Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 17 września 2014

Pierwszym miejscem (poza Nowym Jorkiem), do którego wiedzieliśmy, że pojedziemy w Stanach, było Maine. Dlatego pierwszym pytaniem, jakie usłyszałam podczas rozmowy wizowej było krótkie a treściwe: „Why Maine?”. Wcześniej wydawało mi się, że nie wybraliśmy aż tak oryginalnych miejsc na podróż... To było zanim ileś osób spytało mnie, czemu nie Zachodnie Wybrzeże (które znajduje się gdzieś na końcu mojej amerykańskiej wishlisty). A czemu w ogóle Nowa Anglia? Jeśli się dorastało zaczytując Hotelem New Hampshire, odpowiedź jest jasna (i tylko jeszcze dodam, że kolejne na liście jest amerykańskie Południe. Tak, też przez literaturę). Do Maine dorzuciliśmy Martha's Vineyard, żeby było coś a/w połowie drogi między Nowym Jorkiem a północą, b/bo chciałam nad morze, w ramach urozmaiceń, a potem dodaliśmy jeszcze Vermont. Z perspektywy czasu uważam, że to dobry zestaw: każdy stan i miejsce jest inne. Nr jeden chyba został Vermont – tam mogłabym ew. zamieszkać.

W kilka h po opuszczeniu Nowego Jorku, nieco zmęczeni i zestresowani jazdą samochodem w nowych warunkach, dotarliśmy do promu na Martę, bo tak zaczęliśmy nazywać wyspę Martha's Vineyard. Z promem mieliśmy trochę szczęścia (bo akurat zbierał się do odpłynięcia, a nie mieliśmy rezerwacji, bo po co ;), ale relaksować zaczęliśmy się dopiero jakiś czas później, wśród pastelowych drewnianych domków i wydm. Ba, niektórzy nawet weszli od razu do Atlantyku (woda była ciepła!). Mieszkaliśmy w Oak Bluffs, które jest uroczą miejscowością: domy pomalowane są na różowo, niebiesko lub fioletowo, na obowiązkowych gankach kołyszą się fotele bujane, a wieczorem grasują skunksy ;). Cukierkowo-kreskówkową atmosferę podkręcają rozliczne miejsca serwujące słodycze: lodziarnie (jedną podobno upodobał sobie prezydent Obama), piekarnie (w tym taka „zamknięta po 21, ale na zapleczu w nocy sprzedaje się świeże pączki” - wiadomo, że po takiej reklamie tworzą się kolejki), retro sklepy ze słodyczami lub babeczkami. Na wyspie odkryliśmy te słynne „ogromne amerykańskie porcje”: kanapki okazywały się podwójne, a muffiny przerośnięte. Kontynuowaliśmy testowanie piw lokalnych oraz nielokalnego, ale bardzo dobrego, kalifornijskiego Pinot Noir* (konkretnie to Merry Edwards, 2013); M pierwszy raz próbował lobster roll (buły z homarem, czy też ładniej: bułki z mięsem homara), z którą ja jednak się wstrzymałam do właściwej lokalizacji, tj. Maine.

Albowiem Maine kulinarnie to homary, homary i homary. Może z dodatkiem chowderu i Whoopie Pie na deser (ale Whoopie'ego przyznaję od razu, że spróbowaliśmy dopiero w kolejnym stanie, więc o przysmaku Amiszów** za chwilę). W przypadku homara skupiłam się na lobster roll, i choć nie jest to moje ulubione danie, ma swój urok, jeśli się je patrząc na morze i wiedząc, że homar daleko nie podróżował. Chowder zaś okazało się, że robimy całkiem podobny, choć nie dajemy do niego oyster crackers (smakują jak groszek ptysiowy i wbrew pozorom, nie zawierają ostryg ;).

Mieszkaliśmy w Bar Harbor, które okazało się na tyle turystyczną miejscowością (Holiday Inn nigdy dobrze nie wróży), że nie chciałabym do niej wrócić, a lokalne restauracje jakoś nie wzbudzały naszego zachwytu, więc ostatniego dnia zdecydowaliśmy się na piknik (jeśli można tak nazwać posiłek jedzony na ganku). Odwiedziliśmy bowiem dobrze zaopatrzony sklep z winem, gdzie zainwestowaliśmy w kolejne porządne Pinot Noir z Russian River Valley... a potem odkryłam lodówkę z serami. Wzięliśmy dwa z Maine (choć w lodówce kusił Brillat Savarin): Fuzzy Udder, które za samą nazwę*** miało plusa, oraz kozi z Seal Cove Farm. Do tego rustykalna bagietka, czyt. najlepsze pieczywo, jakie jadłam podczas wyjazdu.

W Vermoncie też udało nam się zrobić piknik, po dniu wędrowania po parku stanowym i zwiedzaniu najbliższej miejscowości. O ile w Bar Harbor nasz pomysł podejścia na piechotę pod najbliższy szczyt (oddalony o kilka km Cadillac Mountain), celem jego zdobycia, wzbudziła konsternację i niepokój („samochód...? Albo chociaż autobus?”), nie sądzę, by taki pomysł wzbudził jakiekolwiek emocje w Vermoncie, który kształtuje się mniej więcej tak: las, las, las, wzgórze, dom, pastwisko, las, las, las, dom. Ci, którzy uważają, że po Mazurach nie powinno to wzbudzać naszych emocji, nie wiedzą, jaka jest różnica w zaludnieniu (czyt. Vermont ludzi jest znacznie mniej, a poza szczytem sezonu turyści budzą zainteresowanie jako wyróżniający się obcy). Nieliczni mieszkańcy są bardziej na dystans i mniej promienni, niż w innych stanach, co dla europejskiego temperamentu wydaje się bardziej naturalne ;). Vermont jest także znany z tendencji liberalnych i alternatywnych, więc osiadło tu dużo hippisów i hipsterów.

Drugi piknik składał się znów z lokalnego piwa i sera, bo Vermont to, poza lasami, właśnie pastwiska i krowy. Tradycyjnie produkuje się cheddar w różnych wydaniach. „Nasz” kupiłam w Country Store, czyli w uproszczeniu – sklepie ze wszystkim, ale głównie pamiątkami ;), w Wilmington (miejscowości jak z serialu – trochę Twin Peaks, trochę Przystanek Alaska...). Podczas zakupu piwa w bardzo pustych delikatesach w oko wpadł nam ww. whoopie. Zjadł go głównie M, bo białkowy krem marshmallow jest jedną z nielicznych rzeczy, jakich naprawdę nie lubię, choć na jeden kęs się skusiłam. I gdyby w środku było coś innego, byłoby znacznie lepiej, ale wiem, że już nie tradycyjnie... i pewnie nie tak słodko ;).


W temacie słodyczy, Vermont to także główny producent syropu klonowego. Pękate kanki sprzedaje się wszędzie, także przy drodze, w towarzystwie dyń (na które sezon powoli się zaczyna). Swoją butlę (½ galonu = 1,89 litra) kupiliśmy na targu (farmer's market) w Brattleboro. Ze sprzedawcą, a właściwie producentem, rozmawialiśmy pół godziny o systemie ochrony zdrowia w Polsce oraz, co było znacznie dla nas ciekawsze, o szczegółach produkcji syropu. Wybraliśmy oczywiście ten najciemniejszy, najbardziej aromatyczny, który kiedyś był nazywany „grade B”, ale jak nam wyjaśniono, „B sugeruje coś gorszego niż A”, więc zrezygnowano z tego nazewnictwa. Teraz wszystkie powinny być opisywane jako A, z dodatkowym opisem (np. „delikatny i złocisty”). Kanka wzbudziła zainteresowanie służb celnych, bo po otwarciu walizki okazała się owinięta taśmą „podległa kontroli”. Zawartość na szczęście nienaruszona i już zadebiutowała w owsiance...


CDN (wpis o końcówce wyjazdu, tj. restauracjach nowojorskich – jeśli jeszcze nie macie dość ;).

* I wreszcie zrozumieliśmy, o co chodziło Milesowi w Bezdrożach.

** Którzy podobno bardzo cieszyli się (Whoopie!) znajdując ciastka w paczkach z drugim śniadaniem, i stąd nazwa.

*** Mechate czy też włochate wymię.

wtorek, 09 września 2014

Parę dni temu obiecałam pierwsze impresje z USA. Tym razem jestem w drodze do Vermontu. Dzień rozpoczęłam od zejścia na parter pensjonatu, do źródła kap kap (ustawianej o 6:30 rano dla rannych ptaszków), a na późniejsze śniadanie jedliśmy m.in. stratę (zapiekankę zbliżoną do croque monsieur) oraz gofry z, uwaga, jagodami amerykańskimi (wild blueberries) – o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Są słodsze od „naszych”, ale b. smaczne, i rosną np. w górach Maine.

Opis Nowej Anglii poczeka jednak na kolejny wpis, bo zaczęłam – jak wiele osób przede mną – od Nowego Jorku, ale na swoje szczęście, w przeciwieństwie do niegdysiejszych emigrantów, nie od traumatycznych doświadczeń na Ellis Island ;). Na lotnisku wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, wg czasu polskiego – w środku nocy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wyjściu z autobusu koło dworca Grand Central, była oświetlona kopuła budynku Chryslera. Widok w połączeniu z niskimi chmurami i odbijającymi się światłami miasta sprawił, że zawołałam: „Gotham!”. I wieżowiec pozostał moim ulubionym (jak na razie) budynkiem w NYC (a nastawiałam się na zachwyt nad Mostem Brooklyńskim). Tymczasem ciągnęliśmy walizki do hotelu, ulice były ruchliwe jak w dzień, a wokół pachniało... curry.

Pierwsze (wczesne... zmiana czasu robi swoje ;) śniadanie składało się z kultowego zestawu: bajgli (ze śledziem doprawionym na słodko, co przypomniało mi o pewnej książce, i pastą z tuńczyka) i słabej mlecznej kawy. Inne możliwe warianty dodatków obejmowały siekaną wątróbkę, serek śmietankowy oraz łososia w różnych postaciach. Obsługa mówiła z akcentem, podobnie jak co druga osoba, z którą miałam do czynienia w Nowym Jorku.

W ciągu kolejnych paru gorących dni w mieście odkryłam, że kawa nie musi być lurowata, skoro mogłabym wyjść w kapciach po zupełnie przyzwoitą flat white, i to można wybierać między kawiarnią tuż obok hotelu a tą za rogiem. Oba lokale czynne od 7 rano, co w NY wydaje się normą, skoro przeciętny człowiek idący rano ulicą, czy to do pracy, czy na spacer z psem, czy wracający z biegania, niesie w ręku tekturowy kubek lub coś zbliżone objętością do wiaderka ;).

Kontynuując temat śniadania, jednym ze spożywczych „do zaliczenia” był diner jak z filmów. Taki serwujący naleśniki, placek owocowy i morze słabej kawy, dolewanej wielokrotnie przez obsługę. Marzenie zrealizowaliśmy trzeciego dnia w Nowym Jorku, umawiając się na spotkanie z koleżanką w Scotty's Diner. Były i naleśniki, i to wielkości ponadnaturalnej ;), podane z masłem, syropem klonowym, i morze dolewanej kawy kap-kap, i woda z lodem stawiana bez pytania na stole. Zrozumiałam, czemu David Lebovitz udzielał szczegółowych rad czytelnikom jak prosić/domagać się kranówki we Francji, bo taka oczywiście była ta woda, i to mocno chlorowana. Choć jestem zwolenniczką wody z kranu, miałam kłopot z przyzwyczajeniem się tego basenowego smaku - w Midtown, bo już na Chelsea Market woda była smaczniejsza, a poza Nowym Jorkiem zupełnie neutralna.

W temacie Chelsea Market: jak ktoś jest kulinarkiem czy też, stosując polanglo, „foodisiem” (fudisiem?) i wybiera się do NY, pewnie już ma to miejsce na liście do odwiedzenia. Poza faktem, że można się tam najeść i zrobić zakupy, hala jest ciekawa architektonicznie, jeśli się lubi klimaty postindustrialne (i warto połączyć wizytę z obejrzeniem chociaż kawałka pobliskiego High Line). Zakupów nie robiłam, za to wybraliśmy się na ostrygi do Cull & Pistol, a właściwie to talerz mieszanych specjałów z tzw. raw bar, na które składały się ostrygi, surowe krewetki i małże. Konkretnie to tzw. littleneck (leukoma staminea), w przypadku których przeżyłam niemiłą niespodziankę. Nie sądziłam, że są jakiekolwiek owoce morza, których bym nie lubiła – a jednak, i są to właśnie te małże :) (utwierdziłam się w pierwszym wrażeniu jeszcze raz w Maine).

W Nowym Jorku także rozpoczęłam testowanie piw z małych browarów (craft beers). O ile kiedyś piwo amerykańskie kojarzyło mi się z butelkami Millera czy Corony, pogardliwie nazywanych albo „damskim piwem” albo mniej elegancko sikami, to nowe napoje typu IPA są z drugiego końca skali. Często jestem w stanie obiektywnie ocenić, że piwo jest oryginalne, smaczne itd., ale nie w moim typie, bo przeważnie są za ciężkie i bardzo gorzkie, nawet te opisywane jako „lekkie, letnie piwa”. Zdarzyły się jednak oryginalne perełki typu Great South Bay Blood Orange (smakujący grejpfrutowo, co w praktyce jest znacznie smaczniejsze, niż może się wydawać ;) lub white ale.


Poza ostrygami udaliśmy się na „prawdziwe” (nie fastfoodowe) burgery. Przy prośbie o słabo wysmażone mięso kelner ostrzegł mnie, że krwiste oznacza naprawdę krwiste i zasugerował jednak medium. M niezrażony poprosił o rare. Pierwszy raz jedliśmy hamburgery tak mało wysmażone i – choć pewnie to mało odkrywcze – okazało się, że w przypadku dobrego mięsa to działa. Natomiast zdziwiło mnie pytanie, czy nie chcę sera, bo pomysł, że miałabym zabijać świetną wołowinę stopionym serem, wzbudził mój sprzeciw (pomijam to, że na do burgera podano na stół także rozliczne sosy, bo ich użycie jest dowolne). Potem przestałam się dziwić, gdy odkryłam, że przy każdym prawie daniu (mięsnym lub nie) proponuje się klientowi dodatek sera lub też ten ser gdzieś się przewija. Uwielbiam tą postać nabiału, ale... nie zawsze i nie wszędzie. Jak widać jednak, umiar niekoniecznie jest cnotą amerykańską ;).

Na ostatnią kolację podczas pierwszego pobytu w Nowym Jorku (bo za dwa dni tam wrócę) udaliśmy się tropem pierwszych aromatów, czyli curry. Mieszkaliśmy na skraju dzielnicy Murray Hill, zwanym Curry Hill, od skupiska restauracji indyjskich na obszarze 2-3 przecznic przy Lexington Avenue. Nam wystarczyło obejście jednej przecznicy, obejrzenie około 20 restauracji i ich menu, i wybranie jednego lokalu. Od powrotu z Indii w restauracji indyjskiej byłam tylko raz, i zapomniałam, jak lubię tą kuchnię w takim wydaniu ;). Różnica między Bombajem a Nowym Jorkiem jest taka, że nad Atlantykiem mówią poprawnie „salted lassi” (nie „salt”) i pije się wodę z kranu, a reszta (włącznie z akcentem) jest taka sama ;). To jeden z plusów mieszkania z takiej metropolii – wszelkie kuchnie świata na wyciągnięcie ręki, i w dużym wyborze.

Cd. wrażeń spod znaku Nowej Anglii nastąpi wkrótce.

sobota, 06 września 2014

Od 6 dni jestem w Stanach, a piszę to w drodze z Martha's Vineyard do stanu Maine, czyli za nami już ½ planowanych miejsc. Kulinarnie: jest 9:30 rano, za mną już dwa duże kubki regular coffee, czyli lury ;), i bajgiel z masłem orzechowym. Więcej o impresjach amerykańskich na blogu za jakiś czas („na gorąco” zapraszam nieodmiennie na FB i Instagram), a tymczasem temat pokrewny...

Na pewno macie tak, że jakieś danie za Wami chodzi i musicie je zjeść. Chlebek bananowy „chodził” za mną jakiś miesiąc, ale nie składało się z pieczeniem, także dlatego, że latem rzadko kupuję banany. W końcu jednak, mniej więcej tydzień przed wyjazdem, udało się, choć miałam mniej bananów, niż zalecał przepis. Zazwyczaj piekłam chlebek Nigelli, jednak po przeczytaniu u Liski przepisu na ten Sophie Dahl oceniłam czas przygotowania na maksymalnie 5 minut, co istotne, gdy gotujesz w dwóch kuchniach, ale żadnej do końca wyposażonej. To ciasto jest zrobiłby nawet nie pięciolatek, a trzylatek, a z akcesoriów potrzebne są tylko dwie miski i widelec. Może być i tępy.

Kilka dni później udało mi się jeszcze ustawić książki kulinarne w nowym, właściwym miejscu i wtedy sprawdziłam przepis w oryginale. Tak jak sądziłam, Sophie sugerowała mąkę orkiszową jasną jako alternatywę dla zwykłej pszennej. Uśmiechnęłam się natomiast przy wstępie, w którym autorka pisała, że robiła to ciasto podczas wyjątkowo mroźnej zimy w Nowym Jorku, „kiedy było tak zimno, że można było tylko piec”. Już wtedy podejrzewałam, że za kilka dni w Nowym Jorku będzie pogoda raczej na mrożone napoje... Ale nie wiedziałam, że główny składnik wypieku będzie wszechobecny: banany są do kupienia – jako jedyny owoc czy warzywo - w kawiarniach, na stacjach benzynowych czy są składnikiem śniadania w pensjonacie.

Oto przepis na najszybszy i najłatwiejszy chlebek bananowy, jaki do tej pory poznałam, a przy tym nie wiem, czy nie najsmaczniejszy. Dodaję swoje uwagi co do dodatków i składu mąk. Uwaga: brązowy cukier to clou, sprawia, że ciasto jest wyjątkowo aromatyczne. Użyłam najciemniejszego, z melasami, i M był przekonany, że dodałam przypraw korzennych. Natomiast okazało się, że Liska ilość cukru lekko zredukowała w stosunku do oryginału, i sądzę, że słusznie.

Składniki:

  • 2-4 banany, dojrzałe, ale niekoniecznie przejrzałe (im więcej owoców i im bardziej dojrzałe, tym mocniej czuć ich smak w cieście);
  • 170g mąki (zwykłej pszennej, jasnej orkiszowej lub mieszanki; ew. można dać ok. 30-40g pszennej razowej);
  • 75g miękkiego masła;
  • 150g brązowego cukru (najlepiej ciemnego muscovado lub – jeszcze lepiej - ciemnego z melasami);
  • 1 jajo, roztrzepane;
  • łyżeczka sody
  • szczypta mielonej wanilii i soli;
  • opcjonalne dodatki: rodzynki z magicznego słoika, dowolne orzechy lub posiekana czekolada

Obrane banany rozgnieść, połączyć z cukrem, jajem i masłem. Osobno wymieszać mąkę, sodę i przyprawy. Połączyć banany z suchymi składnikami, dodać bakalie/inne dodatki, jeśli używacie. Całość wymieszać, przełożyć do natłuszczonej i wysypanej mąką (ew. wyłożonej pergaminem) małej i krótkiej keksówki. Piec ok. 1h w 180 st. C. Wystudzić w foremce przed krojeniem i jedzeniem. Chlebek długo zachowuje świeżość.

sobota, 30 sierpnia 2014

Gdy to czytacie (jeśli Blox będzie grzeczny i publikowanie "na czas" zadziała!), jadę w kierunku lotniska - docelowo w kierunku źródła placuszków (pankejków) śniadaniowych, zwłaszcza z borówką AMERYKAŃSKĄ ;)*. Pisząc to podskakuję trochę ogarnięta Reisefieber: z kim bym nie rozmawiała, słyszę "o, jak super" lub "zazdroszczę", a w głowie mi się kręci od zaleceń, co zobaczyć, co zjeść i co kupić**. Tak czy inaczej, po tamtej stronie Atlantyku mnie jeszcze nie było i umieram z ciekawości, jak to pierwsze (bo mam nadzieję, że to nie koniec) podejście do USA się ułoży.

W temacie placuszków: przypadkiem wpadły mi w oko takie oto "lekkie". Lekkość jest względna, tj. bazuje na użyciu chudego mleka (u mnie było tłuste, bo takiego od paru lat używam), chudego jogurtu (który w ogóle pominęłam) i braku masła oraz cukru (co się zgadza, każdy skropił sobie tylko syropem klonowym). Niezależnie od dodatków i wybranej "ciężkości", placuszki są b. smaczne, szybkie w przygotowaniu i dobrze się smażą (a u mnie z plackami różnie bywa). A, i można je wymieszać widelcem, jeśli macie (--> remont) utrudniony dostęp do takich zaawansowanych utensyliów jak trzepaczka. Tematycznie pasują zaś jak raz (a jestem już umówiona na nowojorskie śniadanie do dinera! Zgadnijcie, co zamówię ;)).

Oryginał przepisu tu, oto moja wersja z uwagami:

Składniki (2 porcje):
  • 150g mąki (pszenna biała lub jasna orkiszowa, ew. można spróbować z ok. 120g białej i 30g pszennej/orkiszowej razowej)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ok. 150ml mleka (dowolnego)
  • 1 roztrzepane jajo
  • kapka ekstraktu z wanilii/hojna szczypta mielonej
  • garść borówki amerykańskiej lub - wiadomo, że lepiej, ale nie byłoby tematycznie... - jagód
  • olej
  • do podania: syrop klonowy, jogurt, twaróg, itd.

Mąkę wymieszać z proszkiem. Osobno zmieszać mokre: mleko, jajo, wanilię. Zrobić dołek w mące, wymieszać mokre z suchym. Jeśli masa jest za gęsta, dodać odrobinę więcej mleka. Na koniec wmieszać borówki (lub ew. układać po ok. łyżce jagód już na placuszkach na patelni). Rozgrzać niewielką ilość olejów, smażyć placki (z ok. hojnej łyżki masy) po obu stronach, do zrumienienia. Placuszków powinno wyjść ok. 6-8. Podawać od razu, z ww. dodatkami.

A z innych placuszków były np. te dekadenckie ;) Karoliny lub razowe serowe.

* Których - obok tequili ;) - mi życzono spożywczo dzisiaj w ramach wyjazdu ;) (Madziu: :*).

** Wbrew pozorom, nie kręci mnie żaden zakup elektroniki, i ciuchy też niekoniecznie, ale rzeczy do domu... taka rozsuwana kratka do studzenia na przykład... (Basiu i Kasiu: :*, za sprowadzanie na manowce ;).

Co do amerykańskiej relacji, na blogu na pewno będzie, ale wcześniej na pewno na Facebooku oraz Instagram.

wtorek, 26 sierpnia 2014

IMG_3240

Chłodne noce i ranki, bazylia na grządce, której spadek temperatur się chyba nie spodobał, coraz bardziej pomarańczowe dynie i ciemniejące owoce czarnego bzu. Wrzesień za pasem, a z nim zmiana jadłospisu na taki, na który się bardzo cieszę, bo wczesnojesienne stragany warzywne należą do moich ulubionych. Wraz z chłodniejszą pogodą chętniej też jem mięso i piję czerwone wino (nie, że latem tego ostatniego zupełnie unikam, ale przy upałach wybieram inne napoje).

I choć zbliża się czas czerwonej i pomarańczowej papryki, fioletowych śliwek i dyni w kolorze wiadomym, to nie znaczy, że zielone już zniknęło z kuchni. Niedawno jeszcze kupiłam bób i wykorzystałam go w wersji minimalistycznej. Np. taki makaron dla jednej głodnej osoby...

Makaron z bobem i boczkiem

Składniki (1 porcja): ok. 100-110g krótkiego makaronu, 250g ugotowanego i wyłuskanego bobu, 1 gruby plaster boczku, garść mięty i (opcjonalnie) świeżego estragonu, (opcjonalnie, jeśli z boczku mało się wytopi) łyżeczka wyrazistej oliwy/oleju rzepakowego, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, opcjonalnie: ok. łyżki parmezanu

Zacząć od ugotowania i wyłuskania bobu, nastawić wodę na makaron. Pokroić boczek w kostkę. Gdy makaron się gotuje, wrzucić boczek na suchą patelnię i wytopić tłuszcz na średnim/niewielkim ogniu, potem podkręcić temperaturę i go lekko przesmażyć. Ugotowany makaron wymieszać z bobem, boczkiem, ew. olejem, garścią porwanych ziół. Doprawić do smaku solą, pieprzem (sporo!), gałką (przejechałam kilka razy kulką po tarce). Można dodać odrobinę startego parmezanu. Wymieszać dokładnie, sprawdzić doprawienie, jeść choćby z garnka ;).

Pozostały bób skończył na tostach...

IMG_3253

Tosty – najlepiej z pieczywa z ziarnami – skropić lekko oliwą/ulubionym olejem, ew. posmarować masłem. Ułożyć warstwę ugotowanego bobu, lekko rozgnieść widelcem, posypać ulubionymi, dowolnymi ziołami i oprószyć solą. Na każdym toście ułożyć plaster sera koziego (twardego lub dojrzewającego). Jeść od razu.

Ponieważ byłam zadowolona z gołąbków z boćwiny, a znów dopadła mnie faza „jemy za mało strączkowych!”, zrobiłam wersję z soczewicą (konkretnie tą czarną, beluga, która jest zbliżona do tej z Puy – nie rozgotowuje się i moim skromnym jest pyszna ;). Tak dokładnie, to zmieszałam soczewicę 1:1 z resztką ratatouille, a kilka gołąbków nadziałam soczewicą zmieszaną z serkiem śmietankowym (i też wyszły b. smaczne, choć ser był na granicy zwarzenia). Przy pieczeniu tym razem wytworzyło się więcej pary (przypuszczalnie od warzyw w bardziej wilgotnym farszu) i miałam skojarzenia z jedzonymi w Turcji winnymi dolma ;).

Do tego zrobiłam sos w stylu indyjskiej raity. Od razu zaznaczę, że nigdy jej nie jadłam w Indiach, gdzie unikaliśmy surowych warzyw, natomiast zdarzało mi się ją zamawiać w wege barku, w którym się żywiłam podczas studiów. Z tego, co się doczytałam, wersji tego dipu/sałatki jest tyle, co kucharzy (i choćby sam fakt, że może to być sos lub sałatka, jest znaczący ;). To moja wersja, na niewielką ilość:

Raita

Składniki: ok. 100g jogurtu naturalnego, 1 mały ogórek, starty na tarce, ½ lekko ostrej (lub słodkiej) podłużnej papryki średniej wielkości, drobno posiekanej, garść mięty, po ok. ¼ łyżeczki czarnej gorczycy i kuminu (ten ostatni lekko rozgnieciony), szczypta łagodnego curry i (opcjonalnie, używając słodkiej papryki) chilli, sól do smaku

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać, odstawić na ok. 10 minut, sprawdzić doprawienie. Jeśli nie podajecie sosu od razu, schłodzić i zamieszać dokładnie przed podaniem (u nas jako dodatek do gołąbków).

bocwgollent2

niedziela, 24 sierpnia 2014

Wspominałam przy okazji poprzedniego wpisu o fantazyjnym śniadaniu sobotnim. Otóż przypomniałam sobie o... hummusie na śniadanie izraelskie (nie moje, tylko koleżanek i kolegów, o czym wspominałam). Od czasu mojego poprzedniego wpisu zdarzało mi się jeść pokrewne hummusowi pasty podczas śniadań w Deli.es (moim ulubionym miejscu na nieśpieszne a obfite rozpoczęcie dnia w stolicy). Niedawno mnie olśniło, że skoro dodałam do granoli zamiast masła orzechowego tahinę (zainspirowana Moniką z Gotuje, bo lubi), to czemu nie dodać do ciecierzycy masła orzechowego...? Szybko wygooglałam, że nie odkryłam Ameryki - pierwszy wyskoczył mi przepis Nigelli ;). Oryginał można znaleźć tu, oto jak ja zrobiłam:

Składniki: 1 puszka (400g) osączonej ciecierzycy (płyn zachować) lub ok. 220g wcześniej ugotowanej, 1 mały ząbek czosnku, 3 łyżki masła orzechowego, sól do smaku, hojna szczypta kuminu, opcjonalnie: ok. 1/2 łyżeczki za'ataru, 1-2 łyżki jogurtu naturalnego, ok. 2 łyżek oliwy, sok z 1/4 cytryny lub do smaku

Wszystkie składniki umieścić w malakserze, zmiksować na gładko. W razie potrzeby rozcieńczyć lekko zachowanym płynem z puszki (jeśli posiadacie), sprawdzić doprawienie. Można przechowywać kilka dni w lodówce. Jeść nie tylko na śniadanie ;).

Uwaga! To wersja tylko dla fanów masła orzechowego, bo bardzo czuć je w smaku. Do tahiny mam stosunek zupełnie neutralny, masło orzechowe zaś b. lubię, więc nie wiem, czy nie wolę tą wersję...

I tak hummus stał się składnikiem śniadania, którego fragment widać poniżej. Placek to taki z cukinii, zachowany na zimno. 

PS. Informuję, że dołączyłam do nowego pożeracza czasu, tj. Instagramu ;) - jeśli ktoś chce śledzić, zapraszam.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Remont nabiera tempa, urlop się zbliża, praca nie znika... Powinnam odmówić gotowania, jednak na wsi nie jest to takie proste: nie ma tysiąca budek z jedzeniem na wynos czy telefon ;)*. Poza tym wiadomo, że jest coś takiego, jak terapia kuchenna. W związku z tym w miniony weekend (spędzony na przenoszeniu rzeczy ze starej kuchni do nowej) wyżyłam się nie tylko przy komponowaniu śniadania niedzielnego, jak zazwyczaj, ale i sobotniego. Co było na sobotnie, pokażę niedługo, natomiast w niedzielę były gofry.

Na ostatnią rocznicę ślubu dostaliśmy w prezencie gofrownicę. Gofry, przyznaję, kojarzą mi się tylko z jednym: wakacjami lub majówkami nad Bałtykiem, przy czym ani jednego, ani drugiego dawno nie praktykowałam. Od dłuższego czasu chodziły mi jednak po głowie gofry nie deserowe, z bitą śmietaną czy cukrem, ale śniadaniowe, niekoniecznie na słodko.

Gofry idealne jeszcze przede mną, ale z wypróbowanych na razie przepisów najbardziej pasował mi ten Michela Roux, znaleziony u Dorotuś. Nie zawiera spulchniaczy, co jest rzadkością. Przy okazji parę uwag: moja gofrownica ma teoretycznie wysoką moc i niby szybko się nagrzewa, ale patrząc po wychodzących z niej gofrach i wzrastającej stopniowo chrupkości, warto maszynę porządnie wcześniej nagrzać (kilkanaście lub więcej minut). Osobiście nie muszę mieć bardzo grubych gofrów, ale zależy mi na chrupkości z zewnątrz i zrumienieniu, więc wolę lać ciasta mniej, za to osiągać szybciej właściwą konsystencję. W załączonej instrukcji była także rada, by chwilę trzymać gofry na kratce po upieczeniu: i tak robię, jeśli nie podaję ich od razu.

Składniki (na ok. 8 sztuk):

  • 160 g mąki pszennej
  • 15 g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • 50 g stopionego masła
  • 2 jajka, żółtka i białka oddzielnie
  • 270 ml mleka
  • kilka kropel ulubionej esencji (np. waniliowej), szczypta mielonej wanilii lub trochę startej skórki z cytryny/pomarańczy

Mąkę, cukier, sól, stopione masło, żółtka i 1/3 mleka wymieszać i roztrzepać lekko na gładką masę, dolewając stopniowo resztę mleka. Dodać ulubiony aromat, odstawić na 5-10 minut.

W tym czasie rozgrzać gofrownicę i ubić białka z odrobiną soli na gęstą pianę. Delikatnie, lecz stanowczo (ja to robię silikonową łopatką) wymieszać pianę z ciastem. Nalewać po chochli ciasta na gofra, piec około 4 minut (lub zgodnie z preferencjami/możliwościami gofrownicy). Gotowe gofry podawać od razu lub trzymać na kratce do chwili jedzenia.

Co czyni gofra daniem śniadaniowym? Otóż podobnie jak w przypadku naleśników, uważam, że to świetny nośnik dla dowolnych dodatków. Dotychczas praktykowane przez nas to:

- jajka ugotowane na półtwardo, pokrojone na cząstki lub (delikatnie) na plasterki; ew. pasuje także jajo w koszulce lub sadzone;

- ser kozi lub śmietankowy do smarowania, może być z dodatkiem ziół;

- dowolne owoce sezonowe, surowe i rozdrobnione, mogą być także w postaci obrobionej termicznie, np. jak te śliwki;

- masło orzechowe, ew. z dodatkiem owoców lub dżemu;

- banany i syrop klonowy lub miód (zdjęcie poniżej);

- twaróg i ulubiony dżem, np. pomarańczowy (zdjęcie poniżej).

 

Nie wątpię, że CDN :).

 * Choć dziś pojawił się samochodem pan, głośno zachwalający "pierogi, krokiety, pączki, wyroby domowe!".

środa, 13 sierpnia 2014

Moja koleżanka E. kiedyś tak opisała ogród warzywny swoich rodziców: „Idziesz, rozglądasz się dookoła i myślisz – co by tu ugotować?”. Staram się tak podchodzić do swoich plonów (choć z pewnością mniej bujnych i bogatych niż te państwa W ;). W przypadku niektórych warzyw wybór w tym roku jest prosty: ogórków mam mniej niż zazwyczaj i wszystkie jak leci kiszę. Pomidory koktajlowe lądują albo od razu w buzi, albo są dodatkiem do kanapek, przekąsek, itd. Jarmuż dochodzi do siebie po tegorocznej inwazji bielinka*. A boćwina...

Z boćwiną czasem muszę się nagłowić, a do niedawnej jednak kolacji zainspirował mnie zdjęcie gołąbków z boćwiny z niemieckiego bloga Krautkopf (znaleziony via Pinterest). Na tym ostatnim portalu społecznościowym znalazłam także inspirację dla przystawki (na blogu Dolly and Oatmeal) – nadziewane kwiaty cukinii, ale nie smażone, a pieczone. Z całości kolacji byłam bardzo zadowolona, i na pewno będę ona dania powtarzać. Całość wegetariańska, a gołąbki są wręcz wegańskie (olaboga!). Skład nadzienia można modyfikować, a poniżej moja wersja.

Pieczone kwiaty cukinii/dyni

Kwiaty cukinii lub dyni w ilości dowolnej pozbawić pręcików (co nieodmiennie kojarzy mi się z kastracją ;), nadziać kopiastą łyżeczką miękkiego sera koziego (może być wzbogacony czosnkiem i/lub ziołami, choćby gotowy), dokładnie skleić płatki. Umieścić na blaszce do pieczenia wyłożonej pergaminem, lekko posmarować oliwą. Posypać solą np. w płatkach tuż przed pieczeniem lub ew. tuż po. Piec ok. 12-14 minut w 180 st. C. (termoobieg), jeść od razu.

Atuty: nie trzeba bawić się ze smażeniem, olejem, zapachami, poparzeniami, utylizacją, itd., itp.; kwiaty pieczone są lżejsze niż smażone, a i można upiec ich choćby i tylko 4 sztuki (tylko po co tak się rozdrabniać ;).

Skoro już chodzi piekarnik, czemu nie upiec w nim gołąbków, np. piętro niżej niż kwiaty?

Gołąbki z boćwiny

Składniki:

  • ok. 15 liści boćwiny - najlepiej żyłkowanych na czerwono/różowo, o czym niżej*, liście i łodygi osobno
  • 1 szkl. kaszy gryczanej (lub ½ gryczanej i ½ jaglanej)
  • olej do smażenia
  • 1 mała cebula
  • 5-6 pomidorów suszonych
  • opcjonalnie: łyżka koncentratu pomidorowego, łyżeczka oleju rzepakowego/lnianego
  • sól, pieprz, majeranek lub oregano świeże/suszone, ziele angielskie, opcjonalnie: szczypta słodkiej wędzonej papryki, natka pietruszki

* Z doświadczenia z własnoręcznie wyhodowaną boćwiną: odmiana biała ma grubsze, sztywniejsze liście i trzeba je lekko zblanszować. Odmiana czerwona/różowa jest delikatniejsza i tego nie wymaga. W przypadku tej pierwszej, zacząć od zblanszowania, liście odłożyć na bok.

Kaszę ugotować - najlepiej by była trochę kleista lub trochę rozgotować, odstawić do przestudzenia. Zeszklić na niewielkiej ilości oleju drobno pokrojoną cebulę, dodać podobnie posiekane łodygi z 9-10 liści boćwiny (pozostałe 5 sztuk zostawić do innej potrawy, np. można je dodać do jajecznicy lub omletu). Smażyć kilka minut, aż łodygi lekko zmiękną, przełożyć zawartość patelni do kaszy, dodać drobno posiekane suszone pomidory. Doprawić całość do smaku (wyraziście!) ziołami, solą, pieprzem, ok. 6-7 zmiażdżonymi ziarnami ziela angielskiego; można dodać odrobinę wędzonej papryki i natki. Jeśli masa jest za bardzo sucha, podlać delikatnie olejem np. rzepakowym; jeśli jest za bardzo sypka, skleić za pomocą niewielkiej ilości koncentratu pomidorowego (ew. można użyć musztardy lub - dla nie wegan ;) - łyżki serka śmietankowego).

Rozłożyć liście, zmiażdżyć lekko pięścią nerwy. W dolnej (szerszej) części liścia kłaść łyżkę farszu, zwijać gołąbki od siebie, metodą prób i błędów ;), układać ciasno w lekko natłuszczonej foremce żaroodpornej.

Zwinięte paczuszki posmarować lekko olejem/oliwą, nakryć folią aluminiową i piec ok. 30-35 minut w 180 st. C (tak, jak kwiaty). Pod koniec można odkryć, jeśli lubi się przypieczone (ja niekoniecznie).

Ponieważ w moim odczuciu wszystko smakuje lepiej z pomidorami, a gołąbki zawsze lubiłam z sosem pomidorowym, sugeruję przygotować jako dodatek swój ulubiony sos (jak i ja zrobiłam, w wersji b/m, czyli bezmięsnej).

* Moja metoda na bielinka jest bardzo ekologiczna, choć weganie mogliby się oburzyć, no i nie jest dla brzydzących się: cierpliwie zdejmuję liszki z liści i z furią rozdeptuję. Ew. liście pokryte w całości tzw. sk....synkiem („bielinek-sk....synek”) wyrzucam daleko za płot. I wiecie co, to działa, choć czynność trzeba powtarzać, a wsparcie w postaci owadów zjadających bielinka się przydaje.



sobota, 09 sierpnia 2014

Nie będzie bardzo odkrywczo. Trudno żeby było, skoro podstawą jest twierdzenie, że latem są owoce, a owoce dobrze smakują na słodko. I w sumie nie będzie tu żadnego nowego przepisu, ale - uwaga, udane! - wariacje na temat.

Po pierwsze, jeśli gdzieś komuś jeszcze uchowały się czerwone porzeczki, świetnie pasują do clafoutis (u mnie to Nigela Slatera), nie wiem, czy nie lepiej, niż wiśnie. Przyznaję, że ich nie ważyłam, dałam po prostu po garści do każdej miseczki, dzieląc sprawiedliwie to, co zerwałam z krzaka i dalej postępowałam, jak w przypadku wiśni. Na wierzchu tym razem drobny cukier. Na zdjęciu widać proces znikania ;).



Po drugie, nigdy nie przepadałam za lodami owocowymi. No, może poza pewnymi o smaku szarlotki, ale jadłam je w dość niezwykłych okolicznościach*. Niedawno jednak, podczas urlopu i w upalną pogodę, spróbowałam truskawkowych i łaskawie pozwoliłam M na owocowe eksperymenty. Właściwie to nawet go o nie poprosiłam ;). Efektem były lody malinowe, na podstawie bazowego przepisu na waniliową klasykę.

Do jeszcze ciepłego (w ok. 10 minut pod zdjęciu z ognia) kremu angielskiego (czyli masy żółtkowo-śmietankowej) dodaliśmy 1,5 standardowego opakowania malin, z czego 2/3 było przetarte przez sito (uzyskując mus jak powyżej - kolor autentyczny!), a 1/3 w całości. Po schłodzeniu całość poszła do maszynki do lodów - na raty, bo masy było stosunkowo więcej niż normalnie. Lody są lżejsze od waniliowych i bardzo malinowe - taki bardziej kaloryczny jogurt owocowy. Jednakże, podobnie jak w przypadku lodów rabarbarowych, trzeba wyjmować je wcześniej do lodówki (ok. 25 minut) lub blat kuchenny (ok. 10-15 minut) przed jedzeniem, by zmiękły; nie chodzi tylko o nakładanie, ale i kryształki, które w postaci mocno zmrożonej są trochę wyczuwalne. Ponieważ ja jednak lubię lody zdecydowanie miękkie i jem je znacznie wolniej niż niektórzy ;), właściwie z nimi nie mam do czynienia.

Po trzecie, klasyka: drożdżowe z owocami. Ale czemu nie połączyć tych owoców, a konkretnie malin, z białą czekoladą (podobnie jak w tej tarcie)? Ciasto: z przepisu na cynamonki, z 1/2 porcji; owoce: maliny, ok. 1 opakowania, czekolada: biała, 125g, posiekana, rozrzucona na wierzchu. Pieczone ok. 45 minut, 180 st. C., termoobieg. Ku mojemu zdziwieniu czekolada zmiękła, ale nie roztopiła się i bezpośrednio po wyjęciu z piekarnika wyglądała moim zdaniem jak drobinki przypieczonego tofu :D. Smak na szczęście inny (nie żebym miała coś przeciwko tofu...).

* Po 2 tygodniach niedojadania podczas wymagającej psychicznie ;) i fizycznie wyprawy w góry. Wtedy nawet kasza perłowa mi smakowała, a przynajmniej dała się zjeść, i to łapczywie ;).

niedziela, 03 sierpnia 2014

To chyba jakieś prawo Murphy'ego, że cukinie najpierw wyglądają, jakby miały wszystkie paść albo pozostać w postaci mikro, a potem w cudowny sposób się przemieniają w gigantki. A, i owoce dojrzewają wszystkie jednocześnie. Przynajmniej u mnie tak bywa co rok (poza debiutem ogrodniczym i cukinią-wałachem*).

Jak dwa czy trzy lata temu, szukam sposobów na w miarę nienudne wykorzystanie cukinii (i nie myślę tu o rozdawnictwie ;). Poza różnymi pieczonymi, smażonymi itd. był udany omlet (niestety jedzony w pośpiechu i niesfotografowany), chleb z dodatkiem cukinii i nasion kopru włoskiego oraz parę eksperymentów, o których poniżej.

Cukinia małosolna

Lubicie ogórki małosolne? Lubicie cukinię? Pokrójcie ją w plastry lub słupki i przygotujcie tak, jak ogórki, tylko trzymajcie w zalewie o ok. dobę krócej. Świetna do kanapek lub dodatek do sałatek, albo przegryzka.

Cukinia grillowana z rukolą

Gdy upał doskwiera a czasu mało, obiad musi być szybki i najlepiej prawie na zimno. Grillowane plastry cukinii (wcześniej pokrojonej wzdłuż, lekko posmarowanej olejem lub oliwą) po wymieszaniu z garścią pieprznej rukoli, doprawieniu lekko delikatnym octem lub cytryną i solą mogą stanowić podstawę sałatki. Można je także wymieszać ze świeżo ugotowanym makaronem, dodać trochę parmezanu i np. łyżeczkę kaparów.

Jajka w kokilce z plastrami cukinii

Dawno tak nie przyrządzałam jaj, po tym, jak M zbojktował metodę z kąpielą wodną, jako dającą zbyt wodnisty/delikatny składnik główny. Ostatnio jednak w paru miejscach (np. u Rachel Khoo) widziałam przepisy na to danie pieczone solo w piekarniku. Postanowiłam spróbować i – o cudzie – mąż zaaprobował.

W skrócie, krótko przesmażyłam ok. 10 plasterków cukinii z małą cebulą, lekko posoliłam, rozłożyłam między dwie lekko natłuszczone foremki żaroodporne. Na to wyłożyłam po łyżce sosu pomidorowego (nie jest konieczny, ale miałam resztkę domowego...) i sera koziego (twarogowego), posypałam świeżym estragonem i świeżo zmielonym pieprzem, wbiłam jajo – co wyglądało tak, jak powyżej.

Piekłam ok. 12 minut (ale warto obserwować, czy nie wyjąć wcześniej) w 200 st. C (termoobieg), przed podaniem posypałam dodatkowym estragonem.

A sezon cukiniowy dopiero się zaczął...

* Im bardziej o tym myślę, tym bardziej nie mogę w to uwierzyć (choć sama tego dziwoląga wyhodowałam) – może tam jednak były jakieś kwiaty żeńskie, tylko owoce zgniły, gdy nie było mnie na miejscu? Z drugiej strony, jeśli może być lato na Mazurach bez komarów, jak tegoroczne...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 86
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna