Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 21 lipca 2013

W ogrodzie wciąż zielono. Boćwina wciąż ma się dobrze, choć sałata przekwita; jedną grządkę groszku już zjedliśmy, ale jeszcze dojrzewa cukrowy. Pojawiły się też cukinie, jarmuż nadaje się do zrywania, wygląda też na to, że będą w tym roku dynie.

Moją ulubioną tegoroczną formą jedzenia groszku jest połączenie go z kuskusem, szczególnie gdy okazało się, że niektórzy są na surowy lekko uczuleni. Wyłuskany groszek można dodać do surowej kaszy przed zalaniem wrzątkiem, a takie zblanszowanie zapewni, że nikt nie będzie pokasływał podczas posiłku. Jak na razie przećwiczyłam warianty:

* kuskus, groszek i mięta, doprawiony cytryną i olejem rzepakowym/oliwą, jako dodatek do posiłku;

* kuskus, groszek, rukola i bryndza, doprawiony jw. do smaku, jako sałatka np. na drugie śniadanie;

* kuskus, groszek, duże liście mięty i bazylii, ser szopski, czubryca, doprawiony jw., podany jw.

Co do boćwiny, wciąż szukam na nią pomysłów.

Makaron małże i boćwina: drobno posiekane łodygi boćwiny (niewielka garść) poddusiłam razem z posiekanym czosnkiem, dodałam ok. 200g mięsa małży, gotowałam ok. 10 minut, na koniec dodałam porwane liście boćwiny, całość przykryłam i zostawiłam na b. małym ogniu na ok. 2 minuty. Podałam wymieszane z makaronem spaghetti, lekko zakwaszone cytryną i udekorowane paroma liśćmi melisy (bazylia cytrynowa też byłaby na miejscu).

Makaron boćwina i pomidory: posiekane łodygi boćwiny dodałam jw. do czosnku/cebuli podczas pierwszej fazy robienia sosu pomidorowego do makaronu, na koniec gotowania dodałam liście.

Co do cukinii zaś - na razie była duszona i w makaronie (z kurkami), ale przypominam, że smażone faszerowane kwiaty to także coś pysznego (a same kwiaty cukinii, dla tych, co nie mają dostępu do ogrodowych, widziałam niedawno na targu w Warszawie).

CDN...

środa, 17 lipca 2013

Lipiec to czas przetwarzania. Do słoików wędrują porzeczki i wiśnie; ogórki i cukinie. Rok temu w ramach eksperymentów "rozmnożyłam" ukochany dżem z czarnych porzeczek poprzez dodatek porzeczki czerwonej (której zawsze mam więcej). W ten sposób stworzyłam dżem "porzeczki dwie". Jak wiadomo - potrzeba matką wynalazków. Właśnie stygnie kolejna partia...

Składniki (na ok. 1200ml dżemu): 600g czarnych porzeczek, 600g czerwonych porzeczek, ok. 450g białego cukru, ok. 30-50g drobnego brązowego cukru

Porzeczki umyć, umieścić w garnku, podlać ok. 2 łyżkami wody, zagotować. Zasypać cukrem (można zacząć od dodania tylko białego, lub białego i łyżki brązowego), zagotować ponownie, skręcić ogień na mały/średni i gotować ok. 45 minut, aż gorąca masa - która początkowo będzie b. płynna - osiągnie konsystencję konfitury (zgęstnieje po wystudzeniu), będzie lśniąca, a na wierzchu zacznie tworzyć się skórka. Pod koniec gotowania sprawdzić poziom cukru i ew. dosłodzić (dodatkowe zakwaszanie raczej nie będzie potrzebne). Gorący dżem przekładać do gorących, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować, potem odwrócić do góry nogami do zassania i wystudzenia.

Na czym polega urok porzeczek dwóch? W skrócie: smak czarnej porzeczki, ale więcej pektyn dzięki czerwonej, czyli wszyscy zadowoleni.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pierwszy raz do Ale wino wpadliśmy w grudniu zeszłego roku. Wbiłam sobie do głowy, że przy okazji pobytu w stolicy chciałabym pójść do winiarni; szybka sesja z wujkiem Google wykazała Ale wino (funkcjonujące także jako sklep internetowy) jako miejsce sympatyczne i bezpretensjonalne. Udało się zarezerwować stolik, choć pan przez telefon trochę się wahał – na miejscu zrozumiałam, dlaczego: trafiliśmy na wieczór degustacyjny. Zmieściliśmy się jednak w przejściowym pomieszczeniu z kasą (winiarnia w wydaniu zimowym to właściwie tylko 1 1/2 pomieszczenia dla klientów), i choć było nieco chłodno (mróz za oknem, a my tuż koło średnio szczelnego okna ;), trochę dobrych oliwek, crostini i serów (także polskich) i, oczywiście, wina, sprawiło, że wyszliśmy w dobrym nastroju (i z niezłym tokaji aszu).

Wróciliśmy na wiosnę, w towarzystwie Madzi i E. Degustowaliśmy polski cydr Ignaców (bardzo lekki) i ciekawe Montepulciano (Grigiano Selezione od Azienda Agricola Malacari), znów jedliśmy oliwki rozmarynowe, domowy chleb i grzanki z gruszką, ucięliśmy sobie także rozmowę z sympatycznym panem z obsługi (a może właścicielem?) na temat filmu Bezdroża... i pan był bardzo zakłopotany, gdy musiał nam delikatnie dać do zrozumienia, że zignorowaliśmy godzinę zamknięcia winiarni (o 22 - obecnie 24).

Trzeci raz trafiliśmy do Ale wino niedawno, by zbadać letni ogródek (bo choć adres to ul. Mokotowska w W-wie, lokal mieści się na tyłach ulicy, przy niewielkim i zaskakująco cichym dziedzińcu) i... nie wiem, czy zrobiło się modne, ale gdy wychodziliśmy jakoś po 22, wszystkie miejsca były zajęte (a w środku można było siedzieć tylko na podłodze, bo stoły i krzesła już były na zewnątrz ;). Drobnym minusem takiego obłożenia był dłuższy czas czekania na obsługę. Tym razem hitem wieczoru – pod talerz wędlin – okazały się wina... polskie, z 44 Winnice Dziedzic. Wszystko dzięki namowom pani z Ale wino, bo sami raczej byśmy nigdy byśmy się na nie zdecydowali (i ja szczerze mówiąc i tak poczekałam, aż M najpierw spróbował i zareagował pozytywnie). Najbardziej smakowała nam biała hiBnoza (opisywana jako półwytrawna, dla mnie – jak „złamane” wytrawne wino, pachnące letnią łąką) oraz czerwony Sukcesor, ale i Sukcesja (białe wytrawne) była poprawna. Jestem pod wrażeniem, że na Podkarpaciu można stworzyć wina nie ustępujące wyrobom francuskim czy włoskim, zwłaszcza, że to podobno pierwszy "prawdziwy" rocznik winnicy (szkoda tylko, że produkcja jest podobno bardzo niewielka).

Aż sama jestem ciekawa, jakiego odkrycia dokonamy podczas wizyty jesiennej – bo jak łatwo zauważyć, jak na razie wychodziło jedno posiedzenie w winiarni na sezon. Polecam, jeśli macie ochotę spróbować czegoś nowego (i zaskakującego ;), zjeść coś małego, posiedzieć i pogadać w przyjaznym otoczeniu bez tzw. zadęcia.

środa, 10 lipca 2013

Kama to nie tylko zdrobnienie damskiego imienia, lecz także danie charakterystyczne dla kuchni estońskiej. Równo 6 lat temu piłam kamę na wyspie Saaremaa, jako ascetyczny deser po minimalistycznym posiłku w ekologicznej gospodzie lub na śniadanie (wraz z ciastem cynamonowym - ach...) w gospodarstwie agroturystycznym Värava, podawane w zaadaptowanej do tego celu stodole (widocznej na powyższym zdjęciu).

Po powrocie z wakacji miałam plan, by zrobić kamę, i nawet kiedyś kupiłam w tym celu pszenicę - bowiem przepisy jakie czytałam, były takie od podstaw: zboża namoczyć, gotować, suszyć, mielić. W skrócie, ta wieloetapowość nieco mnie przerosła ;), i o kamie przypomniałam sobie dopiero niedawno, za sprawą artykułu na portalu Foch.pl (z opinią autorki nt. wybrzeża Bałtyku się zresztą zgadzam). W dyskusji pod artykułem na Facebooku wypłynął przepis na napój z użyciem gotowych mąk. Tym razem długo się nie zastanawiałam, zwłaszcza gdy okazało się, że w domu są cztery różne mąki... Dodam, że jako deser napój jest jednak dla mnie za mało deserowy (filmowo: w duchu kuchni z Uczty Babette sprzed tytułowej uczty ;), ale na śniadanie bardzo pasuje.

Składniki: 4 różne wyraziste mąki*, w tych samych proporcjach; do podania: jogurt, kefir, maślanka, mleko itd., miód/syrop, owoce

* Użyłam po 1/2 szklanki gryczanej, orkiszowej, pszennej i żytniej (te trzy ostatnie - razowe), jednak w prawie wszystkich przepisach, jakie wcześniej widziałam, był dodatek jęczmienia - gdy zdobędę mąkę jęczmienną, spróbuję. Można także spróbować z mąką owsianą (zmielonymi płatkami owsianymi).

Dobrze rozgrzać suchą patelnię i uprażyć mąki do zrumienienia - uważać, by nie spalić! Dokładnie wystudzić. Łyżkę mieszanki umieścić w większej szklance (ok. 330-350ml), zalać jogurtem, kefirem itd., itp. (ja lubię lekko rozrzedzoną mlekiem maślankę), dosłodzić do smaku (polecam syropem klonowym), dokładnie wymieszać, odstawić na kilka minut przed wypiciem (i ponownie wymieszać tuż przed konsumpcją). Można podawać z dodatkiem owoców suszonych lub świeżych (kilka porzeczek lub malin wrzuconych do środka to bdb pomysł); oczywiście można także przygotować większą ilość napoju w dzbanku. Suchą mieszankę - jak i gotową kamę, jeśli ją wcześniej przygotujecie - przechowywać w lodówce.

środa, 03 lipca 2013

O boćwinie pisałam rok temu. Na tegorocznych grządkach znów ją wysiałam, tym razem więcej odmian. M podchodzi do tego warzywa trochę jak do jeża, tzn. sam niechętnie przygotowuje z niej potrawy. Niedawno jednak dwukrotnie go przekonałam, że mangolda jeść warto...

Tarta z boćwiną

Składniki: ciasto kruche maślankowe (ze 150g mąki), dwie garści boćwiny, 1 mała cebula, olej, opcjonalnie, ale polecam: albo parę plasterków posiekanej wędzonki/wędzonej kiełbasy, albo jw. wędzonego łososia, 100g kwaśnej śmietany (18%), łyżeczka mąki, sól, pieprz

Ciasto przygotować jak w przepisie, rozwałkować, wyłożyć foremkę, schłodzić, podpiec (ok. 8 minut na ślepo w 190 st. C - termoobieg - i drugie tyle bez obciążenia).

Gdy tarta się podpieka, zająć się farszem: boćwinę umyć, liście z grubsza porwać, łodygi w miarę posiekać na zapałki. Cebulę pokroić w pióra, zeszklić na patelni na niewielkiej ilości oleju, dodać boćwinę, chwilę przesmażyć, minimalnie podlać wodą i dusić na średnim ogniu kilka minut, aż zmięknie. Doprawić do smaku solą i pieprzem, zdjąć z ognia, wymieszać z wędliną lub łososiem, wyłożyć na podpieczony spód. Śmietanę wymieszać z mąką, doprawić do smaku solą i pieprzem, wyłożyć na boćwinę. Piec ok. 15-20 minut w 190 st. C. Jeść najlepiej w towarzystwie zielonej sałaty, rukoli, itd.

 

Makaron z boćwiną i serem pleśniowym

Składniki: 200-225g spaghetti, hojna garść boćwiny, 2 ząbki czosnku, olej, ok. 8 listków szałwii, ok. 2 łyżek posiekanego sera z niebieską pleśnią (i Lazur, i Gorgonzola się nada ;), sól, pieprz, łyżka kwaśnej śmietany (18%)

Nastawić wodę na makaron. Boćwinę umyć, posiekać jak w powyższym przepisie, czosnek obrać, pokroić w plastry. Gdy woda się niemal gotuje, zeszklić czosnek na patelni; gdy makaron się już gotuje, przesmażyć i poddusić boćwinę, jak w poprzednim przepisie. Na koniec dodać szałwię, doprawić solą i pieprzem. Zdjąć z ognia, wymieszać natychmiast z ugotowanym, odcedzonym spaghetti i serem, dodać śmietanę i ponownie wymieszać. Ew. doprawić ponownie do smaku (ja jeszcze dodałam pieprzu ;). Podawać natychmiast.

sobota, 29 czerwca 2013

Ostatnie dwa dni we Francji (nie licząc tego poświęconego na dojazd na lotnisko i przyjemne inaczej chwile na CDG) spędziliśmy w dolinie Loary, niedaleko Amboise. Jadąc z północy (z Mont St. Michel – którego może warto zobaczyć na żywo, ale czy koniecznie wewnątrz...) patrzyliśmy, jak zmienia się architektura. Im bliżej słynnej rzeki, tym więcej drogowskazów na różne chateau, zaś na wzgórzach, w cieniu drzew, wiele pomniejszych dworków (albo jak je nazwałam, „chateausiów”). W jednym z nich mieszkaliśmy, i było to bardzo przyjemne doświadczenie, które chętnie powtórzę ;).

Wybierając zamki do zwiedzenia kierowaliśmy się tym, że niespecjalnie lubimy oglądać pałace z wewnątrz, za to ogrody – owszem, i dlatego pojechaliśmy do Villandry, które słyną m.in. ze skoordynowanych kolorystycznie warzywniaków (czy też ogrodów warzywnych, zważywszy na ich rozmiar). Na terenie parku jest także zagajnik, sadzawka, część przeznaczona na kwiaty łąkowe, formalne kompozycje, zioła itd., itp.

Na drugi ogień poszedł stojący nad wodą Chateau Chenonceau, należący kiedyś do Katarzyny Medycejskiej. Najbardziej podobała mi się galeria z widokiem na rzekę - miejsce bali i zabaw, podczas II wojny światowej kanał przerzutowy uciekinierów z okupowanej Francji – oraz kuchnie pałacowe ;).

Ostatni wieczór we Francji chcieliśmy spędzić w restauracji. Ta, którą wybraliśmy, nie miała już wolnych miejsc, ale polecono nam pobliskie Chateau Noizay. To inny „chateauś” niż ten, w którym mieszkaliśmy, znacznie bardziej elegancki i w stylu angielskich stately homes (dżinsy to nie najlepszy strój); poza restauracją funkcjonuje jako hotel. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, kelner zaproponował nam aperitif w ogrodzie. Oczywiście się zgodziliśmy – kto by odmówił kieliszkowi Kir Royal pitemu na słonecznym dziedzińcu, z widokiem na zieleń? Do oględzin menu i bąbelków dostaliśmy zestaw amuse bouche widoczne na zdjęciu: maki z wędzonym łosiem, makaronik z foie gras oraz mus szparagowy z wasabi i rzodkiewką (podobno francusko-japońskie fusion jest obecnie modne).


Właściwy posiłek jedliśmy już wewnątrz. Wybraliśmy 4-daniowe menu, przy czym główne danie było do wyboru. A więc: najpierw kolejny amuse bouche z marynowanej ryby, przystawka z foie gras (niestety... i to na zimno, w formie terrine) z nutą truskawkową, potem dla mnie dorsz z groszkiem cukrowym (delikatny, ale b. smaczny), dla M – cielęcina z marchewką. Na koniec deser z kremem z orzechów laskowych (nie byliśmy w stanie sobie przypomnieć, co przełożone było kremem – wydaje mi się, że coś w rodzaju millefeuille, ale najwyraźniej nie było warte zapamiętania, w przeciwieństwie do nadzienia). Do tego Cabernet Franc. Całość i zaskakująco smaczna, i na najwyższym poziomie (obiektywnie nie idealnym, ale bardzo dobrym) pod względem obsługi, jeśli chodzi o odwiedzone przez nas restauracje francuskie.

Podsumowując francuski wyjazd, wiem, że do Paryża już nie muszę wracać, ale co do całej reszty – czuję duży niedosyt. Cóż, trzeba to będzie kiedyś powtórzyć...

środa, 26 czerwca 2013

W Paryżu byłam w czterech restauracjach, z czego chciałam coś więcej napisać o dwóch, tj. Benoit – jednym z „produktów” Alain Ducasse – oraz o Le Chateaubriand, zajmującym 18-te miejsce na liście San Pellegrino.

Najpierw jednak coś wyznam: jechałam nastawiona na to, że Francuzi są niemili, aroganccy i pod groźbą śmierci nie mówią po angielsku, nawet jeśli potrafią. Czasem negatywne nastawienie jest dobre: człowiek może się mile rozczarować. Pierwsza taka niespodzianka czekała mnie przy dwóch rezerwacjach telefonicznych, które robiłam jeszcze w Polsce – mianowicie okazało się, że moi rozmówcy nie dość, że byli sympa, to sami przechodzili na angielski wyczuwając problemy komunikacyjne. Co istotniejsze, te wrażenia się sprawdziły na miejscu: jak mówiliśmy sobie z M co jakiś czas, „oni wcale nie są niemili”. Przyznaję, że obsługa bywa opieszała i zdarza się typ nadąsany, można go jednak przynajmniej w 50% przypadków rozpogodzić za pomocą ESD* (czyt. uśmiechu i pogody ducha). Osobnym gatunkiem był kelner z Benoit, o czym niżej.

Benoit wybrał M, jako miejsce tradycyjne; bistro, sala z lustrami, małe, gęsto ustawione stoliki, stary lokal (plus jedna gwiazdka Michelina, o czym się jednak dowiedzieliśmy tuż przed wizytą). Stolik na lunch zarezerwowaliśmy bez problemu internetowo, przez stronę restauracji. Warto przy tej okazji dodać, że Francja – nie tylko gastronomiczna – sprawia na mnie ogólne wrażenie internetowo zacofanej; niezła knajpa bez strony internetowej albo tylko ze stroną-wizytówką to nic dziwnego. Być może dlatego w Benoit jest inaczej, że siedzieliśmy między Australijczykami, Brytyjczykami a Tajami, czyt. najczęstszy klient to nie frankofon.... a siedzieliśmy w odległości bardzo niewielkiej, bo – jak zauważyłam – jadąc do Francji, a przynajmniej do Paryża, zapomnijcie o szerokiej sferze prywatności w restauracji ;). Odległość między najbliższymi, tajskimi sąsiadami a nami oceniam na 10 cm maksimum. Do stolika zaprowadził nas pan z grupy nadąsanej, obsługiwał zaś pan Ponury, który w miarę upływu czasu robił się coraz weselszy, ale w stylu biesiadnym, o czym niżej.

Skorzystaliśmy z trzydaniowego menu lunchowego prix fixe, z dwoma-trzema opcjami do wyboru. Ja jadłam chłodnik z zielonego groszku i blanquette de veau (w skrócie: sztuka mięs z cielęciny), M tartę z marynowanej makreli i krwawą kiszkę. Przystawki przyniósł nam niższy rangą pracownik, który został głośno zrugany przy gościach przez pana Ponurego – może nie zdawał sobie sprawy, że ktoś coś niecoś może po francusku rozumieć, albo, co wydaje mi się bardziej prawdopodobne, zupełnie się nie przejmował, czy ktoś słyszy i rozumie, czy nie. Jedzenie – zarówno sposób podania, jak i smak – były takie, jak wyobrażam sobie dania jadane przez Julię Child i cuisine bourgeoise, o której kiedyś pisałam; było smacznie, choć bez fajerwerków. Z ciekawostek co do zastawy: większość dań była podana na charakterystycznych kwiecistych talerzach, ale sztućce były mocno zużyte, zaś moja cielęcina pojawiła się w umiarkowanie estetycznym naczyniu do zapiekania a la Pyrex.

Jako deser M wybrał savarin a l'Armagnac, ja zaś zestaw pt. trzy mini tarty (czekoladowa zdecydowanie była najlepsza, nie tylko dlatego, że nie zawierała pistacji jak druga, czy bezy włoskiej, jak trzecia ;). Babka ponczowa M okazała się dość obfitych rozmiarów, do tego był kopczyk kremu. Po chwili pan Ponury bez słowa postawił na stoliku dwie butelki Armagnacu i się oddalił. Początkowo sądziliśmy, że M ma za ich pomocą dokonać elementu a l'Armagnac w deserze, ale babka okazała się być już nasączona, więc butelki zignorowaliśmy – do chwili po posiłku, gdy okazało się, że przynajmniej jedna osoba, przygnieciona savarin, czuje potrzebę kapki mocniejszego alkoholu. Wówczas pan Ponury sprawił, że długo go zapamiętamy: na wieść o tym, że potrzebny jest kieliszek Armagnacu, machnął ręką w kierunku butelek („a to co?!”), wzruszył ramionami, przelał resztkę wody ze szklanki M (200ml) do mojej (nie mam tzw. lęków bakteryjnych, ale jednak trochę osłupiałam), po czym chlusnął do szklanki po wodzie Armagnacu („jakby sami nie mogli sobie nalać”), butelkę odstawił z powrotem na stolik, po czym zaczął wesołą rozmowę na temat piwa Singha z naszymi sąsiadami.

Po wyjściu z restauracji miałam mieszane odczucia – podobno w niektórych paryskich lokalach płaci się kelnerom za bycie niemiłymi, więc być może tak powinniśmy interpretować zachowanie pana Ponurego? Czy jednak ma to zastosowanie w lokalu tzw. gwiazdkowym? Z drugiej strony – bo dość długo czekaliśmy na rachunek – miałam wrażenie, że z każdym pojawieniem się na sali kelner jest coraz pogodniejszy i bardziej rubaszny, co oczywiście można różnie interpretować ;). Myślę, że będąc we Francji, zwłaszcza w jakimś mieście, warto pójść do restauracji tego typu, niekoniecznie Benoit, dla tego kolorytu lokalnego.

Le Chateaubriand dla odmiany to tzw. neo-bistro. Stare w nowym wydaniu, ew. eksperymenty na znanej bazie. Stolik dostać niełatwo, choć dzwoniąc dokładnie dwa tygodnie przed planowaną wizytą (zgodnie z instrukcją telefoniczną uzyskaną od miłego pracownika restauracji w maju), udało mi się to bez problemu – albo też tak mi się wydawało, do czasu gdy tuż przed wizytą musieliśmy zmienić rezerwację, i dostaliśmy telefon zwrotny pt. „mamy dla Was stolik, ale przy barze”. Miejsce na dłuższą metę okazało się całkiem dobrym wyborem – mieliśmy wgląd w testowanie win przez obsługę, przyjmowanie rezerwacji, odsyłanie gości z kwitkiem, itd.

Zasada jest prosta – jesz to, co Ci podadzą, tj. menu degustacyjne, wybór jest tylko przy deserze (tj. sery albo słodkie). Można się zdecydować na dodatkowy zestaw kontrowersyjnych alkoholi, dobranych do menu, i uważam, że warto, jednak jest to dość sporo procentów na osobę (szczególnie jeśli, jak my, przyjdzie się pół godziny za wcześnie i zostanie się odesłanym przez restaurację do sklepu winiarskiego po drugiej stronie ulicy...).

Wystrój jest ciemny i prosty – ciemnobrązowe stoliki i krzesła, na ścianie duża tablica z wypisanymi nazwiskami (uznałam, że chodzi o dostawców produktów czy szerzej pojętych „przyjaciół restauracji”, bo był tam także Johnny Halliday...). Obsługa jest młoda, atrakcyjna (w typie artystycznym), miła, choć zdystansowana, zaganiana i zupełnie amatorska ;) - w przypadku amuse bouche jeden z kelnerów buchnął przed nami na blat dwa pierwsze alkohole, rzucił coś przez ramię i pobiegł dalej, i dopiero metodą prób i błędów zorientowaliśmy się, co było do czego.

Samo jedzenie jest także, wbrew pozorom, proste. Były dwa hity i bez większych wpadek, ale w przypadku wielu dań dobrze, że zrobiłam notatki, bo ich nie zapamiętałam (to te bez komentarzy ;). Oto co jedliśmy:

  1. Ptysie z serem + cydr

    Tak, proszę Atelier Amaro – alkohol dobrany do menu to nie musi być wino czy napój wysokoprocentowy...

  2. Kwaśna (rabarbarowa?) zupa-chłodnik z surową rybą + likier pomidorowy

Pierwszy hit. Zupa kwaśna, orzeźwiająca, pobudzająca apetyt i likier pomidorowy (jak się dopytałam, z owoców, nie pędów) świetnie do niej dobrany.

3. Krewetki z marakują w tempurze + wino przypominające rozcieńczone sherry (amontillado)

4. Małże, akacje, szparagi (zupa a la azjatycka)

5. Bulion „wołowy” (z ryby wędzonej) z zielonym groszkiem (robiące za trou)

6. Tuńczyk Bonito z rabarbarem + botwinką + landrynkowe Pinot Noir

7. Turbot, sezam, kwiat bzu + wytrawne czerwone sycylijskie

Drugi hit. Nie lubię kwiatu czarnego bzu, ale z tym sezamem i rybą się dobrze komponował.

8. Grejpfrut, grasica, cebula + acetonowy szampan z mieszanych roczników

W moim odczuciu minus, i za dominującego, bardzo gorzkiego grejpfruta (bo było i albedo, i skórka...) i za alkohol, którego smak i zapach niestety mnie przerósł.


9. Deser: lody cytrynowe na ogórku z pistacjami + sake LUB sery + półwytrawne białe wino

Jadłam sery i niestety tu należy im się minus – było ich za dużo, wybór zbyt mało zróżnicowany, całość przykryta długimi plastrami parmezanu... Hmmm...

10. (bonus dla M) żółtko z karmelizowanym cukrem z suchą masą migdałową (zdekonstruowany makaronik ;) + sherry amontillado

Tzw. najdziwniejsze danie w menu ;).

Koniec naszego posiłku przypadał na ok. 21:30, czyli porę o której można przyjść bez rezerwacji czatować na stolik. Czatownicy kręcili się przed wejściem już wcześniej (niektórzy byli też odsyłani do wspomnianego wcześniej sklepu-winiarni), a o godzinie zero koło baru utworzyła się wywierająca presję kolejka ;). Chyba sama nie byłabym tak zdesperowana... Uważam wyjście za udane, bo tzw. pouczające i ciekawe, ale czy jest to rzeczywiście dobra restauracja? Przypomina bardziej oglądanie spektaklu podczas próby przed właściwą premierą czy degustację po warsztatach kulinarnych. Plus należy się jednak za bezpretensjonalność, świeżość aranżacji i pozytywną ideę eksperymentu ;). Kulinarki czy smakosze powinni spróbować choćby z ciekawości, ale już „normalnych” ludzi bym tam nie posłała.

Ciekawa jestem, kto doczytał do końca tego elaboratu ;)? Do którego miejsca chętniej byście poszli?

* Eksperymentalny Sygnał Dobra, znajomość twórczości M. Musierowicz się kłania.

sobota, 22 czerwca 2013

Jak wspominałam w poprzednim odcinku ;), francuska prowincja wywarła na mnie znacznie lepsze wrażenie niż stolica kraju. Przez prowincję mam na myśli tą na północ od Paryża. Pierwszy przystanek nazywał się Giverny, czyli miejsce, w którym Claude Monet mieszkał, malował i zmarł. Dziś można zwiedzać jego dom i słynne ogrody, w miejscowości znajduje się także muzeum impresjonizmu.

Już pierwsze wioski po zjeździe z autostrady mi się podobały, jako małe, bardzo zadbane i schludne, o ciekawej architekturze, ale samo Giverny jest urocze – zielone, czyste (nie tylko w porównaniu z Paryżem ;), pełne kwiatów, z małym gotyckim kościołem (przy którym został pochowany Monet). Większość turystów skupia się na domu i ogrodach malarza (skądinąd ładnych i robiących wrażenie, zwłaszcza jeśli lubi się kwiaty łąkowe i grządki sprawiające wrażenie „dzikich”, nawet w deszczu ;), jednak warto przejść się dalej. Ku swojemu zaskoczeniu, miałam skojarzenia z austriackim Hallstat, które jest nr 1 w moim rankingu „słodkich miejscowości”; gdyby ktoś się mnie przed wyjazdem spytał, z czym będzie kojarzyć mi się Francja, wymieniłabym pewnie Hiszpanię, Włochy, nigdy kraje niemieckojęzyczne.

Po Giverny ruszyliśmy, nieco przemoczeni, dalej na północ, zatrzymując się przy opactwie Jumieges. Jeśli lubicie ruiny – polecam. Co prawda, jak na złość, wyszło na chwilę słońce – do gotyckiej atmosfery bardziej pasowałaby mi złowieszcze chmury czy mgła, ew. zacinający poziomo deszcz ;). Skojarzenia miałam z podobnym klasztorem pod rodzimym Zagórzem, w którym byłam kilkanaście lat temu. Był wówczas mocno zaniedbany i chyba nieobjęty jakąkolwiek opieką czy promocją – czy ktoś z czytelników wie, jak jest teraz?

Trzecim przystankiem była nasza baza na najbliższe dwa dni, tj. normandzkie Honfleur. Co tu dużo mówić – prawie każdy dom na starówce nadaje się do sfotografowania.

Miałam skojarzenia z Brugią (w wersji trochę mniej zadeptanej). Wrażenia potęgowało parę sklepów z czekoladkami, w tym jeden reklamujący się brugijskim rodowodem ;). Pośrodku malowniczy stary port, tuż obok – stary kościół Św. Katarzyny, jak wyjęty ze stron Beowulfa (czy jest na sali anglista ;)?). Miejscowość to także niezła (choć nie najlepsza, ze względu na odległość) baza wypadowa, jeśli ktoś interesuje się historią II wojny światowej i chciałby zwiedzić miejsca lądowań aliantów.

Poza samym Honfleur, obejrzeliśmy komiks średniowieczny ;) (tj. haftowaną tkaninę, przedstawiającą dokonania Wilhelma Zdobywcy) w Bayeux, malownicze klify w Etretat (które znów doceniali impresjoniści) oraz udaliśmy się na wycieczkę kulinarną na nadbrzeże w Trouville. Otóż Normandia to: sery (Camembert, Pont-l'Eveque – mój ulubiony - i Livarot wszystkie pochodzą rzut beretem od Honfleur), masło i inne wyroby z mleka krowiego; napoje procentowe z jabłek, czyt. cydr i calvados oraz dary morza, czyli ostrygi i inne.

Wyczytałam, że najlepiej udać się na ostrygi lub omułki na targ rybny (właściwie to kilka straganów) przy nadbrzeżu w Trouville. Towar jest świeży, przygotowywany do jedzenia właściwie przy kliencie. Napoje to np. dość kwaśne, lekkie białe wino, sztućce - plastikowe, do tego jako dodatek mokre chusteczki ;), przed chłodem (szkoda, że już nie przed deszczem) chronią zewnętrzne grzejniki.

Inne atrakcje regionu, tj. wspomniane sery i cydr, udało nam się skosztować wieczorem w Honfleur oraz podczas nadmorskiego pikniku w Etretat.

CDN :)

środa, 19 czerwca 2013

Zobaczyć Paryż i umrzeć, Paryż wart jest mszy, zawsze będziemy mieli Paryż, itd, itp. Obok Wenecji czy Rzymu, chyba najbardziej "wyeksploatowane" miasto - każdy wie, jak wygląda wieża Eiffla. Gdy przed wyjazdem podekscytowana oglądałam mapę miasta, każda ulica przypominała o niezliczonych filmach czy książkach - Pont Neuf, Place Vendome, Tuilerie, itd. A gdy się znalazłam na miejscu... no cóż. Faktem jest, że już kiedyś byłam w Paryżu - jak miałam 13 lat. Zapamiętałam głównie grób Jima Morrisona (nie wiem, czy jest się czym chwalić...), a samo miasto nie wywarło na mnie wrażenia. Dziś? Może Was zaskoczę, ale chyba nieprędko wrócę ;). Jak to ujął M: "Może takie z nas wieśniaki, że już nam się duże miasta nie podobają"; jest w tym trochę prawdy, ale zarazem i do Londynu, i do Rzymu bym pojechała bez wahania, choć są to także wielkie, zanieczyszczone i zatłoczone metropolie. Paryż nie jest moim miejscem, choć cieszę się, że je zobaczyłam. To trochę jak z pewnymi książkami czy filmami, które wypada poznać, nawet jeśli się nam niespecjalnie podobają. Francuska prowincja za to zdobyła moje serce, ale o tym innym razem.

A więc... co mi się w Paryżu podobało? Wieża Św. Jakuba i katedra Notre Dame; sklepy z gadżetami kulinarnymi; czasowa wystawa obrazów Tamary Lempickiej i sztuki Art Nouveau; mniej uczęszczane (czyt. z dala od Sacre Coeur) uliczki na Montmartrze; narożne kawiarnie i piekarnie co krok, oraz klienci tych ostatnich wędrujący z (obowiązkowo!) nadgryzionymi bagietkami pod pachą ;).

W temacie narożnych kawiarni - jeśli do jakichś wchodziłam, to raczej na wino lub piwo, bo Francuzi w moim odczuciu mogliby się nieco nauczyć, jeśli chodzi o kawę (a z sieciówek jest tylko ta na S, której nie używam). Przed wyjazdem zrobiłam wywiad w internecie i odwiedziliśmy dwa uświadomione kawowo miejsca - Kooka Boora niedaleko Pigalle oraz Telescope w I dzielnicy (oba otwarte codziennie, od 8:30 lub 9 rano, co w Paryżu nie jest oczywiste, zwłaszcza to "codziennie").

Kawa chyba bardziej smakowała mi w nieco zatoczonej Kooka Boora, ale Telescope ma ciekawe, odnowione stare wnętrze (i tam M nauczył się terminu cafe noisette, którym potem bardzo zaskoczył kelnerkę w restauracji w Chateau Chenonceau ;).

Byłam także na Pere Lachaise, już tym razem nie szukając grobu lidera The Doors ;), i chyba wolę inne opisywane na blogu nekropolie.

Nie zabrakło także moich ulubionych obiektów do fotografowania, czyli okien, szyldów (pierwsze zdjęcie w poście) czy ciekawostek na murach...

CDN.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Piszę to siedząc w pociągu jadącym na Gare du Nord w Paryżu, a zanim to przeczytacie, mam nadzieję, że będę już po przynajmniej jednym posiłku w stolicy kraju słynącego z najlepszej kuchni świata :). Zanim jednak zdam Wam relację z Francji (choć już co nieco jest na Facebooku), oto trochę nowalijek.
Nigdy wcześniej nie jadłam zupy z botwinki, poza chłodnikiem. Traf chciał, że spodobała mi się ta na blogu Karoliny, na nutę azjatycką. W mojej wersji zamiast kapusty są młode buraki z botwiny, a zakwasiłam sokiem z ogórków. Następnego dnia oczywiście smakuje lepiej, ale na świeżo także bardzo smaczna.

Składniki:
  • 200g tofu naturalnego, pokrojonego w niewielką kostkę
  • 1 łyżka oleju z prażonego sezamu
  • 1 łyżeczka oleju z chilli
  • 2 łyżki oleju neutralnego (typu słonecznikowy)
  • 1 łyżeczka drobnego brązowego cukru
  • 2 ząbki czosnku, obrane i drobno posiekane
  • 1 kawałek świeżego imbiru, ok. 2cm, obrany i starty
    na tarce
  • 1-2 limonki
  • 1 łyżka sosu sojowego ciemnego
  • 1\2 łyżeczki chilli (mielonego)
  • 1 łyżka oleju do smażenia, np. słonecznikowego
  • 2-3 dymki, posiekane (biała i zielona cześć)
  • 1 mała papryczka chilli, posiekana drobno
  • 2 łodygi selera naciowego, pokrojonego w małą kostkę
  • 1 duża marchewka, obrana i pokrojona jw.
  • ok. 3 średnie buraki (z botwiny) - obrane i pokrojone jw.
  • duży pęczek liści/łodyg botwiny pokrojonej drobno
  • sól i pieprz
  • ok. 400ml soku z kiszonych buraków/warzyw (u mnie - sok z ogórków kiszonych)
  • ok. 1 litra wody
  • do podania: kolendra, bazylia cytrynowa, limonki

Zacząć od zamarynowania tofu (Karolina radziła, by zrobić to na 24-3h przed posiłkiem, ja miałam mniej czasu i zostawiłam tofu w marynacie w temp. pokojowej - na ok. 1,5h). W misce wymieszać olej sezamowy, chilli i neutralny, cukier, 1 posiekany ząbek czosnku, starty imbir, chilli w proszku, sos sojowy i sok z połowy limonki. Wymieszać dokładnie, delikatnie obtoczyć tofu w mieszance, odstawić (w opcji 24-3h - do lodówki). 

Przygotować zupę: rozgrzać olej do smażenia (1 łyżkę), przesmażyć seler, marchewkę, dymki, posiekaną papryczkę chilli i czosnek. Smażyć kilka minut, dodać buraki, zalać wodą, zagotować i następnie gotować na średnim ogniu, aż buraki będą miękkie. Lekko posolić, dodać botwinę, zamieszać, gotować kilka minut. Zdjąć z ognia, zakwasić sokiem z limonki i sokiem warzywnym/ogórkowym, sprawdzić doprawienie (mój sok np. był mocno słony i nie musiałam więcej dodawać soli). W przypadku dalszego podgrzewania zupy uważać, by nie zagotowywać, bo ściemnieje!
 
Tofu wyciągnąć z marynaty, lekko osączyć np. na sitku i potem ręczniku papierowym. lekko osuszyć. Na patelni rozgrzać pozostały olej, smażyć tofu do zrumienienia z obu stron (delikatnie przewracać, by się nie rozpadło). Każdą porcję zupy posypać tofu,  kolendrą lub bazylią cytrynową, opcjonalnie podać na stół limonkę w ćwiartkach do doatkowego zakwaszenia.
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna