Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
poniedziałek, 23 maja 2016

Jakiś czas temu podczas pobytu w Warszawie wybraliśmy się z rodziną do restauracji gruzińskiej. M (kierowca) zamówił lemoniadę estragonową. Napój był niepokojąco zielony, ale smakował całkiem nieźle. Mama wzięła łyk i oznajmiła: „Anyż!”. Miała rację, bo mój ukochany estragon francuski (wspominałam o nim wielokrotnie, choćby przy okazji „kurczaka myśliwego”) ma wyraźnie anyżowy posmak – co dla mnie jest ogromnym plusem i nie widzę sensu używania innego estragonu.

Niedawno planowałam przygotować domową lemoniadę estragonową, ale ostatecznie aura nie była wystarczająco letnia (i do chłodnika, i do napojów chłodzących musi być, w moim odczuciu, jednak bardzo ciepło). Zrobiłam więc napój wyskokowy ;). Jakiś czas temu czytałam o basil smash*, koktajlu na bazie ginu; swoją wersję nazwałam tarragon smash. Uwaga, całość jest wyraźnie anyżowa, ale poniżej opisałam też wersję delikatną.

Składniki (1 porcja):

  • 45ml (3 łyżki) ginu,
  • 7,5ml (pół łyżki) pastis**,
  • garść estragonu francuskiego,
  • łyżeczka cukru,
  • woda sodowa i lód,
  • sok z 3/4 limonki (lub do smaku)

Estragon rozetrzeć tamperem w szklance (ok. 250-300ml) z cukrem i sokiem z limonki, odstawić na parę minut. Dodać alkohol, wymieszać, dopełnić schłodzona wodą sodową. Opcjonalnie dodać lód. Podawać od razu.

** W wersji łagodniejszej pominąć lub zastąpić ginem (ew. można spróbować z limoncello?).

Przypominam także innego blogowego „smasha” z procentami, tj. truskawkowego: sezon owocowy już tuż, tuż!

* Dwa dni temu trafiłam do lokalu, w którym można napić się właśnie basil smash (i innych smacznych koktajli – uwaga, są też takie bezalkoholowe), tj. warszawskiego Baru Wieczornego. W trzy osoby udało nam się całkiem sporo przetestować (właściwie było nas czworo, ale E. skupiła się na Młodym Ziemniaku i innych wódkach artystycznych)… choć do ginu z bazylią w końcu nie doszłam, bo inne propozycje za bardzo kusiły (np. drinki z nutą kwiatową – różane czy lawendowe – czy bogata kolekcja moich ulubionych sours). Duży plus za niewielkie, kameralne wnętrze z kolekcjonerskimi plakatami teatralnymi (i klimatyczny dziedziniec) oraz miłą, pomocną obsługę. Polecam, jeśli szukacie miejsca na wieczorne wyjście.

czwartek, 19 maja 2016

Mój egzemplarz Jerusalem otwiera się w paru miejscach, m.in. na paru stronach poświęconych różnym klopsikom. Do tej pory miałam wrażenie, że stroną najczęściej tam przeglądaną są te z bobem (i słusznie, bo bardzo są smaczne, także z groszkiem robiącym za bób), ostatnio jednak otwiera się na koftach, choć chyba ich nie jedliśmy (może muszę porozmawiać z M). Kawałek dalej są klopsy z berberysem, figami i szalotkami, które jedliśmy dość dawno temu i wahałam się, czy wrzucać je na blog - m.in. na to, że na zdjęciu niespecjalnie widać, że to klopsiki :D. Pocieszam się tym, że na zdjęciu w książce widać je tylko trochę bardziej (moje danie wyszło w ogóle ciemniejsze). Uznałam jednak, że warto je pokazać (sic), ponieważ jest to moim zdaniem wyjątkowo smaczne połączenie - kolejne danie z tej książki, które po prostu się sprawdza, i to nawet jeśli lekko zmienicie proporcje składników. A co sama tym razem zmieniłam? Dałam mniej szalotek (problemy z aprowizacją ;), a figi dosztukowałam suszonymi śliwkami. Nie sądzę, by zaszkodziło to wyrazistości, więc podaję przepis w mojej wersji/z uwagami.

Odnośnie berberysu, czyli nie bardzo popularnego (a szkoda!) składnika - autorzy sugerują ew. zastąpienie suszoną żurawiną, ale osobiście wydaje mi się ona słodsza (pomijam fakt, że często jest dosładzana); może wcześniej dobrze byłoby ją namoczyć w soku z cytryny?

Składniki (4-6 porcji):

  • 2 średnie cebule, drobno posiekane
  • łyżka drobno posiekanej natki
  • 2-3 rozdrobione ząbki czosnku
  • ok. 750g (u mnie lekko więcej) mielonej jagnięciny
  • 3/4 łyżeczki ziela angielskiego (mielonego lub roztartego w moździerzu)
  • 3/4 łyżeczki cynamonu
  • 60g berberysu
  • 1 jajo
  • olej do smażenia (wg oryginału ok. 100ml, u mnie mniej)
  • 500g (w oryginale 700g) szalotek
  • 200ml białego wina (u mnie półwytrawne)
  • 500ml dobrego bulionu (u mnie domowy)
  • 2 liście laurowe
  • 2 gałązki tymianku
  • 2 łyżeczki cukru
  • 150g suszonych fig (lub mieszanka 2:1 fig i śliwek kalifornijskich)
  • sól i pieprz
  • do podania: gęsty jogurt (grecki lub podobny), garść posiekanych ziół (u mnie natka, koperek i estragon, kolendra też mile widziana)

Wymieszać dokładnie cebulę, natkę, czosnek, mięso, jajo i przyprawy korzenne z łyżeczką soli i ok. 1/2 łyżeczki pieprzu. Wyrobić ręcznie gładką masę i uformować kulki (z grubsza wielkości piłeczek do ping-ponga). Obsmażyć partiami na rozgrzanym oleju (uważać, żeby nie przypiec ich za bardzo, co mnie z paroma sztukami się przydarzyło - dlatego sos był pewnie taki ciemny...) i odłożyć na bok. Przetrzeć dno garnka i dodać kolejne ok. 2 łyżek oleju, podgrzać na średnim ogniu. Dodać obrane szalotki i gotować ok. 10 minut lub aż do zezłocenia. Dodać wino, po chwili dodać pozostałe składniki (poza figami, jogurtem i ziołami). Doprawić do smaku solą i pieprzem. Równomiernie ułożyć klopsiki i figi na szalotkach lub między nimi - powinny być do przynajmniej 4/5 zakryte płynem. Zagotować, następnie skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 30 minut. Odkryć i gotować wciąż na wolnym ogniu dalszą godzinę, lub nieco dłużej, aż sos odparuje. Przed podaniem sprawdzić doprawienie.

Nie wiem, czy muszę dodawać, że to jedno z tych dań, które choć smakują bdb świeżo przygotowane, są jeszcze lepsze po podgrzaniu dzień lub dwa później. Można je jeść z np. kaszą lub ryżem, ale świetnie też pasują do domowego makaronu. U nas na pewno jeszcze się pojawią.

niedziela, 15 maja 2016

- Może zużylibyśmy jakoś nasze białka?

- Ale chyba nie mamy ich tak dużo...

- Nie??? [chwilę później] 46. 46 białek.

Tak mniej więcej przebiegł dialog między M a mną, dotyczący zawartości naszej zamrażarki. Dodam, że to nie ja je policzyłam, ale liczba wywarła na mnie wrażenie i postanowiłam podejść poważnie do tematu: w piątek wyciągnęłam kilka woreczków do rozmrożenia i deszczowe sobotnie przedpołudnie spędziłam produkując ciasteczka. Poza tym, że upiekłam eksperyment czekoladowy oraz garibaldki, przypomniałam sobie o przepisie na proste makaroniki (nie mylić z francuskimi z nadzieniem), nazywane przeze mnie "najłatwiejszymi ciasteczkami świata". I naprawdę, zważywszy na to, że czas przygotowania ciasta to jakieś 3 minuty, nakładanie zaś ze 2, nie wiem, czemu nie piekę ich przynajmniej raz w miesiącu (zużywając w ten sposób chociaż część białek). Po zapełnieniu jednej blaszki ciasteczkami podstawowymi (migdałowymi z migdałem i aromatem migdałów, tj. amaretto ;) przypomniałam sobie o ciągnących się nargili z Kaszanu. A więc wersja kokos + migdał:

Składniki:

  • 1 szklanka* mielonych migdałów (mieląc ręcznie warto dodać 4-5 sztuk gorzkich migdałów, dla zwiększenia migdałowego aromatu);
  • 1/2 szklanki wiórków kokosowych
  • 1 szklanka drobnego cukru
  • 2 duże białka (ok. 66g)
  • 1/2 łyżeczki malibu
  • 1/2 łyżeczki amaretto lub esencji migdałowej*
  • 2 łyżki mąki
  • ok. 12 migdałów i dodatkowe wiórki kokosowe (do posypki)

*240ml

Połączyć mielone migdały z kokosem, utrzeć na pastę z cukrem, białkami, alkoholem i mąką. Nakładać masę łyżką (po ok. 1 łyżce na ciasteczko), w dość dużych odstępach (rosną - głównie na boki!), na blaszkę wyłożoną pergaminem lub matą do pieczenia. Powinno wyjść ok. 12 (sporych) sztuk. W środek każdego ciastka wcisnąć migdał i całość lekko posypać kokosem. Piec ok. 20 minut w 160 st. C (termoobieg). Uwaga, ciasteczka będą zezłocone, zwłaszcza na brzegach, ale środek pozostanie nieco miękki i ciągnący, marcepanowy - co było moim zamierzeniem. Jeśli ktoś woli ciasteczka bardziej chrupkie, najlepiej piec ok. 5 minut dłużej.

* Opcjonalnie można, idąc w klimaty perskie, zastąpić oba aromaty łyżeczką wody różanej.


Pomysły pt. "zużycie białek" skumulowałam swego czasu TU. Dziś dodałabym jeszcze do tej listy (poza ww. garibaldkami) także whisky sour.

niedziela, 08 maja 2016

Skoro przy straganach znów można dostać oczopląsu a grządka warzywna powoli się zapełnia (choć sałata uparcie nie kiełkuje), czas wrócić do cyklu Zielono mi :). Od zeszłego tygodnia w siatce z zakupami znajdują się zielone szparagi, które jedliśmy i pieczone (jako dodatek), i w makaronie. Pieczonych upiekłam z rozmysłem więcej, żeby je przerobić na kolejną pastę do pieczywa. Zmiksowałam je z twarogiem, można by jednak użyć innego sera (śmietankowego, miksu z kozim twarogowym lub fetą), albo i nawet ciecierzycy. W wersji „wieczornej” (czyt. nie na śniadanie w np. dzień pracujący) można by dodać ząbek czosnku.

Składniki:

  • 8 większych zielonych szparagów
  • 70g twarogu (lub mieszanki twarogu i np. fety, lub patrz ww. sugestie)
  • łyżka lubczyku (lub innych świeżych ziół)
  • opcjonalnie: łyżka czosnku niedźwiedziego (lub szczypiorku)
  • łyżeczka oliwy/dobrego oleju rzepakowego
  • sól, pieprz, sok z cytryny

Upieczone szparagi zmiksować na gładko z pozostałymi składnikami, doprawić do smaku solą (jeśli użyjecie np. fety + szparagi były posolone może nie być w ogóle potrzebna), pieprzem i sokiem z cytryny. Podawać na pieczywie.

Zastanawiając się nad zastąpieniem sera gotowanym ziemniakiem, zaczęłam myśleć nad zielonym farszem do pierogów. W skrócie, chodziło mi o coś a la ruskie ze szparagami ;). Po namyśle uznałam, że trzeba trzymać się sprawdzonej receptury, a więc po prostu zamieniłam twaróg na pieczone, posiekane szparagi. Znów dodałam też lubczyk - ładnie odrósł na wiosnę i przyznaję, że pcham go prawie do wszystkiego. Pierogów wyszło tyle, że byłam przekonana, że zostanie przynajmniej jedna porcja na później. No cóż… Zjedliśmy wszystkie, więc chyba można uznać danie za udane ;). Przy okazji uświadomiłam sobie, że z rok nie gotowałam żadnych pierogów, a to stanowczo za długo, i musimy robić to częściej (zwłaszcza, że we dwójkę lepi się sprawnie i przyjemnie, a do środka można włożyć prawie wszystko).

Składniki:

  • pęczek zielonych szparagów (ok. 180g po upieczeniu)
  • ok. 225g ziemniaków (2-3 sztuki)
  • dwie łyżki posiekanego lubczyku (lub ostatecznie koperku)
  • 1 mała cebula
  • olej
  • sól, pieprz
  • ulubione ciasto pierogowe z 250g mąki
  • Do podania: ok. 50g stopionego masła i dodatkowy lubczyk/koperek (1-2 łyżki)

Ziemniaki ugotować i rozgnieść (można dodać łyżeczkę oleju, gdyby były za suche). Upieczone szparagi posiekać, wymieszać z lubczykiem i ziemniakami. Cebulę drobno posiekać, zeszklić, dodać do masy. Całość dobrze wymieszać i wyrobić, doprawić do smaku solą/pieprzem (u mnie ten ostatni dość obficie). Przygotować ulubione ciasto pierogowe (u mnie jak zawsze maślankowe), cienko rozwałkować, wycinać pierogi, nadziewać łyżeczką farszu. Gotować ok. 2 minuty od wypłynięcia. Podawać z masłem lubczykowym/koperkowym, analogicznym do szałwiowego.

wtorek, 03 maja 2016

Pierwszą panna cottę jadłam podczas słynnego pierwszego wyjazdu na narty (kiedy zjedliśmy dużo nowych rzeczy, choć niekoniecznie nam one wówczas smakowały – do trufli musieliśmy ponad 10 lat jeszcze dojrzeć ;). Wyjątkowo obfite kolacje zawsze kończyły się jakimś skromnym deserem, przy czym wyboru dużego nie było: czasem były te owoce, czasem mus czekoladowy, a ze dwa razy panna cotta. Łysa, tj. śmietankowa bez żadnych dodatków, i jak teraz na to patrzę, bardzo mocno ścięta (za dużo żelatyny?). Z jakiegoś powodu i ja, i M po około dwóch łyżeczkach deseru mieliśmy dość (i nie była to kwestia przejedzenia, bo jestem pewna, że z tiramisu bym sobie poradziła ;). Tamto doświadczenie ukształtowało moje podejście do panna cotty, bo choć nigdy jej z własnej i nieprzymuszonej woli nie zamówiłam w restauracji, pojawiała się np. w menu degustacyjnych, albo „w gościach”. I choć bywała np. czymś aromatyzowana, nie przypominam sobie dodatku owoców lub sosu, i przeważnie było jej (dla mnie) za dużo. Jedyna, która mi smakowała, była wyjątkowo nietypowa, bo wytrawna ;) i urozmaicona.

Ponieważ jednak jestem a/jak wiadomo, uparta, b/same składniki deseru lubię, problemem jest tylko ta nuda na talerzu, c/ ufam Nigelowi Slaterowi – w końcu dzięki niemu wiem, że clafoutis da się lubić ;), a doczytałam się, że u niego, że clou m.in. w tym, żeby za mocno całości nie zżelować (idealnie to zjeść deser jeszcze tego samego dnia, np. wieczorem czy po upływie ok. 5h chłodzenia) i… trzeba było spróbować. Pierwsza wersja była pomarańczowa, wypadkowa wskazówek Nigela z sosem kreatywnym, i choć bardzo smaczna, niepokojąc się, żeby deser za mocno się nie ściął, wydałam go do jedzenia jednak za wcześnie. W skrócie, ścięty był tylko połowicznie ;). Do testów wróciłam, gdy zaczął się różowy sezon. Co ciekawe, Nigel do panna cotty z pieczonym rabarbarem używa mieszanki mleka, śmietanki i crème fraîche, produktu, który jak wiadomo, w Polsce występuje tylko jako import delikatesowy (czyt. nie występuje). Doczytałam się jednak, jak zrobić substytut, i taką zakwaszoną śmietankę wykorzystałam. Można jednak albo dać samą kremówkę (choć efekt będzie trochę inny) lub użyć gęstej śmietanki 36% (którą osobiście rzadko widuję w sklepach, ale to może kwestia lokalna).

A więc jak zrobić substytut crème fraîche? Należy wymieszać szklankę kremówki z 2 łyżkami maślanki i odstawić na dobę (lub trochę krócej, kilkanaście h może wystarczyć) w temperaturze pokojowej. Po tym czasie będziecie mieli gęstą, kremową a niewarzącą się kwaśną śmietanę. Ja jej właśnie użyłam do tego deseru.

Składniki (za TYM przepisem, u mnie przeliczone na 2-3 porcje):

  • 100ml pełnego mleka
  • 100ml kremówki
  • ½ laski cynamonu
  • hojna szczypta mielonej wanilii
  • 100ml crème fraîche (lub zamienniki, patrz uwagi ^^)
  • 1,5 listka żelatyny (trochę ponad 3g)
  • 1,5 łyżki cukru pudru

Wymieszać mleko w rondelku z kremówką i wanilią, dodać cynamon i całość mocno podgrzać – zdjąć z ognia tuż zanim się zagotuje. Wmieszać crème fraîche, najlepiej za pomocą trzepaczki, żeby się równomiernie połączyła z pozostałymi składnikami. Przykryć naczynie i odstawić na 15 min. Namoczyć żelatynę w zimnej wodzie przez ok. 5 minut, aż zmięknie. Dodać razem z cukrem pudrem do rondelka i bardzo dokładnie wymieszać (znów najlepiej użyć trzepaczki), przy okazji wyłowić cynamon (Nigel sugerował przecedzenie całości przez sitko, ale moim zdaniem masa jest na to za gęsta). Przelać do 2-3 niewielkich miseczek, wystudzić na blacie, następnie schłodzić w lodówce 4-5 h (lub aż masa się zetnie). Przed podaniem delikatnie umieścić dno każdej miski w ciepłej wodzie i ew. obkroić brzegi nożem, przykryć talerzykiem i odwrócić miseczkę do góry nogami, po czym panna cotta powinna znaleźć się na talerzu. Podawać z pieczonym rabarbarem, na który potrzeba:

  • 200g rabarbaru, możliwie różowego
  • 1,5 łyżki miodu
  • ½ pomarańczy
  • ½ laski cynamonu
  • gwiazdka anyżu

Rabarbar pokroić na ok. 10cm kawałki. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, polać miodem i sokiem wyciśniętym z pomarańczy (wyciśnięty owoc też dodać do naczynia; opcjonalnie można wcześniej zetrzeć skórkę i rozrzucić ją na rabarbarze). Dodać korzenie, przykryć całość folią i piec ok. 30 minut w 160 st. C. Rabarbar powinien być miękki, ale nie rozpadający się. Wystudzić, usunąć pomarańczę. Podawać z panna cottą (a resztki są oczywiście wspaniałe np. na śniadanie z jogurtem.

Tym razem deser schładzał się prawie dobę przed jedzeniem, ale wbrew moim obawom nie stężał za bardzo i pozostał lekko miękki. Dzięki miodowo-korzennemu rabarbarowi nie ma śmietankowej nudy ;). W takim wydaniu się polubiliśmy.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Szakszuka na blogu była dwojaka – klasyczna i bakłażanowa. Do tej pory jadłam ją tylko na śniadanie, ew. jeśli trzeba było awaryjnie kogoś późno nakarmić (bo to jednak oczko bardziej wyrafinowanie niż jajecznica ;). Niedawno jednak miałam pęczek pierwszej w tym roku botwinki, którą postanowiłam rozmnożyć za pomocą pomidorów (jako danie obiadowe) na wariant mojej ukochanej "jarzynki". Gdy już składniki bulgotały na patelni, pomyślałam… a właściwie czemu nie wbić w to jaj? I tak oto wyszła kolejna szakszuka.

Składniki:

  • olej/oliwa, ew. z małym dodatkiem masła
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 małe pęczki botwinki z mikro buraczkami, ew. 1 trochę większy
  • 200ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz, koperek
  • 2-4 jaja

Czosnek posiekać, przesmażyć na średnim ogniu na oleju (opcjonalnie z małym dodatkiem masła), dodać posiekaną botwinkę (buraczki obrane/oskrobane i posiekane w kostkę, cała reszta – bardzo z grubsza). Chwilę przesmażyć, skręcić lekko ogień, podlać paroma łyżkami wody i dusić pod przykryciem ok. 10 minut. Dodać pomidory, oprószyć solą i pieprzem, dusić kolejne 10 minut, lub aż buraczki będą wyraźnie miękkie. Sprawdzić doprawienie. Jeśli sos wydaje się za rzadki, odparować kilka minut na mocniejszym ogniu. Zrobić w sosie dołki, wbić jaja, smażyć, aż się zetną (można pod koniec pod przykryciem, ale uważać, żeby nie wyszły na twardo ;). Hojnie posypać koperkiem i podawać od razu, w idealnym świecie – z młodymi ziemniakami lub świeżym pieczywem.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Jadacie granolę? Jeśli tak, to jak? Mam na myśli, czy „jak zalecono” umieszczacie ją w misce, dodajecie np. owoce i jogurt/mleko, czy też np. podjadacie ją na sucho, zamiast przekąski, owoców czy czegoś słodkiego? Nie ukrywam, że ja stosuję obie metody ;). Gdy przypadkiem trafiłam na zdjęcie batonów o podobnym składzie, co granola, ale z dodatkiem… uwaga… zakwasu, zachwyciłam się a/pomysłem na dodanie zakwasu do czegoś (względnie) słodkiego i nie będącego pieczywem, b/bardziej foremną postacią mojej ulubionej przekąski. OK, owszem, próbowałam kiedyś robić batony na mleku skondensowanym, ale poza tym, że jest to składnik, którego normalnie nie kupuje i budzi zawsze pewne moje wątpliwości, batony trzeba było je szybko zjeść (albo trzymać w lodówce, żeby się nie zepsuły; oczywiście wówczas nie miałam chłodnej spiżarni), miałam też problemy z konsytencją.

Poszukiwania w internecie wykazały, że batony owsiane na zakwasie to żadna nowość i całkiem sporo przepisów znalazłam do wyboru. Ostatecznie bazowałam na tym (bo wszystko miałam w domu ;), z pewnymi zmianami (wyrzuciłam czekoladę a dodałam koryntki). Batonów wychodzi niewiele, ale oczywiście można składniki podwoić. Dodatki bakalii itd. można sobie dowolnie modyfikować (np. dodając masło orzechowe zamiast migdałowego i zmieniając migdały na inne fistaszki, itd.).

Co robi tu zakwas? Podobno zapewnia większą puszystość i pożądaną spoistość oraz wilgotność. W założeniu jednak jest to przepis z cyklu „nie marnuję”, tj. na zużycie nadmiaru surowca... Nie żebym jakoś szczególnie narzekała na taką nadprodukcję ;).

Składniki:

  • 50g płatków owsianych,
  • 50g miodu,
  • 50g masła migdałowego,
  • 50g posiekanych migdałów,
  • 100g dowolnego zakwasu (u mnie aktywny żytni, ale podobno można użyć i takiego z lodówki),
  • 75g suszonej żurawiny,
  • 40g pestek słonecznika,
  • 50g koryntek,
  • szczypta soli

Wymieszać osobno suche, osobno mokre składniki. Połączyć suche z mokrym, przełożyć do małej foremki (np. keksowej) dokładnie wyłożonej pergaminem lub ew. matą silikonową, wyrównać. Piec ok. 20-22 minut w 180 st. C (termoobieg) – całość będzie rumiana z wierzchu, ale pod spodem wciąż lekko miękka. Wystudzić na kratce.

Nie miałam problemu z przechowywaniem batonów: wyszło mi ok. 8 sztuk, te, których od razu nie zjadłam ;) przełożyłam do plastikowego pudełka, ale nie zakryłam go szczelnie (tzn. uchylony otwór wentylacyjny, w który wyposażony jest pojemnik). Trzymałam je w ten sposób ponad tydzień w temperaturze pokojowej i pod koniec były tylko trochę bardziej suche. Aha, oczywiście można batony jeść nie tylko jako przekąskę/mało słodkie słodycze, ale i na śniadanie, zwłaszcza takie w biegu/na wynos.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Pamiętacie, jak pisałam o londyńskim Ducksoup? Po kolacji w tej restauracji zapisałam sobie dwa dania mięsne do zrealizowania: kurczę w mleku (tam to było konkretnie młode kurczę, tj. poussin) oraz bliskowschodnie serce jagnięce. Na razie zrealizowałam to pierwsze (jak wiadomo, kurczę w PL łatwiej dostępne niż jagnięce podroby).

Inspiracje czerpałam z „książki o kurczakach” Diany Henry oraz zbliżonego przepisu Jamie'ego Olivera, mając też w pamięci danie jedzone w Londynie, i ostatecznie jest coś pośrodku (z mniejszą ilością czosnku, niż w źródłach sugerowano). Choć w Ducksoup było ciemno (nawet wg restauracyjnych standardów), było widać, że sos jest lekko zwarzony, ale kura bardzo miękka, delikatna, o lekkim aromacie gałki muszkatołowej i cytrusów. O tym, że sos się zetnie, autorzy lojalnie acz przelotem uprzedzają, ale na zdjęciach widać go tylko – profilaktycznie ;) - jako zamazane tło. Warto powiedzieć to dobitnie: sos się na pewno zwarzy (i to bardziej jeśli, jak ja, pod koniec pieczenia odkryjecie garnek). Biorąc jednak pod uwagę składniki, tak ma po prostu być (patrz zdjęcie na końcu notki). Nie jest to jednak koniecznie danie na eleganckie przyjęcie.

Składniki:

  • szczęśliwy kurczak ok. 1,5kg
  • sól, pieprz,
  • olej (ew. olej i masło) do obsmażenia
  • 350ml pełnotłustego mleka w temp. pokojowej
  • 4 duże liście szałwii
  • 2 liście laurowe
  • świeżo starta gałka muszkatołowa (ok. ¼ dużej gałki, lub do smaku)
  • skórka starta z 1 dużej cytryny
  • 5 ząbków czosnku

Kurczaka oprószyć dokładnie solą i pieprzem. Rozgrzać olej (ew. olej i masło 1:1) w dużym żaroodpornym garnku z pokrywką. Dokładnie obsmażyć mięso z obu stron. Wyłowić, odłożyć na bok, zlać tłuszcz z garnka (można wykorzystać do np. pieczenia ziemniaków lub warzyw). Kurczaka włożyć z powrotem do garnka, dodać wszystkie pozostałe składniki. Piec pod przykryciem ok. 2h (albo aż mięso będzie dokładnie wypieczone w środku) w 160 st. C. (termoobieg), co jakiś czas (np. co pół godziny) podlewając sosem. Można ok. 15-20 minut przed końcem odkryć garnek, jeśli np. chcielibyście, by skóra się mocniej zrumieniła, spowoduje to jednak mocniejsze ścięcie się sosu.

Podawać mięso z sosem i np. pęczakiem i pieczonymi warzywami korzeniowymi (marchew, pietruszka itd.), ew. minimalistycznie doprawioną zieloną sałatą lub brokułem (gotowanym lub z pary). Z resztek wychodzi świetny sos do makaronu lub wkładka do zapiekanki.

Niedawno się doczytałam, że właściciele Ducksoup wydają książkę - ojej...

niedziela, 17 kwietnia 2016

Złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy” - na pewno znacie to powiedzenie. Ile razy zrezygnowaliście z ugotowania jakiegoś dania, uważając, że nie macie sprzętu lub wymaganych składników? O ile trudno zrobić drożdżowe bez drożdży czy wałkować bez wałka (choć podobno butelka po winie też się nieźle sprawdza), pewne rzeczy w kuchni można zastąpić lub pominąć, a często nie zdajemy sobie z tego sprawy. I tak dopiero niedawno odkryłam (ale jeszcze nic z tą wiedzą nie zrobiłam), że magdalenki można upiec i w innych foremkach niż klasyczne „muszelki”, zaś bliskowschodnie ma'amoul wcale nie muszą być lepione za pomocą tradycyjnego narzędzia. Mowa o drewnianym naczyniu z rączką i ozdobnie żłobionym zagłębieniu, które wylepia się ciastem, i o które już kiedyś prosiłam rodzinnych podróżnych, jadących do Tunezji (w zamian dostałam szal, który jest na powyższym zdjęciu ;). Błędnie sądziłam, że bez naczynka ma'amouli się nie zrobi i dopiero uważna (zaznaczam, uważna, bo pobieżna niewiele wniosła) lektura Jerusalem mnie oświeciła. Przyznaję, że mimo wszystko nieufnie podeszłam do ręcznego lepienia ciasteczek i dopiero, gdy jeszcze wyszukałam w internecie zdjęcia, jak to lepienie ma przebiec, uznałam, że można spróbować. No, tak naprawdę zmotywował mnie dodatkowo zakup mahlebu na londyńskim Borough Market, mgliście bowiem pamiętałam, że dodaje się go do tego wypieku. Ottlolenghi co prawda o tej przyprawie nie wspomina, używa go jednak Basia (Makagigi), która także pisze o metodzie bezforemkowej! Nie jest to konieczny dodatek, można skupić się na wodzie różanej i korzeniach.

Tu słowo o wodach kwiatowych – jak kiedyś wspominałam, różaną akceptuję, jeśli nie ma jej zbyt dużo, ale tej z kwiatów pomarańczy już nie, więc w moim przepisie z konieczności nastąpiły pewne zmiany ;). W oryginale była też przewaga semoliny, ale ponieważ ciasto z dodatkiem kaszki makaronowej wyszło świetne (m.in. bardzo przyjemne do lepienia), podaję taką opcję poniżej. W nadzieniu prawie nic (poza ww. wodą i zastąpieniem cukru miodem, za Basią) nie zmieniłam: przewaga orzechów nad daktylami mnie ucieszyła, bo nie jestem pewna, czy lubię je aż tak, by zrobić nadzienie tylko daktylowe.

Składniki:

Ciasto:

  • 100g semoliny
  • 250g kaszki makaronowej (pszennej lub orkiszowej), ew. kasza manna (można też, jak w oryginale, użyć samej semoliny)
  • 40g mąki pszennej (uniwersalnej)
  • 40g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • ½ łyżeczki utartego w moździerzu mahlebu (opcjonalnie)
  • 180g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
  • łyżka wody różanej
  • łyżka wody
  • łyżka ekstraktu pomarańczowego (lub zastąpić wodę i ekstrakt wodą z kwiatów pomarańczy, jeśli ktoś lubi)

Farsz:

  • 225g orzechów włoskich
  • 45g posiekanych daktyli (jeśli nie są b. świeże/miękkie, namoczyć ok. 15 minut w ciepłej wodzie)
  • łyżka (ok. 30g) miodu
  • łyżeczka cynamonu
  • 1,5 łyżeczki wody różanej
  • łyżka wody z kw. pomarańczy jw. LUB ½ łyżki ekstraktu pomarańczowego i ½ łyżki wody, jw., ew. zastąpić wodą z moczenia daktyli (u mnie)

Do podania: cukier puder

Przygotować ciasto: wymieszać suche składniki i wetrzeć w nie zimne masło na okruchy, jak przy robieniu ciasta kruchego. Połączyć w elastyczne ciasto za pomocą wód kwiatowych, wyrobić krótko (sugerowane 5 minut ręcznie, ja to robiłam w mikserze, więc zostawiłam na ok. 1 minutę). Przykryć wilgotną ściereczką lub folią i odstawić na ok. 30 minut.

Przygotować nadzienie: rozdrobnić orzechy, daktyle i cynamon w malakserze (orzechy nie mają być drobno zmielone). Dodać mokre składniki i krótko zmiksować na pastę.

Aby uformować ciasteczka: odrywać kawałki ciasta (z grubsza wielkości orzecha włoskiego), rozpłaszczać na dłoni, następnie uformować coś w rodzaju rożka/kubka z ciasta (wystarczy lekko zgiąć palce dłoni będącej „podstawką”) i nadziewać pełną łyżką farszu. Dokładnie zalepić ciasto dookoła nadzienia, formując owal. Jak napisałam wyżej, nie miałam żadnych problemów z formowaniem ciasteczek, bo choć ciasto wydawało się lekko lepkie na dotyk, nie kleiło się mocno do palców i było bardzo elastyczne, więc zalepianie szło szybko i sprawnie. Gdyby jednak ciasto się rwało, zwilżyć przed zalepianiem palce wodą – powinno pomóc. Gotowe ciasteczka umieścić na blaszce wyłożonej pergaminem/matą silikonową i, opcjonalnie, ozdobić widelcem (patrz zdjęcie). Ja uzyskałam dwie pełne blaszki, lekko ponad 30 sztuk sugerowanych przez autora.

Piec przez ok. 12-15 minut w 190 st. C (termoobieg) – uwaga, żeby nie przepiec! Ciasteczka powinny pozostać blade, nie powinny być jednak surowe, dlatego 15 minut to raczej maksymalny czas pieczenia. Po wystudzeniu posypać dokładnie cukrem pudrem. Uwaga: ciasteczka nie zapacają się podczas przechowywania w szczelnym pojemniku (ja trzymałam tak do ok. tygodnia).

Ponieważ nie mam porównania z ma'amoul „u źródła”, nie wiem, czy przepis jest mocno odsłodzony, ale ciasteczka zostały zaakceptowane nawet przez mojego Tatę (który za kuchnią bliskowschodnią, zwłaszcza słodką, nie przepada). Jedna rzecz, którą należy wziąć pod uwagę, to to, że – przynajmniej w wariancie z nadzieniem orzechowym – nie jest to wypiek dla fanów wilgotnych, ciągnących się ciast(eczek). Całej reszcie: polecam!

środa, 13 kwietnia 2016

Podejście do bakłażana dzieli nasze stadło małżeńskie; np. stojąc przed wyborem „cukinia czy bakłażan”, M wybierze to pierwsze, ja (po namyśle, bo czy muszę wybierać?!) raczej to drugie. Tymczasem podczas naszego ostatniego posiłku w Londynie zamówionej przez M rybie towarzyszył tzw. (bo cytuję menu) kawior z bakłażana, który bardzo mężowi smakował (i sam się potem dopominał, żeby „coś takiego” w domu odtworzyć). Przyznaję, że nie znoszę tej nazwy: kawior to rybia ikra, a ta pasta nie dość, że nią nie jest, to z żadnej strony jej nie przypomina ;). Więc choć przepis, który znalazłam na stronie Jadłonomii i którym się inspirowałam, zatytułowany jest właśnie „kawior z bakłażana”, pozwolicie, że więcej tego określenia nie będę używać ;). Najbardziej podoba mi się fakt, że nie obiera się bakłażana ze skórki (bo melitzanasalatę, gdzie ją ściągałam, kiedyś pokazywałam).

Pastę zrobiłam w ciągu miesiąca dwukrotnie, i już teraz wiem, że wolę mniej zieleniny, niż Marta Dymek sugeruje, a także nieco inną (tzn. koperek zdecydowanie mi nie pasuje). Poniższe proporcje odzwierciedlają te zmiany ;).

Składniki:

  • 2 mniejsze/średnie bakłażany
  • ok. 4 łyżek oliwy
  • sok z ½ – 1 cytryny
  • ząbek czosnku
  • ok. 2 łyżek posiekanej świeżej kolendry/bazylii, ew. zmieszanej 1:1 z natką pietruszki, plus parę listków do dekoru
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: szczypta za'ataru

Bakłażany umyć, nakłuć parokrotnie, owinąć folią aluminiową, piec ok. 30 minut w 190-200* st. C (termoobieg). Lekko przestudzić, odciąć ogonki, z grubsza posiekać, umieścić w malakserze z pozostałymi składnikami. Zmiksować, ale nie na bardzo gładko. Sprawdzić doprawienie i najlepiej odstawić na co najmniej 1h do tzw. przegryzienia. Przed podaniem udekorować dodatkowymi ziołami, można też jeszcze skropić skropić oliwą i cytryną.

* Właśnie się zorientowałam, że autorka proponowała 200 st., ale jestem na 99% pewna, że piekłam w nieco niższej - dlatego, że zazwyczaj, jak nie wiem, jaką temp. wybrać, nastawiam na 190 ;).

Pasta świetnie pasuje solo, tzn. jako dip czy przystawka, jako składnik bliskowschodniego bufetu (falafel, labneh i s-ka) czy właśnie dodatek do ryby. A sezon na bakłażana tuż za rogiem, bo podobno już od maja (czyli tylko trochę się pospieszyłam)!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 100
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna