Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
czwartek, 19 kwietnia 2012

Lubicie ciasteczka? Takie do pogryzania, do herbaty lub kawy? Ja bardzo lubię i puszka z napisem "Sweets" pełna domowych wypieków sprawia mi nie lada satysfakcję. Niedawno dostałam wielkanocny numer (tj. 27) Jamie Magazine i artykuł o tradycyjnych ciasteczkach sprawił, że miałam ochotę pobiec do kuchni i upiec je wszystkie. Ograniczyłam się jednak do dwóch przepisów i oba bardzo polecam. M skłaniał się ku imbirkom, ja nie potrafiłabym chyba wybrać jednych. Garibaldki mają także tą zaletę, że bazują na białkach, a takie przepisy zawsze lubię ;).

Imbirki (Gingernuts) - słodko-pikantne, uwaga: imbir mocno czuć w smaku!

Składniki (na ok. 16 sztuk):

  • 100g mąki ze spulchniaczami (lub 100g mąki zwykłej i po 3/8 łyżeczki sody i tyle samo proszku do pieczenia)
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • ciut świeżo startej gałki (przejechałam ok. 8 razy całą gałką po tarce)
  • 1/4 łyżeczki mielonego/utłuczonego w moździerzu ziela angielskiego
  • 50g cukru jasnego (u mnie ciemny) muscovado
  • 50g miękkiego masła
  • 2 łyżki złotego syropu lub sztucznego miodu
  • cukier demerara do posypki

Nastawić piekarnik na 180 st. C (termoobieg). Wymieszać suche składniki, wetrzeć w nie masło, aż ciasto będzie przypominać okruchy. Dodać syrop/miód, ucierać i ugniatać masę, aż zbije się w kulę (jak poniżej).

Podzielić masę na 16 kawałków, z każdego utoczyć kulkę, umieścić równo na wyłożonej pergaminem/matą silikonową blaszce. Każdą kulkę spłaszczyć, lekko posypać demerarą. Piec 8-12 minut, do zrumienienia. Studzić na kratce, można ściągać z blaszki po ok. 5 minutach i studzić luzem.

Garibaldki (Garibaldis; nazwa pochodzi - od Garibaldiego, który w połowie XIX wieku odwiedził Anglię; przepis oszczędnościowy, przezywany także "ciastem z muchami" - aluzja do wyglądu.)

Składniki:

  • 100g stopionego masła
  • 100g cukru pudru
  • 3 białka (ok. 100g)
  • 100g mąki
  • 200g drobnych rodzynek/koryntek (u mnie mieszanka posiekanych dużych rodzynek i żurawiny - polecam!)

Ubić masło, cukier i mąkę. Pomału dodawać do masy białka, łyżka po łyżce, przy wciąż pracującym mikserze, na koniec dodać bakalie. Masa będzie dość mokra. Umieścić w lodówce na ok. godzinę. Po tym czasie wyłożyć blaszkę do piekarnika papierem do pieczenia, rozłożyć masę na równy prostokąt (u mnie mniejszy niż blacha), przykryć drugim kawałkiem pergaminu (jak na zdjęciu poniżej).

Na górnej warstwie pergaminu położyć drugą blachę i obciążyć dodatkowo (cytuję: "cegłą owiniętą w folię"; ja wykorzystałam naczynie żaroodporne). Odłożyć we względnie chłodne miejsce (wg pisma - do lodówki - ale kto ma tak szeroką i pustą :)?) na 30 minut. W tym czasie nagrzać piekarnik na 180 st. C (termoobieg). Piec ciasteczka, wciąż obciążone, przez 25-30 minut (do zezłocenia). Kroić na kwadraty/prostokąty niemal od razu, gdy ciasto jest wciąż ciepłe (szybko twardnieje).

środa, 18 kwietnia 2012

Ostatnio namnożyło się na blogach jaj à la Benedict* (widziałam je choćby u Bee czy Maggie). Jadłam jajka w koszulce i sos holenderski osobno, nigdy razem. Okolice Świąt Wielkanocnych, stojących pod znakiem JAJ, wydawały się dobrą okazją, by spróbować, zwłaszcza, że miałam na to ochotę od czasu, gdy obejrzałam Somewhere Sophii Coppoli z uroczą sceną z gotującą Elle Fanning.

Elle Fanning w Somewhere

Oryginalnie potrzeba tzw. English muffins, niewiele mających wspólnego z muffinami amerykańskimi czy też przerośniętymi babeczkami, więcej z miękkimi pszennymi bułkami. Ja użyłam opieczonych proziaków, jako alternatywy dla scones, ale wyszły trochę za twarde; myślę, że zwykłe białe pieczywo byłoby lepsze. Gotowanie imho najlepiej zacząć od sosu - którego nie ma co się bać, jest łatwiejszy w przygotowaniu niż bearneński. Gdyby zaczął się warzyć, należy miskę szybko wsadzić do zimnej wody (np. nalanej do zlewu) by masę schłodzić i poubijać tak chwilę. Całość to świetna propozycja na coś bardziej odświętnego i konkretnego z rana.

* Błędnie nazywanych czasem "jajami po benedyktyńsku" ;). Jest kilka teorii, skąd pochodzi nazwa dania, ale wszystkie wiążą się z nazwiskiem Benedict.

Składniki (na 2 osoby): 1 pszenna bułka/2 niewielkie kromki pszennego pieczywa, 2 plastry np. szynki lub chudego boczku, 2 jaja w koszulkach, sos holenderski, masło.

Sos holenderski (wg Nigelli Lawson - How to eat) - uwaga, podaję pełne proporcje, ale ja robiłam z 1/2, używając dwóch mikro żółtek: 3 żółtka, ok. 180-230g masła - miękkiego, pociętego w kostkę, sok z 1/2-1 cytryny, sól, świeżo mielony pieprz

Sos: Napełnić rondel do ok. 1/2 lub 1/3 wodą, umieścić nad nim drugi rondelek (można użyć gotowego garnka do gotowania na parze); dno górnego naczynia nie powinno dotykać wody w dolnym. Umieścić całość na kuchence, na mocnym ogniu, do górnego rondelka wsadzić żółtka i ubijać, aż woda w dolnym garnku się zagotuje. Gdy to nastąpi, od razu skręcić ogień na mały/średni (woda powinna wciąż się gotować, ale mało energicznie) i pomału dodawać masło, kostka po kostce, stale ubijając. Gotowy sos jest gęsty i żółty; jeśli osiągnie ten etap zanim dodacie całe masło, można więcej już nie dorzucać (i ja faktycznie dodałam mniej). Wciąż pracując trzepaczką, dodać sok z cytryny, sól, pieprz do smaku.

Jajka: Mając gotowy sos (zostawcie go nad gorącą wodą, zostawioną np. na minimalnym ogniu i przed podaniem roztrzepcie), można zająć się przygotowaniem reszty śniadania: ugotować jaja w koszulkach, opiec bułki i posmarować je masłem, opcjonalnie przesmażyć boczek lub szynkę (ja to pominęłam). Na bułkach umieścić plaster wędliny, na to jajo, hojnie polać sosem; zajadać od razu. Można na stole umieścić dodatkowy sos, wciąż nad rondelkiem z gorącą wodą. Ew. resztki można przechowywać kilka dni w lodówce, używając na zimno jako swoistego masła/smarowidła.

sobota, 14 kwietnia 2012

Czy ktoś pamięta mój awaryjny makaron z tuńczykiem i pieczarkami? Wciąż go regularnie robię; któregoś dnia jednak okazało się, że pieczarek jest za mało, więc dodałam, dla zachowania objętości, pieczonego buraka, i całość doprawiłam kuminem (w myśl makaronu z burakami i fetą). Efekt mi się spodobał, więc kolejnym razem całkiem zastąpiłam pieczarki burakami. Idzie to tak...

Składniki:

  • 1 średnia cebula, pokrojona w piórka,
  • 2 średnie, wcześniej upieczone*/ugotowane buraki,
  • kumin (ziarna),
  • sól/pieprz,
  • puszka osączonego tuńczyka (ok. 185g),
  • 2-3 łyżki śmietany (np. 12-18%) lub gęstego jogurtu,
  • opcjonalnie: sok z cytryny
  • 225-250g makaronu kokardki lub rurki
  • opcjonalnie - dukkah i kolendra/pietruszka do posypki

Nastawić wodę na makaron. Rozgrzać ok. łyżki oleju w dużej patelni, dodać dwie-trzy hojne szczypty kuminu, gdy zacznie pękać, dodać cebulę, zeszklić. Dodać buraki pokrojone w większą kostkę, wymieszać, chwilę smażyć na średnim ogniu. Dodać osączonego tuńczyka, skręcić ogień na mały (i pewnie mniej więcej w tym czasie zacząć gotować makaron). Doprawić składniki sosu do smaku solą i pieprzem, lekko zabielić śmietaną lub jogurtem (najlepiej zahartowując, tj. mieszając część sosu z jogurtem/śmietaną, potem dodając powoli, stale mieszając, powstałą miksturę do sosu). Podgrzewać dalej na małym ogniu, aż makaron się ugotuje, sprawdzić pod koniec gotowania doprawienie (może przydać się parę kropel soku z cytryny, dla równowagi z burakiem). Wymieszać gotowy sos z makaronem, np. w garnku, odstawić na chwilę pod przykryciem. Podawać, jeśli ktoś ma na stanie, lekko posypane przyprawą dukkah i odrobiną zielonego - kolendry lub natki pietruszki.

* U mnie zawinięte w folię, przez godzinę w ok. 190 st. C. Czasem piekę je tak "przy okazji", jeśli np. nagrzewam piekarnik do pieczenia chleba.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Zaczęliście już sezon grillowy? U nas inauguracja nastąpiła już jakiś czas temu, gdy zrobiło się cieplej (i jak na razie, na tym jednym posiłku z grilla się zakończyło - czekamy, aż wiosna się mocniej rozkręci). Osobą, która grill obsługuje, jest M, przygotowaniem potraw i dodatków zajmujemy się zaś oboje. Kotletów cielęcych, w dodatku z kostką, jeszcze nigdy tak nie przyrządzaliśmy, a wyszły wyśmienite (choć warto dodać, że mięso było bardzo dobrej jakości). Marynata w sumie klasyczna, choć ma coś wspólnego ze składnikami zakwasu na żurek (ale to może moje powielkanocne skojarzenia ;); zazwyczaj używam do tego celu wina czerwonego, tu było białe, i dobrze się sprawdziło. Można by jej bez problemu użyć także do zamarynowania innych mięs.

Składniki (2-3 porcje):

  • ok. 8 niewielkich kotletów cielęcych z kostką
  • 2 szklanki (ok. 500ml) wina (tu: białe wytrawne)
  • ziele angielskie (parę kulek)
  • pieprz (jw.)
  • liść laurowy (2 duże szt.)
  • estragon francuski - świeży (ok. 1/2 łyżeczki) lub suszony (łyżeczka)
  • czosnek (2 ząbki, zgniecione)
Składniki marynaty wymieszać, umieścić w niej opłukane i osuszone mięso, wsadzić do lodówki na noc lub co najmniej 6-7 godzin. Doprowadzić do temperatury pokojowej przed grillowaniem, wyłowić z marynaty, dokładnie osuszyć. Piec na rozgrzanym grillu po ok. 3 minut z każdej strony dla mięsa średnio wysmażonego. Podawać z pieczonymi ziemniakami (lub, jak u nas - ugotowanymi i krótko podgrzanymi na grillu), masłem czosnkowym i ulubioną surówką.
sobota, 07 kwietnia 2012

M mówi, że to smak jego dzieciństwa. Ja w tym okresie pischingera nie jadałam (paradoksalnie, bo to w końcu ja*, a nie mój mąż, pochodzę z Galicji!). Faktem jednak jest, że jeśli mam jeść wafelki, to jakaś czekolada czy kakao musi przy nich się znaleźć (jasnym - które nazywam andrutami - mówię nie, bo są dla mnie zbyt mdłe).

Przepis na poniższy deser jest mojej teściowej, wykonanie - małżonka. Uwaga: masa bazuje na kakao, bo w czasach, gdy byliśmy dziećmi, czekoladę się ceniło, jeśli oczywiście się ją w ogóle dostało, i na pewno nie stapiało na jakieś polewy ;). Uważam jednak, że bardzo dobrej jakości kakao zupełnie dobrze spełnia swoją rolę (i kolor przyznacie, że ma całkiem, całkiem). Z innych pozytywów - ponieważ wafle są gotowe, można potraktować ciasto jako awaryjny deser dla idiotów. Może niekoniecznie na Wielkanoc, ale może a nuż ktoś będzie miał taką świąteczną awarię ;)?

Składniki: paczka wafli (kształt dowolny, osobiście wolę okrągłe, choć teraz był kwadrat; ok. 5 listków), 250g masła, szklanka (240ml) cukru, 6 łyżek dobrego, ciemnego kakao, 1/2 szklanki (czyli 120ml) mleka

Masło stopić na małym ogniu, dodać cukier, mleko i stopniowo, pracując trzepaczką, dodawać przesiane kakao. Podgrzewać dalej na małym ogniu, często mieszając (najlepiej lekko roztrzepując), aż masa będzie gładka i lśniąca. Sprawdzić, czy masa nie ma grudek - jeśli tak i są duże, można je wyłowić (metoda M ;), druga opcja to przetarcie przez sitko. Ułożyć wafle np. na stolnicy lub desce, smarować gorącą masą, poza ostatnim listkiem, na które należy zostawić ok. 2-3 łyżek masy na później. Na górnym, "łysym" listku delikatnie położyć np. deskę do krojenia, by wafle obciążyć (nie obciążone zawiną się do góry), zostawić do ostudzenia i zastygnięcia (ok. 2-3 godzin wystarczy). Po tym czasie delikatnie podgrzać (można w kąpieli wodnej) pozostałą masę, posmarować górny wafel, zostawić całość do zastygnięcia. Przechowywać w chłodnym miejscu.

Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć wesołych (i smacznych) Świąt Wielkanocnych! Sama udaję się gotować żurek...

* M: "Nie Ty, a Twoi przodkowie".

wtorek, 03 kwietnia 2012

Na przekór jajom i żurkom nie będzie wielkanocnie, choć w jakimś sensie jest to nawiązanie do zeszłorocznych Świąt: wtedy zamieściłam poprzedni wpis z cyklu "ze starego zeszytu" (a o co właściwie chodzi, można przeczytać tu). Ostatnio bowiem, rozmyślając jak odtworzyć wątróbkę po tyrolsku, znów sięgnęłam po te stare niemieckie przepisy. Wątróbki nie znalazłam, rzuciły mi się natomiast w oczy klopsiki rybne (Fischbölle). To dobry przepis na wykorzystanie resztek rybnych i ziemniaczanych. Irma sugerowała, by podać je z sosem kaparowym lub grzybowym. Ten pierwszy mi się spodobał, jako kojarzący się (przynajmniej mnie) z kuchnią retro. W zeszycie przepisu nie znalazłam, sugerowałam się zatem znalezionym w sieci, ale dość luźno podeszłam do oryginału.

Składniki (dla 2 osób):

Klopsiki: 500g ugotowanej/upieczonej ryby o białym mięsie*, 1 średni ugotowany/upieczony ziemniak (ok. 80g), 1 mała cebula/szalotka, 0,5-1 łyżka bułki tartej (i dodatkowa do panierki), ok. łyżki posiekanego koperku lub natki pietruszki, 1 jajo, sól, pieprz, olej do smażenia

Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Rybę rozdrobnić, upewnić się, że nie ma ości. Ziemniaka rozgnieść na puree, wymieszać z rybą, dodać cebulę. Wymieszać z jajem, bułką tartą, zieleniną. Jeśli masa będzie zbyt mokra, dodać trochę więcej bułki. Doprawić do smaku solą i pieprzem (raczej solidnie). Opcjonalnie można uformować kulki (u mnie z grubsza wielkości piłki ping-pongowej) i schłodzić je ok. 10-20 minut w lodówce; można też z marszu formować, obtaczać w bułce tartej i smażyć partiami na złoto. Podawać z sosem kaparowym.

* Można ew. pomieszać rybę gotowaną z np. wędzoną, tylko wówczas uważać z dosalaniem [i jest to to już pomysł mój, nie z zeszytu].

Sos: 2 łyżki masła, 2 łyżeczki kaparów z zalewy (osączonych), ok. 3 łyżek posiekanego koperku (opcjonalnie można zastąpić natką, jeśli użyliśmy jej do klopsików), łyżeczka musztardy

Masło stopić na średnim ogniu, dodać kapary (jeśli duże, można z grubsza posiekać, w przeciwnym razie po prostu lekko rozgnieść mieszając sos), koperek i musztardę. Dokładnie wymieszać i podgrzewać, aż składniki się połączą. Sprawdzić, czy sos nie jest zbyt kwaśny - opcjonalnie można delikatnie zabielić mlekiem (ok. łyżki), dolewając je powoli, stale mieszając. Podawać na ciepło.

I to tyle. Żadne wielkie rzeczy, ale sympatyczne danie. Nadprogramowe klopsy rybne dobrze smakują także na zimno, np. na chlebie.

Na deser, już tradycyjnie, zdjęcie babci Łucji, tym razem we wrocławskim Parku Szczytnickim (w roku 1935).

czwartek, 29 marca 2012

Zbliża się Wielkanoc, wszędzie wokół na blogach a to majonez, a to baby, a to jaja ;). O tych ostatnich właśnie chciałam napisać. Wiecie, że do tej zimy (śniadanie w Esencji, o którym pisałam) nie jadłam nigdy jaj w kokilkach? W minioną niedzielę (kiedy to jadamy bardziej fikuśne śniadania) postanowiłam zrobić własną wersję. Okazało się, że to niewiele trudniejsze od jajecznicy, a możliwości - a nadzienie, doprawienie - mnóstwo. Właściwie można do kokilek wsadzić cokolwiek, co nam podpowiada wyobraźnia, wyczucie smaku i zawartość lodówki ;). U mnie to było tak...

Składniki (na 2 porcje): masło do wysmarowania kokilek, olej/oliwa, 1 czerwona/żółta papryka, 1/2 cebuli, ulubione suszone/świeże zioła, sól, pieprz, szczypta słodkiej papryki (wędzonej lub nie), 2 łyżki śmietany (u mnie 18%), parmezan, 2 duże, szczęśliwe jaja

Drobno pokrojoną cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać drobno posiekaną paprykę, wymieszać, oprószyć ulubionymi ziołami (tymianek np. się nada), doprawić solą, pieprzem, słodką papryką. Smażyć 8-10 minut na średnim ogniu, aż papryka lekko zmięknie, na koniec sprawdzić doprawienie - powinno być wyraziste; w tym czasie nastawić piekarnik na 200 st. C. (termoobieg), wysmarować kokilki masłem. Na dno każdej miski wyłożyć łyżkę śmietany. Równo rozłożyć farsz między kokilki, posypać niewielką ilością świeżo startego parmezanu (lub podobnego sera). Na wierzch wbić po jajku (uważać, by się nie rozkłóciło, choć jeśli to nastąpi, i tak śniadanie będzie jadalne). Piec w kąpieli wodnej* 8-10 minut (aż jajo się zetnie). Podawać od razu, można posypać dodatkowym serem.

* Włożyć kokilki do brytfanny/głębszej blaszki i nalać wrzątku do ok. 1/2 wysokości naczyń.

wtorek, 27 marca 2012



Gdybyście kiedyś zastanawiali się, jak wyglądały restauracje mieszczańskie na terenie Austro-Węgier 100 lat temu, przejeżdżając przez Krainę Salzburską, wybierzcie się do Hotelu Austria (widocznego na powyższym zdjęciu) w Bad Hofgastein. Odwiedziliśmy ten lokal podczas ostatniego pobytu na nartach i sądzę, że jeszcze tam wrócimy, bo mam słabość do miejsc, w których czas się zatrzymał.

Na knajpę składają się dwie niewielkie sale, w tym jedna przejściowa, wąska i długa, ze stolikami ustawionymi jeden za drugim, trochę jak w wagonie restauracyjnym; pośrodku znajduje się otwarte wejście do kuchni, tuż obok wielkiego pieca kaflowego. Wysłużone sprzęty nie całkiem do siebie pasują; światło jest przytłumione, podłoga wytarta, obsługa w wieku 55+. Nie bardzo można mówić o jakimś wystroju wnętrza - miałam wrażenie, że tak, jak je funkcjonalnie wyposażono w poprzednim wieku, tak już zostało. Jak na warunki austriackie i standardową ilość gemütlich bibelotów na metr kwadratowy, o czym kiedyś pisałam, jest wręcz minimalistycznie. Rozglądając się wokół znad szklanki piwa, powiedziałam M, że czuję się trochę tak, jakbyśmy trafili na plan Białej wstążki (poniżej kadr z filmu). Mąż się ze mną zgodził, ale nerwowo rozejrzał się dookoła (czy za stołem nie czają się jakieś posępne dzieci...).

Karta dań jest relatywnie krótka i prosta. Klasyki kuchni austriackiej, ale nie w wydaniu biesiadnym - jest np. sznycel, ale cielęcy, nie wieprzowy, i nie wylewa się z talerza razem z kopcem ziemniaków czy kapusty (innymi słowy, porcje są standardowe); są smaczne zupy (marchwiowa, klasyczna czosnkowa), parę prostych deserów. Poza piwem duży wybór win austriackich.

Jako główne danie skosztowałam Tiroler Leber, z którym wcześniej się nie spotkałam, i bardzo przypadło mi do gustu. Wątróbka cielęca, czyli owa Leber, w ogóle nie smakuje jak wątróbka - w gruncie rzeczy jest to wątróbka zamordowana, tj. mocno wysmażona, pokrojona na cienkie paski i, po zmieszaniu z innymi składnikami, zmieniona nie do poznania. W mojej wersji dania nie byłam w stanie się przemóc, by aż tak ją zakamuflować, pozostałe składniki są jednak takie, jak w "Austrii". Warto dodać, że wygląda na to, że wersja restauracyjna dania jest mało ortodoksyjna - szukając przepisów online nigdzie nie znalazłam papryki, która na 100% obok wątroby i cebuli w tamtym Tiroler Leber była (czyżby wpływy węgierskie?). Często też w przepisach sos był zagęszczany/bazował na zasmażce, a ten, który jadłam, był naturalny. Oto odtworzony przepis, zdaniem M - oddający bardzo podobny smak:



Składniki:

  • ok. 0,45g wątroby cielęcej
  • maka, olej do smażenia
  • 1 średnia cebula, pokrojona w pióra
  • parę łyżek (4-5) czerwonego wytrawnego wina
  • 1 czerwona papryka
  • suszony cząber/tymiankiem
  • sól, pieprz
  • słodka wędzona papryka
  • ocet z czerwonego wina

Wątróbkę umyć, dokładnie osuszyć, pokroić na paski ok. 1,5 cm, obtoczyć lekko w mące, przesmażyć na oleju (np. w rondlu lub głębokiej patelni) po obu stronach (tyle, by zrumienić - u mnie - lub mocniej, jeśli chcecie, by wątroba miała jak najmniej cech wątróbki ;), wyłowić z naczynia, odłożyć na bok. Do rondla dorzucić cebulę, chwilę przesmażyć, lekko podlać winem (ok. 2 łyżek), dodać paprykę pokrojoną w kostkę. Podsypać cząbrem/tymiankiem, dodać szczyptę papryki wędzonej, sól/pieprz, dusić na średnim ogniu pod częściowym przykryciem. Po około 10 minutach wątróbkę rozdrobnić na mniejsze paski (jak drobne, zależy od Was, ja każdy przekroiłam na 1-2 części) i dorzucić z powrotem do warzyw, podlać pozostałym winem i bardzo lekko skropić octem z czerwonego wina, dalej dusić na małym ogniu ok. 10-15 minut, pod koniec odkryć. Sprawdzić doprawienie. Podawać ze spaetzlami i słodko-kwaśną surówką (np. tą Edyty).

PS. Jednocześnie chciałam poinformować, że sól wędzoną wygrała Kini1812 z blogu Yummy Lifestyle. Nie mogłam się zdecydować na wybór jednej odpowiedzi i zdecydowałam się na losowanie (maszyną losującą był M ;). Kini - gratuluję!

czwartek, 22 marca 2012



Gdy myślicie "sernik", ew. "sernik polski" lub "sernik tradycyjny", jaki obraz staje Wam przed oczyma? Ja widzę sernik z kratką, tak zwany krakowski. Ser jest zwarty i lekko żółty (ach, te jaja), hojnie nafaszerowany rodzynkami, kratka polukrowana. A, wypiek stoi na pralce w kuchni mojej Babci, gotowy do podania na stół świąteczny (a Babcia narzeka, że znowu nie wyszedł...).

Z sernikami nie-babcinymi byłam na bakier, zwłaszcza od popularyzacji gotowych serów mielonych (którym mówię stanowcze NIE), i w efekcie jedyne wypieki serowe, jakich kosztowałam, to cheesecake (z zasady robiony na innym serze sernik londyński w wielu odsłonach lub ew. nowojorski w wydaniu koleżanki E.) bądź sernik królewski autorstwa M, na niemielonym twarogu. Sernik krakowski od wielu lat - od kiedy nie ma babcinego - omijałam szerokim łukiem. Okazało się jednak, że można przywołać smak wypieku z dzieciństwa - stosując metodę z królewskiego, używając normalnego sera. I tak oto mam nowy ulubiony wypiek ;)

Przepis pochodzi z bloga Dorotuś, jednak u nas parę zmian: przede wszystkim, twaróg tłusty w kostkach, niemielony; cukier puder i skórka pomarańczowa do sera; brak lukru na kratce (tak, ten Babci go miał, ja jednak lukru nie kocham, a sernik jest i tak dość słodki).

Składniki na kruche ciasto:

  •     250 g mąki
  •     100 g cukru pudru
  •     125 g masła
  •     8 g cukru waniliowego
  •     1 jajo



Wszystkie składniki połączyć razem, szybko zagnieść ciasto, wstawić do lodówki na co najmniej godzinę czasu. Z ciasta odkroić 1/3, odłożyć z powrotem do lodówki. Pozostałe ciasto rozwałkować na bardzo cienki placek, wyłożyć nim dno formy o wymiarach ok. 35 x 25 cm, ponakłuwać widelcem. Podpiec w temperaturze 170°C przez 15 minut.

Składniki na masę serową:

  •     1 kg twarogu (półtłusty, tłusty)
  •     8 jaj
  •     100 g miękkiego masła
  •     250 g cukru pudru
  •     3 łyżki cukru waniliowego
  •     3 łyżki mąki ziemniaczanej
  •     100 g rodzynek
  •     ok. 3 łyżek skórki pomarańczowej (kandyzowanej)
  •     ulubiony aromat - u nas kapka wanilii
  •     żółtko/jajo/mleko do posmarowania pasków, roztrzepane

Twaróg wkruszyć do miski (lub, jeśli ktoś musi/lubi/chce, zemleć). Masło, 200 g cukru i cukier waniliowy utrzeć w osobnym naczyniu na krem. Ucierając, dodawać po 1 żółtku i części twarogu. Ucierać, aż składniki się połączą i masa będzie puszysta. Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodając pozostałe 50 g cukru. Pianę wmieszać do masy serowej razem z mąką ziemniaczaną i rodzynkami oraz skórką. Można dodać ulubiony aromat.

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika. Wyłożyć na niego masę serową. Ciasto pozostałe w lodówce cienko rozwałkować i radełkiem (lub nożem...) wykroić paski o szerokości 1 cm. Z pasków ułożyć na serniku kratkę, posmarować ją żółtkiem/jajem/mlekiem.

Piec około 60 minut w temperaturze 170°C (termoobieg).

Jeśli ktoś bardzo chce - może po wystudzeniu kratkę polukrować :).

Polecam! I podczepiam pod akcję wielkanocną:



PS. Przypominam, że wciąż trwa konkurs :)

sobota, 17 marca 2012

Niedawno zgadałam się z wirtualną znajomą, Edytą (której zawdzięczam przepis na surówkę) na temat dżodżenu - stosowanej w kuchni bułgarskiej, bardzo aromatycznej odmianie mięty (konkretnie to tzw. mięta kędzierzawa). Niedługo później otrzymałam mocno pachnącą (i przed otwarciem!) kopertę. Gdy napisałam do Edyty, by mi przypomniała, co z tym fantem się robi, wymieniła zupę fasolową, i to też ugotowałam, kierując się własnym widzimisię ;)

Składniki:

  • 200g fasoli (raczej białej, ja miałam ok. 50g czarnej - która zabarwiła zupę na ciemniejszy kolor)
  • ok. 1,5 litra wody,
  • 2 liście laurowe
  • parę plastrów pora,
  • 1 mała pietruszka,
  • 2 małe marchewki,
  • lubczyk,
  • szczypta cząbru,
  • 1 cebula
  • parę plasterków boczku,
  • pomidory - przecier 500ml lub 1 puszka 400g,
  • szczypta chilli,
  • szczypta słodkiej papryki (u mnie wędzona)
  • sól, pieprz
  • (opcjonalnie) szczypta czubrycy/dodatkowa szczypta cząbru,
  • dżodżen (mięta kędzierzawa; ew. inna aromatyczna odmiana mięty w formie suszu)

Fasolę opłukać, zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, zalać świeżą wodą (ok. 1,5 litra), dodać liście laurowa, pora, jarzyny w kostkę, lubczyk suszony lub świeży (ok. łyżki), ciut cząbru, zagotować, gotować na średnim ogniu, częściowo tylko przykryte, aż fasola zmięknie (ok. godziny lub dłużej). Nie solić na początku, by nie była twarda. W razie konieczności podlać dodatkowo wodą. Osobno podgrzać na średnim ogniu boczek pokrojony w kostkę (w wersji wege można pominąć, użyć oleju), gdy wytopi się z niego tłuszcz, podkręcić ogień, gdy boczek zacznie się rumienić, dodać cebulę pokrojoną w kostkę, zeszklić. Dodać pomidory, przyprawy (poza dżodżenem), gotować kilka minut, aż sos się zagęści. Dorzucić do fasoli, wymieszać, sprawdzić doprawienie (najprawdopodobniej będzie potrzebna dodatkowa sól i pieprz), zagotować, skręcić ogień na mały/średni, dodać dżodżen (u mnie ok. łyżeczki), gotować jeszcze ok. 15 minut. Podawać np. z pieczywem/grzankami.

 UWAGA! KONKURS!

Mam do oddania jedno opakowanie wędzonej soli Maldon; jest to produkt trudno dostępny (lub w ogóle niedostępny) w Polsce, a bardzo przez miłośników jedzenia ceniony. Są tacy, co dodają ją do wszystkiego ;) (mogłaby spokojnie zostać dodana do powyższej zupy, choć ja jednak wolę jej używać "na surowo"). Chętnie dowiem się, jak Wy byście ją wykorzystali. Wśród osób, które wypowiedzą się na temat zastosowania soli wędzonej w komentarzach pod tym wpisem (lub na stronie fanów Coś niecoś na Facebooku), wylosuję zwycięzcę, który otrzyma nagrodę (mogę wysłać w dowolne miejsce). Na odpowiedzi czekam przez tydzień, do 24.03 włącznie :)

| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna