Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 07 kwietnia 2012

M mówi, że to smak jego dzieciństwa. Ja w tym okresie pischingera nie jadałam (paradoksalnie, bo to w końcu ja*, a nie mój mąż, pochodzę z Galicji!). Faktem jednak jest, że jeśli mam jeść wafelki, to jakaś czekolada czy kakao musi przy nich się znaleźć (jasnym - które nazywam andrutami - mówię nie, bo są dla mnie zbyt mdłe).

Przepis na poniższy deser jest mojej teściowej, wykonanie - małżonka. Uwaga: masa bazuje na kakao, bo w czasach, gdy byliśmy dziećmi, czekoladę się ceniło, jeśli oczywiście się ją w ogóle dostało, i na pewno nie stapiało na jakieś polewy ;). Uważam jednak, że bardzo dobrej jakości kakao zupełnie dobrze spełnia swoją rolę (i kolor przyznacie, że ma całkiem, całkiem). Z innych pozytywów - ponieważ wafle są gotowe, można potraktować ciasto jako awaryjny deser dla idiotów. Może niekoniecznie na Wielkanoc, ale może a nuż ktoś będzie miał taką świąteczną awarię ;)?

Składniki: paczka wafli (kształt dowolny, osobiście wolę okrągłe, choć teraz był kwadrat; ok. 5 listków), 250g masła, szklanka (240ml) cukru, 6 łyżek dobrego, ciemnego kakao, 1/2 szklanki (czyli 120ml) mleka

Masło stopić na małym ogniu, dodać cukier, mleko i stopniowo, pracując trzepaczką, dodawać przesiane kakao. Podgrzewać dalej na małym ogniu, często mieszając (najlepiej lekko roztrzepując), aż masa będzie gładka i lśniąca. Sprawdzić, czy masa nie ma grudek - jeśli tak i są duże, można je wyłowić (metoda M ;), druga opcja to przetarcie przez sitko. Ułożyć wafle np. na stolnicy lub desce, smarować gorącą masą, poza ostatnim listkiem, na które należy zostawić ok. 2-3 łyżek masy na później. Na górnym, "łysym" listku delikatnie położyć np. deskę do krojenia, by wafle obciążyć (nie obciążone zawiną się do góry), zostawić do ostudzenia i zastygnięcia (ok. 2-3 godzin wystarczy). Po tym czasie delikatnie podgrzać (można w kąpieli wodnej) pozostałą masę, posmarować górny wafel, zostawić całość do zastygnięcia. Przechowywać w chłodnym miejscu.

Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć wesołych (i smacznych) Świąt Wielkanocnych! Sama udaję się gotować żurek...

* M: "Nie Ty, a Twoi przodkowie".

wtorek, 03 kwietnia 2012

Na przekór jajom i żurkom nie będzie wielkanocnie, choć w jakimś sensie jest to nawiązanie do zeszłorocznych Świąt: wtedy zamieściłam poprzedni wpis z cyklu "ze starego zeszytu" (a o co właściwie chodzi, można przeczytać tu). Ostatnio bowiem, rozmyślając jak odtworzyć wątróbkę po tyrolsku, znów sięgnęłam po te stare niemieckie przepisy. Wątróbki nie znalazłam, rzuciły mi się natomiast w oczy klopsiki rybne (Fischbölle). To dobry przepis na wykorzystanie resztek rybnych i ziemniaczanych. Irma sugerowała, by podać je z sosem kaparowym lub grzybowym. Ten pierwszy mi się spodobał, jako kojarzący się (przynajmniej mnie) z kuchnią retro. W zeszycie przepisu nie znalazłam, sugerowałam się zatem znalezionym w sieci, ale dość luźno podeszłam do oryginału.

Składniki (dla 2 osób):

Klopsiki: 500g ugotowanej/upieczonej ryby o białym mięsie*, 1 średni ugotowany/upieczony ziemniak (ok. 80g), 1 mała cebula/szalotka, 0,5-1 łyżka bułki tartej (i dodatkowa do panierki), ok. łyżki posiekanego koperku lub natki pietruszki, 1 jajo, sól, pieprz, olej do smażenia

Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Rybę rozdrobnić, upewnić się, że nie ma ości. Ziemniaka rozgnieść na puree, wymieszać z rybą, dodać cebulę. Wymieszać z jajem, bułką tartą, zieleniną. Jeśli masa będzie zbyt mokra, dodać trochę więcej bułki. Doprawić do smaku solą i pieprzem (raczej solidnie). Opcjonalnie można uformować kulki (u mnie z grubsza wielkości piłki ping-pongowej) i schłodzić je ok. 10-20 minut w lodówce; można też z marszu formować, obtaczać w bułce tartej i smażyć partiami na złoto. Podawać z sosem kaparowym.

* Można ew. pomieszać rybę gotowaną z np. wędzoną, tylko wówczas uważać z dosalaniem [i jest to to już pomysł mój, nie z zeszytu].

Sos: 2 łyżki masła, 2 łyżeczki kaparów z zalewy (osączonych), ok. 3 łyżek posiekanego koperku (opcjonalnie można zastąpić natką, jeśli użyliśmy jej do klopsików), łyżeczka musztardy

Masło stopić na średnim ogniu, dodać kapary (jeśli duże, można z grubsza posiekać, w przeciwnym razie po prostu lekko rozgnieść mieszając sos), koperek i musztardę. Dokładnie wymieszać i podgrzewać, aż składniki się połączą. Sprawdzić, czy sos nie jest zbyt kwaśny - opcjonalnie można delikatnie zabielić mlekiem (ok. łyżki), dolewając je powoli, stale mieszając. Podawać na ciepło.

I to tyle. Żadne wielkie rzeczy, ale sympatyczne danie. Nadprogramowe klopsy rybne dobrze smakują także na zimno, np. na chlebie.

Na deser, już tradycyjnie, zdjęcie babci Łucji, tym razem we wrocławskim Parku Szczytnickim (w roku 1935).

czwartek, 29 marca 2012

Zbliża się Wielkanoc, wszędzie wokół na blogach a to majonez, a to baby, a to jaja ;). O tych ostatnich właśnie chciałam napisać. Wiecie, że do tej zimy (śniadanie w Esencji, o którym pisałam) nie jadłam nigdy jaj w kokilkach? W minioną niedzielę (kiedy to jadamy bardziej fikuśne śniadania) postanowiłam zrobić własną wersję. Okazało się, że to niewiele trudniejsze od jajecznicy, a możliwości - a nadzienie, doprawienie - mnóstwo. Właściwie można do kokilek wsadzić cokolwiek, co nam podpowiada wyobraźnia, wyczucie smaku i zawartość lodówki ;). U mnie to było tak...

Składniki (na 2 porcje): masło do wysmarowania kokilek, olej/oliwa, 1 czerwona/żółta papryka, 1/2 cebuli, ulubione suszone/świeże zioła, sól, pieprz, szczypta słodkiej papryki (wędzonej lub nie), 2 łyżki śmietany (u mnie 18%), parmezan, 2 duże, szczęśliwe jaja

Drobno pokrojoną cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać drobno posiekaną paprykę, wymieszać, oprószyć ulubionymi ziołami (tymianek np. się nada), doprawić solą, pieprzem, słodką papryką. Smażyć 8-10 minut na średnim ogniu, aż papryka lekko zmięknie, na koniec sprawdzić doprawienie - powinno być wyraziste; w tym czasie nastawić piekarnik na 200 st. C. (termoobieg), wysmarować kokilki masłem. Na dno każdej miski wyłożyć łyżkę śmietany. Równo rozłożyć farsz między kokilki, posypać niewielką ilością świeżo startego parmezanu (lub podobnego sera). Na wierzch wbić po jajku (uważać, by się nie rozkłóciło, choć jeśli to nastąpi, i tak śniadanie będzie jadalne). Piec w kąpieli wodnej* 8-10 minut (aż jajo się zetnie). Podawać od razu, można posypać dodatkowym serem.

* Włożyć kokilki do brytfanny/głębszej blaszki i nalać wrzątku do ok. 1/2 wysokości naczyń.

wtorek, 27 marca 2012



Gdybyście kiedyś zastanawiali się, jak wyglądały restauracje mieszczańskie na terenie Austro-Węgier 100 lat temu, przejeżdżając przez Krainę Salzburską, wybierzcie się do Hotelu Austria (widocznego na powyższym zdjęciu) w Bad Hofgastein. Odwiedziliśmy ten lokal podczas ostatniego pobytu na nartach i sądzę, że jeszcze tam wrócimy, bo mam słabość do miejsc, w których czas się zatrzymał.

Na knajpę składają się dwie niewielkie sale, w tym jedna przejściowa, wąska i długa, ze stolikami ustawionymi jeden za drugim, trochę jak w wagonie restauracyjnym; pośrodku znajduje się otwarte wejście do kuchni, tuż obok wielkiego pieca kaflowego. Wysłużone sprzęty nie całkiem do siebie pasują; światło jest przytłumione, podłoga wytarta, obsługa w wieku 55+. Nie bardzo można mówić o jakimś wystroju wnętrza - miałam wrażenie, że tak, jak je funkcjonalnie wyposażono w poprzednim wieku, tak już zostało. Jak na warunki austriackie i standardową ilość gemütlich bibelotów na metr kwadratowy, o czym kiedyś pisałam, jest wręcz minimalistycznie. Rozglądając się wokół znad szklanki piwa, powiedziałam M, że czuję się trochę tak, jakbyśmy trafili na plan Białej wstążki (poniżej kadr z filmu). Mąż się ze mną zgodził, ale nerwowo rozejrzał się dookoła (czy za stołem nie czają się jakieś posępne dzieci...).

Karta dań jest relatywnie krótka i prosta. Klasyki kuchni austriackiej, ale nie w wydaniu biesiadnym - jest np. sznycel, ale cielęcy, nie wieprzowy, i nie wylewa się z talerza razem z kopcem ziemniaków czy kapusty (innymi słowy, porcje są standardowe); są smaczne zupy (marchwiowa, klasyczna czosnkowa), parę prostych deserów. Poza piwem duży wybór win austriackich.

Jako główne danie skosztowałam Tiroler Leber, z którym wcześniej się nie spotkałam, i bardzo przypadło mi do gustu. Wątróbka cielęca, czyli owa Leber, w ogóle nie smakuje jak wątróbka - w gruncie rzeczy jest to wątróbka zamordowana, tj. mocno wysmażona, pokrojona na cienkie paski i, po zmieszaniu z innymi składnikami, zmieniona nie do poznania. W mojej wersji dania nie byłam w stanie się przemóc, by aż tak ją zakamuflować, pozostałe składniki są jednak takie, jak w "Austrii". Warto dodać, że wygląda na to, że wersja restauracyjna dania jest mało ortodoksyjna - szukając przepisów online nigdzie nie znalazłam papryki, która na 100% obok wątroby i cebuli w tamtym Tiroler Leber była (czyżby wpływy węgierskie?). Często też w przepisach sos był zagęszczany/bazował na zasmażce, a ten, który jadłam, był naturalny. Oto odtworzony przepis, zdaniem M - oddający bardzo podobny smak:



Składniki:

  • ok. 0,45g wątroby cielęcej
  • maka, olej do smażenia
  • 1 średnia cebula, pokrojona w pióra
  • parę łyżek (4-5) czerwonego wytrawnego wina
  • 1 czerwona papryka
  • suszony cząber/tymiankiem
  • sól, pieprz
  • słodka wędzona papryka
  • ocet z czerwonego wina

Wątróbkę umyć, dokładnie osuszyć, pokroić na paski ok. 1,5 cm, obtoczyć lekko w mące, przesmażyć na oleju (np. w rondlu lub głębokiej patelni) po obu stronach (tyle, by zrumienić - u mnie - lub mocniej, jeśli chcecie, by wątroba miała jak najmniej cech wątróbki ;), wyłowić z naczynia, odłożyć na bok. Do rondla dorzucić cebulę, chwilę przesmażyć, lekko podlać winem (ok. 2 łyżek), dodać paprykę pokrojoną w kostkę. Podsypać cząbrem/tymiankiem, dodać szczyptę papryki wędzonej, sól/pieprz, dusić na średnim ogniu pod częściowym przykryciem. Po około 10 minutach wątróbkę rozdrobnić na mniejsze paski (jak drobne, zależy od Was, ja każdy przekroiłam na 1-2 części) i dorzucić z powrotem do warzyw, podlać pozostałym winem i bardzo lekko skropić octem z czerwonego wina, dalej dusić na małym ogniu ok. 10-15 minut, pod koniec odkryć. Sprawdzić doprawienie. Podawać ze spaetzlami i słodko-kwaśną surówką (np. tą Edyty).

PS. Jednocześnie chciałam poinformować, że sól wędzoną wygrała Kini1812 z blogu Yummy Lifestyle. Nie mogłam się zdecydować na wybór jednej odpowiedzi i zdecydowałam się na losowanie (maszyną losującą był M ;). Kini - gratuluję!

czwartek, 22 marca 2012



Gdy myślicie "sernik", ew. "sernik polski" lub "sernik tradycyjny", jaki obraz staje Wam przed oczyma? Ja widzę sernik z kratką, tak zwany krakowski. Ser jest zwarty i lekko żółty (ach, te jaja), hojnie nafaszerowany rodzynkami, kratka polukrowana. A, wypiek stoi na pralce w kuchni mojej Babci, gotowy do podania na stół świąteczny (a Babcia narzeka, że znowu nie wyszedł...).

Z sernikami nie-babcinymi byłam na bakier, zwłaszcza od popularyzacji gotowych serów mielonych (którym mówię stanowcze NIE), i w efekcie jedyne wypieki serowe, jakich kosztowałam, to cheesecake (z zasady robiony na innym serze sernik londyński w wielu odsłonach lub ew. nowojorski w wydaniu koleżanki E.) bądź sernik królewski autorstwa M, na niemielonym twarogu. Sernik krakowski od wielu lat - od kiedy nie ma babcinego - omijałam szerokim łukiem. Okazało się jednak, że można przywołać smak wypieku z dzieciństwa - stosując metodę z królewskiego, używając normalnego sera. I tak oto mam nowy ulubiony wypiek ;)

Przepis pochodzi z bloga Dorotuś, jednak u nas parę zmian: przede wszystkim, twaróg tłusty w kostkach, niemielony; cukier puder i skórka pomarańczowa do sera; brak lukru na kratce (tak, ten Babci go miał, ja jednak lukru nie kocham, a sernik jest i tak dość słodki).

Składniki na kruche ciasto:

  •     250 g mąki
  •     100 g cukru pudru
  •     125 g masła
  •     8 g cukru waniliowego
  •     1 jajo



Wszystkie składniki połączyć razem, szybko zagnieść ciasto, wstawić do lodówki na co najmniej godzinę czasu. Z ciasta odkroić 1/3, odłożyć z powrotem do lodówki. Pozostałe ciasto rozwałkować na bardzo cienki placek, wyłożyć nim dno formy o wymiarach ok. 35 x 25 cm, ponakłuwać widelcem. Podpiec w temperaturze 170°C przez 15 minut.

Składniki na masę serową:

  •     1 kg twarogu (półtłusty, tłusty)
  •     8 jaj
  •     100 g miękkiego masła
  •     250 g cukru pudru
  •     3 łyżki cukru waniliowego
  •     3 łyżki mąki ziemniaczanej
  •     100 g rodzynek
  •     ok. 3 łyżek skórki pomarańczowej (kandyzowanej)
  •     ulubiony aromat - u nas kapka wanilii
  •     żółtko/jajo/mleko do posmarowania pasków, roztrzepane

Twaróg wkruszyć do miski (lub, jeśli ktoś musi/lubi/chce, zemleć). Masło, 200 g cukru i cukier waniliowy utrzeć w osobnym naczyniu na krem. Ucierając, dodawać po 1 żółtku i części twarogu. Ucierać, aż składniki się połączą i masa będzie puszysta. Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodając pozostałe 50 g cukru. Pianę wmieszać do masy serowej razem z mąką ziemniaczaną i rodzynkami oraz skórką. Można dodać ulubiony aromat.

Podpieczony spód wyjąć z piekarnika. Wyłożyć na niego masę serową. Ciasto pozostałe w lodówce cienko rozwałkować i radełkiem (lub nożem...) wykroić paski o szerokości 1 cm. Z pasków ułożyć na serniku kratkę, posmarować ją żółtkiem/jajem/mlekiem.

Piec około 60 minut w temperaturze 170°C (termoobieg).

Jeśli ktoś bardzo chce - może po wystudzeniu kratkę polukrować :).

Polecam! I podczepiam pod akcję wielkanocną:



PS. Przypominam, że wciąż trwa konkurs :)

sobota, 17 marca 2012

Niedawno zgadałam się z wirtualną znajomą, Edytą (której zawdzięczam przepis na surówkę) na temat dżodżenu - stosowanej w kuchni bułgarskiej, bardzo aromatycznej odmianie mięty (konkretnie to tzw. mięta kędzierzawa). Niedługo później otrzymałam mocno pachnącą (i przed otwarciem!) kopertę. Gdy napisałam do Edyty, by mi przypomniała, co z tym fantem się robi, wymieniła zupę fasolową, i to też ugotowałam, kierując się własnym widzimisię ;)

Składniki:

  • 200g fasoli (raczej białej, ja miałam ok. 50g czarnej - która zabarwiła zupę na ciemniejszy kolor)
  • ok. 1,5 litra wody,
  • 2 liście laurowe
  • parę plastrów pora,
  • 1 mała pietruszka,
  • 2 małe marchewki,
  • lubczyk,
  • szczypta cząbru,
  • 1 cebula
  • parę plasterków boczku,
  • pomidory - przecier 500ml lub 1 puszka 400g,
  • szczypta chilli,
  • szczypta słodkiej papryki (u mnie wędzona)
  • sól, pieprz
  • (opcjonalnie) szczypta czubrycy/dodatkowa szczypta cząbru,
  • dżodżen (mięta kędzierzawa; ew. inna aromatyczna odmiana mięty w formie suszu)

Fasolę opłukać, zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, zalać świeżą wodą (ok. 1,5 litra), dodać liście laurowa, pora, jarzyny w kostkę, lubczyk suszony lub świeży (ok. łyżki), ciut cząbru, zagotować, gotować na średnim ogniu, częściowo tylko przykryte, aż fasola zmięknie (ok. godziny lub dłużej). Nie solić na początku, by nie była twarda. W razie konieczności podlać dodatkowo wodą. Osobno podgrzać na średnim ogniu boczek pokrojony w kostkę (w wersji wege można pominąć, użyć oleju), gdy wytopi się z niego tłuszcz, podkręcić ogień, gdy boczek zacznie się rumienić, dodać cebulę pokrojoną w kostkę, zeszklić. Dodać pomidory, przyprawy (poza dżodżenem), gotować kilka minut, aż sos się zagęści. Dorzucić do fasoli, wymieszać, sprawdzić doprawienie (najprawdopodobniej będzie potrzebna dodatkowa sól i pieprz), zagotować, skręcić ogień na mały/średni, dodać dżodżen (u mnie ok. łyżeczki), gotować jeszcze ok. 15 minut. Podawać np. z pieczywem/grzankami.

 UWAGA! KONKURS!

Mam do oddania jedno opakowanie wędzonej soli Maldon; jest to produkt trudno dostępny (lub w ogóle niedostępny) w Polsce, a bardzo przez miłośników jedzenia ceniony. Są tacy, co dodają ją do wszystkiego ;) (mogłaby spokojnie zostać dodana do powyższej zupy, choć ja jednak wolę jej używać "na surowo"). Chętnie dowiem się, jak Wy byście ją wykorzystali. Wśród osób, które wypowiedzą się na temat zastosowania soli wędzonej w komentarzach pod tym wpisem (lub na stronie fanów Coś niecoś na Facebooku), wylosuję zwycięzcę, który otrzyma nagrodę (mogę wysłać w dowolne miejsce). Na odpowiedzi czekam przez tydzień, do 24.03 włącznie :)

wtorek, 13 marca 2012

Nigdy do tej pory nie przyjmowałam produktów do testowania na cele bloga - zrobiłam wyjątek dopiero dla paru mąk z Gdańskich Młynów. Ponieważ w paczce znalazłam m.in. mąkę orkiszową pełnoziarnistą, postanowiłam zmodyfikować często wykonywany przeze mnie przepis na chleb pszenny łatwy i upiec bułeczki 100% orkiszowe, z dodatkiem ziarna słonecznika. Wyszły przyjemnie wilgotne, bardzo dziurzaste i smaczne. Z wyglądu - małe, ciemne ciabatty ;)

Składniki:

  • 400g mąki orkiszowej jasnej (u mnie typ 700)
  • 100g mąki orkiszowej razowej/pełnoziarnistej (typ 1850)
  • 2g drożdży instant (lub ok. 6g świeżych, pokruszonych)
  • 150g zakwasu żytniego, aktywnego
  • 280g letniej wody
  • ziarno słonecznika (ok. 4-5 łyżek) (można pominąć)
  • 1,5 łyżeczki soli

Wszystkie składniki łączymy, najlepiej przy pomocy miksera. Ciasto powinno być dosyć gęste. Przykrywamy ściereczką/folią i odstawiamy na 2,5-3 h (czysto orkiszowe ciasto rośnie wolniej; można 1-2 razy złożyć w trakcie wyrastania). Następnie formujemy bułeczki (ja po prostu podzieliłam ciasto na 3 wałki i odcinałam łopatką z grubsza równe porcje). Posypujemy mąką. Odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 60 minut. Piekarnik z kamieniem nagrzewamy do temp. 220 st C i pieczemy bułeczki z parą, mniej więcej 20 minut.

Polecam :)

niedziela, 11 marca 2012

Jak już wyznawałam, lubię książki z podróżami i kulinariami w tle. W ciągu ostatnich paru tygodni przeczytałam dwie z nich - The Olive Farm (wyd. polskie: Oliwkowa ferma) Carol Drinkwater oraz Gaumardżos! Anny i Marcina Mellerów. Ta pierwsza - na minus, druga -  na plus.

Najpierw te złe wiadomości, czyli powieść Drinkwater: ok. 20 lat temu autorka kupiła zrujnowany dom i ziemię z zapuszczonym gajem oliwnym niedaleko Cannes; książka jest zapisem jej stopniowych przenosin do Appassionaty, zmagań z remontem, roślinnością i życiem miłosnym/rodzinnym. Podobne książki zostały napisane przez Petera Mayle'a (sympatyczne lektury wakacyjne), Ferenca Mate (w moim odczuciu - za dużo architektury wnętrz, za mało kulinariów ;) czy Frances Mayes. Być może fani tej ostatniej autorki (do których nie należę) zachwycą się Oliwkową fermą, mnie jednak styl Carol Drinkwater wydawał się, podobnie jak w przypadku autorki Pod słońcem Toskanii, zbyt pretensjonalny. Podobnie jak u Mayes, problem pojawia się nie wtedy, gdy relacjonuje sprawy codzienne, ale gdy próbuje w poetycki sposób opisać otaczające ją krajobrazy lub podzielić się z czytelnikami swoimi uczuciami np. do partnera. Ponadto im dalej, tym mniejszą sympatię czułam do osoby zachowującej się w sposób tak irracjonalny i nieodpowiedzialny, jak autorka; po historii z psem, którego spontanicznie przygarnęła ze schroniska (i który do niego wrócił), prawie przerwałam lekturę; parskałam z irytacji także przy "akcji szambo" - w zamierzeniu chyba humorystycznej - oraz przy historii wyboru wytłaczarni oliwy (a wybór był typu "bo tak!"). Gdy wreszcie odłożyłam książkę, chcąc nie chcąc przypomniałam sobie różne kawały o blondynkach i kobietach ogólnie, bazujące na różnych stereotypach. Merytorycznie jeśli chodzi o kulinaria: są w tle, ale niezbyt ich wiele; najciekawsze wydały mi się opisy wspomnianych wyżej wytłaczarni.

A teraz dobre informacje: produkt rodzimy, czyli książka o Gruzji, w której (jeszcze) nigdy nie byłam, a chciałabym pojechać od kiedy obejrzałam kilkanaście lat temu film Zakochany kucharz. Gaumardżos! znalazłam pod choinką i choć byłam sceptycznie nastawiona do książki sygnowanej nazwiskiem dziennikarza, za którym do tej pory nie przepadałam, już pobieżne oględziny przy stole wigilijnym wypadły pomyślnie. Okazało się, że zarówno Marcin Meller, jak i jego żona (na początku byłam zaskoczona zmianą płci narratora z rozdziału na rozdział, bo nie są sygnowane imieniem, potem się przyzwyczaiłam), piszą w sposób przystępny, dowcipny i ciekawy - lektura łatwo i szybko "wciąga". Oczywiście, przedstawiony obraz Gruzji jest zapewne subiektywny, ale poziom pretensjonalności jest bardzo niski lub zerowy ;); jest także tzw. rys historyczny (w tym historia najnowsza czy sprawa porwanego lotu 6833 do Batumi, o której nigdy wcześniej nie słyszałam) oraz - tak, tak - cały rozdział poświęcony kulinariom. Nie ulega wątpliwości, że podróż do tego kraju byłaby bardzo smaczna (choć niepokoi mnie to, jak bardzo zakrapiana). Dużą zaletą jest także to, że większość zdjęć opublikowanych w książce została wykonana przez autorów.

Z kuchnią gruzińską niestety niewiele miałam do tej pory do czynienia (jeśli pominąć fast-food podczas pobytu w Krakowie jakiś czas temu). Chociaż bardzo chciałabym upiec kiedyś nie fast-foodowe serowe chaczapuri, brak właściwego sera - suluguni - mnie zniechęca (choć czytałam, że można spróbować zmieszać kilka różnych gatunków dostępnych u nas, np. mozarellę i fetę). Chciałam jednak, by wzmiankę o polecanej lekturze ilustrował przepis "stamtąd" - i oto jest puree buraczane, albo inaczej charkhlis mkhali (pkhali).

Przepis zasadniczo pochodzi z książki Roast figs, sugar snow Diany Henry, ale wujek Google pokazał mi wiele podobnych wersji (choćby w A Georgian Feast Darry Goldstein - skąd wzięłam cząber - czy w Feast Nigelli Lawson). Wszędzie są buraki, orzechy włoskie, czosnek, zielona pietruszka i niestety świeża kolendra, z której musiałam zrezygnować (w związku z brakiem na stanie), ale lepiej, by była w składzie. Powstałe puree może stanowić świetną przekąskę/zakąskę, np. jako dodatek do chleba czy dip.

Składniki (ja robiłam z 1/2 porcji, uzyskując 1 miseczkę puree): 350g upieczonego (u mnie)/ugotowanego lub surowego buraka, 75g orzechów włoskich, 1/2 łyżeczki soli, 3 ząbki czosnku, 2 1/2 łyżki świeżej pietruszki, jw. świeżej kolendry, 1/2 łyżeczki mielonej kolendry, szczypta suszonego cząbru, 2 łyżeczki octu z czerwonego wina, 1/2 łyżki oliwy, pieprz do smaku

W moździerzu (u mnie) lub w malakserze utłuc orzechy z solą i czosnkiem na jednolitą pastę. Dodać zioła, dalej ucierać. Buraka zetrzeć na tarce o grubych okach, zmieszać z pastą orzechowo-ziołową, dodać pozostałe składniki, wymieszać dokładnie, sprawdzić doprawienie. W moim odczuciu smaczniejsze po kilkugodzinnym schłodzeniu w lodówce lub następnego dnia.

środa, 07 marca 2012



"Lekkie curry" może brzmi paradoksalnie, bo curry takie, jak można zjeść w restauracji indyjskiej, bazujące na dużej ilości ghee, lekkie nie jest (ba, niektóre zaklejają nawet po dwóch łyżkach ;). To jednak nic innego jak to samo, ale lekko odchudzone, pod gust i żołądek cudzoziemskiego (najczęściej zachodniego) odbiorcy. Takie są dania np. proponowane przez Madhur Jaffrey, z której Indian Cookery często korzystam, i takie kreatywne potrawy indyjskie tworzyłam z przyjaciółką Madzią nie raz i nie dwa. Poniższa ciecierzyca pozostaje w tym duchu, także jeśli chodzi o kreatywność ;) i świetnie rozgrzewa, gdy w ciągu dnia słońce, wiosna niby się zbliża, ale temperatury pozostają ujemne. Poszłam na łatwiznę dla białasów i poza przyprawami jednorodnymi dodałam zamiast chilli - gotową pastę Madras, ale można oczywiście dodać ostrą paprykę świeżą lub w proszku.

Składniki: 1 szklanka ciecierzycy, 1/2 włoszczyzny (tzn. mały por, 2 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, całość pokrojona w kostkę poza porem), lubczyk suszony lub świeży, parę liści curry (idealnie: świeżych), olej, po 3/4 łyżeczki: czarnej gorczycy, kuminu, kopru włoskiego, kurkumy, mielonej kolendry (opcjonalnie) i łagodnego curry, 1 cebula, 500ml przecieru pomidorowego, łyżka ostrej pasty tandoori, vindaloo lub podobnej (ew. ostra papryka w proszku - od 1/4 łyżeczki wzwyż - lub posiekana drobno papryczka chilli), szczypta soli

Ciecierzycę opłukać, zalać zimną wodą, odstawić na noc. Następnego dnia zlać wodę z moczenia, zalać na nowo wodą (tyle, by przykryć), dodać jarzyny, parę liści lubczyku oraz liście curry, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 1h (sprawdzać co jakiś czas, czy wody nie jest za mało, ew. dolać). Osobno na patelni rozgrzać niewielką ilość łagodnego oleju/oliwy i dodać całe przyprawy (kumin, gorczycę, koper) - gdy zaczną pękać, dodać przyprawy mielone, przesmażyć. Do powstałej masali dodać cebulę w piórkach lub drobno posiekaną, przesmażyć, dodać ostrą pastę (lub chilli, lub papryczkę), wymieszać, dodać pomidory. Gotować kilka minut na mocnym ogniu, aż lekko zgęstnieje, dodać do ciecierzycy (z której wyłowić wcześniej pora). Lekko posolić, gotować ok. 8-10 minut pod przykryciem, ok. 20-30 minut odkryte. Podawać np. z ryżem i w idealnym świecie - posypane lekko kolendrą.



czwartek, 01 marca 2012

To będzie bardzo krótki wpis ;). Niedawno podczas awarii lodówki (a właściwie po jej śmierci) odkryłam zamrożone złoża białkowe. Ich ilość nieco mnie przytłoczyła: konieczna była mała czystka i przy okazji stworzenie nowego ciasta na bazie pieguska, świetnego przepisu do zużycia dużej ilości białek.



Otóż - w myśl "potrzeba matką wynalazków" - mak z oryginału zastąpiłam dwoma startymi marchewkami. W ramach bakalii dałam wymieszane rodzynki i suszoną żurawinę, bez namaczania. Wanilię pominęłam, zamiast tego dałam ok. 1/4 łyżeczki przyprawy do piernika. Reszta bez zmian. Piekłam w jednej długiej keksówce, ok. godziny w 200 st. w termoobiegu, po wystudzeniu ciasto lekko polukrowałam.



M oznajmił, że jest lepsze od makowego pieguska, a ja się zastanowiłam, czy w ogóle należałoby ten wypiek nazywać pieguskiem, skoro mak wyleciał ze składu (propozycję M, by uznać, że to ciasto z trądzikiem, odrzuciłam od razu)? Jakieś pomysły :)?

PS. Inne pomysły na zużycie białek omówiłam TU.

| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna