piątek, 03 września 2010
I znów zostałam wywołana do zabawy, tym razem przez Panią Serwusową. Mam wymienić 10 rzeczy, które lubię i "podać dalej" do 10 osób. Ufff... 10?? Trochę dużo, pomyślałam*. Spróbujmy wykonać pierwszą część zadania, a więc niczym w Amelii
powiedzieć, że lubię...
I tym sposobem zabrakło mi punktu 10, aby powiedzieć, że lubię razowy chleb żytni oraz pumpernikiel, i że cieszę się, że wreszcie mi wyszedł... Bo próbowałam wcześniej wykonać pumpernikiel na zakwasie wg J. Hamelmana raz i skończyło się to wykonaniem najbardziej mokrego chleba świata. Jedno trzeba przyznać - zsychać to on się nie zsychał, nie miał jak ;) Skorzystałam potem z rad Gospodarnej Narzeczonej, jeśli chodzi o ostrożne dodawanie wody i - bingo! Wyszło pysznie. Przepis zresztą wygląda na skomplikowany, a tymczasem wymaga po prostu wcześniejszego przygotowania i długiego, powolnego pieczenia. Warto być cierpliwym. A oto szczegóły, za Narzeczoną:
Żyto moczymy w wodzie przez noc (wody tyle, by zakryć żyto), odlewamy wodę. Następnego dnia gotujemy do miękkości (godzinę lub dłużej) w trzykrotnie większej objętości wody. Odcedzamy. No cóż, ja nie wytrzymałam i ukroiłam chleb po kilku godzinach od wyjęcia z piekarnika, co imho po nim widać (tj. po przekroju na zdjęciu). Jest pyszny, pachnie jak pumpernikiel z 'paczki', smakuje też jak pumpernikiel, ale dopiero, jak się odstoi - świeży smakuje też pysznie, ale po prostu jak gęsty chleb żytni. Z każdym dniem jednak smak się pogłębia. Gorąco polecam. *PS. Aha - co do tych 10 osób... Ping, ping, wysyłam w wszechświat, kogo trafi, tego bęc.
czwartek, 02 września 2010
To zupa dla osób zapomidorowanych, które się wzięły za robienie przecieru z 50kg owoców. Zajęło nam to 2 dni, wszędzie dookoła były pomidory surowe, słoiki z pomidorami, pomidory rozdrobnione, pomidory gotujące się i skórki z pomidorów. Myślałam, że długo nie będę chciała zjeść nic na p. Tymczasem jednak, gdy uświadomiliśmy sobie, że wypadałoby w tym pobojowisku ugotować i zjeść jakiś obiad, a ja siedziałam po łokcie w rozgniecionych pomidorach, danie nasunęło się niejako samo przez się - główny składnik znajdował się w końcu przed nosem. W gruncie rzeczy to 'świeższa' wersja błyskawicznej pomidorówki Nigelli.
Chyba tym razem mamy zapasy na ponad rok...
wtorek, 31 sierpnia 2010
Blogi wyrastają jak grzyby po deszczu (tak, jak te maślaki, które jak widać na załączonym obrazku, po deszczu zrywam i suszę z upodobaniem). Przyznaję, że już dawno przestałam panować nawet nad tymi blogami, które lubię i które mam podlinkowane na głównej stronie bloga (i które wszystkie polecam!). Coroczny Dzień Blogów to okazja do polecenia innym blogowiczom tych stron, które nas szczególnie zaciekawiły i które szczególnie polecamy uwadze innym. Do zabawy zostałam wywołana przez Olę Sz. z Przy dużym stole. Od niej też kopiuję zasady: Co się dzieje w BlogDay? (cytat ze strony http://www.blogday.org)
Oficjalne zasady:
Starałam się wybrać blogi "o innej tematyce" - tylko jeden jest kulinarny. Trzy z mojej piątki to blogi, które odkryłam stosunkowo niedawno (w ciągu ostatniego miesiąca-dwóch). Dwa z listy to blogi z zasady do oglądania, nie do czytania. Ad rem:
Ciekawe, czy coś z mojej listy się Wam spodoba ;) Tymczasem do tablicy wywołuję Tili, Zemfiroczkę, Buruuberii, Fellunię (która coś długo już milczy?) i Gospodarną Narzeczoną.
niedziela, 29 sierpnia 2010
Kwiaty cukinii, smażone i faszerowane, jadłam chyba tylko jeden lub dwa razy w życiu. Najczęściej podaje się je jako przystawkę we włoskich restauracjach. Przyznaję, że gdy zaczęłam bawić się w mini uprawę cukinii, myślałam o nich ciepło, wyobrażając sobie różne wersje, które trafią na nasz stół. Hodowla jednak szła mi (do tegorocznej gigantki) opornie, kwiatów rozwiniętych jednocześnie było zawsze za mało, by je przerobić na coś smakowitego. W tym roku wreszcie odniosłam jakiś sukces ogrodniczy, ale do wczoraj nie zmoblilizowałam się, aby kwiaty zebrać i przerobić. Gdy jednak zobaczyłam, że leży przede mną dziewięć ładnych kwiatów różnej wielkości (i z dyni makaronowej, i z cukinii), uznałam, że czas na debiut. Z efektów jestem, może nieskromnie, bardzo zadowolona (a warto dodać, że moje doświadczenie w zakresie smażenia na głębokim tłuszczu do wczorajszego wieczoru było praktycznie zerowe). Częściowo inspirowałam się wersją znalezioną na blogu Pieprz czy Wanilia. Kwiaty pochodziły z mojego ogrodu, więc ich nie myłam, ale bardzo delikatne opłukanie z pewnością im nie zaszkodzi.
Kwiaty są kruche i delikatne, idealne na przystawkę, przekąskę lub kolację dla dwóch osób.
czwartek, 26 sierpnia 2010
To dobry przepis na wykorzystanie resztek obiadowych - pierwszy raz usmażyłam kotlety, gdy ugotowałam ilość kaszy gryczanej jak dla rodziny wielodzietnej i musieliśmy ją jakoś zużyć. Tym razem miałam nadmiar twarogu. Z powyższych powodów sądzę, że to dobre danie do podczepienia pod akcję "Nie marnuj żywności", którą w pełni popieram, bo bardzo nie lubię wyrzucania jedzenia i zdarza nam się to bardzo rzadko.
Z podanych ilości wyszło mi ok. 8 niewielkich kotlecików. Zostały zjedzone od razu, ale mam wrażenie, że bdb się by także zachowały na zimno.
piątek, 20 sierpnia 2010
Na Mazury przyjechała Madzia i jak rok temu, zabrałyśmy się za kreatywne gotowanie w duchu indyjskim. Tym razem inspirowałyśmy się curry warzywnym z Complete Indian Cooking (własność Madzi), jednak nasza produkcja miała z oryginałem wspólne jedynie ziemniaki, bakłażana i olej. Oto co zrobiłyśmy, kierując się dostępnymi produktami, a przygotowałyśmy dwa warianty tego samego dania:
Podawać z dodatkiem chlebków indyjskich lub ryżu (np. jeera rice lub zwykły gotowany basmati - można pod koniec gotowania dodać trochę masła i kuminu). U nas ponadto do posypki posiekana świeża mięta (kolendry na stanie nie było).
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Myśląc, czym można łatwo wykarmić na śniadanie* kilka osób, powiedziałabym: jajecznicą. Są jednak inne dania śniadaniowe, które świetnie się nadają do porannego wyżywienia większego grona. Jedno z nich zaserwowaliśmy ostatnio przebywającej u nas parze, drugie, w wersji 2/3 proporcji, jedliśmy sami. Mam tu na myśli śniadania wakacyjne czy też weekendowe, kiedy i jedzący, i gotujący mają czas i ochotę na "coś więcej". Propozycja nr 1: klasyczne naleśniki na śniadanie. Zwykłe, bez spulchniaczy, czyli nie amerykańskie pankejki. Takie, jak w tym przepisie - na 4 dorosłe osoby należy składniki podwoić i najlepiej smażyć jednocześnie na 2 patelniach. Naleśniki układać jeden na drugim, na podgrzanym talerzu, i tak zanieść na stół (vide zdjęcie). Na stół podać dodatki: ser żółty i pleśniowy, twaróg lub gęsty jogurt, szczypior i/lub posiekaną miętę, lubczyk itd., sezonowe owoce (u nas borówki), dżemy/konfitury, miód, cytrynę, cukier i posiekany imbir. Każdy z gości zwija sobie naleśniki zgodnie z własnymi upodobaniami. Polecam szczególnie wersję ser pleśniowy + borówki + kapka jogurtu + mięta, oraz naleśnik "hot ginger lemon honey" - czyli posmarowany miodem, posypany świeżym imbirem i skropiony cytryną: pyszne. Propozycja nr 2: zapiekanka Croque-monsieur wg Nigelli Lawson, z Nigella Express. Zaskakująco smaczne i sycące, taki wytrawny pudding chlebowy. Plusem jest przygotowanie poprzedniego dnia wieczorem, rano tylko wrzucamy do piekarnika. U mnie z 2/3 składników (tj. 4 kromek chleba, 4 plastrów sera itd.), bez szynki.
* Albo i b. późną kolację... ;)
czwartek, 12 sierpnia 2010
Miałam ochotę na coś słodkiego, bo dzień był smutny i burzowy. Problem polegał na ograniczonych wiktuałach: nie miałam w ogóle masła (ale olej: tak), tylko trzy jajka, zero owoców sezonowych. Przypadkiem, zastanawiając się, co zrobić z cukinią-gigantką, zobaczyłam ciacho u Zawszepolki, które z posiadanych składników mogłam upiec! Musiałam, co prawda, sporo pozamieniać i pokombinować, więc z oryginału nie zostało tak wiele, ale za to wyszło pysznie. W sam raz wilgotny murzynek cukiniowy.
Ciasto jest długo świeże, ba: mam wrażenie, że z każdym dniem jest lepsze. Użyłam do niej nie cukinii-gigantki, ale młodych cukinii, z tego samego krzaczka-giganta. Który wygląda tak:
wtorek, 10 sierpnia 2010
O tarte tatin, odwróconej tarcie z owocami, napisano wiele. Najczęściej robi się ją z jabłek, choć można i np. z moreli, na cieście kruchym lub czasem francuskim. Najlepiej wykorzystać żeliwną patelnię, na której i obrabia się jabłka, i potem piecze ciasto. Hm, kiedyś z pewnością się takiej patelni dorobię... ;) Skorzystałam z przepisu Liski, ale żółtka w cieście zamieniłam, jak to ja, na maślankę, a ponieważ mój tymianek integruje się z przyrodą mazurską - dodałam rozmaryn. No i cóż, na pewno wrócimy do tego wypieku, choć sprawę karmelu muszę jeszcze dopracować, o czym niżej.
Tarta jest karmelowo-maślana, ze smakiem złamanym przez rozmaryn, owoce miękkie i - pochwalę się - idealnie wszystkie odeszły od tortownicy. Tylko część ciasta została zjedzona na ciepło, większość na zimno, ale wydaje mi się, że tarta lekko ciepła lub letnia jest smaczniejsza. Nie żeby ktoś ze schłodzoną miał problem :) A co z zachowanym sosem karmelowym? W przyrodzie nic nie ginie: zostało mi ok. 4-5 łyżek, więc zmieszałam go z łyżeczką sosu sojowego i jw. octu balsamicznego i użyłam do zamarynowania (kilka h w lodówce) filetu z indyka, pokrojonego na mniejsze kotlety. Mięso następnie doprowadziłam do temp. pokojowej i smażyłam na patelni grillowej kilka minut z każdej strony. Marynata mogłaby także być stosowana do filetów rybnych, tylko tu trzymałabym nie dłużej niż 20-30 min w temp. pokojowej.
czwartek, 05 sierpnia 2010
od lewej: ulica prostopadła do Unter den Linden, park Tiergarten, bloki w dzielnicy Mitte (dawny Berlin Wsch.) Całe dzieciństwo słuchałam o tym, jak to rodzice (plus siostra Mamy) pojechali do Berlina, oczywiście Wschodniego, w latach 70-tych, i jak Mamie się tam nie podobało. Druga historia z Berlinem w tle tyczyła ubranek i zabawek, przywożonych mi z Berlina przez pochodzącą z Niemiec Babcię Ł ("o, tu widzisz te buciki na zdjęciu?"). Niezależnie od tych historii zawsze chciałam pojechać do tego miasta. W miniony weekend, pod pretekstem odwiedzenia pewnej wystawy, wreszcie się udało, i to razem z 2/3 składu z wycieczki sprzed 35 lat. Przy wjeździe do miasta Mama rozejrzała się dookoła i powiedziała: To wygląda zupełnie inaczej. Na Unter den Linden dodała: No, wreszcie widać, co jest za tą Bramą Brandenburską. Jak to wyglądało w połowie lat 70-tych, można zobaczyć np. na tej stronie. od lewej:niedziela nad Szprewą, trawnik przed Alte Galerie, tango na moście nad Szprewą Nie mogę porównywać swoich doświadczeń do tych rodziców, gdyż choć pamiętam dobrze czasy, gdy "runął mur", nie mam wspomnień związanych z tym innym miastem, w którym znajdowało się Muzeum Pergamońskie, ale już nie Tiergarten. od góry: mur przy Marius Gropius Bau, maraton jazdy na rolkach (g. 21:15 w niedzielę!), East Side Gallery Odebrałam dzisiejszy Berlin jako miasto tętniące życiem, w którym wciąż coś się dzieje czy zmienia. W ciągu 2 dni widziałam 1 maraton biegaczy, 2 maratony jazdy na rolkach, 1 milongę na moście, kuglarzy ulicznych, grupy ludzi puszczających latawce oraz mlodych chłopaków, jeżdżących po ulicach miasta w go-cartach. Ponadto tłum ludzi przewijający się ulicami i deptakami, bardzo wiele osób na rowerach, z psami i małymi dziećmi. Nad rzeką w niedzielę trawnik był zajęty przez osoby wypoczywające na leżakach, w koszach plażowych lub bezpośrednio na trawie, pijące piwo przy barze i... wędrujące sobie z tym piwem do jednego z pobliskich pchlich targów. Nie wiem, czy to kwestia lata i upału, ale miałam wrażenie, że ogólnie panuje zrelaksowana atmosfera. No i sądziłam, że mieszkańcy Londynu ubierają się często ekscentrycznie - nie jestem pewna, czy Berlińczycy ich jednak nie przebijają ;) Od lewej: Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, humorystyczny kosz na śmieci ;), wnętrze Sony Center, grafitti niedaleko Szprewy Z zabytków najbardziej podobał mi się Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, który z boku wygląda dość niepozornie ("takie klocki"), a zmienia charakter, gdy wejdzie się do środka labiryntu. Ściany przytłaczają, człowiek łatwo traci orientację, plus nie wiadomo, kto lub co wyskoczy zza zakrętu. Podobało mi się traktowanie pomnika jako elementu powszedniego krajobrazu, a nie nietykalnej świętości: jest to miejsce spotkań (ludzie siedzą lub leżą na murkach/klockach), po labiryncie biegają dzieci i przemieszczają się rowerzyści. Byliśmy także pół dnia w Poczdamie, z czego dużo czasu spędziłam chodząc po ogrodach i parkach oraz oglądając pałace na swój ulubiony sposób, tj. z zewnątrz :) Od lewej: Cecilienhof, aleja parkowa między Oranżerią a Belwederem, pałac Sans Souci Jeśli chodzi o stronę spożywczą, wyjazd był także udany. Kuchnia niemiecka ma wiele wspólnego z kuchnią austriacką, którą znam i lubię (i o której pisałam). Od razu po przyjeździe w godzinach popołudniowych, gdy chodziliśmy po Berlinie, miałam wrażenie, że całe miasto pachnie kawą. Niestety, szybko odkryłam, że kawa jest także w stylu austriackim, nie włoskim, a w ostatnich miesiącach (od czasu nabycia nowego ekspresu) zrobiłam się wyjątkowo wybredna, jeśli chodzi o jakość mojego ulubionego napoju. Innymi słowy, zdjęć kawy nie będzie ;) W przeciwieństwie do innego popularnego napoju, który degustowałam, czego dowody poniżej. Próbowałam piw jasnych, także paru pszenicznych i wszystkie mi smakowały, szczególnie po kilku godzinach zwiedzania w upale. Wyjątkiem był różowy napój na zdjęciu powyżej - landrynkowy, malinowy Berliner Weisse. Występuje także w wersji wściekle zielonej (a la Ludwik), z dodatkiem marzanki, ale po malinowym już nie miałam ochoty eksperymentować. Od razu po przyjeździe także skierowałam się w stronę domu towarowego KaDeWe, gdyż w wielu miejscach (w blogosferze i nie tylko) natknęłam się na zachwyty nad tamtejszym działem spożywczym. Faktycznie warto odwiedzić to miejsce: ja żałowałam, że mam tak mało czasu, że nie mogę usiąść przy barze, degustować wina czy owoce morza... No i że nie mogę zapakować połowy działu mięsnego i rybnego i zabrać ze sobą. Podobało mi się, że poza turystami było w sklepie wielu miejscowych kupujących, którzy chyba często przyszli po prostu coś zjeść lub spotkać się ze znajomymi. Od lewej: musztardy, dział serów, dział herbaty - KaDeWe Restauracyjnie odwiedziłam Marjellchen, która określana jest jako miejsce serwujące dania "kuchni pruskiej". Właścicielka o dźwięcznym imieniu Ramona Azzaro urodziła się w Rzymie, ale jej babcia pochodziła z Prus Wschodnich. Potrawy w Marjellchen są smaczne, tradycyjne, bardzo sycące i obfite - mieliśmy problemy z dokończeniem dań głównych, szczególnie, że skusiliśmy się na talerz przystawek. Na ten ostatni składały się wędliny oraz ryby - wędzone i surowe, marynowane w podobny sposób, co gravlax. Z tak przyrządzonym łososiem zetknęliśmy się jeszcze w dwóch innych restauracjach. Od lewej: kaczka, przystawki, golonka - restauracja Marjellchen Odwiedziłam także parę piwiarni, m.in. Lindenbrau w Sony Center, gdzie do piwa pszenicznego można zjeść, poza bardziej konkretnymi daniami, także najróżniejsze kiełbaski. Niestety: nie słynnego currywursta, którego przyznaję, w końcu nie skosztowałam. Może następnym razem... A, pieczywo w każdej restauracji, w której jadłam, było smaczne, urozmaicone i świeże. Pieczone kiełbaski, precel, pieczywo żytnie i średnio ostra musztarda - czyli dodatki do piwa w Lindebrau Z innych ciekawostek spożywczych było ciasto ze śliwkami, jedzone w kawiarni w muzeum Martin Gropius Bau. Gdy tylko wzięłam ten kuchen do ust, stanął mi przed oczyma duży pokój moich dziadków i stół, na którym stoi to ciasto, babcia Ł. robiła bowiem identyczne. Z przyjemnością także stwierdziłam, że sezon kurkowy wciąż ma się dobrze: powyżej kompozycja ciepłych, smażonych kurek z zimną, marynowaną (peklowaną?) cielęciną z restauracji Dressler. Podsumowując: Berlin nie jest może moim ulubionym miastem na świecie, ale warto go odwiedzić, szczególnie, że z Polski jest do niego naprawdę blisko. Jeśli komuś mało lektury, zachęcam do zapoznania się z berlińskimi wspomnieniami Komarki lub Davida Lebovitza. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Dobre miejsca na zakupy w sieci
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
![]()
POMOŻECIE?
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||