Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
piątek, 02 sierpnia 2013

Sharbat brzmi prawie jak sherbet (gdy pierwszy raz zobaczyłam pierwszą nazwę, myślałam, że to literówka). I jedno, i drugie ma chłodzić i orzeźwiać, tyle, że jedno to wywodzący z Bliskiego Wschodu napój na bazie syropu owocowego lub kwiatowego, a drugie - amerykańska nazwa sorbetu z dodatkiem śmietanki. Jak można domyślić się po nazwie wpisu, chciałam zająć się tym pierwszym ;).

Podczas niedawnego pobytu w Warszawie trafiłam do dzielnicy spożywczej (czyt. na Saską Kępę) i w kawiarni Szara Cegła skosztowałam "lemoniady irańskiej z octem". Napój mi smakował i niedawno sobie o nim przypomniałam (gdy zaczęły się upały). Krótki przegląd wyników w Google wykazał, że chodzi właśnie o sharbat, a konkretnie o sharbat e sekanjabin, sekanjabin bowiem to syrop słodko-kwaśny, przyrządzony z dodatkiem octu.

Obejrzałam przepisy w necie, u Claudii Roden i Diane Henry; ostatecznie skorzystałam z przepisu tej ostatniej (z Salt sugar smoke). Oto więc syrop do lemoniady perskiej (a także, podobno, dip do sałaty). Użyłam domowego octu jabłkowego, z własnych jabłek, zrobiłam także niewielką ilość syropu (z 1/3 proporcji).

Składniki: 100ml octu jabłkowego/z białego wina, 200ml wody, 330g cukru, ok. 3 gałązek mięty (najlepiej tzw. deserowej)

Ocet, wodę i cukier wymieszać w rondlu. Zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 15-20 minut. Zdjąć z ognia, dorzucić gałązki mięty, wystudzić. Wyłowić miętę, przecedzić do butelki/słoika i przechowywać w lodówce. Podawać rozcieńczony schłodzoną wodą (gazowaną lub nie), w dowolnych proporcjach, z dodatkiem cytryny (u mnie i sok, i plasterek owocu), listków mięty i - opcjonalnie - paru plasterków ogórka. Podobno smaczne także z dodatkiem soku jabłkowego/jabłek.

środa, 31 lipca 2013

Przepis znalazłam "po sąsiedzku" u Kabamaigi. Pierwsze podejście - omlet z jagodami - zaowocowało czymś w rodzaju clafoutis, z gatunku tych klafutków, za którymi nie przepadam (w przeciwieństwie do tego wg Nigela Slatera). Przemyślałam sprawę i uznałam, że problemem była zbyt mała foremka (okrągła 20 cm). Drugie podejście (czerwone porzeczki i jabłko) upiekłam w foremce 28 cm (nieco głębszej tartownicy), i taką średnicę (lub pochodną prostokątną) polecam.

Może ktoś się spytać: Czemu po prostu omletu nie usmażyć? Pewnie, że można, ale ten z piekarnika robi się sam... Przepis za Sto kolorów kuchni, ale u mnie dodatek cukru i mniej oleju.

Składniki (dla 2-3 osób):

  • 500ml mleka
  • 2 jaja
  • 160g mąki
  • 30ml (2 łyżki) oleju
  • opcjonalnie: szczypta mielonej wanilii
  • 2 łyżki drobnego cukru + łyżka do posypki
  • owoce sezonowe (garść)

Wszystkie składniki roztrzepać na gładką, płynną masę, przełożyć do foremki (ok. 28 cm, patrz uwagi wyżej) wyłożonej papierem do pieczenia, na wierzchu wysypać owoce, posypać łyżką cukru. Piec ok. 25-30 minut, do zezłocenia wierzchu - spód może być wciąż miękki, ale nie powinien być surowy czy wyrażnie płynny; omlet może się mocno napuszyć w piekarniku i opaść podczas krojenia.

niedziela, 28 lipca 2013

Niedawno w prezencie od teściowej dostaliśmy książeczkę pt. Pasztet we współczesnej kuchni. Przejrzałam ją odkładając na półkę i wpadł mi w oko pasztet ze szpinaku. Jak wiadomo, szpinak można zastępować boćwiną... i chyba wiadomo, co wpadło do mojego wyrobu ;).

Warto dodać, że co jakiś czas poszukuję przepisu na bezmięsny pasztet idealny (robiłam m.in. taki z marchewki, i sojowy...), który smakowałby wszystkim domownikom. Ten został zaaprobowany, czyli nie muszę go jeść sama, co jest pewnym sukcesem. Przepis za ww. źródłem, z moimi lekkimi zmianami i uwagami.

Składniki: 4 kromki chleba/bułki, 1/2 szkl. (ok. 120ml) mleka, 70g (garstka) szpinaku/boćwiny, łyżka szczypiorku, 4 jaja, 100g sera/twarogu śmietankowego, 60g sera z niebieską pleśnią, sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Pieczywo namoczyć w mleku na przynajmniej 30 minut. Boćwinę/szpinak umyć, posiekać, krótko przesmażyć na oleju, wystudzić i wymieszać z osączonym chlebem. Twaróg/serek zmiksować z jajami, dodać boćwinę/szpinak z chlebem oraz szczypior, wkruszyć ser. Doprawić do smaku solą, pieprzem (obficie) i gałką (hojna szczypta wystarczy). Przełożyć do małej keksówki (idealna byłaby taka o długości ok. 15 cm) wysmarowanej masłem/wysypanej mąką, ew. wyłożonej papierem do pieczenia, i piec godzinę w 170 st. C (termoobieg). W piekarniku pasztet mocno wyrośnie, trochę jak suflet, później opadnie. Dokładnie wystudzić przed krojeniem.

Osobiście najbardziej smakuje mi na chlebie, z dodatkiem warzywnym (sałata, pomidor) i np. pastą paprykową, sosem tatarskim czy ajvarem.

środa, 24 lipca 2013

Jakieś 10 lat temu, gdy pracowałam jako nauczycielka w szkole językowej, na dorocznym letnim przyjęciu dla pracowników pojawił się summer pudding. Właściwie, były to puddingi dwa – jeden przygotowany przez brytyjską lektorkę, drugi – przez polską żonę jednego z nauczycieli. Oba były bardzo smaczne... i nie wiem, czemu zajęło mi tyle lat, by wreszcie odtworzyć przepis.

Ponieważ wtedy trafiłam do kuchni na pełen napięcia moment odwracania foremek i wyjmowania deseru na talerze („no wyjdź, wyjdź...”), wzięłam sobie do serca radę Jamie'ego Olivera (Jamie's Great Britain) na temat przygotowania formy, od Jamie'ego też wzięłam dodatek dżemu. Reszta jest z grubsza za Nigelem Slaterem (jeśli pominąć fakt, że u Nigela były jeżyny, mieszanka malinowa jest jednak znacznie bardziej tradycyjna). Jeśli lubicie pudding chlebowy i ciasta owocowe – to coś dla Was.

Składniki: 850g owoców (maliny, porzeczki czarne i czerwone), ok. 2 kopiastych łyżek cukru (lub więcej/mniej do smaku), ok. 6 kromek jasnego chleba/bułki, kilka łyżek dowolnego dżemu (idealnie pasujący tematycznie do owoców), do podania: mascarpone, śmietana/śmietanka

Przygotować naczynie – użyłam głębokiej miski ceramicznej, w której robię paschę – o pojemności 1 litra. Nasmarować je lekko olejem i wyłożyć dwoma kawałkami folii spożywczej.

Owoce przebrać, skosztować (by zweryfikować ilość cukru, pamiętając jednak, że deser ma pozostać lekko kwaskowaty - na mieszankę malin i porzeczek 2:1 2 łyżki wystarczyły), umieścić w rondlu z łyżką-dwoma wody, dodać cukier, zagotować, gotować ok. 5 minut, odstawić na bok.

Z chleba wykroić jeden kawałek szerokości dnia miski, resztę pokroić na kawałki ok. 1 cm szerokości (skórki się pozbyć, jeśli jest gruba, cienka/miękka, jak w bułce, może zostać). Chleb posmarować dżemem i wyłożyć nim szczelnie foremkę, dżemem do środka, zostawiając parę kawałków na wierzch. Do tak przygotowanej miski wlać owoce – jeśli będzie Wam się wydawało, że jest już po brzegi, a zostało kilka łyżek owoców, poczekajcie kilka minut: pieczywo powinno wchłonąć nadmiar i zrobi się miejsce. Opcjonalnie nadmiar soku zostawcie do późniejszego polewania deseru. Przykryć całość od góry chlebem, zawinąć brzegi folii i przykryć miskę talerzykiem. Umieścić w lodówce i obciążyć (np. puszką, maselniczką itd.). Schłodzić przynajmniej 8-10 godzin.

Przed podaniem odwrócić (można wykorzystać obciążający talerzyk, na którym wówczas stanie pudding), zdjąć miskę i folię. Podawać ze śmietaną, śmietanką lub – rozpusta ;) - mascarpone jako najbliższym w Polsce odpowiednikiem clotted cream.

niedziela, 21 lipca 2013

W ogrodzie wciąż zielono. Boćwina wciąż ma się dobrze, choć sałata przekwita; jedną grządkę groszku już zjedliśmy, ale jeszcze dojrzewa cukrowy. Pojawiły się też cukinie, jarmuż nadaje się do zrywania, wygląda też na to, że będą w tym roku dynie.

Moją ulubioną tegoroczną formą jedzenia groszku jest połączenie go z kuskusem, szczególnie gdy okazało się, że niektórzy są na surowy lekko uczuleni. Wyłuskany groszek można dodać do surowej kaszy przed zalaniem wrzątkiem, a takie zblanszowanie zapewni, że nikt nie będzie pokasływał podczas posiłku. Jak na razie przećwiczyłam warianty:

* kuskus, groszek i mięta, doprawiony cytryną i olejem rzepakowym/oliwą, jako dodatek do posiłku;

* kuskus, groszek, rukola i bryndza, doprawiony jw. do smaku, jako sałatka np. na drugie śniadanie;

* kuskus, groszek, duże liście mięty i bazylii, ser szopski, czubryca, doprawiony jw., podany jw.

Co do boćwiny, wciąż szukam na nią pomysłów.

Makaron małże i boćwina: drobno posiekane łodygi boćwiny (niewielka garść) poddusiłam razem z posiekanym czosnkiem, dodałam ok. 200g mięsa małży, gotowałam ok. 10 minut, na koniec dodałam porwane liście boćwiny, całość przykryłam i zostawiłam na b. małym ogniu na ok. 2 minuty. Podałam wymieszane z makaronem spaghetti, lekko zakwaszone cytryną i udekorowane paroma liśćmi melisy (bazylia cytrynowa też byłaby na miejscu).

Makaron boćwina i pomidory: posiekane łodygi boćwiny dodałam jw. do czosnku/cebuli podczas pierwszej fazy robienia sosu pomidorowego do makaronu, na koniec gotowania dodałam liście.

Co do cukinii zaś - na razie była duszona i w makaronie (z kurkami), ale przypominam, że smażone faszerowane kwiaty to także coś pysznego (a same kwiaty cukinii, dla tych, co nie mają dostępu do ogrodowych, widziałam niedawno na targu w Warszawie).

CDN...

środa, 17 lipca 2013

Lipiec to czas przetwarzania. Do słoików wędrują porzeczki i wiśnie; ogórki i cukinie. Rok temu w ramach eksperymentów "rozmnożyłam" ukochany dżem z czarnych porzeczek poprzez dodatek porzeczki czerwonej (której zawsze mam więcej). W ten sposób stworzyłam dżem "porzeczki dwie". Jak wiadomo - potrzeba matką wynalazków. Właśnie stygnie kolejna partia...

Składniki (na ok. 1200ml dżemu): 600g czarnych porzeczek, 600g czerwonych porzeczek, ok. 450g białego cukru, ok. 30-50g drobnego brązowego cukru

Porzeczki umyć, umieścić w garnku, podlać ok. 2 łyżkami wody, zagotować. Zasypać cukrem (można zacząć od dodania tylko białego, lub białego i łyżki brązowego), zagotować ponownie, skręcić ogień na mały/średni i gotować ok. 45 minut, aż gorąca masa - która początkowo będzie b. płynna - osiągnie konsystencję konfitury (zgęstnieje po wystudzeniu), będzie lśniąca, a na wierzchu zacznie tworzyć się skórka. Pod koniec gotowania sprawdzić poziom cukru i ew. dosłodzić (dodatkowe zakwaszanie raczej nie będzie potrzebne). Gorący dżem przekładać do gorących, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować, potem odwrócić do góry nogami do zassania i wystudzenia.

Na czym polega urok porzeczek dwóch? W skrócie: smak czarnej porzeczki, ale więcej pektyn dzięki czerwonej, czyli wszyscy zadowoleni.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Pierwszy raz do Ale wino wpadliśmy w grudniu zeszłego roku. Wbiłam sobie do głowy, że przy okazji pobytu w stolicy chciałabym pójść do winiarni; szybka sesja z wujkiem Google wykazała Ale wino (funkcjonujące także jako sklep internetowy) jako miejsce sympatyczne i bezpretensjonalne. Udało się zarezerwować stolik, choć pan przez telefon trochę się wahał – na miejscu zrozumiałam, dlaczego: trafiliśmy na wieczór degustacyjny. Zmieściliśmy się jednak w przejściowym pomieszczeniu z kasą (winiarnia w wydaniu zimowym to właściwie tylko 1 1/2 pomieszczenia dla klientów), i choć było nieco chłodno (mróz za oknem, a my tuż koło średnio szczelnego okna ;), trochę dobrych oliwek, crostini i serów (także polskich) i, oczywiście, wina, sprawiło, że wyszliśmy w dobrym nastroju (i z niezłym tokaji aszu).

Wróciliśmy na wiosnę, w towarzystwie Madzi i E. Degustowaliśmy polski cydr Ignaców (bardzo lekki) i ciekawe Montepulciano (Grigiano Selezione od Azienda Agricola Malacari), znów jedliśmy oliwki rozmarynowe, domowy chleb i grzanki z gruszką, ucięliśmy sobie także rozmowę z sympatycznym panem z obsługi (a może właścicielem?) na temat filmu Bezdroża... i pan był bardzo zakłopotany, gdy musiał nam delikatnie dać do zrozumienia, że zignorowaliśmy godzinę zamknięcia winiarni (o 22 - obecnie 24).

Trzeci raz trafiliśmy do Ale wino niedawno, by zbadać letni ogródek (bo choć adres to ul. Mokotowska w W-wie, lokal mieści się na tyłach ulicy, przy niewielkim i zaskakująco cichym dziedzińcu) i... nie wiem, czy zrobiło się modne, ale gdy wychodziliśmy jakoś po 22, wszystkie miejsca były zajęte (a w środku można było siedzieć tylko na podłodze, bo stoły i krzesła już były na zewnątrz ;). Drobnym minusem takiego obłożenia był dłuższy czas czekania na obsługę. Tym razem hitem wieczoru – pod talerz wędlin – okazały się wina... polskie, z 44 Winnice Dziedzic. Wszystko dzięki namowom pani z Ale wino, bo sami raczej byśmy nigdy byśmy się na nie zdecydowali (i ja szczerze mówiąc i tak poczekałam, aż M najpierw spróbował i zareagował pozytywnie). Najbardziej smakowała nam biała hiBnoza (opisywana jako półwytrawna, dla mnie – jak „złamane” wytrawne wino, pachnące letnią łąką) oraz czerwony Sukcesor, ale i Sukcesja (białe wytrawne) była poprawna. Jestem pod wrażeniem, że na Podkarpaciu można stworzyć wina nie ustępujące wyrobom francuskim czy włoskim, zwłaszcza, że to podobno pierwszy "prawdziwy" rocznik winnicy (szkoda tylko, że produkcja jest podobno bardzo niewielka).

Aż sama jestem ciekawa, jakiego odkrycia dokonamy podczas wizyty jesiennej – bo jak łatwo zauważyć, jak na razie wychodziło jedno posiedzenie w winiarni na sezon. Polecam, jeśli macie ochotę spróbować czegoś nowego (i zaskakującego ;), zjeść coś małego, posiedzieć i pogadać w przyjaznym otoczeniu bez tzw. zadęcia.

środa, 10 lipca 2013

Kama to nie tylko zdrobnienie damskiego imienia, lecz także danie charakterystyczne dla kuchni estońskiej. Równo 6 lat temu piłam kamę na wyspie Saaremaa, jako ascetyczny deser po minimalistycznym posiłku w ekologicznej gospodzie lub na śniadanie (wraz z ciastem cynamonowym - ach...) w gospodarstwie agroturystycznym Värava, podawane w zaadaptowanej do tego celu stodole (widocznej na powyższym zdjęciu).

Po powrocie z wakacji miałam plan, by zrobić kamę, i nawet kiedyś kupiłam w tym celu pszenicę - bowiem przepisy jakie czytałam, były takie od podstaw: zboża namoczyć, gotować, suszyć, mielić. W skrócie, ta wieloetapowość nieco mnie przerosła ;), i o kamie przypomniałam sobie dopiero niedawno, za sprawą artykułu na portalu Foch.pl (z opinią autorki nt. wybrzeża Bałtyku się zresztą zgadzam). W dyskusji pod artykułem na Facebooku wypłynął przepis na napój z użyciem gotowych mąk. Tym razem długo się nie zastanawiałam, zwłaszcza gdy okazało się, że w domu są cztery różne mąki... Dodam, że jako deser napój jest jednak dla mnie za mało deserowy (filmowo: w duchu kuchni z Uczty Babette sprzed tytułowej uczty ;), ale na śniadanie bardzo pasuje.

Składniki: 4 różne wyraziste mąki*, w tych samych proporcjach; do podania: jogurt, kefir, maślanka, mleko itd., miód/syrop, owoce

* Użyłam po 1/2 szklanki gryczanej, orkiszowej, pszennej i żytniej (te trzy ostatnie - razowe), jednak w prawie wszystkich przepisach, jakie wcześniej widziałam, był dodatek jęczmienia - gdy zdobędę mąkę jęczmienną, spróbuję. Można także spróbować z mąką owsianą (zmielonymi płatkami owsianymi).

Dobrze rozgrzać suchą patelnię i uprażyć mąki do zrumienienia - uważać, by nie spalić! Dokładnie wystudzić. Łyżkę mieszanki umieścić w większej szklance (ok. 330-350ml), zalać jogurtem, kefirem itd., itp. (ja lubię lekko rozrzedzoną mlekiem maślankę), dosłodzić do smaku (polecam syropem klonowym), dokładnie wymieszać, odstawić na kilka minut przed wypiciem (i ponownie wymieszać tuż przed konsumpcją). Można podawać z dodatkiem owoców suszonych lub świeżych (kilka porzeczek lub malin wrzuconych do środka to bdb pomysł); oczywiście można także przygotować większą ilość napoju w dzbanku. Suchą mieszankę - jak i gotową kamę, jeśli ją wcześniej przygotujecie - przechowywać w lodówce.

środa, 03 lipca 2013

O boćwinie pisałam rok temu. Na tegorocznych grządkach znów ją wysiałam, tym razem więcej odmian. M podchodzi do tego warzywa trochę jak do jeża, tzn. sam niechętnie przygotowuje z niej potrawy. Niedawno jednak dwukrotnie go przekonałam, że mangolda jeść warto...

Tarta z boćwiną

Składniki: ciasto kruche maślankowe (ze 150g mąki), dwie garści boćwiny, 1 mała cebula, olej, opcjonalnie, ale polecam: albo parę plasterków posiekanej wędzonki/wędzonej kiełbasy, albo jw. wędzonego łososia, 100g kwaśnej śmietany (18%), łyżeczka mąki, sól, pieprz

Ciasto przygotować jak w przepisie, rozwałkować, wyłożyć foremkę, schłodzić, podpiec (ok. 8 minut na ślepo w 190 st. C - termoobieg - i drugie tyle bez obciążenia).

Gdy tarta się podpieka, zająć się farszem: boćwinę umyć, liście z grubsza porwać, łodygi w miarę posiekać na zapałki. Cebulę pokroić w pióra, zeszklić na patelni na niewielkiej ilości oleju, dodać boćwinę, chwilę przesmażyć, minimalnie podlać wodą i dusić na średnim ogniu kilka minut, aż zmięknie. Doprawić do smaku solą i pieprzem, zdjąć z ognia, wymieszać z wędliną lub łososiem, wyłożyć na podpieczony spód. Śmietanę wymieszać z mąką, doprawić do smaku solą i pieprzem, wyłożyć na boćwinę. Piec ok. 15-20 minut w 190 st. C. Jeść najlepiej w towarzystwie zielonej sałaty, rukoli, itd.

 

Makaron z boćwiną i serem pleśniowym

Składniki: 200-225g spaghetti, hojna garść boćwiny, 2 ząbki czosnku, olej, ok. 8 listków szałwii, ok. 2 łyżek posiekanego sera z niebieską pleśnią (i Lazur, i Gorgonzola się nada ;), sól, pieprz, łyżka kwaśnej śmietany (18%)

Nastawić wodę na makaron. Boćwinę umyć, posiekać jak w powyższym przepisie, czosnek obrać, pokroić w plastry. Gdy woda się niemal gotuje, zeszklić czosnek na patelni; gdy makaron się już gotuje, przesmażyć i poddusić boćwinę, jak w poprzednim przepisie. Na koniec dodać szałwię, doprawić solą i pieprzem. Zdjąć z ognia, wymieszać natychmiast z ugotowanym, odcedzonym spaghetti i serem, dodać śmietanę i ponownie wymieszać. Ew. doprawić ponownie do smaku (ja jeszcze dodałam pieprzu ;). Podawać natychmiast.

sobota, 29 czerwca 2013

Ostatnie dwa dni we Francji (nie licząc tego poświęconego na dojazd na lotnisko i przyjemne inaczej chwile na CDG) spędziliśmy w dolinie Loary, niedaleko Amboise. Jadąc z północy (z Mont St. Michel – którego może warto zobaczyć na żywo, ale czy koniecznie wewnątrz...) patrzyliśmy, jak zmienia się architektura. Im bliżej słynnej rzeki, tym więcej drogowskazów na różne chateau, zaś na wzgórzach, w cieniu drzew, wiele pomniejszych dworków (albo jak je nazwałam, „chateausiów”). W jednym z nich mieszkaliśmy, i było to bardzo przyjemne doświadczenie, które chętnie powtórzę ;).

Wybierając zamki do zwiedzenia kierowaliśmy się tym, że niespecjalnie lubimy oglądać pałace z wewnątrz, za to ogrody – owszem, i dlatego pojechaliśmy do Villandry, które słyną m.in. ze skoordynowanych kolorystycznie warzywniaków (czy też ogrodów warzywnych, zważywszy na ich rozmiar). Na terenie parku jest także zagajnik, sadzawka, część przeznaczona na kwiaty łąkowe, formalne kompozycje, zioła itd., itp.

Na drugi ogień poszedł stojący nad wodą Chateau Chenonceau, należący kiedyś do Katarzyny Medycejskiej. Najbardziej podobała mi się galeria z widokiem na rzekę - miejsce bali i zabaw, podczas II wojny światowej kanał przerzutowy uciekinierów z okupowanej Francji – oraz kuchnie pałacowe ;).

Ostatni wieczór we Francji chcieliśmy spędzić w restauracji. Ta, którą wybraliśmy, nie miała już wolnych miejsc, ale polecono nam pobliskie Chateau Noizay. To inny „chateauś” niż ten, w którym mieszkaliśmy, znacznie bardziej elegancki i w stylu angielskich stately homes (dżinsy to nie najlepszy strój); poza restauracją funkcjonuje jako hotel. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, kelner zaproponował nam aperitif w ogrodzie. Oczywiście się zgodziliśmy – kto by odmówił kieliszkowi Kir Royal pitemu na słonecznym dziedzińcu, z widokiem na zieleń? Do oględzin menu i bąbelków dostaliśmy zestaw amuse bouche widoczne na zdjęciu: maki z wędzonym łosiem, makaronik z foie gras oraz mus szparagowy z wasabi i rzodkiewką (podobno francusko-japońskie fusion jest obecnie modne).


Właściwy posiłek jedliśmy już wewnątrz. Wybraliśmy 4-daniowe menu, przy czym główne danie było do wyboru. A więc: najpierw kolejny amuse bouche z marynowanej ryby, przystawka z foie gras (niestety... i to na zimno, w formie terrine) z nutą truskawkową, potem dla mnie dorsz z groszkiem cukrowym (delikatny, ale b. smaczny), dla M – cielęcina z marchewką. Na koniec deser z kremem z orzechów laskowych (nie byliśmy w stanie sobie przypomnieć, co przełożone było kremem – wydaje mi się, że coś w rodzaju millefeuille, ale najwyraźniej nie było warte zapamiętania, w przeciwieństwie do nadzienia). Do tego Cabernet Franc. Całość i zaskakująco smaczna, i na najwyższym poziomie (obiektywnie nie idealnym, ale bardzo dobrym) pod względem obsługi, jeśli chodzi o odwiedzone przez nas restauracje francuskie.

Podsumowując francuski wyjazd, wiem, że do Paryża już nie muszę wracać, ale co do całej reszty – czuję duży niedosyt. Cóż, trzeba to będzie kiedyś powtórzyć...

| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna