Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
wtorek, 13 marca 2012

Nigdy do tej pory nie przyjmowałam produktów do testowania na cele bloga - zrobiłam wyjątek dopiero dla paru mąk z Gdańskich Młynów. Ponieważ w paczce znalazłam m.in. mąkę orkiszową pełnoziarnistą, postanowiłam zmodyfikować często wykonywany przeze mnie przepis na chleb pszenny łatwy i upiec bułeczki 100% orkiszowe, z dodatkiem ziarna słonecznika. Wyszły przyjemnie wilgotne, bardzo dziurzaste i smaczne. Z wyglądu - małe, ciemne ciabatty ;)

Składniki:

  • 400g mąki orkiszowej jasnej (u mnie typ 700)
  • 100g mąki orkiszowej razowej/pełnoziarnistej (typ 1850)
  • 2g drożdży instant (lub ok. 6g świeżych, pokruszonych)
  • 150g zakwasu żytniego, aktywnego
  • 280g letniej wody
  • ziarno słonecznika (ok. 4-5 łyżek) (można pominąć)
  • 1,5 łyżeczki soli

Wszystkie składniki łączymy, najlepiej przy pomocy miksera. Ciasto powinno być dosyć gęste. Przykrywamy ściereczką/folią i odstawiamy na 2,5-3 h (czysto orkiszowe ciasto rośnie wolniej; można 1-2 razy złożyć w trakcie wyrastania). Następnie formujemy bułeczki (ja po prostu podzieliłam ciasto na 3 wałki i odcinałam łopatką z grubsza równe porcje). Posypujemy mąką. Odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 60 minut. Piekarnik z kamieniem nagrzewamy do temp. 220 st C i pieczemy bułeczki z parą, mniej więcej 20 minut.

Polecam :)

niedziela, 11 marca 2012

Jak już wyznawałam, lubię książki z podróżami i kulinariami w tle. W ciągu ostatnich paru tygodni przeczytałam dwie z nich - The Olive Farm (wyd. polskie: Oliwkowa ferma) Carol Drinkwater oraz Gaumardżos! Anny i Marcina Mellerów. Ta pierwsza - na minus, druga -  na plus.

Najpierw te złe wiadomości, czyli powieść Drinkwater: ok. 20 lat temu autorka kupiła zrujnowany dom i ziemię z zapuszczonym gajem oliwnym niedaleko Cannes; książka jest zapisem jej stopniowych przenosin do Appassionaty, zmagań z remontem, roślinnością i życiem miłosnym/rodzinnym. Podobne książki zostały napisane przez Petera Mayle'a (sympatyczne lektury wakacyjne), Ferenca Mate (w moim odczuciu - za dużo architektury wnętrz, za mało kulinariów ;) czy Frances Mayes. Być może fani tej ostatniej autorki (do których nie należę) zachwycą się Oliwkową fermą, mnie jednak styl Carol Drinkwater wydawał się, podobnie jak w przypadku autorki Pod słońcem Toskanii, zbyt pretensjonalny. Podobnie jak u Mayes, problem pojawia się nie wtedy, gdy relacjonuje sprawy codzienne, ale gdy próbuje w poetycki sposób opisać otaczające ją krajobrazy lub podzielić się z czytelnikami swoimi uczuciami np. do partnera. Ponadto im dalej, tym mniejszą sympatię czułam do osoby zachowującej się w sposób tak irracjonalny i nieodpowiedzialny, jak autorka; po historii z psem, którego spontanicznie przygarnęła ze schroniska (i który do niego wrócił), prawie przerwałam lekturę; parskałam z irytacji także przy "akcji szambo" - w zamierzeniu chyba humorystycznej - oraz przy historii wyboru wytłaczarni oliwy (a wybór był typu "bo tak!"). Gdy wreszcie odłożyłam książkę, chcąc nie chcąc przypomniałam sobie różne kawały o blondynkach i kobietach ogólnie, bazujące na różnych stereotypach. Merytorycznie jeśli chodzi o kulinaria: są w tle, ale niezbyt ich wiele; najciekawsze wydały mi się opisy wspomnianych wyżej wytłaczarni.

A teraz dobre informacje: produkt rodzimy, czyli książka o Gruzji, w której (jeszcze) nigdy nie byłam, a chciałabym pojechać od kiedy obejrzałam kilkanaście lat temu film Zakochany kucharz. Gaumardżos! znalazłam pod choinką i choć byłam sceptycznie nastawiona do książki sygnowanej nazwiskiem dziennikarza, za którym do tej pory nie przepadałam, już pobieżne oględziny przy stole wigilijnym wypadły pomyślnie. Okazało się, że zarówno Marcin Meller, jak i jego żona (na początku byłam zaskoczona zmianą płci narratora z rozdziału na rozdział, bo nie są sygnowane imieniem, potem się przyzwyczaiłam), piszą w sposób przystępny, dowcipny i ciekawy - lektura łatwo i szybko "wciąga". Oczywiście, przedstawiony obraz Gruzji jest zapewne subiektywny, ale poziom pretensjonalności jest bardzo niski lub zerowy ;); jest także tzw. rys historyczny (w tym historia najnowsza czy sprawa porwanego lotu 6833 do Batumi, o której nigdy wcześniej nie słyszałam) oraz - tak, tak - cały rozdział poświęcony kulinariom. Nie ulega wątpliwości, że podróż do tego kraju byłaby bardzo smaczna (choć niepokoi mnie to, jak bardzo zakrapiana). Dużą zaletą jest także to, że większość zdjęć opublikowanych w książce została wykonana przez autorów.

Z kuchnią gruzińską niestety niewiele miałam do tej pory do czynienia (jeśli pominąć fast-food podczas pobytu w Krakowie jakiś czas temu). Chociaż bardzo chciałabym upiec kiedyś nie fast-foodowe serowe chaczapuri, brak właściwego sera - suluguni - mnie zniechęca (choć czytałam, że można spróbować zmieszać kilka różnych gatunków dostępnych u nas, np. mozarellę i fetę). Chciałam jednak, by wzmiankę o polecanej lekturze ilustrował przepis "stamtąd" - i oto jest puree buraczane, albo inaczej charkhlis mkhali (pkhali).

Przepis zasadniczo pochodzi z książki Roast figs, sugar snow Diany Henry, ale wujek Google pokazał mi wiele podobnych wersji (choćby w A Georgian Feast Darry Goldstein - skąd wzięłam cząber - czy w Feast Nigelli Lawson). Wszędzie są buraki, orzechy włoskie, czosnek, zielona pietruszka i niestety świeża kolendra, z której musiałam zrezygnować (w związku z brakiem na stanie), ale lepiej, by była w składzie. Powstałe puree może stanowić świetną przekąskę/zakąskę, np. jako dodatek do chleba czy dip.

Składniki (ja robiłam z 1/2 porcji, uzyskując 1 miseczkę puree): 350g upieczonego (u mnie)/ugotowanego lub surowego buraka, 75g orzechów włoskich, 1/2 łyżeczki soli, 3 ząbki czosnku, 2 1/2 łyżki świeżej pietruszki, jw. świeżej kolendry, 1/2 łyżeczki mielonej kolendry, szczypta suszonego cząbru, 2 łyżeczki octu z czerwonego wina, 1/2 łyżki oliwy, pieprz do smaku

W moździerzu (u mnie) lub w malakserze utłuc orzechy z solą i czosnkiem na jednolitą pastę. Dodać zioła, dalej ucierać. Buraka zetrzeć na tarce o grubych okach, zmieszać z pastą orzechowo-ziołową, dodać pozostałe składniki, wymieszać dokładnie, sprawdzić doprawienie. W moim odczuciu smaczniejsze po kilkugodzinnym schłodzeniu w lodówce lub następnego dnia.

środa, 07 marca 2012



"Lekkie curry" może brzmi paradoksalnie, bo curry takie, jak można zjeść w restauracji indyjskiej, bazujące na dużej ilości ghee, lekkie nie jest (ba, niektóre zaklejają nawet po dwóch łyżkach ;). To jednak nic innego jak to samo, ale lekko odchudzone, pod gust i żołądek cudzoziemskiego (najczęściej zachodniego) odbiorcy. Takie są dania np. proponowane przez Madhur Jaffrey, z której Indian Cookery często korzystam, i takie kreatywne potrawy indyjskie tworzyłam z przyjaciółką Madzią nie raz i nie dwa. Poniższa ciecierzyca pozostaje w tym duchu, także jeśli chodzi o kreatywność ;) i świetnie rozgrzewa, gdy w ciągu dnia słońce, wiosna niby się zbliża, ale temperatury pozostają ujemne. Poszłam na łatwiznę dla białasów i poza przyprawami jednorodnymi dodałam zamiast chilli - gotową pastę Madras, ale można oczywiście dodać ostrą paprykę świeżą lub w proszku.

Składniki: 1 szklanka ciecierzycy, 1/2 włoszczyzny (tzn. mały por, 2 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, całość pokrojona w kostkę poza porem), lubczyk suszony lub świeży, parę liści curry (idealnie: świeżych), olej, po 3/4 łyżeczki: czarnej gorczycy, kuminu, kopru włoskiego, kurkumy, mielonej kolendry (opcjonalnie) i łagodnego curry, 1 cebula, 500ml przecieru pomidorowego, łyżka ostrej pasty tandoori, vindaloo lub podobnej (ew. ostra papryka w proszku - od 1/4 łyżeczki wzwyż - lub posiekana drobno papryczka chilli), szczypta soli

Ciecierzycę opłukać, zalać zimną wodą, odstawić na noc. Następnego dnia zlać wodę z moczenia, zalać na nowo wodą (tyle, by przykryć), dodać jarzyny, parę liści lubczyku oraz liście curry, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 1h (sprawdzać co jakiś czas, czy wody nie jest za mało, ew. dolać). Osobno na patelni rozgrzać niewielką ilość łagodnego oleju/oliwy i dodać całe przyprawy (kumin, gorczycę, koper) - gdy zaczną pękać, dodać przyprawy mielone, przesmażyć. Do powstałej masali dodać cebulę w piórkach lub drobno posiekaną, przesmażyć, dodać ostrą pastę (lub chilli, lub papryczkę), wymieszać, dodać pomidory. Gotować kilka minut na mocnym ogniu, aż lekko zgęstnieje, dodać do ciecierzycy (z której wyłowić wcześniej pora). Lekko posolić, gotować ok. 8-10 minut pod przykryciem, ok. 20-30 minut odkryte. Podawać np. z ryżem i w idealnym świecie - posypane lekko kolendrą.



czwartek, 01 marca 2012

To będzie bardzo krótki wpis ;). Niedawno podczas awarii lodówki (a właściwie po jej śmierci) odkryłam zamrożone złoża białkowe. Ich ilość nieco mnie przytłoczyła: konieczna była mała czystka i przy okazji stworzenie nowego ciasta na bazie pieguska, świetnego przepisu do zużycia dużej ilości białek.



Otóż - w myśl "potrzeba matką wynalazków" - mak z oryginału zastąpiłam dwoma startymi marchewkami. W ramach bakalii dałam wymieszane rodzynki i suszoną żurawinę, bez namaczania. Wanilię pominęłam, zamiast tego dałam ok. 1/4 łyżeczki przyprawy do piernika. Reszta bez zmian. Piekłam w jednej długiej keksówce, ok. godziny w 200 st. w termoobiegu, po wystudzeniu ciasto lekko polukrowałam.



M oznajmił, że jest lepsze od makowego pieguska, a ja się zastanowiłam, czy w ogóle należałoby ten wypiek nazywać pieguskiem, skoro mak wyleciał ze składu (propozycję M, by uznać, że to ciasto z trądzikiem, odrzuciłam od razu)? Jakieś pomysły :)?

PS. Inne pomysły na zużycie białek omówiłam TU.

piątek, 24 lutego 2012

Ktoś nie śpi, by spać mógł ktoś. Podobno. W tym przypadku by wrzucić przepis na wersję bardziej zaawansowaną jednego z tych dań, które "gotowałam, gdy jeszcze nie gotowałam" (czyt. robiłam to nieregularnie i nieudolnie ;). Pomysł na obiad z paru zimowych warzyw i paczki makaronu (sojowego, gryczanego, innego w mgliście azjatyckim klimacie).

Składniki: 1 mini kapusta czerwone, 2-3 marchewki, ok. 1/3 pora, 30g suszonych grzybów shiitake, woda do zalania grzybów, chilli - w proszku lub 1 mała ostra papryczka, przyprawa 5 smaków (opcjonalnie), sos sojowy jasny i ciemny, sos rybny, ocet ryżowy/sok z limonki, 1 liść limonki, 200g dowolnego makaronu chińskiego

Grzyby zalać wrzątkiem, tyle, by przykryć (parę łyżek), odstawić. Kapustę poszatkować, marchewki obrać i albo cierpliwie pokroić w słupki, albo jak u mnie, zetrzeć na tarce o grubych okach. Pora pokroić w półplasterki. W woku lub ciężkim garnku rozgrzać trochę neutralnego oleju, zeszklić pora, dorzucić świeże chilli, jeśli używacie (rozdrobnione lub tylko zgniecione), kapustę, przesmażyć chwilę, dodać marchewkę, wymieszać. Dorzucić liść limonki pokrojony bardzo drobno np. nożyczkami (z wyjętą twardą łodyżką). Dorzucić grzyby razem z płynem z moczenia, skręcić ogień na średni i dusić, aż płyn częściowo odparuje. Doprawić w między czasie do smaku sosem sojowym jasnym i rybnym, lekko zakwasić sokiem z limonki lub octem ryżowym, oraz dodać chilli w proszku (od 1/4 łyżeczki wzwyż), jeśli nie użyliście wcześniej całej papryczki i opcjonalnie dodać szczyptę-dwie przyprawy 5 smaków. Przygotować makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu, gotowy wymieszać z 1-2 łyżeczkami ciemnego sosu sojowego, wymieszać dokładnie z uduszonymi warzywami w garnku. Sprawdzić doprawienie, podawać od razu, w wersji jeszcze bardziej z upgrade'em (nie u mnie...) - posypane świeżą kolendrą.

wtorek, 21 lutego 2012



Skoro dziś Ostatki i nieodwołalnie koniec karnawału, będzie relacja foto ze smażonych w weekend pączków i faworków. Przepisy na jedne i drugie są od dawna na blogu. Małe modyfikacje to:

  • zrobiliśmy z 1/2 składników jednego i drugiego, uzyskując 13 pączków i pełen talerz (z górką) faworków
  • faworki wałkowaliśmy w maszynce do makaronu, jak zawsze, ale tym razem na niemal najcieńszym ustawieniu (nr 8) - i moim zdaniem to ten kierunek ;)



  • cukier puder wyszedł, więc roztarliśmy cukier drobny w malakserze na super drobny



  • w środku pączków znalazła się róża w cukrze zmieszana 1:1 z kwaskowatym dżemem renklodowym
  • zwijanie pączków z dobrze omączonego ciasta jest zdecydowanie łatwiejsze - to te pączki nie otworzyły się podczas smażenia. Te otwarte i tak nie straciły wiele z cennej zawartości.



  • uformowane pączki wstawiłam do napuszenia do piekarnika nagrzanego do 30 st. (termoobieg), co bardzo dobrze im zrobiło.
  • smażyłam, jak i wcześniej, we frytkownicy na oleju roślinnym, nagrzanym do 190 st. C.

Replay za rok...

czwartek, 16 lutego 2012



Mam problem lingwistyczny, jak określić produkty spożywcze, które po angielsku określa się jako cured. De facto chodzi o konserwację/obróbkę przez zasolenie. Rozważałam termin "peklowanie", ale kojarzy mi się z mięsem, a tu będzie mowa o rybie. "Marynowanie" też nie pasuje, bo sugeruje użycie octu... No właśnie. Więc właściwie chodzi o gravlaxa, ale innego, niż wieki temu robiłam (i patrząc z perspektywy czasu, filet, jakiego użyłam, niespecjalnie się do tego celu nadawał). Cytrusowego, z przepisu z angielskiej wersji bloga Galangal - życie ze smakiem (na stronie polskiej go nie znalazłam*).



Składniki: 1 filet z łososia (jak najlepszy, najświeższy) - mój był mały, ok. 200-250g, sól, cukier (biały lub brązowy), skórka z 1/2-1 cytryny oraz 1/2-1 pomarańczy

Łososia dokładnie umyć, przejechać po nim palcami, czy nie są wyczuwalne ości (w moim nie było ani jednej ;) - jeśli są, zacisnąć zęby i pousuwać je delikatnie, np. pęsetą (powodzenia). Filet natrzeć równomiernie solą (tak, jak nacieram szynkę solą peklową; na ten filet poszło może ok. łyżeczki) i cukrem (użyłam mniej więcej 1,5 razy tyle, co soli). Obłożyć startymi skórkami (u mnie ze sparzonych cytrusów - 1/2 cytryny i 1 mała pomarańcza). Przekroić na 1/2, złożyć jak kanapkę, mięsem do środka. Nie zdejmowałam skóry, ale jak pisała Ewa, można rozważyć odskórowanie (ja zrobiłam to dopiero po paru dniach). Owinęłam filet dokładnie folią spożywczą, umieściłam w plastikowym pojemniku i przygniotłam ciężką maselniczką (można użyć np. słoika, puszki itd.) Trzymałam go w lodówce 3,5 dnia, codziennie zlewałam wytwarzający się płyn. W książce "Roast figs, sugar snow" Diane Henry wyczytałam zalecenie, by podobnie przyrządzaną rybę zasalać od 1 do 6 dni.

Po tym czasie zdjęłam skórę, strzepałam część skórek i jadłam cienko krojonego w poprzek filetu (przyda się ostry nóż), najlepiej na żytnim chlebie. Polecam.

* Bo go tam nie było, ale już się pojawił - można tu klikać i czytać :)

poniedziałek, 13 lutego 2012



Ostatnio mam ochotę na dania dla siebie nietypowe, takie, jakich normalnie nie wybieram. Nie, że ich nie lubię, ale nie mogę powiedzieć, bym za nimi przepadała. A jednak... niedawno na stoku rzuciłam się na gorącą czekoladę, a wcześniej zamarzyły mi się (sic) leniwe. Przy okazji wdałam się z M w dyskusję, czy to kluski, czy pierogi, czy po prostu leniwe. Przepis znalazłam u Dorotuś, na raczej niewielką ilość klusek (nie pierogów - wg mnie ;) -dla dwóch-trzech głodnych osób sugeruję od podwoić proporcje. W mojej wersji bez dodatku cukru waniliowego w masie.

Składniki:

  • 20-22 dag twarogu
  • 1 jajko (osobno żółtko i białko)
  • pół szklanki mąki

Twaróg przetrzeć przez sito lub rozgnieść widelcem. Dodać żółtko, mąkę i ubitą pianę z białka. Masa może się lepić, ale im mniej mąki dosypiemy, tym lepiej. Ciasto wyłożyć na stolnicę wysypaną mąką, uformować wałeczek, lekko spłaszczyć. Nożem odkrajać kawałki, wrzucać na wrzątek, gotować chwilę do wypłynięcia.
Podawać z roztopionym masłem lub śmietaną, posypane grubym cukrem i ew. cynamonem, lub jak kto lubi.

Kluski bardzo smaczne, ale dla mnie zbyt monotonne, by stanowić cały posiłek. Choć M patrzył się na mnie jak na UFO, zrobiłam do leniwego obiadu miskę surówki ze słodką nutą.

Surówka z marchwi, włoskiej kapusty i suszonych moreli



Składniki:

  • 2 średnie marchewki
  • mała garść poszatkowanej kapusty włoskiej
  • 3-4 suszone morele
  • sok z cytryny
  • łyżka jogurtu/śmietany
  • ok. 2 łyżeczek cukru
  • sól

Marchewkę zetrzeć, zmieszać z kapustą i morelami pokrojonymi w cienkie paseczki. Skropić cytryną (u mnie obficie), wymieszać z jogurtem/śmietaną, doprawić do smaku niewielką ilością soli i cukrem. Odstawić na bok, po paru minutach sprawdzić doprawienie. Podawać od razu lub po schłodzeniu.

Inna opcja to słodko-kwaśny, chrupki anyżowy fenkuł, którego można zjeść np. przed lub po leniwych:

Surówka z fenkułu



  • 1 średni fenkuł
  • sok z 1/2 cytryny (ew. dobry, delikatny biały ocet - ok. łyżeczki)
  • łyżeczka-dwie cukru
  • szczypta soli

W misce wymieszać cytrynę, cukier i sól. Wymieszać dokładnie z poszatkowanym fenkułem, odstawić na parę minut. Zweryfikować doprawienie, jeść od razu.

wtorek, 07 lutego 2012



Od jakiegoś czasu chodziła za mną taka tarta, kiedyś bowiem zrobiłam podobne tartaletki z resztek ciasta kruchego. Okazja się nadarzyła, gdy wszystkie składniki były w domu (a opakowanie czarnych oliwek kupionych przez M okazało się gotową pastą*). Buraki + wyrazisty ser + oliwki to coś, co bardzo lubię... 

Składniki: ciasto kruche maślankowe (ze 140g mąki/70g masła) lub inne ulubione kruche w ww. ilości; 2 średnie, wcześniej ugotowane lub upieczone buraki; 40g pasty z oliwek/tapenade; 1/4 średniej cebuli, pokrojonej w piórka; ok. 2-3 łyżek pokruszonego sera z niebieską pleśnią/koziego; sól, tymianek, ocet balsamiczny, oliwa

Ciasto przygotować klasycznie: zrobić, schłodzić, rozwałkować, wyłożyć formę (u mnie rozwałkowane bardzo cienko na taką ok. 27cm, można trochę grubiej i wyłożyć mniejszą, np. 24cm) i schłodzić, podpiec na ślepo (z obciążeniem) ok. 10 minut w 190 st. C (termoobieg) i drugie tyle bez obciążenia.

Podpieczony spód posmarować pastą z oliwek, na to wyłożyć równomiernie buraki pokrojone w b. cienkie plasterki, rozrzucić na burakach cebulę, lekko oprószyć solą i suszonym tymiankiem, skropić delikatnie balsamico, na wierzchu rozrzucić ser pleśniowy/kozi, skropić oliwą. Piec ok. 15 minut ponownie w 190-200 st. C., aż brzegi się zrumienią a ser lekko roztopi.

I już :) Można jeść na ciepło, na zimno, jako przystawkę lub w większej ilości (np. w towarzystwie zieleniny) na obiad.

* Dziękuję korektorowi za zwrócenie uwagi ;)

sobota, 04 lutego 2012

O wałówce na drogę pisałam parokrotnie, ostatni raz - półtora roku temu. Niedawno znów ruszyliśmy w dłuższą podróż samochodem, a oto co nam towarzyszyło...

Po pierwsze: pieczone kacze uda. Zainspirowane przepisem na confit z The French Market (Harris i Warde), ale użyłam mniej tłuszczu.



Składniki: dwa kacze uda, sól, pieprz, suszony majeranek, 2 łyżki kaczego tłuszczu (zachowanego z innego pieczenia)

Uda umyć, dobrze osuszyć, natrzeć solą, pieprzem i suszonym majerankiem (na oko). Nakryć, zostawić na noc w lodówce (np. od razu w naczyniu żaroodpornym). Następnego dnia doprowadzić do temperatury pokojowej, posmarować każde udko łyżką tłuszczu kaczego, piec ok. 1,5 h w 160 st. C (aż mięso będzie miękkie). Jeść od razu lub osączyć z tłuszczu i wystudzić do konsumpcji na zimno.

Po drugie: sałatka ziemniaczana.



Składniki: ok. 6-7 średnich ziemniaków, ugotowanych lub upieczonych w piekarniku (np. w tym samym czasie, co ww. kaczka), 4 duże pieczarki, ok. 1/2-1/3 małego pora, 2 łyżki natki pietruszki, sól, pieprz, sok z cytryny, słodka papryka, 1 łyżka majonezu

Ciepłe ziemniaki, pokrojone w grubą kostkę lub plastry, wymieszać z surowymi pieczarkami w plasterkach i porem (pokrojonym jw.) oraz natką, dodać sól/pieprz, odstawić. Jak przestygnie doprawić do smaku cytryną, papryką słodką (u mnie większa szczypta), dodać łyżkę majonezu. Sprawdzić doprawienie, wystudzić przed jedzeniem.

Po trzecie: krakersy z ciasta maślankowego, takie jak kiedyś prezentowałam, ale tym razem użyłam resztek ciasta kruchego, które po rozwałkowaniu (cienko!) pocięłam jak na łazanki i do posypki (poza solą - kumin, suszone pomidory, zioła) niczym nie smarowałam. Poza tym wszystko jak we wcześniejszym przepisie.



Czy coś z tego zabralibyście jako prowiant :)?

PS. A co do celu podróży... Takie wczoraj widziałam widoki:

| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna