Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 17 lutego 2013

Rok temu zapomniałam o dniu kota - ostatni raz coś z tej okazji napisałam dwa lata temu. Przez ten czas nasza menażeria pozostała, na szczęście, stała... tj. 2 + 2.

Dopiero po dłuższym czasie w jednej kotce zewnętrznej, Popiołce, rozpoznaliśmy Mamę Oscypka vel Serwatkę, ponieważ ściemniało jej futro. I ona, i Karmi/Karmelek (pełne, pierwotne imię brzmiało Karmicielka), mają się dobrze.

Obie są wysterylizowane (zabiegi odbyły się w ostatniej chwili - gdybyśmy się zagapili, mielibyśmy dodatkowo 10 kociąt na stanie...), zaś zimą mają do dyspozycji dom w piwnicy, z dystrybutorem karmy. Popiół jest najmądrzejszym kotem z całej naszej gromady, a Karmelek - wręcz przeciwnie ;) (ex aequo z Oscypkiem, który jest także kotem najbardziej strachliwym).

Oscyp wyrósł na dużego, ale szczupłego kocura. Niestety niekiedy wychodzi z niego damski bokser...

U Bici, seniorki rodu (8,5 roku) bez zmian, tj. huśtawki nastrojów, wchodzenie w dziwne miejsca (ostatnie ulubione miejsce noclegowe - umywalka, może być wilgotna) i nietypowe reakcje (mizianie selera korzeniowego) obecne ;).

PS. Korzystając z okazji: widziałam w tym roku znów Pietera i miał się bardzo dobrze :).

Tagi: kot
13:01, ptasia , Miau!
Link Komentarze (12) »
czwartek, 14 lutego 2013

Jajka i śniadanie... Śniadanie z udziałem jajek... Jakoś jedno z drugim wiąże się w sposób naturalny (do tego stopnia, że po powrocie z Indii miałam kilkutygodniowy jajowstręt). Dla mnie stanowią jednak odświętną pozycję w menu, bo staramy się ograniczać ich spożycie, więc z reguły pojawiają się na stole raz w tygodniu - w niedzielny poranek. A że pomału zbliża się weekend, oto dwie proste propozycje.

Pasta jajeczna #2 (#1 można znaleźć TU)

Składniki: 1 duże jajo, świeżo ugotowane na twardo (może być też na półtwardo), 1 płat śledziowy a la matjas w oleju, ok. łyżki posiekanego pora (zielona część) lub szczypiorku, ok. łyżki rukoli, łyżeczka kwaśnej śmietany, ok. 1/2 łyżeczki musztardy, sól, pieprz do smaku

Wszystkie składniki poza przyprawami dokładnie i raczej drobno posiekać, dobrze wymieszać, doprawić do smaku (z solą delikatnie, bo śledź raczej powinien zasolić całość), odstawić na kilka minut przed podaniem. W moim odczuciu nie nadaje się do zbyt długiego przechowywania, tj. zjadłabym w ciągu góra doby ;).

Druga propozycja to nieco zdekonstruowane jaja w kokilce - tzn. składniki podobne, ale ani cienia kokilki...

Jajo sadzone na boćwinie i łososiu wędzonym

Składniki: 1-2 ząbki czosnku, garść boćwiny (kilka łodyg - ok. 5), ew. większa garść szpinaku, sól, pieprz, ok. 100g wędzonego łososia, 2 jaja sadzone

Czosnek posiekać, krótko przesmażyć na niewielkiej ilości oleju, dodać zieleninę: przebraną, umytą, osuszoną, z grubsza pokrojoną (dotyczy boćwiny). Dusić na średnim ogniu ok. 10 minut, pod koniec doprawić do smaku (pamiętając, że łosoś jest także słony). Przełożyć jarzynę na dwa (najlepiej podgrzane talerze), na wierzchu rozłożyć łososia, porwanego na strzępki. Osobno usmażyć jaja, umieścić na zieleninie z łososiem, podawać od razu.

A skoro o śniadaniach mowa... Koktajl zimową porą też można zrobić: z czerwonych pomarańczy (ok. 1,5 owocu na głowę), zalanych maślanką (na 3 pomarańcze - ok. 400ml) i zmiksowanych z dodatkiem miodu.

poniedziałek, 11 lutego 2013

(Rudi i Karl Obauer - zdjęcie ze strony www.obauer.com)

30 minut drogi od Bad Hofgastein - a rzut beretem od znanego ze skoków narciarskich Bischofshofen - znajduje się miejscowość Werfen, w której byłam wczoraj na bardzo ciekawej kolacji w restauracji Obauer. Nazwa lokalu pochodzi od nazwiska właścicieli, braci Obauer, widocznych na powyższym zdjęciu. W tle za restauratorami widać zamek, który zwiedzałam podczas pobytu w Austrii jesienią 2011, a który może być także znany miłośnikom filmów, ponieważ "grał" w Nie tylko dla orłów...

Werfen 2011

Restauracja Obauer wiele lat cieszyła się dwoma gwiazdkami Michelina*, została wyróżniona także 19 (na 20) punktami w przewodniku Gault Millau (o czym przeczytałam już po wizycie). Nie byłam pewna, czego się spodziewać - stylu lokalnego Bertahof, Amaro czy może Le Gavroche? Okazało się, że najbliżej jest chyba Tamki 43.

Uwaga! W poniższej recenzji nie będzie zdjęć dań. Choć rzadko się krępuję, jeśli chodzi o fotografowanie w restauracjach, są sytuacje, w których robienie zdjęć jest nie na miejscu.

Obsługa zaprowadziła nas do stolika w niewielkiej (ok. 5 stolików) sali o wystroju dość specyficznym. Na plus: nie można go nazwać nijakim czy mdłym. M zasugerował, że może pochodzi on z czasów, gdy bracia stali się sławni, tj. lat 90-tych. W skrócie: barwy podstawowe, np. pstrokaty dywan a la obrazy Pollocka czy abstrakcyjny obraz, vis a vis którego siedziałam, składający się z czerwono-różowych plam. Do tego wielkie baniaki z domowymi nalewkami (najbliżej nas - "pięciorniak, morele i koniak"), które pasowałyby raczej do sielsko-wiejskiego wnętrza. Gdy usiedliśmy, od razu kelner przyniósł mały stołeczek-podnóżek - bynajmniej nie pod nogi, tylko... torebkę. By nie wisiała na krześle lub stała na podłodze. W tle nie było żadnej muzyki (uff, wreszcie posiłek bez Michaela Buble ;).

Kolację rozpoczęliśmy od zaproponowanego koktajlu - "Citrus Bowl" - składającego się z soku z cytrusów, z dodatkiem skórek, dopełnionego prosecco. Taki napój właściwie należałoby pić w tropikalnym klimacie, z widokiem na wielki błękit, ale w alpejskiej restauracji smakuje też bardzo dobrze (na tyle bardzo dobrze, że z wielkim żalem podziękowałam za replay - bo już zamówiliśmy wino). Potem zdecydowaliśmy się na 6-cio daniowe menu degustacyjne. Kierowniczka sali wcześniej spytała, czy wszystko rozumiemy w karcie dań (tylko po niemiecku), na co pogodnie odparliśmy, że nie, ale nic nie szkodzi, będą niespodzianki :).

Jako pierwsze danie, a właściwie czekadełko - przed właściwym amuse bouche, do cytrusowego drinku - dostaliśmy po talerzyku z mikro porcjami wędlin. Była tam galaretka z jagnięciny (świetna), coś w rodzaju salcesonu z królika, smażony ryj świni z majonezem z oleju dyniowego (najsłabszy z zestawu) oraz plasterek kiełbasy. Amuse bouche, który pojawił się w chwilę potem, był zróżnicowany ze względu na płeć. M dostał tatar z sarniny, któremu towarzyszyło coś w rodzaju sałatki z batata, a ja otrzymałam krem z kapusty. Lubię kapustę, jednak nie wpadłabym na to, by zrobić z niej gęstą zupę-krem, zbliżoną smakiem do mojego ulubionego kremu z cukinii.

Od niemal początku posiłku towarzyszył nam na stole koszyk różnorodnego pieczywa (jasne, ciemne, grissini z kminkiem) oraz dwa smarowidła: puszyste masło z orzechów laskowych oraz... uwaga... smalec (jeśli dobrze pamiętam, gęsi) z jagodami. Szczerze mówiąc, nieufnie podeszłam do tego ostatniego specyfiku: prawie nigdy nie korzystam z smalcu w restauracjach, zaintrygowały mnie jednak jagody. Posmarowałam kromkę, ugryzłam i... masło orzechowe mogło się schować. Jeśli lubicie połączenia mięs i owoców - drób i brusznica, wieprzowina i jabłka lub czarna porzeczka, dziczyzna i owoce jagodowe, kaczka i pomarańcze - to coś dla Was; do klasycznego smalcu często daje się jabłko, tu był wymieszany z jagodami. W smaku przypominał zmieszane z resztkami sosu owocowego sok z pieczeni i stanowił dla mnie jeden z hitów wieczoru.

Pierwsze danie z właściwego menu to "sum, bakłażan, bakłażan". Jeden bakłażan duszony, dość kwaśno-pikantny, delikatna ryba plus drugi bakłażan - chrupki i suszony na górze. Ciekawy smak całości i kontrasty.

Drugie danie określiłam roboczo jako "laksę na zimno". Składało się z miseczki zupy - chłodniku z owocami morzami, na lekko azjatycką nutę oraz talerzyka z, jak tu ujął M, tagliatą rybną na ostrej papryce, ozdobioną kawiorem. Wspomniałam o tropikalnym tle jak z reklamy Bounty w przypadku cytrusowego aperitifu - otóż ta "laksa" idealnie by się nadawała na posiłek w takich warunkach przyrody. Kwaśno-słona, aromatyczna, z dużymi kawałkami ryb i małżami - to mój drugi hit kolacji. Druga część dania nie wzbudziła mojego entuzjazmu - nie, że niesmaczna, ale nie dopełniała smaku zupy. Uwaga M: Dopełniała, ale tworząc danie zbyt skomplikowane.

Do powyższych dań piliśmy austriackie (Weingut Polz) Sauvignon Blanc - 1/2 butelki, ponieważ "ktoś musiał prowadzić samochód" - aromatyczne, nie całkiem lekkie i "białe", ale pasujące do menu.

Trzecia pozycją był ozór wołowy, doprawiony czarną truflą, podany z ciepłym sosem chrzanowym, także z truflową nutą, w osobnym naczyniu. Trufle nigdy do mnie nie trafiały: rozumiem, że mają specyficzny aromat, ale czy jest aż tyle wart...?. Ozór mi smakował, ale nie zmienił podejścia do "czarnych diamentów".

Po pierwszych trzech daniach mieliśmy trochę dłuższą przerwę, w trakcie której podano nam - zamiast alkoholowego trou - odrobinę bulionu z... kozicy. Ciemnego, doprawionego szczypiorkiem (w końcu co Austria, to Austria ;) i plastrami imbiru. M miał wątpliwości, czy spełniał rolę trou, tj. niekoniecznie tworzył nową przestrzeń w żołądku ;).

Czwartym - można powiedzieć, głównym - daniem była sarnina. Było to zarazem, w moim odczuciu, najsłabsze danie z zestawu, bo najbardziej chaotyczne, najmniej spójne. Poza - różową - sarniną znalazły się tam i kasztany, i kapusta bok choy, i jarzębina, maźnięcie sosem i osobny sos fasolowo-kokosowy (przypominający hummus). Za dużo różnych smaków na jednym talerzu, choć przyznaję, że sam "hummus" całkiem dobrze grał z kasztanami (swoją drogą, to kolejna rzecz, obok trufli, która do mnie nie trafia...). Do dania piłam kieliszek dość ciężkiego czerwonego wina, polecanego przez sommeliera (nazwy/gatunku niestety nie zapamiętałam).

Przy piątym daniu mogliśmy dokonać wyboru. Słuchając kelnera wyłapywałam kluczowe słowa, czyli w praktyce - z opcji 1: sery!!!, PAPAJA!!!, z opcji 2: pistacje, o nieeee... Innymi słowy, wybraliśmy opcję 1, czyli sery z dodatkiem papai i sosów: serowego oraz buraczanego (symbolicznie). Sery - niebieski pleśniowy ułożony na delikatnym białym, przypominającym ricottę, co było ciekawym pomysłem, nie jestem jednak przekonana, czy ostry sos serowy był jeszcze potrzebny (papaję w każdym razie skutecznie przytłumił).

Szóste i ostatnie danie - deser - stanowił dla mnie trzecie clou, po laksie i smalcu jagodowym. Motywem przewodnim były znowu orzechy laskowe, w postaci musu i praliny. Jako dodatki występowała skórka pomarańczowa z rozmarynem i przepyszne lody migdałowe (a właściwie to, co Amerykanie nazywają sherbetem; mnie się wydawało, że tam też był rozmaryn, ale M miał na ten temat inne zdanie). Poza tym: espresso (raczej włoskie, niż austriackie) i talerz z dodatkowymi mini słodkościami (bezy, nugat, itd).

Dodatkowym deserem było spotkanie z Karlem Obauerem, który wyszedł z kuchni, by się z nami pożegnać, spytać, skąd jesteśmy i czy nam smakowało.

Podsumowując, zjadłam ciekawą, zróżnicowaną kolację, może nie idealną, ale bez wpadek spożywczych, za to z paroma - dla mnie - całkowitymi nowościami. Podobało mi się wykorzystywanie mięsnych "peryferiów", w postaci np. czekadełek z podrobów czy ozora. Składniki lokalne czy "domowe"** są obecne, ale poza nimi w prawie każdym daniu było także coś niesezonowego/egzotycznego, co można różnie odebrać (sama mam mieszane odczucia, ale podobnie były skomponowane dania w Tamce). Uwaga M: "Moim zdaniem wciąż poruszaliśmy się w kręgu kuchni austriackiej, tylko w odświeżonej, nowoczesnej wersji".

Porcje, jak na haute cuisine i menu degustacyjne, były względnie duże (znów trochę jak w Tamce). Obsługa była nie tylko technicznie dobra, ale także sympatyczna (choć znajomość angielskiego była na różnym poziomie). Chętnie wrócę za jakiś czas, a miłośnikom kuchni z ambicjami, jeśli ich zagna do Austrii - polecam.

* Dopóki w 2010 r. Michelin nie zrezygnował z oceniania austriackich restauracji poza dużymi miastami.

** W holu znajduje się także sklep, m.in. z firmowymi przetworami.

czwartek, 07 lutego 2013

Miały być faszerowane, zapiekane muszle makaronowe, ale niestety, choć półki z makaronem w sklepie ciągnęły się po horyzont i w jednym, i drugim sklepie, dużych muszli brak. Powstała zatem makaronowa zapiekanka, która przede wszystkim miała być kolorowa - ponieważ użyłam trójkolorowego makaronu i dodałam różnobarwne warzywa, udało się to całkiem nieźle. Zazwyczaj takie dania powstają z resztek, tu jednak gotowałam od podstaw - bo warto, by makaron był naprawdę al dente, nieco twardszy, niż zazwyczaj gotujemy, ze składnikami dodatkowymi można oczywiście się pobawić. Poniżej widać 3 różne etapy produkcji:

Składniki (3-4 porcje):

  • 225-250g dowolnego krótkiego makaronu, ugotowanego al dente
  • 1 mała czerwona cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • olej/oliwa
  • 2 małe marchewki
  • 1 średnia pietruszka (korzeń)
  • 2 liście + łodygi boćwiny (można użyć też np. garści szpinaku, botwinki - w sezonie wiosennym - lub jarmużu)
  • 120g twardego sera koziego (ew. oscypka lub halloumi)
  • 500ml sosu pomidorowego (można użyć lekko rozcieńczonego gotowca, jeśli się ma swój ulubiony, lub zrobić jak TU, używając 750ml przecieru i nieco zwiększając ilość pozostałych składników)

Ugotować makaron, jeśli tego wcześniej nie zrobiliście. Cebulę i czosnek posiekać drobno, zeszklić na oliwie, dorzucić marchewkę i pietruszkę pokrojone w plasterki, przesmażyć kilka minut, dodać umytą i posiekaną boćwinę, wymieszać, smażyć ok. 2 minut. Doprawić całość solą (sprawdzając wcześniej, jak słony jest ser, którego użyjecie, i pamiętając, że sos pomidorowy też jest przyprawiony), pieprzem, ew. ulubionymi ziołami, wymieszać z makaronem. Przełożyć do 1 lub 2 naczyń żaroodpornych, lekko natłuszczonych, wyrównać wierzch, rozrzucić na górze ser pokrojony w kostkę. Przykryć całość dokładnie sosem, by makaron z wierzchu był nim równo pokryty (w przeciwnym razie będzie za twardy). Zapiekać ok. 25-30 minut w 190 st. C. (termoobieg). Podawać np. z zieloną sałatą. Resztki są równie smaczne na zimno lub odgrzane.

niedziela, 03 lutego 2013

Do częstych spożywczych traum z dzieciństwa zazwyczaj zalicza się jakieś dania kolonijne lub stołówkowe (zupy mleczne, szpinak itd). Na kolonie zaczęłam jeździć późno, na stołówce nie jadałam, ale trauma była i nazywała się zupa kalafiorowa babci Ł. (czyt. babci od "starego zeszytu"). Świetnie przyrządzała duszone mięsa, zwłaszcza dziczyznę i bardzo dobrze piekła, ale zupy należałoby pominąć dyskretnym milczeniem. Niestety, jakoś najczęściej na tapecie była kalafiorowa, która wyglądała (i smakowała) jak beżowa woda z unoszącymi się na powierzchni kawałkami rozgotowanego warzywa... Od tamtego czasu omijałam tą potrawę szerokim łukiem.

Niedawno zaczęłam jednak myśleć. W sumie lubię kalafiora. Tradycyjna, wodnista zupa (z tym nieszczęsnym pływającym kalafiorem - brrr) nie wchodzi w grę, ale może gdyby zrobić krem, doprawiony tak trochę inaczej...? Zaczęłam szukać inspiracji i w wyniku eksperymentów melduję: istnieje zupa, która potrafi przyćmić straszne wspomnienia, a oto ona.

Bazowałam na tym przepisie, ale wzięłam z niego głównie clou, tj. omastę z chilli i gorczycy (ale użyłam czarnej). Poza tym użyłam do gotowania bulionu i mleka kokosowego, i bardzo polecam taką opcję.

Składniki:

  • 1 mały kalafior
  • 1 mały por
  • olej/oliwa
  • 500ml dowolnego bulionu (warzywnego, drobiowego)
  • 165ml (mała puszka) mleka kokosowego
  • 200-250ml wody
  • sól, pieprz do smaku, opcjonalnie: szczypta kwiatu gałki muszkatołowej
  • ok. 1,5 łyżki oliwy/2 łyżki masła
  • 1 łyżeczka czarnej gorczycy
  • 2 hojne szczypty chilli w płatkach

Kalafiora umyć, podzielić na różyczki (ew. drobniej posiekać). Pora pokroić na plasterki, zeszklić na niewielkiej ilości oliwy/oleju. Dodać kalafiora, wymieszać, chwilę smażyć, zalać bulionem i mlekiem kokosowym rozcieńczonym wodą. Gotować na średnim ogniu, pod przykryciem, aż kalafior zupełnie zmięknie; pod koniec gotowanie doprawić do smaku solą, pieprzem, opcjonalnie kwiatem gałki. Zmiksować na gładko (jeśli zupa będzie za gęsta, lekko rozrzedzić wodą), sprawdzić doprawienie.

Oliwę lub masło rozgrzać na patelni, dodać chilli i gorczycę, smażyć chwilę, aż ta ostatnia zacznie pękać. Podawać od razu, jako omastę do gorącej zupy.

Połączenie por-kalafior jest lekko słodkie, ale chilli z gorczycą tą słodycz łamie. Wypróbowałam wersję polaną i oliwą, i z masłem - obie mi smakują, może maślana minimalnie bardziej. Tak czy inaczej, polecam - zwłaszcza dla tych, co lubią smaki niestandardowe, albo mają kalafiorowe lęki do pokonania ;).

wtorek, 29 stycznia 2013

Nigdy nie jadłam róż karnawałowych, a bardzo chciałam zrobić; okazja się nadarzyła przy okazji faworkowania. Okazało się, że zrobienie takich, które spełniałyby wymagania estetyczne i moje, i M, nie jest łatwe, choć cukier puder świetnie kryje niektóre grzechy.

Czego potrzebujemy?

  • pewną ilości ciasta z tego przepisu, rozwałkowaną cienko, ale nie aż tak b. cienko, jak na faworki (czyli na ustawieniu 7 w mojej maszynce do makaronu - faworki lubię hiper cienkie, z 8-ki);
  • trzy różne okrągłe wykrawaczki/szklanki
  • nożyk
  • cukier puder i konfiturę/kandyzowane owoce do dekoracji

Z rozwałkowanego ciasta wycinamy trzy różnej wielkości krążki (u Chillibite co prawda wyczytałam, by dwa były takie same i tylko jeden mniejszy, ale bardziej wizualnie spodobała mi się opcja 3 różnych - użyłam wykrawaczki, szklanki 200ml i kieliszka 50ml), składamy je jeden na drugim, zaczynając od największego na dole, najmniejszego u góry. Lekko dociskamy, by się skleiły. Nożykiem lekko nacinamy "płatki" w 4-5 miejscach. Smażymy tak samo, jak faworki. Po wystudzeniu oprószamy cukrem pudrem i dekorujemy - u mnie za pomocą róży w cukrze (inne opcje to np. kandyzowana skórka pomarańczowa, owoce z konfitury itd).

I to tyle. Mój problem estetyczny polegał m.in. na tym, że za mocno ponacinałam część "płatków", i te róże mało przypominały jakiekolwiek kwiaty. Wyszły również wszystkie dość płaskie. O dziwo (sic), jakoś i te brzydsze, i te ładniejsze, jednako były smaczne...

środa, 23 stycznia 2013

Zima prosi się o strączkowe - stąd niedawna fasolka po bretońsku. Gdy mam mniej czasu lub zapomnę co nieco zalać wodą na noc plus mam pod ręką 1-2 upieczone/ugotowane buraki, przyrządzam soczewicę z dodatkiem kuminu, pomidorów i ostrej indyjskiej pasty (typu vindaloo czy madras). W gruncie rzeczy to danie niemal ekspresowe - robi się tyle, ile gotuje soczewica (czyli do ok. 30 minut), w między czasie można ugotować ryż lub... zrobić placek kukurydziany (cornbread). Trochę z innego krańca świata (bo z USA ;), ale pasuje.

Składniki:

  • 1 średnia cebula,
  • olej,
  • garść dowolnej soczewicy (lubię tą z Puy - sprzedawaną u nas jako "Dupuy" lub tzw. Bieługę, bo trudno je rozgotować),
  • 1 duży lub 2 mniejsze upieczone buraki,
  • 500ml przecieru pomidorowego,
  • łyżeczka kuminu,
  • łyżeczka (lub do smaku) ostrej pasty do curry (vindaloo, madras lub podobnej),
  • sól do smaku

Cebulę posiekać/pokroić w drobne piórka, zeszklić na oleju. Dorzucić opłukaną soczewicę, chwilę przesmażyć, dodać buraki pokrojone w średnią kostkę, przyprawy i pomidory. Całość zagotować, skręcić ogień na średni i gotować, aż soczewica będzie miękka, pod koniec sprawdzić doprawienie.

Placek/chlebek kukurydziany (cornbread) - na podstawie przepisu Ree Drummond - The Pioneer Woman, ale u mnie z pewnymi zmianami (m.in. użyłam masła, nie tłuszczu roślinnego utwardzanego i dałam mniej proszku do pieczenia, itd.)

Składniki:

  • 1 szklanka* kaszy kukurydzianej
  • 1/2 szkl. mąki
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 1/2 szklanki maślanki
  • 1 jajo
  • 1/2 łyżeczki sody
  • 30g + 1 kopiasta łyżka masła

* 1 szklanka = 1 cup = ok. 240ml

Nagrzać piekarnik do 225 st. C (termoobieg). Wymieszać mąkę z kaszą, solą i proszkiem do pieczenia. Osobno roztrzepać maślankę z jajem, dodać sodę, wymieszać. Połączyć dokładnie składniki mokre z suchymi. Stopić masło, dodać do ciasta, wymieszać tylko tyle, by składniki się połączyły. W niewielkiej patelni, np. żeliwnej (lub innej, która wejdzie do piekarnika; ja użyłam żeliwnej foremki na tartę) stopić pozostałe masło na średni ogniu. Wlać ciasto, poruszyć patelnią, by rozlało się równo po brzegach (uwaga, będzie skwierczeć - i dobrze). Gotować minutę na kuchence, potem przenieść do piekarnika na 20-25 minut (piec do wyraźnego zezłocenia). Podawać od razu, jako dodatek do posiłku.

Danie równie dobrze smakuje odgrzane, a chlebek jest smaczny i kolejnego dnia, na zimno, choć osobiście wolę taki prosto z piekarnika.

niedziela, 20 stycznia 2013

O ile Apfelstrudel jest w Austrii wszędzie (od piekarni po restauracje) i to cały rok, jeśli na stole pojawi się Germknödel (tłumaczenie dosł. "knedel drożdżowy"), to musi być chłodno, w górach, a lokal raczej siermiężny, typu schronisko czy karczma. O tym knedlu wielkości grejpfruta pisałam nie raz i nie dwa, jednak do tej pory produkcja domowa ograniczała się do ugotowania zamrożonego produktu ze sklepu. Choć już niedługo będę jadła Germa na stoku, miałam ochotę zmierzyć się z tym deserem sama, a ponieważ wyszło świetnie, spieszę pokazać na blogu.

Napisałam najpierw "nietypowy deser" - jednak pyzy drożdżowe na parze są w kuchni polskiej znane, knedle ze słodkim nadzieniem - także. Czemu więc omlet cesarski, tj. Kaiserschmarrn', cieszy się takim powodzeniem w polskiej blogosferze kulinarnej, a Germknödel nie? Zagadka. Ja w każdym razie bardzo polecam ;).

Poniższy przepis powstał na podstawie znalezionego na forum Cincin, u mnie jednak zmiany m.in. w ilości drożdży, składzie nadzienia itd. Nie robiłam także sosu waniliowego, tylko najprostszą klasyczną posypkę makowo-cukrową plus stopione masło. Przygotowałam ciasto z 1/2 porcji, z której ulepiłam 4 knedle.

Składniki (na 6-8 knedli):

Ciasto:

  • 26g świeżych drożdży
  • 500 g mąki
  • 150 ml mleka
  • 80 g cukru
  • 2 jajka
  • 100 g stopionego masła
  • 1/2 łyżeczki soli
  • parę kropel ekstraktu waniliowego

Nadzienie:

Na wierzch:

  • ok. 6 łyżek stopionego masła
  • ok. 3 łyżek maku (zmielonego lub roztartego w moździerzu)
  • 2 łyżki cukru pudru

Drożdże rozczynić z łyżką cukru (odsypaną z 80g) i łyżką letniego mleka, odstawić na kilka minut. Dodać pozostały cukier, mleko, mąkę, sól i wanilię, wyrabiać ciasto, na koniec wlać stopione masło. Wyrabiać, aż ciasto będzie miękkie i elastyczne - gdyby bardzo się lepiło, dodać dodatkową łyżkę mąki, ale unikać nadmiernego podsypywania. Odstawić do wyrośnięcia. Podzielić na 6-8 równych części, każdą nadziać powidłami, zawijać na kształt bułeczki/pączka, przykryć i odstawić do ponownego wyrośnięcia. Przygotować garnek do gotowania na parze, zagotować wodę. Wyrośnięte knedle gotować na parze po 2-3 sztuki jednocześnie (bardzo rosną) przez 25 minut*. W tym czasie wymieszać mak z cukrem pudrem i stopić masło do polania. Podawać knedle od razu po ugotowaniu, polane masłem i posypane makiem z cukrem. Uwaga - sycące!

* Położyłam je bezpośrednio na sitku-parowniku, nie wykładałam go ściereczką.

PS. Uwaga, knedle bardzo dobrze się mrożą w postaci surowej. Uformowanym dać odpocząć ok. 10-15 minut, potem owinąć każdego z osobna w woreczek i delikatnie przełożyć do zamrażarki. Rozmrażanie: wyjąć do  temp. pokojowej ok. 30-40 minut przed gotowaniem, potem gotować normalnie, tylko ok. 5-7 minut dłużej.

środa, 16 stycznia 2013

Dawno temu w domu było kilka misek na zupę, z przepisami - po angielsku - wypisanymi z boku. Jedna z nich zawierała przepis na zupę ogonową, i jak byłam mała, wyobrażałam sobie to danie jako rosół z pływającym pośrodku kawałkiem ogona ;), nigdy bowiem prawdziwej ogonówki na oczy nie widziałam. Ba, do czasu wizyty w Tamce 43 ani razu nie miałam przyjemności z ogonem wołowym jako artykułem spożywczym. Tamkowy bardzo mi smakował i dlatego postanowiłam, że spróbuję sama się zmierzyć z tym - podobno - niełatwym składnikiem. Chciałam go udusić, postępując z grubsza według wskazówek Hugh Fearnleya... które po dokładniejszym wczytaniu się były takie same, jak te wedle których przygotowuję zazwyczaj gulasz czy inne potrawki. U HFW był nieco inny dobór przypraw (np. anyż, z którego zrezygnowałam, poniekąd zastępując zielem angielskim), nie było jarzyn, było za to dość dużo płynu przeznaczone do duszenia; myślę, że wystarczy go mniej, choć może nie aż tak mało, jak u mnie, bo... bulion przeznaczony do garnka odkryłam na blacie kuchennym następnego dnia rano (przynajmniej zrozumiałam, czemu sos sam odparował i czemu musiałam podlewać mięso wodą w trakcie gotowania). Poniżej podaję tak, jak uważam, że powinno być ;).

Składniki (na ok. 3 porcje): 1-1,2kg ogona wołowego w ok. 4-5 cm kawałkach, olej (ok. 2 łyżek), sól, pieprz, 1 cebula, 1 średnia marchewka, 1 średnia pietruszka,350-375ml czerwonego wina, ok. 250ml* dobrego bulionu, niepełna łyżeczka pieprzu ziarnistego, jw. ziela angielskiego, 2 liście laurowe, opcjonalnie: mała laska cynamonu

Rozgrzać olej w dużym garnku, np. żeliwnym. Mięso (doprowadzone do temp. pokojowej!) oprószyć solą i pieprzem (można opcjonalnie zrobić to także po obsmażeniu, jeśli - jak ja - zapomnicie przed), zrumienić ze wszystkich stron na oleju, odłożyć na bok. Zeszklić w tym samym garnku cebulę, pokrojoną w piórka, dodać pokrojone w plasterki jarzyny i przyprawy, wymieszać. Dodać z powrotem mięso, zalać całość winem i bulionem. Zagotować, skręcić ogień na mały i dusić pod częściowym przykryciem (u mnie pokrywka była minimalnie uchylona) 3-3,5 godziny, co jakiś czas mieszając. Pod koniec sprawdzić doprawienie: u mnie konieczne było dosolenie. Jeśli to konieczne, sos odparować, opcjonalnie przecedzić (choć mnie warzywa zupełnie nie przeszkadzają). Przed podaniem wyłowić cynamon i liście laurowe. Podawać posypane natką pietruszki i z dodatkiem puree ziemniaczanego, kaszy, większego makaronu (np. szerokie wstążki) lub galuszek.

* Można też dać np. 500ml bulionu i odpowiednio mniej wina, choć mnie bardziej odpowiadają ww. proporcje.

Mięso jest lekko włókniste, ale po długim duszeniu miękkie - powinno odchodzić samo od kości. Jeśli chodzi o zabawę przy jedzeniu - moim zdaniem więcej jest dłubania przy żeberkach, jeśli ktoś jednak chce, może kości usunąć przed podaniem na talerze. Wciąż z kością czy nie, to sycące danie, w sam raz na mroźny, zimowy wieczór (i trochę czerwonego wytrawnego w kieliszku jako dodatek się przydaje ;). Resztki można b. łatwo przerobić na sos do makaronu.

wtorek, 15 stycznia 2013

Zastanawialiście się kiedyś nad nazwą fasolka po bretońsku? Długo zakładałam, że to tak, jak  z rybą po grecku, tj. że z Grecją nie ma nic a nic wspólnego. Tymczasem jednak okazuje się, że ze Bretania jest znana jako producent białej fasoli (konkretnie to gatunku Coco de Paimpol) i danie b. zbliżone do "naszej" fasolki w kuchni regionalnej występuje, podobnie jak strączkowe puree à la bretonne*. Niektóre źródła podają, że każde danie określone jako à la bretonne to danie fasolowe, jednak wydaje mi się to (po przejrzeniu przepisów z francuskich źródeł) niewłaściwym uogólnieniem.

Fasolka po bretońsku, jak dla mnie, musi mieć - poza pomidorami (porządnymi, nie sam rozcieńczony koncentrat!!!, i powinno być ich dużo) i białą fasolą - sporą ilość majeranku i liść laurowy. Wkładka mięsna natomiast, w moim odczuciu, nie jest niezbędna. W fasolce, którą ostatnio przyrządziłam, dodałam ją po namyśle i pod koniec gotowania - można by spokojnie z niej zrezygnować.

Składniki: ok. szklanki białej fasoli (Jaś lub drobniejszej), 750ml przecieru pomidorowego, ok. szklanki wody, 2 liście laurowe, 1/2 łyżeczki majeranku, sól i pieprz do smaku, po hojniej szczypcie papryki słodkiej (u mnie wędzonej) i ostrej, opcjonalnie: 8-10 plasterków kiełbasy, natka pietruszki do posypki

Fasolę zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, umieścić w dużym garnku z przecierem, wodą i liśćmi laurowymi (można zrobić też inaczej - gotować strączkowe w samej wodzie, przecier - wówczas tylko ok. 500ml - dodać po ok. godzinie lub później, ale nie zauważyłam, by fasola była zbyt twarda od pomidorów, choć faktycznie dłużej niż normalnie się gotowała). Zagotować, skręcić ogień na średni i gotować pod częściowym przykryciem, aż fasola będzie miękka - u mnie trwało to łącznie ze 2 godziny. Po ok. godzinie dodałam pozostałe przyprawy (majeranek, sól, pieprz, paprykę), a po ok. 1,5 h - kiełbasę. Sprawdzić doprawienie pod koniec gotowania.

Podawałam posypane natką, z dodatkiem świeżego chleba. Resztki smakują bardzo dobrze odgrzane, a także jedzone na zimno (można zmiksować na pastę do pieczywa).

* Przy okazji odkryłam, że - wg Wikipedii - pochodne angielskie baked beans to (uwaga moja: bardzo) zniekształcona wersja cassoulet, rzekomo przywieziona na Wyspy przez brytyjskich marynarzy.

| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna