością oregano/tymianku (resztę zostawić na potem) i ostrą papryką, gotować na średnim ogniu, aż całość wyraźnie się zagęści. Makaron ugotować al dente.

Piekarnik nagrzać do 180-190 st. C (termoobieg). Lekko natłuścić prostokątne naczynie żaroodporne (ok. 30 x 40cm). Muszle nadziewać botwiną (ew. odcedzając z nadmiaru płynu, jeśli to konieczne), układać ciasno obok siebie w foremce. Fetę pokroić w kostkę, rozrzucić na makaronie, ser posypać ½ ziół. Na to wyłożyć sos (musi dokładnie przykryć muszle!) i resztę ziół. Zapiekać ok. 25-30 minut. Podawać z dodatkiem zieleniny, np. świeżej rukoli (mógłby być także zblanszowany szpinak).

* Podobnie jak parmezan, sardele (anchois) i inne tego typu „egzotyki” ;).

** Nabytki mają zrekompensować straty spowodowane działaniem pana elektryka, po którego pracach zaczęłam ogródek ziołowy nazywać „Wietnamem”. Melisy w każdym razie już nie mam.

niedziela, 29 czerwca 2014

Mój stosunek do dżemu truskawkowego się nie zmienił. Wciąż robię tylko taki minimum, do szybkiego spożycia (zwłaszcza, że robi się właściwie sam). Ostatnio jednak szybkie spożycie zamieniło się w błyskawiczne, gdy zjedliśmy słoik 500ml w 5 dni. Zaplanowałam replay.

Tak się złożyło, że tego samego dnia rano zmiksowałam koktajl z jagód, truskawek i maślanki, który bardzo nam smakował. Uznałam, że co pasuje w napoju - a to nowe dla mnie połączenie - zadziała także w dżemie. Patrząc na masę w garnku, już fioletową w barwie, drogą skojarzeń (4 lipca się zbliża, nie mówiąc o moim amerykańskim wyjeździe wakacyjnym!) dodałam jeszcze jeden składnik, który podkreśla cierpkość jagód...

Składniki:

  • 250ml (pełna szklanka) jagód,
  • ok. 700-750g truskawek,
  • ok. 5 łyżek cukru (lub do smaku; może być i biały, i brązowy,
  • 2 łyżki syropu klonowego

Owoce umyć, truskawki zmiażdżyć (np. lekko rozgnieść ręką). Zasypać cukrem, zagotować. Skręcić ogień na średni i gotować ok. 40 minut, lub aż całość się zagęści. Dodać syrop klonowy i gotować dalsze 10 minut. Przełożyć do czystego, wyparzonego słoika ok. 500ml, zakręcić, wystudzić. Przechowywać w lodówce.

sobota, 28 czerwca 2014

Co rok jest to samo. Gdy przychodzi pora wysiewu pierwszych warzyw, wysiewam rzodkiewki i sałatę szczodrą ręką, a jakiś czas później drapię się w głowę: jak to zużyć naraz? W przypadku rzodkiewek w dodatku i w zeszłym roku, i w tym, przez wyjazd przegapiłam najlepszy moment zbioru. W efekcie wyciągnęłam z ziemi kilkanaście przerośniętych sztuk, które nazwałam „mutantami popromiennymi”, ale – o dziwo – większość była jadalna. Jednak ile można jeść rzodkiewki do kanapek na śniadanie czy wmieszane w twarożek ze szczypiorkiem? Zdjęcie na Pinterest podsunęło mi pewien pomysł: prostą a smaczną (i skuteczną ;) metodę poradzenia sobie z rzodkiewkową klęską urodzaju. Oto surówka.


Składniki: 2 pęczki rzodkiewek (czyli ok. 20 sztuk), garść rukoli (można też użyć np. kolendry lub bazylii), łyżeczka posiekanego szczypiorku/dymki, sok z cytryny (do smaku, sugerowane obficie), oliwa lub ulubiony inny olej (np. wyrazisty rzepakowy), sól, pieprz

Rzodkiewki umyć, drobno (lub nawet bardzo drobno) posiekać, podobnie potraktować rukolę lub zioła. Doprawić do smaku, odstawić na 10-15 minut, sprawdzić doprawienie przed podaniem. Z dodatkiem np. fety lub koziego sera surówka może robić za cały posiłek.

niedziela, 22 czerwca 2014

Właściwie nie po drodze mi z kwiatami w kuchni. Różę ucieram, ale używam tylko do pączków (ew. simplisów - raz na kilka lat). Woda różana czy z kwiatów pomarańczy mnie drażni zapachem, więc jej nie używam lub zastępuję czym się da. Krótko mówiąc, tego, co kwitnie, spożywczo unikam ;).

Syrop z kwiatów czarnego bzu trafił mi się przypadkiem, przez nieznajomość języka (niemieckiego): najpierw w Berlinie, gdzie zamówiliśmy prosecco z "Hollundrem", potem w Austrii ("Hollerwasser"). Tą ostatnią wodę z sokiem - bardzo kwiatową - zapamiętałam na długo, i nie było to pozytywne wspomnienie ;), dlatego zdziwiłam się, gdy w tym roku M zamówił ten napój w naszym ulubionym austriackim Strohlehenalm. Jeszcze bardziej zdziwiłam się, gdy za jego namową wypiłam łyk i okazało się, że jest to smaczne! Aromatyczne, ale nie mydlane! I w związku z tym, gdy nasza odmiana "Black Lace" (ozdobna, dająca fioletowe kwiaty) bujnie zakwitła, a za płotem dziko rosnący bez nie pozostał daleko w tyle, poszłam i zerwałam co nieco (krzywiąc się okropnie, bo nie mogłam oprzeć się skojarzeniom zapachowym*). Skorzystałam z przepisu Ani Truskawkowej (via Bea), ale asekuracyjnie zrobiłam tylko z 1/2 i... dodałam miętę. Ta ostatnia to także wpływ austriacki: podczas ostatniej kolacji w Bad Hofgastein parę tygodni temu bezmyślnie wpatrywałam się w reklamę lokalnej wody mineralnej i jej "letnich smaków". Po kilkunastu minutach dotarło do mnie, że patrzę się na wariant "kwiat czarnego bzu i mięta"... Myślę, że poszłam dobrym tropem, bo uzyskany syrop jest jak ze Strohlehenalm :).

Składniki (na ok. 500ml syropu):

  • 15-20 baldachimów kwiatów czarnego bzu
  • 500g cukru
  • 500ml wody
  • sok z 1/2 cytryny
  • opcjonalnie: 8-10 liści mięty/melisy

Kwiaty zerwać w suchy dzień, rozłożyć na pergaminie, poczekać, aż opuszczą je owady ;), następnie pozbawić je zielonych łodyżek (chodzi o gorycz i sambunigrynę). Przygotować syrop: wymieszać cukier z wodą i sokiem z cytryny, zagotować. Gorącym syropem zalać płatki kwiatów plus ew. liście mięty/melisy. Wymieszać, odstawić w dość chłodne miejsce (piwnica) na 2-3 dni, codziennie syrop mieszać. Po tym czasie całość odcedzić (wystarczy przez drobne sitko) i zlać do butelek/innych naczyń. Spasteryzować lub przechowywać w chłodzie. Pić z wodą sodową/gazowaną, bąbelkami z procentami lub dodawać do deserów.

Uwaga: mój syrop jest różowy ze względu na nietypowy dodatek fioletowych kwiatów.

Idąc za ciosem postanowiłam zobaczyć, co nt. kwiatów bzu pisze (tak, znowu...) Nigel Slater. Popatrzyłam w Tender II na zdjęcie kwiatów smażonych w cieście, popatrzyłam za okno, poszłam po olej. Gdy kończyłam smażyć, niespodziewanie pojawił się teść ;), kwiaty zniknęły więc błyskawicznie, ale mam wrażenie, że głównie dlatego, że były słodkie, świeżo usmażone i pachnące cynamonem: bez zasadniczo zniknął.

Uwaga: ciasto zakłada dodatek ubitego białka, o którym zupełnie zapomniałam, ale ponieważ ładnie oblepiło kwiaty, było smaczne itd., itp., wnioskuję, że nie jest to niezbędny dodatek (choć pewnie ciasto z nim byłoby lżejsze).

Składniki (na 2-3 osoby): 

  • 8 baldachimów kwiatów czarnego bzu
  • 50g mąki
  • 85ml wody gazowanej/sodowej
  • łyżka oleju
  • kopiasta łyżeczka cukru
  • opcjonalnie: 1 małe ubite białko
  • olej do smażenia na głębokim tłuszczu** (co najmniej 1,5l)
  • cukier i (opcjonalnie) cynamon do oprószenia/obtoczenia

Kwiaty zerwać, odłożyć na chwilę jak w przepisie na syrop powyżej. Wymieszać dokładnie składniki ciasta (poza białkiem), odstawić na co najmniej 30 minut. Baldachimy porozdzielać. Rozgrzać olej. Do ciasta dodać (albo i nie ;) ubite białko, wymieszać delikatnie. Kwiaty nurzać w cieście trzymając za łodyżki, wrzucać na rozgrzany olej, smażyć do zrumienienia. Osączać krótko na ręczniku papierowym (Nigel ten etap pominął, ja uważam, że jednak warto trochę odtłuścić plus ta chwila przestudzenia nie obniży mocno temperatury deseru, za to pomoże uniknąć poparzeń). Oprószać mieszanką drobnego cukru (ok. 3 łyżek) i - opcjonalnie - cynamonu (ok. 1/4-1/2 łyżeczki, lub wg. uznania); można też zrobić taką mieszankę np. w misce/worku foliowym i gorące kwiaty szybko obtaczać. Po pocukrzeniu od razu podawać. Większych zielonych łodyżek w miarę możliwości nie jeść, choć liczę na to, że tak wysoka temperatura powinna sambunigrynę zabić...

Jak wspomniałam powyżej, deser jest smaczny jako ciepły, słodki i cynamonowy, ale w środku mogłyby być dowolne kwiaty lub inne chwasty, bo nie czuć ich ani w smaku, ani w aromacie. Niemniej cieszę się, że ich spróbowałam - tak w ramach poznawania nowości i przełamywania barier ;).

* Z kocim moczem (zwłaszcza kwiaty fioletowe). Na szczęście jest to przejściowe, tj. znika w obróbce termicznej.

** Czy wiecie, że oleju po smażeniu nie należy wylewać do zlewu/toalety, bo m.in. blokuje rury i zanieczyszcza wodę? Należy go albo wyrzucać do śmieci (ogólnych), albo w przypadku większych ilości poszukać lokalnych możliwości recyklingu (wykorzystanie na opał, paliwo, itd).

czwartek, 19 czerwca 2014

Co rok na jesieni nastawiam małą ilość brandy pigwówkowej. Zazwyczaj sprezentowana butelka alkoholu i tak stoi na półce i nie wiadomo, co z nią zrobić, a ok. 500ml to w sam raz ilość na karafkę do wypicia przez rok... przeze mnie, bo jestem jedyną chętną.

W tym roku korzenna brandy wyszła jakoś szybciej i smuciłam się patrząc na prawie pustą karafkę - do czasu, aż wymyśliłam, czym zastąpić pigwowca: rabarbarem! Całej operacji dokonałam prawie dwa miesiące temu i dopiero niedawno mogłam sprawdzić, co z tego wyszło.

Wnioski są takie, że jednak pigwowiec lepszy ;), choć i tak za większość aromatu odpowiada anyż i ta wersja nie jest dużo gorsza. Bałam się, że rabarbar może być za kwaśny i dosłodziłam, jednak nie wiem, czy było to konieczne (następnym razem bym zmniejszyła o 1/2 ilość cukru, by zachować kwaskowatość, co uwzględniłam poniżej). Ciekawy wyszedł kolor - otóż rabarbar rozjaśnił brąz alkoholu na coś w rodzaju ciemnego koralu.

Składniki i technika: jak w tym przepisie, zastępując pigwowca ok. 3 łodygami rabarbaru, pokrojonymi z grubsza w kostkę, oraz dodając ok. 30g cukru na litrowy słoik

Na pigwowca i tak czekam ;).

piątek, 13 czerwca 2014

Jak może wspominałam, jajka na śniadania pojawiają się u nas na stole od święta (tj. w niedzielę lub podczas wakacji). O izraelskiej szakszuce (danie podobno wymyślili żołnierze, według innych źródeł - nie wymyślili, ale ją w wojsku często jadali), jako urozmaiceniu dla zwykłego sadzonego, myślałam od dawna, ale przed zrobieniem powstrzymywał mnie brak patelni. Moja ukochana stalowa węglowa nie łączy się bowiem ze składnikami kwaśnymi, które są zabójcze dla cennej patyny. Podczas pobytu wakacyjnego skorzystałam z patelni będącej "na stanie" i już teraz wiem, że muszę na szakszukę znaleźć naczynie (płaski rondel w sumie też się nada ;), bo danie będzie wracać nie raz. W sumie coś, co zawiera dobre pomidory i jaja musiało być smaczne.

Moja wersja jest podstawowa - bez dodatków typu bakłażan, papryka itd., zasugerowałam się bowiem radą Basi, że podstawa to dobre jaja, pomidory i oliwa.

Składniki (2 porcje):

  • 1-2 jaja na osobę
  • oliwa
  • 1 średnia cebula
  • szklanka dobrego przecieru
  • 3-4 dojrzałe małe pomidory (typu większe koktajlowe), lub wg uznania
  • sól, chilli mielone
  • opcjonalnie: tymianek świeży lub suszony, parę listków bazylii lub mięty do dekoracji

Cebulę pokroić w pióra, zeszklić na niewielkiej ilości oliwy. Dodać przecier, gotować ok. 10 minut na żywym ogniu, aż odparuje o ok. 1/2. Doprawić do smaku solą, chilli, tymiankiem (jeśli używacie), dorzucić pomidorki przekrojone na 1/2. Skręcić ogień na mały, zrobić w sosie dołki, w które wbić jajka. Patelnię przykryć i gotować kilka minut* (ok. 7 minut powinno wystarczyć), aż białko się zetnie, a żółtko pozostanie płynne (pilnować zawartości, bo u mnie niestety jajka ścięły się zbyt szybko i mocno). Podawać od razu, opcjonalne udekorowane świeżymi ziołami.

* Ew. można umieścić patelnię w piekarniku, jeśli się do tego celu nadaje.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi



Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna