Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
poniedziałek, 08 lutego 2010

Dwa dni temu dowiedziałam się, że jak byłam mała, podobno jadłam domowe pączki, smażone przez babcię. Cóż, być może. Ja tego nie pamiętam :) i wolę uznać, że do minionego piątku pączków domowych nigdy nie jadłam. Dużo traciłam!

Spotkaliśmy się z Mi. i E., aby, jak w zeszłym roku, usmażyć faworki i pączki. Świetnie się złożyło, że akurat przepis 'zadała' nam Olcik w ramach Weekendowej Cukierni. Robiłam z 1/2 porcji, wyszło ok. 12 średniej wielkości pączków. Poniżej kopiuję przepis z moimi uwagami (przede wszystkim zredukowałam o 1/2 drożdże i smażyłam na oleju we frytkownicy, no i ponieważ pojawia się 'znikający' spirytus, pominęłam go w przepisie. Pączki odstawiłam także do napuszenia po uformowaniu). Przepis pochodzi z książki W kuchni babci i wnuczki (okazało się, że ją mam, a nigdy nie używałam - teraz się zachęciłam, bo pączki wyszły świetne).

Składniki: 1/2 kg przesianej mąki, 5 (u mnie 2,5) dag drożdży, 6 łyżek cukru, ok. szklanki mleka, szczypta soli, 5 żółtek, 5 łyżek masła, otarta skórka z cytryny (pominęłam, dałam trochę ekstraktu waniliowego)
Do nadziewania pączków: konfitura z dzikiej róży
Do smażenia:ok. 1/2 kg smalcu (u mnie olej słonecznikowy)

1. Drożdże rozprowadzić z łyżką mąki i cukru ciepłym mlekiem. Poczekać, aż wyrosną.
2. Utrzeć żółtka  zresztą cukru.
3. W miseczce połączyć mąkę z drożdżami, utartymi żółtkami, skórką z cytryny/wanilią, szczyptą soli, wyrabiać (u mnie mikserem z hakiem).

4. Pod koniec wyrabiania, kiedy już ciasto jest doskonale wymieszane i lekko odstaje od łyżki lub dłoni, dolać stopione masło. Ciasto powinno być dość "wolne", czyli rzadkie, a także delikatne. Zostawić do wyrośnięcia.

5. Wyrośnięte ciasto rozwałkować lekko na grubość palca (u mnie cieniej) na wysypanej mąką stolnicy. Wycinać szklanką krążki, na środek nakładać konfiturę z róży. Można nakrywać takim samym krążkiem wyciętym z ciasta. Można też rozwałkować ciasto nieco grubiej i wycinać jeden krążek, który po nałożeniu konfitury różanej zlepiać palcami w jednym miejscu, tworząc jakby pakiecik (i ja tak robiłam).

6. Układać gotowe pączki na serwecie posypanej mąką. Pączki zlepiane z jednego krążka kłaść miejscem zlepienia w dół. Odstawić do napuszenia ok. 30 min.
7. Wskazówki do metody smalcowej: W dość obszernym naczyniu rozgrzać smalec. Powinien być dość gorący, ale nie palić pączków; sprawdzić moża wrzucając kawałek ciasta, jeśli się lekko, niezbyt gwałtownie rumieni, temperatura jest odpowiednia. Smażyć po kilka pączków na umiarkowanym ogniu nie gwałtownym, lecz i nie za lekkim, aby nie nasiąkały tłuszczem. Po jednej stronie smażyć pod przykryciem, a po drugiej, po przewróceniu pączków przy pomocy patyczka czy widelca, bez przykrycia, wtedy utworzy sie wokół pączka ładna, jaśniejsza obwódka.

W przypadku frytkownicy (polecam, jeśli macie): postępować zgodnie z instrukcją obsługi. Smażyć pączki partiami, po ok. 1 minuty na stronę.
8. Po usmażeniu na brażowo, wyjąć pączki, osączyć z tłuszczu ma bibule, posypać cukrem pudrem przez sitko lub polukrować.

Ciasto bardzo dobrze się formowało, było miękkie i elastyczne. Ku radości E. niektóre pączki wyszły szczególnie "kostropate", tj. z wybrzuszeniami i innym cellulitem ;). A smak... Powiem tak: dopóki nie zjadłam ciepłego, świeżego pączka, wydawało mi się, że pączków nie lubię. I takich z cukierni, z lukrem, już nie super-świeżych, wciąż nie lubię. A te drugie - uwielbiam. Niestety, należy je zjeść na świeżo, jak najszybciej - po poleżakowaniu nawet niecałą dobę nieprzyjemnie upodabniają się do sklepowych. Oczywiście, wiem, że wielu osobom to nie przeszkadza.

A oto, jak wyglądały nasze faworki:

Przepis ten sam, co rok temu, smażone także we frytkownicy (i wałkowane w maszynce do makaronu :).

sobota, 06 lutego 2010

Żeby nie było: nie jestem kakaolubna (na szczęście inni w gospodarstwie domowym są :). Jestem jednak posłuszna, a skoro gospodyni zlotu blogerek zadała kakao (albo jak kto woli, kakałko ;) do wykonania, to wykonałam - dość wiernie, na podstawie przepisu M. Gessler z Wysokich Obcasów nr 4/2010. U mnie w proporcjach na jeden kubek.

Składniki: mała puszka (ok. 175ml) mleka kokosowego (u mnie tzw. light), 2 łyżki dobrego, ciemnego kakao (u mnie nieodmienne polecane kakao holenderskie Mokate), 2 łyżki cukru (u mnie drobny brązowy, tj. jasny muscovado), ok. 50ml gorącej wody, ok. 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

Mleko kokosowe podgrzać. Kakao rozetrzeć w kubku z wodą i cukrem, dodać do mleka, dodać wanilię. Całość mocno podgrzać, mieszając (ja nie doprowadziłam do zagotowania, ale oryginalny przepis to zalecał).

Wbrew pozorom Niebieski Ptak nie pije kakao. Towarzyszy jedynie sesji foto, jako wspomnienie po spotkaniu u Tili - dziękuję. A czytelnicy niech wypatrują dziś w blogosferze jego braci i sióstr ;)

czwartek, 04 lutego 2010

Większą część minionego weekendu spędziłam w Krakowie, łącząc przyjemne (spacery, jedzenie i zakupy) z pożytecznym. Zwiedziliśmy dwie restauracje, o których chętnie Wam opowiem. A właściwie: opowie M, któremu ostatnio nieźle poszło recenzowanie. Zatem - oddaję znów głos małżonkowi.


Weekendowa wyprawa do Krakowa związana była z wizytą w dwóch lokalach przy Rynku.

Czy zastanawialiście się kiedyś jaka jest najsłynniejsza polska restauracja? Nie, nie McDonalds.

Za moich czasów dzieci w czwartej klasie wkuwały jej nazwę na zajęciach z historii. Bawili tu królowie, prezydenci, premierzy i inni prominenci. A w piątek odwiedziliśmy ją z A. aby sprawdzić o co tyle hałasu.

Mowa oczywiście o Wierzynku.

Lokal: Trudno sobie wyobrazić lepszą lokalizację. Rynek, wnętrze „z epoki”, widok z okna na pierwszym piętrze na ośnieżony rynek. Bosko.

Obsługa: Nasz kelner był kompetentny i uprzejmy. Jedynym wyjątkiem był obrażony szatniarz - choć też byłbym obrażony gdybym nosił czerwoną koszulę do krawata.

Jedzenie: Ja zamówiłem „Menu tradycyjne”, a A. tylko dwa dania, ale obsługa świetnie wybrnęła z tego podając A. drobne „próbki możliwości” aby nie czekała bezczynnie.

Jako amuse bouche dostaliśmy tabbouleh. Dla mnie był zdecydowanie zbyt nijaki, o dziwnym posmaku – jakby zbyt długo leżał w lodówce. (Uwaga A: No i z kuchnią polską ma chyba mało wspólnego...)

Śledź w śmietanie – bardzo smaczny, płaty były odrobinę zbyt „masywne” ale cała reszta wyśmienita.

Łosoś, którego A. dostała, aby dotrzymać towarzystwa był w porządku, ale jako przegryzka, którą się błyskawicznie zapomina.

Barszcz z kołdunami był dobrze doprawiony, ale zbyt mało esencjonalny.

Zupa rakowa była smaczna, ale podobnie jak barszcz zbyt „płaska”.

Perliczka w sosie jagodowym smakowała A., ale dla mnie brakowało jej nieco charakteru. (Uwaga A: przypominała mi trochę naszą wieprzowinę w czarnej porzeczce).

Pierś gęsi z czerwoną kapustą i kluseczkami śliwkowo-jabłkowymi polana sosoem grzybowym była bardzo smaczna choć porcja była iście królewska.

Szarlotka z lodami była przyzwoita, choć znów trochę nieciekawa. Lody były niestety kupne, podobnie jak mierne pieczywo serwowane do posiłku.

Irytującym i utrzymanym w duchu „starej szkoły” gastronomicznej jest zwyczaj przyozdabiania potraw potencjalnie jadalnymi dodatkami, które jednak nie mają się nijak do dania, które upiększają, np. rozmaryn (całe gałązki!) w gęsi.

Podsumowując: Wierzynek jest moim zdaniem kwintesencją polskiej kuchni w wydaniu, jakie zapamiętałem z wczesnej młodości (głównie ze stołówek). Dania przygotowane są porządnie, ale bez polotu. Świetne miejsce aby przyprowadzić gościa z zagranicy - dobry sposób, aby w ciekawym otoczeniu spróbował polskich dań podanych typowo i bezpiecznie. Zresztą, oprócz obsługi nie widziałem ani jednego Polaka. Jeśli jednak szukacie wybitnej kuchni, albo potraw jak „u mamy”, to radzę wybrać inny lokal.

Ceny warszawskie plus. Dania dość obfite.

Na sobotni obiad wybraliśmy się do Restauracji Szara, a konkretnie do lokalu w Rynku, bo jest jeszcze drugi na Kazimierzu. Zgodnie z informacją na menu restauracja znajduje się w przewodniku Michelina (dwa sztućce).

Lokal: Wystrój przypadł nam do gustu, a lokalizacja przy samym Rynku jest również godna pozazdroszczenia.

Obsługa: dyskretna, choć nie bez drobnych potknięć.

Jedzenie: Karta dań zaprojektowana jest z wielkim rozmachem. Znajdują się tu składniki z każdego krańca Europy. Brawa za odwagę dla szefa kuchni.

Zupa dyniowa z imbirem – bardzo przypadła A. do smaku.

Tatar z renifera – nie ukrywam, że nie wiem jak smakuje mięso z tego egzotycznego w Polsce zwierzęcia. Niestety, sposób podania był bardzo efektowny – duże ilości ślicznie udrapowanej śmietany oraz chrzan wymieszany z mięsem sprawiły, że smak biednego Rudolfa zupełnie mi umknął. Zastanawiałem się nawet czy mięso z renifera nie jest po prostu niesmaczne i szef kuchni w ten sposób sprawił, ze stało się ono jadalne.

Halibut – była bardzo smaczny. To w gruncie rzeczy bardzo trudna ryba, ale tu przygotowana była w doskonały sposób. Sos berneński w pomysłowy sposób doprawiony był lubczykiem.

Sałatka cesarska w wersji z kurczakiem była BARDZO obfita ku rozpaczy A. Dla mnie jednak kurczak był nieco zbyt suchy, a sałata zbyt mocno nasączona majonezem.

Pieczywo bardzo przypominało wieloziarnisty chleb Komarki, co należy szefowi policzyć na plus.

Podsumowując – Szara jest miłym, choć niewyróżniającym się szczególnie miejscem. Można tu wpaść na rzetelny posiłek, albo coś oryginalnego, czego nigdy wcześniej nie próbowaliście.


Tyle M. Jako bonus jeszcze wspomnienia fotograficzne z grodu Kraka...

Takie Planty, prawie jak u Wyspiańskiego, lubię najbardziej.

poniedziałek, 01 lutego 2010

Dawno nie brałam udziału w WP, a tym razem też publikuję z poślizgiem (za to piekłam wczoraj! Późno, co prawda, ale wczoraj :). Gospodyni, Olcik, zaproponowała przepis na chleb ukraiński, który upublikowała u siebie wcześniej Tatter.

Zaczyn zakwasowy:

190g aktywnego zakwasu żytniego razowego 150% (coś więcej o hydracji )
220g maki żytniej średniej (sitkowej) (dałam, jak Alicja, pełnoziarnistą i chlebową żytnia w proporcji 1:1)
160g wody


Składniki wymieszać dokładnie i zostawić na 4 godziny w 32C (nie wiem, czy u mnie tyle było - stało ok. 4,5 h i wyrosło).

Ciasto właściwe:

570g zaczynu
300g wody
400g białej pszennej maki chlebowej (chlebowa wyszła, dałam 300g białej typ 480 i 100g pszennej graham)
95g maki pszennej razowej
0.5 - 4g drożdży (opcjonalnie i ja nie dałam :)
12g soli


Zagnieść luźne i lepkie ciasto (u mnie w robocie). Gdy gluten był już dobrze rozwinięty, ciasto włożyć do naoliwionej miski i zostawić do wyrośnięcia na 1 1/2 godziny w 25C. Podzielić ciasto na dwie części, a następnie każdy kawałek rozłożyć na naoliwionym blacie w cienki prostokąt i naoliwionymi (lub mokrymi) rękoma zwinąć w rulon (ja po prostu masę przełożyłam do keksówki). Włożyć do przygotowanych blaszek (u mnie jedna, średniej wielkości) i zostawić do wyrośnięcia na 60 - 90 minut (u mnie ok. 75 min i za krótko - pękł na linii wzrostu). W tym czasie rozgrzać piec do 260C (max moc pieca). Wyrośnięte bochenki spryskać wodą i wsunąć do pieca. Piec 20 min w 260C, 20 minut w 240 i ok 20 minut w 220C. Wyjąć z pieca i wystudzić. Można gorący posmarować cienkim krochmalem (woda i odrobina maki ziemniaczanej zagotowane - pominęłam.)

Pomijając fakt, że wsadziłam chleb do pieca trochę za mało wyrośnięty (zmęczona byłam i chciałam go już upiec...), przez co z jednej strony wyrosło mi coś na kształt grzyba, i skórka się za mocno spiekła, jestem całkiem zadowolona z wypieku. Miąższ jest dość miękki, sprężysty i chleb jest lżejszy od innego ukraińskiego, który robiłam. Ponowię w przyszłości, najlepiej na spokojnie, by niepotrzebnie nie pospieszać pieczywa i nie mieć niespodzianek w piekarniku :).

niedziela, 31 stycznia 2010

Zrobiłam ten sernik już dawno temu... Jeszcze dłużej, niż zdjęcia i wpis czekały na swoją kolej, gapiłam się na przepis na to ciasto w How to be a domestic goddess, i wzdychałam i zastanawiałam się, czy je zrobić. Przyznaję, że przerażały mnie składniki (12 jaj i 1,5 kg ricotty, i duża tortownica, której nie mam). Przełom nastąpił w dniu, w którym mnie oświeciło, że przecież mogę upiec sernik z 1/2 porcji (tak, zajęło mi to kilka lat... :) Użyłam ricotty, ale sądzę, że twaróg sernikowy (trzykrotnie mielony) - byle łagodny, nie za kwaśny, ricotta jest bardzo neutralna i delikatna - byłby jak najbardziej ok. Samo przygotowanie ciasta i upieczenie jest bajecznie proste, bardziej skomplikowane jest suszenie, ale okazało się także łatwiejsze niż myślałam.

Składniki (na tortownicę 25-26 cm, ja robiłam z 1/2 porcji w 20 cm): 12 jaj, 1,5 kg ricotty, 275g drobnego cukru, łyżeczka ekstraktu z wanilli (lub amaretto), cukier do posypania

Jaja utrzeć z cukrem. Osobno rozetrzeć ser na gładką masę, dodawać stopniowo masę jajeczną i wanilię (ja ucierałam całość ręczną trzepaczką). Gotową gładką masę przelać do tortownicy (swoją wysmarowałam masłem i wysypałam mąką, w przepisie brak informacji na ten temat). Piec 1 godz. 15 minut w 180 st. C. Nie otwierać wcześniej piekarnika! Gotowy sernik powinien być wyrośnięty, mieć zezłocone brzegi i dość blady, gładki środek, lekko miękki, ale stały, sprężysty. Jeśli wydaje się niedopieczony, piec kolejne 15 minut; jeśli jest gotowy, wyłączyć piekarnik, uchylić drzwi i zostawić sernik w środku na kolejną godzinę. W tym czasie sernik opadnie, może także pęknąć (mój pękł wcześniej, podczas pieczenia). Potem wystudzić całkiem w temp. pokojowej.

Wystudzony sernik należy osuszyć. Dwa duże talerze bez brzegów należy wyłożyć ręcznikami papierowymi. Delikatnie obkroić brzegi ciasta nożem, rozpiąć klips tortownicy i zdjąć górną część foremki. Nakryć wierzch sernika jednym z talerzy i odwrócić ciasto do góry dnem. Zdjąć delikatnie dno tortownicy (można także pomóc sobie nożem), nakryć odkryte ciasto drugim talerzem i ponownie odwrócić, właściwą stroną do góry. Zdjąć górny talerz, ale ręczniki zostawić, i tak obłożony sernik umieścić w lodówce, najlepiej na noc. Papier powinien wchłonąć nadmiar wilgoci. Kolejnego dnia, na godzinę przed zjedzeniem ciasta, należy usunąć ręczniki z góry i znów odwrócić sernik do góry nogami na talerz ze świeżą warstwą ręczników. Usunąć stare ręczniki z dna (które znalazło się na górze), położyć warstwę świeżych. Po godzinie ostatni raz odwrócić sernik, usuwając ostatecznie ręczniki. Przed samym podaniem posypać cukrem (u mnie domowy waniliowy).

Nigella się zachwycała sernikiem ("Jedzcie i płaczcie"), a ja... miałam wrażenie, że czegoś brakuje. W przepisie była sugestia podania deseru z truskawkami, np. doprawionymi octem balsamicznym lub zwykłych, i chyba rzeczywiście dodatek świeżych owoców byłby wskazany. Może wyrazista owocowa polewa, jak w serniku londyńskim, albo lemon curd? Bo nie da się ukryć, że tu mamy po prostu lekko posłodzoną, upieczoną ricottę :)

Innymi słowy przepis mnie już nie męczy, wykonałam i raczej do niego nie wrócę, a może komuś się przyda. Szczególnie, że ciasto wykonałby i mało zdolny pięciolatek, a odwracania i osuszania nie ma co się bać.

czwartek, 28 stycznia 2010

Nie, nie wspomnienia z dzieciństwa. Wspomnienia fotograficzne z sobotniego zlotu 9 blogerek, 1 męża (Tiliowego) i 1 kota.

Już zresztą zapewne niektórzy widzieli relacje Tili, Oczka, Zawszepolki i Truskawkowej Ani. Ja dodam swoje 5 groszy...

Jeśli chodzi o kulinaria chronologicznie, to najpierw jadłyśmy ciasteczka bezglutenowe Felluni i żółciutkie makaroniki. Później były chleby Tili z różnymi dodatkami. Towarzyszyły im nalewki Peggy (później też testowałyśmy wyroby % Basi). Była zupa dyniowa... No, a potem było clou programu, tj. indyk Dżordż z rasowymi skarpetkami/papilotkami (no wiecie, to białe, papierowe, na nóżki).

Przepisu na indyka wypatrujcie u Tili, a warto - ja na pewno spróbuję skopiować w domu.

Dżordżowi towarzyszyła brukselka z miodem i boczkiem oraz ziemniaczane puree.

No i poza tym było wino, i ciąg dalszy nalewek i różne przetwory żurawinowe Gospodarnej Narzeczonej.

Jako podkład pod te wszystkie dania zaś dużo śmiechu, rozmów i wspominek. Dzięki za spotkanie, dziewczyny ;)

środa, 27 stycznia 2010

Powoli mój M awansuje do roli domowego lodziarza. Szczególnie, że zainwestowaliśmy w kolejny dodatek do naszego robota kuchennego, tj. maszynkę do lodów.  Jednak wychodzą z niej gładsze desery niż przy metodzie ręcznej.

Lodziarz domowy specjalizuje się w produktach tradycyjnych, bazujących na żółtkach i śmietance. Oto lody waniliowe, które stanowiły deser po ostatnim obiedzie rodzinnym. Małżonka cytuję słowo w słowo ;):

Bierzesz 10 żółtek, ucierasz dokładnie na kogel mogel ze 150g cukru. 0,5l śmietanki 30% zagotowujesz z laską wanilii (lub ok. 3/4 łyżki ekstraktu), odstawiasz do ostygnięcia na ok. 15 min. Wlewasz śmietankę do kogla mogla, dokładnie mieszasz, przelewasz wszystko z powrotem do rondla i POWOLI podgrzewasz, do momentu, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Uwaga, by nie zagotować! Dokładnie wystudzić. Wlać do maszynki do lodów i postępować jak w instrukcji. W opcji bez maszynki należy masę umieścić w  zamrażarce i co ok. 30 minut wyjmować i dokładnie roztrzepywać ręcznie lub mikserem, aż zacznie wyraźnie zamarzać, i schłodzić kolejne kilka h.

Jedyna uwaga, jaką mieli konsumenci (zwłaszcza ja) to taka, że lodów było za mało (bo były zrobione z 1/2 porcji). Na górnym zdjęciu są ozdobione sosem truskawkowym, który przybył w gości.

A na deser dla czytelników, w kontekście lodów "I scream, you scream, we all scream for ice cream", czyli Roberto Beninghi i spółka z Poza prawem* Jarmusha:

* Jedyny film (poza Gwiezdnymi wojnami - Mrocznym widmem, oglądanym po raz chyba 3-ci, po północy na Sylwestra) na którym zasnęłam. Ale tą scenę lubię :)

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Jak chyba wspominałam (np. przy okazji recenzji Amber Room), nie lubię foie gras. Jednym z traumatycznych wspomnień z mojego kilkudniowego pobytu w Paryżu, gdy miałam 13 lat, była kolacja u znajomych rodziców. Na stół wjechały plastry pasztetu z gęsich wątróbek: każdy miał swoją porcję na talerzu i nie wypadało nie zjeść. Zjem prawie wszystko, a tu się bardzo męczyłam.

Z późniejszych doświadczeń ani Le Gavroche ani wspomniany Amber Room nie zmieniły mojego zdania o foie gras, choć jadłam tam nie pasztet, a wątrobę podaną na ciepło, i w otoczeniu innych smaków. Z tym większą przyjemnością informuję, że M (plus panie Harris& Warde) dokonali tego, co się nie udało panom Roux czy Amaro: przepis na wątrobę gęsią, który mi naprawdę smakuje. Co więcej, smakuje także mojej mamie (drugiej osobie, która się męczyła podczas ww. kolacji). Przepis z The French Market pierwotnie zawierał kurki, ale chyba nasza zamiana lepsza, jeśli chodzi o wygodę jedzenia - danie nie wymaga sztućców.

Składniki (na 4 małe porcje przystawkowe): ok. 350g surowej gęsiej wątroby (surowego foie gras), 8 boczniaków (mogą być też plastry pieczarek XXL), 3 małe brioszki (wykorzystaliśmy te, jednodniowe, ale np. chałka także byłaby ok), masło (ok. 3 łyżek), sól morska, świeżo zmielony czarny pieprz

Wątrobę pokroić na plastry ok. 2 cm. Boczniaki umyć, dobrze ususzyć.  Brioszki pokroić na kromki (po dwie niewielkie na łebka), partiami umieszczać w tosterze i robić z nich grzanki. Rozgrzać masło, najlepiej od razu na dwóch patelniach. Dodać grzyby i smażyć do zbrązowienia (ok. 5 min). Doprawić delikatnie solą i opcjonalnie równie delikatnie pieprzem, umieścić po jednym boczniaku na grzance. Wątróbkę obsmażyć (najlepiej w tym samym czasie, co grzyby, na drugiej patelni) na maśle po obydwu stronach (1 min na każdą stronę). Uwaga M: wątróbka ma bardzo specyficzną strukturę (pęcherzyki tłuszczu), którą łatwo zniszczyć przez zbyt agresywne smażenie, dlatego należy być ostrożnym. Nie należy wkładać zbyt wiele plastrów naraz bo wyjdzie ugotowana breja!

Na każdej grzance umieścić, na boczniaku, plaster wątróbki. Podawać od razu. Lepiej mocniejsze doprawianie solą i pieprzem zostawić gościom we własnym zakresie, jedynie należy się upewnić, czy sól i pieprz są na stole. Podawać najlepiej ze schłodzonym (ale nie zanadto) białym słodkim winem Sauternes lub, jak w Le Gavroche - słodkim winem czerwonym.

Nigdy nie sądziłam, że to powiem w przypadku foie gras: replay, replay... no nie dali z tego replayu ;). No, czekam na ten replay.

I uprzedzając ewentualne pytania (skąd to wziąć?!): wątrobę specjalnie zamawiałam. Pobieżnie grzebiąc w internecie znalazłam dwie firmy, które się tym trudnią i zamawiają głównie do dużych miast: La Maree i Vipdelikatesy.

czwartek, 21 stycznia 2010

Niestety, w Polsce nie można dostać gorzkich pomarańczy (bitter/Seville oranges), najlepszego surowca do marmolady pomarańczowej. (A może ktoś gdzieś widział? Do tej pory jak pytałam się na różnych delikatesowych targach, patrzono na mnie jak na mutanta, ale może jednak gdzieś bywają?). Jako miłośniczka dobrej marmolady lub konfitury pomarańczowej, mam już na koncie parę domowych prób w tym zakresie (pisałam o nich na samym początku istnienia bloga). Od tego czasu jednak odeszłam od środków żelujących i wolę produkt au naturel, nawet jeśli bardziej płynny i wymagający ew. spasteryzowania.

Metoda, jaką się posłużyłam teraz (wcześniej też z niej korzystałam, bo jest prosta jak barszcz) pochodzi z How to be a domestic goddess (ale u mnie jest dużo, dużo mniej cukru). Pomysł zmieszania limonek z pomarańczami zaczerpnęłam zaś z Nigella gryzie (przepis na lody).

Składniki: 3 słodkie bezpestkowe pomarańcze, 3 limonki (łączna waga wszystkich owoców wyniosła 800g), 500g cukru, sok z 2 cytryn

Owoce umyć, zalać wodą w dużym rondlu, by mogły swobodnie pływać w wodzie, zagotować. Gotować na niewielkim ogniu 2 h; w razie potrzeby dolać wody.

Owoce odcedzić, zostawiając niewielką ilość płynu, i posiekać drobno (tak, jak są, ze skórką - chyba najlepszą rzeczą w dżemie... :). Ja robiłam to nożem kolebkowym (siekaczem). Pokrojone cytrusy umieścić w rondlu z wylewką/grubym dnem, opcjonalnie podlać chochlą-dwoma płynu z gotowania, zasypać cukrem i pomału podgrzać, tak, aby cukier się rozpuścił zanim masa się zagotuje. Dodać sok z cytryn i gotować na wolnym ogniu ok. 15 minut, aż całość zgęstnieje. W połowie tego czasu sprawdzić słodycz - dla mnie pół kilo cukru było wystarczające, ale niektórzy wolą słodsze przetwory. Gotową masę przełożyć do umytych, wyparzonych słoików (+ u mnie wieczka przetarte spirytusem)., odstawić do góry nogami do zassania. Można opcjonalnie krótko spasteryzować (ok. 15 minut); ja to pominęłam, wychodząc z założenia, że cukru i kwasu jest wystarczająco dużo.

Ponieważ swoje owoce podlałam lekko płynem z gotowania, uzyskałam bardziej konfiturę niż marmoladę. Przetwory przechowywane w lodówce jednak gęstnieją, a konsystencję mają właściwie idealną - i do polewania, i do smarowania, co widać na załączonym obrazku. Tym razem pozuje mój drożdżowy chleb makowy.

środa, 20 stycznia 2010

Jak może kiedyś wspominałam, jeśli jem zupy, muszą być one gęste i treściwe. Dlatego też lubię zupy krem. I oto taka jedna, którą w miarę niedawno zrobiłam nie pierwszy raz. Bazą, można powiedzieć, jest pęczek włoszczyzny - a z resztą można pokombinować. W innym wariancie daję np. trochę mniej bulionu/wody, a więcej pomidorów.

Składniki: Pęczek włoszczyzny, dodatkowy 1 mały por (ew. cebula cukrowa),  oliwa, 1,25 l. mocnego, esencjonalnego bulionu (lub np. 1 litr i dodatkowa woda; lubię w zupach wykorzystywać wywary po szynce takiej lub takiej), suszony/świeży lubczyk, ok. 150 ml przecieru pomidorowego, 1 kopiasta łyżka koncentratu pomidorowego, sól, pieprz, opcjonalnie: 1-1,5 łyżki octu z czerwonego/białego wina lub podobnego, suszone zioła

Jarzyny obieramy, myjemy. Pora kroimy w półplasterki, resztę w cienkie plasterki (marchewkę) lub większą kostkę. Rozgrzewamy w rondlu oliwę, szklimy pora. Dorzucamy stopniowo pozostałe pokrojone jarzyny, za każdym razem mieszamy, przesmażamy chwilę. Zalewamy bulionem, dodajemy lubczyk,  przecier i koncentrat pomidorowy, delikatnie (zazwyczaj bulion też jest słony) doprawiamy solą i pieprzem (można także dodać ulubione suszone zioła), zagotowujemy i gotujemy na niewielkim ogniu, aż warzywa będą miękkie (50-60 min.). Jeśli to konieczne, bulion uzupełniamy wodą. Zupę miksujemy, przekładamy z powrotem do garnka, sprawdzamy gęstość (ew. lekko rozrzedzamy wodą) i doprawienie. Marchewka i słodkawy przecier mogą sprawić, że potrawa będzie lekko słodka - warto ją wtedy delikatnie zakwasić dobrym octem winnym. Całość mieszamy, delikatnie podgrzewamy i podajemy z kleksem śmietany oraz chlebem (na zdjęciu Borodinsky).

W przypadku takiej zupy wcale mi nie przeszkadzają resztki (zresztą, kiedy mi one przeszkadzały... to jeden ze skutków wpływu Nigelli Lawson :). Odgrzana na drugie śniadanie (czy też jak wolicie, lunch) smakuje jeszcze lepiej.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Nasze e-Książki POMOŻECIE? www.azyl.org - Kocie Strony CICHEGO KĄTA  Darmowe statystyki