Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 18 maja 2014

Nie wiem, jak to się stało, ale nie robiłam jeszcze nigdy tarty ze szparagami. Gdy sobie to uświadomiłam, tartę musiałam zrobić - w miarę możliwości - natychmiast. Chciałam, by była możliwie prosta, co się udało. Tym samym użyłam (pierwszy raz) "pamiątki z Brugii", tj. prostokątnej foremki z wyjmowanym dnem, i nie wiem teraz, jak mogłam piec na takiej standardowej... :). Produkt końcowy został uznany za udany, bo pochwalony przez M, który nie jest "urodzonym tartożercą".

Składniki:

  • porcja ulubionego ciasta kruchego (u mnie maślankowe) ze 120-130g mąki
  • pęczek szparagów
  • parę listków świeżej szałwii
  • sos: 100g śmietany (18%), 1 jajo, mała garść startego parmezanu (ew. pecorino, grana padano, Bursztynu - bez znaczenia), ok. 2 łyżek pokruszonej fety (lub sera fetopodobnego)
  • sól, pieprz

Z ciastem postąpić klasycznie: wyrobić, schłodzić, rozwałkować, wyłożyć foremkę (moja 36 x 13cm; nadałaby się także okrągła ok. 24cm), schłodzić, podpiec z obciążeniem (ok. 12 minut w 190 st.) i bez obciążenia (ok. 10 minut).

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce. Ułożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, lekko oprószyć solą, rozrzucić na wierzchu liście szałwii. Składniki sosu roztrzepać, doprawić do smaku (z solą ostrożnie, bo feta i parmezan są też słone), rozłożyć równomiernie na szparagach. Piec 20 minut w 190 st. Jeść na ciepło lub po przestudzeniu.

Z innych zielonych (szparagowych) inspiracji: gęsta zupa pomidorowa (z dodatkiem jaglanki), posypana kawałkami upieczonych zielonych szparagów i liści bazylii. Czemu nie ;)?

 

czwartek, 15 maja 2014

Wygląda na to, że aura wiosenna sprawia, że sięgam po inspiracje z Jerusalem (jeśli spojrzeć, kiedy przygotowałam "kolację prawie jak w Jerozolimie"), choć tak naprawdę zaczęło się od paru ekologicznych cytryn (sztuk 3), które chciałam sensownie wykorzystać. Przypomniałam sobie, że Ottolenghi poza cytrynami "szybkimi" proponował przepis na takie dłużej dojrzewające. Swoich kosztowałam po ok. 5 tygodniach, przyjmuje się, że minimum to 4 tygodnie odstawienia. Podaję jak robiłam, tj. proporcje na 3 cytryny.

Marynowane cytryny (dojrzewające)

Składniki:

  • 3 cytryny (eko lub ew. sparzone wrzątkiem i osuszone)
  • 3 łyżki soli
  • gałązka rozmarynu (ew. kilka świeżych liści laurowych)
  • 1 mała papryczka chilli
  • sok z 3 dodatkowych cytryn
  • oliwa

Zacząć od znalezienia odpowiednio szerokiego/pojemnego słoja: miałam standardowy 1 litrowy i choć się nadaje, musiałam cytryny dość mocno ścisnąć/nieco mocniej naciąć. Słoik ma być umyty, wyparzony, osuszony.

Cytryny umyć (opcjonalnie sparzyć), naciąć głęboko na krzyż. Każdą cytrynę nafaszerować łyżką soli, upchnąć ciasno w słoju, zakręcić pokrywkę i odstawić na tydzień (najlepiej w miejscu typu piwnica).

Po tym czasie odkryć słoik i zgnieść cytryny, by wycisnąć z nich możliwie dużo soku Dodać pozostałe składniki (oliwy tyle, ile potrzeba, by zakryć owoce - jest to konieczne, by uniknąć pleśni) i odstawić na co najmniej 4 tygodnie.

Z czym to jeść? Z najróżniejszymi daniami bliskowschodnimi, jak poniższe sofrito; jako dodatek do sałatek, np. posiekana ćwiartka takiej cytryny świetnie pasuje do surówki z buraków; jako dodatek do kanapek, na zasadzie innych marynat. Same cytryny, jedzone solo, nie zachwycają, ale w połączeniu z innymi składnikami - nabierają walorów i, że tak to ujmę, wciągają. Uwaga: wersja szybka była mocno czosnkowa i ogólnie bardziej aromatyczna, mocniejsza w smaku. Te są subtelniejsze, ale jeśli ktoś lubi kwaśne/słone dodatki (a w kraju kwaszonek i kiszonek chyba o to nietrudno ;), polecam.

W temacie tego sofrito... W kuchni Izraela oznacza to specyficzny rodzaj smażenia, czy też właściwie duszenia. Podczas jedzenia skomentowałam, że "nie wiedziałam, że moja Mama znała kuchnię sefardyjską", bo takiego kurczaka duszonego w małej ilości płynu, aż mięso samo odchodzi od kości, znam bardzo dobrze z domu - choć może ciut inaczej doprawionego. U Ottlolenghiego danie było przyrządzane z całego zluzowanego kurczaka, u mnie z 2 (sporych) udek.

Sofrito z kurczaka

Składniki (2 porcje):

  • 2 uda kurczaka
  • ok. łyżki oleju + dodatkowy olej do smażenia
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki (najlepiej wędzonej)
  • 1/8 łyżeczki (lub hojna szczypta) kurkumy
  • jw. cukru
  • pełna łyżka soku z cytryny
  • 1 mała cebula, obrana, podzielona na ćwiartki
  • 12 ząbków czosnku
  • ok. 400g ziemniaków, umytych/obranych, pokrojonych w większą kostkę
  • sól, pieprz

W solidnym rondlu/garnku żeliwnym zrumienić kurczaka na łyżce rozgrzanego oleju. Doprawić papryką, kurkumą, cukrem, szczyptą soli, świeżo zmielonym pieprzem (hojnie) i sokiem z cytryny. Lekko podlać wodą. Skręcić ogień na mały, dodać cebulę, garnek przykryć i dusić łącznie ok. 1,5h. Co jakiś czas mieszać i ew. dolewać wody, gdyby mięso zaczęło przywierać do dna.

W około 1/2 czasu duszenia kurczaka usmażyć ząbki czosnku i ziemniaki. Wg Ottolenghiego należało to zrobić na (stosunkowo) głębokim tłuszczu; ja usmażyłam standardowo. Niezależnie od metody a zależnie od wielkości patelni, trzeba to ew. zrobić na raty; ziemniaki mają się lekko zezłocić i pozostać chrupkie. Osączyć na ręczniku papierowym, posolić. Dodać do kurczaka, któremu pozostało wówczas ok. 30 minut do końca czasu duszenia.

Gotowe danie będzie składało się z miękkiego, odchodzącego od kości mięsa drobiowego i ziemniaków nasączonych sokiem z duszenia. Podawać z dodatkiem czegoś zielonego i skropione sokiem z cytryny lub - polecam! - z dodatkiem powyższych marynowanych cytryn ;) w dowolnej postaci (posiekane, w plastrach, w całości, jak chcecie).

niedziela, 11 maja 2014

Po czterech latach wróciłam do Brugii, sprawdzić, czy w oknie wciąż siedzi pies Fidel, łabędzie pływają kanałami a wieżę wreszcie można zwiedzać. Odpowiedź (jak częściowo widać na powyższym zdjęciu) to trzy x tak ;).

W ciągu 2 dni wróciłam do miejsc, które wcześniej zdobyły moje serce, typu ulubione zaułki, beginaż i Dille & Kamille ;). W tym ostatnim kulinarnym raju nie obyło się bez konkretnych zakupów, typu - wreszcie! - prostokątna tartownica w wyjmowanym dnem (i dopytywania się ekspedientki o plany otwarcia sklepu internetowego na większą skalę: obecny wysyła towary tylko do krajów ościennych).

Wdrapałam się w końcu na wieżę z dzwonnicą, tak kluczową dla filmu Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i odkryłam, że przynajmniej jedna scena byłaby w rzeczywistości niemożliwa oraz Ralph Fiennes i Brendan Gleeson musieli się trochę namęczyć... Zainteresowanych odsyłam do filmu a potem na wieżę ;) (poniżej na prawo widok na ww. z okna pensjonatu).

Okna i rowery, jak widać, wciąż mają się dobrze.

W temacie spożywczym tym razem jakoś ominęłam czekoladki, do piwa zaś podeszłam bardziej ostrożnie, bo już wiem, że nie wszystkie belgijskie piwa mi smakują (zostawiłam wszystkie ciemne, dubbel i tripel do kosztowania Tacie, był to bowiem wyjazd rodzinny). Niestety, nigdy nie podano ich w tak ładnych butelkach, jak te zabytkowe z lokalnego browaru (który zwiedzaliśmy 4 lata temu) na sprzedaż na targu staroci. 

Podobnie jak za poprzednim razem, rządziły owoce morza i ryby: jadłam i mule gotowane w winie (z dodatkiem frytek z majonezem*, a jakże!), i zupę rybną z Ostendy, i gravlax, i wędzonego łososia na śniadanie**. Rodzina kosztowała nieznanych wcześniej (od strony spożywczej) ryb, typu płaszczka czy ogończa. Trwał także sezon na szparagi, i okazuje się, że typowym lokalnym daniem są szparagi gotowane z sosem z posiekanych, ugotowanych jaj.

Niestety nie udało nam się odwiedzić Den Dyver (a Tata miał ochotę na menu piwne...), bo restauracja zbankrutowała i została przejęta przez nowego właściciela, który na razie lokalu ponownie nie otworzył. Zamiast tego na sobotnią kolację udaliśmy się do Kok au Vin i to jedna z tych zagranicznych restauracji, które żałuję, że nie są bliżej (podobnie jak np. Osteria 44), bo chętnie bym je odwiedziła ponownie ;). Określiłabym je jako neobistro z ambicjami i z sympatyczną, pomocną (np. jeśli chodzi o elastyczne i spontaniczne dobieranie napojów do potraw) młodą obsługą. Karta jest bardzo krótka - moim zdaniem na plus - i w cztery osoby spróbowaliśmy większą połowę. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie granita ogórkowa towarzysząca mojemu gravlaxowi, przystawka M (jagnięcina z cytrusami i marchewką) oraz zdekonstruowane blanquette de veau mojej Mamy (danie z klasyką w wydaniu Benoit miało wspólną tylko nazwę, no i cielęcinę ;) - ale za to w Kok au vin mięso było w kilku postaciach). Coq au vin, od którego restauracja wzięła nazwę i która uchodzi za ich "danie sztandarowe" wydawał się nam nieco przedobrzony (w zakresie ilości składników itd). Na koniec posiłku (do którego piliśmy m.in. różne ciekawe białe wina) przypadkiem spróbowałam narodowej wódki belgijskiej ;), tj. jenever(jałowcówki), która występuje w postaci tzw. młodej i starej. Do żadnej nie zapałałam miłością, choć po obfitym posiłku kieliszek (niekoniecznie nalany po brzegi, jak tradycja każe, a w Kok au vin się jej w tym przypadku trzymają), może mieć swoje zastosowanie.

Ponieważ z wyjazdu w 2010 w ogóle nie pamiętam kawy (musiałam jakąś pić, ale najwyraźniej nie mogła być ani bardzo dobra, ani tragiczna...) a doświadczenia francuskie były mieszane, podobnie jak przed wyjazdem do Paryża, zrobiłam wywiad w internecie. Dzięki temu kilkakrotnie zajrzałam do I love coffee, które mogę polecić jako miejsce z dobrym espresso i innymi napojami na nim opartymi (najczęściej wybierałam flat white), a przy tym ma... ciekawy wystrój (jeśli ktoś trafi, polecam przyjrzeć się klamkom). Warto dopytać się o godziny otwarcia - na drzwiach jest napis "jesteśmy otwarci wtedy, gdy nie jesteśmy zamknięci" ;) a w niedzielę np. kawiarnia była czynna 2 godziny przed czasem deklarowanym na Facebooku. W poniedziałek zamknięte.

Trzeci dzień wyjazdu spędziłam w Gandawie, która poza tym, że też posiada starówkę, jest nowoczesnym miastem uniwersyteckim; przypomina mi trochę austriacki Graz (czyt. wywarła na mnie pozytywne wrażenie).

Po spacerze po mieście, zajrzeniu do katedry itd. przyszedł czas na obiad. Chociaż Gandawa ma podobno największą liczbę restauracji wegetariańskich na głowę na świecie, wybraliśmy z M inną klasykę niż przez poprzednie 2 dni, tj. wołowinę (dla dwojga, ale trzy osoby spokojnie by się wyżywiły ;), i przyrządzoną zgodnie z życzeniem), podaną z dodatkiem frytek (oczywiście ;), sałaty i sosów: pieprzowego oraz bearnaise, na który rzuciłam się tym bardziej ochoczo, że nasz estragon niestety po zimie nie zmartwychwstał :/.

Podsumowując, po Belgii podróżuje się przyjemnie i może nawet następnym razem trafię do stolicy... Choć technicznie już w niej byłam, jako dziecko. Pamiętam Manneken Pis i pierwsze w życiu mule ;).

* Do you know what they put on French fries in Holland instead of ketchup? Vincent Vega, Pulp Fiction.

** Którego właścicielka pensjonatu podała nam z pewną nieśmiałością i zachwycona była wyczyszczonym talerzem ("nie wszyscy zjadają").

piątek, 09 maja 2014

Jest takie angielskie powiedzenie take something for granted, które się trudno tłumaczy. Chodzi o uważanie czegoś za oczywiste i (w domyśle) tego nie doceniać. Mam wrażenie, że często tak podchodzimy do tego, co proste, zwykłe, „jak zawsze” i orientujemy się, że nam tego brakuje, dopiero, gdy zabraknie. W sferze jedzenia też tak jest (bo inaczej skąd by się wzięły emigranckie marzenia o ogórkach kiszonych, chlebie czy twarogu?).

Do podobnych refleksji skłoniła mnie trochę lektura książki Ani-Truskawki, która jest lekturą bardziej wspomnieniową, niż kulinarną (choć nie należy być głodnym czytając ;). Zapach truskawek polecam nie tylko fanom jej bloga: każdy, kto lubi rodzinne opowieści, trochę nostalgii, wspomnienia z dzieciństwa itd., odnajdzie coś dla siebie. Ania sporo pisze o przepisach rodzinnych, i może dlatego zrobiłam surówkę buraczaną mojej Mamy, o której wcześniej myślałam, że nie warto mówić czy pisać, bo na pewno każdy to zna (nie to, co „egzotyczną” ;) duszoną botwinkę-jarzynkę ;). A może jednak nie każdy, bo np. u M w domu się takiej nie jada, i to co proste nie zawsze jest oczywiste, a czasem zapomniane?

Składniki:

  • 2-3 buraki, upieczone w folii najlepiej „przy okazji” (czyt. przy okazji pieczenia chleba, ciasta, itd.) i wystudzone
  • 2 ogórki kiszone
  • ½ małej cebuli, najlepiej czerwonej (można też użyć dymki)
  • sok z cytryny, sól, pieprz, łagodna oliwa
  • opcjonalnie: chrzan (świeżo starty, ew. ze słoika)

Cebulę drobno posiekać, obficie skropić sokiem z cytryny, odstawić na bok. Buraki obrać, pokroić w kostkę razem z ogórkami, wymieszać z cebulą. Całość skropić oliwą, doprawić do smaku solą, pieprzem i opcjonalnie chrzanem. Odstawić na co najmniej 10 minut w temperaturze pokojowej (a najlepiej chociaż 30 minut) i sprawdzić doprawienie tuż przed podaniem.

Taka surówka pasuje wg mnie właściwie do wszystkiego; tu jedliśmy ze stekami i ziemniakami z grilla, z sosem ze świeżego chrzanu (startego i zmieszanego ze śmietaną - można użyć też gęstego jogurtu).

Z cyklu innych „zapomnianych dań” - kiedyś zawsze we włoskich restauracjach, nieważne czy w Polsce czy zagranicą, zamawiałam szpinak jako dodatek. Sparzony lub krótko duszony, liściasty, podany na zimno, czasem z dodatkiem rodzynek i czosnku. A potem... o nim zapomniałam. 

Składniki (podaję bez ilości, tylko proporcje - warto tylko pamiętać, że szpinak się kurczy jak szalony):

  • szpinak w liściach, najlepiej młody, co najmniej dwie hojne garści na osoby
  • czosnek
  • oliwa, sól, pieprz, dobry ocet balsamiczny
  • opcjonalnie: wcześniej namoczone rodzynki

Szpinak umyć i zblanszować (czyt. przelać wrzątkiem). Starszym liściom można oderwać duże łodygi. Lekko przestudzić, odcisnąć płyn. Wymieszać z posiekanym czosnkiem (ilość wg uznania), skropić oliwą i bardzo delikatnie octem, lekko doprawić do smaku (nie przesadzać z przyprawami, zwłaszcza z solą), ew. dodać niewielką ilość rodzynek. Zupełnie wystudzić (ale w temp. pokojowej) przed podaniem.

Po trzecie: białe szparagi. Pewnie nigdy ich naprawdę nie polubię, a przynajmniej nie tak jak zielone, ale odkryłam na nie metodę. Po prostu: po odłamaniu końców lekko potraktować obieraczką do jarzyn i upiec dokładnie tak, jak zielone. Jeść z sosem lub posypane parmezanem, jak na zdjęciu.

piątek, 02 maja 2014

Zaczęło się od tego, że M - od pewnego czasu fan białych win deserowych - kupił vin santo, na co zareagowałam: "No, to teraz już muszę zrobić biscotti!". Tylna okładka mojego wydania Gastronomy of Italy Anny del Conte to właśnie tradycyjny duet ww. wina i ciasteczek.

Tu mała uwaga o nazewnictwie: guru del Conte podaje właściwie przepis na cantucci, ale w leksykonie stosuje wymiennie tą nazwę z określeniem biscotti. Znalazłam opinie, że biscotti to szersze pojęcie a prawdziwe cantucci muszą zawierać migdały, ale niedawno kupiłam paczkę herbatników o tej nazwie bez migdałów, za to z dodatkiem orzechów laskowych... Potem się doczytałam, że cantucci to tzw. biscotti di Prato (Prato to miejscowość w Toskanii). Ogłupiała spytałam "naszego człowieka w Toskanii", tj. autorkę bloga Moja Toskania, o co właściwie chodzi. Dowiedziałam się, że choć tradycyjne cantucci są z Prato i migdałowe, obecnie spotyka się nawet takie z truflami ;) i innymi bardziej klasycznymi dodatkami deserowymi (typu czekolada). Żeby jednak uniknąć dyskusji typu "te kremówki to napoleonki" czy "ta tarta to nie tarta", wolę przyjąć bardziej pojemne określenie, tj. uważam, że upiekłam biscotti :). Bazowałam jednak na przepisie z Nigellissima na ciasteczka z żurawiną - u mnie są ze zmienionymi dodatkami (inne orzechy, skórka pomarańczowa).

Składniki:

  • 1 jajo
  • 75g drobnego cukru
  • 2 łyżeczki skórki otartej z pomarańczy
  • 125g mąki
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej (lub szczypta cynamonu)
  • 2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • ok. 75g orzechów włoskich, lekko rozdrobnionych

Ubić jajo z cukrem na kogel mogel. Dodać pozostałe składniki poza bakaliami, wymieszać do połączenia składników, na koniec delikatnie wmieszać bakalie. Przełożyć masę na omączony blat (ciasto jest dość lepkie, ale takie ma być) i uformować bochenek a la ciabatta. Ułożyć na blaszce wyłożonej pergaminem/matą do pieczenia i piec ok. 25/30 minut w 180 st. C. (u mnie z termoobiegiem), aż "bochenek" się lekko zezłoci (uważać, żeby nie przepiec; na mój gust ciasteczka na zdjęciu* w książce są nieco przypalone ;).

Przełożyć na kratkę na ok. 5 minut i pokroić nożem z piłką na ok. 1cm kawałki (powinno ich wyjść ok. 16-17, włącznie z piętkami). Kawałki ułożyć na blaszce i piec kolejne 5 minut. Wystudzić przed jedzeniem.

Ciasteczka są dość twarde (ale uwaga, nie jak kamień - z czym się już spotykałam w przypadku biscotti) i maczanie w jakimś napoju jest wskazane. Nie jestem jednak pewna, czy od vin santo nie wolę po prostu kawy ;). Wino mi owszem, smakuje (w klasie win deserowych, których z rzadka się mogę napić), ale przynajmniej to, które kupiliśmy, jest mało aromatyczne, żeby nie powiedzieć, że nie ma w ogóle aromatu (a dobry tokaj** mogę wąchać godzinami). Jeśli ktoś jednak koniecznie zapragnąłby połączyć jedno z drugim, sugeruję wybranie naczynia do picia o odpowiednio szerokim otworze, by ciasteczko swobodnie można było maczać.

* Warto dodać, że ogólnie zdjęcia w książce Nigelli są dość specyficzne (a przynajmniej - nierówne), choć oczywiście koszmarków w duchu lat 80-tych ze wspomnianej Gastronomy of Italy nie przebiją.

** Ciekawa jestem, czy ktoś oglądał film Dean Spanley, w którym bohater grany przez Sama Neilla robi dość niezwykłe rzeczy pod wpływem tokaju?

czwartek, 24 kwietnia 2014

Kto ma jeszcze w lodówce wspomnienie Wielkanocy pt. białą kiełbasę? Kto nie ma pomysłu na obiad a ma pod ręką oliwę truflową (albo inną wyrazistą, aromatyczną i lekko pikantną - może ciekawy olej rzepakowy by się nadał)?

Spełniwszy oba powyższe warunki wreszcie zrobiłam (z grubsza, i trochę improwizując, bo sorry, ale świeże trufle na Mazurach nie obrodziły ;) przepis Joanne Harris i Fran Warde na makaron z boudin blanc i białą truflą. Tak, wiem, że pieczarki to nie trufle, ale uznałam, że b. aromatyczna oliwa da radę. I dała.

Składniki (2 porcje):

  • 2 małe pęta białej kiełbasy (ugotowanej)
  • 1 mała cebula
  • Ok. 6 dużych - 8 średnich pieczarek, pokrojonych w plastry
  • olej do smażenia
  • oliwa truflowa - ok. 1,5 łyżki
  • natka pietruszki
  • 225-250g makaronu (dowolnego, ale raczej szerszego)

Zacząć od nastawienia wody na makaron. Przesmażyć na niewielkiej ilości oleju drobno pokrojoną cebulę z pieczarkami. Dodać białą kiełbasę w plasterkach (a makaron już powinien się gotować), smażyć kilka minut na małym/średnim ogniu, całość delikatnie doprawić solą i pieprzem. Odcedzić ugotowany makaron, do garnka po nim wlać łyżkę oliwy truflowej. Dodać makaron, zawartość patelni oraz garść natki pietruszki, całość dobrze wymieszać, i skropić dodatkową oliwą według uznania (wciąż w garnku lub ew. na talerzach). Podawać od razu, najlepiej z dodatkiem czegoś zielonego (sałata, zblanszowany szpinak, itp.).

wtorek, 22 kwietnia 2014

O czosnku niedźwiedzim wspominałam dopiero co. Dziko rosnącego jeszcze nigdy nie spotkałam, ale posadziłam dwa lata temu w ogrodzie parę kępek sadzonek. Odrasta co wiosnę, jednak jak na moje potrzeby jest go zdecydowanie za mało (na jesieni planuję dosadzenie). Dlatego pesto z lubczyku i liści czosnku wyszła mi mini ilość, ale w przyszłości mam nadzieję, że nie będę musiała się tak krępować... Dwa lata temu robiłam inną wersję, z samego czosnku niedźwiedziego.

Składniki:

  • mała garść liści czosnku niedźwiedziego
  • jw. lubczyku
  • łyżka migdałów w płatkach
  • szczypta soli
  • łyżka oliwy
  • ok. łyżeczki startego parmezanu/pecorino

Wszystkie składniki rozetrzeć w moździerzu. Doprawić do smaku, ew. skorygować gęstość za pomocą większej/mniejszej ilości oliwy i migdałów. Z podanych ilości wychodzi ok. ¼ szklanki (60ml) pesto.

Zieloną pastę (lekko pieprzną w smaku, tylko delikatnie czosnkową) jedliśmy jako dodatek do kolejnego wcielenia placka Nigelli. Na farsz warzywny składały się 2 małe cebule, garść pieczarek, ½ papryki i bardzo mały (wielkości pięści) kawałek kapusty włoskiej. Ciasto – z ½ porcji, a całość piekłam a la tarte tatin* – w patelni stalowej, w której dusiłam warzywa.

Utrzymując się w klimacie bezmięsnych eksperymentów - niedawno ponownie zrobiłam wege lasagnę, tym razem z farszem dyniowym (gdy ostatni owoc znalazł się – w kawałkach – w zamrażarce). Ok. 400g dyni poddusiłam na patelni z dodatkiem czosnku, lekko doprawiłam gałką muszkatołową, solą i pieprzem oraz wymieszałam z 2 łyżkami parmezanu. Farszu użyłam tak samo, jak cukiniowego, i taka wersja smakowała mi równie mocno.

I jeszcze w temacie przypominajek: pamiętacie ser jogurtowy, tj. labneh? Ostatnio sobie o nim przypomniałam, bo musiałam szybko zużyć nadmiar mleka. Okazało się, że wersja naturalna, tj. tylko posolona, smakuje bardzo podobnie do sera śmietankowego do smarowania, np. takiego znanego na P. ;). Co istotniejsze, taka opcja pasuje wszystkim domownikom...

* Której jednak na tej patelni nie będę mogła zrobić, ze względu na kwas w owocach, który usunąłby pracowicie wytworzoną warstwę cennej patyny.

sobota, 19 kwietnia 2014

Wiem, że pewnie dekorujecie ciasta, sprzątacie lub przygotowujecie pisanki i nowe wpisy na blogach Was nie interesują, ale może przeciwnie: jedziecie właśnie dokądś na Święta i bawicie się internetem w komórce ;)? Tak czy inaczej, wpis jest okołoświąteczny, bo Wielkanoc = jaja, a jak mówi przysłowie angielskie, bez rozbijania tychże nie ma omletu ;).

Co jakiś czas, gotując lub kręcąc się po kuchni, wznoszę okrzyki w stronę M "Kocham naszą nową kuchenkę!", na zmianę z "Kocham naszą patelnię!*". Wydaje mi się, że mamy przeciętną ilość sprzętów kuchennych, zwłaszcza tych większych, a garnków i patelni to już w ogóle tylko tyle, ile trzeba, bez ani jednej zbędnej sztuki. Wiąże się to m.in. z tym, że po zmianie kuchenki (na tą nową, którą kocham, tj. indukcyjną) ze smutkiem odkryliśmy, że część naczyń przestała na niej działać. Czystka z konieczności okazała się dobrą okazją do zakupu drugiej patelni stalowej, jako mniejszej wersji tej pierwszej, którą kocham. Powodów do miłości jest parę, ale jednym z nich jest fakt, że patelnia nadaje się do umieszczania w piekarniku. I tu wkracza omlet.

Od czasu zdobycia patelni i nowej kuchenki (na której się faktycznie smaży, a nie tylko udaje, że smaży, jak na mojej św. p. elektrycznej z 50% względnie sprawnych palników) eksperymentowałam z omletami robionymi częściowo na kuchence, częściowo w piekarniku. Ostatnio zrobiłam taki w opcji z ubitymi białkami, i to jest ta metoda, którą będę w przyszłości ponawiać. Dodatek czosnku niedźwiedziego jest opcjonalny, można go spokojnie zastąpić inną zieleniną (np. szczypiorkiem, młodym szpinakiem lub ziołami) bądź pominąć. Kto wie, może ktoś będzie miał ochotę na alternatywny dodatek do wielkanocnego śniadania?

Składniki (2 porcje): 

  • 4 duże jaja - białka i żółtka osobno,
  • sól, pieprz do smaku
  • czosnek niedźwiedzi - ok. 12-14 liści, lub odpowiednia ilość innej zieleniny
  • łyżeczka startego, wyrazistego sera (twardy kozi lub owczy, parmezan itp.) na wierzch
  • masło/olej do smażenia
Nastawić piekarnik na 180 st. C (termoobieg, w góra/dół - 190-200 st.). Żółtka oddzielić od białek, roztrzepać z solą i pieprzem. Osobno ubić białka ze szczyptą soli. Całość wymieszać delikatnie (tj. bez gwałtownych, szarpanych ruchów), ale stanowczo. Rozgrzać patelnię (nadającą się do umieszczenia w piekarniku) z niewielką ilością masła i/lub oleju, wylać na nią masę jajeczną, na wierzchu rozrzucić ser i ułożyć liście czosnku. Smażyć na średnim ogniu 2-3 minuty, następnie umieścić w piekarniku (na dość wysokim poziomie, u mnie 2 od góry) na ok. 7 minut. Omlet powinien się zezłocić i napuszyć. Podzielić na 2 porcje (każdą można opcjonalnie posypać dodatkowym serem i np. złożyć) i podawać od razu.

No i wreszcie w temacie... smacznych jaj, czyli Wesołych Świąt ;)!

* Silnym uczuciem darzę także nasz garnek żeliwny, ekspres ciśnieniowy, mikser z hakiem oraz piekarnik, włącznie z kamieniem do pieczenia.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wprowadzona przeze mnie do rodziny tradycja jedzenia paschy na Wielkanoc się przyjęła. Ba, słyszałam nawet kiedyś żartobliwe narzekania, czemu deseru nie ma na stole w Boże Narodzenie (albo i bez okazji). Nie szukałam innych przepisów, m.in. dlatego, że wśród jedzących często były kobiety ciężarne lub karmiące, więc pascha bez surowych jaj była bardzo na miejscu.

Niedawno jednak dostałam od mamy znajomej, którą nazwę tutaj panią R., przepis na "paschę babci Tekli". Rozumiecie sami, że musiałam ją zrobić ;). Różnica między przepisami polega na dodatku w jednym wariancie żółtek jaj, ale nie surowych - ugotowanych na twardo, a w drugim - miodu i śmietany. Cała reszta jest całkiem podobna. Podejrzewam w związku z tym, że w przyszłości będę korzystać z receptur na zmianę ;).

Warto dodać, że pascha to deser a/wyjątkowo prosty i mało pracochłonny, b/nie wymaga pieczenia ani zdolności kulinarnych, c/jest smaczny i efektowny. Czego chcieć więcej?

Uwaga, pani R. zapisała mi proporcje na ogromną ilość paschy (z 1,25kg sera). Ja zrobiłam z 1/3 składników, co daje ok. 8 porcji, i taką wersję podaję. Ponieważ deser wyszedł także moim zdaniem za słodki, uwzględniłam poniżej redukcję cukru.

Składniki:

  • 415g twarogu (tłustego lub półtłustego)
  • 2 żółtka jaj ugotowanych na twardo
  • 160g masła
  • 100g cukru pudru (bez dodatków) lub cukru drobnego LUB 50g płynnego miodu i 50g cukru jw.
  • szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • garść rodzynek/suszonej żurawiny/mieszanki owoców suszonych
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej

Ugotowane żółtka jaj utrzeć z cukrem (białka zjeść solo lub np. dodać do pasty śniadaniowej) a następnie z masłem. Osobno rozetrzeć lub zmielić (jeśli ktoś musi...) twaróg, dodawać stopniowo do masy maślanej, przy cały czas pracującym mikserze. Na koniec wmieszać delikatnie (już łyżką) wanilię i bakalie. Miseczkę lub foremkę wyłożyć podwójnie złożoną gazą lub ściereczką, na którą wyłożyć paschę, wyrównać, przykryć wierzch folią. Obciążyć równomiernie i odstawić na dobę do lodówki. Po tym czasie przełożyć na talerz (odwracając miskę do góry nogami) i podawać jak jest, lub z dowolną dekoracją z owoców lub bakalii.

I to tyle na temat mojego ulubionego dania wielkanocnego :).

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Ile razy czytałam przepisy Nigela Slatera na świeżą makrelę, mamrocząc ze złością pod nosem ("i skąd ja to wezmę, wrrr") - a że Nigel do makreli ma słabość, co można sprawdzić choćby wpisać odpowiednie słowa kluczowe do wyszukiwarki, warczałam często. Ostatnio jednak udało mi się zdobyć ten towar deficytowy. Mieliśmy 2 ryby, po pracy M - 4 filety. Oczywiście musiał być przepis Nigela, ale - choć zasadniczo ufam jego przepisom - zmieniłam w stosunku do oryginału proporcje limonki (na mniej) oraz chilli (na więcej). Wyszło szybkie, uniwersalne i smaczne danie, które można by zastosować do właściwie dowolnej ryby, ze wskazaniem na tłustą.

Trawa cytrynowa, podobnie jak imbir, mieszka na stałe w mojej zamrażarce; kupuję ją wtedy, gdy na nią trafię (np. w stołecznych sklepach z żywnością azjatycką). Zastępowanie kolendry innym ziołem jest możliwe, ale smak i aromat gotowego dania będzie inny.

Składniki (2-4 osoby):

  • 4 średnie filety makreli (lub innej tłustej ryby),
  • 2 łodygi trawy cytrynowej,
  • ok. 3-4cm kawałek imbiru,
  • 4 łodygi dymki/szczypioru (ew. suszony szczypiorek - ok. 2 łyżek),
  • 2 małe (tajskie) papryczki chilli (lub ostatecznie jedna, ale odpestkowanie sobie darujcie),
  • sok z 2 limonek,
  • 2 łyżki sosu rybnego,
  • łyżka cukru,
  • świeża bazylia i kolendra - niedbale porwane, po małej garści,
  • olej do smażenia,
  • opcjonalnie: skórka starta z limonki

Nagrzać piekarnik z funkcją grill do maksymalnej temperatury (u mnie - 250 st.). Trawę cytrynową i dymkę cienko pokroić, imbir obrać i zetrzeć lub drobno posiekać. Chilli także drobno pokroić. Sok z limonek wycisnąć do miseczki, dodać sos rybny i cukier, wymieszać. Opcjonalnie można dodać skórkę startą z jednej limonki (wcześniej sparzonej).

W woku/głębszej patelni rozgrzać olej, przesmażyć trawę cytrynową, dymkę, imbir i chilli - tyle, by zmiękły. Wymieszać z sokiem z limonki itd. oraz liśćmi bazylii i kolendry.

Filety z makreli ułożyć na kratce grillowej, wsunąć pod grill (pod spód dobrze podłożyć blaszkę wyłożoną np. folią) i poczekać, aż mięso stanie się matowe (co potrwa od chwili do ok. 2 minut). Wysunąć rybę z piekarnika, przykryć składnikami sosu i piec dalsze 5 minut, lub tak długo, aż warstwa dymki, trawy cytrynowej itd. zacznie się rumienić. Podawać natychmiast.

Zapisz

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna