Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 11 stycznia 2014

Pulled pork – „rwana” wieprzowina, długo pieczona w niskiej temperaturze, aż sama rozpada się na włókna. Jadłam rok temu w kanapce ze stołecznego Meat Love i już wtedy postanowiłam, że trzeba to powtórzyć w domu. Jak to bywa, realizacja trochę mi zajęła...

Przepisów na danie można znaleźć wiele; wśród dodatków przewija się słodka papryka i przyprawy korzenne. Zakres temperatur: od 140 do 90 stopni C., czas pieczenia – od kilku h do ½ doby. Na pierwsze podejście wybrałam w końcu wariant z BBC Good Food, dostosowując czas pieczenia do posiadanego kawałka mięsa (1 kg) oraz lekko obniżając temperaturę w stosunku do zalecanej. Następnym razem chyba będę piekła w jeszcze trochę niższej.

Ilością soli/cukru nie należy się przerażać – mięso się w ten sposób pekluje przed pieczeniem, i nie jest później za słone.

Składniki:

  • 100g soli morskiej
  • 150g brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 1 kg łopatki wieprzowej
  • 50ml syropu klonowego
  • 50g musztardy ziarnistej (użyłam tzw. francuskiej oraz produktu własnego, o czym niżej)
  • łyżka musztardy w proszku (można pominąć lub zastąpić dodatkową musztardą ostrą, nieziarnistą – polewa będzie nieco bardziej płynna, ale nie ma to większego znaczenia)
W worku na mrożonki wymieszać sól ze 100g cukru. Dodać mięso, obtoczyć w mieszance, zawinąć, zostawić w lodówce na noc.

Następnego dnia wyjąć łopatkę z lodówki, otrzepać z ew. nadmiaru soli i cukru, osuszyć ręcznikiem papierowym. Doprowadzić do temp. pokojowej. Nagrzać piekarnik do 110 st. (termoobieg; przy grzaniu góra/dół – 130 st.). Wymieszać pozostały cukier z syropem klonowym i musztardą, można dodać ew. trochę grubozmielonego pieprzu i posmarować połową mieszanki mięso z wierzchu. Piec 4 godziny. Po tym czasie posmarować ponownie sosem musztardowo-klonowym i piec jeszcze jedną godzinę. Pod koniec pieczenia temperatura mięsa wewnątrz powinna wynosić ok. 90 st. C.

Upieczoną łopatkę odstawić na blat, przykrytą folią, na ok. 30 minut, potem podzielić na kawałki/włókna za pomocą dwóch widelców. Podawać z np. czerwoną kapustą lub zieloną sałatą i ziemniakami w różnej postaci, np. pieczonymi w plastrach lub gratin. Zimne resztki (a wcale nie zostaje ich tak dużo) są oczywiście doskonałe jako dodatek do kanapek.

Musztarda stanowi składnik glazury i jest także dobrym dodatkiem dla wieprzowiny na zimno. Ze zrobieniem własnej musztardy nosiłam się jeszcze dłużej niż z pulled pork (czas mierzony w latach, nie miesiącach). Bazowałam na kilku przepisach Jamie'ego Olivera (m.in. z Jamie Magazine), ale do produktu końcowego doszłam metodą prób i błędów. M.in. okazało się, że miód ma dla mnie zbyt silny posmak, i na przyszłość albo bym z niego zrezygnowała, albo mocno ograniczyła; pierwsza wersja musztardy była poza tym i za ostra, i zbyt gruboziarnista. Inną rzeczą jest to, że należy ją po zmiksowaniu odstawić na co najmniej 1-2 dni, by smak dojrzał – świeżo przygotowana smakuje inaczej (czyt. gorzej).



Składniki (na słoik ok. 250ml):

  • 100g (3/4 szklanki o objętości 240ml) gorczycy
  • 90ml wina (czerwonego lub białego, choć lepiej to ostatnie)
  • hojna szczypta suszonych ziół (np. tymianek, majeranek)
  • 4 łyżki łagodnego octu - jabłkowego lub ryżowego
  • 2/3 łyżeczki soli
  • łyżka miodu i 3 łyżki brązowego cukru (lub sam brązowy cukier)

Gorczycę wymieszać z ziołami, zalać winem, odstawić na noc. Następnego dnia wymieszać z pozostałymi składnikami, zmiksować (jak długo, zależy od preferencji co do ziarnistości). Gdyby masa była za gęsta, można dodać trochę ciepłej wody i dalej miksować. Skosztować, ew. skorygować smak (np. dosładzając, by zmniejszyć ostrość), pamiętając, że jeszcze się zmieni (musztarda trochę złagodnieje). Odstawić na 1-2 dni do lodówki i jeszcze raz zweryfikować smak przed jedzeniem/przełożeniem do docelowego pojemnika lub słoika. Przechowywać w lodówce.

wtorek, 07 stycznia 2014

Dzisiaj wpis szybki, na zasadzie przypominajki spod znaku „nie marnujemy jedzenia”.

Zaczęło się od tego, że był sobie ten barszcz, z którego zostały ugotowane jarzyny. Miałam ochotę na jakiś dodatek – typowy, ale nie do końca, i wymyśliłam sobie kulebiak z warzyw z wywaru.

Ciasto drożdżowe – z ½ z przepisu na cynamonki; cukier zredukowany do 1 łyżki na całość (1/2 łyżki do rozczynu, reszta do ciasta właściwego), sól – dwie hojne szczypty.

Farsz – 500g ugotowanych/upieczonych warzyw: pietruszka, marchewka, ze 2 buraki oraz grzyby z wywaru, plus 3 małe ziemniaki (pozostałe z innego obiadu). Całość bardzo drobno posiekana, doprawiona do smaku solą, pieprzem i łyżeczką ostrej musztardy, dokładnie wymieszana na jednolitą masę.

Wyrośnięte ciasto rozwałkowałam dość cienko, napełniłam farszem jak w przypadku makowca, zwinęłam w rulon, ułożyłam na blaszce (na skos, bo trochę przesadziłam z rozwałkowaniem ;), odstawiłam do wyrośnięcia na ok. 45 minut. Pposmarowałam z wierzchu roztrzepanym jajkiem, piekłam ok. 50 minut (45 też by wystarczyło; można sprawdzić patyczkiem) w 190 st. C (termoobieg).

Kroić na plastry i podawać na ciepło (w 10-15 minut po upieczeniu), w towarzystwie barszczu, lub po podgrzaniu.

sobota, 04 stycznia 2014

Wpis na orzotto (jak risotto, ale z pęczaku) miał się ukazać wczoraj i być zatytułowany "pęczotto z burakami", taką bowiem swojską ;), polsko-włoską nazwę to danie miewa w polskich kręgach kulinarnych. Tak się jednak składa, że po sąsiedzku, tj. na stronie na Facebooku bloga Kucharnia rozgorzała dyskusja na temat irytujących kulinarnych słów i słówek. Głównie wymieniano anglicyzmy, ale w końcu padło (via Majana) też ww. pęczotto, ew. kaszotto. Trochę nazwy broniłam, ale Monika (Stoliczku, nakryj się!) słusznie zauważyła, że aby było zupełnie poprawnie i bez neologizmów, powinno być orzotto. A więc oto jest to nie-pęczotto. Moim zdaniem łatwiejsze od risotto i w przeciwieństwie do tego ostatniego, po zwilżeniu wodą nadające się do odgrzewania.

Składniki: 1 szkl. (ok. 240ml) pęczaku, najlepiej wcześniej namoczonego*, olej/masło, 1 niewielka cebula, 500ml bulionu, ok. 100-150ml wody lub białego wina, 2 średnie, upieczone** buraki, pokrojone w kostkę, opcjonalnie: kawałek obranej dyni, pokrojony w kostkę, ponadto: sól, pieprz, ulubione zioła, sok i skórka z cytryny/pomarańczy, parmezan, natka pietruszki

* Uważam, że panuje spisek nt. czasu gotowania pęczaku. "20-25 minut" z opakowań w praktyce oznacza co najmniej 40 minut. Można jednak rzecz przyspieszyć zalewając kaszę wodą co najmniej 1-2 h przed gotowaniem.

** Pieczenie buraków u mnie odbywa się najczęściej "przy okazji", tj. piekąc np. chleb dorzucam z boku kilka sztuk owiniętych w folię aluminiową.

Cebulę drobno pokroić, zeszklić w rondlu na mieszance oleju i masła. Dodać kaszę, wymieszać, przesmażyć z minutę, skręcić ogień na mały/średni i zacząć stopniowo wlewać bulion i wodę/wino, dolewając w miarę wchłaniania płynu przez kaszę. Używając dyni należy dodać ją na początku gotowania, razem z pierwszą partią bulionu. Buraki dodać przy ostatniej partii płynu, całość wymieszać. Doprawić do smaku solą, pieprzem (u mnie dość obficie), dodać ulubione zioła (np. moim zdaniem pasuje tu majeranek lub cząber), ew. skórkę cytrusową. Przykryć garnek i dusić na małym ogniu, aż płyn zostanie całkiem wchłonięty. Jeśli to nastąpi a kasza wciąż będzie twardawa, podlać danie jeszcze raz. Sprawdzić doprawienie. Przed podaniem można skropić cytryną lub sokiem z pomarańczy (jeśli dodaliście skórkę pomarańczową), można także wmieszać łyżeczkę masła. Podawać posypane natką i parmezanem (prawdziwym, koniecznie świeżo startym - ewentualnie pokrewnym Grana Padano, Pecorino lub polskim Bursztynem/Dziugasem).

 

sobota, 28 grudnia 2013

Lubię pestki dyni czy słonecznika, przepadam także za pieczywem z ziarnami (dlatego regularnie od wielu lat piekę prosty i szybki chleb wieloziarnisty Komarki). Chleb przyuważony u Zawszepolki spodobał mi się jako wersja zakwasowa ulubionego pieczywa. Za pierwszym razem upiekłam go dość wiernie w stosunku do ww. przepisu, jednak okazało się, że co za dużo (ziaren) to może i zdrowo, ale miałam wrażenie, że jem karmę dla ptaków ;). Kasza gryczana jako dodatek jest także dla mnie za twarda. Drugie podejście było trochę bliższe wersji pierwszej, tj. Basi, ale także okazało się, że to nie to. W końcu, za kolejnym pieczeniem, udało mi się stworzyć własny wariant.

Posypka (z przepisu Polki) jest atrakcyjna wizualnie, ale oczywiście trzeba się pogodzić z tym, że będzie się osypywać, jak to z posypkami takimi bywa. Nasiona można oczywiście wcześniej uprażyć, ale że jestem leniem, oczywiście tego nie robię ;). Sam przepis, ze względu na jego prostotę, polecam początkującym piekarzom, posiadającym już aktywny zakwas.

Składniki (odmierzane miarką-szklanką 240ml):

  • 3/4 szkl. (160g) aktywnego zakwasu żytniego 100% hydracji
  • 2 szklanki letniej wody
  • 2 szkl. mąki pszennej chlebowej
  • 1 szkl. mąki pszennej razowej (typ 1800)
  • 1/2 szkl, dowolnych otrąb
  • 1/2 szkl. płatków owsianych (nie błyskawicznych)
  • 1 szklanka mieszanych nasion (słonecznik, siemię lniane, dynia, sezam, ew. także mak, czarnuszka, kminek, koper włoski)
  • łyżka miodu/brązowego cukru/melasy
  • 2 łyżeczki soli

Odłożyć garść nasion na posypkę. Zakwas wymieszać z wodą i miodem/cukrem, dodać pozostałe składniki. Ciasto będzie dość luźne i nie wymaga długiego wyrabiania, wystarczy zmieszać dokładnie. Odstawić na ok. 2-3 godziny w ciepłe miejsce, by lekko wyrosło (nie musi podwoić objętości, wystarczy, by lekko się ruszyło), po tym czasie przełożyć do wysmarowanej masłem i wysypanej mąką średniej keksówki. Odstawić do ponownego wyrastania, tym razem do podwojenia objętości (co potrwa znów kilka h - ok. 3-4). Piec w 200 st. C., z parą, ok. 1h, aż postukany od spodu bochenek wyda głuchy dźwięk (można ostatnie 10-15 minut piec luzem, bez foremki). Dokładnie wystudzić przed krojeniem.

niedziela, 22 grudnia 2013

Nie wiem, czy ktokolwiek to przeczyta w ferworze przygotowań bożonarodzeniowych, ale oto - z właściwym dla mnie poślizgiem - podsumowanie Korzennego Tygodnia 2013. Kto wie, może ktoś znajdzie jakieś inspiracje świąteczne na ostatnią chwilę ;)?

Jeśli kogoś na liście brakuje, proszę krzyczeć. Starałam się na każdy blog zajrzeć, jeśli mi się to jeszcze nie udało, zrobię to w najbliższych dniach.

W KORZENNYM TYGODNIU 2013 UDZIAŁ WZIĘLI...

Belgia od kuchni - http://belgiaodkuchni.blogspot.be/2013/11/prazona-cieciorka-z-korzennymi.html

Coś niecoś – Lepkie ciasto piernikowe http://cosniecos.blox.pl/2013/12/Lepkie-ciasto-piernikowe.html oraz rotolo z dynią http://cosniecos.blox.pl/2013/11/Rotolo-z-dynia-bocwina-i-serem-kozim.html

Kalejdoskop kulinarny – Korzenne ciasto z musem jabłkowym http://kalejdoskopkulinarny.blogspot.de/2013/11/korzenne-ciasto-z-musem-jablkowym_28.html

Kuchenne wzloty i upadki młodej mężatki - Cynamonowe ciasteczka z cytrusową nutką: kuchennewzlotyiupadki.blox.pl/2013/11/Cynamonowe-ciasteczka-z-cytrusowa-nutka.html
Drożdżowe ślimaczki cynamonowo-dyniowe: kuchennewzlotyiupadki.blox.pl/2013/11/Drozdzowe-slimaczki-cynamonowo-dyniowe.html

Kuchnia Szczęścia - marchewkowe muffinki i aromatyzowana herbata http://kuchniaszczescia.pl/2013/11/jesienne-elysium-i-slodki-przerywnik/ szarlotka orzechowa http://kuchniaszczescia.pl/2013/11/szarlotka-na-zdrowie/ oraz żeberka http://kuchniaszczescia.pl/2013/11/i-zycie-staje-sie-piekne/

Kulinarne przygody Gatity – szarlotka na kruchym cieście http://kulinarneprzygodygatity.blogspot.com/2013/11/szarlotka-na-kruchym-ciescie.html

Na kruchym spodzie - Lekach http://nakruchymspodzie.blogspot.com/2013/11/korzenny-tydzien-i-lekach-do-kwadratu.html

Majanowe pieczenie - Gruszki z wanilią, kardamonem i goździkami: majanaboxing.blox.pl/2013/11/Gruszki-z-wanilia-kardamonem-i-gozdzikami.html
Sernik cynamonowo-klonowy z orzechami: majanaboxing.blox.pl/2013/11/Sernik-cynamonowo-klonowy-z-orzechami.html

Makagigi i 55 pierników- Jerozolimskie precle http://makagigi.blogspot.com/2013/11/jerozolimskie-precle.html

Moje słodkie impresje – brownie piernikowe z kaszą jaglaną http://slodkieimpresje.blox.pl/2013/12/Brownie-piernikowe-z-kasza-jaglana.html

Moje domowe kucharzenie – ciasto cynamonowe z rodzynkami http://mojekucharzenie-bozena-1968.blogspot.com/2013/11/proste-ciasto-cynamonowe-z-rodzynkami.html

Może upiekę ciastka – pierniczki katarzynki http://mozeupiekeciastka.blogspot.com/2013/11/pierniczki-katarzynki.html oraz ciasteczka cynamonowo-imbirowe http://mozeupiekeciastka.blogspot.com/2013/11/ciasteczka-cynamonowo-imbirowe.html

Pomysłowe pieczenie - przyprawa do piernika http://pomyslowepieczenie.blogspot.co.uk/2013/11/domowa-przyprawa-do-piernika.html

Sto Kolorów Kuchni – korzenne muffiny http://stokolorowkuchni.blox.pl/2013/11/Korzenne-muffiny.html, pierniczkowy kalendarz adwentowy http://stokolorowkuchni.blox.pl/2013/11/Pierniczkowy-kalendarz-adwentowy.html oraz kawa piernikowa http://stokolorowkuchni.blox.pl/2013/11/Warstwowa-kawa-z-syropem-piernikowymfilm.html

Stoliczku nakryj się - rodzynkowe półksiężyce http://przy-stole.blogspot.com/2013/11/z-gozdzikami-i-cynamonem-rodzynkowe.html

Tak sobie pichcę... - dynia w syropie http://atinabc.blox.pl/2013/12/Dynia-w-syropie.html

Trochę inna cukiernia – kawa żołędziowa http://pinkcake.blox.pl/2013/11/Kawa-zoledziowa.html

Z kartoflanego pola – biała czekolada z przyprawami http://zkartoflanegopola.blox.pl/2013/11/Biala-czekolada-z-przyprawami.html

Zmysły w kuchni – szynka korzenna i przyprawa mixed spice http://zmyslywkuchni.blogspot.co.uk/2013/12/swiateczna-korzenna-szynka-oraz-przepis.html

Dziękuję wszystkim za wspólne korzenne gotowanie i korzystając z okazji (to dla odmiany falstart, nie poślizg ;) życzę Wesołych (i smacznych ;) Świąt!

niedziela, 15 grudnia 2013

O "oczkach Św. Łucji" pisałam już kilka lat temu. W tym roku chciałam wypróbować przepis Signe Johansen i udało mi się, choć z pewnym (dobowym) opóźnieniem. Gdy bułki się piekły na śniadanie (bo wyrastały przez noc w lodówce), przypadkiem powiedziałam M, jak się nazywają po szwedzku (jedna sztuka - lussekatt, dwie i więcej - lussekatter). "To co, kot Łucji?" - spytał. Ja (niepewnie): "Nie, chyba nie...", ale zajrzałam do Scandilicious baking i przeczytałam "nazwa odnosi się do 'kotów Lucyfera', a właściwie ich ogonów". Zaskoczona sięgnęłam po pomoc wujka Google i doczytałam się, że obchody dnia Św. Łucji, jak je dzisiaj znamy, są połączeniem zwyczajów ludowych z tradycją chrześcijańską (podobnie jak w przypadku Zaduszek/Św. Zmarłych). Otóż i podobno w Polsce, zwłaszcza na Podhalu, uważano, że tej nocy (mylnie uważanej za najdłuższą w roku) uwolnione zostają złe duchy; u nas pieczono placki, mające odstraszyć siły nieczyste, którymi karmiono m.in. zwierzęta gospodarcze. W Szwecji rolę "odstraszaczy" pełniły właśnie szafranowe bułki, a 13 grudnia tradycyjnie był uważany za Lussinatta, "noc Lussi", demona płci żeńskiej, rozpoczynającej tej nocy "dziki gon" po niebie; złe siły pozostawały obecne przez kolejne 12 dni, aż do Świąt. Wg niektórych źródeł diabeł przybierał postać kota (hmmm...), stąd wspomniany wyżej lussekatt. Św. Łucja obchodzi swoje święto tego samego dnia: imię oznacza urodzoną o wschodzie słońca (kiedy, jak wiadomo, siła demonów słabnie); niesie ze sobą światło, które rozjaśnia straszny mrok. Nie mówiąc już o zbieżności nazw Lussi i Lucia, które sprawiły, że gdzieś po drodze ciastka przeciw demonom stały się bułeczkami świętej katolickiej ;).

A wracając do tych bułek - oto przepis Signe Johansen, który polecam; trzymałam się go dość wiernie (musiałam tylko lekko zmienić skład mąki, z konieczności, zmieniłam kolejność dodawania masła, no i zostawiłam "oczka" do wyrastania nocnego, już uformowane, w lodówce).

Składniki:

  • 325ml pełnego mleka
  • szczypta/kilka (uważać, by nie przesadzić, bo wysusza ciasto!) nitek szafranu
  • 15g świeżych drożdży
  • 110g mąki orkiszowej typ 1850
  • 390g mąki orkiszowej jasnej (typ 700) lub pszennej tortowej/uniwersalnej - u mnie mieszanka 1:1
  • 1 duże jajo
  • łyżeczka soli
  • 4 łyżki cukru
  • 50g masła (roztopione i ostudzone)
  • łyżeczka kardamonu (u mnie rozgniecione nasiona 6 owoców kardamonu)
  • 24-48 suszonych wiśni, ew. tyle samo suszonych owoców żurawiny/namoczonych rodzynek

Mleko podgrzać z szafranem, wystudzić do temperatury letniej, przelać do dużej miski, dodać drożdże, wymieszać do rozpuszczenia. Dodać mąki, sól, jajo, sól, kardamon i cukier, zacząć wyrabiać ciasto. Gdy składniki są dobrze połączone, dodać masło. Ciasto będzie dość luźne - wyrabiać cierpliwie mikserem/łyżką/ew. "podrzuceniową" metodą Bertineta, i opanować chęć podsypania mąką (podobnie jak w przypadku baby Neli - to podobny typ ciasta). Po kilku (6-8) minutach pracy miksera (ręcznie może zająć to trochę dłużej) ciasto powinno zacząć się odrywać od ścian miski. Gotowe będzie elastyczne, spójne, wciąż lekko lepkie na dotyk, ale dające się np. przenieść z miski do miski natłuszczonymi dłońmi/szpatułką. Odstawić do wyrastania (ok. 1-1,5 h w cieple) w lekko naoliwionej misce. Po tym czasie lekko odgazować, podzielić na 12 części, uformować z każdej literę S (okular). Odstawić do napuszenia w cieple na ok. 30 minut lub umieścić w lodówce na ok. 8-10h (w tym ostatnim przypadku wyjąć z lodówki ok. 1 h przed pieczeniem). Suszone owoce umieścić w miejscach zwinięć (po 1-2 szt) albo w momencie formowania, albo przed samym pieczeniem.

Piec w 180 st. (termoobieg)/200 st. (góra i dół) 20 minut, podawać ciepłe (moim zdaniem w 10 minut po wyjęciu z piekarnika już można jeść) albo przestudzone; najlepiej smakują tego samego dnia, choć i następnego na śniadanie się nadadzą.

sobota, 14 grudnia 2013

Katarzynki chodziły za mną od dawna. W dzieciństwie to były moje ulubione pierniczki: rzecz jasna ze sklepu, bo nikt się nie bawił w pieczenie takiego drobiazgu, i jeśli trafiłam w sklepie na takie bez polewy, szczęście było ogromne. Oczywiście zazwyczaj otwartą i w 1/2 zjedzoną paczkę gdzieś porzucałam, a wówczas pierniczki twardniały na kamień...

Wymyśliłam sobie, że upiekę je na Festiwal Pierniczków (patrz banner poniżej), ale brakowało czasu. Nie wiem, czy to palec losu, ale wczoraj rano po włączeniu komputera zobaczyłam... no właśnie niewiele zobaczyłam, poza komunikatem "nie znaleziono systemu operacyjnego". Na szczęście problemy zaczęły się trochę wcześniej, więc zrobiłam kopię zapasową dysku (w przeciwnym razie pewnie nie pisałabym tu teraz, tylko leczyła załamanie nerwowe), ale że reinstalacja chwilę trwa, to cóż... upiekłam katarzynki :). Skorzystałam z przepisu z bloga Dorotuś, poniżej wersja z moimi uwagami. Schłodzenie ciasta wypadło w chwili, gdy musiałam chwilę poasystować w reinstalacji ;), ale moim zdaniem to dobry pomysł. O dziwo, można je jeść właściwie od razu po upieczeniu (jeśli ich nie przepieczecie i nie wykroicie za cienko). Wg M - "smak jak za Gierka" ;).

  • 20 dag miodu
  • 1 łyżeczka (kopiasta) dobrej jakościowo przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • 10 dag cukru pudru
  • 1 jajko
  • 40 dag mąki pszennej
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1-2 łyżki kwaśnej śmietany, lub tyle, ile potrzeba do zagniecenia ciasta

Do płynnego miodu dodać przyprawy korzenne, cukier, kakao dla koloru, jajko, potem mąkę z proszkiem do pieczenia. Wymieszać składniki na okruchy, trochę jak przy robieniu kruchego, i połączyć za pomocą śmietany (u Dorotuś śmietana była opcją, ale sądzę, że raczej bez niej się nie obejdzie, nawet przy dużym jajku). Zagnieść twarde ciasto, owinąć folią i schłodzić w lodówce ok. 15-30 minut (można i bez schładzania, ale łatwiej się wałkuje). Rozwałkować na grubość 5 mm - 1 cm (nie cieniej!) i wykrawać foremką* katarzynki. Posmarować je z wierzchu wodą (można po prostu palcami) i piec na natłuszczonej i wysypanej mąką blaszce około 12 -15 minut (nie spiec, bo będą zbyt twarde - ja piekłam 13 minut) w temperaturze 190ºC (termoobieg).

* Co do tej foremki - wykroiłam ze 3 pierniki, popatrzyłam się nie, poszłam do internetu, przekopałam cały wór foremek i odkryłam, że moje katarzynki nie będą miały tyle krągłości, co trzeba. Innymi słowy, porządna katarzynka ma łącznie 6 wybrzuszeń, nie 2 x 2, jak u mnie. Cóż, to są katarzynki przedświąteczne, jeszcze nie utuczone ;).

Tym samym podpinam się pod:

Festiwal

PS. Owoce tradycyjnego towarzyskiego pierniczenia 2013 można obejrzeć TU.

PS2. Podsumowanie Korzennego trochę się opóźnia, ale już za kilka dni powinno się pojawić :).

środa, 11 grudnia 2013

Solec 44 to miejsce w pewnych kręgach (blogowo-kulinarnych) kultowe, więc szłam z pewną nieśmiałością, obawiając się przerostu formy nad treścią (obsługa typu brak obsługi, tłum nadąsanych hipsterów, jedzenie smaczne tylko z nazwy itd., itp.). Tymczasem...

Gdy stanęliśmy przed nieco zapyziałym, szarym budynkiem (w sąsiedztwie przybytków pt. Urfa* Kebab i warzywniak, który widział lepsze dni), M się spytał niepewnie: „To tu?”. Adres się zgadzał, ale nie wiedząc, dokąd idziemy, obstawiałabym, że to jakaś osiedlowa świetlica czy dom kultury. W jakimś sensie jest to zresztą uzasadnione – w drugiej sali od wejścia (pierwsza – białe, „stołówkowe” kafelki) stoją regały pełne planszówek, z których można do woli korzystać, a pełna nazwa miejsca to podobno "kuchnio-kawiarnio-klubo-świetlica".

Menu jest proste, zmieniające się dynamicznie (tj. codziennie i zgodnie z zaopatrzeniem/zbytem), napisane kredą na tablicy na lewo od baru, przy którym zamawiamy i płacimy. Na prawo od baru znajduje się szeroka i urozmaicona rozpiska napojów – jest w czym wybierać, i takich alkoholowych, i bez procentów. Samą przestrzeń barową urozmaicają tajemnicze butelki i słoje z przetworami oraz nalewkami.

Co jedliśmy i piliśmy? Restauracja specjalizuje się w daniach sezonowych i mięsnych – tego dnia była tylko jedna pozycja bezmięsna (pęczotto), ale nie wegańska (ser), chyba, że któraś z zup nadawała się dla frakcji wege. Wybraliśmy, od początku: szpik wołowy, podany z kaparami i rzepą (ja) i wątróbka gęsia, duszona, doprawiona na słodko (M), pęczotto z burakiem (ja) i rustykalny burger (M; wziął ostatnią porcję i danie zostało zaraz skreślone z tablicy), do tego woda i butelka przyzwoitego barolo. Desery: kogel-mogel z pijanymi wiśniami (M) i grzany budyń z likierem czekoladowym (mój osobisty hit – przepyszne a zdradliwe, jak alkoholizowane mleko z miodem).

Wszystkie dania były podane ot, tak, bez specjalnej wymyślności, ale (w moim odczuciu) estetycznie. Przystawki wybraliśmy pod kątem składników raczej rzadko spotykanych (choć hm, szpik chyba ostatnio modny? ;), dania główne były bez niespodzianek. Ogólne wrażenie, jakie pozostawiła na mnie ta kolacja było takie, że to kuchnia kreatywna, ale prosta i – wbrew wcześniejszym obawom – bezpretensjonalna. Formuła lekko studencka może nie jest dla każdego (rodziców pewnie bym nie zabrała, choć większość znajomych już tak), ale osobom z zacięciem kulinarnym polecam. To nie znaczy, że nie było żadnych wątpliwości: M narzekał na nadmiar sosu z zielonym pieprzem w burgerze, który zabijał dobre jakościowo mięso, czy na nadmiar alkoholizowanych wiśni w koglu moglu. W moich potrawach nie było przesadnie wybijających się składników (zwłaszcza w szpiku były moim zdaniem dobre proporcje, w dodatku z możliwością dowolnego dawkowania, bo i rzepa i kapary były „z boku”). Usunęłabym za to gałązki tymianku z obu dań, bo znalazły się tam moim zdaniem przypadkiem (chyba, że to dlatego, że doniczka z ziołem stała na barze ;), ale takie jadalne dekoracje „z łapanki” można robić w domu czy w innego typu lokalu. Warto dodać, że za całość zapłaciliśmy ok. 200 zł, co uważam za bardzo przyzwoitą cenę w stolicy. Tym bardziej wrócę potestować np. kuchnię letnią (i zobaczyć, jaki tym razem będzie dobór muzyki**, bo w zeszłym tygodniu było najpierw The Streets, potem Blur z okolic r. 1996 i na koniec cała płyta Roxette, co przypomniało nam czasy podstawówki ;).

Znacie, byliście? Jak wrażenia?

* Jak kiedyś wspominałam, byliśmy w Urfie i choć bardzo mi się podobało, to akurat tamtejszego kebaba wolałabym już nie powtarzać... ;)

** Solec zdał "bublotest", tj. zaliczył się do szlachetnej mniejszości nie puszczającej Michaela Buble i pochodnych.

niedziela, 01 grudnia 2013



Te wszystkie korzenne wypieki w ramach wiadomej akcji plus spadająca temperatura sprawiły, że czułam, że jak nie upiekę czegoś lepkiego, ciemnego i aromatycznego, oszaleję.

Myślałam o przepisie Hugh Fearnleya, ale w końcu sięgnęłam po Nigellę. Pamiętałam, że wiele lat temu zrobiłam kiedyś jej "lepki piernik" z How to be a domestic goddess. W ramach melasy użyłam pekmezu (melasy winogronowej), co sprawiło, że E. - dla m.in. której ciasto było przeznaczone - zaczęła uroczo kasłać po dwóch kęsach, zaś M oznajmił, że mu nie smakuje, więc jadłam je sama... i jadłam... i jadłam... Wiadomo, replayu nie było.

Teraz jednak porównałam powyższy przepis z "lepkim piernikiem" z Nigella Christmas i odkryłam, że jest to to samo ciasto, tyle, że w nowszej książce zawiera o 2 łyżeczki przypraw więcej ;)... więc popełniłam, wzbogacając lekko skład (o bakalie) i dodając przyprawę piernikową. Z takiej wersji na pewno będzie replay.

Składniki:

  • 125g cukru brązowego drobnego (ciemny muscovado)
  • 200g melasy (np. buraczanej)
  • 200g sztucznego miodu lub golden syrup
  • 150g masła
  • 250ml pełnego mleka
  • 2 duże jaja
  • 1 łyżeczka sody, rozpuszczona w łyżce (15ml) ciepłej wody
  • 2 łyżeczki świeżego imbiru, drobno startego
  • 2 łyżeczki dobrej przyprawy do piernika (domowej lub kupnej bez wypełniaczy)
  • 300g mąki
  • opcjonalnie, ale polecam: łyżka rodzynek, wcześniej namoczonych w ciepłej wodzie/rumie lub z "magicznego słoika" z rumem
  • opcjonalnie, jw.: łyżka kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • opcjonalnie, do dekoracji: cukier puder

Masło, cukier, melasę i miód/syrop oraz imbir i przyprawę stopić na małym ogniu. Zdjąć z ognia, dodać sodę, mleko, jaja i szybko wymieszać, na koniec dodać mąkę i bakalie (można mieszać wszystko w garnku). Przełożyć do foremki kwadratowej (ok. 22x22, lub podobnej) bądź prostokątnej, wyłożonej pergaminem. Piec w 180 st. C. (termoobieg) 45-50 minut (uważać, by nie przepiec). Studzić na kratce, opcjonalnie udekorować cukrem pudrem lub lukrem (ale nie jest to konieczne ze wzgl. na słodycz).

Ciasto wychodzi rzeczywiście lekko lepkie, słodko-pikantne, aromatyczne, długo zachowuje świeżość. Dla leniów lub zapracowanych może stać się awaryjnym ciastem świątecznym - nie musi dojrzewać, a wg Nigelli można przygotować z i dwutygodniowym wyprzedzeniem.

środa, 27 listopada 2013



Gdy kupiłam - w ramach Amazonowej promocji - Jamie's Italy (sympatyczna, choć nienowa, pozycja autorstwa Jamie'ego Olivera) i przeglądałam książkę po raz pierwszy, zatrzymałam się na dłużej przy zdjęciu rotolo (tu: rolady makaronowej) dyniowo-szpinakowej. Wiadomo, jaki przepis zrobiłam jako pierwszy, choć jego długość (2 strony!) mnie początkowo trochę zniechęciła...

Ugotowałam rotolo latem, zastępując szpinak boćwiną, a dynię żółtą cukinią. Czegoś mi jednak w smaku brakowało, i uznałam, że chodzi o ricottę/twaróg w masie. Nie da się ukryć, że łagodny, mało kwaśny twarożek jest, co tu dużo mówić: mdły. Postanowiłam, że będzie replay: już z dynią i serem kozim. Zajęło mi to kilka miesięcy i zmotywował mnie dopiero Korzenny Tydzień (chwila autopromocji ;) oraz kończąca się boćwina, ale replay zrobiłam i uważam, że ser kozi to był dobry wybór.

Grzecznie - tj. zgodnie z Jamie'em i pod własny Korzenny Tydzień - upiekłam tym razem dynię natartą korzeniami, ale nie jest to konieczne, o czym niżej. Gałka muszkatołowa do zieleniny jednak obowiązkowa!

Składniki (2-3 porcje - przy większej liczbie osób podwoić):

  • ciasto makaronowe z 200g mąki
  • ok. 350g (waga ze skórą) upieczonej dyni 
  • dwie garści boćwiny (same liście, ew. b. małe łodygi) lub szpinaku
  • ząbek czosnku
  • ok. 100g miękkiego (twarogowego, do smarowania) sera koziego
  • parmezan
  • olej/oliwa
  • przyprawy: sól, pieprz, gałka muszkatołowa, chilli w płatkach, opcjonalnie: koper włoski i kolendra (po hojnej szczypcie)
  • do podania: masło szałwiowe

Zacząć od upieczenia dyni - pokroić w dużą kostkę, lekko posmarować olejem lub oliwą; przyprawy korzenne, jeśli używacie, rozdrobnić w moździerzu, wymieszać ze sporą szczyptą chilli, soli i pieprzu i mieszanką oprószyć dynię. Przykryć folią i piec ok. 30 minut w 180 st. C., następnie odkryć i piec kolejne 15 minut (ma nie być surowa, ale nie powinna się za bardzo rozmiękczyć). Lekko wystudzić (na tyle, by dało się obrać ze skóry i pokroić). Można także wykorzystać wcześniej upieczoną dynię, jeśli nie jest za bardzo rozciapana, i tylko doprawić ją do smaku, korzennie lub nie (z soli, pieprzu i chilli bym jednak nie rezygnowała). Przestudzoną dynię obrać ze skóry i pokroić w drobniejszą kostkę.

Gdy dynia się piecze, zrobić ciasto makaronowe, owinąć w folię, zostawić na blacie by odpoczęło (powinno tak poleżeć co najmniej 30 minut).

Boćwinę/szpinak umyć, z grubsza posiekać. Czosnek rozdrobnić, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju, dodać liście, przesmażyć kilka minut. Doprawić do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatołową, odstawić na bok.

Makaron rozwałkować na prostokąt, wg Jamie'ego "grubości podstawki do piwa", ja jednak radzę trochę cieniej, bo i tak po ugotowaniu zwinięte ciasto wychodzi dość grube. Przełożyć na czystą ściereczkę i ułożyć dłuższym brzegiem do siebie. W dolnej części ułożyć dynię, na reszcie ciasta rozłożyć boćwinę/szpinak. Na całości rozrzucić ser kozi (nabierany łyżeczką czy zwilżonymi palcami) i na koniec dodać niewielką ilość startego parmezanu.

Pomagając sobie ściereczką, zwinąć makaron w roladę (rotolo). Końce związać sznurkiem (jak na górnym zdjęciu; warto zostawić jeden koniec sznurka dłuższy, będzie łatwiej wyciągnąć roladę z garnka), można także przewiązać sznurkiem środek. Zagotować wodę w garnku o szerokiej średnicy, ostrożnie umieścić w środku pakunek, lekko zwijając w podkowę i przygnieść np. talerzykiem lub wkładem do parownika, by pozostał pod wodą. Gotować pod przykryciem i na niewielkim ogniu 25 minut; w między czasie przygotować masło szałwiowe.

Po ugotowaniu delikatnie wyłowić rotolo z wody, chwilę potrzymać nad zlewem, by odciekł nadmiar wody, przełożyć na deskę do krojenia i rozpakować. Kroić roladę na plastry, podawać od razu, polane masłem. Potencjalne resztki można podawać odgrzane.

Ugotowana rolada po rozwinięciu ze ścierki wygląda średnio atrakcyjnie - w moim odczuciu przypomina wielką gąsienicę ;), po przekrojeniu ukazuje jednak swoje walory. W smaku jest delikatna, mimo zamiany ricotty na bardziej wyrazisty ser, ale nie nazwałabym jej mdłą. I wbrew pozorom, nie jest trudna do wykonania. Ciekawa jestem, kto się zdecyduje ;)?

| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna