Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
czwartek, 31 lipca 2014

Fioletowe zęby, fioletowe ręce, fioletowy blat kuchenny. Wszystko można umyć (no, może tekstylia lepiej wcześniej chronić), a nic nie smakuje tak, jak leśne jagody (i nie mówcie mi, że borówki amerykańskie, bo to owszem smaczne do np. płatków czy jogurtu, ale do obrabiania na ciepło - tylko, jeśli się jest od jagód na stałe odciętym. Np. w innym kraju).

Miałam ich całkiem dużo. Po zrobieniu jagodowego koktajlu śniadaniowego stałam rozdarta (jak ta sosna, tj. dr Judym) nad miską z owocami- bo z jednej strony wiadomo, jagodzianki. Z drugiej chodziło za mną połączenie jagód z czekoladą. Wybrałam kompromis, i nie były nim jagodzianki z polewą czekoladową, które sugerował M (minę miałam mocno wzgardliwą) - drożdżowe upiekłam z 1/2 porcji w niedzielę, a w sobotę zjedliśmy czekoladowy deser na ciepło.

Chronologicznie, czyli najpierw czekolada: przypomniałam sobie o czekoladowych babeczkach z płynnym środkiem z Nigellowej Domestic goddess. Pyszne, bardzo czekoladowe i konkretne, już dawno się przekonałam, że porcją dla 6 osób spokojnie wykarmi się 8, a wówczas przepis jest bardzo podzielny - na bazie 1 jaja można go wykonać i dla pary ;). W moim wydaniu ma on dodatkową, owocową wkładkę, i taki wariant bardzo polecam: poza jagodami maliny i ew. porzeczki byłyby bardzo na miejscu.

Składniki (8 porcji, chcąc zrobić np. tylko 2, podzielić wszystko przez 4) za Molten Chocolate Babycakes:

  • 50g miękkiego masła
  • 350g dobrej gorzkiej czekolady (lub, jak u mnie, mieszanka 2:1 czekolady gorzkiej o wysokim % kakao z mleczną do wypieków)
  • 150g drobnego cukru
  • 4 duże jaja, roztrzepane ze szczyptą soli
  • kapka ekstraktu z wanilii lub szczypta mielonej
  • 50g mąki tortowej
  • ok. 4 łyżek jagód na osobę
  • opcjonalnie: 8 łyżeczek miałkiego brązowego cukru

Zacząć od przygotowania foremek żaroodpornych: wysmarować lekko masłem, dno każdej wyłożyć przyciętym na wymiar kawałkiem papieru do pieczenia. Czekoladę stopić nad parą lub (jeśli, jak ja, chwilowo nie macie dostępu do kuchenki... czyt. remont) w ok. 85 st. C (termoobieg) w piekarniku, odstawić do lekkiego przestudzenia. Nastawić piekarnik na 200 st. C (u mnie termoobieg), wstawiając jednocześnie blaszkę do pieczenia.

Masło utrzeć z cukrem, dodać jaja i wanilię, następnie mąkę, ukręcić gładką masę, na koniec dodać czekoladę. Napełniać każdą foremkę odrobiną masy czekoladowej, sypać 2-3 łyżki jagód, zakrywać masą i tak do zapełnienia wszystkich foremek. Jeśli macie wątpliwość, że jagody są zbyt wytrawne a jedzący to łasuchy - można owoce wcześniej wymieszać z drobnym brązowym cukrem. Pozostałymi jagodami (1-2 łyżki na foremkę) posypać wierzch deseru. Umieścić w piekarniku i piec ok. 16-17* minut - na wierzchu zrobi się skorupka, ale w środku deser pozostanie wilgotny.

Babeczki przerzucać na talerze (najlepiej stanowczym ruchem a brzegi lekko obkroić nożem). Jeść oprószone cukrem pudrem, od razu lub po minimalnym (ok. 15-20 minut) przestudzeniu.

Taka więc była wersja czekoladowa. Co do jagodzianek - obyło się bez eksperymentów, czyli była powtórka z tych już na blogu. Jedyne zmiany to znów brązowy cukier (z melasami) do środka do owoców oraz, na prośbę M, cytrynowy lukier (ok. szklanki cukru pudru mieszanej pomału z sokiem cytrynowym do uzyskania właściwej konsystencji), z którego o dziwo, byłam zadowolona.

Powiem Wam, że 4 średnie (nie, właściwie małe ;) jagodzianki dziennie to wcale niedużo...

* Próbowałam piec wersję bez jagód tylko 10-12 minut wg zaleceń, i zawsze musiałam dołożyć chociaż 2 minuty, jeśli nie chciałam podać czegoś a la sos czekoladowy.

wtorek, 29 lipca 2014

Wiem, że dla wielu osób nie istnieje coś takiego, jak nadmiar kurek. Też kiedyś w to nie wierzyłam, a jednak przydarzyła mi się nadprodukcja już w zeszłym roku: gdy grzyby i zamówiłam u zbieraczki, i dostałam w prezencie. Wiadomo, że może być makaron, placek czy pizza. Ba, są też duszone kurki z kaszą, z dodatkiem cukinii, może być także risotto. By jednak leśne dobro się nie przejadło, można spróbować kurki utrwalić.

Jedna metoda to solankowa, jak u Gospodarnej Narzeczonej (ostatni przepis). Zrobiłam tak właśnie w zeszłym roku i polecam, pod warunkiem jednak, że o tych kurkach będziecie pamiętać. Ja najpierw te 3 słoiki oszczędzałam, potem zużyłam jeden (po opłukaniu dodałam do sosu pomidorowego), potem... zapomniałam.

Druga metoda to mrożenie, chyba nie wymaga komentarza.

Trzecia metoda to ususzenie. Zazwyczaj suszyłam znalezione w ogrodzie maślaki (których w tym roku nie ma w ogóle), wykorzystując ciepło a to ekspresu do kawy, a to słoneczny parapet, a to ciepło resztkowe piekarnika. W ten sposób cały proces trwa kilka dni. Chcąc całą sprawę przyspieszyć, można oczyszczone i suche grzyby umieścić w piekarniku nastawionym na 90 st. (termoobieg) na ok. 2-3h i dalej suszyć w cieple resztkowym. Czy ma to sens w przypadku kurek? Pewnie są bardziej aromatyczne gatunki, ale wszystkie grzyby jadalne po ususzeniu nabierają charakterystycznego (i pożądanego) aromatu, więc – tak, zwłaszcza dla wymieszania z innymi suszonymi grzybami.

Czwarta metoda to marynowanie. Do tej pory robiłam to tylko raz, z – oczywiście – maślakami, gdy wyjątkowo obrodziły. Zdecydowałam się na przepis Chillibite, i wyjadając grzybki prosto ze słoika, stojąc przy lodówce, przypomniałam sobie, że w sumie marynowane grzyby lubię (jak byłam mała, potrafiłam słoik wciągnąć jako przekąskę pod dobrą książkę). Moja uwaga do przepisu jest taka, że marynaty w oryginale jest moim zdaniem za mało. Za pierwszym podejściem musiałam zwiększyć ilość dwukrotnie, za drugim wystarczyłoby tylko o 50%, i tak podaję poniżej.

Marynowane kurki (wariacja nt. tego przepisu):

  • 1kg kurek, oczyszczonych, osuszonych
  • łyżeczka soli
  • marynata: 275ml octu spirytusowego, 375ml wody, 3/4 łyżeczki soli, 1,5 łyżeczki cukru, łyżeczka ziela angielskiego, jw. pieprzu ziarnistego, liście laurowe (5-6 sztuk)
  • opcjonalnie: 1 mała cebula, pokrojona w pióra

Kurki zalać wodą (ok. 1-1,5 litra - tyle, by zakryć), zagotować, dodać sól, gotować 3 minuty, odcedzić. Składniki marynaty zagotować, gotować ok. 8-10 minut, w tym czasie rozdzielić kurki między słoiki. Opcjonalnie można dodać do nich cebulę. Zalać grzyby gorącą marynatą, słoiki zakręcić, umieścić w miejscu typu piwnica.

czwartek, 24 lipca 2014

Rukola jest chwastem. W sumie o tym wiem, ale w zeszłym roku dałam jej przerosnąć i niestety ostatecznie za mało wykorzystałam. W tym roku czujnie obrywam kwiaty (i liście...), a rukola wciąż utrzymuje się na poziomie krzaczka.

Zastanawiałam się, co z nią zrobić, i nie wiem, czemu tak długo mi zajęło, że "przecież pesto". Przecież, bo właśnie dziką rukolę zrywała autorka Ripe for the picking randki z włoskim szefem kuchni (o czym pisałam dawno temu). We właściwym kierunku popchnęła mnie Ania z Polskiego South Beach.

Pesto z samej rukoli zaskakująco mi smakuje: jest pikantne, z lekką nutą goryczki. Poza wymieszaniem z makaronem, świetnie sprawdza się jako dip. Można też jeść jako smarowidło do chleba. Proporcje składników – orientacyjne.


Do malaksera lub dużego moździerza wrzucić:

  • dwie duże garści rukoli
  • ok. 4-5 łyżek pestek słonecznika
  • 1 duży ząbek czosnku
  • ok. 3-4 łyżek oliwy
  • sok z ½ cytryny, lub do smaku
  • 1-2 łyżki startego parmezanu
  • hojną szczyptę soli
Całość utrzeć na gładko, sprawdzić doprawienie, ew. stosownie zagęścić lub rozrzedzić. Przechowywać w lodówce (do kilku dni). Uwaga: czosnek z czasem będzie mocniej wyczuwalny.

Inne pesto, jakie były na blogu:

- z czosnku niedźwiedziego #1 i #2 (z dodatkiem lubczyku)

- z bazylii

- „przegląd ogródka”

- m.in. z liści rzodkiewki, pietruszki i ogórecznika

A cd. pewnie nastąpi ;).

czwartek, 17 lipca 2014

W tym roku jeszcze nie było cyklu "Zielono mi". Zresztą, mniej niż zazwyczaj w ogrodzie zielono, bo panuje słowo na R (czyt. remont) i grządki zostały z konieczności ograniczone. Nie ma w związku z tym w 2014 groszku czy fenkuła (bo z bobu zrezygnowałam programowo). To znaczy - nie ma upraw własnych, ale jest bób przyniesiony z warzywniaka. Do tej pory zawsze mi się wydawało, że kilo bobu trzeba ugotować od razu, na raz, bo w przeciwnym razie się zepsuje. Dopiero niedawno (po rozmowie z panią sprzedawczynią) do mnie dotarło, że - jeśli jest świeży - można go przechować do, powiedzmy, 3 dni w lodówce, najlepiej w szufladzie na warzywa, jeśli się ją posiada. Co oznacza, że można go gotować na raty, a z małej ilości można przygotować nie za dużą ilość pasty.

Ucierałam już wersję z miętą i taką a la hummus, tu tym razem mamy fetę i mieszankę mięty z kolendrą (ale kolendra zdominowała ;). Polecam nie tylko dla wegetarian. Dodatek czosnku jest subtelny, można iść do ludzi.

Składniki: 250g ugotowanego i wyłuskanego bobu, ok. 2 łyżek pokruszonej fety, garść świeżej kolendry lub mieszanki kolendry z miętą, oliwa (ok. 2 łyżek), sok z cytryny (do smaku), sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta ostrej papryki, szczypta mielonej kolendry

Wszystkie składniki zmiksować na gładko w malakserze, ew. utrzeć ręcznie w makutrze lub dużym moździerzu. Gdyby masa była zbyt sucha, dolać oliwy. Doprawić wg uznania. Jeść z chlebem, pitą, jako dip. Przechowywać w lodówce, zjeść w ciągu 2-3 dni.

 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Jakiś czas temu napisała do mnie Basia w temacie sera na strudel serowy (Topfenstrudel). W trakcie wymiany maili zeszło nam na inne warianty tego austriackiego wypieku, np. wersję wiśniową. Basia swoją jadła w Wiedniu - ja kilkakrotnie w Cafe Gastun w Dorfgastein (i nawet mam na to dowód zdjęciowy). Cafe Gastun, będąca połączeniem kawiarni z piekarnią, serwuje zresztą strudle prawie z każdym rodzajem lokalnych owoców: jest rabarbarowy (kwaaaaśny!), z owoców leśnych, jagodowy, ze śliwkami - innymi słowy rzadko spotykane warianty. Wiśniowy także na pewno jest robiony w wiśni, i to chyba a la "szklanki", bo kwaśnością niewiele ustępuje rabarbarowi ;).

Wracając do tematu: z Basią tak gadu gadu o wiśniach, aż postanowiłyśmy (wirtualnie) razem upiec Kirschstrudel. 14 lipca, jako rocznica zburzenia Bastylii (krwawy soczek, turlające się owoce też mogą się kojarzyć z pewnym aspektem Rewolucji...), wydawał się właściwą datą.

Strudel wykonałam na bazie sprawdzonego przepisu na jabłeczny, w wiśniami postępując według zaleceń Basi:

Kirschstrudel (ciasto): jak TU

Kirschstrudel (nadzienie): 1kg wiśni (najlepiej wczesne, dość jasne i kwaśne, tzw. "szklanki"), 400g cukru, bułka tarta (ok. 2-3 łyżek), ponadto: ok. 80g stopionego masła do polania ciasta

Wiśnie wydrylować, zasypać cukrem, odstawić na 1-2h. Odcedzić na durszlaku, lekko dociskając łyżką, cenny sok złapać do miski (i wypić - polecam 1:1 lub 1:2 z wodą sodową :). Po rozwałkowaniu i rozciągnięciu ciasta oraz przycięciu brzegów wg instrukcji rozrzucić bułkę tartą równomiernie na 2/3 ciasta, a na bułce owoce. Uwaga: będzie się wydawać, że jest ich za mało, ale naprawdę tyle wystarczy. Dalej postępować jak w wariancie z jabłkami.

Nie wiem, czy muszę dodawać, że strudel najlepiej smakuje na ciepło, lekko oprószony cukrem pudrem i - w wersji luks - podany z domowymi lodami waniliowymi. Mnie ta wersja luks się trafiła i bardzo polecam ;). W opcji codziennej ciasto niepodgrzane, tylko ocukrzone, jest także bardzo smaczne. Gdyby mnie ktoś przycisnął i miała wybrać tylko jeden wariant strudla, prawdopodobnie byłby to klasyczny Apfel, ale ten Kirschstrudel depcze mu po piętach. Po prostu - to dobry wypiek. Wersję Basi można obejrzeć na Makagigi i 55 pierników.

A do zrobienia serowego coraz bardziej dojrzewam...

piątek, 11 lipca 2014

To wpis przypominajka - albo też nie całkiem, raczej wskazówka, co można zmienić w sprawdzonym przepisie, by było może i lepiej ;). Mowa o granoli: w kółko robię taką na soku jabłkowym, zmieniając tylko proporcje zbóż i owoców. Ostatnio miałam ochotę ją zrobić, ale miałam problem z płynem, tj. brak soku lub surowca na ww. Wpadł mi w oko przepis Kornika w kuchni, porównałam ze swoim i zastąpiłam parę składników miodem oraz masłem orzechowym.

Wyszło świetnie, M aż pochwalił (a warto dodać, że masło orzechowe uznaje tylko zakamuflowane, tj. np. w ciasteczkach czy właśnie tu, w granoli). Mam wrażenie, że płatki mocniej się wypiekły, a poza chrupkością mają swoisty posmak... przypuszczam, że masła orzechowego, nie smakuje jednak nim w sposób oczywisty ;).

A dokładnie zrobiłam tak:

Składniki: W granoli bazowej zastąpić wszystkie cukry miodem (6 łyżek), zaś płyn (sok i olej) masłem orzechowym (12 łyżek, albo 3/4 szklanki); reszta bez zmian

Masło przed dodaniem do reszty składników podgrzać z miodem na małym ogniu (i uważać, by nie przypalić!) - w moim przypadku stało się ono tylko bardziej miękkie, nie rozpuściło się. Dokładnie wymieszać ze składnikami suchymi, gdyby masa wyglądała na zbyt suchą, lekko zwilżyć wodą. Piec jak w przepisie bazowym.

niedziela, 06 lipca 2014

Z cyklu pytania retoryczne: czy coś słodkiego i drożdżowego z cynamonem może być złe? Bułeczki cynamonowe to jedno z moich pierwszych skojarzeń kulinarnych na hasło "Skandynawia" (obok dużej ilości czarnej kawy i słodkich śledzi); ponieważ pierwszym wypiekiem drożdżowym w moim życiu były cynamonki, mam do nich dodatkowy sentyment. Taka lekko ciepła bułka, zapijana kawą (niekoniecznie czarną, i niekoniecznie przelewową ;) na drugie albo pierwsze śniadanie zdecydowanie poprawia jakość życia, niezależnie od pory roku. Na podwieczorek też się nada.

Skorzystałam z przepisu niezawodnej Signe Johansen, której wypieki ze Scandilicous Baking zawsze się udają (choć może gdyby ktoś się nie domyślił o co chodzi z brakującą wodą w przepisie na precle niczego sensownego by nie uzyskał ;). Autorka ma słabość do mąki orkiszowej i dodaje ją wszędzie, gdzie się da. Sama zazwyczaj mieszam orkisz ze zwykłą pszenicą, tu jednak zaufałam Signe i użyłam 100% orkiszu: jasnego i razowego. Tej ostatniej mąki nie ma co się bać, bułeczki nie wychodzą zbyt „gruboziarniste”. Namiętności do kardamonu nie podzielam, więc zamieniłam go na wanilię. Sól waniliową (dzięki swojej słabości do różnych nietypowych soli ;) akurat posiadałam, ale łatwo ją można samemu zrobić mieszając sól z wanilią, lub dać zwykłą. Zaparzenie mleka na początku podobno odpowiada za miękkość bułeczek i potwierdzam: wychodzą rzeczywiście bardzo miękkie.

Składniki:

Ciasto: 225ml mleka, 75g masła, 300g jasnej mąki orkiszowej (typ 720), 125g mąki razowej orkiszowej (u mnie typ 2000), 70g drobnego cukru, łyżeczka mielonego kardamonu (lub wanilii – u mnie), ½ łyżeczki soli, 20g świeżych drożdży/10g suszonych, 1 średnie, roztrzepane jajo

Nadzienie: 75g miękkiego masła, 50g drobnego białego lub brązowego cukru, 2 łyżeczki cynamonu, ½ łyżeczki soli z wanilią (lub mieszanki soli i mielonej wanilii – wystarczy szczypta; ostatecznie można użyć kropli ekstraktu, ew. dać zwykłą sól)

Do posmarowania: mleko lub roztrzepane jajo, gruby cukier (np. demerara)

Zaparzyć mleko z masłem: doprowadzić prawie do wrzenia, przestudzić. W przypadku świeżych drożdży rozczynić je z łyżeczką cukru, odstawić na chwilę. Wymieszać suche składniki z drożdżami, jajem i przestudzonym mlekiem z masłem, wyrobić dokładnie ciasto (będzie lekko luźne/lepkie, ale nie powinno być lejące). Odstawić do wyrośnięcia (ok. 40-45 minut).

Utrzeć składniki nadzienia na pastę. Ciasto rozwałkować na prostokąt (ok. 35x25cm), posmarować dokładnie i cienko nadzieniem, zwinąć roladę. Pokroić w poprzek na 7 części (jedna powinna być mniejsza). Natłuścić masłem tortownicę 23cm (choć 20cm też się nada, bułeczki zrosną się tylko szybciej i pójdą bardziej w górę niż na boki), ułożyć na środku najmniejszy kawałek ciasta a pozostałe 6 sztuk dookoła. Odstawić do napuszenia (ok. 30-40 minut).

Przed pieczeniem posmarować jajem lub mlekiem i posypać cukrem. Piec z parą w 180 st. (termoobieg, w góra/dół 200 st. C), przez ok. 25-30 minut (lub do suchego patyczka). Moim zdaniem najlepiej smakują nie całkiem przestudzone ;).

Jak to drożdżowe, warto zjeść bułeczki możliwie szybko (powiedzmy w ciągu doby), ale zaskakująco wolno się zsychają i w szczelnym pojemniku wytrzymają ok. 3 dni. O ile wytrzymają...

środa, 02 lipca 2014

Jakiś czas temu miałam wrażenie, że wszędzie z internetu wyskakują na mnie przepisy na muszle makaronowe. Wymyśliłam sobie, że zrobię takie nadziewane szpinakiem. Ku swojemu zaskoczeniu odkryłam, że duże muszle są towarem deficytowym: ani w jednym, ani w drugim supermarkecie ich nie dostałam i skuteczna okazała się dopiero wycieczka do delikatesów w większym mieście (wojewódzkim ;). Od tamtej pory jak widzę ten makaron w sklepie, od razu kupuję, tak na wszelki wypadek*.

Wersja ze szpinakiem oczywiście bardzo smaczna, ale niedawno miałam nadmiar duszonej botwiny do zagospodarowania. Postanowiłam nadziać nią muszle a całość doprawić w duchu greckich zapiekanek (typu mule saganaki - i pewnie dlatego trzy razy pisząc post napisałam „małże” zamiast „muszle”...), korzystając z tego, że – nominalnie przynajmniej ;) - jest lato, miałam opakowanie przyzwoitej fety a w ogrodzie nowy nabytek** w gronie ziół wielorocznych: oregano.

Składniki:

  • duszona botwina – z jednego pęczka jarzyny, lekko lub całkiem przestudzona
  • 150g dużych muszli makaronowych
  • ok. 75g fety
  • garść świeżego oregano, ew. tymianku, ew. mieszanka tych ziół
  • 500ml przecieru pomidorowego
  • 1 mała cebula
  • sól, pieprz, ostra papryka (mielona lub w płatkach)

Zacząć od przygotowania botwiny, jeśli nie ma gotowego nadmiaru pod ręką. Przygotować sos: cebulę drobno posiekać, zeszklić, dodać pomidory, doprawić do smaku solą, pieprzem, niewielką ilością oregano/tymianku (resztę zostawić na potem) i ostrą papryką, gotować na średnim ogniu, aż całość wyraźnie się zagęści. Makaron ugotować al dente.

Piekarnik nagrzać do 180-190 st. C (termoobieg). Lekko natłuścić prostokątne naczynie żaroodporne (ok. 30 x 40cm). Muszle nadziewać botwiną (ew. odcedzając z nadmiaru płynu, jeśli to konieczne), układać ciasno obok siebie w foremce. Fetę pokroić w kostkę, rozrzucić na makaronie, ser posypać ½ ziół. Na to wyłożyć sos (musi dokładnie przykryć muszle!) i resztę ziół. Zapiekać ok. 25-30 minut. Podawać z dodatkiem zieleniny, np. świeżej rukoli (mógłby być także zblanszowany szpinak).

* Podobnie jak parmezan, sardele (anchois) i inne tego typu „egzotyki” ;).

** Nabytki mają zrekompensować straty spowodowane działaniem pana elektryka, po którego pracach zaczęłam ogródek ziołowy nazywać „Wietnamem”. Melisy w każdym razie już nie mam.

niedziela, 29 czerwca 2014

Mój stosunek do dżemu truskawkowego się nie zmienił. Wciąż robię tylko taki minimum, do szybkiego spożycia (zwłaszcza, że robi się właściwie sam). Ostatnio jednak szybkie spożycie zamieniło się w błyskawiczne, gdy zjedliśmy słoik 500ml w 5 dni. Zaplanowałam replay.

Tak się złożyło, że tego samego dnia rano zmiksowałam koktajl z jagód, truskawek i maślanki, który bardzo nam smakował. Uznałam, że co pasuje w napoju - a to nowe dla mnie połączenie - zadziała także w dżemie. Patrząc na masę w garnku, już fioletową w barwie, drogą skojarzeń (4 lipca się zbliża, nie mówiąc o moim amerykańskim wyjeździe wakacyjnym!) dodałam jeszcze jeden składnik, który podkreśla cierpkość jagód...

Składniki:

  • 250ml (pełna szklanka) jagód,
  • ok. 700-750g truskawek,
  • ok. 5 łyżek cukru (lub do smaku; może być i biały, i brązowy,
  • 2 łyżki syropu klonowego

Owoce umyć, truskawki zmiażdżyć (np. lekko rozgnieść ręką). Zasypać cukrem, zagotować. Skręcić ogień na średni i gotować ok. 40 minut, lub aż całość się zagęści. Dodać syrop klonowy i gotować dalsze 10 minut. Przełożyć do czystego, wyparzonego słoika ok. 500ml, zakręcić, wystudzić. Przechowywać w lodówce.

sobota, 28 czerwca 2014

Co rok jest to samo. Gdy przychodzi pora wysiewu pierwszych warzyw, wysiewam rzodkiewki i sałatę szczodrą ręką, a jakiś czas później drapię się w głowę: jak to zużyć naraz? W przypadku rzodkiewek w dodatku i w zeszłym roku, i w tym, przez wyjazd przegapiłam najlepszy moment zbioru. W efekcie wyciągnęłam z ziemi kilkanaście przerośniętych sztuk, które nazwałam „mutantami popromiennymi”, ale – o dziwo – większość była jadalna. Jednak ile można jeść rzodkiewki do kanapek na śniadanie czy wmieszane w twarożek ze szczypiorkiem? Zdjęcie na Pinterest podsunęło mi pewien pomysł: prostą a smaczną (i skuteczną ;) metodę poradzenia sobie z rzodkiewkową klęską urodzaju. Oto surówka.


Składniki: 2 pęczki rzodkiewek (czyli ok. 20 sztuk), garść rukoli (można też użyć np. kolendry lub bazylii), łyżeczka posiekanego szczypiorku/dymki, sok z cytryny (do smaku, sugerowane obficie), oliwa lub ulubiony inny olej (np. wyrazisty rzepakowy), sól, pieprz

Rzodkiewki umyć, drobno (lub nawet bardzo drobno) posiekać, podobnie potraktować rukolę lub zioła. Doprawić do smaku, odstawić na 10-15 minut, sprawdzić doprawienie przed podaniem. Z dodatkiem np. fety lub koziego sera surówka może robić za cały posiłek.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi



Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna