Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
czwartek, 28 kwietnia 2016

Szakszuka na blogu była dwojaka – klasyczna i bakłażanowa. Do tej pory jadłam ją tylko na śniadanie, ew. jeśli trzeba było awaryjnie kogoś późno nakarmić (bo to jednak oczko bardziej wyrafinowanie niż jajecznica ;). Niedawno jednak miałam pęczek pierwszej w tym roku botwinki, którą postanowiłam rozmnożyć za pomocą pomidorów (jako danie obiadowe) na wariant mojej ukochanej "jarzynki". Gdy już składniki bulgotały na patelni, pomyślałam… a właściwie czemu nie wbić w to jaj? I tak oto wyszła kolejna szakszuka.

Składniki:

  • olej/oliwa, ew. z małym dodatkiem masła
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 małe pęczki botwinki z mikro buraczkami, ew. 1 trochę większy
  • 200ml przecieru pomidorowego
  • sól, pieprz, koperek
  • 2-4 jaja

Czosnek posiekać, przesmażyć na średnim ogniu na oleju (opcjonalnie z małym dodatkiem masła), dodać posiekaną botwinkę (buraczki obrane/oskrobane i posiekane w kostkę, cała reszta – bardzo z grubsza). Chwilę przesmażyć, skręcić lekko ogień, podlać paroma łyżkami wody i dusić pod przykryciem ok. 10 minut. Dodać pomidory, oprószyć solą i pieprzem, dusić kolejne 10 minut, lub aż buraczki będą wyraźnie miękkie. Sprawdzić doprawienie. Jeśli sos wydaje się za rzadki, odparować kilka minut na mocniejszym ogniu. Zrobić w sosie dołki, wbić jaja, smażyć, aż się zetną (można pod koniec pod przykryciem, ale uważać, żeby nie wyszły na twardo ;). Hojnie posypać koperkiem i podawać od razu, w idealnym świecie – z młodymi ziemniakami lub świeżym pieczywem.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Jadacie granolę? Jeśli tak, to jak? Mam na myśli, czy „jak zalecono” umieszczacie ją w misce, dodajecie np. owoce i jogurt/mleko, czy też np. podjadacie ją na sucho, zamiast przekąski, owoców czy czegoś słodkiego? Nie ukrywam, że ja stosuję obie metody ;). Gdy przypadkiem trafiłam na zdjęcie batonów o podobnym składzie, co granola, ale z dodatkiem… uwaga… zakwasu, zachwyciłam się a/pomysłem na dodanie zakwasu do czegoś (względnie) słodkiego i nie będącego pieczywem, b/bardziej foremną postacią mojej ulubionej przekąski. OK, owszem, próbowałam kiedyś robić batony na mleku skondensowanym, ale poza tym, że jest to składnik, którego normalnie nie kupuje i budzi zawsze pewne moje wątpliwości, batony trzeba było je szybko zjeść (albo trzymać w lodówce, żeby się nie zepsuły; oczywiście wówczas nie miałam chłodnej spiżarni), miałam też problemy z konsytencją.

Poszukiwania w internecie wykazały, że batony owsiane na zakwasie to żadna nowość i całkiem sporo przepisów znalazłam do wyboru. Ostatecznie bazowałam na tym (bo wszystko miałam w domu ;), z pewnymi zmianami (wyrzuciłam czekoladę a dodałam koryntki). Batonów wychodzi niewiele, ale oczywiście można składniki podwoić. Dodatki bakalii itd. można sobie dowolnie modyfikować (np. dodając masło orzechowe zamiast migdałowego i zmieniając migdały na inne fistaszki, itd.).

Co robi tu zakwas? Podobno zapewnia większą puszystość i pożądaną spoistość oraz wilgotność. W założeniu jednak jest to przepis z cyklu „nie marnuję”, tj. na zużycie nadmiaru surowca... Nie żebym jakoś szczególnie narzekała na taką nadprodukcję ;).

Składniki:

  • 50g płatków owsianych,
  • 50g miodu,
  • 50g masła migdałowego,
  • 50g posiekanych migdałów,
  • 100g dowolnego zakwasu (u mnie aktywny żytni, ale podobno można użyć i takiego z lodówki),
  • 75g suszonej żurawiny,
  • 40g pestek słonecznika,
  • 50g koryntek,
  • szczypta soli

Wymieszać osobno suche, osobno mokre składniki. Połączyć suche z mokrym, przełożyć do małej foremki (np. keksowej) dokładnie wyłożonej pergaminem lub ew. matą silikonową, wyrównać. Piec ok. 20-22 minut w 180 st. C (termoobieg) – całość będzie rumiana z wierzchu, ale pod spodem wciąż lekko miękka. Wystudzić na kratce.

Nie miałam problemu z przechowywaniem batonów: wyszło mi ok. 8 sztuk, te, których od razu nie zjadłam ;) przełożyłam do plastikowego pudełka, ale nie zakryłam go szczelnie (tzn. uchylony otwór wentylacyjny, w który wyposażony jest pojemnik). Trzymałam je w ten sposób ponad tydzień w temperaturze pokojowej i pod koniec były tylko trochę bardziej suche. Aha, oczywiście można batony jeść nie tylko jako przekąskę/mało słodkie słodycze, ale i na śniadanie, zwłaszcza takie w biegu/na wynos.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Pamiętacie, jak pisałam o londyńskim Ducksoup? Po kolacji w tej restauracji zapisałam sobie dwa dania mięsne do zrealizowania: kurczę w mleku (tam to było konkretnie młode kurczę, tj. poussin) oraz bliskowschodnie serce jagnięce. Na razie zrealizowałam to pierwsze (jak wiadomo, kurczę w PL łatwiej dostępne niż jagnięce podroby).

Inspiracje czerpałam z „książki o kurczakach” Diany Henry oraz zbliżonego przepisu Jamie'ego Olivera, mając też w pamięci danie jedzone w Londynie, i ostatecznie jest coś pośrodku (z mniejszą ilością czosnku, niż w źródłach sugerowano). Choć w Ducksoup było ciemno (nawet wg restauracyjnych standardów), było widać, że sos jest lekko zwarzony, ale kura bardzo miękka, delikatna, o lekkim aromacie gałki muszkatołowej i cytrusów. O tym, że sos się zetnie, autorzy lojalnie acz przelotem uprzedzają, ale na zdjęciach widać go tylko – profilaktycznie ;) - jako zamazane tło. Warto powiedzieć to dobitnie: sos się na pewno zwarzy (i to bardziej jeśli, jak ja, pod koniec pieczenia odkryjecie garnek). Biorąc jednak pod uwagę składniki, tak ma po prostu być (patrz zdjęcie na końcu notki). Nie jest to jednak koniecznie danie na eleganckie przyjęcie.

Składniki:

  • szczęśliwy kurczak ok. 1,5kg
  • sól, pieprz,
  • olej (ew. olej i masło) do obsmażenia
  • 350ml pełnotłustego mleka w temp. pokojowej
  • 4 duże liście szałwii
  • 2 liście laurowe
  • świeżo starta gałka muszkatołowa (ok. ¼ dużej gałki, lub do smaku)
  • skórka starta z 1 dużej cytryny
  • 5 ząbków czosnku

Kurczaka oprószyć dokładnie solą i pieprzem. Rozgrzać olej (ew. olej i masło 1:1) w dużym żaroodpornym garnku z pokrywką. Dokładnie obsmażyć mięso z obu stron. Wyłowić, odłożyć na bok, zlać tłuszcz z garnka (można wykorzystać do np. pieczenia ziemniaków lub warzyw). Kurczaka włożyć z powrotem do garnka, dodać wszystkie pozostałe składniki. Piec pod przykryciem ok. 2h (albo aż mięso będzie dokładnie wypieczone w środku) w 160 st. C. (termoobieg), co jakiś czas (np. co pół godziny) podlewając sosem. Można ok. 15-20 minut przed końcem odkryć garnek, jeśli np. chcielibyście, by skóra się mocniej zrumieniła, spowoduje to jednak mocniejsze ścięcie się sosu.

Podawać mięso z sosem i np. pęczakiem i pieczonymi warzywami korzeniowymi (marchew, pietruszka itd.), ew. minimalistycznie doprawioną zieloną sałatą lub brokułem (gotowanym lub z pary). Z resztek wychodzi świetny sos do makaronu lub wkładka do zapiekanki.

Niedawno się doczytałam, że właściciele Ducksoup wydają książkę - ojej...

niedziela, 17 kwietnia 2016

Złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy” - na pewno znacie to powiedzenie. Ile razy zrezygnowaliście z ugotowania jakiegoś dania, uważając, że nie macie sprzętu lub wymaganych składników? O ile trudno zrobić drożdżowe bez drożdży czy wałkować bez wałka (choć podobno butelka po winie też się nieźle sprawdza), pewne rzeczy w kuchni można zastąpić lub pominąć, a często nie zdajemy sobie z tego sprawy. I tak dopiero niedawno odkryłam (ale jeszcze nic z tą wiedzą nie zrobiłam), że magdalenki można upiec i w innych foremkach niż klasyczne „muszelki”, zaś bliskowschodnie ma'amoul wcale nie muszą być lepione za pomocą tradycyjnego narzędzia. Mowa o drewnianym naczyniu z rączką i ozdobnie żłobionym zagłębieniu, które wylepia się ciastem, i o które już kiedyś prosiłam rodzinnych podróżnych, jadących do Tunezji (w zamian dostałam szal, który jest na powyższym zdjęciu ;). Błędnie sądziłam, że bez naczynka ma'amouli się nie zrobi i dopiero uważna (zaznaczam, uważna, bo pobieżna niewiele wniosła) lektura Jerusalem mnie oświeciła. Przyznaję, że mimo wszystko nieufnie podeszłam do ręcznego lepienia ciasteczek i dopiero, gdy jeszcze wyszukałam w internecie zdjęcia, jak to lepienie ma przebiec, uznałam, że można spróbować. No, tak naprawdę zmotywował mnie dodatkowo zakup mahlebu na londyńskim Borough Market, mgliście bowiem pamiętałam, że dodaje się go do tego wypieku. Ottlolenghi co prawda o tej przyprawie nie wspomina, używa go jednak Basia (Makagigi), która także pisze o metodzie bezforemkowej! Nie jest to konieczny dodatek, można skupić się na wodzie różanej i korzeniach.

Tu słowo o wodach kwiatowych – jak kiedyś wspominałam, różaną akceptuję, jeśli nie ma jej zbyt dużo, ale tej z kwiatów pomarańczy już nie, więc w moim przepisie z konieczności nastąpiły pewne zmiany ;). W oryginale była też przewaga semoliny, ale ponieważ ciasto z dodatkiem kaszki makaronowej wyszło świetne (m.in. bardzo przyjemne do lepienia), podaję taką opcję poniżej. W nadzieniu prawie nic (poza ww. wodą i zastąpieniem cukru miodem, za Basią) nie zmieniłam: przewaga orzechów nad daktylami mnie ucieszyła, bo nie jestem pewna, czy lubię je aż tak, by zrobić nadzienie tylko daktylowe.

Składniki:

Ciasto:

  • 100g semoliny
  • 250g kaszki makaronowej (pszennej lub orkiszowej), ew. kasza manna (można też, jak w oryginale, użyć samej semoliny)
  • 40g mąki pszennej (uniwersalnej)
  • 40g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • ½ łyżeczki utartego w moździerzu mahlebu (opcjonalnie)
  • 180g zimnego masła, pokrojonego w kostkę
  • łyżka wody różanej
  • łyżka wody
  • łyżka ekstraktu pomarańczowego (lub zastąpić wodę i ekstrakt wodą z kwiatów pomarańczy, jeśli ktoś lubi)

Farsz:

  • 225g orzechów włoskich
  • 45g posiekanych daktyli (jeśli nie są b. świeże/miękkie, namoczyć ok. 15 minut w ciepłej wodzie)
  • łyżka (ok. 30g) miodu
  • łyżeczka cynamonu
  • 1,5 łyżeczki wody różanej
  • łyżka wody z kw. pomarańczy jw. LUB ½ łyżki ekstraktu pomarańczowego i ½ łyżki wody, jw., ew. zastąpić wodą z moczenia daktyli (u mnie)

Do podania: cukier puder

Przygotować ciasto: wymieszać suche składniki i wetrzeć w nie zimne masło na okruchy, jak przy robieniu ciasta kruchego. Połączyć w elastyczne ciasto za pomocą wód kwiatowych, wyrobić krótko (sugerowane 5 minut ręcznie, ja to robiłam w mikserze, więc zostawiłam na ok. 1 minutę). Przykryć wilgotną ściereczką lub folią i odstawić na ok. 30 minut.

Przygotować nadzienie: rozdrobnić orzechy, daktyle i cynamon w malakserze (orzechy nie mają być drobno zmielone). Dodać mokre składniki i krótko zmiksować na pastę.

Aby uformować ciasteczka: odrywać kawałki ciasta (z grubsza wielkości orzecha włoskiego), rozpłaszczać na dłoni, następnie uformować coś w rodzaju rożka/kubka z ciasta (wystarczy lekko zgiąć palce dłoni będącej „podstawką”) i nadziewać pełną łyżką farszu. Dokładnie zalepić ciasto dookoła nadzienia, formując owal. Jak napisałam wyżej, nie miałam żadnych problemów z formowaniem ciasteczek, bo choć ciasto wydawało się lekko lepkie na dotyk, nie kleiło się mocno do palców i było bardzo elastyczne, więc zalepianie szło szybko i sprawnie. Gdyby jednak ciasto się rwało, zwilżyć przed zalepianiem palce wodą – powinno pomóc. Gotowe ciasteczka umieścić na blaszce wyłożonej pergaminem/matą silikonową i, opcjonalnie, ozdobić widelcem (patrz zdjęcie). Ja uzyskałam dwie pełne blaszki, lekko ponad 30 sztuk sugerowanych przez autora.

Piec przez ok. 12-15 minut w 190 st. C (termoobieg) – uwaga, żeby nie przepiec! Ciasteczka powinny pozostać blade, nie powinny być jednak surowe, dlatego 15 minut to raczej maksymalny czas pieczenia. Po wystudzeniu posypać dokładnie cukrem pudrem. Uwaga: ciasteczka nie zapacają się podczas przechowywania w szczelnym pojemniku (ja trzymałam tak do ok. tygodnia).

Ponieważ nie mam porównania z ma'amoul „u źródła”, nie wiem, czy przepis jest mocno odsłodzony, ale ciasteczka zostały zaakceptowane nawet przez mojego Tatę (który za kuchnią bliskowschodnią, zwłaszcza słodką, nie przepada). Jedna rzecz, którą należy wziąć pod uwagę, to to, że – przynajmniej w wariancie z nadzieniem orzechowym – nie jest to wypiek dla fanów wilgotnych, ciągnących się ciast(eczek). Całej reszcie: polecam!

środa, 13 kwietnia 2016

Podejście do bakłażana dzieli nasze stadło małżeńskie; np. stojąc przed wyborem „cukinia czy bakłażan”, M wybierze to pierwsze, ja (po namyśle, bo czy muszę wybierać?!) raczej to drugie. Tymczasem podczas naszego ostatniego posiłku w Londynie zamówionej przez M rybie towarzyszył tzw. (bo cytuję menu) kawior z bakłażana, który bardzo mężowi smakował (i sam się potem dopominał, żeby „coś takiego” w domu odtworzyć). Przyznaję, że nie znoszę tej nazwy: kawior to rybia ikra, a ta pasta nie dość, że nią nie jest, to z żadnej strony jej nie przypomina ;). Więc choć przepis, który znalazłam na stronie Jadłonomii i którym się inspirowałam, zatytułowany jest właśnie „kawior z bakłażana”, pozwolicie, że więcej tego określenia nie będę używać ;). Najbardziej podoba mi się fakt, że nie obiera się bakłażana ze skórki (bo melitzanasalatę, gdzie ją ściągałam, kiedyś pokazywałam).

Pastę zrobiłam w ciągu miesiąca dwukrotnie, i już teraz wiem, że wolę mniej zieleniny, niż Marta Dymek sugeruje, a także nieco inną (tzn. koperek zdecydowanie mi nie pasuje). Poniższe proporcje odzwierciedlają te zmiany ;).

Składniki:

  • 2 mniejsze/średnie bakłażany
  • ok. 4 łyżek oliwy
  • sok z ½ – 1 cytryny
  • ząbek czosnku
  • ok. 2 łyżek posiekanej świeżej kolendry/bazylii, ew. zmieszanej 1:1 z natką pietruszki, plus parę listków do dekoru
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: szczypta za'ataru

Bakłażany umyć, nakłuć parokrotnie, owinąć folią aluminiową, piec ok. 30 minut w 190-200* st. C (termoobieg). Lekko przestudzić, odciąć ogonki, z grubsza posiekać, umieścić w malakserze z pozostałymi składnikami. Zmiksować, ale nie na bardzo gładko. Sprawdzić doprawienie i najlepiej odstawić na co najmniej 1h do tzw. przegryzienia. Przed podaniem udekorować dodatkowymi ziołami, można też jeszcze skropić skropić oliwą i cytryną.

* Właśnie się zorientowałam, że autorka proponowała 200 st., ale jestem na 99% pewna, że piekłam w nieco niższej - dlatego, że zazwyczaj, jak nie wiem, jaką temp. wybrać, nastawiam na 190 ;).

Pasta świetnie pasuje solo, tzn. jako dip czy przystawka, jako składnik bliskowschodniego bufetu (falafel, labneh i s-ka) czy właśnie dodatek do ryby. A sezon na bakłażana tuż za rogiem, bo podobno już od maja (czyli tylko trochę się pospieszyłam)!

czwartek, 07 kwietnia 2016

Nigdy nie ukrywałam, że jestem fanką kuchni brytyjskiej. Dodajmy do tego słabość do retro i trudno się dziwić, że zachwyciłam się blogiem Reguli Ysewijn (znanej także jako Miss Foodwise), a zwłaszcza historycznym ujęciem przepisów i mrocznymi zdjęciami. Gdy więc jakiś czas temu ogłosiła, że szuka testerów kulinarnych, chętnie się zgłosiłam. Minął jeszcze jakiś czas i dostałam odpowiedź, że są do zagospodarowania, tj. sprawdzenia, przepisy na desery. Po namyśle zdecydowałam się na to, co od dłuższego czasu chciałam zrobić, czyli apple charlotte. Uwaga, to nie szarlotka, a raczej jabłeczny pudding chlebowy. Koniecznie do zrobienia dla fanów tego ostatniego, a przy okazji - świetny patent na zagospodarowanie czerstwego pieczywa.

Test przebiegł latem, w związku z czym w środku znalazły się antonówki, na które akurat był sezon. Gdyby ich nie miała, użyłabym ulubionej szarej lub złotej renety, ew. naszych własnych jabłek „no name” (nie są typowo kulinarne, ale bardziej winne niż słodkie w smaku). Czemu nie opublikowałam wpisu wcześniej? Bo zobowiązałam się, że tego nie zrobię przed publikacją wersji angielskiej, a ta jest do kupienia właśnie od dziś :).

W nawiązaniu do książki, miesiąc temu spotkała mnie miła niespodzianka, której się nie spodziewałam: egzemplarz Pride and Pudding dla testerów. Książka jest wydana pięknie, bo poza treścią przygotowaną przez Regulę, której próbki można obejrzeć na blogu (zdjęcia i teksty), są także ilustracje wykonane przez Bruno Vergauwena (prywatnie męża autorki). Fani secesji i czarnego humoru powinni być zachwyceni. Poniżej mały wybór:

Nie ukrywam, że używałam książki i zdjęć np. summer pudding (mój znajdziecie tu) jako argumentu podczas niedawnej żywiołowej dyskusji w gronie rodzinnym na temat „tej strasznej kuchni brytyjskiej”. Z tego wszystkiego nie wiem, czy się przed rodzicami pochwaliłam, że na str. 366 (podziękowania) jest moje nazwisko ;).

Wszystko pięknie, ale gdzie ten pudding?

Składniki:

  • ok. 550g czerstwego jasnego pieczywa (użyłam domowego chleba drożdżowego)
  • ok. 500g jabłek
  • 5 łyżek dżemu morelowego
  • 3 łyżki brandy/rumu
  • 50g stopionego masła
  • cukier do posypki (u mnie demerara)
  • do podania: sos waniliowy/krem angielski, śmietanka posłodzona do smaku, lody

Jabłka obrać, z grubsza pokroić, umieścić w rondelku wraz z dżemem oraz brandy i rozgotować na pulpę (ew. podlać wodą, gdyby zaczęły przywierać do dna). Przestudzić.

Dokładnie wysmarować masłem małą keksówkę (użyłam jednej mini – 450g, ale napełniłam ją nawet z małą górką) lub średniej wielkości żaroodporną miskę; można także użyć mniejszych miseczek, tworząc 3-4 pojedyncze puddingi. Pokroić chleb na możliwie równe (choć u mnie jak widać, z okrągłego bochenka było niełatwo ;) kawałki o wysokości foremki, posmarować obficie i dokładnie stopionym masłem. Wyłożyć boki foremki chlebem (patrz zdjęcie), następnie przyciąć kawałek na dno (albo na odwrót, najpierw wyłożyć dno, potem boki, jak ja). Do środka wlać pulpę jabłeczną, przykryć jeszcze paroma kawałkami wysmarowanego masłem chleba. Dokładnie posypać cukrem.

Piec w 190 st. C (termoobieg), przez ok. 30 minut, aż chleb się zrumieni (wg Reguli, stopień przypieczenia chleba zależy od indywidualnych preferencji i należy kierować się tym, jakie lubimy grzanki ;). Po upieczeniu odstawić na kilka minut, następnie delikatnie odwrócić i usunąć foremkę. Podawać na ciepło (i kroi się kiepsko, ale bywa ;), ale resztki także całkiem dobrze smakują odgrzane następnego dnia lub w temperaturze pokojowej.

Nasz pudding podałam tylko ze śmietanką, bo po prostu nie chciało mi się robić sosu, a warto mieć tutaj jakiś dodatek, żeby urozmaicić ten mimo wszystko prosty deser. Teraz kuszą mnie lody chlebowe, sugerowany przez autorkę dodatek do apple charlotte (tak, nie jestem lodożercą, bo w końcu lody to nie ciasto, ale chlebowe… sami rozumiecie ;).

••••••

English please!

It's no secret I'm a fan of British cuisine. Given that I'm also partial to anything retro or quirky, there's no wonder I was delighted with Regula Ysewijn's (previously known as Miss Foodwise) blog, especially the historical background for the recipes and the dark, atmospheric photography. When she announced recipe testers were needed, I volunteered. Some time passed & then I received a reply that several desserts were up for grabs, i.e. testing. After some thinking, I went for the apple charlotte, because it was something I'd meant to make for a long time. Now, everybody around here knows the Polish szarlotka, but even though the names are similar, this is not a cake, but rather apple & bread pudding. Great for apple pudding fans & of course a fantastic way of using up leftover bread.

My testing took place last summer in August, so I used local cooking apples, which were then in season (Antonówki: they're tart & cook quickly). Otherwise I'd have used Reinettes (Rennets) or our own “no name” apples (not cooking apples as such, but tasty and pretty tart too). BTW, why didn't I post this earlier? Because I'd promised I wouldn't until the English version of the book was out, and it's out now :).

Speaking of the book, last month I had a real surprise when the postman came by and brought an early copy of Pride and Pudding! The book's been beautifully designed and printed; apart from Regula's writing and photos, some of which you can see on the blog, there are also illustrations prepared by her husband, Bruno Vergauwen. If you're a fan of Art Nouveau and dark humour, you'll love them. For a small preview of what's inside, see the photo collage above.

I have to say I used Pride and Pudding and pics of e.g. summer pudding as counter-arguments during a recent family discussion on “that dreadful British food”. The debate was so heated I'm not sure if I mentioned to my parents that on p. 366 ('Thank you') they could also find my name!

Ok, ok, that's all very nice, but where's the pudding?!

Ingredients:

  • approx. 550g stale white bread (I used homemade & yeasted)
  • approx. 500g apples
  • 5 tbsp apricot jam
  • 3 tbsp brandy/rum
  • 50g melted butter
  • sugar for sprinkling (I used demerara)
  • to serve: custard, lightly sweetened double cream, ice-cream

Peel and roughly chop the apples, place in a pan with the jam and brandy & cook until soft and pulpy (add a little water if they start to stick to the pan, like mine did). Set aside to cool.

Generously butter a small loaf tin (I used a 450g/1lb one, but filled it up to the very edge, or even a bit over) or a pudding bowl; you could also use individual pudding moulds for up to 4 small puddings. Slice the bread into even pieces (not easy with a round loaf, as you can see!) to fit the sides of the tin/bowl and cover generously with the melted butter. Cover the sides of the tin/bowl with the bread (see pics above), then add a piece for the bottom (or, alternatively, first line the bottom with bread and then do the sides, as I did). Add the apples and cover with a few more pieces of buttered bread. Sprinkle over the sugar.

Bake in a pre-heated oven in 190 st. C (fan), for around 30 mins or until the bread is as toasty as you normally like it (as per the author's instructions). Set it aside for a few minutes, then carefully reverse and remove the tin/bowl. Slicing will be messy, be warned! Serve warm, but leftovers are also tasty re-heated or even in room temperature.

We ate the charlotte with heavy cream (which btw is lighter than the British kind), because I was too lazy to make any custard. Unlike the British, I don't normally serve cake or dessert with anything on the side, but I think something a bit extra is needed for this, after all, simple pud (and it's traditional!). Now I'm tempted by the brown bread ice-cream recipe, Regula's serving suggestion for the pudding. I'm not a huge ice-cream fan (they're not cake or biscuits, after all) but there's bread inside this one… so I guess we might say “to be continued” ;).

wtorek, 05 kwietnia 2016

Często zdarza Wam się fiasko kulinarne? A może nie całkiem fiasko, tylko nieudane danie, typu za rzadki sos, kruszący się spód: innymi słowy, coś, co smakuje może i dobrze, ale nie nadaje się do wykorzystania zgodnie z planem. Tak miałam w miniony weekend, kiedy ambitnie postanowiłam zrobić eklerki i z pierwszej wersji ciasta ptysiowego wyprodukowałam partię... kapci. Ewidentnie nie doceniłam gabarytów wiejskich jaj, bo ciasto było za luźne, a zorientowałam się dopiero wtedy, gdy zaczęłam je wylewać szprycą na blaszkę. Były to jednak bardzo smaczne kapcie, i po oddaniu paru sztuk M na podwieczorek, resztę zachowałam na śniadanie, które wyszło b. smaczne (M: "To twój pomysł? Do zapamiętania"), a można by je łatwo otworzyć za pomocą placków (pankejków), usmażonych w nieco większym formacie. Pewnie można by też wykorzystać nadprodukcję zwykłych naleśników, złożonych na pół, lub placków ziemniaczanych. A więc...

Składniki (2 osoby):

  • 4 nieudane, płaskie eklerki ;) lub placki z np. tego lub tego (bez dodatku owoców) przepisu, dość cienkie i owalne, o wielkości przeciętnego jaja sadzonego, ew. inne sugestie ze wstępu
  • 4 jajka
  • sos z tahiny (i polecam!), inne opcje: ajwar, słodki sos chilli, ketchup, łagodny chrzan... lub co lubicie najbardziej
  • garść szpinaku lub rukoli
  • inne dodatki: boczek/wędlina, wędzony łosoś, kozi ser lub co Wam w ręce wpadnie
  • opcjonalnie: sól i chilli w płatkach

Wyprodukować placki, usmażone trzymać na podgrzanym talerzu/w nastawionym na niską temp. piekarniku. Usmażyć jaja sadzone. Każdy placek posmarować łyżeczką wybranego sosu, ułożyć na nim trochę zieleniny, jajo, przykryć drugim posmarowanym plackiem, ponownie dodać zieleninę i jajo. Oprószyć (opcjonalnie) lekko solą i chilli, podawać od razu.

Sos z tahiny jak się okazało, świetnie pasuje do jaj! Wiem, że może robienie go specjalnie do takiego śniadania wydaje się bez sensu (a już na pewno niezgodne z ideą wykorzystania resztek), ale zapewniam, nie zmarnuje się, bo - w moim odczuciu przynajmniej - można go wykorzystać jako dodatek do niemal wszystkiego.

poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Wiosna to nie tylko codzienne obchody ogrodu, żeby zobaczyć, co odrasta (np. czosnek niedźwiedzi czy mięta), a co jeszcze śpi snem zimowym (np. melisa i częściowo maliny). To także czas spędzany na kanapie na zewnątrz, zachwycając się nowym sezonem tarasowym (wiem, że zasadniczo mówi się "balkonowym", ale tego ostatniego nie mam, taras za to tak ;). Nie sądzicie, że do tego obrazu pasuje szklanka... no właśnie, czego?

Pobyt w Londynie przypomniał mi, że koktajle całkiem lubię... Albo inaczej, lubię je, od kiedy wiem, czego szukać (tzn. jakie lubię). Najczęściej wybieram takie na winie musującym/szampanie lub sour, ewentualnie coś cytrusowego lub zielonego na bazie ginu/rumu. W tej pierwszej grupie wciąż bardzo lubię Chłopczycę lub Gwiazdę betlejemską, ale niedawno przypomniałam sobie o artykule nt. drinków inspirowanych Opactwem Downton*, w którym zaproponowano trio koktajli, po jednym na każdą siostrę Crawley (wpis powstał pomiędzy drugą a trzecią odsłoną serialu). I choć najbardziej inspirującą czy pozytywną postacią wydaje się Sybil Crawley, to Lady Mary przyciągnęła mój wzrok... Moja wersja powstała z różowego Lillet (choć można użyć białego, jak w oryginale - szczerze mówiąc, nie widzę między dwoma wermutami wielkiej różnicy) i prosecco, ale choć użyłam bazylii, jak sugerowano, uważam, że lepsza byłaby melisa cytrynowa, mięta lub estragon francuski, ew. mieszanka tych ziół. Może jak odrosną...

Składniki (1 porcja):

  • 30ml Lillet (blanc, rose)
  • ok. łyżka soku z cytryny
  • ok. 6-8 liści ziół (melisa, mięta, estragon, ew. bazylia)
  • ok. 100ml schłodzonego wytrawnego wina musującego (np. prosecco)

Zioła rozgnieść tamperem w soku z cytryny, dokładnie wymieszać z Lillet. Przelać (przez sitko, jeśli komuś przeszkadza zielenina) do kieliszka od szampana, dopełnić bąbelkami. Można udekorować dodatkowym listkiem melisy lub innego użytego zioła. Podawać od razu.

Wspomniałam powyżej o sour. Otóż w zeszłym roku, po lekturze Tygrysów w porze czerwieni (już pisałam tu o tej książce) i scenie pt. siedzimy w szopie na Martha's Vineyard i robimy whisky sour po kryjomu i w warunkach polowych, bardzo zaciekawił mnie smak tego koktajlu. Czysta whisky do mnie nie przemawia, za to wszystko co kwaśne - bardzo, a cytrynowe: wyjątkowo! Zrobiłam najprostszą wersję na zasadzie 1:2:3 (cukier, cytryna, alkohol) i bardzo mi smakowała. Do opcji z białkiem nie mogłam się przekonać, dopóki w londyńskim Cahoots nie spróbowałam ich Cahooch sour. Jak to ujął M: "I to jest pomysł na pozbycie się naszych zamrożonych białek!". Dodam, że na dworze smakuje jakoś (jeszcze) lepiej, białe ganki i Atlantyk nie są niezbędne ;).

 Składniki (1 porcja):

  • 80ml whisky,
  • kopiasta łyżka drobnego cukru (lub 2 łyżki syropu cukrowego*),
  • 1,5-2 łyżki białka,
  • sok z 1/2 cytryny oraz limonki (lub ok. 40ml)

Białko lekko roztrzepać z sokiem z cytryny, przelać do shakera, dodać kilka kostek lodu i pozostałe składniki. Dokładnie wstrząsnąć. Pić od razu.

* Cukier i wodę w proporcji 1:1 wymieszać w rondelku, zagotować, wystudzić. Przechowywać w lodówce.

A na koniec... Do tropików w kraju jeszcze daleko, ale przeszukując zdjęcia z Indii znalazłam uwiecznioną kartę drinków z "naszej" restauracji na Goa! Jakość nie jest najlepsza (smartfonów wtedy jeszcze nie było ;), ale składniki są czytelne. Jednym z naszych ulubionych koktajli było Goańskie dzieciństwo (tzn. w oryginale Goan heritage, czyt. dziedzictwo, ale ktoś gdzieś czegoś nie dosłyszał i tak już zostało ;), choć jakość mieszanki zależała od barmana. Zdaniem M, wyszło całkiem podobnie, tylko "mniej gęste" (bo tam soki były nektarami w koncentracie...). Pomińmy też fakt, że drinki w Arambolu były na fenny (czyt. bimbru) - gdy G. zamówił kieliszek czystej, kelner sam z siebie przyniósł mu Sprite (przydał się).

Składniki (1 porcja):

  • 125ml soku pomarańczowego
  • 125ml soku ananasowego
  • 30ml malibu
  • 45ml ciemnego rumu
  • parę kostek lodu
  • sok z limonki/cytryny do smaku

Wszystkie składniki wymieszać z lodem w shakerze, doprawić sokiem z cytrusów do smaku, podawać od razu.

Plażę w Arambol już kiedyś pokazywałam, ale tu jeszcze dwa widoczki (na zdjęciach wygląda znacznie czyściej ;): czarno-białe zdjęcie bardzo możliwe, że właśnie po wypiciu szklanki Goańskiego dzieciństwa ;).

* Jedyny serial, który obejrzałam cały, tj. wszystkie sześć serii :).

niedziela, 27 marca 2016

To będzie wpis błyskawiczny, którego miało nie być ;). Zainspirowana wpisem Moniki (a powiedzmy sobie szczerze, już kilka lat temu popatrywałam na oryginalny przepis w Lemnis i Vitry)  o zielonym sosie wielkanocnym (tzw. witaminowym), ukręciłam małą miseczkę na śniadanie. Zawsze mnie też ciekawiło, jak wychodzi majonez na gotowanym żółtku (teraz już wiem, że choć konsystencja ta sama, smak jednak inny).

Zasadniczo sos ma towarzyszyć mięsom na śniadanie wielkanocne, w moim odczuciu jednak świetnie pasuje do jaj, i to niekoniecznie w wydaniu świątecznym (np. jako alternatywa dla sosu holenderskiego do jaja w koszulce!). A że jutro w końcu też się świętuje (my w tym roku bardziej nawet niż dziś), może ktoś jeszcze z przepisu skorzysta.

Poniżej wersja na niewielką miseczkę sosu, dokładnie w takich proporcjach jak to dziś rano zrobiłam, ale ilości oczywiście można zwiększyć. Doprawienie wg uznania: chrzan podobno nie jest konieczny, w moim odczuciu jednak tak, podobnie jak dość dużo soku z cytryny :).

Składniki:

  • 1 żółtko (świeżo* ugotowane na twardo)
  • 90ml oleju/oliwy (u mnie mieszanka 1:1, tak jak używam w majonezie)
  • szczypta soli
  • sok z 1/2 cytryny, lub do smaku
  • ok. 1/2 łyżeczki świeżo startego korzenia chrzanu, lub jw.
  • garść drobno posiekanych ziół, u mnie koperek i natka pietruszki z małym dodatkiem szczypiorku

Żółtko rozetrzeć dokładnie z sokiem z cytryny (zaczęłam z ok. 1/4 owocu) i pomału wlać olej, stale pracując trzepaczką, aż uzyskacie majonez. Doprawić do smaku solą i dodatkowym sokiem z cytryny. Dodać chrzan i zioła, dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Podawać do gotowanych jaj i wędlin.

 No i chyba wypada jeszcze życzyć Wesołej Wielkanocy! 

* Nawiązując do niedawnej dyskusji na FB.

czwartek, 24 marca 2016

Gdy kilka tygodni temu odwiedziła nas mała wielbicielka czekolady, będąca jednocześnie alergikiem, dość długo myślałam, co upiec. Nie chciałam za dużo eksperymentować i zamieniać, a tu problem stanowił i nabiał, i cukier lub jego popularne zamienniki zawierające fruktozę. W końcu zawęziłam wybór do dwóch bezmlecznych i bezmaślanych wypieków wg Nigelli: ciasta klementynkowego lub czekoladowego na oliwie. Zaraz… ciasto czekoladowe z oliwą?! Choć to połączenie obiło mi się wcześniej kilkakrotnie o oczy, nigdy mnie nie przekonywało – może dlatego, że zasadniczo oliwa w wypiekach pasuje mi tylko w pizzy lub podobnym pieczywie, bo zwykłe np. bułeczki drożdżowe w moim odczuciu obciąża. Mowa o oliwie takiej, jakiej używam na co dzień w kuchni, tj. extra vergine, tymczasem autorka nalegała tu na oliwę „zwykłą” - jako bardziej neutralną, mniej pikantną, bardziej owocową i nieco lżejszą (przeczytałam także rady na oficjalnym portalu, bo wiele osób pyta o zamienniki). Po długim namyśle i konsultacjach telefonicznych z przyszłymi konsumentami ;) pomaszerowałam do sklepu po oliwę niedziewiczą i… okazało się, że wybór był niewielki. W efekcie użyłam miksu oliwy zwykłej i extra vergine w proporcji 3:2; cukier (dałam ciemny muscovado) został z konieczności zmieszany z glukozą, normalnie oczywiście użyłabym tylko cukru. Aha, mąkę można, jeśli ktoś musi/chce zastąpić 150g mielonych migdałów (nie próbowałam).

Tak czy inaczej, oryginał tu, a poniżej z moimi uwagami:

Składniki:

  • 150ml oliwy z oliwek (tzw. zwykłej, lub mieszanki z extra vergine, u mnie w proporcji 90ml/60ml)
  • 50g dobrego, ciemnego kakao
  • 125ml wrzątku
  • 2 łyżeczki esencji waniliowej
  • 125g mąki
  • ½ łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 200g cukru (drobnego białego lub ciemnego trzcinowego, jak u mnie)
  • 3 jaja

Kakao przesiać do miski i wymieszać ze wrzątkiem na gładką pastę. Dodać wanilię, odstawić na bok. Osobno wymieszać mąkę z sodą i solą. Ubić mikserem jaja, oliwę i cukier na puszystą masę. Dodać kakao i dalej ubijać (na mniejszych obrotach), na koniec wmieszać mąkę i s-kę. Całość przelać (masa będzie dość płynna) do tortownicy 22-23cm (wysmarowanej i omączonej, przy czym 21cm też da radę). Piec ok. 45 minut w 170 st. C. (u mnie z termoobiegiem), albo do dość suchego patyczka (tzn. lepkie okruchy na patyczku są ok, mokra masa - nie). Przestudzić na kratce, wyjąć z foremki i wystudzić całkowicie. Uwaga, bdb pasuje dodatek malin w dowolnej postaci - o czym niżej.


Uwaga: to, że napisałam "wystudzić całkowicie", wynika z moich odczuć po zjedzeniu świeżych okruchów z brzegu tortownicy - otóż letnie/nie całkiem wystudzone ciasto mi niespecjalnie smakowało, m.in. mocno (negatywnie) czuć było oliwę. Przestudzone natomiast staje się całkiem normalnym, mocno czekoladowym murzynkiem. Odkryliśmy jednak coś, co podkręca wyraźnie smak ciasta i sprawia, że jego walory znacznie wzrastają: maliny! Dodatek świeżych był sugerowany w Nigellissima, jednak z przyczyn oczywistych u nas jako dodatek zostały podane przetwory, konkretnie sok malinowy. Dżem jednak też bardzo dobrze by się sprawdził, nie mówiąc o świeżych owocach w sezonie. Jako alternatywę sugeruję czarną porzeczkę. W wersji dla dorosłych może być to wersja z %, tj. swojska nalewka czy creme de cassis.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 99
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna