Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
piątek, 03 września 2010

I znów zostałam wywołana do zabawy, tym razem przez Panią Serwusową. Mam wymienić 10 rzeczy, które lubię i "podać dalej" do 10 osób. Ufff... 10?? Trochę dużo, pomyślałam*. Spróbujmy wykonać pierwszą część zadania, a więc niczym w Amelii

powiedzieć, że lubię...

  1. Skojarzeniowo: J-P. Jeuneta, jego filmy, estetykę, bohaterów. Bardzo się cieszę, że niedługo w kinach w PL będzie jego najnowszy film. Oto zwiastun:
  2. Zapach surowego ciasta kruchego, gdy rozcieram masło i mąkę na okruszki.
  3. Wino. Czerwone, wytrawne (pisząc to popijam sobie carmenere).
  4. Mrówki. Godzinami mogę patrzeć na mrowisko. Podobnie zresztą, jak na...
  5. ... pajęczynę i pracowicie tworzącego ją pająka. Wszystko przez Charlotte's Web w stosownym wieku.
  6. A jak o lekturach dziecięcych mowa, b. lubię: Muminki, Dzieci z Bullerbyn, Zwierzenia Britt-Mari i wszystko autorstwa Roalda Dahla (także te utwory bardzo nie dla dzieci, jak Wujek Oswald).
  7. Skoro o lekturach w ogóle mowa, w kilka lat po zakończeniu studiów dojrzałam do książek Jane Austen. Z dużą przyjemnością je czytam, oglądam adaptacje oraz słucham muzyki do nich skomponowanej.
  8. Koty, ale to nic nowego.
  9. Kolory. Uwielbiam kolorowe ubrania, wnętrza, akcesoria, AGD itd (i piszę to ubrana w czerwony polar).
  10. Wszystkie pory roku, co jest zasługą M, bo wychowały mnie dwie marudy pogodowe. Teraz się cieszę i na nadchodzącą jesień, i na zimę, i na wiosnę, która będzie po tym...

I tym sposobem zabrakło mi punktu 10, aby powiedzieć, że lubię razowy chleb żytni oraz pumpernikiel, i że cieszę się, że wreszcie mi wyszedł...

Bo próbowałam wcześniej wykonać pumpernikiel na zakwasie wg J. Hamelmana raz i skończyło się to wykonaniem najbardziej mokrego chleba świata. Jedno trzeba przyznać - zsychać to on się nie zsychał, nie miał jak ;) Skorzystałam potem z rad Gospodarnej Narzeczonej, jeśli chodzi o ostrożne dodawanie wody i - bingo! Wyszło pysznie. Przepis zresztą wygląda na skomplikowany, a tymczasem wymaga po prostu wcześniejszego przygotowania i długiego, powolnego pieczenia. Warto być cierpliwym. A oto szczegóły, za Narzeczoną:

Pumpernikiel (proporcje na 1 bochenek)

Zakwas
-180g mąki żytniej razowej
-180g wody
-10g aktywnego żytniego zakwasu
Wszystkie składniki zakwasu mieszamy i odstawiamy na 14-16 godzin, by dojrzał w temperaturze pokojowej. Można zamiast mąki użyć żytniej śruty.

Namoczone żyto
-120 g ziaren żyta
Żyto moczymy w wodzie przez noc (wody tyle, by zakryć żyto), odlewamy wodę. Następnego dnia gotujemy do miękkości (godzinę lub dłużej) w trzykrotnie większej objętości wody. Odcedzamy.

Namoczony czerstwy chleb
-120g czerstwego razowca (najlepiej żytniego) - u mnie była to mieszanka 3 różnych gatunków pieczywa
Chleb moczymy w gorącej wodzie, przez około 4 godziny. Gdy namięknie, odsączamy. Wodę zachowujemy do ciasta właściwego (uwaga: ja jej nie dodawałam, jak dodałam poprzednio, wyszło... jak opisałam wyżej, mokro). Aby nadać pumperniklowi głęboki smak, można czerstwy chleb podpiec przed moczeniem w piekarniku.

Ciasto właściwe
-150 g mąki pszennej chlebowej
-150 g śruty żytniej (cietęgo ziarna żyta)
-11 g soli
-12 g świeżych drożdży
-24 g czarnej melasy
-namoczone żyto
-zakwas
-namoczony czerstwy chleb

W dużej misce mieszamy wszystkie składniki. Jeśli ciasto jest zbyt suche, można dodać nieco wody z namoczonego chleba (ale jak pisałam, u mnie nie było to konieczne). Ciasto jest średnio gęste i dość klejące. Wyrabiamy przez 10-12 minut. Odstawiamy do fermentacji na 30 minut. Formujemy podłużny bochenek i wkładamy do wysmarowanej olejem i wysypanej żytnią mąką formy. Pumpernikiel powinno się piec w specjalnej formie z przykrywą. Gdy jej nie mamy, można uformować wieczko z folii aluminiowej. Wieczko smarujemy olejem i przykrywamy ciasto. Odstawiamy do wyrastania na 50-60 minut. Ciasto nie powinno wyrosnąć do samego brzegu formy. Dobrze by zostało około 1,5-2 cm.
Pieczenie: Trwa od 12 do 16 godzin. Ważne jest stopniowe obniżanie temperatury piekarnika. Wkładamy wyrośnięty chleb do pieca nagrzanego do 180 st. C i zostawiamy go w tej temperaturze na około 1 godzinę. Obniżamy do 135 st. C i pieczemy przez 3-4 godziny. Wyłączamy piekarnik i zostawiamy chleb na kolejne 8-10 godzin w tak zwanym cieple resztkowym piekarnika (ja zostawiłam do rana, czyli jakieś 12 h). Po tym czasie chleb powiniem być ciemny i ładnie pachnieć. Studzimy jeszcze przez jakiś czas wyjęty z foremki. Zawijamy w ściereczkę i czekamy minimum 24 godziny (jeśli dacie radę...)

No cóż, ja nie wytrzymałam i ukroiłam chleb po kilku godzinach od wyjęcia z piekarnika, co imho po nim widać (tj. po przekroju na zdjęciu). Jest pyszny, pachnie jak pumpernikiel z 'paczki', smakuje też jak pumpernikiel, ale dopiero, jak się odstoi - świeży smakuje też pysznie, ale po prostu jak gęsty chleb żytni. Z każdym dniem jednak smak się pogłębia. Gorąco polecam.

*PS. Aha - co do tych 10 osób... Ping, ping, wysyłam w wszechświat, kogo trafi, tego bęc.

czwartek, 02 września 2010

To zupa dla osób zapomidorowanych, które się wzięły za robienie przecieru z 50kg owoców. Zajęło nam to 2 dni, wszędzie dookoła były pomidory surowe, słoiki z pomidorami, pomidory rozdrobnione, pomidory gotujące się i skórki z pomidorów. Myślałam, że długo nie będę chciała zjeść nic na p. Tymczasem jednak, gdy uświadomiliśmy sobie, że wypadałoby w tym pobojowisku ugotować i zjeść jakiś obiad, a ja siedziałam po łokcie w rozgniecionych pomidorach, danie nasunęło się niejako samo przez się - główny składnik znajdował się w końcu przed nosem. W gruncie rzeczy to 'świeższa' wersja błyskawicznej pomidorówki Nigelli.

Składniki: ok. 1-1,2 litra dojrzałych, soczystych, rozdrobnionych pomidorów (skórki sparzone, owoce rozgniecione rękoma), ok. 0,5-0,6 l. wody, 1 mała cebula, pokrojona w piórka, 1 mała marchewka, pokrojona w cienkie talarki, kilka liści lubczyku, 1 liść laurowy, ok. 3 ziaren ziela angielskiego, ok. 1/2 łyżki oliwy, sól, pieprz, szklanka opłukanego ryżu, opcjonalnie: gruby plaster wędzonego boczku, pokrojony w kostkę

Wymieszać pulpę pomidorową z wodą, pokropić oliwą, dodać lubczyk, liść laurowy, ziele angielskie i zagotować w garnku. Skręcić lekko ogień, doprawić solą/pieprzem, dodać marchewkę i cebulę oraz opcjonalny boczek, gotować aż marchewka nieco zmięknie (ok. 20-25 min). Sprawdzić, czy jest wystarczająco dużo wody, by ugotować w zupie ryż (i ew. trochę dolać); dorzucić ryż do garnka i gotować, aż będzie miękki. Pod koniec sprawdzić doprawienie.

Chyba tym razem mamy zapasy na ponad rok...

wtorek, 31 sierpnia 2010

Blogi wyrastają jak grzyby po deszczu (tak, jak te maślaki, które jak widać na załączonym obrazku, po deszczu zrywam i suszę z upodobaniem). Przyznaję, że już dawno przestałam panować nawet nad tymi blogami, które lubię i które mam podlinkowane na głównej stronie bloga (i które wszystkie polecam!). Coroczny Dzień Blogów to okazja do polecenia innym blogowiczom tych stron, które nas szczególnie zaciekawiły i które szczególnie polecamy uwadze innym.

Do zabawy zostałam wywołana przez Olę Sz. z Przy dużym stole. Od niej też kopiuję zasady:

Co się dzieje w BlogDay? (cytat ze strony http://www.blogday.org)

“Przez jeden dzień - 31 sierpnia - blogerzy z całego świata publikują notkę polecającą 5 innych blogów, najlepiej gdy są to blogi o innej tematyce, z innej kultury. Tego dnia czytelnicy bloga, będą krążyć po sieci i odkrywać nowe, nieznane blogi ciesząc się z odkrycia nowych ciekawych blogów i blogerów.”

Oficjalne zasady:

  • Znajdź 5 blogów, które Tobie wydają się interesujące.
  • Powiadom 5 innych blogerów, że zapraszasz ich do zabawy w BlogDay 2010.
  • Napisz krótki opis polecanych blogów i zamieść link do nich.
  • Opublikuj wpis w BlogDay (31 sierpnia).
  • I użyj tagów BlogDay - link: http://technorati.com/tag/blogday2010 oraz linku do oficjalnej strony BlogDay: http://www.blogday.org

Starałam się wybrać blogi "o innej tematyce" - tylko jeden jest kulinarny. Trzy z mojej piątki to blogi, które odkryłam stosunkowo niedawno (w ciągu ostatniego miesiąca-dwóch). Dwa z listy to blogi z zasady do oglądania, nie do czytania. Ad rem:

  1. Cherry Blossom Girl - znany zapewne wielu osobom blog Alix, młodej francuskiej projektantki mody. Nastrojowe zdjęcia, a na nich stroje, piękne przedmioty, miejsca, chwile.
  2. The Food Haven - kulinarny blog Misi, której zdjęcia stanowią dla mnie niedościgniony wzór. Uwaga: są tu nie tylko zdjęcia potraw, ale także np. krajobrazów.
  3. Bucolic Frolics - blog brytyjskiej pisarki Christiny Jones, która pisze bardzo sympatyczną tzw. literaturę dla kobiet, niestety do tej pory niełtumaczoną na jęz. polski.
  4. Kieszenie jak ocean - po trochu o wszystkim, co zainteresuje autorkę bloga, ale głównie o sztuce użytkowej, wzornictwie, kinie, architekturze.
  5. Mila's Daydreams - dziecko śpi, a mama je fotografuje i publikuje zdjęcia w internecie. Blogowy hit, a ja kręcę z podziwem głową nad wyobraźnią mamy-fotograf, która próbuje przedstawić nam sny swojej córki.

Ciekawe, czy coś z mojej listy się Wam spodoba ;) Tymczasem do tablicy wywołuję Tili, Zemfiroczkę, Buruuberii, Fellunię (która coś długo już milczy?) i Gospodarną Narzeczoną.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Kwiaty cukinii, smażone i faszerowane, jadłam chyba tylko jeden lub dwa razy w życiu. Najczęściej podaje się je jako przystawkę we włoskich restauracjach. Przyznaję, że gdy zaczęłam bawić się w mini uprawę cukinii, myślałam o nich ciepło, wyobrażając sobie różne wersje, które trafią na nasz stół. Hodowla jednak szła mi (do tegorocznej gigantki) opornie, kwiatów rozwiniętych jednocześnie było zawsze za mało, by je przerobić na coś smakowitego. W tym roku wreszcie odniosłam jakiś sukces ogrodniczy, ale do wczoraj nie zmoblilizowałam się, aby kwiaty zebrać i przerobić. Gdy jednak zobaczyłam, że leży przede mną dziewięć ładnych kwiatów różnej wielkości (i z dyni makaronowej, i z cukinii), uznałam, że czas na debiut.

Z efektów jestem, może nieskromnie, bardzo zadowolona (a warto dodać, że moje doświadczenie w zakresie smażenia na głębokim tłuszczu do wczorajszego wieczoru było praktycznie zerowe). Częściowo inspirowałam się wersją znalezioną na blogu Pieprz czy Wanilia. Kwiaty pochodziły z mojego ogrodu, więc ich nie myłam, ale bardzo delikatne opłukanie z pewnością im nie zaszkodzi.

Składniki: 9-10 kwiatów cukinii i/lub dyni, różnej wielkości, pozbawionych pręcików, olej do głębokiego smażenia

Farsz (wykonany na oko, proporcje można sobie zmodyfikować zgodnie z upodobaniami): ok. 5 łyżek miękkiego twarogu, ok. 3 łyżek tartego parmezanu/pecorino, ok. 4-5 łyżek drobno pokrojonego sera koziego dojrzewającego, 1-2 łyżki drobno posiekanej, świeżej szałwi (można też użyć np. bazylii), ok. łyżeczki suszonych pomidorów w płatkach, sól i pieprz do smaku

Ciasto naleśnikowe: 2 jaja (u mnie średnie), ok. 6 łyżek mąki, dwie szczypty soli, ok. 3-5 łyżek mleka

Wszystkie składniki farszu dobrze wymieszać, doprawić do smaku (powinien być wyrazisty), nadziać delikatnie kwiaty. Rozgrzać olej do smażenia na głębokim tłuszczu w rondlu/garnku (ja użyłam ok. 750ml) - musi być bardzo gorący. Gdy olej się nagrzewa, wymieszać dokładnie składniki ciasta - powinno mieć konsystencję ciasta na zwykłe naleśniki, czyli przypominać tzw. wiejską śmietanę - ew. gęstość regulować za pomocą mąki lub mleka. Kwiaty zanurzać w cieście, aby dokładnie je oblepiło i wrzucać na rozgrzany olej. Smażyć do zezłocenia, partiami (u mnie po nie więcej niż 3 niewielkie kwiaty na raz), delikatnie obracając je łopatką w oleju (ok. 2 minut). Osączać na ręczniki papierowym i podawać od razu.

Kwiaty są kruche i delikatne, idealne na przystawkę, przekąskę lub kolację dla dwóch osób.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Czy inni blogowicze mają tak, że przygotują zdjęcia potraw, zapiszą je w folderze i potem w nawale innych zajęć zupełnie o 'skolejkowanym' przepisie zapominają? Ja całkiem często przeglądając zdjęcia na komputerze myślę np. "O, miałam to wrzucić na bloga... A jak ja to ugotowałam?" lub, co gorsza: "Co to za potrawa?". Te kotleciki też się trochę przeleżały, czekając na swoją kolej. Na szczęście robiłam je dwukrotnie, za drugim razem poprawiając przepis, więc mam nadzieję, że wszystko pamiętam :)

To dobry przepis na wykorzystanie resztek obiadowych - pierwszy raz usmażyłam kotlety, gdy ugotowałam ilość kaszy gryczanej jak dla rodziny wielodzietnej i musieliśmy ją jakoś zużyć. Tym razem miałam nadmiar twarogu. Z powyższych powodów sądzę, że to dobre danie do podczepienia pod akcję "Nie marnuj żywności", którą w pełni popieram, bo bardzo nie lubię wyrzucania jedzenia i zdarza nam się to bardzo rzadko.

Składniki: 125g ugotowanej kaszy gryczanej, 125g twarogu (dowolnego, ale raczej dość zbitego i suchego - chudy się bdb nadaje), 1 niewielka, drobno posiekana cebula, ok. 1-2 łyżek startego parmezanu, sól, pieprz, łyżka musztardy, opcjonalnie: 2 plastry boczku/kiełbasy/innej wędliny, parę listków lubczyku i/lub świeżej szałwi

Jeśli dodajemy boczek, pokroić go w kostkę i wytopić tłuszcz na suchej patelni, zeszklić na nim cebulę. Jeśli nie używamy boczku, zeszklić cebulę na oliwie/oleju i dodać opcjonalną inną wędlinę, pokrojoną w kostkę, pod koniec smażenia, razem z ziołami, jesli używamy. Twaróg rozgnieść, wymieszać dobrze z kaszą, zeszkloną cebulą, musztardą, parmezanem i doprawić do smaku solą i pieprzem, wyrobić na gładką masę. Gdyby masa była zbyt sucha (choć nie sądzę), można dodać odrobinę wiecej musztardy lub mleka,  gdyby była zbyt rzadka - można delikatnie zagęścić np. otrębami lub bułką tartą. Uformować niewielkie kotleciki i schłodzić na natłuszczonej folii ok. 20-30 min w lodówce. Smażyć na oleju/oliwie na złoto, partiami lub na dwóch patelniach, po kilka minut z obu stron.

Z podanych ilości wyszło mi ok. 8 niewielkich kotlecików. Zostały zjedzone od razu, ale mam wrażenie, że bdb się by także zachowały na zimno.

piątek, 20 sierpnia 2010

Na Mazury przyjechała Madzia i jak rok temu, zabrałyśmy się za kreatywne gotowanie w duchu indyjskim. Tym razem inspirowałyśmy się curry warzywnym z Complete Indian Cooking (własność Madzi), jednak nasza produkcja miała z oryginałem wspólne jedynie ziemniaki, bakłażana i olej. Oto co zrobiłyśmy, kierując się dostępnymi produktami, a przygotowałyśmy dwa warianty tego samego dania:

Składniki: ok. 2 łyżek oleju roślinnego, 2 łyżeczki masła, 350-400g* fasolki mamut, 2 średnie lub 1 b. duża cebula (drobno pokrojone), 1 średni bakłażan (pokrojony w cienkie plastry), 1 żółta lub czerwona papryka (pokrojona w średnią kostkę), ok. 6-7 niewielkich ziemniaków (pokrojone w kostkę ok. 2x2cm), 2-3 łyżeczki świeżego, startego imbiru, 2 x 400g puszki pomidorów, Przyprawy: 2 łyżeczki kuminu, 1 łyżeczka czarnej gorczycy, ok. 1 łyżeczki ostrego curry, 1 łyżeczka łagodnej przyprawy tikka masala (lub np. garam masala - z tego co porównywałam skład, był podobny), 2 małe, ostre papryczki chilli (rozdrobnione, świeże lub suszone), sól do smaku

* Wyjściowo było pół kilo, ale jakoś zniknęło trochę po ugotowaniu...

Fasolkę umyć, obciąć końce (można także to pominąć), ugotować, by pozostała nieco jędrna, odłożyć na bok. Wziąć dwa rondle/garnki lub dwie głębokie patelnie, rozgrzać w nich po łyżce oleju i łyżeczce masła. Do jednego rondla wrzucić 1-1,5 łyżeczki świeżego imbiru, łyżeczkę kuminu, czarną gorczycę i papryczki chilli; do drugiego wrzucić pozostały imbir, drugą łyżeczkę kuminu, ostre curry i przyprawę tikka/garam masala. Przyprawy przesmażyć, po chwili wrzucić do obu rondli tą samą ilość posiekanej drobno cebuli, lekko posolić, zeszklić. Dorzucić do każdego garnka tą samą ilość pokrojonych warzyw: bakłażana, paprykę i ziemniaki. Wymieszać, przesmażyć kilka minut. Do każdego rondla dorzucić puszkę pomidorów, całość wymieszać, posolić do smaku i gotować ok. 25-30 minut na średnim ogniu pod przykryciem, aż ziemniaki będą miękkie. Gdyby całość zbyt szybko zgęstniała, podlać wodą. Kilka minut przed końcem gotowania dorzucić fasolkę i sprawdzić doprawienie.

Podawać z dodatkiem chlebków indyjskich lub ryżu (np. jeera rice lub zwykły gotowany basmati - można pod koniec gotowania dodać trochę masła i kuminu). U nas ponadto do posypki posiekana świeża mięta (kolendry na stanie nie było).

W opinii jedzącej płci brzydkiej wersja z curry i przyprawą tikka masala była smaczniejsza. Mnie smakowały obie. Obie także dziwnie szybko zniknęły - sądziłyśmy wcześniej, że nie przejemy wszystkiego...

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Myśląc, czym można łatwo wykarmić na śniadanie* kilka osób, powiedziałabym: jajecznicą. Są jednak inne dania śniadaniowe, które świetnie się nadają do porannego wyżywienia większego grona. Jedno z nich zaserwowaliśmy ostatnio przebywającej u nas parze, drugie, w wersji 2/3 proporcji, jedliśmy sami. Mam tu na myśli śniadania wakacyjne czy też weekendowe, kiedy i jedzący, i gotujący mają czas i ochotę na "coś więcej".

Propozycja nr 1: klasyczne naleśniki na śniadanie. Zwykłe, bez spulchniaczy, czyli nie amerykańskie pankejki. Takie, jak w tym przepisie - na 4 dorosłe osoby należy składniki podwoić i najlepiej smażyć jednocześnie na 2 patelniach. Naleśniki układać jeden na drugim, na podgrzanym talerzu, i tak zanieść na stół (vide zdjęcie). Na stół podać dodatki: ser żółty i pleśniowy, twaróg lub gęsty jogurt, szczypior i/lub posiekaną miętę, lubczyk itd., sezonowe owoce (u nas borówki), dżemy/konfitury, miód, cytrynę, cukier i posiekany imbir. Każdy z gości zwija sobie naleśniki zgodnie z własnymi upodobaniami. Polecam szczególnie wersję ser pleśniowy + borówki +  kapka jogurtu + mięta, oraz naleśnik "hot ginger lemon honey" - czyli posmarowany miodem, posypany świeżym imbirem i skropiony cytryną: pyszne.

Propozycja nr 2: zapiekanka Croque-monsieur wg Nigelli Lawson, z Nigella Express. Zaskakująco smaczne i sycące, taki wytrawny pudding chlebowy. Plusem jest przygotowanie poprzedniego dnia wieczorem, rano tylko wrzucamy do piekarnika. U mnie z 2/3 składników (tj. 4 kromek chleba, 4 plastrów sera itd.), bez szynki.

Składniki: 6 kromek pełnoziarnistego (lub dowolnego, najlepiej lekko czerstwego) chleba, 75g musztardy Dijon (lub innej ostrej), 125g (6 plastrów) sera Gruyere (lub innego wyrazistego żółtego sera), 70g (3 plastry) szynki (pominęłam), 6 jajek, 1/2 łyżeczki soli, 80ml pełnotłustego mleka, 4 łyżki startego Gruyere, Emmentalera lub Cheddara (uwaga jw.), porządny chlust sosu Worcestershire

Posmarować każdą kromkę chleba musztardą, zrobić kanapki za pomocą sera i szynki (jeśli użyjecie) i chleba. Opcjonalnie każdą kanapkę przeciąć na pół, tak by powstały trójkąty. Umieścić kanapki w lekko natłuszczonej foremce  żaroodpornej o wymiarach ok. 27x21x6cm (tak czy inaczej, powinna być do foremka, którą kanapki dobrze wypełnią, bez zbytniego luzu). Roztrzepać jajka z solą i mlekiem i wylać na ułożone kanapki. Przykryć folią i umieścić w lodówce na noc. Następnego dnia rano nastawić piekarnik na 200 C i wyjąć  foremkę z lodówki, by zawartość doszła do temp. pokojowej. Chleb posypać startym serem, skropić sosem Worcestershire i piec ok. 25 minut.

* Albo i b. późną kolację... ;)

czwartek, 12 sierpnia 2010

Miałam ochotę na coś słodkiego, bo dzień był smutny i burzowy. Problem polegał na ograniczonych wiktuałach: nie miałam w ogóle masła (ale olej: tak), tylko trzy jajka, zero owoców sezonowych. Przypadkiem, zastanawiając się, co zrobić z cukinią-gigantką, zobaczyłam ciacho u Zawszepolki, które z posiadanych składników mogłam upiec! Musiałam, co prawda, sporo pozamieniać i pokombinować, więc z oryginału nie zostało tak wiele, ale za to wyszło pysznie. W sam raz wilgotny murzynek cukiniowy.

Składniki: 350g mąki pszennej, 60g dobrej jakości, ciemnego kakao, pół łyżeczki sody oczyszczonej, 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki przyprawy korzennej LUB 1 łyżeczka cynamonu, 1/2 łyżeczki imbiru i 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, 175 ml oleju słonecznikowego, 185g cukru (u mnie 1:1 zwykły i domowy waniliowy), 3 duże jajka, 2 łyżki ekstraktu z wanilii lub aromatycznego alkoholu: u mnie brandy pigwówkowa, Cointreau czy Amaretto też by się nadało, 3 średnie młode cukinie (waga przed starciem 500g), 50g rodzynek, 50g chrupkiego musli (u mnie z dmuchaną pszenicą)/granoli lub posiekanych orzechów

Piekarnik rozgrzewamy do 165 st. C termoobieg/175-180 st. C grzanie góra-dół. W misce mieszamy mąkę, kakao przyprawę korzenną, proszek do pieczenia, sodę. Mieszamy. W drugiej misce ubijamy jajka z cukrem, aż masa będzie biała i puszysta. Dodajemy olej, ekstrakt z wanilii i mieszamy. Cukinii nie obieramy i ścieramy na tarce do jarzyn (duże oczka). Dodajemy do masy jajecznej i delikatnie mieszamy. Do masy dodajemy bakalie i musli/orzechy. Na końcu dodajemy wymieszane suche składniki i dokładnie, ale delikatnie mieszamy.
Masę przekładamy do średniej keksówki wyłożonej papierem od pieczenia wyrównujemy wierzch i pieczemy przez ok. 60 minut, do  dość suchego patyczka, ale UWAGA: należy nie wysuszyć za bardzo ciasta (można sprawdzić wypieczenie po ok. 50 minutach, ja musiałam piec łącznie 65 minut). Ciasto studzimy ok. 10 minut piekarniku, potem uchylamy na kilka minut drzwiczki, wreszcie wyjmujemy z formy i studzimy na kratce.

Gotowe ciasto można posypać cukrem pudrem, polać lukrem lub polewą czekoladową.

Ciasto jest długo świeże, ba: mam wrażenie, że z każdym dniem jest lepsze. Użyłam do niej nie cukinii-gigantki, ale młodych cukinii, z tego samego krzaczka-giganta. Który wygląda tak:

wtorek, 10 sierpnia 2010

O tarte tatin, odwróconej tarcie z owocami, napisano wiele. Najczęściej robi się ją z jabłek, choć można i np. z moreli, na cieście kruchym lub czasem francuskim. Najlepiej wykorzystać żeliwną patelnię, na której i obrabia się jabłka, i potem piecze ciasto. Hm, kiedyś z pewnością się takiej patelni dorobię... ;) Skorzystałam z przepisu Liski, ale żółtka w cieście zamieniłam, jak to ja, na maślankę, a ponieważ mój tymianek integruje się z przyrodą mazurską - dodałam rozmaryn. No i cóż, na pewno wrócimy do tego wypieku, choć sprawę karmelu muszę jeszcze dopracować, o czym niżej.

Składniki: Na ciasto kruche: 150 g mąki, 100 g masła pokrojonego w małe kawałeczki, 25 g brązowego cukru, 2 żółtka LUB ok. 3 łyżek zimnej maślanki

Owoce: 100 g brązowego cukru, 40 g masła, ok. 500-700 g (u mnie 600) moreli - pokrojonych na połówki i wypestkowanych, 1/2 łyżeczki świeżego tymianku lub rozmarynu, drobno pokrojonego

Ciasto: zagnieść wszystkie składniki na gładkie kruche ciasto i włożyć do lodówki na pół godziny.

W tym czasie przygotować morele: na dużej patelni o średnicy ok. 26 cm (najlepiej takiej, którą można umieścić w piekarniku) rozgrzać masło z cukrem. Kiedy zacznie się karmelizować (ja bym poczekała, aż zdecydowanie się skarmelizuje), wrzucić morele i zioła i smażyć ok. 10 minut. B. ważne: nie przekręcać ich zbyt często, bo się rozpadną, a nie powinny. Większość płynu powinna odparować. Uwaga: jeśli, jak u mnie, morele będą zdecydowanie miękkie, a soku wciąż sporo, można delikatnie wyłowić owoce z karmelu, a sos odcedzić i zachować (lub nie wyławiać owoców, tylko lekko odlać sos i zachować). Jeśli nie mamy stosownej patelni, owoce należy przełożyć do foremki, np. średniej wielkości tortownicy (ja przełożyłam do takiej o średnicy 21 cm).

Kiedy morele będą gotowe, wyjmujemy z lodówki ciasto. Trzeba rozwałkować je na krążek o średnicy większej niż średnica patelni/foremki. Ciasto ułożyć na morelach, dokładnie podwinąc brzegi do środka, by owoce nie miały dokąd uciec, wstawić do piekarnika nagrzanego do temp. 200 st C. Piec 20 minut, następnie zmniejszyć temp. do 160 stopni i piec kolejne 20 min. Po upieczeniu wyjąc z piekarnika, nożem odsunąć brzeg ciasta od patelni, na wierzch patelni położyć duży talerz i jednym ruchem przewrócić tartę na talerz. Może się okazać, że do patelni/foremki przywarło część owoców - jak pisze Liska, nic strasznego - odrywamy je delikatnie nożem i układamy na cieście. Jeśli ciasto jest gorące, to morele ładnie się "wkleją" z powrotem.

Tarta jest karmelowo-maślana, ze smakiem złamanym przez rozmaryn, owoce miękkie i - pochwalę się - idealnie wszystkie odeszły od tortownicy. Tylko część ciasta została zjedzona na ciepło, większość na zimno, ale wydaje mi się, że tarta lekko ciepła lub letnia jest smaczniejsza. Nie żeby ktoś ze schłodzoną miał problem :)

A co z zachowanym sosem karmelowym? W przyrodzie nic nie ginie: zostało mi ok. 4-5 łyżek, więc zmieszałam go z łyżeczką sosu sojowego i jw. octu balsamicznego i użyłam do zamarynowania (kilka h w lodówce) filetu z indyka, pokrojonego na mniejsze kotlety. Mięso następnie doprowadziłam do temp. pokojowej i smażyłam na patelni grillowej kilka minut z każdej strony. Marynata mogłaby także być stosowana do filetów rybnych, tylko tu trzymałabym nie dłużej niż 20-30 min w temp. pokojowej.

czwartek, 05 sierpnia 2010


od lewej: ulica prostopadła do Unter den Linden, park Tiergarten, bloki w dzielnicy Mitte (dawny Berlin Wsch.)

Całe dzieciństwo słuchałam o tym, jak to rodzice (plus siostra Mamy) pojechali do Berlina, oczywiście Wschodniego, w latach 70-tych, i jak Mamie się tam nie podobało. Druga historia z Berlinem w tle tyczyła ubranek i zabawek, przywożonych mi z Berlina przez pochodzącą z Niemiec Babcię Ł ("o, tu widzisz te buciki na zdjęciu?"). Niezależnie od tych historii zawsze chciałam pojechać do tego miasta. W miniony weekend, pod pretekstem odwiedzenia pewnej wystawy, wreszcie się udało, i to razem z 2/3 składu z wycieczki sprzed 35 lat. Przy wjeździe do miasta Mama rozejrzała się dookoła i powiedziała: To wygląda zupełnie inaczej. Na Unter den Linden dodała: No, wreszcie widać, co jest za tą Bramą Brandenburską. Jak to wyglądało w połowie lat 70-tych, można zobaczyć np. na tej stronie.


od lewej:niedziela nad Szprewą, trawnik przed Alte Galerie, tango na moście nad Szprewą

Nie mogę porównywać swoich doświadczeń do tych rodziców, gdyż choć pamiętam dobrze czasy, gdy "runął mur", nie mam wspomnień związanych z tym innym miastem, w którym znajdowało się Muzeum Pergamońskie, ale już nie Tiergarten.


od góry: mur przy Marius Gropius Bau, maraton jazdy na rolkach (g. 21:15 w niedzielę!), East Side Gallery

Odebrałam dzisiejszy Berlin jako miasto tętniące życiem, w którym wciąż coś się dzieje czy zmienia. W ciągu 2 dni widziałam 1 maraton biegaczy, 2 maratony jazdy na rolkach, 1 milongę na moście, kuglarzy ulicznych, grupy ludzi puszczających latawce oraz mlodych chłopaków, jeżdżących po ulicach miasta w go-cartach. Ponadto tłum ludzi przewijający się ulicami i deptakami, bardzo wiele osób na rowerach, z psami i małymi dziećmi. Nad rzeką w niedzielę trawnik był zajęty przez osoby wypoczywające na leżakach, w koszach plażowych lub bezpośrednio na trawie, pijące piwo przy barze i... wędrujące sobie z tym piwem do jednego z pobliskich pchlich targów. Nie wiem, czy to kwestia lata i upału, ale miałam wrażenie, że ogólnie panuje zrelaksowana atmosfera. No i sądziłam, że mieszkańcy Londynu ubierają się często ekscentrycznie - nie jestem pewna, czy Berlińczycy ich jednak nie przebijają ;)







Od lewej: Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, humorystyczny kosz na śmieci ;), wnętrze Sony Center, grafitti niedaleko Szprewy

Z zabytków najbardziej podobał mi się Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, który z boku wygląda dość niepozornie ("takie klocki"), a zmienia charakter, gdy wejdzie się do środka labiryntu. Ściany przytłaczają, człowiek łatwo traci orientację, plus nie wiadomo, kto lub co wyskoczy zza zakrętu. Podobało mi się traktowanie  pomnika jako elementu powszedniego krajobrazu, a nie nietykalnej świętości: jest to miejsce spotkań (ludzie siedzą lub leżą na murkach/klockach), po labiryncie biegają dzieci i przemieszczają się rowerzyści. Byliśmy także pół dnia w Poczdamie, z czego dużo czasu spędziłam chodząc po ogrodach i parkach oraz oglądając pałace na swój ulubiony sposób, tj. z zewnątrz :)


Od lewej: Cecilienhof, aleja parkowa między Oranżerią a Belwederem, pałac Sans Souci

Jeśli chodzi o stronę spożywczą, wyjazd był także udany. Kuchnia niemiecka ma wiele wspólnego z kuchnią austriacką, którą znam i lubię (i o której pisałam). Od razu po przyjeździe w godzinach popołudniowych, gdy chodziliśmy po Berlinie, miałam wrażenie, że całe miasto pachnie kawą. Niestety, szybko odkryłam, że kawa jest także w stylu austriackim, nie włoskim, a w ostatnich miesiącach (od czasu nabycia nowego ekspresu) zrobiłam się wyjątkowo wybredna, jeśli chodzi o jakość mojego ulubionego napoju. Innymi słowy, zdjęć kawy nie będzie ;) W przeciwieństwie do innego popularnego napoju, który degustowałam, czego dowody poniżej.


Próbowałam piw jasnych, także paru pszenicznych i wszystkie mi smakowały, szczególnie po kilku godzinach zwiedzania w upale. Wyjątkiem był różowy napój na zdjęciu powyżej - landrynkowy, malinowy Berliner Weisse. Występuje także w wersji wściekle zielonej (a la Ludwik), z dodatkiem marzanki, ale po malinowym już nie miałam ochoty eksperymentować.

Od razu po przyjeździe także skierowałam się w stronę domu towarowego KaDeWe, gdyż w wielu miejscach (w blogosferze i nie tylko) natknęłam się na zachwyty nad tamtejszym działem spożywczym. Faktycznie warto odwiedzić to miejsce: ja żałowałam, że mam tak mało czasu, że nie mogę usiąść przy barze, degustować wina czy owoce morza... No i że nie mogę zapakować połowy działu mięsnego i rybnego i zabrać ze sobą. Podobało mi się, że poza turystami było w sklepie wielu miejscowych kupujących, którzy chyba często przyszli po prostu coś zjeść lub spotkać się ze znajomymi.


Od lewej: musztardy, dział serów, dział herbaty - KaDeWe

Restauracyjnie odwiedziłam Marjellchen, która określana jest jako miejsce serwujące dania "kuchni pruskiej". Właścicielka o dźwięcznym imieniu Ramona Azzaro urodziła się w  Rzymie, ale jej babcia pochodziła z Prus Wschodnich. Potrawy w Marjellchen są smaczne, tradycyjne, bardzo sycące i obfite - mieliśmy problemy z dokończeniem dań głównych, szczególnie, że skusiliśmy się na talerz przystawek. Na ten ostatni składały się wędliny oraz ryby - wędzone i surowe, marynowane w podobny sposób, co gravlax. Z tak przyrządzonym łososiem zetknęliśmy się jeszcze w dwóch innych restauracjach.


Od lewej: kaczka, przystawki, golonka - restauracja Marjellchen

Odwiedziłam także parę piwiarni, m.in. Lindenbrau w Sony Center, gdzie do piwa pszenicznego można zjeść, poza bardziej konkretnymi daniami, także najróżniejsze kiełbaski. Niestety: nie słynnego currywursta, którego przyznaję, w końcu nie skosztowałam. Może następnym razem... A, pieczywo w każdej restauracji, w której jadłam, było smaczne, urozmaicone i świeże.


Pieczone kiełbaski, precel, pieczywo żytnie i średnio ostra musztarda - czyli dodatki do piwa w Lindebrau

Z innych ciekawostek spożywczych było ciasto ze śliwkami, jedzone w kawiarni w muzeum Martin Gropius Bau. Gdy tylko wzięłam ten kuchen do ust, stanął mi przed oczyma duży pokój moich dziadków i stół, na którym stoi to ciasto, babcia Ł. robiła bowiem identyczne.


Z przyjemnością także stwierdziłam, że sezon kurkowy wciąż ma się dobrze: powyżej kompozycja ciepłych, smażonych kurek z zimną, marynowaną (peklowaną?) cielęciną z restauracji Dressler.

Podsumowując: Berlin nie jest może moim ulubionym miastem na świecie, ale warto go odwiedzić, szczególnie, że z Polski jest do niego naprawdę blisko. Jeśli komuś mało lektury, zachęcam do zapoznania się z berlińskimi wspomnieniami Komarki lub Davida Lebovitza.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51
| < Wrzesień 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter


    Nasze e-Książki POMOŻECIE? www.azyl.org - Kocie Strony CICHEGO KĄTA  Darmowe statystyki