Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 21 sierpnia 2016

Zacznijmy nie całkiem na temat: miewaliście zielniki, tj. zeszyty z wklejonymi ususzonymi roślinami, odpowiednio podpisanymi? Jako dziecko zaliczyłam kilka, z jeden pewnie narzucony przez szkołę (przedmiot pt. „środowisko” ;), pozostałe były zakładane na wakacjach, wzorem bohaterek czytanych książek i… szybko porzucane. Brakowało mi cierpliwości, zamiłowania do tematu i wiedzy ;). Od tamtych czasów ciut się zmieniło: podziwiam – na odległość - fotograficzne zielniki, jak ten i cieszę się, że wiem, co mam we własnym ogrodzie ziołowym, i tym (oby!) „wiecznym” (za domem), i tym jednorocznym (od frontu, w warzywniku).

Bazylii nie mam w tym roku tyle, co parę lat temu – kiedy rzeczywiście wysiałam ją dość hojnie i wyrosła na ½ dużej grządki – ale na brak też nie narzekam (choć, jak to z bazylią bywa, niedawny spadek temperatur nie do końca jej się spodobał). Dodam, że metodą chaotyczną (rozrzućmy w lewo, rozrzućmy w prawo) wysiałam parę odmian jednocześnie. Poza tą właściwą mam i tajską i (chyba) cytrynową. Mrówki niestety rozprawiły się z tzw. grecką ;). Co zrobić z bazylią, poza zwykłym pesto? Można ją dodać do kolejnej wersji pierogów z bobem*! Najlepiej w towarzystwie chwastu, tj. mięty, do której jeszcze wrócę.

Składniki:

  • 500g bobu,
  • łyżka mięty,
  • łyżka bazylii,
  • łyżka oleju rzepakowego
  • sól do smaku,
  • 80g bryndzy,
  • ok. 1/2-1 łyżka maślanki lub serwatki,
  • sok z cytryny do smaku,
  • ew. szczypta gałki muszkatołowej
  • ulubione ciasto pierogowe - ok. 360g (u mnie z 200g mąki i ok. 160g maślanki)
  • Do podania: ok. 30g masła, garść ziół

Bób ugotować, obrać ze skórek. Zmiksować w malakserze z ziołami, olejem, bryndzą, odrobiną gałki muszkatołowej. Gdyby masa była za sucha, jak u mnie, lekko zwilżyć maślanką lub dodatkowym olejem, powinna jednak pozostać gęsta (jak na ruskie). Doprawić do smaku solą i sokiem z cytryny. Przygotować masło ziołowe – u mnie z liśćmi szałwii i lubczyku. Ciasto pierogowe wałkować dość cienko, wycinać kółka wykrawaczką, nadziewać możliwie obficie farszem (po ok. 2 łyżeczki na pieróg; odrobina farszu może zostać, u mnie były to ok. 2 łyżki – można je potraktować jako bonus dla kucharza ;). Gotować pierogi w dużej ilości osolonej wody – ok. 2 minuty od wypłynięcia.


Jeśli macie wciąż nadmiar bazylii, albo przynajmniej pęczek na zbyciu, polecam bazyliowy winegret wg Davida Lebovitza. Autor polecał go jako dodatek do pomidorów lub np. białej fasoli na zimno – ja użyłam do mieszanej sałatki, jako okrasę do fasolki szparagowej (wymieszałam ciepłą, świeżo odcedzoną – ugotowaną tak, by pozostała jędrna – z zimnym sosem i od razu podałam), do skropienia pasty z bobu oraz, po schłodzeniu, jako smarowidło do pieczywa. Innymi słowy, zastosowań jest wiele, podobnie jak dla pesto ;). Poniżej wersja „prawie jak w oryginale”, tj. z moimi uwagami.

Składniki:

  • 125ml dobrej jakościowo oliwy lub mieszanki oliwy i dobrego, tłoczonego na zimno oleju rzepakowego („polskiej oliwy”), ew. sam olej rzepakowy jw.
  • 1 1/2 łyżki łagodnego octu (u mnie domowy jabłkowy)
  • 1 łyżka wody
  • 1 mała szalotka
  • 1 łyżka musztardy
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 2 szklanki liści bazylii (można użyć różnych odmian lub pomieszać bazylię z np. natką pietruszki)

Szalotkę drobno posiekać i umieścić z pozostałymi składnikami w malakserze lub dzbanku ręcznego blendera (tzw. żyrafy), zmiksować na gładko. Gdyby sos był za gęsty, lekko rozcieńczyć wodą (po schłodzeniu na pewno jeszcze zgęstnieje). Przechowywać w lodówce.

Wspominałam, że jeszcze wrócę do mięty. Otóż połączenie jagnięciny z tym ziołem to klasyka, i do niej nawiązał jakiś czas temu M, wykorzystując resztkę naszego groszku z ogrodu. Inspiracją był przepis Nigela Slatera z pierwszego tomu Tender, tylko u niego z zielonych składników było zrobione puree. Można powiedzieć, że taka wersja zdekonstruowana to świeże spojrzenie na słynny sos miętowy… a przy tym jest całkiem dekoracyjna ;). Po cichu dodam, że to piwo na zdjęciu poniżej to też dzieło M.


Składniki:

  • 2 schabiki jagnięce (każdy po ok. 220g)
  • po kopiastej łyżce tymianku i mięty (u nas tzw. deserowa)
  • płaska łyżeczka soli
  • ok. szklanki wyłuskanego groszku (parę młodych strąków można zostawić w całości), ew. rozmrożony
  • 1,5 łyżki masła

Miętę utłuc w moździerzu z tymiankiem i solą. Odłożyć łyżeczkę, pozostałą mieszanką natrzeć mięso. Piec na dobrze rozgrzanym grillu po ok. 5-7 minut z każdej strony, w zależności od tego, jak wypieczone mięso lubicie (u nas trwało to łącznie ok. 12 minut i mięso było średnio wysmażone). W międzyczasie przesmażyć krótko groszek na maśle. Przed podaniem wmieszać zachowaną łyżeczkę pasty ziołowej. Mięso pokroić w poprzek w plastry, podawać z groszkiem i świeżym pieczywem.

 Inne pomysły na zioła w roli głównej znajdziecie TU.

* Poprzednie pierogi z bobem zawierały boczek.

Zapisz

sobota, 13 sierpnia 2016

Od zeszłego lata jestem fanką moreli. Wcześniej też je jadłam, ale dopiero zeszłoroczne wydały mi się wyjątkowo aromatyczne i słodkie (z miksu knedli morelowo-śliwkowych M wybrał morelowe jako lepsze, a to o czymś świadczy!) - pisałam zresztą o tym w kontekście tarte tatin. Już wtedy jednak nuciłam „nigdy nie będzie takiego lata” czy też to se ne vrati: w tym roku brakuje mi w owocach słodyczy, ale patrząc na pogodę i brak słońca, może trudno się dziwić. Odrobina obróbki termicznej jednak zawsze pomaga, i zrobiłam partię dżemu. Wcześniejsze przerabianie moreli oznaczało konfiturę smażoną etapami, rok temu jednak zrobiłam dżem „po prostu”, który zachował i najlepsze walory smakowe owoców i pomarańczowy kolor, wzbudzający zainteresowanie gości („jak to zrobiłaś?”). Dość często dodawałam do morelowych bądź renklodowych przetworów gałązki tymianku lub rozmarynu; tym razem, za inspiracją Diane Henry, do środka trafiła lawenda.

Składniki:
  • 500g cukru,
  • 1500g dojrzałych moreli,
  • szczypta wanilii (opcjonalnie),
  • 3 łodygi lawendy,
  • sok z ½ cytryny

Umyte i wydrylowane owoce umieścić w garnku z wanilią i lawendą związaną sznurkiem spożywczym. Lekko podlać wodą i gotować pod przykryciem na małym ogniu aż owoce zaczną się rozpadać (30-40 min). Dodać cukier, gotować już bez przykrycia aż masa zgęstnieje, będzie lśniąca, oblepiająca łyżką i lekko przywierająca do dna garnka (można też ew. przeprowadzić test tężenia na zamarzniętym spodku) – u mnie zajęło to ok. godzinę na małym ogniu. Ok. 20-30 minut przed końcem gotowania wyłowić lawendę i dodać sok z cytryny. Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować, odstawić do góry dnem do zassania.

Wspomniałam wyżej o knedlach: wciąż rządzą u nas te twarogowe. Nie tak dawno temu jednak nieoceniona Fettinia (> ciasto na pierogi) pokazała takie mieszane, ziemniaczano-twarogowe, a pomęczona podała proporcje ciasta. Zakładały wymieszanie ugotowanych ziemniaków z twarogiem i żółtkiem, następnie dodanie mąk i masła na zasadzie „odjęcia ćwiartki”, tj. odjęcie ¼ masy twarogowej, uzupełnienie proporcjonalne mąkami i ponowne dodanie odjętej ćwiartki. Poniżej co mi z tego odejmowania wyszło; wszystko i porównywałam objętościowo, i zważyłam, i metoda się sprawdziła: ciasto wyszło elastyczne i bardzo przyjemne do formowania.

Składniki (10-12 dużych knedli):

  • 200g twarogu (półtłustego lub tłustego),
  • 200g sypkich ugotowanych ziemniaków (posolonych do gotowania),
  • 1 duże żółtko (18-20g),
  • 10g miękkiego masła,
  • 10g/łyżka mąki ziemniaczanej,
  • 100g mąki pszennej zwykłej,
  • 1/2 łyżeczki cukru,
  • szczypta mielonej wanilii,
  • szczypta soli,
  • ew. dodatkowa mąka do podsypania
  • 10-12 moreli lub śliwek

Twaróg dokładnie rozetrzeć z ziemniakami przeciśniętymi przez praskę lub wcześniej utłuczonymi (jak na puree), dodać żółtko i ponownie utrzeć. Dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie ciasto (w razie konieczności podsypać dodatkową mąką, gdyby bardzo się lepiło), uformować wałek. Odkrawać ok. 1cm plastry ciasta, rozpłaszczać lekko omączoną dłonią lub wałkiem, owijać ciastem wydrylowane owoce, formować kule. Gotować w dużej ilości osolonej wody przez ok. 4 minut od wypłynięcia, podawać z cukrem i śmietan(k)ą.

Ciasto wyszło zaskakująco lekkie i mimo tego, że nie udało mi się idealnie rozetrzeć ziemniaków (może jednak zainwestuję w praskę), w smaku nie było czuć nieprzyjemnych grudek. M jednak oznajmił, że wciąż woli czysto twarogowe ;), ale… zasugerował, że byłaby to dobra baza dla knedli wytrawnych. Co otworzyło przede mną świat nowych wspaniałych możliwości, a przynajmniej pomysłów ;). Jeśli je zrealizuję, z pewnością się podzielę.

wtorek, 09 sierpnia 2016

Pamiętacie, jak pisałam na blogu o londyńskim Dishoom? Naany z jajem sadzonym na śniadanie głęboko zapadły mi w pamięć, jak to jednak bywa – odwlekałam domową realizację przepisu, aż jakoś niedawno temat wypłynął podczas sobotniej kolacji. Nie było już czasu się zastanawiać, tylko zagnieść ciasto na naany, żeby były gotowe na niedzielny poranek!

Do odtworzenia śniadania a la Dishoom dla 2 osób będziecie potrzebować:

- ok. 2 naanów na osobę – u mnie z tego przepisu przy ½ proporcjach uzyskałam tym razem 4 placki. Ciasto wyrobiłam wieczorem i zostawiłam do wyrastania w lodówce, rano przed pieczeniem doprowadziłam (przez ok. 1h) do temp. pokojowej;

- 4 jaja sadzone, po jednym na placek;

- ze 2 dojrzałe pomidory, posypane posiekaną kolendrą, opcjonalnie minimalnie posolone (można też użyć pomidorów nocnych, doprawionych jw. kolendrą);

- chai* w ilości dowolnej;

- sos chilli: zapamiętałam oryginał jako nieco ostrzejszy niż np. słodki sos chilli, ale nie wyraźnie pikantny, więc wymieszałam słodki sos chilli (kupny, ale robiłam też domowy) z ostrą tajską pastą paprykową w proporcji 3:1, tj. łyżeczka pasty na łyżkę sosu; nadałby się też dżem pomidorowy z chilli.

Naany piekłam w wyższej temperaturze niż wcześniej (inny piekarnik ;), tj. 280 st., 3 minuty na kamieniu + minutę pod grillem. To ostatnie nie jest obowiązkowe: mocniej przypieczone placki są twardsze, więc trochę trudniej je złożyć – Dishoomowe były bardziej miękkie - za to mają klasyczne przypieczenia; warto dodać, że też tym razem niczym placków nie natłuszczałam. Upieczone trzymałam owinięte w ściereczkę. Gdy ostatnia partia kończyła się piec, zaczęłam smażyć jaja. Na środku każdego placka ułożyłam po sadzonym, złożyłam naan na ½ i od razu podałam na stół. Najlepiej jeść rękoma. Bardzo polecam dla fanów kuchni indyjskiej/nietypowych śniadań :)!

* W moim odczuciu: smak Indii w szklance, bardziej niż cokolwiek innego...

Zapisz

Zapisz

piątek, 05 sierpnia 2016

Prawie co rok miałam za dużo cukinii. Rozdawałam ją rodzinie i znajomym, obrabiałam na różne sposoby, marynowałam na modłę włoską, nawet próbowałam zrobić wersję małosolną. W tym roku, pod wpływem stanowczego nakazu M, jest jej w sam raz – nawet przez chwilę nie myślałam o rozdawnictwie. To nie znaczy, że nic nie przetworzyłam: już ok. 4,5 kg znalazło się w słoikach w towarzystwie chilli, jako powtórka z hitu ubiegłego roku. Przepis na słodko-kwaśną marynatę znalazłam na tej stronie, jednak od razu wprowadziłam w niej zmianę w postaci całych, świeżych papryczek chilli. Lekko nadkrojone nadają nieprzesadną (w moim odczuciu) ostrość. Cukinia smakuje wszystkim, także moim rodzicom i teściom. Cieńsze plastry świetnie pasują jako wkład do kanapek, grubsze urozmaicają śniadaniówki M zimą. Innymi słowy: polecam! I osobiście uważam, że nie trzeba od razu robić z większej ilości, co odzwierciedla poniższy przepis.

Składniki (na około 5 słoików 500ml):

  • ok. 2,3kg* cukinii
  • ok. 4-6 ząbków czosnku, pokrojonych w grube plastry
  • 4 małe papryczki chilli (tajskie, tzw. bird’s eye)
  • Zalewa:
  • 1 litr wody
  • 500ml octu 10%
  • 1,5 szklanki** cukru
  • 4 łyżeczki (łącznie 20ml) soli
  • 60ml (¼ szklanki**) oleju

Cukinię pokroić na plastry 0,75-1cm, wymieszać w garnku lub misce z czosnkiem i chilli. Składniki zalewy zagotować, zalać cukinię, odstawić na około godzinę lub aż stanie się szklista. Zlać zalewę, cukinię umieścić ciasno w czystych wyparzonych słoikach, zostawiając wolny margines kilku cm od góry. Ponownie zagotować zalewę, zalać do pełna cukinię. Słoiki zakręcić i krótko spasteryzować (u mnie jak zawsze w piekarniku, w 160 st. C – ok. 10 minut od osiągnięcia temperatury, potem kilkanaście minut w cieple resztkowym). Odstawić słoiki do góry nogami i zostawić do zassania wciąż w cieple resztkowym piekarnika lub np. pod kocem, następnie przenieść do spiżarni.

* W oryginale mniej, ale przy mniejszej ilości zawsze zostawało mi dużo marynaty.

** 240ml

niedziela, 31 lipca 2016

Choć pod pewnymi względami wciąż trudno mi cieszyć się tym, co zawsze sprawiało przyjemność – typu blog – życie toczy się dalej, nawet jeśli liczba kotów w gospodarstwie domowym jest inna, niż dwa tygodnie temu. I choć wciąż nasłuchuję w nocy, czy to miauczenie na zewnątrz, to nie cienki głos Oscypka, nie mam zbyt wiele nadziei na to, że go jeszcze kiedyś zobaczę poza zdjęciami czy filmikiem nakręconym komórką :(. W międzyczasie oczywiście coś jem i gotuję, nawet kiszę ogórki, które wreszcie (pod wpływem powrotu słońca) postanowiły zacząć dojrzewać, i prowadzimy z M dyskusje na temat technik kiszenia (ostatni wniosek: będą ogórki moje, i ogórki jego). Upiekłam kilka chlebów (w tym jeden łudząco przypominający kształtem rozgniecioną żabę), dwie blaszki jagodzi(ew)anek, popełniłam też wyjątkowo nieudany eksperyment pt. faszerowane placki z mąki gryczanej, które miały wszystkie najgorsze cechy tej mąki. Dla równowagi na dzisiejsze śniadanie była udana bruschetta, która – o dziwo – jakoś wcześniej nie trafiła na bloga (choć była wersja odwrócona, tj. chleb z pomidorem na ciepło, którą też dobrze wspominam).


Oczywiście wiem, że zasadniczo te włoskie grzanki-nie grzanki pojawiają się jako przystawka. Gdy jem je w restauracji, zazwyczaj pierwsze, co czuję, to wyraźny aromat surowego czosnku, który skądinąd bardzo lubię, ale niekoniecznie o ósmej rano. W „Kocham Toskanię” Giulia Scarpaleggia wspomina, że najlepiej pomidory wymieszać z ziołami itd. kilka godzin przed jedzeniem, a ząbek czosnku dodać w całości, by oddał aromat warzywom, ale można go było przed podaniem usunąć. Uwaga słuszna, ja jednak jakoś poranek wolałabym zacząć w ogóle bezczosnkowo ;). Stąd moje pomidory były doprawione minimalną ilością szczypiorku (własnego, który z jakiegoś powodu jest wyjątkowo delikatny) i hojną garścią bazylii. Uwaga, wegan tym też nakarmicie!


Składniki (4 grzanki):

  • 4 kromki czerstwego, ale nie bardzo twardego pieczywa (u mnie wieloziarnisty Komarki)
  • 2 duże, dojrzałe i soczyste pomidory, np. malinowe
  • hojna garść bazylii, u mnie różne odmiany
  • ok. ½ łyżki posiekanego szczypiorku (można pominąć lub zastąpić np. oregano, lub innymi ziołami)
  • sól, pieprz, oliwa

Pomidory drobno posiekać i, uwaga, osączyć z nadmiaru soku na sitku (sok potem wypić lub wykorzystać np. z zupie). Zioła drobno posiekać, wymieszać z osączonymi pomidorami. Doprawić do smaku solą i pieprzem, skropić minimalnie oliwą. Można mieszankę odstawić na kilka h w chłodne miejsce, można wykorzystać od razu nakładając na gorące, opieczone pieczywo (przy powyżej 2 kromkach robię to w piekarniku). Skropić oliwą i od razu podawać – najlepiej w towarzystwie jak najlepszych oliwek (u nas kalamata kupione w W-wie, które przypomniały mi te w Grecji, dzięki którym w ogóle przekonałam się do oliwek…).


Z cyklu śniadanie niedzielne nie tak dawno temu – choć jeszcze zanim zapanowała „wielka smuta” :( - przygotowałam omlet, który nazwałam roboczo „przegląd ogródka”, bazą bowiem była garść warzyw, które przyniosłam z grządki, a wierzch udekorowałam ziołami i kwiatami cukinii. Bazą był przepis z którego zazwyczaj wcześniej korzystałam, ale tym razem nie dodawałam sera, za to masę jajeczną wzbogaciłam (inspirując się lekturą książki Davida Lebovitza) kapką mleka (w wersji bardziej luks może być to także śmietanka) – moim zdaniem to istotny dodatek, wpływający pozytywnie na puszystość i gęstość upieczonego omletu. Okazało się też, że lepiej sprawdza się wyższa temperatura piekarnika.

Składniki (2 większe porcje)

  • 4-5 jaj (białka i żółtka osobno)
  • łyżka mleka/śmietanki
  • sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta gałki muszkatołowej
  • olej
  • garść warzyw (wszystkie lub tylko część): parę liści jarmużu i/lub boćwiny, ok. 2 łyżek wyłuskanego młodego groszku, cebula dymka, kilka cienkich plasterków młodej cukinii
  • garść dowolnych ziół
  • ok. 6-8 kwiatów dyni lub cukinii

Nagrzać piekarnik do 200 st. C (termoobieg lub grill z termoobiegiem), wstawiając od razu blaszkę na 1-2 poziom od góry (moja patelnia wchodzi na 2). Rozgrzać patelnię z niewielką ilością oleju i przesmażyć posiekaną dymkę na średnim ogniu. Dorzucić drobno pokrojone łodygi boćwiny/jarmużu, po ok. 1-2 minutach dodać groszek i cukinię, chwilę przesmażyć, dodać porwane liście jarmużu/cukinii. Gdy warzywa się smażą, wymieszać żółtka z mlekiem lub śmietanką, doprawić szczyptą soli, pieprzu, ew. gałki. Osobno ubić białka na sztywno, następnie delikatnie a stanowczo wymieszać białka z żółtkami. Wylać masę jajeczną na patelnię, na wierzchu rozrzucić zioła i rozłożyć koncentrycznie kwiaty cukinii. Smażyć 1-2 minuty, następnie włożyć patelnię do piekarnika na 1-2 poziom od góry. Piec ok. 7 minut lub aż omlet urośnie i się zezłoci. Natychmiast podawać.


Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 24 lipca 2016

Ostatnie kilka dni wolałabym zapomnieć. Można się na coś wcześniej przygotowywać i sobie to wyobrażać: to nie znaczy, że będziemy gotowi, gdy nas to wreszcie spotka. Na razie wciąż mam nadzieję na szczęśliwe rozwiązanie, choć ta nadzieja z każdym dniem jest coraz mniejsza :(.

Niektórzy „zajadają” stres, inni wręcz przeciwnie. Należę do tych ostatnich. Wierzę jednak w terapię za pomocą aktywności fizycznej/prac ręcznych, do których zaliczam pieczenie. Tak parę dni temu upiekłam struclę z czerwonymi porzeczkami i tahiną, o której myślałam od obejrzenia zdjęć Małgosi Minty. Z efektu byłam całkiem zadowolona, choć uwaga: trzeba naprawdę lubić pastę sezamową i M np. kręcił nosem, że za bardzo dominuje. Jeśli ktoś nie jest przekonany do tego składnika, poniżej opcja „normalna”, tj. maślana (jak w szwedzkich bułeczkach). Zapewne można by też spróbować nadzienia serowego, jak np. w strudlu serowym. Sama forma ciasta i syrop – podobnie jak w krantzu Ottolenghiego.


Składniki:
  • ½ ciasta z tego przepisu, bez szafranu; skórkę pomarańczową można zastąpić wanilią lub w ogóle pominąć
Nadzienie:
  • 350g czerwonych porzeczek
  • 100g tahiny, ciemnej lub jasnej
  • 1-2 łyżki śmietanki (opcjonalnie)
  • 2 łyżki miodu lub syropu daktylowego
  • 2 łyżki ciemnego muscovado
  • 1-2 łyżki stopionego masła (opcjonalnie)
Alternatywnie, zamiast tahiny, opcja maślana:
  • 40g miękkiego masła,
  • 25g drobnego białego lub brązowego cukru,
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii
  • 1/4 łyżeczki soli (opcjonalnie)
Syrop:
  • 65g cukru
  • 30g wody
  • 15g wody różanej

Wyrośnięte ciasto drożdżowe (przygotowane wg tego przepisu) rozwałkować dość cienko. Tahinę lekko podgrzać, na bardzo małym ogniu, z miodem/syropem i sprawdzić gęstość – jeśli masa ciężko się nakłada, rozrzedzić za pomocą niewielkiej ilości śmietanki. Dokładnie rozsmarować na powierzchni ciasta, zostawiając ok. 1 cm marginesy. Jeśli mimo rozrzedzenia masy zostaną łyse miejsca – stopić 1-2 łyżki masła i polać nim białe plamy. Tak przygotowane ciasto posypać równomiernie porzeczkami a następnie cukrem muscovado. W opcji czystomaślanej postąpić tak samo, tj. utrzeć dokładnie składniki masła waniliowego i wysmarować nim rozwałkowane ciasto, dodać porzeczki i cukier.

Zwinąć ciasto w rulon od dłuższego boku, następnie przeciąć wzdłuż na dwa wąskie kawałki. Zapleść możliwie sprawnie, przekładając naprzemiennie kawałki, i przenieść do długiej keksówki wyłożonej pergaminem. Ew. porzeczki które wysypały się podczas zaplatania wcisnąć z powrotem w ciasto. Odstawić do napuszenia na ok. 45-60 minut. Piec w 180 st. C (termoobieg), przez ok. 35 minut lub do suchego patyczka. Gdy ciasto się piecze, zagotować składniki syropu i polać nim gorące ciasto bezpośrednio po wyjęciu z piekarnika. Wystudzić na kratce. Ciasto dość wolno się zsycha. Ze względu na wilgotność najlepiej przechowywać w temp. poniżej 20 st., ale nie w lodówce.

Zapisz

wtorek, 19 lipca 2016

Szukałam na blogu risotto z groszkiem, szukałam… Nie znalazłam. Tzn. znalazłam risi e bisi, ale risotto: nie. Widocznie mi się przyśniło zanim zrobiłam to wg Nigela Slatera.

Gwoli ścisłości, u Nigela było risotto z bobem. Ponieważ jednak z powodzeniem już zamieniałam bób na świeży groszek w klopsikach… W ramach sera „niebieskiego” był rodzimy Lazur. Z braku surowca pominęłam wino (choć jeśli jest pod ręką, oczywiście można je dodać), za to zakwasiłam całość lekko sokiem z limonki. Dodałam ogólnie mniej płynu, niż Nigel sugerował, bo pół litra bulionu wystarczyło do ugotowania całości. Dorzuciłam też trochę ziół. Pozostaje tylko polecić na letnią, dość szybką (jeśli groszek już wyłuskany) kolację, oczywiście najlepiej w ogrodzie lub na tarasie.

Składniki:

  • 1 mała cebula
  • 25g masła
  • 150g arborio
  • 500ml dobrego bulionu (można go częściowo zastąpić niewielką ilością - do 1 kieliszka - białego wina)
  • szklanka* wyłuskanego groszku (ok. 160g)
  • sok z ½ limonki/cytryny, lub do smaku
  • niewielka garść liści mięty i estragonu
  • 100g sera z niebieską pleśnią (Lazur jest ok ;)

* 240ml

Zeszklić posiekaną cebulę na maśle, dodać ryż, przesmażyć chwilę, dodać ½ ziół i wlewać partiami bulion (ew. najpierw wino, potem bulion), gotując ryż na średnim ogniu i często mieszając. Wraz z ostatnią partią bulionu dodać groszek, zamieszać ponownie, skręcić ogień na mały. Gotować pod przykryciem, aż ryż wchłonie niemal cały płyn (niemal, bo risotto powinno pozostać lekko mokre) i będzie miękki, ale nie zanadto. Zdjąć wówczas garnek z ognia i wkruszyć ser, wymieszać, odstawić na chwilę pod przykryciem. Ser powinien lekko się rozpuścić i zamienić z resztką bulionu w kremowy sos. Pozostałe zioła posiekać. Sprawdzić doprawienie risotta (zakwasić do smaku) i podawać posypane ziołami.

Zapisz

Zapisz

niedziela, 10 lipca 2016

Kiedyś już wspominałam, że rzadko wypróbowuję nowe przepisy na chleb, piekąc na autopilocie kilka sprawdzonych bochenków, ew. czasem wertując Hamelmana i przygotowując jakiś wariant nt. chleba z Vermontu. Czasem zdarza mi się coś pozmieniać, jeśli przepis znam bardzo dobrze, jak np. tzw. Tatterowca. Już jakiś czas temu zaczęłam go piec tylko z mąki żytniej, zastępując jasną żytnią mąkę pszenną, bo taka opcja mi bardziej smakowała plus nie wychodziła za sucha, co wcześniej zdarzało się całkiem często. Niedawno poszłam w drugą stronę, tj. orkisz, piekąc chleb z dodatkiem i mąki orkiszowej, i namoczonych i krótko gotowanych ziaren. Wbrew pozorom nie było tak łatwo, bo gdy zachwycona pierwszym podejściem chciałam przepis powtórzyć z notatek, wyszedł mi za suchy. Konieczna była powtórka, tym razem uważniej odmierzając wodę, i do tej wersji na pewno będę wracać. Z oryginału zostało w sumie tylko 400g zakwasu i foremka, bo temperaturę pieczenia też zmieniłam ;).

Tatterowiec żytnio-orkiszowy

Składniki:

  • 400g aktywnego zakwasu żytniego (najlepiej dokarmionego dwustopniowo*),
  • 4 łyżki ziarna orkiszu zalane 120ml gorącej wody na noc,
  • 300g mąki żytniej jasnej (720),
  • 100g mąki orkiszowej razowej (1850/2000)
  • 150ml serwatki (polecam!) w temp. pokojowej lub wody
  • łyżeczka melasy, ciemnego cukru lub miodu
  • 2 łyżeczki soli

* Zakwas najlepiej rozmnożyć biorąc 100g aktywnego zakwasu żytniego, dokarmionego w słoiku, 150ml wody i 150g mąki żytniej razowej, wymieszać, przykryć folią i zostawić na noc lub co najmniej 8h.

Orkisz zagotować (wcześniej sprawdzić, czy wody z moczenia jest tyle, by go przykryć, jeśli nie, dolać konieczną łyżkę-dwie), skręcić ogień na mały, gotować 10-15 minut, wystudzić.

Wszystkie składniki wymieszać (ziarno orkiszu wraz z ew. wodą z gotowania – u mnie ok. 2 łyżek), wyrobić (ciasto ma być lepkie i luźne). Pozostawić w cieple do wyrośnięcia na 1 godzinę, przykryte wilgotną ściereczką lub folią. Po tym czasie ciasto wyjąć, krótko wymieszać, przełożyć do wysmarowanej foremki keksowej. Wierzch posmarować oliwą lub olejem. Przykryć i pozostawić do kolejnego wyrastania (kilka godzin, do podwojenia objętości, uważając by ciasto nie przerosło).

Piec z parą w 225 st. C (termoobieg), przez ok. 45 minut lub aż bochenek postukany od dołu zabrzmi głucho (pod koniec można dopiekać luzem, bez foremki).

Jeśli chodzi o mąkę gryczaną, tak naprawdę smakuje mi tylko w blinach pszenno-gryczanych lub naleśnikach (kaszę zaś lubię bardzo!); wszędzie, gdzie czuję „trociny” (taki ma dla mnie posmak) niestety, repet nie będzie. A jednak odkryłam jeszcze chleb z dodatkiem gryki, który mi przypadł do gustu, a mianowicie żytnio-gryczany u Trufli. Także jednak go trochę zmieniłam. Wersja moja jest ciemna, mokra, z dodatkiem słodu i dwóch rodzajów płatków, bez dodatków drożdży. Gryka nie dominuje, ale w pozytywny sposób wpływa na smak

Chleb żytnio-gryczany

Zaczyn:

  • 2 łyżki aktywnego zakwasu żytniego
  • 160 g wody
  • 100g mąki żytniej razowej
  • 50 g mąki gryczanej

Ponadto:

  • 2 łyżeczki soli
  • 400 g wody
  • 200 g mąki żytniej razowej
  • 200g mąki żytniej jasnej
  • 100 g mąki gryczanej
  • 1,5 łyżeczki nasion kminku
  • 1 szczypta mielonej kolendry (opcjonalnie)
  • ½ łyżeczki słodu jęczmiennego
  • po 1,5 łyżki płatków żytnich oraz gryczanych
  • 1 łyżka melasy, ciemnego cukru lub ciemnego miodu
  • płatki żytnie do posypki

Wszystkie składniki zaczynu dokładnie wymieszać, przykryć folią i zostawić na noc lub na co najmniej 8h w temp. pokojowej. Po tym czasie wymieszać zaczyn z wodą, dodać pozostałe składniki (poza płatkami do posypki), wyrobić ciasto – będzie dość lepkie i luźne. Odstawić do wyrastania na ok. 1,5-2h. Przełożyć do natłuszczonej keksówki, posmarować wierzch olejem, posypać płatkami. Odstawić do wyrastania, aż wyraźnie podwoi objętość, co zajmie kilka godzin (z grubsza od 3 do 5), w zależności od mocy zakwasu i temperatury.

Piec z parą, w 225 st. C. (termoobieg) przez 20 minut, następnie skręcić temperaturę do 210 i piec dalsze pół godziny (lub aż bochenek postukany od dołu zabrzmi głucho). Można zostawić chleb (bez foremki) jeszcze 10-20 minut w cieple resztkowym piekarnika. Kroić dopiero po całkowitym wystudzeniu a najlepiej następnego dnia.


Zapisz

Zapisz

środa, 29 czerwca 2016

Niektóre podroby są w naszej kuchni bardziej popularne niż inne. Wątroba, flaki, serca czy żołądki drobiowe łatwo jest kupić, z ogonem czy ozorem wołowym lub cielęcym nie jest już tak prosto (choć chyba i tak dużo łatwiej, niż z nerkami czy móżdżkiem). Szkoda, bo jestem fanką podrobów, z powodów smakowych i merytorycznych (skoro jemy zwierzę, to możliwie w całości). Wracając do ozorów, jaki kojarzycie sposób podania, np. restauracyjny? Moje pierwsze skojarzenie brzmi „w galarecie" (i zaraz jeszcze widzę szklany dzbanuszek z octem spirytusowym). Tymczasem w "mięsnej" książce April Bloomfield (w tym roku na urodziny dostałam też „warzywną”, tj. A girl and her greens) jest opcja bez galarety, gotowana, potem krótko grillowana, za to podana z ciekawym zielonym sosem i świeżym chrzanem. Przepis jak to u April: jest czasochłonny. Podobnie jak przy gnudi, trzeba sobie zaplanować co najmniej kilka dni, jeśli nie tydzień (!), na wszystkie prace kuchenne. Efekt jednak jest świetny (w smaku, bo uroda podrobów jest zawsze dyskusyjna).

W oryginale był ozór wołowy – użyłam cielęcego, który wymaga dużo krótszego gotowania, ale peklowałam tak samo długo, jak przy sugestiach dla wołowego. Mięsa miałam ok. kilograma, więc użyłam zalewy w proporcji (z grubsza) 2/3 składników. Do wywaru podeszłam nieco kreatywnie, używając zamiast anglosaskiego standardu seler naciowy + marchew, niepełnego pęczka młodej marchewki i taką opcję polecam; zmniejszyłam też ilość czosnku. Sam wywar to smaczny bulion, który zachowałam do zup. Wreszcie April proponowała, by ozoru używać do kanapek. Owszem, tak użyłam resztek (polecam z chałką!), większość jednak zjedliśmy na ciepło w plastrach. Sugerowany sos estragonowy – choć może również umiarkowanie fotogeniczny - jest także wyśmienity, na pewno jeszcze go wypróbuję np. do ryb czy innych mięs.

Składniki:

Zalewa:

  • 2/3 szklanki soli niejodowanej, ew. morskiej
  • 1,5 łyżki ziaren pieprzu
  • ¾ łyżki goździków
  • 2 świeże liście laurowe
  • ½ łyżeczki soli peklowej
  • ok. 1kg ozorków cielęcych
  • pęczek młodej włoszczyzny (wraz z zieleniną) minus część marchewki (zostawić tylko dwie)
  • 3 ząbki czosnku
  • ½ małej cebuli (opcjonalnie)
  • łyżka świeżego lubczyku (opcjonalnie, ale polecam)
  • liść laurowy
Sos estragonowy
  • ok. ¼ suchego pieczywa, porwanego na dość drobne kawałki i raczej bez skórki, chyba, że jest cienka
  • 3,5 łyżki octu (u mnie jabłkowy, w oryginale winny)
  • 2 łyżki odcedzonych i posiekanych kaparów
  • 4 filety anchois
  • szczypta posiekanego czosnku
  • łyżka musztardy (w oryginale Dijon, u mnie sarepska)
  • ¼ szklanki możliwie dobrej oliwy
  • duża garść estragonu francuskiego
  • 1 jajo na twardo
  • sól, pieprz

Połączyć wszystkie składniki zalewy, poza solą peklową, dodać 0,75l wody i zagotować. Zdjąć z ognia, dokładnie wymieszać, żeby sól się rozpuściła, dodać 1,25l zimnej wody, dokładnie wystudzić. Dodać sól peklową i zalać zalewą ozorki. Umieścić w lodówce na 5 dni, w tym czasie obrócić 1-2 razy. Po upływie czasu peklowania zlać zalewę, ozorki dokładnie opłukać zimną wodą i albo od razu ugotować, albo osuszyć, owinąć folią i umieścić w lodówce na maks. 2 dni.

Gotowanie ozorów: umieścić je w dużym garnku, zalać wodą, zagotować i natychmiast odcedzić (co wg autorki ma pomóc uniknąć nadmiaru szumu, i faktycznie – nie musiałam go potem usuwać). Umieścić z powrotem w garnku, dodać jarzyny, lubczyk (jeśli używacie) i liść laurowy, zalać ponownie wodą. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 2h, lub aż mięso będzie całkiem miękkie, ale nie rozpadające się. W międzyczasie można przygotować sos estragonowy (patrz niżej). Wyciągnąć ozorki na deskę (wywar zostawić!) i wystudzić na tyle, by można było ściągnąć skórkę/błonę bez oparzeń (powinna ściągnąć się b. łatwo, jeśli są dokładnie ugotowane); przy okazji usunąć ew. chrząstki. Umieścić ozorki z powrotem w wywarze, aż wystudzą się do temp. pokojowej. Owinąć w folię i schłodzić przynajmniej 30 minut w lodówce (wg April, można je znowu trzymać tam do ok. 2 dni). Przed samym podaniem pokroić ozory w ok. 1cm plastry, lekko posmarować olejem/oliwą i krótko (ok. 2 minut na stronę) je przesmażyć partiami na rozgrzanej patelni grillowej. Podawać z chrzanem, zielonym sosem estragonowym i np. puree (niekoniecznie ziemniaczanym, mogą być warzywa korzeniowe), kaszą kukurydzianą „na mokro” (jak na zdjęciu powyżej), ew. świeżym pieczywem.

Sos estragonowy:

Zalać chleb octem, odstawić na kilka minut, rozdrobnić palcami. Posiekać kapary, anchois i czosnek na jednolitą pastę. Dodać do chleba, wmieszać oliwę i musztardę. Drobno posiekać estragon i dodać do pozostałych składników. Oddzielić żółtko ugotowanego jaja od białka, rozetrzeć, białko posiekać, dodać do sosu. Dokładnie wymieszać, doprawić do smaku solą/pieprzem. Przechowywać w lodówce: z podanych proporcji wychodzi raczej więcej, niż do zjedzenia do jednego posiłku, nie liczyłabym jednak na to, że starczy na b. długo (u nas znikł zaskakująco szybko).

Tak, jak widać, to nie jest szybkie danie ;), mimo to uważam, że nie jest trudne czy pracochłonne, a że trzeba je wcześniej zaplanować… Nie zawsze wszystko musi dziać się ekspresowo a podroby wymagają trochę więcej „miłości”. Resztki oczywiście świetnie smakują na zimno: ja grillowałam do obiadu tylko 2 z 3 ugotowanych ozorów, tyle, ile potrzebowałam do posiłku, a pozostały od razu był przeznaczony do kanapek. Czyli tak, jak April sugerowała :).

sobota, 25 czerwca 2016

Nie wiem, ile upiekłam już w życiu chlebów i bułeczek, ale sądzę, że było ich całkiem sporo; krakersów (resztkowych i niekoniecznie, np. z siemienia) też trochę było, nigdy jeszcze – do zeszłego tygodnia – nie popełniłam żadnych paluchów ani paluszków :). Przy okazji wizyty gości, którym chciałam podać coś do przekąszenia przed obiadem – poza arbuzem prosto z lodówki, który okazał się zresztą strzałem w dziesiątkę – zgłębiłam temat i okazało się ku mojemu zaskoczeniu, że najpopularniejsze przepisy bazują na zwykłym, prostym cieście drożdżowym, z którego co jakiś czas robię bułki. Innymi słowy, przy okazji wypieku bułek można ½ lub ¼ ciasta przeznaczyć na blachę lub dwie paluchów ;). Dodatkowym plusem jest to, że nie wymagają drugiego wyrastania – można piec od razu po uformowaniu, które jest chyba jedyną w miarę pracochłonną czynnością. Wariantów smakowych można zrobić wiele: od ziołowych czy serowych poprzez wersje z czarnuszką, kminkiem lub „łyse”. Pamiętając, że z klasycznych paluszków zawsze najbardziej lubiłam te najrzadziej dostępne, tj. z sezamem, postawiłam na taką wersję.

Składniki (na 2 blachy paluchów, ok. 25-30 sztuk)

  • 250g mąki pszennej bułkowej (ew. jasnej orkiszowej)
  • 7,5g świeżych drożdży
  • 125g letniej wody lub serwatki, ew. 1:1 woda i serwatka
  • ¾ łyżeczki soli
  • łyżka sezamu
  • łyżka siemienia lnianego
  • dodatkowy sezam do obtoczenia paluchów

Mąkę wymieszać z solą, wkruszyć drożdże, zalać wybranym płynem, odstawić na kilka minut. Wyrobić gładkie ciasto, pod koniec wyrabiania dodać sezam i siemię. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce na ok. godzinę. Po tym czasie odgazować i rozwałkować ciasto na omączonym blacie na ok. 0,5cm grubości. Pociąć nożem do pizzy na cienkie paski (od kilku mm do ok. cm, zależnie od tego, jak grube chcecie mieć paluchy), następnie z każdego paska uformować wałeczek, obtoczyć w sezamie nasypanym do np. głębokiej salaterki. Nie należy się przejmować, jeśli stosunkowo niewiele ziaren przyklei się do palucha: nawet mała ilość nadaje wyraźny smak i aromat. Paluchy układać obok siebie na blaszkach wyłożonych pergaminem lub matą silikonową. Można odstawić na 10-15 minut do napuszenia, ale nie jest to konieczne – moim zdaniem najlepiej po zapełnieniu blaszki od razu umieścić ją w piekarniku i zająć się formowaniem reszty ciasta. Piec ok. 20-30 minut (zależnie od grubości) w 190 st. C (termoobieg), aż się wyraźnie zezłocą (muszą być dokładnie wypieczone).

Moje paluszki wyszły wyraźnie grubsze od grissini, może poza paroma wyjątkami, każdy był też innej długości oraz mniej lub bardziej koślawy ;); jedną blaszkę z „grubasami” musiałam piec dłużej. Goście jednak w tym braku symetrii dopatrzyli się urody. Paluchy niespożyte wraz z arbuzem towarzyszyły pierwszemu daniu - gazpacho teściowej, i tak też można je podawać.

Aha, do meczu jak najbardziej też pasują ;) (jak to pisałam, na murawie była oczywiście Polska i Szwajcaria, ale wynik końcowy był niepewny; teraz oczywiście już wiemy, że za kilka dni prowiant znów się przyda :).

Zapisz

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 101
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna