Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 14 grudnia 2013

Katarzynki chodziły za mną od dawna. W dzieciństwie to były moje ulubione pierniczki: rzecz jasna ze sklepu, bo nikt się nie bawił w pieczenie takiego drobiazgu, i jeśli trafiłam w sklepie na takie bez polewy, szczęście było ogromne. Oczywiście zazwyczaj otwartą i w 1/2 zjedzoną paczkę gdzieś porzucałam, a wówczas pierniczki twardniały na kamień...

Wymyśliłam sobie, że upiekę je na Festiwal Pierniczków (patrz banner poniżej), ale brakowało czasu. Nie wiem, czy to palec losu, ale wczoraj rano po włączeniu komputera zobaczyłam... no właśnie niewiele zobaczyłam, poza komunikatem "nie znaleziono systemu operacyjnego". Na szczęście problemy zaczęły się trochę wcześniej, więc zrobiłam kopię zapasową dysku (w przeciwnym razie pewnie nie pisałabym tu teraz, tylko leczyła załamanie nerwowe), ale że reinstalacja chwilę trwa, to cóż... upiekłam katarzynki :). Skorzystałam z przepisu z bloga Dorotuś, poniżej wersja z moimi uwagami. Schłodzenie ciasta wypadło w chwili, gdy musiałam chwilę poasystować w reinstalacji ;), ale moim zdaniem to dobry pomysł. O dziwo, można je jeść właściwie od razu po upieczeniu (jeśli ich nie przepieczecie i nie wykroicie za cienko). Wg M - "smak jak za Gierka" ;).

  • 20 dag miodu
  • 1 łyżeczka (kopiasta) dobrej jakościowo przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • 10 dag cukru pudru
  • 1 jajko
  • 40 dag mąki pszennej
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1-2 łyżki kwaśnej śmietany, lub tyle, ile potrzeba do zagniecenia ciasta

Do płynnego miodu dodać przyprawy korzenne, cukier, kakao dla koloru, jajko, potem mąkę z proszkiem do pieczenia. Wymieszać składniki na okruchy, trochę jak przy robieniu kruchego, i połączyć za pomocą śmietany (u Dorotuś śmietana była opcją, ale sądzę, że raczej bez niej się nie obejdzie, nawet przy dużym jajku). Zagnieść twarde ciasto, owinąć folią i schłodzić w lodówce ok. 15-30 minut (można i bez schładzania, ale łatwiej się wałkuje). Rozwałkować na grubość 5 mm - 1 cm (nie cieniej!) i wykrawać foremką* katarzynki. Posmarować je z wierzchu wodą (można po prostu palcami) i piec na natłuszczonej i wysypanej mąką blaszce około 12 -15 minut (nie spiec, bo będą zbyt twarde - ja piekłam 13 minut) w temperaturze 190ºC (termoobieg).

* Co do tej foremki - wykroiłam ze 3 pierniki, popatrzyłam się nie, poszłam do internetu, przekopałam cały wór foremek i odkryłam, że moje katarzynki nie będą miały tyle krągłości, co trzeba. Innymi słowy, porządna katarzynka ma łącznie 6 wybrzuszeń, nie 2 x 2, jak u mnie. Cóż, to są katarzynki przedświąteczne, jeszcze nie utuczone ;).

Tym samym podpinam się pod:

Festiwal

PS. Owoce tradycyjnego towarzyskiego pierniczenia 2013 można obejrzeć TU.

PS2. Podsumowanie Korzennego trochę się opóźnia, ale już za kilka dni powinno się pojawić :).

środa, 11 grudnia 2013

Solec 44 to miejsce w pewnych kręgach (blogowo-kulinarnych) kultowe, więc szłam z pewną nieśmiałością, obawiając się przerostu formy nad treścią (obsługa typu brak obsługi, tłum nadąsanych hipsterów, jedzenie smaczne tylko z nazwy itd., itp.). Tymczasem...

Gdy stanęliśmy przed nieco zapyziałym, szarym budynkiem (w sąsiedztwie przybytków pt. Urfa* Kebab i warzywniak, który widział lepsze dni), M się spytał niepewnie: „To tu?”. Adres się zgadzał, ale nie wiedząc, dokąd idziemy, obstawiałabym, że to jakaś osiedlowa świetlica czy dom kultury. W jakimś sensie jest to zresztą uzasadnione – w drugiej sali od wejścia (pierwsza – białe, „stołówkowe” kafelki) stoją regały pełne planszówek, z których można do woli korzystać, a pełna nazwa miejsca to podobno "kuchnio-kawiarnio-klubo-świetlica".

Menu jest proste, zmieniające się dynamicznie (tj. codziennie i zgodnie z zaopatrzeniem/zbytem), napisane kredą na tablicy na lewo od baru, przy którym zamawiamy i płacimy. Na prawo od baru znajduje się szeroka i urozmaicona rozpiska napojów – jest w czym wybierać, i takich alkoholowych, i bez procentów. Samą przestrzeń barową urozmaicają tajemnicze butelki i słoje z przetworami oraz nalewkami.

Co jedliśmy i piliśmy? Restauracja specjalizuje się w daniach sezonowych i mięsnych – tego dnia była tylko jedna pozycja bezmięsna (pęczotto), ale nie wegańska (ser), chyba, że któraś z zup nadawała się dla frakcji wege. Wybraliśmy, od początku: szpik wołowy, podany z kaparami i rzepą (ja) i wątróbka gęsia, duszona, doprawiona na słodko (M), pęczotto z burakiem (ja) i rustykalny burger (M; wziął ostatnią porcję i danie zostało zaraz skreślone z tablicy), do tego woda i butelka przyzwoitego barolo. Desery: kogel-mogel z pijanymi wiśniami (M) i grzany budyń z likierem czekoladowym (mój osobisty hit – przepyszne a zdradliwe, jak alkoholizowane mleko z miodem).

Wszystkie dania były podane ot, tak, bez specjalnej wymyślności, ale (w moim odczuciu) estetycznie. Przystawki wybraliśmy pod kątem składników raczej rzadko spotykanych (choć hm, szpik chyba ostatnio modny? ;), dania główne były bez niespodzianek. Ogólne wrażenie, jakie pozostawiła na mnie ta kolacja było takie, że to kuchnia kreatywna, ale prosta i – wbrew wcześniejszym obawom – bezpretensjonalna. Formuła lekko studencka może nie jest dla każdego (rodziców pewnie bym nie zabrała, choć większość znajomych już tak), ale osobom z zacięciem kulinarnym polecam. To nie znaczy, że nie było żadnych wątpliwości: M narzekał na nadmiar sosu z zielonym pieprzem w burgerze, który zabijał dobre jakościowo mięso, czy na nadmiar alkoholizowanych wiśni w koglu moglu. W moich potrawach nie było przesadnie wybijających się składników (zwłaszcza w szpiku były moim zdaniem dobre proporcje, w dodatku z możliwością dowolnego dawkowania, bo i rzepa i kapary były „z boku”). Usunęłabym za to gałązki tymianku z obu dań, bo znalazły się tam moim zdaniem przypadkiem (chyba, że to dlatego, że doniczka z ziołem stała na barze ;), ale takie jadalne dekoracje „z łapanki” można robić w domu czy w innego typu lokalu. Warto dodać, że za całość zapłaciliśmy ok. 200 zł, co uważam za bardzo przyzwoitą cenę w stolicy. Tym bardziej wrócę potestować np. kuchnię letnią (i zobaczyć, jaki tym razem będzie dobór muzyki**, bo w zeszłym tygodniu było najpierw The Streets, potem Blur z okolic r. 1996 i na koniec cała płyta Roxette, co przypomniało nam czasy podstawówki ;).

Znacie, byliście? Jak wrażenia?

* Jak kiedyś wspominałam, byliśmy w Urfie i choć bardzo mi się podobało, to akurat tamtejszego kebaba wolałabym już nie powtarzać... ;)

** Solec zdał "bublotest", tj. zaliczył się do szlachetnej mniejszości nie puszczającej Michaela Buble i pochodnych.

niedziela, 01 grudnia 2013



Te wszystkie korzenne wypieki w ramach wiadomej akcji plus spadająca temperatura sprawiły, że czułam, że jak nie upiekę czegoś lepkiego, ciemnego i aromatycznego, oszaleję.

Myślałam o przepisie Hugh Fearnleya, ale w końcu sięgnęłam po Nigellę. Pamiętałam, że wiele lat temu zrobiłam kiedyś jej "lepki piernik" z How to be a domestic goddess. W ramach melasy użyłam pekmezu (melasy winogronowej), co sprawiło, że E. - dla m.in. której ciasto było przeznaczone - zaczęła uroczo kasłać po dwóch kęsach, zaś M oznajmił, że mu nie smakuje, więc jadłam je sama... i jadłam... i jadłam... Wiadomo, replayu nie było.

Teraz jednak porównałam powyższy przepis z "lepkim piernikiem" z Nigella Christmas i odkryłam, że jest to to samo ciasto, tyle, że w nowszej książce zawiera o 2 łyżeczki przypraw więcej ;)... więc popełniłam, wzbogacając lekko skład (o bakalie) i dodając przyprawę piernikową. Z takiej wersji na pewno będzie replay.

Składniki:

  • 125g cukru brązowego drobnego (ciemny muscovado)
  • 200g melasy (np. buraczanej)
  • 200g sztucznego miodu lub golden syrup
  • 150g masła
  • 250ml pełnego mleka
  • 2 duże jaja
  • 1 łyżeczka sody, rozpuszczona w łyżce (15ml) ciepłej wody
  • 2 łyżeczki świeżego imbiru, drobno startego
  • 2 łyżeczki dobrej przyprawy do piernika (domowej lub kupnej bez wypełniaczy)
  • 300g mąki
  • opcjonalnie, ale polecam: łyżka rodzynek, wcześniej namoczonych w ciepłej wodzie/rumie lub z "magicznego słoika" z rumem
  • opcjonalnie, jw.: łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • opcjonalnie, do dekoracji: cukier puder

Masło, cukier, melasę i miód/syrop oraz imbir i przyprawę stopić na małym ogniu. Zdjąć z ognia, dodać sodę, mleko, jaja i szybko wymieszać, na koniec dodać mąkę i bakalie (można mieszać wszystko w garnku). Przełożyć do foremki kwadratowej (ok. 22x22, lub podobnej) bądź prostokątnej, wyłożonej pergaminem. Piec w 180 st. C. (termoobieg) 45-50 minut (uważać, by nie przepiec). Studzić na kratce, opcjonalnie udekorować cukrem pudrem lub lukrem (ale nie jest to konieczne ze wzgl. na słodycz).

Ciasto wychodzi rzeczywiście lekko lepkie, słodko-pikantne, aromatyczne, długo zachowuje świeżość. Dla leniów lub zapracowanych może stać się awaryjnym ciastem świątecznym - nie musi dojrzewać, a wg Nigelli można przygotować z i dwutygodniowym wyprzedzeniem.

środa, 27 listopada 2013



Gdy kupiłam - w ramach Amazonowej promocji - Jamie's Italy (sympatyczna, choć nienowa, pozycja autorstwa Jamie'ego Olivera) i przeglądałam książkę po raz pierwszy, zatrzymałam się na dłużej przy zdjęciu rotolo (tu: rolady makaronowej) dyniowo-szpinakowej. Wiadomo, jaki przepis zrobiłam jako pierwszy, choć jego długość (2 strony!) mnie początkowo trochę zniechęciła...

Ugotowałam rotolo latem, zastępując szpinak boćwiną, a dynię żółtą cukinią. Czegoś mi jednak w smaku brakowało, i uznałam, że chodzi o ricottę/twaróg w masie. Nie da się ukryć, że łagodny, mało kwaśny twarożek jest, co tu dużo mówić: mdły. Postanowiłam, że będzie replay: już z dynią i serem kozim. Zajęło mi to kilka miesięcy i zmotywował mnie dopiero Korzenny Tydzień (chwila autopromocji ;) oraz kończąca się boćwina, ale replay zrobiłam i uważam, że ser kozi to był dobry wybór.

Grzecznie - tj. zgodnie z Jamie'em i pod własny Korzenny Tydzień - upiekłam tym razem dynię natartą korzeniami, ale nie jest to konieczne, o czym niżej. Gałka muszkatołowa do zieleniny jednak obowiązkowa!

Składniki (2-3 porcje - przy większej liczbie osób podwoić):

  • ciasto makaronowe z 200g mąki
  • ok. 350g (waga ze skórą) upieczonej dyni 
  • dwie garści boćwiny (same liście, ew. b. małe łodygi) lub szpinaku
  • ząbek czosnku
  • ok. 100g miękkiego (twarogowego, do smarowania) sera koziego
  • parmezan
  • olej/oliwa
  • przyprawy: sól, pieprz, gałka muszkatołowa, chilli w płatkach, opcjonalnie: koper włoski i kolendra (po hojnej szczypcie)
  • do podania: masło szałwiowe

Zacząć od upieczenia dyni - pokroić w dużą kostkę, lekko posmarować olejem lub oliwą; przyprawy korzenne, jeśli używacie, rozdrobnić w moździerzu, wymieszać ze sporą szczyptą chilli, soli i pieprzu i mieszanką oprószyć dynię. Przykryć folią i piec ok. 30 minut w 180 st. C., następnie odkryć i piec kolejne 15 minut (ma nie być surowa, ale nie powinna się za bardzo rozmiękczyć). Lekko wystudzić (na tyle, by dało się obrać ze skóry i pokroić). Można także wykorzystać wcześniej upieczoną dynię, jeśli nie jest za bardzo rozciapana, i tylko doprawić ją do smaku, korzennie lub nie (z soli, pieprzu i chilli bym jednak nie rezygnowała). Przestudzoną dynię obrać ze skóry i pokroić w drobniejszą kostkę.

Gdy dynia się piecze, zrobić ciasto makaronowe, owinąć w folię, zostawić na blacie by odpoczęło (powinno tak poleżeć co najmniej 30 minut).

Boćwinę/szpinak umyć, z grubsza posiekać. Czosnek rozdrobnić, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju, dodać liście, przesmażyć kilka minut. Doprawić do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatołową, odstawić na bok.

Makaron rozwałkować na prostokąt, wg Jamie'ego "grubości podstawki do piwa", ja jednak radzę trochę cieniej, bo i tak po ugotowaniu zwinięte ciasto wychodzi dość grube. Przełożyć na czystą ściereczkę i ułożyć dłuższym brzegiem do siebie. W dolnej części ułożyć dynię, na reszcie ciasta rozłożyć boćwinę/szpinak. Na całości rozrzucić ser kozi (nabierany łyżeczką czy zwilżonymi palcami) i na koniec dodać niewielką ilość startego parmezanu.

Pomagając sobie ściereczką, zwinąć makaron w roladę (rotolo). Końce związać sznurkiem (jak na górnym zdjęciu; warto zostawić jeden koniec sznurka dłuższy, będzie łatwiej wyciągnąć roladę z garnka), można także przewiązać sznurkiem środek. Zagotować wodę w garnku o szerokiej średnicy, ostrożnie umieścić w środku pakunek, lekko zwijając w podkowę i przygnieść np. talerzykiem lub wkładem do parownika, by pozostał pod wodą. Gotować pod przykryciem i na niewielkim ogniu 25 minut; w między czasie przygotować masło szałwiowe.

Po ugotowaniu delikatnie wyłowić rotolo z wody, chwilę potrzymać nad zlewem, by odciekł nadmiar wody, przełożyć na deskę do krojenia i rozpakować. Kroić roladę na plastry, podawać od razu, polane masłem. Potencjalne resztki można podawać odgrzane.

Ugotowana rolada po rozwinięciu ze ścierki wygląda średnio atrakcyjnie - w moim odczuciu przypomina wielką gąsienicę ;), po przekrojeniu ukazuje jednak swoje walory. W smaku jest delikatna, mimo zamiany ricotty na bardziej wyrazisty ser, ale nie nazwałabym jej mdłą. I wbrew pozorom, nie jest trudna do wykonania. Ciekawa jestem, kto się zdecyduje ;)?

niedziela, 24 listopada 2013

We wrześniu siedzieliśmy z M w ogródku przaśnej austriackiej kawiarni, serwującej domowe wypieki, nad talerzykiem Marmorkuchen i, po pierwszym okrzyku („marmurek!”) zaczęliśmy wspominać. Babka marmurkowa była obowiązkową pozycją na przyjęciach dziecięcych i klasowych Mikołajkach w II połowie lat 80-tych i od tamtego czasu jej nie jedliśmy, choć – jak się okazało w alpejskich okolicznościach przyrody – oboje to ciasto lubimy. Wiadomo, trzeba było to powtórzyć w warunkach domowych.

Skorzystałam z przepisu Dorotuś, z jedną podstawową uwagą, że moim zdaniem w przepisie jest za dużo masła. Trochę zredukowałam podczas pieczenia, ale uważam, że trzeba jeszcze nieco odjąć i poniższa wersja to odzwierciedla. Wersje PRL-owe także raczej były na kakao, nie czekoladzie, i spróbuję w przyszłości zrobić taką wersję marmurka. Pełna nostalgia ;)... choć, jak się dowiedziałam, nie każdy zna to ciasto pod tą nazwą.

Składniki:

  •     2 szklanki* mąki pszennej
  •     1 i 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  •     szczypta soli
  •     175 g miękkiego masła
  •     1 szklanka* drobnego cukru
  •     4 duże jajka
  •     pół łyżeczki ekstraktu z wanilii
  •     pół szklanki mleka
  •     120 g gorzkiej czekolady

    * 240ml

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. Czekoladę nastawić do stopienia w kąpieli wodnej (powinno to potrwać mniej więcej tyle, co pozostałe czynności). Mąkę i proszek wymieszać z solą. Masło ubić mikserem na do otrzymania puszystej, jasnej masy. Dodać cukier i dalej ubijać (2 - 3 minuty). Dodawać jaja, po kolei, miksując po każdym dodaniu. Masa pod koniec może się lekko zwarzyć (i u mnie to nastąpiło), ale nie ma to wpływu na efekt końcowy. Dodać wanilię, wymieszać, zmniejszyć obroty miksera i dodawać mąkę na przemian z mlekiem, miksując tylko do wymieszania się składników.

Ciasto podzielić na pół, do jednej części dodać roztopioną czekoladę, wymieszać łyżką. Długą keksówkę wysmarować masłem, wysypać mąką. Nakładać na zmianę to jasną to ciemną masę. Po wyłożeniu zrobić w cieście zygzaki (nożem lub innym narzędziem).

Piec w temperaturze 160 st. C. (termoobieg) przez około 70 - 80 minut, do tzw. suchego patyczka.

PS. Pamiętacie o Korzennym :)?

czwartek, 21 listopada 2013

"Zbieracie skórki dla babci?" pytała zimą teściowa, a my z M albo coś niewyraźnie mamrotaliśmy (co oznaczało, że zapomnieliśmy), albo ochoczo przytakiwaliśmy (że w zamrażarce leży zapełniana stopniowo siatka). Mowa oczywiście o skórkach pomarańczowych, które wracały do nas w postaci słoików pełnych słodkich, kandyzowanych kwadracików - do wzbogacania masy na sernik, do makowca, do Christmas Cake... Gdy Babci K. już nie ma, trzeba przejąć pałeczkę.
Co do cytrusów: przyjmuję, że są osoby, które mają dostęp do ekologicznych (raczej w dużych miastach), ale większość raczej nie ma. Wiem, że jest możliwość zakupów wysyłkowych w sezonie, ale z różnych powodów (logistyka, wielkość i wartość minimalnego zamówienia) też nie każdego to urządza (i ja np. też się jeszcze na to nie zdecydowałam, choć może w końcu nastąpi ten pierwszy raz ;). Przyjmuję jednak, że skórki można dokładnie sparzyć wrzątkiem, plus dodatkowo praktyczną metodą, praktykowaną, jak opisałam powyżej, od dawna, jest zbieranie materiału stopniowe i mrożenie. Gotowa skórka świetnie nadaje się na prezent świąteczny.

Składniki: 1 litr skórek pomarańczowych - w idealnym świecie ekologicznych, w pozostałych wariantach sparzonych i świeżo obranych lub rozmrożonych, 2 szklanki* cukru, woda

* 240ml

Skórki obkroić z albedo małym, ostrym nożykiem - to potrwa, więc warto uzbroić się w cierpliwość i najlepiej zapewnić dodatkową rozrywkę (dobre towarzystwo lub film lecący w tle). Oczyszczone skórki pokroić w drobną kostkę, umieścić w garnku o grubym dnie, zasypać cukrem i podlać lekko wodą (ok. 4-5 łyżek). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 1h, co jakiś czas delikatnie mieszając, podlewając wodą w razie konieczności. Uważać, by nie przypalić i by nie gotować za długo, bo skórka będzie twarda. Przekładać do niewielkich słoików (z podanych ilości wyjdzie ok. 3 x 200ml). Opcjonalnie można krótko spasteryzować.

Właśnie się doczytałam, że z albedo można wytworzyć własną pektynę - nie próbowałam, ale może to dobry pomysł, jeśli ktoś regularnie korzysta ;)?

czwartek, 14 listopada 2013

Nie wiem, czy nie macie dość akcji korzennych. Sama się wahałam, czy organizować w tym roku Korzenny Tydzień. Dostałam jednak sygnał, że kilka osób na niego liczy, więc... oto jest.

Zasady są proste:

  1. W dniach 23.11-1.12.2013 opublikować na blogu wpis o tematyce korzennej.
  2. We wpisie obowiązkowo zamieścić link do Coś niecoś lub banner (patrz niżej).
  3. O fakcie poinformować mnie w komentarzach do posta lub na @ (znajdziecie go w bocznej szpalcie na stronie).

I już :). Miłej zabawy :)! Informacje o poprzednich edycjach znajdziecie TUTAJ.

A tu - mam nadzieję... - banner:

poniedziałek, 11 listopada 2013

Obiecałam wczoraj jeszcze jedną przypominajkę - oto ona: jeśli ktoś jeszcze nie nastawił ciasta na piernik staropolski a planuje go piec, czas najwyższy.

Moje ciasto leży od soboty w lodówce. Kupiłam do niego jedyną przyprawę piernikową, jaka była w sklepie; niestety dopiero później przyjrzałam się składowi. Przyznacie, że mąka ziemniaczana na pierwszym miejscu nie brzmi dobrze :/, aromatu po otwarciu saszetki też specjalnie nie było. Zirytowana utłukłam w moździerzu swoją wersję przyprawy do piernika. Nazwałabym ją wersją minimum/szybką - zrobiłam z tych przypraw korzennych, które miałam pod ręką, a idealnie byłoby użyć np. cynamonu w korze. Całe przyprawy można by także wcześniej uprażyć (czego ja nie zrobiłam). Niemniej zapach był nieporównywalnie silniejszy od opcji z mąką z torebki...

Składniki (na 12,5g przyprawy - kilka łyżek): 

  • 1/2 łyżeczki goździków,
  • jw. ziaren kolendry,
  • jw. ziela angielskiego;
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu,
  • jw. mielonego imbiru,
  • ok. 4g gałki muszkatołowej (ok. 1/2 mniejszej kulki, lub ostatecznie 1/2 łyżeczki gotowej mielonej - ale polecam świeżo startą),
  • świeżo mielony pieprz (10 obrotów młynka)

Całe przyprawy utłuc w moździerzu. Gałkę zetrzeć, dodać mielone przyprawy, całość dokładnie wymieszać i lekko rozetrzeć. Użyć od razu do ciasta lub przechowywać w szczelnym pojemniku.

niedziela, 10 listopada 2013

Jak wiadomo, jutro 11 listopada: Święto Niepodległości i Św. Marcina. To ostatnie oznacza dwie rzeczy: gęś oraz rogale. W przypadku tej pierwszej, polecam przepis na pierś, w przypadku słodkości: rogale, które dziś jadłam na śniadanie, z... małą różnicą, o której poniżej.

Każdy Wam powie, że w prawdziwych rogalach marcińskich musi być biały mak. I zasadniczo się z tym zgadzam. Jeśli jednak nie zaopatrzycie się w niego wcześniej - a jak wiadomo, w Polsce czarny mak można kupić w prawie każdym sklepie spożywczym, biały zaś to towar luksusowy - i tylko to stoi na przeszkodzie w pieczeniu, użyjcie czarnego. Smak nie będzie taki sam - po dzisiejszej degustacji widzę różnicę, bo biały mak jest delikatniejszy i masa ma posmak bardziej orzechowy - ale powstały wypiek będzie i tak bardzo smaczny. Warto spróbować. Zwłaszcza w 10 minut po wyjęcia z piekarnika, w świąteczny poranek (bo pozbawione lukru rogale są słodkie w sam raz śniadaniowo).

A stosując wątpliwej jakości rym, jak się jeszcze sprężycie, to na jutro zdążycie ;). Cały przepis TU.

PS. A jutro kolejna świąteczna przypominajka z szybkim przepisem.

wtorek, 05 listopada 2013

Colcannon to jedyne danie z kuchni irlandzkiej, które spontanicznie przychodzi mi do głowy, a więc pierwsze, o jakim pomyślałam, gdy zaszła potrzeba potrawy tematycznej pod Guinessa. Wiedziałam tylko, że to "coś z jarmużem". Szybko znalazłam wersję Nigela Slatera i z przyjemnością stwierdziłam, że mam wszystko w domu, ew. na grządce (jarmuż). Przygotowanie dania trwa tyle, co ugotowanie ziemniaków, więc to dobry pomysł na kolację w ciągu pracowitego tygodnia.

Zdaniem M: "Taka bida z nędzą, ale smaczna". Zwłaszcza pod pewne piwo ;).

Składniki u mnie jak u Nigela, w proporcji 1/2 składników, ale obróbka pora trochę inna plus puree ze śmietaną (czyli tzw. nie "na ekonoma").

Składniki (2 porcje): ok. 250g ziemniaków, 1 średni por, mała garść jarmużu (same liście, bez łodyg), kilka plastrów szynki, plaster masła + dodatkowe do pora, olej, 2-3 łyżki pełnego mleka lub śmietany (12-18%), sól, pieprz

Ziemniaki ugotować w osolonej wodzie, po ugotowaniu wysuszyć*. Gdy ziemniaki się gotują, pokroić pora w cienkie plasterki lub półplasterki, zeszklić na patelni na mieszance oleju i masła, oprószyć solą i pieprzem, dodać umyte, z grubsza porwane liście jarmużu. Skręcić ogień na mały, patelnię przykryć i całość dusić kilka minut - jarmuż nie powinien być surowy, ale jednocześnie pozostać chrupki. Wymieszać zawartość patelni z szynką pokrojoną w większą kostkę/porwaną na kawałki, sprawdzić doprawienie. Wysuszone ziemniaki utłuc z masłem i mlekiem lub śmietaną na gładkie, puszyste puree i szybko wymieszać z zawartością patelni (ew. nałożyć każdemu z jedzących po porcji puree i na to wyłożyć warzywa; i tak będzie mało fotogenicznie ;). Podawać od razu.

* Co osobiście robię zawsze po gotowaniu - odcedzone ziemniaki stawiam na 1-2 minuty na minimalnym ogniu, kilkakrotnie obracając/delikatnie podrzucając garnkiem - a co ma większe znaczenie w przypadku puree.

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna