Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
poniedziałek, 10 czerwca 2013

Piszę to siedząc w pociągu jadącym na Gare du Nord w Paryżu, a zanim to przeczytacie, mam nadzieję, że będę już po przynajmniej jednym posiłku w stolicy kraju słynącego z najlepszej kuchni świata :). Zanim jednak zdam Wam relację z Francji (choć już co nieco jest na Facebooku), oto trochę nowalijek.
Nigdy wcześniej nie jadłam zupy z botwinki, poza chłodnikiem. Traf chciał, że spodobała mi się ta na blogu Karoliny, na nutę azjatycką. W mojej wersji zamiast kapusty są młode buraki z botwiny, a zakwasiłam sokiem z ogórków. Następnego dnia oczywiście smakuje lepiej, ale na świeżo także bardzo smaczna.

Składniki:
  • 200g tofu naturalnego, pokrojonego w niewielką kostkę
  • 1 łyżka oleju z prażonego sezamu
  • 1 łyżeczka oleju z chilli
  • 2 łyżki oleju neutralnego (typu słonecznikowy)
  • 1 łyżeczka drobnego brązowego cukru
  • 2 ząbki czosnku, obrane i drobno posiekane
  • 1 kawałek świeżego imbiru, ok. 2cm, obrany i starty
    na tarce
  • 1-2 limonki
  • 1 łyżka sosu sojowego ciemnego
  • 1\2 łyżeczki chilli (mielonego)
  • 1 łyżka oleju do smażenia, np. słonecznikowego
  • 2-3 dymki, posiekane (biała i zielona cześć)
  • 1 mała papryczka chilli, posiekana drobno
  • 2 łodygi selera naciowego, pokrojonego w małą kostkę
  • 1 duża marchewka, obrana i pokrojona jw.
  • ok. 3 średnie buraki (z botwiny) - obrane i pokrojone jw.
  • duży pęczek liści/łodyg botwiny pokrojonej drobno
  • sól i pieprz
  • ok. 400ml soku z kiszonych buraków/warzyw (u mnie - sok z ogórków kiszonych)
  • ok. 1 litra wody
  • do podania: kolendra, bazylia cytrynowa, limonki

Zacząć od zamarynowania tofu (Karolina radziła, by zrobić to na 24-3h przed posiłkiem, ja miałam mniej czasu i zostawiłam tofu w marynacie w temp. pokojowej - na ok. 1,5h). W misce wymieszać olej sezamowy, chilli i neutralny, cukier, 1 posiekany ząbek czosnku, starty imbir, chilli w proszku, sos sojowy i sok z połowy limonki. Wymieszać dokładnie, delikatnie obtoczyć tofu w mieszance, odstawić (w opcji 24-3h - do lodówki). 

Przygotować zupę: rozgrzać olej do smażenia (1 łyżkę), przesmażyć seler, marchewkę, dymki, posiekaną papryczkę chilli i czosnek. Smażyć kilka minut, dodać buraki, zalać wodą, zagotować i następnie gotować na średnim ogniu, aż buraki będą miękkie. Lekko posolić, dodać botwinę, zamieszać, gotować kilka minut. Zdjąć z ognia, zakwasić sokiem z limonki i sokiem warzywnym/ogórkowym, sprawdzić doprawienie (mój sok np. był mocno słony i nie musiałam więcej dodawać soli). W przypadku dalszego podgrzewania zupy uważać, by nie zagotowywać, bo ściemnieje!
 
Tofu wyciągnąć z marynaty, lekko osączyć np. na sitku i potem ręczniku papierowym. lekko osuszyć. Na patelni rozgrzać pozostały olej, smażyć tofu do zrumienienia z obu stron (delikatnie przewracać, by się nie rozpadło). Każdą porcję zupy posypać tofu,  kolendrą lub bazylią cytrynową, opcjonalnie podać na stół limonkę w ćwiartkach do doatkowego zakwaszenia.
wtorek, 04 czerwca 2013

Dawno temu oglądałam drugą serię Nigella gryzie z odcinkiem pt. Deszczowy dzień, gdzie pani Lawson przygotowywała m.in. zapiekane roladki z bakłażana. Bardzo mnie kusiły, ale przepis wydawał się czasochłonny, wieloetapowy (te wszystkie brudne naczynia...), i jakoś brakowało tego deszczowego dnia jako tła. Do czasu, tj. do niedawna. I sama nie wiem, jak mogłam czekać tyle lat. Na pewno do przepisu wrócę, bo wcale nie jest aż tak czasochłonny (ok, może nie na szybką kolację w tygodniu), a całość - bardzo smaczna. Zamiast bulguru można by użyć ryżu lub innej kaszy (nie tylko oczywistego kuskusu). Sos pomidorowy zrobiłam własny, pistacje (których nie używam) zastąpiłam słonecznikiem.

Składniki (2-4 porcje):

  • ulubiony sos pomidorowy (z 1 litra przecieru)
  • 2 większe bakłażany
  • 1/4 szklanki (4 łyżki) kaszy bulgur
  • 1/2 łyżeczki oregano
  • 2 łyżki pestek słonecznika
  • 1 ząbek czosnku, rozdrobniony
  • 1 mała cebula dymka, posiekana
  • łyżka osączonych kaparów, posiekana
  • 2 łyżki śmietany LUB 1/2 roztrzepanego jaja
  • 100g sera feta (+ opcjonalnie ok. 50g dodatkowo)
  • szczypta cynamonu

Zacząć działania kuchenne od zalania kaszy bulgur i oregano wrzątkiem, przykrycia i odstawienia na 30 minut. Potem można przejść do przygotowania sosu pomidorowego. Gdy ten zacznie się gotować, bakłażany pokroić cienko wzdłuż (powinno wyjść ok. 10-12 plastrów, nie licząc tzw. piętek, które się nam tu nie przydadzą - można odłożyć do przygotowania np. ratatouille), lekko posmarować olejem i smażyć partiami na patelni zwykłej lub grillowej (polecam) po ok. 2-3 minuty z każdej strony; ew. osączyć z tłuszczu, jeśli to konieczne i odłożyć na bok.
Bulgur osączyć z nadmiaru wody na sicie, przełożyć do miski, wymieszać (tyle, by połączyć farsz, nie przesadzać z rozdrabnianiem) z niedbale posiekanymi słonecznikiem, dymką, kaparami, pokruszoną fetą, śmietaną/jajem i cynamonem. Naczynie żaroodporne (moje ok. 3-4 cm głębokości, formatu mniej więcej A4) nasmarować lekko olejem. Układać plastry bakłażana szerszym krańcem do dołu, nakładać łyżkę farszu i zwijać (w kierunku od siebie) roladki, następnie układać je - dość ciasno - w natłuszczonym naczyniu. Sos pomidorowy powinien w między czasie odpowiednio odparować; sprawdzić doprawienie i dokładnie przykryć nim bakłażana. Uwaga: mój wyszedł dość słony, więc zrezygnowałam z posypywania po wierzchu fetą i ograniczyłam się do dodatkowej warstwy oregano, opcjonalnie jednak można dodać trochę sera na wierzch. Piec w 190 st. C (termoobieg) przez ok. 30 minut, odstawić na ok. 10-15 minut po wyjęciu z piekarnika, przed podaniem. W roli dania głównego wystarcza samo, ew. z dodatkiem zieleniny (sałaty, rukoli, itp.).

sobota, 01 czerwca 2013

Jak może pamiętacie, niedawno "odhaczyłam" na liście wyzwań kulinarnych suflet; kolejny na liście był... biszkopt. Tak, zwykły biszkopt bez dodatków. Może to dziwne, ale robiłam pieguska i biszkopt orzechowy, ale takiego podstawowego, klasycznego - nigdy. Wymyśliłam sobie do niego krem (curd) rabarbarowy, ale jak na złość w tamten weekend nie dostałam głównego, różowego składnika. Nie zrezygnowałam jednak z pomysłu, tylko przełożyłam całość kremem limonkowym (lime curd), którego też wcześniej nie robiłam, w przeciwieństwie do cytrynowego. Debiut był bardzo udany - ciasto wyszło puszyste, nie za suche, bardzo wysokie, a za przepis dziękuję swojej szwagierce E. (od której także pochodzi ten na ciasto marchewkowe). Do idei curda rabarbarowego zaś jeszcze kiedyś wrócę.

Składniki:

  • 5 dużych jaj
  • 1 szklanka (240ml) mąki tortowej
  • 1/2 szklanki (120ml) drobnego cukru
  • łyżeczka proszku do pieczenia

Białka jaj oddzielić od żółtek i ubić mikserem na sztywną (ale nie suchą pianę) ze szczyptą soli. Stopniowo dodawać cukier. Zmienić nasadkę z ubijającej na mieszającą, dodać żółtka i delikatnie całość wymieszać na niskich obrotach (tyle, by składniki się połączyły). Przesiać mąkę z proszkiem i wmieszać do masy jajecznej, również bardzo delikatnie, acz stanowczo (można np. łyżką). Przełożyć do tortownicy 20 cm (wysmarowane ścianki, dno wyłożone papierem) i piec ok. 35 minut w 180 st. C. (termoobieg). Uwaga! Powinien wyjść bardzo wysoki i wyrosnąć trochę ponad ścianki formy. Dokładnie wystudzić w tortownicy, następnie delikatnie wyjąć z formy, przekrawać na 2 lub 3 blaty i przekładać - w moim przypadku kremem limonkowym, można też np. bitą śmietaną i owocami, lub użyć jako blatu do tortu.

Krem limonkowy (lime curd): wykonanie dokładnie takie, jak w cytrynowym, tylko korzystając z 4 limonek.

Z kisielem było natomiast tak: nie jadłam go kilkanaście (jak nie więcej...) lat. Pierwsze skojarzenia: deser na kolonii albo coś wyjadane z kubka (w łóżku, z racji choroby. Kisiel podobno nawilżał gardło, podobnie jak mleko z masłem i miodem, którego wówczas nie znosiłam ;)*). Nigdy nie jadłam domowego, deser zawsze pochodził z torebki. Niedawno - posiadając rabarbar - poczułam, że jak zaraz nie zrobię i nie zjem, to oszaleję ;). Wykorzystałam rabarbar pieczony, można by jednak owoce gotować na kuchence, i gotowy pożarłam od razu po zrobieniu.

Składniki (2 porcje):

  • ok. 400g rabarbaru
  • 2 goździki
  • 1 szklanka wody
  • 100g cukru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej

Rabarbar pokroić w kostkę, włożyć do naczynia żaroodpornego, dodać goździki, cukier i zalać wodą. Piec pod przykryciem (np. folia) ok. 50-60 min w 180-190 st. C. (np. przy okazji pieczenia ciasta/chleba/czegoś innego). Odcedzić powstały sok, rabarbar przetrzeć przez sito i wymieszać z płynem. Przełożyć do rondla, zagotować, w między czasie mąkę ziemniaczaną rozprowadzić paroma łyżkami soku. Zdjąć rondel z ognia, wtrzepać mąkę z sokiem, lekko podgrzać, cały czas pracując trzepaczką, aż całość nie zgęstnieje (choć powinno to się stać prawie od razu). Przelać do salaterek/filiżanek. Osobiście lubię kisiel jeść od razu, niemal gorący, ale można oczywiście wystudzić lekko lub całkowicie.

* Teraz mi się przypomniało, że chyba raz Mama zamiast kisielu owocowego próbowała dać mi taki z siemienia lnianego. Hahahaha.

Przepis rabarbarowy w ramach:

wtorek, 28 maja 2013

Od dawna nie piekłam żadnych nowych chlebów, na autopilocie powtarzając tylko znane szlagiery - z jednej strony wstyd, z drugiej... jakoś się nie wstydzę ;). Niemniej, gdy zobaczyłam ten bochen (zdrobnienie tu nie pasuje - to kawał chleba!) u Bei, a zakwas akurat i tak dokarmiałam, długo się nie zastanawiałam. To jaśniejszy brat ciemnego chleba polskiego, nad którym się niegdyś trochę namęczyłam. Z tą wersją nie było żadnych problemów, także z konsumpcją - na tydzień w każdym razie bynajmniej nie starczył ;).

Lekki jasny chleb śląski (z grubsza wg Dana Leadera via Bea w kuchni)

zaczyn :

  • 50g aktywnego* zakwasu żytniego
  • 75g letniej wody
  • 75g jasnej mąki żytniej

Zakwas wymieszać z wodą, dodać mąkę i wymieszać (powstanie dosyć gęsta masa). Szczelnie przykryć folią i odstawić na 8-12 godzin w temperaturze pokojowej.

ciasto właściwe:

  • 200g zaczynu (jak wyżej)
  • ok. 260g wody
  • 500g pszennej mąki chlebowej (lub, u mnie, 330g mąki pszennej chlebowej i reszta jasna orkiszowa)
  • ½ łyżeczki drożdży instant (lub ok. 2g świeżych)
  • 10g (1,5 łyżeczki soli)
  • łyżeczka kminku (opcjonalnie)

Zaczyn dokładnie wymieszać z wodą, następnie dodać drożdże, wymieszać i odstawić na chwilę. Mąkę wymieszać z solą i kminkiem, jeśli używacie, dodać do zaczynu i wyrobić ciasto ręcznie lub mikserem. Ciasto ma być gładkie i elastyczne, będzie jednak dosyć lepkie.

Przełożyć ciasto do natłuszczonej miski, szczelnie przykryć folią i odstawić do wyrośnięcia na ok. 2-2,5 godziny, aż ciasto podwoi objętość (by wzmocnić strukturę ciasta, można je 1-2 razy złożyć). Wyrośnięte ciasto wyłożyć na lekko wysypany mąką blat, uformować bochenek i przełożyć (złączeniem do góry) do wyłożonego ściereczką i obficie wysypanego mąką koszyka/durszlaka, przykryć folią, zostawić do wyrośnięcia na ok. 1,5 godziny (ma podwoić objętość).

Mniej więcej 45-60 minut przed pieczeniem nagrzać piekarnik do 235°C (Bea piekła początkowo w 240 st., potem obniżała temperaturę, ja jednak zauważyłam, że w moim piekarniku w tak wysokiej temperaturze pieczywo inna niż pizza zanadto się przypieka). Wyrośnięty bochenek naciąć w kilku miejscach, przełożyć do piekarnika na nagrzany kamień/blaszkę. Piec chleb z parą ok. 10 minut, obniżyć temperaturę do 220 st. i piec jeszcze około 30-35 minut. Uwaga! Wyjdzie naprawdę duży bochen. Gdyby za bardzo się zrumienił, przykryć np. folią. Wystudzić na kratce.

sobota, 25 maja 2013

Pamiętacie zeszłoroczne Zielono mi? Od jakiegoś czasu znów z przyjemnością jadam nowalijki. W konsumpcji szparagów co prawda był mały zastój, bo na targu albo nie było, albo zostało mało, ale przez ostatnie dwa weekendy udało mi się trochę nadrobić. Na tapecie są, jak zawsze, zielone. Większość została upieczona (w tym jedna partia... na grillu ogrodowym) i zjedzona jako dodatek do dania głównego na obiad, ew. do jajka na śniadanie. Jeden pęczek pieczonych trafił jednak do sałatki (prostej, ale bazującej na dobrych jakościowo składnikach - tu nie powinno się oszczędzać), widocznej na powyższym zdjęciu...

Sałatka a la grecka ze szparagami

Składniki (2-4 porcje):

  • pęczek upieczonych zielonych szparagów,
  • dwa jak najlepsze, dojrzałe pomidory (np. malinowe)
  • 1/2 cebuli, pokrojonej w pióra
  • zielony ogórek - jeden krótki lub ok. 1/2 długiego
  • garść fety (prawdziwej)
  • ok. 10 oliwek (możliwie dobrych jakościowo)
  • łyżeczka kaparów w zalewie, osączonych
  • kilka suszonych pomidorów (opcjonalnie)
  • parę porwanych liści bazylii (opcjonalnie)
  • oliwa, sok z cytryny, sól, pieprz, suszone oregano (większa szczypta)

Pomidory pokroić w ósemki, ogórka (u mnie nieobrany, tylko umyty) w półplasterki, wymieszać z pokrojoną cebulą. Dodać szparagi, pokrojone na ok. 5-6 cm kawałki oraz pokruszoną fetę, dorzucić oliwki, kapary, suszone pomidory i zioła. Doprawić do smaku oliwą, sokiem z cytryny, solą i pieprzem. Odstawić na 10-15 minut przed jedzeniem. Podawać z pieczywem.

Ostatnio, w myśl zasady "skoro dziś piątek, to mamy makaron" ;), eksperymentalnie zrobiłam rurki (penne) ze szparagami i boczkiem - trochę w stylu carbonary, ale bez jaj (za to z łyżką śmietany na koniec). Z dania jestem b. zadowolona (a szybkość przygotowania stanowi dodatkowy plus), oto więc przepis:

Makaron ze szparagami i boczkiem

Składniki (2 porcje):

  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • ok. 100g wędzonego boczku
  • łyżka śmietany 18%
  • garść startego parmezanu
  • świeżo mielony pieprz (sporo!), sól
  • 200-225g makaronu penne (ew. rigatoni lub podobny)
  • łyżka posiekanej natki pietruszki (opcjonalnie)

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce, pokroić na kawałki mniej więcej wielkości makaronu; główki zostawić całe, łodygi przekroić dodatkowo na 1/2. Boczek pokroić w kostkę. Zagotować wodę na makaron.

Z boczku wytopić tłuszcz na średnim ogniu, na suchej patelni, podkręcić nieco ogień i smażyć chwilę, aż boczek lekko się zrumieni (a makaron powinien już wówczas zacząć się gotować). Do patelni dorzucić szparagi, przesmażyć chwilę, delikatnie mieszając, dodać ok. 2-3 łyżek wody, lekko posolić, skręcić ogień ponownie na średni i przykryć pokrywką. Ugotowany makaron odcedzić, przełożyć z powrotem do garnka, dodać łyżkę śmietany, sporo pieprzu, szparagi z boczkiem i parmezan oraz opcjonalnie natkę, dokładnie i szybko wymieszać. Sprawdzić doprawienie, ew. skorygować, podawać od razu.

Ponownie także zrobiłam zeszłoroczną zupę szczawiową - tym razem podałam z grzankami z piekarnika (tu z serem/fetą, cukinią, suszonymi pomidorami) oraz jajkiem w koszulce.

PS. Gdyby Was ciekawiło, co czytam (nie tylko w kuchni) - zapraszam na blog Czytelniczy :).

wtorek, 21 maja 2013

Z cyklu "zrób sobie nabiał..." robiłam już swego czasu ser twarogowy i coś a la ricotta (zakwaszając gorące mleko sokiem z cytryny i odciskając na ściereczce). Nigdy jednak nie robiłam labneh, sera jogurtowego (który może być robiony z różnego mleka: krowiego, owczego, koziego), choć już dawno temu wzdychałam nad zdjęciami Gospodarnej Narzeczonej. Rzecz w tym, że dawno nie robiłam jogurtu: owszem, na blogu jest przepis, który kiedyś wcielałam w życie, ale dziś już nie uważam, by to mleko w proszku było do czegoś w jogurcie potrzebne... nie mówiąc o tym, że jakoś od kilku lat w ogóle prawie jogurtu nie jem ;) (nie z premedytacją, po prostu nie się nie składa). Niedawno jednak nabyłam Salt, sugar, smoke Diane Henry i za sprawą jej labneh przypomniały mi się kuleczki z Na kruchym spodzie...

A więc, po pierwsze, jogurt. Z tzw. rozmnożenia, bez dodatkowego mleka w proszku.

Składniki: litr mleka 2% lub 3,2% (pasteryzowanego - w woreczku lub tzw. pasteryzowanego świeżego, nie UHT), 2 pełne łyżki dobrego jogurtu (w miarę możliwości - bez dodatków typu mleko w proszku, zagęszczacze, itd).

Mleko podgrzać do 36 st. C. Dodać jogurt, dokładnie wymieszać. Przykryć, odstawić w ciepłe miejsce (okolice kuchni, grzejnika, bojlera, pod koc) itd. na ok. 12-14h. Ew. można proces wspomóc krótkim - np. godzinnym - pobytem w piekarniku w ok. 35-40 st. C. Produktem końcowym powinien być jogurt.

Mając jogurt możemy przystąpić do punktu 2, tj. produkcji sera - uzyskany powyżej jogurt mieszamy z łyżeczką soli i wylewamy na sito + gazę/ściereczkę umieszczoną nad miską i odstawiamy w chłodne (lodówka, piwnica, zimna spiżarnia) miejsce na 1-2 doby. Odcedzony jogurt powinien przypominać konsystencją ser śmietankowy i tak też smakować. Możemy go jeść tak, jak jest, albo uformować kuleczki smakowe - i tu zaczyna się zabawa, nieco zbliżona w efekcie końcowym do marynowanego sera pleśniowego. Obie poniższe propozycje z grubsza wg Diane Henry:

Wariant z przyprawami: na spodku wymieszać po 1 łyżce chilli, słodkiej papryki (wędzona będzie najlepsza) i sumaku (można też zrezygnować z 1-2 z ww. przypraw i użyć np. samego chilli). Z sera toczyć kulki wielkości orzecha włoskiego (można pomagać sobie łyżeczką), obtaczać w przyprawach, umieszczać w ok. 0,5 litrowym słoju z ok. 2 cm oleju/oliwy na dnie, następnie zalać dokładnie olejem/oliwą (proponuję, w wersji ekonomicznej, mieszankę oleju: oliwy 1:1 lub 2:1). Odstawić na 2 dni w chłodne miejsce. Po otwarciu przechowywać w lodówce.

Wariant ziołowy: wszystko jak powyżej, tylko zamiast przypraw - posiekane świeże zioła (rozmaryn, tymianek, mięta, estragon - jak Wam się podoba ;). Można dodać parę gałązek ziół dodatkowo do słoja.

Choć obie wersje mi smakowały, a ser zniknął b. szybko, chyba jednak opcja ostrzejsza bardziej przypadła mi do gustu - łagodny, lekko słodki smak sera świetnie pasuje do pikantnych, wyrazistych przypraw. Nie wiem, czy muszę dodawać, że poza tym, że ser ładnie wygląda w słoju (i na stole), to świetnie nadaje się na prezent i przystawkę (kuleczki w ramach mezze, np. w połączeniu z grillowanym bakłażanem/papryką czy podane na liściach cykorii/sałaty). Polecam!

sobota, 18 maja 2013

4 lata temu w Le Gavroche jadłam suflet z sera koziego, który potem śnił mi się po nocach. Wyobraźcie sobie coś lekkiego jak piórko, o konsystencji pianki, idealnie gładkiego, delikatnego, ale nie mdłego, wyrazistego w smaku - innymi słowy suflet idealny. Łatwo można zrozumieć, czemu od tamtego czasu hasło "suflet" było nr 1 na liście wyzwań kulinarnych, a lęki potęgował złożony indeks książki Julii Child, sugerujący, że misja le soufflet - co najmniej operacja wojskowa. W końcu jednak dojrzałam do zrobienia pierwszego podejścia. Znalazłam przepis Davida Lebovitza i z pewnym niedowierzaniem przeczytałam, jaka to prosta w wykonaniu potrawa. Postanowiłam jednak zawierzyć Arkowi (Eat After Reading) i radzie "po prostu nie myśl, że robisz suflet", bo ta zasada sprawdziła się u mnie w przypadku bezy (tak właściwie, to za pierwszym razem po prostu nie miałam pojęcia, że bezy mogą nie wyjść, zrobiłam je z marszu i bez uprzedzeń - i nie zgadzam się zupełnie z opinią, że są trudne ;). I wiecie co? Coś niecoś bym poprawiła, ale zasadniczo suflety są dla ludzi.

Bazowałam na przepisie Lebovitza, ale przerobiłam przepis na wytrawny, a więc: bez cukru, z samym serem kozim, dodatkową solą oraz rozmarynem. Po namyśle piekłabym minimalnie krócej, co uwzględniłam w przepisie; cała reszta - na plus.

Składniki (2 porcje):

  • 90g miękkiego sera koziego (do smarowania, twarogowego) w temp. pokojowej
  • 2 duże jaja w temp. pokojowej (białka i żółtka osobno)
  • 1 płaska łyżeczka + szczypta soli
  • ok. 1/2 łyżeczki posiekanego rozmarynu
  • masło i bułka tarta do foremek żaroodpornych (2 małe szt.)

Foremki żaroodporne (kokilki) dokładnie wysmarować masłem, wysypać bułką tartą. Piekarnik nagrzać do 190 st. C (termoobieg). Żółtka utrzeć z serem, łyżeczką soli i rozmarynem. Osobno ubić białka ze szczyptą soli na sztywną, ale nie suchą pianę. Wymieszać żółtka z białkami - najpierw ok. 1/3, potem resztę - delikatnie, ale stanowczo, tylko do połączenia składników (nie przesadzać - może zostać trochę nie wymieszanych białek). Przełożyć masę delikatnie do foremek i piec ok. 10-12 minut - powinien wyrosnąć ponad brzeg, zezłocić się, ale pozostać miękki w środku. Podawać od razu, jako przystawkę.

wtorek, 14 maja 2013

Na dni, gdy nie ma nic słodkiego, a coś takiego jednak by się przydało. Chwilę wahałam się nad dodaniem słów "i jakie to zdrowe", ale jednak nie jestem pewna, czy mają zastosowanie, choć, oczywiście, bywają gorsze grzechy ;). Kiedyś je robiłam w folii, na grillu, ale w piekarniku także wychodzą bdb.

Składniki: tyle bananów, ile osób, ponadto: brązowy cukier/melasa (np. daktylowa)/syrop klonowy lub miód, opcjonalnie: cynamon, imbir lub wanilia w proszku do posypki

Banany przekroić wzdłuż, rozłożyć na 1/2, położyć na kratce piekarnika skórką do dołu. W opcji z brązowym cukrem posypać miąższ równomiernie przed pieczeniem, a pod kratkę podłożyć blachę wyłożoną folią aluminiową. W przypadku innych dosładzaczy piec banana saute.

Piec ok. 10-12 minut (bardziej dojrzałe owoce krócej) w 180 st. (termoobieg lub funkcja grill), aż skórka zrobi się czarna, banan miękki, a cukier (jeśli używamy) najpierw nieco się rozpuści, a potem zapiecze. Banany bezcukrowe od razu po wyjęciu z piekarnika posmarować dowolnie: miodem, melasą lub syropem. Można oprószyć ulubionymi korzeniami (cynamon, wanilia, ew. imbir). Jeść od razu.

niedziela, 12 maja 2013

Wiele lat temu widziałam w Warszawie plakat "Nie wierz Derridzie, dekonstruuj się sam". Bardzo mnie rozbawił, bo to było w czasach studenckich, gdy Derridy coś nawet czytałam i uważałam, że rozumiem, o co mu chodziło (bez komentarza). W czasach obecnych skupiam się na dekonstrukcji bardziej, można powiedzieć, namacalnej - takiej na talerzu ;). Oczywiście, można też nazwać to inaczej: "potrzeba matką wynalazków".

Po pierwsze: kasza kukurydziana, której ugotowało się za dużo, wystudzona i schłodzona w lodówce tężeje do konsystencji sera (tak dokładnie to kojarzy mi się z tofu). Planowałam zrobić z niej coś innego - coś, co zakładało jednak uformowanie surowca, a mój można było już tylko pokroić w kostkę (z daleka łudząco przypominającą obrany owoc mango ;). Powstała więc sałatka.

Sałatka z kaszy kukurydzianej, bakłażana i tuńczyka

Składniki:

  • ok. 1,5 szklanki ugotowanej na gęsto, wystudzonej kaszy kukurydzianej, pokrojonej w większą kostkę
  • 1 bakłażan (ew. cukinia też się nada)
  • 1/2 średniej cebuli, pokrojonej w pióra
  • 1 puszka (ok. 185g) tuńczyka w sosie własnym
  • duża garść pietruszki i czosnku niedźwiedziego (lub ew. szczypioru)
  • sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa/olej

Bakłażana pokroić wzdłuż w plastry, lekko posmarować oliwą/olejem, smażyć partiami na patelni grillowej (ew. na zwykłej) po ok. 2 minuty z każdej strony, ułożyć na dużym talerzu, posypać cebulą i ok. 1/3 zieleniny, lekko posolić i oprószyć pieprzem. Na warzywach rozłożyć równomiernie kaszę i osączonego z płynu tuńczyka oraz pozostałą zieleninę, całość doprawić oliwą lub ulubionym olejem (np. dobrym rzepakowym czy z lnianki/rydzyka) i - moim zdaniem dość hojnie - skropić cytryną. Odstawić na ok. 10-15 minut w temperaturze pokojowej, sprawdzić doprawienie, ew. skorygować przed podaniem.

Po drugie: zostałam obdarowana paroma kilo pomidorów. Miałam rozmrożone mięso małży. Miałam świeżą bazylię. Postanowiłam zrobić makaron pomidorowy, ale nieoczywisty (zdekonstruowany ;) - bo bez gotowania pomidorów. Lato na talerzu.

 

Składniki:

  • 200-250g mięsa małży
  • 2 ząbki czosnku
  • 4-5 średnich, dojrzałych pomidorów
  • mała garść bazylii
  • 200-225g makaronu penne
  • sól, pieprz, oliwa

Nastawić wodę na makaron. Pomidory umyć, naciąć od dołu na krzyż, sparzyć skórki wrzątkiem, obrać, pokroić w grubą kostkę, odstawić na bok. Na średniej patelni rozgrzać niewielką ilość oleju, przesmażyć zmiażdżony czosnek, dodać małże, chwilę przesmażyć, podlać lekko (ok. 2 łyżek) wodą (ew. białym winem, jeśli akurat jest pod ręką), doprawić solą i pieprzem, skręcić ogień na średni i dusić ok. 8 minut (a makaronu już powinien się w tym czasie gotować). Tuż przed odcedzeniem makaronu wysypać pomidory na sitko, by osączyć z soku (który oczywiście zostawiamy np. do wypicia). Makaron wymieszać z małżami, osączonymi pomidorami, porwaną bazylią, lekko doprawić solą, pieprzem i skropić delikatnie oliwą. Podawać od razu.

Tak, te świeże pomidory pewnie jeszcze puszczą sok, ale nikomu nie powiem, że wypiliście go z talerza...

poniedziałek, 06 maja 2013

Jako dziecko w londyńskiej szkole nie jadałam lunchu serwowanego w szkolnej stołówce, tylko siadałam razem z niewielką grupką innych uczniów, wyposażonych w lunch boxy (do tej pory pamiętam zapach kanapek i warzyw, np. rzodkiewek, wyciąganych z plastikowego pudełka z rączką). Stołówkowiczom zazdrościłam tylko jednego: deserów w szklanych pucharkach, ustawionych w piramidę na dużym stole. W większości przypadków była to galaretka z kleksem sztucznej bitej śmietany na środku. Nigdy żadnej nie zjadłam - bo zasady były surowe: lunch boxy nie jedzą tego, co stołówkowicze, i na odwrót - ale wciąż pamiętam, jak wyglądały.

W pogoni za utraconą galaretką ;) przypomniałam sobie o starej serii programu Nigella gryzie, tej na podstawie How to eat (z Nigellą młodą, ale w wersji wizualnie nieco zaniedbanej w stosunku do późniejszych odcinków ;) - a więc znów retro), w której pani Lawson przygotowywała galaretkę winno-rabarbarową, w dużej staroświeckiej foremce (retro po raz trzeci). Gdy zdobyłam na targu rabarbar, sięgnęłam po How to eat, przeczytałam przepis i trochę się zmartwiłam, bo muszkatu na stanie nie było. Powędrowałam jednak do barku, trochę poimprowizowałam i...

Galaretka rabarbarowa (2-4 porcje, w zależności od wielkości)

 Składniki:

  • 450g rabarbaru
  • 1 płaska szklanka* cukru
  • skórka i sok z 1/2 pomarańczy
  • 80ml słodkiego białego wina (np. muszkatu) LUB (polecam ;) rozcieńczony wodą miód pitny (2:1 miód - woda) z opcjonalną kroplą Cointreau
  • 4 listki żelatyny** lub 1 opakowanie (ok. 10g) żelatyny w proszku

* 240ml

** Użyłam listkowej, bo miałam w szafce, i faktycznie jest bardzo wygodna do użycia, Nigella jednak podaje także wariant dla żelatyny w proszku: patrz niżej.

Rabarbar umyć, odciąć końce, pokroić w kostkę, umieścić w naczyniu żaroodpornym, zasypać cukrem, dodać sok, skórkę pomarańczową i zalać ok. 1 szkl. wody. Piec pod przykryciem (np. z folii aluminiowej) przez godzinę w 190 st. Wystudzić. Odcedzić sok do miski, rabarbar odcisnąć, można lekko przetrzeć (choć wówczas galaretka będzie mniej klarowna); pozostałe puree można skonsumować od razu lub np. z dodatkiem jogurtu na śniadanie. Powstały sok wymieszać z alkoholem (chyba, że używacie żelatyny w proszku - patrz niżej), skosztować - ew. wzmocnić %, zawartość cukru, dodać trochę soku z pomarańczy.

Odlać odrobinę płynu (ok. 1 chochli) do rondelka i zagotować; w tym samym czasie namoczyć płatki żelatyny w zimnej wodzie, aż zmiękną. Żelatynę odcisnąć, dodać do zagotowanego płynu, dokładnie wymieszać. Przelać zawartość rondelka do pozostałego soku, ale nie przesadzać z energicznym mieszaniem, bo masa się zszumuje (aby być pewnym, że całość się dokładnie wymieszała, można przelać całość do rondelka i potem z powrotem do miski).

** W wariancie z proszkiem żelatynowym: wymieszać go z 1/2 alkoholu, odstawić na ok. 5 minut, podgrzać nad parą do czasu rozpuszczenia się żelatyny (ok. 1 minutę), wymieszać z sokiem rabarbarowym. Dolać pozostały alkohol, bardzo delikatnie wymieszać.

Przelać do szklanych misek/kieliszków, w których będziemy potem serwować, lub do lekko natłuszczonej foremki (uprzedzam, że do dekantowania z ceramicznej przyda się miska z ciepłą wodą i nieco cierpliwości - chyba jednak lepsze są foremki bardziej plastyczne lub np. silikonowe). Wystudzić w temperaturze pokojowej, potem schłodzić przynajmniej 6-8 godzin w lodówce. Podawać z jogurtem (koncepcja własna):

Do podania: jogurt miodowo-pomarańczowy

  • 3 kopiaste łyżki gęstego jogurtu (najlepiej prawdziwego greckiego lub ew. w stylu greckim)
  • łyżka miodu
  • sok z pomarańczy - ok. łyżeczki lub do smaku
  • większa szczypta startej skórki pomarańczowej

Wszystkie składniki wymieszać, skosztować, ew. lekko bardziej dosłodzić, rozrzedzić sokiem itd. Trzymać w lodówce do chwili podania.

Galaretka rasowo trzęsie się po nałożeniu na talerzyk, jest słodko-wytrawna w smaku, jogurt dobrze z nią współgra. Podczas konsumpcji na tarasie słychać było taki dialog: "Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam galaretkę". "No, ja też nie, zwłaszcza domową". "Powiedzmy sobie szczerze, domowej to nigdy wcześniej nie jedliśmy..." - chyba, że mięsną na Święta, można by dodać. Owocowe domowe mi się spodobały i planuję dalej praktykować (widzę taką z czerwonej porzeczki np.), ale w innych foremkach.

Ponieważ jednak sezon rabarbarowy musi zacząć się od wypieków, pozostałe ok. 400-450g rabarbaru zużyłam jako wierzch do placka drożdżowego z kruszonką wg metody 1:1:1 (cukier: mąka: masło + szczypta mielonej wanilii). Baza ciastowa była taka, jak do cynamonek (z 1/2 porcji) i sprawdziła się bardzo dobrze. Piekłam ok. 40 minut w 185 st. C (termoobieg), w foremce 20 x 20cm.

Całość w ramach:

| < Lipiec 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna