Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 11 sierpnia 2012

Znów mam wiele krzaków cukinii (oraz, pierwszy raz, kabaczka i żółtą cukinię). Prawie codziennie wracam z ogrodu z 1-2 sztukami. Klęski urodzaju, jak w zeszłym roku - na razie przynajmniej - nie ma, ale dań wykorzystujących cukinię pojawia się u nas często. Oto parę nawet nie tyle przepisów, co pomysłów:

Cukinia i kurki curry

Zamiast zrobić sos śmietanowy z kurkami, np. do makaronu, pomyślałam o czymś może trochę lżejszym. Na jedną zeszkloną cebulę wrzuciłam 0,5 litra oczyszczonych kurek, smażyłam na średnim ogniu ok. 10 minut, dodałam 1 niewielką żółtą cukinię w plastrach. Doprawiłam całość solą, pieprzem, ok. 1/2 łyżeczki łagodnego curry, hojną szczyptę ostrego curry (ale tu trzeba sugerować się własnymi upodobaniami) i gotowałam jeszcze ok. 8-10 minut na małym ogniu. Pod koniec sprawdziłam doprawienie i lekko skropiłam cytryną. Podawałam posypane kolendrą.

Cukinia z grilla/patelni grillowej

Podstawowa cukinia z patelni grillowej (tu, jak widać, zmieszana z bakłażanem) to taka skropiona oliwą, posypana lekko solą i ziołami, grillowana ok. 3 minuty na stronę (na grillu węglowym najlepiej robić to na tacce). W bardziej ambitnej wersji można ją marynować (np. przez 30-60 minut w oliwie z ziołami i zmiażdżonym czosnkiem), grillować jw. po osączeniu. Można potem wykorzystać na najróżniejsze sposoby - jednym z nich jest podanie z uduszoną, lekko skarmelizowaną czerwoną cebulą (przesmażoną, potem podlaną płynem - może być np. wywar mięsny pozostały z pieczenia np. kurczaka, lub wino, lub woda - i duszoną na małym ogniu ok. 30-40 minut). Clou dania to naleśniki, w które każdy z jedzących zawija warzywa zgodnie z upodobaniami.

Kwiaty cukinii w cieście piwnym, faszerowane kaszą gryczaną i serem

Smażone kwiaty cukinii już kiedyś tu pokazywałam. Tym razem miałam ochotę na ciasto piwne, którego nigdy wcześniej nie przyrządzałam, a które wyszło przyjemnie chrupkie (i jest wyjątkowo szybkie i łatwe do wykonania - łatwo go dorobić, jeśli zabraknie np. na 1 kwiat ;). Zrobiłam najprostszą możliwą wersję - piwo/zwykła mąką, dokładnie wymieszane w proporcji 1:1 objętościowo. Ciasto powinno być dość gęste, tj. gęstsze niż na zwykłe naleśniki (bardziej takie, jak na racuchy). Farsz przygotowałam z ugotowanej kaszy gryczanej (ok. szklanki), zeszklonej cebuli, zwykłego twarogu (dość suchego, ok. 100g) i łyżki koziego serka (nie jest konieczny); masa powinna być dość zwarta, ale nie płynna - gdyby była sucha, można dodać trochę śmietany, jogurtu czy serka koziego, jeśli używacie. Farsz należy dobrze doprawić (nie żałować soli i pieprzu). Masy starczy na co najmniej 15 kwiatów dyni/cukinii.

Umyte i osuszone kwiaty, pozbawione pręcików, napełniać całe farszem, zanurzać dokładnie w cieście i smażyć na głębokim tłuszczu (we frytkownicy lub w rondlu z mocno rozgrzanym olejem - powinno być go tyle, by kwiaty mogły swobodnie w nim się unosić, nie mogą przywierać do dnia), osączać na ręczniku papierowym. Opcjonalnie można oprószyć solą przed podaniem i skropić cytryną, lub podać cytrynę na stół do indywidualnego doprawiania.

Z innych cukiniowych inspiracji na blogu można znaleźć m.in.:

wtorek, 07 sierpnia 2012

Miał być dłuższy wpis o cukinii... Co się nie odwlecze, to nie uciecze :), w zamian krótko a treściwie. Jedliście kiedyś kaszę gryczaną na słodko, z owocami? Ja nie - dopóki nie ugotowałam większej ilości, którą musiałam jakoś wykorzystać. Tak właściwie to ugotowałam gryczaną z jaglaną w proporcji 2:1, w ramach próby zużycia paczki jaglanej (niestety, nie polubiłyśmy się). Kolejnego dnia rano pomyślałam o wariancie chleba smażonego z jabłkami...

Składniki (2 porcje): ok. 1 szklanki ugotowanej kaszy (gryczana, jaglana, pęczak lub mieszanka), owoce: przykładowo 1 średnie jabłko i kilka śliwek/moreli (można wykorzystać także nektarynki, brzoskwinie, mirabelki, itp., pod warunkiem, że nie nazbyt dojrzałe), masło, łyżka brązowego cukru, szczypta cynamonu

Owoce umyć, pokroić z grubsza w kostkę (śliwki lub morele tylko przepołowić). Przesmażyć kilka minut na maśle, na średnim ogniu - mają lekko zmięknąć, ale się nie rozpadać. Dodać cukier, wymieszać, dodać kaszę i cynamon, ponownie wymieszać. Skręcić ogień na mały i podgrzewać całość ok. 2-3 minut, mieszając w trakcie. Sprawdzić doprawienie i ew. dosłodzić/doprawić mocniej cynamonem do smaku. Jeść od razu; można z dodatkiem jogurtu naturalnego lub bardziej rozpustnie ;) ze śmietanką lub śmietaną (ale jak dla mnie nic już do tego nie potrzeba).

wtorek, 31 lipca 2012

Byliście kiedyś w Chinach? Ja nie i - choć pojechałabym, gdybym miała okazję - nie jest to miejsce, o którym śniłabym po nocach. Niedawno jednak przeczytałam ciekawe wspomnienia z dłuższego pobytu w tym kraju i książę polecam wszystkim miłośnikom literatury podróżniczo-kulinarnej, zwłaszcza zainteresowanych Azją. Mowa o Płetwie rekina i syczuański pieprz (albo Shark's Fin and Sichuan Pepper w oryginale, który wybrałam do lektury) Fuschii Dunlop. Dodam od razu jednak, że książka może nie przypaść do gustu wegetarianom czy osobom wrażliwym - przy opisach dwóch potraw odkładałam tom na bok z myślą, że to dania, których nie tylko nie chciałabym spróbować, ale nie chciałabym ich nawet z daleka oglądać, chociaż... Fuschia, według własnej relacji, także zaczynała swoją chińską przygodę "z pewną nieśmiałością" i pewne rzeczy, których początkowo nie chciała jeść, później bynajmniej jej nie brzydziły. To, co mi się podobało w Płetwie..., poza walorami poznawczymi, to zapis swoistej ewolucji Fuschii: od osoby, jak na Chiny, entuzjastycznej, ale mającej wciąż pewne opory czy uprzedzenia spożywcze, przez żarłocznego wszystkożercę, aż po świadomego konsumenta, mającego wątpliwości natury etyczno-ekologicznej. Podejście do kulinariów przekłada się na podejście autorki do samych Chin - początkowy zachwyt zastąpiły wątpliwości i rozczarowania, także związane ze zmianami, jaki nastąpiły w kraju w minionej dekadzie (jej pierwszy pobyt w Chinach przypada na pierwszą połowę lat 90-tych poprzedniego wieku). Podtytuł "słodko-kwaśny pamiętnik" wydaje się wyjątkowo trafny.
Płetwa... przeplatana jest przepisami (w końcu autorka ukończyła kurs gastronomiczny w Chengdu - jej uwagi nt. glutaminianu sodu i podejścia do niego innych uczniów/nauczycieli są b. ciekawe, później zaś napisała kilka książek kucharskich "na temat"), jednak do wykonania każdego z nich brakowało mi przynajmniej jednego składnika (a nie czuję się na siłach eksperymentować w ramach kuchni, której nie znam - bo np. Pinos robiła makaron dandan Fuschii, zmieniając nieco skład), z jednym wyjątkiem. Chodzi o przepis na szaszłyki/kebab jagnięcy z Sinciang, a konkretnie - z miasta Kaszgar. Zapewne wstyd przyznać, ale niewiele wcześniej o tym regionie słyszałam, a na pewno nie to, zamieszkują go głównie muzułmańscy Ujgurzy... Smak gotowego szaszłyka (przepis poniżej, z małymi zmianami) przywołał dla mnie potrawy ze wschodniej i południowo-wschodniej Turcji (która, jak już kiedyś wspominałam, wywarła na mnie głębokie wrażenie, także kulinarne). Paradoksalnie (?) zamiast zamyślić się na temat tego, kiedy zobaczę Wielki Mur, przypomniałam sobie upalne ulice Urfy (piłam herbatę na tym targu) czy wycieczkę (taksówką ;) na górę Nemrut... i się rozmarzyłam ;).

Szaszłyki/kebaby z Kaszgaru (z grubsza wg Fuschii Dunlop)

Składniki: ok. 0,45kg jagnięciny (u nas karkówka, może być łopatka, lub przemieszane mięso chude z tłustym), 1 małe jajo, 3 łyżki mąki ziemniaczanej, sól, pieprz, mielony (u nas wytłuczony w moździerzu) kumin i mielone chilli

Pociąć mięso na 2cm kawałki, oprószyć solą i pieprzem. Jajo roztrzepać, wymieszać z mąką, całość wymieszać z mięsem. Odstawić w temperaturze pokojowej na ok. 1 godzinę. Na ok. 10-15 minut przed pieczeniem oprószyć ponownie solą (wg Fuschii - hojnie), kuminem i chilli do smaku (mięsa, które jadłam w Turcji, nigdy nie były specjalnie pikantne, więc tu bym dała tylko szczyptę, ale oczywiście - wszystko do smaku :). Można, według autorki, potraktować tymi przyprawami mięso dopiero na grillu, ja uważam jednak, że lepiej zrobić to wcześniej (można także je na początku, tuż przed mieszaniem z jajem i mąką). Piec na rozgrzanym grillu (ew. w piekarniku lub na patelni grillowej) - czas pieczenia zależy od tego, jak wypieczone mięso lubicie, moim zdaniem ok. 10 minut wystarczy. Jedliśmy posypane świeżą kolendrą, z dodatkiem kuskusu.

wtorek, 24 lipca 2012



Lubię zioła i często z nich korzystam. Gdy brakuje czasu (np. rano, podczas przygotowywania kanapek czy szybkiej surówki do obiadu), chętnie sięgam po "2 w 1", tj. sól z dodatkiem ziół. Niedawno zużyłam taką w młynku i wykończyłam sól smakową kupioną na londyńskim Borough Market. Przez chwilę zastanawiałam się nad zakupami przez internet, ale potem przypomniałam sobie o serii wpisów Karoliny ze Zmysłów w Kuchni. Sole prezentowe podziwiałam, ale dopiero zmuszona okolicznościami, czyli brakiem przypraw na stanie, zdecydowałam się zrobić własną. Inspirowałam się przepisem Karoliny na sól ziołową (miętowo-rozmarynową) - w moim wydaniu wyszła "sól 12 ziół". Od kiedy utarłam i ususzyłam pierwszą partię, sięgam po słoik prawie codziennie. Oto w obrazkach, co w niej się znalazło, poza solą:



Innymi słowy, zastosowałam przegląd ogródka ziołowego ;). Nie użyłam jednak np. bazylii czy kolendry, ziół kiepsko znoszących obróbkę termiczną. Estragonu mam dwa rodzaje - francuski (szlachetniejszy, o anyżowym aromacie) i rosyjski (bardziej pospolity, łatwiejszy w hodowli - mój ma metr wysokości... - i pachnący sianem) - dałam po trochu obu. Mięty też mam dwa gatunki (pieprzową i tzw. deserową), ale użyłam tylko jednego - deserowa jest delikatniejsza, lepiej nadaje się np. do napojów (ach, mojito...). Łącznie ziół przed posiekaniem/roztarciem było ok. 4 łyżek, można jednak te proporcje zmodyfikować, w zależności od tego, czy chcecie mieć zioła z solą, czy sól z ziołami.

Składniki (na bazie tego przepisu):

  • 8 łyżek (czyli 1/2 amerykańskiego cup*) dobrej soli morskiej (u mnie mieszanka drobnej morskiej i wędzonej Maldon w płatkach)
  • 4 łyżki wybranych, świeżych ziół

Zioła posiekać, wymieszać dokładnie z solą, zmielić w malakserze lub utrzeć ręcznie w moździerzu (polecam). Rozłożyć równą warstwą na blaszce wyłożonej pergaminem i ususzyć - np. ok. 30 minut w 150-160 st. C. (termoobieg) lub korzystając z ciepła resztkowego piekarnika po pieczeniu (a kamień zachowuje owe ciepło długo...); w obu przypadkach pozostawić sól w piekarniku, aż ten wystygnie, a przyprawa będzie całkiem sucha. Co jakiś czas podczas pieczenia warto warstwę soli zamieszać/wzruszyć. Po wystudzeniu przełożyć do szczelnego pojemnika i używać zgodnie z upodobaniami ;)

*  cup = ok. 240ml

niedziela, 22 lipca 2012

Jak czytelnicy bloga wiedzą, lubię groszek. Lubię także bób. Pod wpływem programów kulinarnych, w których Jamie Oliver kuca wśród grządek i zachwyca się młodym bobem, wysiałam trochę tych strączkowych w ogrodzie. Na początku oblazły go mszyce, potem okazał się mało wydajny (stosunek strąku do wyłuskanych owoców) a smak... Jednak wolę bób gotowany, a taki mogę kupić na targu ;). Innymi słowy, powtórek z uprawy nie planuję. Tymczasem jednak, skoro już jest, zrobiłam pastę z młodego bobu i groszku (a właściwie pasty dwie). Można też ją przyrządzić z bobu gotowanego.

Pasta z miętą

Składniki: ok. szklanki wyłuskanego groszku/bobu (lub miks), 1-2 ząbki czosnku, ok. 2-3 łyżek świeżej mięty, sól, pieprz do smaku, opcjonalnie: hojna szczypta nasion kuminu i/lub szczypta ostrej papryki, ok. 1-2 łyżek dobrej oliwy, sok z cytryny do smaku

Wszystkie składniki zmiksować/utrzeć w moździerzu na gładką masę (ja miksowałam, i niezbyt długo, dlatego pasta była gruboziarnista). Doprawić do smaku, ilość oliwy, mięty i czosnku - dodać według uznania i kierując się konsystencją, w przypadku oliwy proponuję zacząć od łyżki i zobaczyć, czy masa będzie wystarczająco mokra. Powyżej przykładowe zastosowanie na chlebie. Zamiast mięty można użyć kolendry lub bazylii.

Pasta z tahiną (albo "groszek a la hummus")

Składniki: ok. szklanki wyłuskanego groszku/bobu (lub miks), 1-2 ząbki czosnku, 1,5-2 łyżki tahiny, sól, pieprz do smaku, hojna szczypta nasion kuminu i (opcjonalnie) za'ataru, ok. 1-2 łyżek dobrej oliwy, sok z cytryny do smaku

Postępować jw. :) Oliwy raczej powinna wystarczyć mniejsza ilość. Poza użyciem na chlebie czy do maczania surowych warzyw, można pastę podać jako dodatek do mięs/warzyw z grilla.

Obie pasty raczej nie nadają się do długiego przechowywania - sugerowałabym do 2 dni w lodówce.

niedziela, 15 lipca 2012

Kiedy kilka lat temu wrzuciłam zdjęcie rzymskiego straganu warzywnego na Campo di Fiori na forum Galeria Potraw oraz na blog, powstała dyskusja o tym, czy bietina ze zdjęcia to boćwina czy botwina. Chyba spytałam wtedy: "A to nie to samo?". Oczywiście, że nie. Botwina to młody burak ćwikłowy, boćwina (mangold) - burak liściowy.

Tak wyglądają liście mangolda z mojego ogrodu (zasadzonego, bo byłam ciekawa, jak to smakuje i informacja, że odrasta przez cały sezon, aż do przymrozków, mi się spodobała):

Co z nim robię? Młode liście do sałatek, większe traktuję jak szpinak. Łodygi mają coś wspólnego w smaku ze szparagami. I tak przyrządziłam lekką, prostą tartę...

Składniki:

  • ok. 250g ciasta francuskiego (gotowego lub dla idiotów)
  • dwie garści boćwiny (można podobnie potraktować szpinak) - wagowo może ok. 300g?
  • dwa ząbki czosnku
  • ok. 100g fety
  • sól, chilli w płatkach
  • oliwa

Boćwinę umyć, przerwać na 1/2, zblanszować (przelać wrzątkiem), dokładnie osączyć. Czosnek zmiażdżyć, przesmażyć na oliwie, dodać boćwinę, dusić kilka minut. Doprawić do smaku solą i chilli w płatkach (użyłam włoskiej mieszanki ziół z dodatkiem chilli). Ciasto francuskie rozwałkować, przełożyć na blaszkę wyłożoną np. pergaminem. Rozłożyć równomiernie boćwinę na cieście, posypać fetą, skropić delikatnie oliwą. Piec ok. 20-25 minut w 200 st. C. My jedliśmy z dodatkiem cukinii musztardowej z zeszłego roku.

Z podobnie przesmażonej, jak do tarty, garści liści zrobiłam także omlet (frittatę?) na śniadanie (na boćwinę wylałam 4 roztrzepane, wcześniej doprawione, jaja, smażyłam do ścięcia się masy):

Inną garść mangolda wymieszałam na patelni z młodą żółtą cukinią, doprawiłam ziołami, lekko ostrą papryką i hojnie cytryną i podałam jako dodatek do obiadu.

CDN :)

niedziela, 08 lipca 2012

Gdy jakiś czas temu czytałam relację Gospodarnej Narzeczonej z Butchery and Wine, pomyślałam sobie, że knajpa specjalizująca się w dobrej wołowinie, z krótką kartą dań, inspirująca się kuchnią brytyjską (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), to coś dla mnie. Już miałam się wybrać, ale kilka dni przed terminem restauracja została ogłoszona Knajpą Roku i, wyobrażając sobie tłumy, ew. problemy z obsługą itd., zrezygnowałam z wizyty. Kolejna okazja nadarzyła się tydzień temu. W upalny sobotni wieczór, z okazji weekendu w stolicy, zaszliśmy na Żurawią. Restauracja była dość pełna, było także sporo cudzoziemców (pozostałości Euro?). Lokal nieduży, prosto urządzony, z widokiem na kuchnię. Na ścianie wykres ze ściągawką, co się zamawia ;) (patrz: zdjęcie).

Przy stolikach na podeście, gdzie siedzieliśmy, biblioteczka kulinarna w języku angielskim (niektóre pozycje te same, co na moich półkach, np. River Cottage Everyday). Zamówiliśmy po kieliszku prosecco (przyzwoitego i w dobrej temperaturze) i wybraliśmy - z rzeczywiście jednokartkowego menu nie dla wegetarian - dania: dla mnie gazpacho buraczane i stek New York z polskiej wołowiny, dla M - tatar i Rib Eye z wołowiny australijskiej. Pierwszy raz zamawiając stek wiedziałam, że jeśli powiem, że ma być krwisty, taki będzie (ale nie spodziewałam się, że kelner doprecyzuje, czy słabo wysmażony oznacza krwisty jak w rare, czy może etap wcześniejszy, tj. blue).

Gazpacho buraczane było fantastyczne - słodko-octowe w smaku, gęste, ozdobione jadalnymi kwiatami i żelkami z - podobno - wódką, z kulką schłodzonego awokado pośrodku. Tatar M był jego zdaniem "w porządku"; mnie przeszkadzał wyrazisty olej (rzepakowy?), którym skropione zostało mięso, i którego smak dominował.



Stek spełnił moje wymagania: krwisty, soczysty, dobrze doprawiony, z polskiej wołowiny... która bardziej mi smakowała niż australijska na talerzu obok ;). Przy okazji steku M zastanawialiśmy się, czy to rare nie podpada jednak pod blue... Kolację w duchu londyńskiego gastropubu zakończył deser rodem z Wimbledonu, tj. truskawki ze śmietaną. Do posiłku piliśmy także wodę (która przyszła w butelce, jak widać na poniższym zdjęciu) oraz burgunda na kieliszki, który niestety był nieco za ciepły.

Plusy: oryginalny profil restauracji; brak zadęcia czy pretensjonalności, mimo popularności i otrzymanych wyróżnień; smaczne, prosta i konsekwentna kuchnia (przy czym na wyróżnienie imho zasługuje gazpacho); poprawna, choć nie wybitna obsługa; bardzo dobre, świeże pieczywo (jakby nawet coś wspólnego z zakwasem lub dłużej fermentującym zaczynem miało wspólnego?).

Minusy: wspomniane wyżej za ciepłe wino i dyskusyjne doprawienie tatara (choć zdaję sobie sprawę, że to wbrew pozorom niełatwe danie, które trudno przygotować zupełnie pod smak klienta - dlatego niektóre restauracje zostawiają doprawienie całkowicie w gestii jedzącego), a także... znów nijaka, mdła muzyka, jak z poczekalni, lotniska czy supermarketu. Innymi słowy, jeśli jeszcze raz usłyszę w restauracji Michaela Buble, zacznę krzyczeć (bo na razie tylko zgrzytam zębami i jęczę).


Podczas weekendu stołecznego zjedliśmy także śniadanie w Bułkę przez Bibułkę, kawiarni przy ul. Puławskiej. Byłam w niej wcześniej raz na babskim spotkaniu i szłam nastawiona trochę nieufnie, doszły mnie bowiem słuchy, że to "trendne miejsce". Może i jest, na szczęście jednak chyba niespecjalnie to lokalowi zaszkodziło; obsługa jest sympatyczna, lemoniada pyszna, śniadania sycące, krzesła zaś w moim ulubionym niebieskim kolorze ;).



Poza śniadaniami (np. jajecznica czy bajgle) Bułka oferuje treściwe kanapki czy sałatki, kawy czy wino. Zajadając można przejrzeć np. Jamie Magazine. Plus także za miskę z wodą dla psów przed wejściem czy tablicę w toalecie (i kredki przy kranie, by każdy, kto ma na to ochotę, mógł się po(d)pisać* ;).



Mam tylko nadzieję, że właściciele kawiarni rozważą zamontowanie albo klimatyzacji, albo ciemnych rolet na okna, bo przy tak dużych szybach, przy temp. powyżej 30 st. i pełnym słońcu na zewnątrz, w środku robi się coś w rodzaju szklarni, w której trudno dłużej wytrzymać.

* Kto warszawskich nastolatków z lat 90-tych pamięta ścianę w sklepie Vabank?

środa, 04 lipca 2012

Piątki - upragniony dzień przed weekendem, ale zawsze brakuje czasu, bo ostatnio jest to najbardziej "wypakowany" dzień tygodnia. Gdy nadchodzi wczesny wieczór, jestem mało kreatywna, jeśli chodzi o przygotowanie posiłku, ostatnio więc jest to często makaron. Z tygodnia na tydzień coraz prostszy...

Wersja #1: sos zabielany - pieczarki, papryka, zielone oliwki

Składniki: olej/oliwa, ok. 300g pieczarek, 1 cebula, 1/2 żółtej papryki, sól, pieprz, papryka ostra i słodka wędzona (do smaku), opcjonalnie: parę liści szałwii, ok. 8-10 zielonych oliwek bez pestek, ok. 2 łyżek śmietany lub śmietanki, 200-225g makaronu rurki/świderki

Cebulę pokroić w piórka, zeszklić na oleju/oliwie. Dodać pieczarki w plastrach, przesmażyć na średnim ogniu ok. 5-7 minut, dodać paprykę pokrojoną w większą kostkę. Całość smażyć, aż warzywa będą miękkie, doprawić w trakcie do smaku przyprawami, dorzucić szałwię. Pod koniec skręcić ogień na mały, delikatnie zabielić sos. Zdjąć z ognia i wmieszać oliwki, odstawić na ok. 2 minuty pod przykryciem. Wymieszać z ugotowanym makaronem, podawać od razu.

To była wersja bardziej zaawansowana ;). Prostsze (wersja #2) jest pesto pt. przegląd ogródka (albo i lodówki), na bazie tego przepisu. Tym razem naprawdę się spieszyłam, więc gdy makaron się gotował, wrzuciłam składniki do blendera. Z zieleniny była mieszanka bazylii, rukoli (chwast!), liści rzodkiewki i musztardowca. Niestety, jak widać na zdjęciu, parmezan to towar kolonialny i deficytowy - do posypki posłużył ser wędzony.

Może być jednak jeszcze prościej!

Wersja #3:makaron z truskawkami, fetą i rukolą

Gdy makaron się gotuje, umyć i porwać garść rukoli (czy wspominałam, że rośnie jak chwast?); umyć ok. 8-10 truskawek (maliny też się nadadzą, oraz pokrojone dojrzałe morele) i przepołowić. Wymieszać ugotowany, gorący makaron z rukolą i truskawkami, dodać ok. 2 łyżek pokruszonej fety. Doprawić dość hojnie pieprzem, lekko skropić dobrym octem balsamicznym; jeśli to konieczne, można dodać też kroplę oliwy. Dokładnie wymieszać, skosztować (feta powinna wystarczyć za sól). Jeść od razu (można i bezpośrednio z garnka).

I już za 1,5 dnia znów piątek...

czwartek, 28 czerwca 2012

Drożdżówki z serem i budyniem; bułeczki z jabłkiem i jagodzianki - gdy myślę o szkolnym sklepiku z czasów podstawówki, widzę stos wypieków drożdżowych. Kojarzą mi się także z zakupami w małych piekarniach. Najbardziej lubiłam te z budyniem, ale serowe były też bliskie mojemu sercu, podobnie jak, wiadomo, jagodzianki. Niedawno sobie przypomniałam o tych drożdżówkach i wiedziałam, że nie ma rady - muszę je upiec. Ponieważ zrobiłam także pewną ilość róży w cukrze z tegorocznych płatków, z 1/2 ciasta zrobiłam rogaliki.

Składniki:

- ciasto drożdżowe - moje ulubione do takich celów, tj. z przepisu na cynamonki

- na nadzienie serowe (za przepisem Liski z Pracowni wypieków):

  • 200 g białego sera (użyłam zwykłego tłustego twarogu w kostce)
  • 1,5 łyżki cukru pudru
  • 1 małe żółtko (białko zostawić do glazury)
  • 1 łyżka cukru waniliowego

- na rogaliki różane: ok. 100ml róży w cukrze

Ciasto wykonać zgodnie z przepisem, podzielić na 2 części. 1 połowę rozwałkować, podzielić na trójkąty (u mnie 8 dużych), nadziewać łyżeczką róży (jeśli gęsta, można ciasto smarować), zwijać rogale, odstawić do napuszenia. Z 2 połowy uformować bułeczki (u mnie ponownie 8 sztuk), w każdej zrobić za pomocą szklanki zagłębienie (wbijając szklankę mocno i stanowczo). Składniki nadzienia utrzeć na gładko, rozmieścić równomiernie w dołkach w bułkach. Odstawić do napuszenia. Nagrzać piekarnik do 190 st. C (termoobieg). Przed pieczeniem posmarować rogale i brzegi bułeczek białkiem. Piec ok. 20-25 minut, do zrumienienia. Bułeczki z serem można po upieczeniu lekko polukrować (nie są bardzo słodkie). Najlepiej zajadać jeszcze ciepłe :)

A Wy - jakie drożdżówki lubicie?

niedziela, 24 czerwca 2012

Codziennie obchodzę ogród warzywny. Wzdycham nad chwastami (które plenią się jak - co za niespodzianka - chwasty), cieszę się na widok biedronek (bo zjadają mszyce) i dziwię się na widok strąków bobu, wyrastających ze sczerniałych, zwiędłych kwiatów. Z zadowoleniem, ale i z pewnym zadziwieniem patrzę na musztardowca i rukolę, które okazały się wyjątkowo plenne (żeby nie powiedzieć, że rukola wzięła przykład z chwastów). Oba dania, o których zaraz wspomnę, można by przyrządzić właśnie z musztardowca czy rukoli (lub roszponki, lub boćwiny* - tą ostatnią też mam, ale w ilościach bardziej rozsądnych). U mnie oba były próbą przerobienia pewnej ilości szpinaku (wynik źle ocenionych możliwości).

Sałatka szpinak, truskawki, ser (jako przystawka - dla 3-4 osób)

Składniki: większa garść szpinaku (najlepiej młodego; ew. może być rukola, musztardowiec, roszponka), ok. 100g sera z niebieską pleśnią, ok. łyżki posiekanego szczypiorku/dymki (można użyć pędów czosnku), ok. 10 truskawek (maliny też by pasowały), sól, jak najlepszy i gęsty ocet balsamiczny, oliwa z oliwek/ulubiony olej (raczej delikatny), brązowy cukier

Szpinak dokładnie umyć; z młodymi liśćmi nic nie trzeba robić, z nieco większych trzeba pousuwać twarde łodygi, liście porwać na mniejsze kawałki; ułożyć na np. większym talerzu. Truskawki umyć, przekroić na 1/2, rozrzucić na szpinaku. Całość posypać pokruszonym serem i szczypiorkiem. W misce wymieszać ok. łyżki oliwy/oleju z 1/2 łyżki octu, szczyptą soli i łyżeczką cukru, polać sosem składniki sałatki (gdyby się wydawało, że jest go za mało, dorobić trochę więcej korzystając z tych samych proporcji). Odstawić na ok. 30 minut przed podaniem.

Druga propozycja to kolejne jajko w kokilce (nie, jeszcze mi się nie znudziły ;); przypominam, że ostatnio na blogu były szparagowe). Postępować ogólnie jak w poprzednim przepisie, tym razem jednak jako warstwy układając odrobinę zblanszowanego szpinaku (znów można by użyć innych zielonych liści, przy czym drobne - rukola, roszponka, młody musztardowiec, młody szpinak (tzw. baby), itd. - blanszowania nie wymagają), trochę wędzonego łososia, porwanego na małe kawałki, sporą ilość koperku i na koniec - jajo. Łosoś jest na tyle słony, że dodatek soli wydaje mi się zbędny, można natomiast jajo lekko posypać pieprzem, a także szpinak posypać rozdrobnionym czosnkiem, jeśli komuś to nie straszne z rana.

* Czy ktoś kiedyś widział boćwinę (mangolda) w sprzedaży w Polsce? Ja nie, dlatego zasiałam, ale może gdzieś na targach występuje?

| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi

Instagram Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna