Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
poniedziałek, 08 lutego 2016

Dawno, dawno temu przyznawałam się tu do faktu, że lubię czipsy, ale ich nie jem (sprawę bardzo ułatwia fakt, że octowe są prawie niedostępne w PL, ale znając swoją silną wolę, na Wyspach też dałabym radę, najwyżej z mniejszą skutecznością). Swego czasu jednak całkiem często kupowałam paczki mini (jednoosobowe) czipsów warzywnych (takich podobno zdrowych) jako piątkową przekąskę (kiedy czekałam, aż M skończy pracę; czasem wspaniałomyślnie brałam też dla niego porcję). Potem uznałam jednak, że to niekoniecznie dobre przyzwyczajenie ;). W domu nigdy nie próbowałam piec niczego w plastrach poza ziemniakami (czipsy jarmużowe jakoś mnie ominęły ;). O sprawie sobie przypomniałam stosunkowo niedawno - chyba za sprawą jakichś zdjęć, czyli pewnie na Pinterest lub Instagramie ;) - i nawet rozmyślne kupiłam marchewkę, bo ze sklepowych najchętniej je wybierałam.

Metod pieczenia warzyw w plastrach znalazłam wiele - od dość długo w niskiej temperaturze po (bardzo) szybko w gorącym piekarniku. Próbowałam i tak, i tak, i chyba jednak wolę wersję pierwszą, bo choć dłuższa i częściej trzeba do jarzyn zaglądać, trudniej je spalić. Jeśli chodzi o przygotowanie jarzyn itd., korzystałam ze wskazówek na tej stronie. Niestety buraki, które piekłam w temp. początkowej powyżej 200 st. siedziały w piekarniku trochę za długo. Zresztą i te kupne, i pieczone przeze mnie czipsy buraczane mają (w moim odczuciu) lekką goryczkę (kumin, który dodałam i też się przypiekł, im w tym nie pomógł), która nie do końca mi smakuje, więc na przyszłość będę raczej trzymać się marchewki i pietruszki/pasternaka.

Składniki:

  • dowolna ilość warzyw korzeniowych (marchew, pietruszka, burak itd. - patrz uwagi jw.), ew. dynia,
  • oliwa,
  • sól,
  • ew. dodatki (zioła, przyprawy korzenne)

Warzywa obrać, umyć i pokroić na jak najcieńsze plasterki za pomocą ostrego noża lub szatkownicy. Rozłożyć na ręcznikach papierowych, oprószyć dokładnie solą, odstawić na 20-30 minut, żeby się zapociły. Opłukać zimną wodą i dokładnie osuszyć.

Nagrzać piekarnik do 140 st. (termoobieg). Wyłożyć blaszkę papierem do pieczenia, rozłożyć równą warstwą plastry warzyw, posmarować dokładnie oliwą i ew. oprószyć dowolnymi ziołami. Piec ok. 45-50 minut, kilkakrotnie mieszając zawartość blaszki, następnie zostawić na co najmniej 15 minut w cieple resztkowym piekarnika. Uwaga: czipsy jeszcze schną po pieczeniu, więc na koniec powinny zostać minimalnie miękkie na środku, nie za mocno przypieczone/chrupkie. Najlepiej obserwować je w trakcie pieczenia, zwłaszcza po upływie 30 minut, i jeśli brzegi będą już mocno rumiane i suche, można szybciej wyłączyć piekarnik. Alternatywą jest pieczenie ok. 15 minut w 210 st. C i drugie tyle w 190, ale radzę często zaglądać do warzyw, czy się nie palą.

PS. Miłośnicy brytyjskich czipsów mogą gorące plastry lekko skropić łagodnym octem ;).

poniedziałek, 01 lutego 2016

Owsianka w moim odczuciu powinna być mokra i ciepła, a więc gotowana. Hasło 'owsianka pieczona' obiła mi się parę razy o oczy, podchodziłam jednak do sprawy nieufnie. Niedawno jednak M sobie zażyczył na śniadanie jabłko pieczone z granolą. Wyszło bardzo smacznie, więc zaczęłam zastanawiać się nad wersją owsianą, z przewagą płatków nad owocami. Po wypróbowaniu przepisu wciąż wolę wersję 'mokrą', choć ta z piekarnika może stanowić przyjemne urozmaicenie (zwłaszcza z owocami jagodowymi, jak zacznie się sezon!). Nie da się też ukryć, że robi się sama... choć nad zwykłymi płatkami też ostatnio nie stoję. Od jakiegoś czasu robię owsiankę z mieszanki płatków zwykłych i błyskawicznych, przy czym te pierwsze zalewam niewielką ilością wody na noc. Rano dorzucam garść błyskawicznych, dodaję mleko (lub trochę mleka, trochę wody), szczyptę soli i gotuję na bardzo małym ogniu ok. 15-20 minut, bez mieszania, potem dosładzam do smaku i ew. dodaję owoce. Oczywiście, w wersji pieczonej zyskuje się 5-10 minut więcej na czynności nie związane z przygotowaniem śniadania...

Składniki:

  • 1 szkl. płatków owsianych *
  • 1/2 szkl. mleka
  • szczypta soli
  • 1 banan
  • 1 łyżka miodu
  • Do podania: dodatkowy miód i owoce

Wysmarować dokładnie naczynie żaroodporne masłem (moje miało ok. 15x15cm, można też użyć dwóch mniejszych). Banana pokroić w plastry, ułożyć na dnie naczynia. Płatki wymieszać z mlekiem, solą i miodem, wyłożyć na banana. Wyrównać wierzch, umieścić w piekarniku nagrzanym do 190 st. C., piec ok. 25 minut. Wierzch powinien być zezłocony i chrupki. Podawać od razu, najlepiej z dodatkowymi owocami i miodem do dosłodzenia według uznania.

* Użyłam błyskawicznych, zwykłe lub górskie namoczyłabym na noc w kilku łyżkach wody.

Po pokazaniu na FB zajawki przepisu padło pytanie "czy to śniadanie, czy deser". Jak mam nadzieję wynika jasno z ww., miałam na myśli danie śniadaniowe ;). Gdybym chciała owsiankę podać jako coś słodkiego, zwiększyłabym znacznie udział owoców (może dodała także namoczone rodzynki?), mocniej posłodziła i pewnie podała dodatkowo np. gęsty jogurt z miodem lub śmietankę.

środa, 27 stycznia 2016

Wyprowadzka ze stolicy ma wiele zalet. Właściwie każdego dnia (np. wyglądając przez okno) myślę sobie, że mam dużo szczęścia. Dzięki internetowi, poczcie i firmom kurierskim prawie wszystkie miejskie dobrodziejstwa mogę mieć na miejscu. Prawie… bo taki koper włoski zwany fenkułem pojawia się w mojej kuchni wtedy, kiedy go zdobędę podczas wycieczki do źródła (czyt. miasta) lub wyhoduję, a więc niezbyt często. Lokalnie udało mi się go kupić raz i prawie się popłakałam wtedy ze szczęścia*.

M niezupełnie podziela moja słabość do tego warzywa, które najbardziej lubię w formie minimalistycznej, odświeżającej surówki. Niedawno jednak (w Austrii warzywo leży w każdym supermarkecie) spróbowałam kopru włoskiego na ciepło, w prostym makaronie, i ta wersja smakowała nam obojgu. Przepis na blogu Sprouted Kitchen wyskoczył mi wśród pierwszych paru wyników w wyszukiwarce (po tym, jak obejrzałam zawartość lodówki, wstukałam w Google trzy główne składniki), pochodzi jednak z posiadanej przeze mnie River Cottage Veg Hugh Fearnleya. Posiadanej, ale mało wykorzystywanej: choć z rozpędu (i nie łudźmy się, skuszona promocyjnymi cenami, typu 5 funtów) kupiłam kilka książek wąskotematycznych HFW, najbardziej podobała mi się pierwsza, z jaką miałam do czynienia, tj. River Cottage Everyday. Gdy szukam pomysłu na określone warzywo lub owoc, czasem zaglądam do indeksów Fruit czy Veg, ale prawie zawsze książka wędruje potem na półkę. Może jednak powinnam im się bliżej przyjrzeć, zważywszy na udany pomysł na fenkuła…?

W mojej wersji była kwaśna śmietana 18%, bo to miałam pod ręką, można jednak użyć czegoś konkretniejszego (np. crème fraîche, jeśli ktoś posiada dostęp ;). Nie siekałam także drobniej rdzenia fenkuła, bo nie był szczególnie twardy.

Składniki:

  • 1 większa bulwa kopru włoskiego, pokrojona w cienkie pióra („koperek” zachowany i drobno posiekany)
  • łyżka oliwy
  • 2 ząbki czosnku, drobno posiekane
  • ok. 200-225g ulubionego długiego makaronu (u nas spaghetti, ale polecam też domowy, np. z tego przepisu)
  • ok. 4 łyżek śmietany (u mnie kwaśna 18%, patrz wyżej)
  • skórka starta z 1 cytryny
  • ok. 3 garści rukoli
  • sól, pieprz i sok z cytryny (do smaku)
  • starty ser do posypania (parmezan, pecorino lub rodzimy dojrzewający, np. Bursztyn)

Zacząć od nastawienia wody na makaron: sos robi się szybko i makaron kupny, który gotuje się np. ok. 10 minut, powinien tak naprawdę już znajdować się w garnku, gdy zaczniecie zajmować się pozostałymi składnikami obiadu.

Rozgrzać oliwę w dużej patelni i przesmażyć fenkuła przez ok. 5 minut, mieszając tylko jednokrotnie na początku (ma się lekko skarmelizować). Zamieszać, skręcić lekko ogień, dodać czosnek, gotować chwilę, dodać (stopniowo, dokładnie mieszając żeby się nie zwarzyła) śmietanę i skórkę cytrynową. Wymieszać całość, dodać rukolę, ponownie zamieszać, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Odcedzić makaron, zachowując ok. ¼ szklanki wody z gotowania, wymieszać z zawartością patelni i, jeśli to konieczne (a u mnie było), zwilżyć całość zachowaną wodą. Skropić lekko cytryną, sprawdzić doprawienie. Podawać natychmiast, posypane wybranym serem i „koperkiem” z fenkuła.

* Co jest i tak niczym w porównaniu z misją z pierwszego roku na Mazurach pt. „gdzie kupić prawdziwy parmezan”. Nie miałam ogromnych wymagań, chodziło mi po prostu o produkt włoski, w jednym kawałku, np. zapakowany próżniowo. W tej chwili już z tym nie ma problemu, ale możliwe, że krzyknęłam, jak go pierwszy raz zobaczyłam w sklepie.

piątek, 22 stycznia 2016

Jakiś czas temu, planując obiad bezmięsny, przeszukałam szafkę kuchenną z tzw. 'suchymi' pod kątem soczewicy. Już, już trzymałam w ręku puszkę z czarną „Bieługą”, gdy zobaczyłam paczkę tej czarno-białej, kupionej jakiś czas temu przez internet. Tyle, że po uważniejszym wczytaniu się w opakowanie (nie wersję polską, bo ta właśnie miała „soczewicę”) i przeszukaniu internetu, okazało się, że to właściwie fasola. Mowa o urid (urad) dal, albo fasoli mungo (nie mylić z mung). W języku angielskim nazywa się ją (mylnie) soczewicą i taka kalka językowa pojawiła się w sklepie internetowym. Jak wygląda, widać na zdjęciach – moja to wersja w połówkach, ale niełuskana. Na oko wygląda jak monochromatyczny groch, ale w przeciwieństwie do tego ostatniego, nie rozpada się podczas gotowania. Zapach ma lekko orzechowy, natomiast jeśli chodzi o wygląd, M po nachyleniu się nad garnkiem spytał, co to za kasza ;). Smak ma także, w moim odczuciu, nietypowy dla strączkowych.

Dość długi zastanawiałam się, co z tym fantem zrobić, poza tym, że coś indyjskiego. Popatrzyłam na różne przepisy i ostatecznie skupiłam się na dodatku szpinaku, jak u Heidi Swanson, modyfikując jednak metodę i składniki. Użyłam oleju kokosowego, ponieważ zaplanowałam dodatek mleka kokosowego, ale można użyć oleju roślinnego, ghee itd. Wyszło zaskakująco smaczne, choć – jak to wszystkie dania indyjskie ze szpinakiem i/lub strączkowymi – umiarkowanie atrakcyjne wizualnie ;). Moim zdaniem zyskuje na wcześniejszym przygotowaniu i podgrzaniu, choć można je też jeść od razu. Ponieważ ugotowałam nadmiar fasolki, zrobiłam jeszcze szybką pastę do pieczywa (która już zupełnie nie wygląda ;), o której niżej.

Urid dal ze szpinakiem

  • Składniki:
  • 1/3 szklanki fasolki mungo (urid dal)
  • 3 łyżeczki oleju kokosowego
  • po ½ łyżeczki kuminu i czarnej gorczycy
  • 1/4 łyżeczki kurkumy
  • 2 ząbki czosnku
  • ok. 7 plasterków imbiru
  • 1 mała zielona (lub czerwona) papryczka chilli
  • opcjonalnie: łyżka suszonych liści kozieradki
  • 450g mrożonego szpinaku
  • sól do smaku
  • 165ml (mała puszka) mleka kokosowego

Fasolę namoczyć przez godzinę, odcedzić, umieścić w rondlu, zalać wodą i gotować ok. 15 minut ze szczyptą soli i ok. ½ łyżeczki oleju. Po ugotowaniu odcedzić, odstawić na bok. Pozostały olej rozgrzać w dużym, szerokim garnku i zrobić masalę z przypraw. Gdy gorczyca zacznie strzelać, dodać imbir, czosnek, chilli, przesmażyć chwilę, następnie dodać szpinak, lekko podlać wodą i podgrzewać na średnim ogniu, aż się rozmrozi. Dodać mleko kokosowe i 165ml wody (odmierzone puszką po mleku), liście kozieradki (jeśli używacie), gotować chwilę, dodać sól do smaku. Połączyć szpinak z dalem, całość gotować jeszcze ok. 30 minut na niewielkim ogniu LUB (i to polecam) gotować ok. 20 minut, po czym odstawić na co najmniej 2-3h i przed jedzeniem podgrzewać co najmniej 20 minut. W idealnym świecie podać posypane świeżą kolendrą. 

Szybka pasta do pieczywa

  • ½ szklanki (czyli 120ml) ugotowanej jw. fasolki mungo
  • 2 łyżki masła orzechowego lub tahiny
  • 7-8 pomidorów suszonych (nie z oleju, lub dobrze osączonych)
  • ½ łyżeczki soli (+ do smaku)
  • 3-4 łyżki oleju rzepakowego/oliwy
  • ½ łyżeczki papryki wędzonej (u mnie słodka, można dać lekko ostrą)
  • ½ łyżeczki za'ataru

Wszystkie składniki zmiksować z malakserze, sprawdzić doprawienie. Gdyby masa była za gęsta, dodać odrobinę gorącej wody. Przed podaniem skropić oliwą i oprószyć słodką papryką (już niekoniecznie wędzoną).

Uprzedzając pytania - kolor papryki na poniższym zdjęciu jest całkowicie naturalny :).

czwartek, 14 stycznia 2016

Pączki w moim życiu istniały dotąd dwojakie: tradycyjne drożdżowe, które smakują mi właściwie tylko a/domowe, b/na świeżo po usmażeniu, c/bez lukru ;) oraz hit dzieciństwa, tj. tzw. francuskie (które kiedyś muszę wreszcie zrobić). Oczywiście, były jeszcze Bauerkrapfen, ale to to samo, co drożdżowe, tylko wywrócone na drugą stronę. Pączki z dziurką oznaczają dla mnie doughnuts, tj. pączki amerykańskie, i znałam je tylko od strony Dunkin' Donuts (które nie mam pojęcia, czy w PL w ogóle jeszcze istnieje?) w połowie lat 90-tych. Nigdy jakoś szczególnie mi nie smakowały (choć krem bawarski w jednym wariancie był całkiem, całkiem ;), więc nie wiem, czemu tak do mnie przemówił wpis Deb Perelman (Smitten Kitchen). Poza tym, że przyciągnęły mnie zdjęcia brązowych oponek ułożonych jedna na drugiej, bardzo spodobał mi się wstęp do wpisu: że cider doughnuts to coś, co się sprzedaje (i je) na nowojorskim targu jesienią, ale smak kupnych pączków zawsze autorkę rozczarowuje. Niestety, moja wizyta w NYC odbyła się za wcześnie (pierwsza połowa września), więc ominęły mnie słynne stosy jabłek i świeżych soków jabłecznych, o których czytałam dawno temu u Kasi, no i właśnie pączków na bazie ww. soku. Albowiem cider w amerykańskiej odmianie angielszczyzny, to nie to samo, co na Wyspach – to niefiltrowany sok, nie alkohol (nazywany w USA hard cider).

Gdy zdecydowałam się na wyciągnięcie frytkownicy, co następuje góra dwa razy do roku (nie tylko dlatego, że rzadko smażymy na głębokim tłuszczu, ale też ze względu na to, że nie znoszę jej myć), zaplanowałam pączki „zwykłe” (z ½ porcji) oraz połówkę tych na soku jabłecznym. Dopiero potem przeczytałam na temat schładzania ciasta na blaszkach w zamrażarce i potem w lodówce (zawsze wtedy się zastanawiam, czy naprawdę wszyscy mają chłodziarki skrzyniowe? Do mojej zamrażarki wchodzi góra format A4), co sprawiło, że nie podzielam opinii Deb, że to „dużo mniej kłopotliwe pączki, niż drożdżowe”. Może to kwestia podejścia (albo posiadanego AGD).

Jeśli chodzi o smak, byłam zaskoczona, bo nigdy czegoś takiego nie jadłam. Zasadniczo to są usmażone ciasteczka, i tak właśnie smakują. Nie są bardzo słodkie. Najlepsze na świeżo/na ciepło, ostatecznie następnego dnia, ale dłużej bym nie przechowywała, bo z każdym dniem są coraz bardziej suche i ciasteczkowe – chyba, że to komuś nie przeszkadza ;). M oznajmił, że dla niego są pozbawione wyróżniających cech dodatnich (tak naprawdę powiedział selling point ;)) w stosunku do pączków drożdżowych, i trochę go rozumiem. Może po prostu brakuje Union Square, czerwonych liści na drzewach i majaczącego w tle mojego ukochanego budynku Chryslera [szloch]? Uważam jednak, że warto spróbować, z ciekawości i, rymując, dla uroku nowości. Zastanawiam się jednak cały czas, jak by smakowały po prostu upieczone. Aha, wycięte dziurki się nie marnują.

Podaję składniki jak u Deb (zasadniczo nic nie zmieniałam w składzie, poza tym, że podzieliłam wszystko na ½, a pączków wyszło proporcjonalnie trochę więcej).

Składniki:

  • ½ szklanki niefiltrowanego soku jabłkowego (kupnego lub z sokowirówki)
  • 3 ½ szklanki mąki (albo ok. 530-560g)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki soli
  • 1/8 łyżeczki (lub hojna szczypta) gałki muszkatołowej
  • 4 łyżki miękkiego masła
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże jaja
  • ½ szklanki maślanki
  • olej (ok. 2 litrów) do smażenia
 do posypki:
  • cukier drobny lub puder (kilka łyżek), opcjonalnie zmieszany z cynamonem (ilość zgodna z upodobaniami)

Sok jabłkowy przelać do rondelka, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować, aż całość się zredukuje o połowę, czyli do ok. 1/4 szklanki. U mnie zajęło to ok. 20 minut. Odstawić do wystudzenia.

Wymieszać suche składniki (mąkę, spulchniacze i przyprawy), odstawić na bok. Mikserem utrzeć masło i cukier na miękki krem. Dodać jaja, ubić na gładko, zmniejszyć obroty miksera i dodać sok oraz maślankę. Na koniec wmieszać mąkę itd. - ciasta nie należy długo wyrabiać, tylko tyle, by składniki się dobrze połączyły. Ciasto będzie dość lepkie, ale nie może być płynne, w razie potrzeby podsypać mąką.

Następnie należy masę schłodzić; jeśli temperatura jest wyraźnie ujemna, można wykorzystać siły natury i np. balkon ;). W przeciwnym razie proponuję podzielić ciasto na 2-4 części (w zależności od tego, jak pojemną macie zamrażarkę, ja użyłam 2 desek do krojenia na ciasto z ½ składników), przełożyć każdą na np. deskę/małą blaszkę wyłożoną omączonym pergaminem lub matą silikonową, ponownie omączyć i rozpłaszczyć dłońmi na ok. 1-1,25cm grubości. Przełożyć do zamrażarki na ok. 20 minut. Następnie wyciąć koła o średnicy ok. 7,5-8cm i korzystając z małej wykrawaczki lub kieliszka wyciąć w nich dziurki. Wykrojone pączki (oraz wycięte dziurki) położyć z powrotem na ww. deskach/blaszkach i schłodzić tym razem w lodówce przez ok. pół godziny.

Smażyć we frytkownicy, zgodnie z instrukcją obsługi urządzenia, lub w szerokim garnku (olej powinien mieć temperaturę ok. 180 st. C) – ok. minutę po jednej stronie i tyle samo po drugiej w przypadku pączków z dziurką, „dziurki” można smażyć trochę krócej. Pączki krótko osączać na talerzach wyłożonych ręcznikami papierowymi i od razu oprószać wybranym cukrem.

niedziela, 10 stycznia 2016

Dawno, dawno temu był na Galerii Potraw kultowy przepis na śledzie cytrynowe (zresztą, gdy zaczęłam go szukać w Google, jako podpowiedź wyskoczył od razu wynik „śledzie cytrynowe Jacka" - to właśnie te ;). Jak zaczęłam sama robić przetwory rybne, to kilka razy się do nich przymierzałam, ale albo nie miałam kilku dni czasu (potrzebnych śledziom do nabrania właściwego smaku), albo nie miałam tylu cytryn, co trzeba. Powiedzmy sobie szczerze, że potrzeba ich sporo, a skoro zużywa się i skórki, i sok, to najlepiej użyć ekologicznych.

Jeśli chodzi o smak, to okazało się, że jest to rzecz kontrowersyjna: M spróbował, oznajmił „to jak te Twoje marynowane cytryny, tylko ze śledziami” i stanowczo odsunął słoik. Skosztowałam więc ja i krzyknęłam: „Ojej, pyszne! Faktycznie jak te cytryny!”. Bo, powiedzmy sobie szczerze, to są marynowane (czy też kiszone) skórki cytrynowe. Plus słony śledź. Miłośnicy bliskowschodniego przysmaku powinni być zachwyceni, ale Ci, którzy zjedzą, ale w małych ilościach i nie za często… to na własne ryzyko ;). Zresztą, w ogóle należy bardzo lubić i kwaśne, i cytryny (o śledziu nie wspominam, bo to oczywiste) - np. ja nie miałam problemu z samodzielnym zjedzeniem zawartości tego słoika...

Składniki:

  • 4 płaty śledzi w zalewie (a la matjas)
  • ok. 5 cytryn (sok i skórka)
  • kilka (4-5) goździków

Śledzie opłukać i jeśli zazwyczaj moczycie, krótko wymoczcie; ja jak zawsze nie moczyłam, tylko pokroiłam od razu na ok. 2cm kawałki. Cieniutko zetrzeć skórkę z umytych (i dokładnie sparzonych i wytartych, jeśli pryskanych) cytryn – nie może być ani trochę gorzkiego albedo. Użyłam do tego celu obieraczki do jarzyn, paski potem pokroiłam w kostkę. Układać w słoju warstwami śledzie, skórkę + jeden goździk, i tak dalej, aż do zapełnienia naczynia (ok. 400-500ml). Całość zalać sokiem z wyciśniętych cytryn – u mnie poszło 5 owoców, tj. wszystkie, z których starłam skórkę. Sok musi całkowicie zakryć rybę. Odstawić do lodówki, jeść po ok. 6-7 dniach. Jeśli sądzicie, że śledź będzie stał dłużej, niż zalecany tydzień, dodajcie na wierzch jeszcze warstwę oliwy.

A w temacie cytryn, warto przypomnieć, że robiłam i te szybkie, i te dojrzewające :).

czwartek, 07 stycznia 2016

Jakiś czas temu z ciekawością przeczytałam wpis na blogu Magazyn Kuchennyo ulubionych gadżetach i utensyliach kuchennych, i w myślach zrobiłam swoją listę „top 5” akcesoriów przydatnych, a niekoniecznie typowych. Potem z 5-tki zrobiła się 8-ka. Zanim jednak o niej napisałam, minęło – jak widać ;) - dużo czasu.

Pominęłam rzeczy (w moim odczuciu) oczywiste, takie jak trzepaczki, łopatki czy moździerz, wielkogabarytowe, typu ekspres do kawy czy mikser, a także naczynia kuchenne, typu patelnie. Zostały tzw. bajery, ale takie, których mi mniej lub bardziej brakuje, gdy gotuję poza własną kuchnią.

1. Miarki

Łyżki, kubki, dzbanki (których na zdjęciu nie widać, mam litrowy oraz półlitrowy). Prezenty ze Stanów (te bardziej zużyte), podarki od rodziców oraz tzw. pamiątki z wakacji. Wszystkie regularnie używane, do odmierzania przypraw, kasz, ryżu, no i oczywiście „szklankowych” przepisów amerykańskich. Najmniejsza to 1/8 łyżeczki.

2. Wagi

Jako aptekarska wnuczka, jak tylko zaczęłam gotować, zapragnęłam wagi. Pierwsza była zdobyczna, ręcznie regulowana, a więc średnio dokładna, potem już tylko elektroniczna (dwuzakresowa, bo jako leń przełączam na uncje przy przepisach Hamelmana). Najbardziej jednak przywiązana jestem do wagi łyżkowej (do 30g). Korzystam z niej regularnie do odmierzania kawy (jak widać na zdjęciu) do ekspresu, a także do drożdży, przypraw i innych drobiazgów. Ma tą zaletę, że jest bardzo dokładna. Tak bałam się, że kiedyś mi się zepsuje, że kupiłam zapasową ;).


Tzw. najważniejsze mamy z głowy. Teraz takie mniej istotne, acz przydatne...

3. Termometr spożywczy

OK, tak naprawdę mam ich kilka - jeden mieszka przy ekspresie i używam go tylko do kontrolowania temperatury spienianego mleka, drugi jest do wina i tylko sobie leży w szufladzie, a trzeci kupiłam w ramach cukiernictwa, a konkretnie temperowania czekolady. Choć nie jest idealny – są lepsze, bardziej zaawansowane i czułe, plus od razu zepsułam uchwyt do mocowania na garnku a z zastępczym kupionym przez M trzeba trochę się pobawić, lubię go za funkcję alarmu przy osiągnięciu zadanej temperatury. Ostatnio przydaje się także M w wędliniarstwie.


4. Mini tarka

Używam jej właściwie tylko do gałki muszkatołowej, ale za każdym razem się cieszę, że ją mam, bo a/ jej mini gabaryty z jakiegoś powodu mnie bawią, b/ nie znoszę bez potrzeby mnożyć naczynia do zmywania. Wyciąganie dużej tarki tylko do starcia szczypty gałki – za dużo zachodu, a takie maleństwo wystarczy tylko opłukać.

5. Podkładki („stopery”) pod pokrywkę garnka

'Lid sids' zachwyciły mnie w internecie – i pomysłem, i wykonaniem. Kto nie miał nigdy problemów z kipiącą zupą/ryżem/potrawką? Kto nie zostawił lekko uchylonej pokrywki, opartej o brzeg garnka i poszedł np. poczytać ulubione blogi, a pokrywka w międzyczasie się niestety zsunęła z powrotem? Te małe ludki zahacza się o brzeg naczynia, o ich plecy opiera pokrywkę i voila – stabilnie, nic nie kipi, garnek częściowo przykryty. A do tego buzia mi się sama śmieje, jak je widzę w akcji.

6. Nóż kolebkowy (siekacz)

Wkład Nigelli w moje życie, tj. kuchnię. Obejrzawszy ileś programów, w których sieka zioła/cebulę/chilli i inne, zachwalając swój nóż kolebkowy, jako szybki a wydajny, przy tym bezpieczny dla osób zgrabnych inaczej, uznałam, że to coś właśnie dla mnie. I faktycznie, sieka czy szatkuje się nim – w moim odczuciu – świetnie, przy tym jeszcze nigdy nie zrobiłam sobie nim krzywdy (czego nie da się powiedzieć o innych narzędziach kuchennych, np. bardzo ostrej tarce do cytrusów). Ostatnio z tego noża mniej korzystam, bo odkryłam tzw. nóż Deba, albo nóż szefa kuchni na miarę moich możliwości. Używając go jednak muszę znacznie bardziej się skupiać, np. na odległości palców od ostrza, niż przy siekaczu ;).

7. Szeroka łyżka do nakładania potraw

Tak naprawdę produkt ze zdjęcia nazywa się „łyżka do woka”. Dawno, dawno temu moja Mama gdzieś kupiła stosunkowo płaską a szeroką (a la szufla) łyżkę do serwowania. Długo szukałam zamiennika (tj. swojej łyżki); ta poniżej mogłaby być trochę większa, ale i tak bdb spełnia swoją funkcję (lepiej niż chochla) przy daniach półpłynnych, typu potrawki czy curry, a jemy ich bardzo dużo.

8. Silikonowe mieszadło do miksera

Choć mikser wyrzuciłam z listy, zostawiłam niestandardową, silikonową nasadkę, która towarzyszyła mojemu obecnemu mikserowi (Kenwood) i którą wiem, że można nabyć osobno: jeśli ktoś się waha, czy zainwestować w taki dodatek, warto! Świetnie uciera kremy, masy (np. na sernik) czy luźne ciasta - znacznie lepiej niż zwykłe mieszadło (bo m.in. bardzo dobrze zbiera wszystko ze ścianek miksera). M uważa, że to dzięki niej tegoroczny sernik świąteczny był wyjątkowo udany ;).

 A teraz oczywiście ciekawa jestem Waszych typów! Co znalazłoby się pierwszej 5-tce (lub 8-ce)?

niedziela, 03 stycznia 2016

W grudniu miałam okazję być na tzw. biurowym przyjęciu (przed)świątecznym, z angielska zwanym Christmas Party. Gdy na stole pojawiły się przystawki, od razu zauważyłam czarne „coś”, towarzyszące serom, i z ciekawością sięgnęłam w tamtą stronę. Okazało się, że to krakersy z czarnego sezamu i… tu wystąpiła różnica zdań, bo połowa jedzących wyczuła czarnuszkę, reszta nie. Krótko jeszcze podyskutowaliśmy, jak to zrobić w domu (głosowałam za sklejeniem białkiem, myśląc o orzechach prażonych), a gdy wróciłam do domu (i internetu), rozpoczęłam poszukiwania. Moje krakersy miały być z jasnego sezamu, bo o czarny bym musiała się specjalnie postarać, tymczasem jednak znalazłam opcję z siemienia lnianego. Szczerze mówiąc, to taki przepis, do którego normalnie nigdy bym się nie zbliżyła – krakersy sklejone papką z siemienia, składające się także głównie z siemienia…? Nie, dziękuję. A jednak (znów kierowana ciekawością plus mając w pamięci te restauracyjne) spróbowałam, zwiększając ilość soli i dodając czarnuszkę, i choć moim zdaniem wyglądają jak karma dla ptaków lub gryzoni, są wegańskie, beztłuszczowe i pewnie przeraźliwie zdrowe, smakują naprawdę nieźle. Tylko trzeba, mimo wszystko, lubić siemię lniane.


Poza ww. zmianami w składzie wybrałam także inny sposób pieczenia, sugerując się komentarzami pod przepisem. Nie miksowałam także składników, bo chciałam mieć całe ziarna.

Składniki:

  • 160g siemienia lnianego
  • 80g innych ziaren/pestek (u mnie sezam i słonecznik 1:1)
  • 1,5 łyżeczki soli morskiej (plus opcjonalnie dodatkowa do posypki)
  • 1 kopiasta łyżeczka czarnuszki*

Zalać siemię wodą (tyle, by przykryć ziarna – u mnie było ok. 300ml), przykryć i odstawić na noc lub co najmniej 8h. Następnego dnia odcedzić ew. nadmiar płynu (moje siemię wchłonęło całą wodę) i wymieszać z pozostałymi składnikami. Wyłożyć blaszkę matą silikonową i rozłożyć masę dokładnie, równą warstwą – można pomóc sobie zwilżonymi lub lekko natłuszczonymi dłońmi. Opcjonalnie oprószyć solą, np. w płatkach. Piec 20 minut w 150 st. C (termoobieg) i ok. 40 minut w 140 st. Połamać na dość duże kawałki i podsuszyć co najmniej godzinę w cieple resztkowym piekarnika (ja po prostu zostawiłam je tam do całkowitego wystudzenia). Przechowywać w szczelnym pojemniku.

* Można użyć kminku, kuminu, kopru włoskiego lub innych przypraw.

Krakersy świetnie pasują i do serów, i do wszelkiego rodzaju dipów, i jako przekąska. Można by też je lekko rozdrobnić i użyć do posypania sałatki, zupy lub innego dania warzywnego.


środa, 30 grudnia 2015

Przyznajcie się, zostały Wam ciasta świąteczne? U nas jest mniejsza połowa Christmas Cake i mały kawałek piernika, przy czym oba ciasta są ozdobione żurawiną w cukrze. Pomysł na taką jadalną dekorację wymyśliłam sobie, jak zazwyczaj, przeglądając internet (swoją drogą, nie miałam wcześniej pojęcia, że z żurawiny można zrobić prawie wszystko ;). Wszystkie przepisy (np. ten) wyglądały na banalnie proste. I są, z efektu byłam zadowolona, miałam jednak problem z przechowaniem gotowego produktu. Wydawało mi się, że dobrze wysuszyłam owoce, i że w plastikowym pojemniku b/p przeżyją cztery dni do Wigilii. Niestety, albo jednak ich nie wysuszyłam, albo szczelny pojemnik im szkodzi, bo przez noc się zapociły i już następnego dnia większość cukru z żurawin opadła. Jako osoba, wiadomo, uparta, spróbowałam jeszcze raz, tym razem trzymając owoce cały czas w naczyniu bez przykrycia i potem ostrożnie pakując gotowe ciasta (czyt. starając się zostawić dostęp powietrza). Przeżyły w ten sposób podróż do stolicy, a nawet parę dni po tej podróży ;).

Uwaga: syrop, którym zalewamy żurawiny, można po odcedzeniu wykorzystać np. do wody sodowej lub jako bazę innych napojów (z % lub bez), np. świetnie smakuje w połączeniu z niesłodzonym sokiem żurawinowym zmieszanym z sokiem z 1/2 lub 1 pomarańczy (opcjonalnie zakropionym rumem).

Składniki:

  • 1 szklanka cukru (może być częściowo brązowy)
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka żurawiny (może być wielkoowocowa)
  • 2-3 łyżki cukru (zwykłego)
  • 2-3 łyżki cukru drobnego

Wodę i cukier wymieszać, zagotować, lekko przestudzić. Zalać syropem umytą żurawinę, odstawić na co najmniej 8h w raczej chłodnym miejscu (nie musi być lodówka, może być np. spiżarnia/nieogrzewane pomieszczenie). Owoce osączyć z syropu na sitku (syrop zachować, patrz wyżej), następnie przełożyć do szerokiej miski lub innego głębszego naczynia, w którym można je ułożyć w jednej warstwie. Przesypać dokładnie ok. 2-3 łyżkami zwykłego białego cukru, odstawić do wyschnięcia na kilka h, następnie czynność powtórzyć z cukrem drobnym. Owoce powinny wyglądać tak, jak na zdjęciu powyżej. Dokładnie wysuszoną żurawinę wykorzystać jako dekorację (jak na poniższym zdjęciu piernika), jeść solo zamiast cukierków lub użyć w owsiance/płatkach śniadaniowych.

 

środa, 23 grudnia 2015

To żadna tajemnica, że w ramach wprawiania się w świąteczny nastrój lubię oglądać inspirujące obrazki okolicznościowe na Pinterest (część zbieram na swojej tablicy). Tak szukałam pomysłów na kalendarz adwentowy i znalazłam pomysł na masę ze skrobi i sody, z której zrobiłam dekoracje na choinkę (patrz niżej). Można powiedzieć, że się w tym roku rozwijam w temacie świątecznego ZPT: poza zawieszkami zrobiłam 1,5 wieńca z gałązek (jeden na spółkę z M) i stroik na stół ;). 

Któregoś dnia zobaczyłam zdjęcia „krok po kroku” pt. Jak zrobić wieniec chlebowy. Pomysł mi się bardzo spodobał, nie chciałam jednak upiec ot, jakiegoś tam pieczywa. Zależało mi na powtórzeniu smaków wigilijnych. Po odrzuceniu kapusty i buraków zostały grzyby i cebula ;). Bazą było najprostsze chlebowe ciasto drożdżowe, z którego co jakiś czas piekę bułki mniejsze lub większe.


Składniki:

  • ¾ szklanki suszonych grzybów
  • 1 średnia cebula
  • łyżka oleju
  • 500g mąki chlebowej, pszennej lub orkiszowej (można dodać ok. 50-75g razowej)
  • 15g świeżych drożdży
  • ok. 200ml wody
  • 100ml płynu z moczenia grzybów
  • 1,5 łyżeczki soli

Grzyby zalać letnią wodą (tyle, by całkowicie je przykryć), odstawić na co najmniej 2h, odcedzić, zachowując płyn, następnie drobno posiekać. Cebulę drobno posiekać, zeszklić na oleju, odstawić. Wymieszać mąkę z pokruszonymi drożdżami, dodać płyn, w tym wodę z moczenia grzybów (ew. nadmiar, po odlaniu 100ml, zostawić - przyda się do zupy, potrawki itd.), całość z grubsza wymieszać i krótko wyrobić. Przykryć i odstawić na ok. 10 minut. Dodać grzyby, cebulę i sól, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto. Powinno pozostać miękkie, minimalnie lepkie; gdyby było suche, dodać odrobinę więcej płynu. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce, do podwojenia objętości (ok. 1 h), po tym czasie uformować bułki/bułeczki lub słynny wieniec/wieńce. W tym celu wziąć większą kulę ciasta (u mnie to była ½ całości), zrobić w środku otwór i całość rozciągnąć na wielkiego bajgla, umieścić na pergaminie lub macie do pieczenia. Alternatywnie można uformować długi wałek i skleić końce, choć po upieczeniu może być widać miejsce złączenia. Przykryć folią i odstawić do napuszenia (ok. 30-40 minut). Przed samym pieczeniem uzbroić się w nożyczki (użyłam kuchennych do rozbierania drobiu) i naciąć głęboko ciasto w odstępach ok. 5cm (polecam zajrzenie do linku, jak to zrobić). Piec na kamieniu (zsunąć wieniec razem z pergaminem), z parą, przez ok. 22-25 minut.

Nacięcia przydają się do dzielenia się wieńcem – łatwo rwać kawałki wielkości bułeczek. Ponieważ jednak z drugiej połowy ciasta zrobiłam swoją drogą bułki (większe, niż te oderwane z wieńca), uznałam, że to świetna okazja, by odtworzyć wspomnienia ze spacerów po warszawskiej Starówce. Nie wiem, jak Wy, ale z dzieciństwa pamiętam, że żadna taka wycieczka (słowo na miejscu, bo nawet jako warszawianka długo mieszkałam na peryferiach miasta, a metra wtedy nie było ;) nie mogła się obyć bez konsumpcji bułki z pieczarkami, którą ceniłam bardziej niż zwykłe zapiekanki, bo je można było kupić wszędzie. Najbardziej mnie fascynowało jak pochmurne ekspedientki sprawnie wydrążały pieczywo na szpikulcach, a potem nabierały chochlą sos, który wlewały do powstałego w bułce otworu. Nawet nie wiem, czy ta atrakcja gastronomiczna wciąż istnieje…?


Zważywszy na to, że sos do oryginalnych bułek ze Starówki podgrzewał się cały dzień (albo dłużej…), moja wersja jest błyskawiczna. Została zjedzona równie szybko ;).

Składniki (2 bułki):

  • 1 mała cebula
  • olej
  • hojna garść pieczarek, pokrojonych w plasterki
  • 2 grzyby suszone
  • sól, pieprz
  • kopiasta łyżka śmietany
  • 2 bułki (z przepisu powyżej lub dowolne wielkości kajzerek, wydrążone)

Cebulę zeszklić na oleju, dodać pieczarki i wkruszyć grzyby. Całość oprószyć solą i pieprzem, dusić pod przykryciem, aż pieczarki zmiękną; podlać lekko wodą, jeśli będzie to konieczne. W międzyczasie wydrążyć bułki – użyłam do tego celu peanu medycznego i ponownie nożyczek do dzielenia drobiu ;). Uduszone pieczarki zabielić śmietaną, najlepiej wcześniej zahartowaną odrobiną sosu, i delikatnie podgrzać jeszcze kilka minut, następnie sprawdzić doprawienie. Farszem dokładnie nadziać wydrążone bułki. Jeść najlepiej po spacerze na mrozie (wiem, że obecnie nierealne, ale na Mazurach trochę ponad tydzień temu była zimowa pogoda)!

Wracając do tematu ozdób świątecznych, niekoniecznie spożywczych i wspomnianej masie skrobiowej: rzecz jest wyjątkowo prosta, jak to ujęto np. na tym blogu. Trzeba wymieszać w rondlu szklankę sody z ½ szklanki skrobi (kukurydzianej lub ziemniaczanej) i ¾ szklanki wody i podgrzewać do uzyskania czegoś a la gęste i gładkie puree ziemniaczane. Po lekkim wystudzeniu masy wałkować (można wałkiem grawerowanym) na ok. 5-6mm (cieńsze będą się łamać), wycinać dowolne kształty, które następnie należy wysuszyć przez ok. 1h w 70-75 st. C (termoobieg). Jeśli chcecie je zawiesić na choince, trzeba wcześniej zrobić dziurki (np. patyczkiem do szaszłyków). Wystudzone, „ceramiczne” ozdoby można dodatkowo pomalować, obkleić, itd. U mnie, jak widać, znowu Muminki ;).



Skoro już podzieliłam się już i ozdobami, i pieczywem… to chyba czas pożyczyć wszystkiego dobrego z okazji Świąt. Takich z uśmiechem, spokojem, bez niepotrzebnego pośpiechu, nerwów czy kłótni, co pewnie oznacza, że z programu telewizyjnego najlepiej wybrać tylko kino rodzinne, a w internecie ostrożnie wybierać strony... Najlepiej pewnie po prostu pójść na spacer ;). Co rok sobie obiecuję choć kilkudniowy detoks internetowy: może tym razem? Albo może chociaż kilka dni bez mediów społecznościowych ;)?

PS. Spóźnialskim przypominam, że świąteczne dania na blogu znajdziecie TU.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97
| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna