Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 28 czerwca 2014

Co rok jest to samo. Gdy przychodzi pora wysiewu pierwszych warzyw, wysiewam rzodkiewki i sałatę szczodrą ręką, a jakiś czas później drapię się w głowę: jak to zużyć naraz? W przypadku rzodkiewek w dodatku i w zeszłym roku, i w tym, przez wyjazd przegapiłam najlepszy moment zbioru. W efekcie wyciągnęłam z ziemi kilkanaście przerośniętych sztuk, które nazwałam „mutantami popromiennymi”, ale – o dziwo – większość była jadalna. Jednak ile można jeść rzodkiewki do kanapek na śniadanie czy wmieszane w twarożek ze szczypiorkiem? Zdjęcie na Pinterest podsunęło mi pewien pomysł: prostą a smaczną (i skuteczną ;) metodę poradzenia sobie z rzodkiewkową klęską urodzaju. Oto surówka.


Składniki: 2 pęczki rzodkiewek (czyli ok. 20 sztuk), garść rukoli (można też użyć np. kolendry lub bazylii), łyżeczka posiekanego szczypiorku/dymki, sok z cytryny (do smaku, sugerowane obficie), oliwa lub ulubiony inny olej (np. wyrazisty rzepakowy), sól, pieprz

Rzodkiewki umyć, drobno (lub nawet bardzo drobno) posiekać, podobnie potraktować rukolę lub zioła. Doprawić do smaku, odstawić na 10-15 minut, sprawdzić doprawienie przed podaniem. Z dodatkiem np. fety lub koziego sera surówka może robić za cały posiłek.

niedziela, 22 czerwca 2014

Właściwie nie po drodze mi z kwiatami w kuchni. Różę ucieram, ale używam tylko do pączków (ew. simplisów - raz na kilka lat). Woda różana czy z kwiatów pomarańczy mnie drażni zapachem, więc jej nie używam lub zastępuję czym się da. Krótko mówiąc, tego, co kwitnie, spożywczo unikam ;).

Syrop z kwiatów czarnego bzu trafił mi się przypadkiem, przez nieznajomość języka (niemieckiego): najpierw w Berlinie, gdzie zamówiliśmy prosecco z "Hollundrem", potem w Austrii ("Hollerwasser"). Tą ostatnią wodę z sokiem - bardzo kwiatową - zapamiętałam na długo, i nie było to pozytywne wspomnienie ;), dlatego zdziwiłam się, gdy w tym roku M zamówił ten napój w naszym ulubionym austriackim Strohlehenalm. Jeszcze bardziej zdziwiłam się, gdy za jego namową wypiłam łyk i okazało się, że jest to smaczne! Aromatyczne, ale nie mydlane! I w związku z tym, gdy nasza odmiana "Black Lace" (ozdobna, dająca fioletowe kwiaty) bujnie zakwitła, a za płotem dziko rosnący bez nie pozostał daleko w tyle, poszłam i zerwałam co nieco (krzywiąc się okropnie, bo nie mogłam oprzeć się skojarzeniom zapachowym*). Skorzystałam z przepisu Ani Truskawkowej (via Bea), ale asekuracyjnie zrobiłam tylko z 1/2 i... dodałam miętę. Ta ostatnia to także wpływ austriacki: podczas ostatniej kolacji w Bad Hofgastein parę tygodni temu bezmyślnie wpatrywałam się w reklamę lokalnej wody mineralnej i jej "letnich smaków". Po kilkunastu minutach dotarło do mnie, że patrzę się na wariant "kwiat czarnego bzu i mięta"... Myślę, że poszłam dobrym tropem, bo uzyskany syrop jest jak ze Strohlehenalm :).

Składniki (na ok. 500ml syropu):

  • 15-20 baldachimów kwiatów czarnego bzu
  • 500g cukru
  • 500ml wody
  • sok z 1/2 cytryny
  • opcjonalnie: 8-10 liści mięty/melisy

Kwiaty zerwać w suchy dzień, rozłożyć na pergaminie, poczekać, aż opuszczą je owady ;), następnie pozbawić je zielonych łodyżek (chodzi o gorycz i sambunigrynę). Przygotować syrop: wymieszać cukier z wodą i sokiem z cytryny, zagotować. Gorącym syropem zalać płatki kwiatów plus ew. liście mięty/melisy. Wymieszać, odstawić w dość chłodne miejsce (piwnica) na 2-3 dni, codziennie syrop mieszać. Po tym czasie całość odcedzić (wystarczy przez drobne sitko) i zlać do butelek/innych naczyń. Spasteryzować lub przechowywać w chłodzie. Pić z wodą sodową/gazowaną, bąbelkami z procentami lub dodawać do deserów.

Uwaga: mój syrop jest różowy ze względu na nietypowy dodatek fioletowych kwiatów.

Idąc za ciosem postanowiłam zobaczyć, co nt. kwiatów bzu pisze (tak, znowu...) Nigel Slater. Popatrzyłam w Tender II na zdjęcie kwiatów smażonych w cieście, popatrzyłam za okno, poszłam po olej. Gdy kończyłam smażyć, niespodziewanie pojawił się teść ;), kwiaty zniknęły więc błyskawicznie, ale mam wrażenie, że głównie dlatego, że były słodkie, świeżo usmażone i pachnące cynamonem: bez zasadniczo zniknął.

Uwaga: ciasto zakłada dodatek ubitego białka, o którym zupełnie zapomniałam, ale ponieważ ładnie oblepiło kwiaty, było smaczne itd., itp., wnioskuję, że nie jest to niezbędny dodatek (choć pewnie ciasto z nim byłoby lżejsze).

Składniki (na 2-3 osoby): 

  • 8 baldachimów kwiatów czarnego bzu
  • 50g mąki
  • 85ml wody gazowanej/sodowej
  • łyżka oleju
  • kopiasta łyżeczka cukru
  • opcjonalnie: 1 małe ubite białko
  • olej do smażenia na głębokim tłuszczu** (co najmniej 1,5l)
  • cukier i (opcjonalnie) cynamon do oprószenia/obtoczenia

Kwiaty zerwać, odłożyć na chwilę jak w przepisie na syrop powyżej. Wymieszać dokładnie składniki ciasta (poza białkiem), odstawić na co najmniej 30 minut. Baldachimy porozdzielać. Rozgrzać olej. Do ciasta dodać (albo i nie ;) ubite białko, wymieszać delikatnie. Kwiaty nurzać w cieście trzymając za łodyżki, wrzucać na rozgrzany olej, smażyć do zrumienienia. Osączać krótko na ręczniku papierowym (Nigel ten etap pominął, ja uważam, że jednak warto trochę odtłuścić plus ta chwila przestudzenia nie obniży mocno temperatury deseru, za to pomoże uniknąć poparzeń). Oprószać mieszanką drobnego cukru (ok. 3 łyżek) i - opcjonalnie - cynamonu (ok. 1/4-1/2 łyżeczki, lub wg. uznania); można też zrobić taką mieszankę np. w misce/worku foliowym i gorące kwiaty szybko obtaczać. Po pocukrzeniu od razu podawać. Większych zielonych łodyżek w miarę możliwości nie jeść, choć liczę na to, że tak wysoka temperatura powinna sambunigrynę zabić...

Jak wspomniałam powyżej, deser jest smaczny jako ciepły, słodki i cynamonowy, ale w środku mogłyby być dowolne kwiaty lub inne chwasty, bo nie czuć ich ani w smaku, ani w aromacie. Niemniej cieszę się, że ich spróbowałam - tak w ramach poznawania nowości i przełamywania barier ;).

* Z kocim moczem (zwłaszcza kwiaty fioletowe). Na szczęście jest to przejściowe, tj. znika w obróbce termicznej.

** Czy wiecie, że oleju po smażeniu nie należy wylewać do zlewu/toalety, bo m.in. blokuje rury i zanieczyszcza wodę? Należy go albo wyrzucać do śmieci (ogólnych), albo w przypadku większych ilości poszukać lokalnych możliwości recyklingu (wykorzystanie na opał, paliwo, itd).

czwartek, 19 czerwca 2014

Co rok na jesieni nastawiam małą ilość brandy pigwówkowej. Zazwyczaj sprezentowana butelka alkoholu i tak stoi na półce i nie wiadomo, co z nią zrobić, a ok. 500ml to w sam raz ilość na karafkę do wypicia przez rok... przeze mnie, bo jestem jedyną chętną.

W tym roku korzenna brandy wyszła jakoś szybciej i smuciłam się patrząc na prawie pustą karafkę - do czasu, aż wymyśliłam, czym zastąpić pigwowca: rabarbarem! Całej operacji dokonałam prawie dwa miesiące temu i dopiero niedawno mogłam sprawdzić, co z tego wyszło.

Wnioski są takie, że jednak pigwowiec lepszy ;), choć i tak za większość aromatu odpowiada anyż i ta wersja nie jest dużo gorsza. Bałam się, że rabarbar może być za kwaśny i dosłodziłam, jednak nie wiem, czy było to konieczne (następnym razem bym zmniejszyła o 1/2 ilość cukru, by zachować kwaskowatość, co uwzględniłam poniżej). Ciekawy wyszedł kolor - otóż rabarbar rozjaśnił brąz alkoholu na coś w rodzaju ciemnego koralu.

Składniki i technika: jak w tym przepisie, zastępując pigwowca ok. 3 łodygami rabarbaru, pokrojonymi z grubsza w kostkę, oraz dodając ok. 30g cukru na litrowy słoik

Na pigwowca i tak czekam ;).

piątek, 13 czerwca 2014

Jak może wspominałam, jajka na śniadania pojawiają się u nas na stole od święta (tj. w niedzielę lub podczas wakacji). O izraelskiej szakszuce (danie podobno wymyślili żołnierze, według innych źródeł - nie wymyślili, ale ją w wojsku często jadali), jako urozmaiceniu dla zwykłego sadzonego, myślałam od dawna, ale przed zrobieniem powstrzymywał mnie brak patelni. Moja ukochana stalowa węglowa nie łączy się bowiem ze składnikami kwaśnymi, które są zabójcze dla cennej patyny. Podczas pobytu wakacyjnego skorzystałam z patelni będącej "na stanie" i już teraz wiem, że muszę na szakszukę znaleźć naczynie (płaski rondel w sumie też się nada ;), bo danie będzie wracać nie raz. W sumie coś, co zawiera dobre pomidory i jaja musiało być smaczne.

Moja wersja jest podstawowa - bez dodatków typu bakłażan, papryka itd., zasugerowałam się bowiem radą Basi, że podstawa to dobre jaja, pomidory i oliwa.

Składniki (2 porcje):

  • 1-2 jaja na osobę
  • oliwa
  • 1 średnia cebula
  • szklanka dobrego przecieru
  • 3-4 dojrzałe małe pomidory (typu większe koktajlowe), lub wg uznania
  • sól, chilli mielone
  • opcjonalnie: tymianek świeży lub suszony, parę listków bazylii lub mięty do dekoracji

Cebulę pokroić w pióra, zeszklić na niewielkiej ilości oliwy. Dodać przecier, gotować ok. 10 minut na żywym ogniu, aż odparuje o ok. 1/2. Doprawić do smaku solą, chilli, tymiankiem (jeśli używacie), dorzucić pomidorki przekrojone na 1/2. Skręcić ogień na mały, zrobić w sosie dołki, w które wbić jajka. Patelnię przykryć i gotować kilka minut* (ok. 7 minut powinno wystarczyć), aż białko się zetnie, a żółtko pozostanie płynne (pilnować zawartości, bo u mnie niestety jajka ścięły się zbyt szybko i mocno). Podawać od razu, opcjonalne udekorowane świeżymi ziołami.

* Ew. można umieścić patelnię w piekarniku, jeśli się do tego celu nadaje.

poniedziałek, 09 czerwca 2014

Rabarbarujecie jeszcze? Od jakiegoś czasu jestem na urlopie, oderwana od realiów typu stan zaopatrzenia polskich warzywniaków ;), i nie wiem, czy rabarbar jest jeszcze na czasie, czy może już "wyszedł" (choć doświadczenie mówi, że jeszcze nie powinien).

Ciasto z dodatkiem kaszy kukurydzianej chciałam zrobić od dawna (bo gdy kiedyś robiłam z przepisu, który kaszę zakładał, mylnie sądziłam, że chodzi o mąkę kukurydzianą...). W końcu zmobilizowałam się na kilka dni przed wyjazdem: plan był taki, że ciasto zostanie "na drogę". Jakoś jednak do podróży nie dotrwało ;) (i szczerze mówiąc, nie jest to chyba najlepszy wypiek do jedzenia w samochodzie: kruche ciasto i mokre nadzienie). Przepis - tak, znowu, uprzedzałam... - Nigela Slatera. Uwaga: nie należy się przerażać konsystencją ciasta i wyglądem przed upieczeniem, potem jest lepiej.

Składniki:

Farsz:

  • ok. 500g rabarbaru (waga po pokrojeniu)
  • 50g cukru
  • 4 łyżki wody

Rabarbar umyć, przebrać, pokroić niedbale (np. w większą kostkę), zasypać cukrem i zalać wodą. Piec ok. 30-40 minut pod folią, w 180 st. C. Po upieczeniu odcedzić owoce od soku (ten ostatni zachować do podawania z ciastem).

Na ciasto:

  • 125g kaszy kukurydzianej (możliwie grubej)*
  • 200g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta cynamonu
  • 150g cukru (u mnie mieszanka 100g drobnego białego i 50g jasnego muscovado)
  • skórka starta z 1/2 cytryny (w oryginale: z 1 małej pomarańczy)
  • 150g masła
  • 1 duże jajo
  • 2-4 łyżki mleka
  • cukier demerara do posypki

Przygotować składniki ciasta, gdy rabarbar odcieka: wymieszać składniki suche, następnie wetrzeć zimne masło, pokrojone w drobną kostkę (jak przy robieniu ciasta kruchego). Dodać płyn (jajo, mleko) i wymieszać do uzyskania jednolitego, dość lepkiego ciasta (ma być lepkie, gdyby było za suche, dodać mleka).

Wykleić (wilgotnymi dłońmi, szpatułką, itp.) 2/3 ciasta spód i ok. 1/3-1/2 ścianek lekko natłuszczonej tortownicy (20cm). Wyłożyć na ciasto odcedzony rabarbar. Pozostałe ciasto rozdrobnić na okruchy i rozrzucić na wierzchu owoców (w miarę jednolicie, ale nie muszą być całkowicie zakryte). Posypać równomiernie grubym cukrem (tj. demerarą).

Piec ok. 45-50 minut w 180 st., najlepiej na nagrzanej blaszce lub kamieniu. Wystudzić przed krojeniem: wbrew pozorom dobrze przestudzone kroi się bez problemu. Podawać z zachowanym syropem rabarbarowym.

A jeśli będzie ktoś narzekał, że za mało słodkie, wręczcie im cukier puder i, w przypływie wspaniałomyślności, siteczko z łyżeczką do przesiania.

* Podobno na Wyspach Brytyjskich kasza kuku występuje w kilku postaciach (grubościach). U nas jest tylko "kaszka", ew. "kasza". Użyłam tej ostatniej, i moim zdaniem była dość gruba.

piątek, 06 czerwca 2014

To wpis dla mojej koleżanki Madzi, z którą ostatnio rozmawialiśmy na temat jedzenia molekularnego i „ambitnego”. Od dawna się zbierałam, by wrócić do Tamki43: w ogóle wrócić i zobaczyć, jak się miewa z nowym szefem kuchni. W końcu trafił się pretekst (rodzice, którzy też chcieli pójść), więc mogę zdać relację (nie tylko Madzi ;).

Od „pierwszej Tamki” minęły (eeee, jak to się stało?!) trzy lata. Od tamtego czasu co nieco zjadłam i zobaczyłam, i w Polsce, i poza nią. Niewykluczone w związku z tym, że zmieniło mi się podejście, bo kuchnia w Tamce wydała mi się tym razem spokojniejsza (czyt. mniej eksperymentalna). Jest trochę emulsji, pianek i sous-vide, ale bez przesady. Może zresztą wcześniej też nie było ich tak dużo, tylko bardziej na te elementy zwracałam uwagę?

W cztery osoby wzięliśmy wszyscy menu degustacyjne 5-cio daniowe z dodatkowym menu winnym. 5 dań oznaczało, że wszyscy zrezygnowaliśmy z dwóch pozycji, ale odrzuciliśmy różne (co oznaczało z jednej strony, że chwilami 1-2 osoby siedziały i czekały, aż pozostali zjedzą wybrane potrawy, a z drugiej, że w grupie skosztowaliśmy wszystkich propozycji). Osoby niejedzące mięsa a jedzące ryby nie będą miały problemu z wyborem pięciu dań z listy; goście jedzący bardziej wybiórczo powinni wcześniej skonsultować menu z restauracją.



Odnośnie win: nie ma porównania w stosunku do 2011 i zaplecza someillerskiego – tzn. jest (skądinąd b. sympatyczny) sommeiller i są dobrane wina do dań :). Przynajmniej część alkoholi jest specyficzna i gra tylko z daniem (np. węgierskie wino towarzyszące mojej pierwszej przystawce), ale zasadniczo nam smakowały (może poza Pedro Ximenez do deseru ½ stolika, który po namyśle został uznany za trochę za słodki). Ogólnie obsługa jest na + w stosunku do przeszłości.

Menu zaczęło się od amuse bouche w postaci mini-porcji tatara. Potem nastąpiła przystawka ze szparagów (z której osobiście zrezygnowałam), a po niej mój hit: pierwsza panna cotta, która mi smakowała ;) - panna cotta nieortodoksyjna, bo... z czosnku niedźwiedziego. Wyrazista, wytrawna, świeża i wiosenna: pierwsze danie stanowiło dla mnie clou obiadu.

Kolejny był tuńczyk z dodatkiem „śniegu” z wodorostów i pasty umami (ulubione danie M z menu). Po rybie nastąpiła przepiórka, która mi smakowała, ale nie na tyle, by zapamiętać dodatki (to zielone to chyba z groszku...?). Ostatnim daniem głównym był królik z dodatkiem małży (omułek) – imho zbędnych, kaszanki i sosu musztardowego (potrawa typu „typowe podane nietypowo”). Desery podzieliły stolik na ½, więc dostaliśmy je jednocześnie: część żeńska słodko-słony twarożek kozi z dodatkiem m.in. galaretek buraczanych, męska – parfait z orzechów laskowych (które przypomniało mi ostatnią kolację rok temu we Francji). 

Podsumowując: poziom moim zdaniem Tamka trzyma i poleciłabym ją jako restaurację warszawską całkiem dużej grupie odbiorców, zwłaszcza tym, którzy wcześniej tam nie byli/nieśmiało podchodzą do nowinek kulinarnych. Jeśli jednak zachce mi się eksperymentów (w pozytywnym sensie)... będę jednak szukać dalej ;).

piątek, 30 maja 2014

Nie jest żadną tajemnicą, że mając do wyboru Stany Zjednoczone a Wielką Brytanię, wybrałabym tą ostatnią, i to pod każdym względem. Literatura, wymowa, kultura... kulinaria :). Uważam, że łatka "koszmarnego jedzenia" została na mocny wyrost przypięta kuchni angielskiej, czy też szerzej: brytyjskiej, bo poza rozgotowaną baraniną z sosem miętowym (z którą jakoś się nie spotkałam) ma wiele zalet. I te ostatnie staram się co jakiś czas tu prezentować, opatrzone tagiem kuchnia brytyjska :).

Tak się składa, że jednym z forte Brytyjczyków są słodkości: ciasta, ciasteczka i desery. Do tych ostatnich należy syllabub, aromatyzowany krem. Gdy M się spytał, co właściwie będziemy jeść, powiedziałam: "Stary deser. Taki, co jadła Elżbieta. Ta I-sza". I to prawda, bo udokumentowane wzmianki o kremie sięgają XVI wieku. A więc... jak smakuje renesans?

Krem ubijałam trzeci raz w życiu: pierwsze dwa razy korzystając z przepisów Nigelli (gdzie np. używało się Cointreau). Tym razem znowu (a to nie koniec sezonowych przepisów tego pana ;) sięgnęłam po Nigela Slatera. U niego w owocowym Tender były jako dodatek maliny, u mnie rabarbar, jako słodkie wino - vin santo (które odkryłam, że piłam za chłodne - w temperaturze bliższej pokojowej aromat znacznie zyskuje). Owoce tak czy inaczej nie są konieczne, a już na pewno nie są ortodoksyjne - można by je pominąć i podać deser tylko z np. drobnymi, korzennymi ciasteczkami. I jak łatwo poczuć się jak w epoce elżbietańskiej ;)!

Składniki (2 porcje): 150ml śmietanki kremówki, skórka otarta z 1/2 cytryny, sok z tej 1/2 cytryny, 2 łyżki cukru, 2 łyżki słodkiego białego wina (typu vin santo, muszkat, tokaj itd., itp.), kilka łyżek upieczonego rabarbaru

Co najmniej 8 godzin przed planowanym przygotowaniem deseru dokładnie wymieszać cukier, wino, sok i skórkę cytrusową, umieścić w lodówce. Rabarbar zasypać cukrem, lekko podlać wodą, upiec pod folią i wystudzić także odpowiednio wcześniej. Schłodzoną śmietankę ubić z mieszanką cytrusowo-winną: nie spuszczać wzroku z miksera, ubijać tylko do momentu powstania kremu i nie dopuścić do zwarzenia. Delikatnie wymieszać masę z paroma łyżkami rabarbaru (można zostawić odrobinę do dekoracji). Jeść od razu lub jeszcze schłodzić przed podaniem, np. już rozdzielone na porcje, ale nie trzymałabym w lodówce dłużej niż 30-40 minut: wersja bez owoców jest bardziej trwała i wytrzyma dłużej, ale owocowa podchodzi sokiem.

W temacie drobnych ciasteczek i przemieszczając się nieco bliżej XXI wieku... zatrzymując się 100 lat temu, bo wtedy (1910 r.) zaczęto komercyjnie sprzedawać - początkowo pod nazwą "Creola" - ciasteczka kakaowe przekładane kremem czekoladowym, tzw. bourbon creams (ja je nazwę "burbonki"). To ciasteczka dla dorosłych: bardzo ciemne, nie mocno słodkie, ale wciągające. Bez nadzienia mogłyby pasować jako dodatek do syllabub. Przepis pochodzi z archiwalnego numeru Jamie Magazine, z którego robiłam już imbirki i garibaldki.

 Składniki (ok. 14-16 ciasteczek): 

  • 50g miękkiego masła
  • 50g miałkiego brązowego cukru (typu jasny lub ciemny muscovado)
  • łyżka golden syrup/sztucznego miodu/podobnego syropu
  • 110g mąki
  • 20g dobrego kakao
  • 1/2 łyżeczki sody
  • opcjonalnie: 1-2 łyżki mleka lub maślanki
  • cukier do posypki
  • krem: 75g cukru pudru, 50g miękkiego masła, łyżka kakao, łyżeczka wystudzonej, mocnej kawy

Ubić masło z cukrem na puszystą masę. Dodać pozostałe (suche) składniki ciasta (poza cukrem do posypki i składnikami kremu), utrzeć na jednolitą masę. Jeśli będzie za sucha, jak u mnie, dodać odrobinę mleka lub maślanki, by składniki się połączyły. Chwilę wyrabiać ręcznie, jak ciasto drożdżowe lub chlebowe, po czym rozwałkować na ok. 3mm grubość. Pociąć na parzystą liczbę prostokątów (ok. 5 x 3cm). Przenieść na blaszkę (wyłożoną matą do pieczenia lub pergaminem), posypać cukrem i piec ok. 8-10 minut w 160 st. C (termoobieg; oryginalnie sugerowana była niższa temperatura). Delikatnie przenieść na kratkę do wystudzenia. Składniki kremu ubić razem na puszystą masę. Ciasteczka smarować jak kanapki, składać, zajadać ;). Przechowywać w lodówce lub innym dość chłodnym miejscu.

W tym samym czasie, co ciemne burbonki, powstało ich jasne i słodkie przeciwieństwo, tj. custard creams. Te budyniowe markizy bez wahania podałabym dzieciom. W przeciwieństwie do ciasteczek braci Weasley (canary creams, które miały wyglądać tak samo jak custard creams, a w wersji polskiej Harry'ego Pottera były to podobno "kanarkowe kremówki" - hm, kremówki to trochę jednak inny typ wypieku ;), nie ma skutków ubocznych po zjedzeniu. Uwaga: kremu jest, moim zdaniem, o 1/2 za dużo - mimo przełożenia nadwyżką części burbonek (co widać na pierwszym zdjęciu) wciąż miałam nadmiar, podaję więc zmniejszoną ilość. Budyń w proszku (custard powder) brytyjski zawiera cukier, więc minimalnie zwiększyłam ilość cukru w cieście (ale już nie w kremie, i wyszło i tak dość słodko). Źródło przepisu: jak wyżej.

Składniki (ok. 24 małych ciasteczek lub kilkanaście sztuk większych):

  • 175g mąki
  • 3 łyżki budyniu waniliowego w proszku (bez cukru)
  • łyżka proszku do pieczenia
  • 4 łyżki drobnego cukru
  • 100g miękkiego masła
  • 1 jajo
  • 1/2 łyżeczki esencji waniliowej
  • łyżka mleka (opcjonalnie, jeśli będzie potrzeba)
  • krem: 100g cukru pudru, 2 łyżki budyniu waniliowego jw., 100g miękkiego masła

Połączyć w misce suche składniki, wetrzeć masło, aż całość zacznie przypominać okruchy. Dodać jajo i wanilię, utrzeć gładkie ciasto; jeśli byłoby za suche, dodać mleko. Uformować kulę, owinąć folią i schłodzić w lodówce co najmniej 20 minut. Gdy ciasto się schłodzi, można ubić krem: utrzeć masło z cukrem i budyniem, pod koniec dodać ok. 2 łyżki wrzątku.

Rozwałkować schłodzone ciasto na ok. 2-3mm grubości, wycinać parzystą ilość dowolnych kształtów: okrągłych, prostokątnych lub np. serduszek. W 1/2 ciasteczek można z wierzchu wyciąć lub wycisnąć np. stemplem wzorki. Piec ok. 12-15 minut w 180 st. C - wg. instrukcji, tylko to minimalnego zezłocenia brzegów, ja jednak chciałam swoje trochę mocniej zrumienić. Wybór należy do Was ;). Po upieczeniu wystudzić i skleić niewielką ilością kremu. Przechowywać, jak poprzednio, w chłodnym miejscu.

Co wybieracie ;)?

poniedziałek, 26 maja 2014

Rabarbar kojarzy nam się najczęściej na słodko: wypieki, kompoty i inne desery. Tymczasem jednak - podobnie jak np. jabłka - bardzo dobrze sprawdza się w daniach wytrawnych. Na przykład azjatyckich czy tam, gdzie użylibyśmy właśnie kwaskowatego jabłka, np. w daniach z wieprzowiną czy kaczką.  U mnie było to pierwsze, tj. polędwiczka wieprzowa. Nie wiem, czy uwierzycie, ale choć jadałam polędwiczki i w restauracji, i na obiad u rodziny, nigdy ich sama nie przyrządzałam. Postawiłam na jak najprostszą metodę, dbając o to, by mięsa nie przepiec, i wyszło bdb.

Pieczona polędwiczka wieprzowa: Mięso ważące 630-650g lekko natrzeć solą, pieprzem i świeżym tymiankiem lub majerankiem (w ostateczności suszonym), minimalnie natłuścić olejem. Piec 15 min w 215 st. C (termoobieg) i kolejne 20 min (lub ciut krócej, aż termometr wbity w mięso pokaże ok. 65 st. C) w 190 st. C., po upieczeniu odstawić na ok. 10 minut, przykryte folią. U mnie polędwiczka piekła się w towarzystwie ziemniaków, młodych marchewek i szparagów.

Clou jednak oczywiście miał być sos - z grubsza wg Nigela Slatera, gdzie także towarzyszy wieprzowinie. U mnie z 1/2 składników (przy okazji odkryłam błędy w Tender...) i bez dodatku pomarańczy, tylko ze skórką cytrynową. Wino jest opcjonalne (u Nigela występowało w daniu, ale nie w samym sosie). Jeśli nałogowo wyjadacie pieczone szare renety z brytfanki z kaczką (lub owoce są ciekawsze od tego całego drobiu...), to może Wam smakować.

Składniki:

  • 200g rabarbaru
  • łyżka cukru
  • skórka starta z 1/2 cytryny
  • ok. 2 łyżek wody lub białego wina
  • szczypta cynamonu
  • sól

Rabarbar umyć, pokroić w kostkę, zasypać cukrem i skórką cytrynową w małym rondelku. Podlać wodą/winem, zagotować, gotować na średnim ogniu aż się rozpadnie na pulpę. Doprawić szczyptą cynamonu, zmiksować na gładko. Doprawić do smaku solą. Podawać na ciepło do upieczonego mięsa.

czwartek, 22 maja 2014

Może jest Wam za ciepło na nastawianie piekarnika i myślicie tylko o lodach - a może, tak jak ja, uważacie, że na drożdżowe zawsze jest pora (dnia i roku). Zwłaszcza takie luks: z nadzieniem czekoladowo-orzechowym, polane dodatkowo syropem.

Przepis na struclę wpadł mi w oko już przy pierwszych oględzinach Jerusalem. Przemówiły i do mnie zdjęcia "krok po kroku" i zaintrygowała nazwa: krantz cake. Kranz, jeśli kogoś to interesuje, to "wieniec" po niemiecku (choć tu bardziej pasowałaby "plecionka", czy też właśnie strucla). Tak czy inaczej, jest to raczej aszkenazyjski wkład w kuchnię Izraela.

Po wczytaniu się w skład ciasta drożdżowego doszłam do wniosku, że jest bardzo podobne do mojego ulubionego uniwersalnego (od cynamonek), więc z niego skorzystałam (z 1/2 porcji, na 1 keksówkę). Ottolenghi nalegał na pekany w składzie, jednak ze względu na utrudniony dostęp do ww. orzechów (nie mówiąc o cenie w naszym kraju) użyłam włoskich i migdałów w płatkach. Było także mocno podkreślane, by użyć całego syropu: gdy zobaczyłam, ile go wyszło, miałam duże wątpliwości, ale posłusznie wylałam wszystko do foremki. Zgodnie z moimi przewidywaniami, połowa spłynęła od razu na dno i tam też już została ;). Poniżej podaję zweryfikowaną (zmniejszoną) ilość.

Składniki:

  • 1/2 porcji ciasta na cynamonki
  • 25g cukru pudru
  • 65g porządnej czekolady gorzkiej
  • 60g masła
  • 50g rozdrobnionych orzechów (u mnie mieszanka posiekanych włoskich i migdałów w płatkach)
  • 65g cukru (na syrop)
  • 40ml wody (jw.)

Czekoladę stopić na małym ogniu z cukrem pudrem i masłem, lekko przestudzić. Wyrośnięte ciasto rozwałkować na prostokąt, posmarować czekoladą, zostawiając ok. 2cm margines wolny, rozrzucić na wierzchu orzechy. Zwinąć całość w roladę od strony dłuższego brzegu, następnie przekroić wzdłuż na 1/2, by uzyskać dwa długie kawałki ciasta. "Wstążki" zapleść, przekładając ciasto naprzemiennie, następnie sprawnie przenieść do długiej keksówki (wyłożonej pergaminem, ew. wysmarowanej masłem i wysypanej mąką). Ciasto przykryć folią i odstawić do wyrastania w ciepłe miejsce na ok. 45-60 minut (napuszenie nie będzie b. widoczne).

Piec w 180 st. C. (termoobieg) ok. 30-35 minut (do suchego patyczka). Gdy ciasto się piecze, przygotować syrop: zmieszać w rondlu cukier z wodą, zagotować, zestawić z ognia do wystudzenia. Gorące, świeżo wyjęte z piekarnika ciasto polać równomiernie syropem, odstawić do wystudzenia (lub chociaż przestudzenia). Jak na ciasto drożdżowe dość wolno schnie.

niedziela, 18 maja 2014

Nie wiem, jak to się stało, ale nie robiłam jeszcze nigdy tarty ze szparagami. Gdy sobie to uświadomiłam, tartę musiałam zrobić - w miarę możliwości - natychmiast. Chciałam, by była możliwie prosta, co się udało. Tym samym użyłam (pierwszy raz) "pamiątki z Brugii", tj. prostokątnej foremki z wyjmowanym dnem, i nie wiem teraz, jak mogłam piec na takiej standardowej... :). Produkt końcowy został uznany za udany, bo pochwalony przez M, który nie jest "urodzonym tartożercą".

Składniki:

  • porcja ulubionego ciasta kruchego (u mnie maślankowe) ze 120-130g mąki
  • pęczek szparagów
  • parę listków świeżej szałwii
  • sos: 100g śmietany (18%), 1 jajo, mała garść startego parmezanu (ew. pecorino, grana padano, Bursztynu - bez znaczenia), ok. 2 łyżek pokruszonej fety (lub sera fetopodobnego)
  • sól, pieprz

Z ciastem postąpić klasycznie: wyrobić, schłodzić, rozwałkować, wyłożyć foremkę (moja 36 x 13cm; nadałaby się także okrągła ok. 24cm), schłodzić, podpiec z obciążeniem (ok. 12 minut w 190 st.) i bez obciążenia (ok. 10 minut).

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce. Ułożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, lekko oprószyć solą, rozrzucić na wierzchu liście szałwii. Składniki sosu roztrzepać, doprawić do smaku (z solą ostrożnie, bo feta i parmezan są też słone), rozłożyć równomiernie na szparagach. Piec 20 minut w 190 st. Jeść na ciepło lub po przestudzeniu.

Z innych zielonych (szparagowych) inspiracji: gęsta zupa pomidorowa (z dodatkiem jaglanki), posypana kawałkami upieczonych zielonych szparagów i liści bazylii. Czemu nie ;)?

 

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna