Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 04 lipca 2012

Piątki - upragniony dzień przed weekendem, ale zawsze brakuje czasu, bo ostatnio jest to najbardziej "wypakowany" dzień tygodnia. Gdy nadchodzi wczesny wieczór, jestem mało kreatywna, jeśli chodzi o przygotowanie posiłku, ostatnio więc jest to często makaron. Z tygodnia na tydzień coraz prostszy...

Wersja #1: sos zabielany - pieczarki, papryka, zielone oliwki

Składniki: olej/oliwa, ok. 300g pieczarek, 1 cebula, 1/2 żółtej papryki, sól, pieprz, papryka ostra i słodka wędzona (do smaku), opcjonalnie: parę liści szałwii, ok. 8-10 zielonych oliwek bez pestek, ok. 2 łyżek śmietany lub śmietanki, 200-225g makaronu rurki/świderki

Cebulę pokroić w piórka, zeszklić na oleju/oliwie. Dodać pieczarki w plastrach, przesmażyć na średnim ogniu ok. 5-7 minut, dodać paprykę pokrojoną w większą kostkę. Całość smażyć, aż warzywa będą miękkie, doprawić w trakcie do smaku przyprawami, dorzucić szałwię. Pod koniec skręcić ogień na mały, delikatnie zabielić sos. Zdjąć z ognia i wmieszać oliwki, odstawić na ok. 2 minuty pod przykryciem. Wymieszać z ugotowanym makaronem, podawać od razu.

To była wersja bardziej zaawansowana ;). Prostsze (wersja #2) jest pesto pt. przegląd ogródka (albo i lodówki), na bazie tego przepisu. Tym razem naprawdę się spieszyłam, więc gdy makaron się gotował, wrzuciłam składniki do blendera. Z zieleniny była mieszanka bazylii, rukoli (chwast!), liści rzodkiewki i musztardowca. Niestety, jak widać na zdjęciu, parmezan to towar kolonialny i deficytowy - do posypki posłużył ser wędzony.

Może być jednak jeszcze prościej!

Wersja #3:makaron z truskawkami, fetą i rukolą

Gdy makaron się gotuje, umyć i porwać garść rukoli (czy wspominałam, że rośnie jak chwast?); umyć ok. 8-10 truskawek (maliny też się nadadzą, oraz pokrojone dojrzałe morele) i przepołowić. Wymieszać ugotowany, gorący makaron z rukolą i truskawkami, dodać ok. 2 łyżek pokruszonej fety. Doprawić dość hojnie pieprzem, lekko skropić dobrym octem balsamicznym; jeśli to konieczne, można dodać też kroplę oliwy. Dokładnie wymieszać, skosztować (feta powinna wystarczyć za sól). Jeść od razu (można i bezpośrednio z garnka).

I już za 1,5 dnia znów piątek...

czwartek, 28 czerwca 2012

Drożdżówki z serem i budyniem; bułeczki z jabłkiem i jagodzianki - gdy myślę o szkolnym sklepiku z czasów podstawówki, widzę stos wypieków drożdżowych. Kojarzą mi się także z zakupami w małych piekarniach. Najbardziej lubiłam te z budyniem, ale serowe były też bliskie mojemu sercu, podobnie jak, wiadomo, jagodzianki. Niedawno sobie przypomniałam o tych drożdżówkach i wiedziałam, że nie ma rady - muszę je upiec. Ponieważ zrobiłam także pewną ilość róży w cukrze z tegorocznych płatków, z 1/2 ciasta zrobiłam rogaliki.

Składniki:

- ciasto drożdżowe - moje ulubione do takich celów, tj. z przepisu na cynamonki

- na nadzienie serowe (za przepisem Liski z Pracowni wypieków):

  • 200 g białego sera (użyłam zwykłego tłustego twarogu w kostce)
  • 1,5 łyżki cukru pudru
  • 1 małe żółtko (białko zostawić do glazury)
  • 1 łyżka cukru waniliowego

- na rogaliki różane: ok. 100ml róży w cukrze

Ciasto wykonać zgodnie z przepisem, podzielić na 2 części. 1 połowę rozwałkować, podzielić na trójkąty (u mnie 8 dużych), nadziewać łyżeczką róży (jeśli gęsta, można ciasto smarować), zwijać rogale, odstawić do napuszenia. Z 2 połowy uformować bułeczki (u mnie ponownie 8 sztuk), w każdej zrobić za pomocą szklanki zagłębienie (wbijając szklankę mocno i stanowczo). Składniki nadzienia utrzeć na gładko, rozmieścić równomiernie w dołkach w bułkach. Odstawić do napuszenia. Nagrzać piekarnik do 190 st. C (termoobieg). Przed pieczeniem posmarować rogale i brzegi bułeczek białkiem. Piec ok. 20-25 minut, do zrumienienia. Bułeczki z serem można po upieczeniu lekko polukrować (nie są bardzo słodkie). Najlepiej zajadać jeszcze ciepłe :)

A Wy - jakie drożdżówki lubicie?

niedziela, 24 czerwca 2012

Codziennie obchodzę ogród warzywny. Wzdycham nad chwastami (które plenią się jak - co za niespodzianka - chwasty), cieszę się na widok biedronek (bo zjadają mszyce) i dziwię się na widok strąków bobu, wyrastających ze sczerniałych, zwiędłych kwiatów. Z zadowoleniem, ale i z pewnym zadziwieniem patrzę na musztardowca i rukolę, które okazały się wyjątkowo plenne (żeby nie powiedzieć, że rukola wzięła przykład z chwastów). Oba dania, o których zaraz wspomnę, można by przyrządzić właśnie z musztardowca czy rukoli (lub roszponki, lub boćwiny* - tą ostatnią też mam, ale w ilościach bardziej rozsądnych). U mnie oba były próbą przerobienia pewnej ilości szpinaku (wynik źle ocenionych możliwości).

Sałatka szpinak, truskawki, ser (jako przystawka - dla 3-4 osób)

Składniki: większa garść szpinaku (najlepiej młodego; ew. może być rukola, musztardowiec, roszponka), ok. 100g sera z niebieską pleśnią, ok. łyżki posiekanego szczypiorku/dymki (można użyć pędów czosnku), ok. 10 truskawek (maliny też by pasowały), sól, jak najlepszy i gęsty ocet balsamiczny, oliwa z oliwek/ulubiony olej (raczej delikatny), brązowy cukier

Szpinak dokładnie umyć; z młodymi liśćmi nic nie trzeba robić, z nieco większych trzeba pousuwać twarde łodygi, liście porwać na mniejsze kawałki; ułożyć na np. większym talerzu. Truskawki umyć, przekroić na 1/2, rozrzucić na szpinaku. Całość posypać pokruszonym serem i szczypiorkiem. W misce wymieszać ok. łyżki oliwy/oleju z 1/2 łyżki octu, szczyptą soli i łyżeczką cukru, polać sosem składniki sałatki (gdyby się wydawało, że jest go za mało, dorobić trochę więcej korzystając z tych samych proporcji). Odstawić na ok. 30 minut przed podaniem.

Druga propozycja to kolejne jajko w kokilce (nie, jeszcze mi się nie znudziły ;); przypominam, że ostatnio na blogu były szparagowe). Postępować ogólnie jak w poprzednim przepisie, tym razem jednak jako warstwy układając odrobinę zblanszowanego szpinaku (znów można by użyć innych zielonych liści, przy czym drobne - rukola, roszponka, młody musztardowiec, młody szpinak (tzw. baby), itd. - blanszowania nie wymagają), trochę wędzonego łososia, porwanego na małe kawałki, sporą ilość koperku i na koniec - jajo. Łosoś jest na tyle słony, że dodatek soli wydaje mi się zbędny, można natomiast jajo lekko posypać pieprzem, a także szpinak posypać rozdrobnionym czosnkiem, jeśli komuś to nie straszne z rana.

* Czy ktoś kiedyś widział boćwinę (mangolda) w sprzedaży w Polsce? Ja nie, dlatego zasiałam, ale może gdzieś na targach występuje?

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Przejadły Wam się już truskawki? Jecie na surowo, w napojach czy wypiekach? Ja do tej pory (w tym sezonie) stworzyłam tylko jeden wypiek truskawkowy - ten, którym chciałam się z Wami podzielić poniżej :).

Wymyśliłam sobie tartę w stylu amerykańskiego placka - z warstwą ciasta u góry, naciętą, by farsz mógł odparować. Farsz - rabarbarowo-truskawkowy. Chciałam, by był jeszcze jakiś dodatek smakowy i wymyśliłam marcepan (można by użyć także białej czekolady). Wszystko wyszło całkiem nieźle, poza faktem, że owoce - których było sporo - puściły nieco soku. Był on b. smaczny, więc nie był to duży kłopot, a po schłodzeniu w lodówce farsz się ściął i nadmiar płynu w ogóle przestał być problemem, niemniej następnym razem wypróbuję wariant z podsypaniem mąką (np. ziemniaczaną). Tymczasem przepis tak, jak go wykonałam:

Tarta truskawkowo-rabarbarowa z marcepanem

Składniki: ok. 750g mieszanki 1:1 rabarbaru (umyty, pocięty w kostkę) i truskawek (umytych, odszypułkowanych, przekrojonych na 1/2), podwójna ilość ciasta kruchego z przepisu na tartę rustykalną, 100g marcepanu, 3 łyżki drobnego cukru brązowego, 2 łyżki cukru waniliowego, jajo/mleko/białko/żółtko do posmarowania ciasta

Przygotować ciasto kruche (w podwójnej ilości) z tego przepisu. Gdy się schładza, umieścić marcepan w zamrażarce. Schłodzone ciasto podzielić na 2 części, jedną rozwałkować, wyłożyć tartownicę ok. 27-28 cm, nakłuć, schłodzić 30 minut, podpiec spód w 200 st. C. - 10 minut na ślepo (z obciążeniem, folia i sucha fasola) oraz 10-12 bez obciążenia. Gdy tarta się podpieka, wymieszać pocięte owoce z 2 rodzajami cukru. Zetrzeć schłodzony marcepan na tarce, rozłożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, przykryć owocami. Rozwałkować drugą połowę ciasta, nakryć owoce, dokładnie zlepić brzegi. Zrobić kilka nacięć w cieście. Z ew. resztek można powycinać ozdoby (u mnie listki i truskawki), ozdobić wierzch ciasta. Posmarować roztrzepanym jajem/mlekiem itp. i piec ok. 35 minut, aż wierzch będzie równomiernie rumiany. Można jeść na ciepło, lekko wystudzone lub po schłodzeniu; im cieplejsze, tym owoce będą wilgotniejsze.

Inny wariant truskawek na ciepło pojawił się u nas na śniadanie. Otóż z paru kromek suchego ciasta drożdżowego zrobiłam chleb smażony, do którego podałam sos truskawkowy: ok. 10 truskawek rozgniotłam, doprawiłam cukrem do smaku (ok. dwóch łyżeczek), delikatnie podgrzewałam przez ok. 10 minut. Tak samo można by przyrządzić maliny, jagody, czarne porzeczki... Już się rozmarzyłam ;).

A to wszystko w ramach...



czwartek, 14 czerwca 2012

Ulegliście gorączce sportowej? Przestaliście gotować czy produkujecie tylko przekąski dla kibiców? Znajdując się kilkaset km od jakiegokolwiek stadionu i posiadając w domu umiarkowanego fana piłki nożnej, który coś tam obejrzał, ale codziennie telewizora nie okupuje, na szczęście nie czuję się przytłoczona Euro 2012. Kulinarnie także na mnie nie wpłynęło, w przeciwieństwo do pogody, wciąż bowiem przerabiam produkty sezonowe. W chłodniejszy, deszczowy (bardzo dobrze, warzywniak się podlewa) wieczór chętnie duszę młodą kapustę z dodatkiem boczku i pomidorów. O, taką jak poniżej.

Składniki (na 2-3 porcje): 1 mała młoda kapusta (lub odpowiednio 1/2-1/3 większej), 100g boczku, 1 cebula, 500 ml przecieru z pomidorów, papryka słodka i ostra, opcjonalnie: łyżka węgierskiej pasty paprykowej, sól, pieprz, majeranek, natka pietruszki, łyżka mąki

Kapustę umyć, zdjąć zewnętrzne liście, poszatkować, odłożyć na bok. Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na małym ogniu, potem podkręcić na średni i zrumienić (jeśli boczek jest chudy, lekko podlać go olejem/oliwą i tak rumienić). Dodać cebulę w piórkach, chwilę smażyć, dodać poszatkowaną kapustę, wymieszać, lekko podlać wodą, dusić kilka minut, dodać pomidory. Doprawić do smaku solą, pieprzem, papryką słodką (u mnie wędzona, ok. 1/2 łyżeczki), ostrą (u mnie hojna szczypta) i opcjonalnie pastą paprykową (u mnie tzw. łagodna, 1 łyżka). Można dodać trochę majeranku suszonego lub świeżego (u mnie, listki z paru małych gałązek). Dusić na średnim ogniu, aż kapusta zmięknie, ale zachowa kształt, a płyn lekko odparuje (co potrwa ok. 20-25 minut); pod koniec gotowania wymieszać kilka łyżek płynu z łyżką mąki i stopniowo domieszać do potrawy, potem już tylko lekko podgrzewać, nie gotować. Posypać przed podaniem posiekaną natką pietruszki, wymieszać. Podawać np. z dodatkiem młodych gotowanych lub pieczonych ziemniaków.

niedziela, 10 czerwca 2012

Czy znacie osobę, która nie lubi croissantów? Z pewnością gdzieś takie wyjątki istnieją, ja ich jednak nie znam, a tym bardziej do nich nie należę. Dlatego już dawno temu próbowałam zrobić je w domu. Zachwycona ciastem francuskim dla idiotów, chciałam zaufać Nigelli także pod tym względem. Niestety, 1-sze podejście do listkującego drożdżowego (półfrancuskiego)* było nieudane, drugie - w wydaniu M - także. Jak to się jednak mówi, do trzech razy sztuka. Wróciłam do przepisu dla opornych z Domestic goddess (a Nigella go ściągnęła od Beatrice Ojakangas), który znacznie proces ułatwia i skraca (choć i tak trzeba sobie go zaplanować na przynajmniej 2 dni, ale za to poradzi sobie z nim każdy, nawet pięciolatek wyposażony w wałek i malakser). Ciasto jest mocno maślane, lekko tylko słodkie, listkujące (choć niestety mniej niż w przypadku croissantów kupnych). Przede wszystkim, w przeciwieństwie do poprzednich podejść, jedzący nie mają problemu z rozpoznaniem tego, co mają na talerzu :)**. Można je także wykorzystywać do wypieków ze słodkim nadzieniem (serowym, migdałowym, orzechowym itd., itp).

Składniki (na ok. 12-16 rogalików): 60ml ciepłej wody, 125ml mleka w temp. pokojowej, 1 duże jajo, w temp. jw., 350g mąki pszennej chlebowej, 7g drożdży instant/15g świeżych, 1 łyżeczka soli, 25g drobnego cukru, 250g masła, pokrojonego na 1/2 plasterki

Zmieszać (np. w dzbanku) składniki mokre: wodę, mleko, roztrzepane jajo. Osobno wymieszać składniki suche (drożdże świeże wkruszyć), po czym umieścić w malakserze, krótko zmiksować z plastrami masła (ma być lekko rozdrobnione, ale wciąż powinny być widoczne ok. 1cm kawałki; nie próbowałam, ale sądzę, że to samo można by zrobić ręcznie np. w dużej misce i szatkując szybko nożem). Umieścić zawartość malaksera w dużej misce i szybko wymieszać ze składnikami mokrymi - masa ma być tylko połączona, ale nie wyrobiona, lepka, upstrzona kawałkami masła. Przykryć miskę folią, umieścić w lodówce na noc (można też trzymać do ok. 4 dni).

By przerobić lepką masę na właściwe ciasto, należy wyjąć miskę z lodówki i doprowadzić zawartość do temperatury pokojowej. Następnie wyłożyć ciasto na omączony blat i rozwałkować na kwadrat ok. 50 x 50 cm. Złożyć jak list do długiej koperty (składając 3 razy), obrócić by złożony brzeg znajdował się po lewej stronie. Ponownie rozwałkować na kwadrat 50cm, złożyć jw., obrócić i wszystko powtórzyć jeszcze dwa razy. Podzielić ciasto na 2 części (łatwiej potem rozwałkować), owinąć w folię i schłodzić jeszcze przynajmniej 30 minut przed użyciem (lub zostawić w lodówce do 4 dni, lub ew. zamrozić - nie próbowałam).

Chcąc zrobić rogaliki należy schłodzone ciasto rozwałkować dość cienko, jak na tartę, pociąć na trójkąty i zwijać mniej lub bardziej zgrabnie, potem zostawić pod folią lub wilgotną ściereczką do dokładnego (ważne!) napuszenia (ok. 90 minut w temperaturze pokojowej). By piec rano można uformowane croissanty umieścić do powolnego puszenia się na noc (lub nieco dłużej) w lodówce, następnie pozwolić im rano dojść do temperatury pokojowej (bardzo ważne! To był mój błąd przy podejściu nr 1) przed pieczeniem. Piec ok. 15 minut w 180 st. C (termoobieg), posmarowane jajem/żółtkiem/białkiem/mlekiem.

* Można spotkać się np. w necie z nazwami ciasto duńskie lub tworem polanglo "danisze" (brr), ale i jedna i druga nazwa to kalki z angielskiego. W krajach skandynawskich wypieki z ciasta drożdżowego listkującego nazywa się "wiedeńskimi".

** Obyło się bez zdań: "No, nie takie złe te rogaliki... Drożdżowe, tak?" lub "A dlaczego one nie smakują/wyglądają jak croissanty?".

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Lubicie szpinak? A może kojarzy Wam się traumatycznie ze szkolną stołówką, ew. barem mlecznym? Jedliście go w formie tylko rozciapanej brei? Jeśli tak: warto zrobić kolejne podejście. Choćby takie...

Szpinakowe gnocchi mają niewiele wspólnego z ziemniaczanymi kopytkami - są od nich lżejsze, poza szpinakiem zawierają sporo twarogu. W zależności od regionu, nazywa się je gnudi (w dowolnym tłumaczeniu, golasy) albo malfatti (jw., brzydale) - wolę tą ostatnią nazwę. Moje pierwsze podejście do brzydkich golasów skończyło się porażką - przykleiłam się do mokrej masy a ona do mnie, końcowy produkt dał się zjeść... ostatecznie. Tym razem zaufałam Guru, czyli Annie del Conte i Gastronomy of Italy. Jak zawsze się udało. U mnie małe zmiany w stosunku do oryginału: dałam mniej gałki muszkatołowej, masła i parmezanu, użyłam także domowego twarogu. Autorka pisze, że w regionie Emilia Romana malfatti przyrządza się z liści boćwiny - kto wie, może za miesiąc, jak moja podrośnie, przekonam się, jak smakują ;)

Składniki (2-4 porcje, zależnie od możliwości i rodzaju posiłku): 500g szpinaku, 200g twarogu - możliwie suchego - lub ricotty, 2 duże jaja, 200g mąki, sól, pieprz, 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej, 75-100g parmezanu, kilka łyżek masła i (opcjonalnie) garść liści szałwii

Szpinak umyć, oderwać łodygi, gotować kilka minut w lekko osolonej wodzie, dokładnie odcedzić, wystudzić i odcisnąć możliwie dużo wody. W misce roztrzepać jaja, wkruszyć twaróg, utrzeć na gładką masę. Dodać mąkę, szpinak, gałkę muszkatołową i 50g parmezanu. Dokładnie wymieszać, doprawić do smaku solą i pieprzem. Umączonymi dłońmi formować kulki z ciasta (u mnie wielkości orzechów włoskich); schłodzić w lodówce 30 minut. Po tym czasie gotować partiami, po ok. 12-15 sztuk, w osolonej wodzie (ok. 3-4 minut od ponownego zagotowania wody). Ugotowane kluski trzymać na np. podgrzanym talerzu, lub od razu podawać: posypane dodatkowym parmezanem i polane stopionym masłem (u mnie masłem szałwiowym).



Skoro jesteśmy przy szpinaku z baru mlecznego - w św. p. Szwajcarskim na ul. Nowy Świat (vis a vis Instytutu Anglistyki) paćkę w kolorze Shreka podawano z jajkiem sadzonym. Garść liści pozostałą z robienia malfatti postanowiłam wykorzystać, w ramach śniadania, na szpinak z sadzonym w wersji prostszej i zupełnie nie płynnej (pomijając żółtko w jaju). Otóż ok. 350g szpinaku umyłam, oberwałam łodygi i zblanszowałam, przelewając dokładnie wrzątkiem, po czym odcisnęłam wodę; garstkę liści ułożyłam na każdym talerzu (a były ich dwa ;), oprószyłam solą, posypałam szczypiorkiem i małą ilością parmezanu. Następnie na szpinaku ułożyłam jajo sadzone, także oprószone solą i posypane szczypiorkiem (można dodatkowo na wierzch dać jeszcze trochę sera, ja to pominęłam). Może być na śniadanie, może być na lekki obiad.

PS. Wpis publikuję w ramach:



środa, 30 maja 2012

Zagajałam temat podrobów jakiś czas temu, przy okazji serduszek - otóż mam wrażenie, że większość osób albo je bardzo lubi, albo nienawidzi. Najczęściej jemy wątróbkę, inne - znacznie rzadziej. Grasica ostatnio chyba powraca do łask (jadłam ją dwukrotnie w restauracjach, tj. Atelier Amaro i wcześniej w Bistro de Paris), ale wciąż niełatwo ją dostać i bardzo się ucieszyłam, gdy udało mi się ją kupić (w formie zamrożonej, co prawda). Porcja ważyła niecały 1 kg i od razu, jeszcze zamrożoną, podzieliłam ją na dwie porcje obiadowe.

Jedną z charakterystycznych cech podrobów jest, poza ich specyficznym smakiem i zapachem, ciekawa (a w każdym razie - inna) konsystencja. W przypadku grasicy jest to "kulkowa" struktura po obróbce termicznej, smak zaś jest bardzo delikatny.

Przepisów na animelkę (tak, tak się inaczej nazywa) w polskiej blogosferze tyle, co kot napłakał, dlatego z ciekawością przeczytałam wpis Miss_Coco na ten temat, korzystałam z jej rad, a także - przy podejściu numer dwa - zaadaptowałam podany przez nią przepis na grasicę ze szparagami, będący rozwinięciem przepisu pierwszego - grasicy smażonej na maśle.

Z istotnych uwag: grasicy nie należy przechowywać zbyt długo (do 2 dni w lodówce) i podobno najlepiej ją namoczyć (np. przez noc) w zimnej wodzie (co częściowo pominęłam, bo rozmrażałam swoje porcje - w woreczkach - w zimnej wodzie). Następnie należy grasicę krótko sparzyć w lekko osolonej wodzie, bo po sparzeniu i wystudzeniu łatwiej usunąć błonki i kawałki tłuszczu (co robimy np. palcami, rozdzielając mięso jednocześnie na mniejsze kuleczki, poręczniejsze do smażenia). Tak przygotowana grasica jest gotowa do dalszej obróbki.

Grasica smażona

Składniki: ok. 0,45kg grasicy cielęcej, masło do smażenia (lub mieszanka masła i oliwy), mąka, sól, pieprz, świeży majeranek

Grasicę przygotować zgodnie ze wskazówkami powyżej. Lekko solimy i pieprzymy, oprószamy mąką, smażymy na maśle/maśle z oliwą partiami (lub np. na 2 patelniach), po kilka minut; usmażone kuleczki trzymamy w cieple, jeszcze gorące posypujemy świeżym majerankiem. Podajemy z upieczonymi lub przesmażonymi ziemniakami i czymś zielonym i chrupkim (młodą sałatą, brokułami na parze lub np. ogórkami małosolnymi).

Grasica ze szparagami (oryginał tu - blog Belgia od kuchni)

Składniki: ok. 0,45g grasicy, przygotowanej wg przepisu powyżej (majeranek można pominąć), ok. 2 łyżek suszonych grzybów (u mnie mieszane, m.in. podgrzybki i maślaki), 1 pęczek zielonych szparagów, sól, pieprz, ok. 1-2 łyżek masła

Zacząć od zalania grzybów wrzątkiem (ok. 6 łyżek) i odstawienia na 1 godzinę. Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce, gotować kilka minut w lekko osolonej wodzie, odcedzić i dokładnie przepłukać zimną wodą (lub je w niej umieścić). Grasicę przygotować zgodnie z przepisem powyżej. Gdy się smaży, odcedzić szparagi, pokroić na kilkucentymetrowe kawałki, grzyby odcedzić i zachować płyn. Gotowe mięso przełożyć na np. podgrzany talerz i nakryć folią, na patelnię przełożyć szparagi i grzyby, krótko przesmażyć, potem także trzymać w cieple. Na patelnię wylać wywar po grzybach (jeśli smażyliśmy grasicę na 2 patelniach, można to zrobić wcześniej, podczas przesmażania szparagów), gotować na mocnym ogniu do zagęszczenia; gdy płyn odparuje o ok. 1/2, doprawić do smaku, dodać masło (które dodatkowo zagęści) i dalej odparowywać, aż sos wyraźnie się zredukuje. Niecierpliwi mogą wcześniej zagęścić mąką, ja tego jednak unikam. Podawać na talerzach grasicę ułożoną na szparagach, polaną sosem.

Oba dania są smaczne, muszę Wam jednak przyznać, że wciąż szukam "mojego" sposobu na grasicę. Rzecz w tym, że mięso jest naprawdę bardzo delikatne w smaku (i w konsystencji), zaś szparagi są także dość subtelne i w efekcie... czegoś mi brakuje ;). Może powinnam pójść w kierunku inspiracji azjatyckich, jak w pierwszej grasicy, jaką jadłam w życiu, a którą jadłam we wspomnianym Bistro de Paris...

niedziela, 27 maja 2012

Czekałam na ochłodzenie pogody, które sprzyjałoby deserom na ciepło - jakoś na poważnie nie chce nadejść, ale że wieczory i ranki chłodne, nie ma na co czekać ;). Brown Betty (albo, w moim tłumaczeniu, Brązowa Baśka) to klasyczny deser amerykański (tu można poczytać o historii), mający coś wspólnego z brytyjskim puddingiem chlebowym, w Baśce jednak wykorzystuje się owoce i bułkę tartą. Wersja Nigela Slatera z Real Food jest nieco bardziej luksusowa i mniej tradycyjna, bo z dodatkiem czekolady i zdecydowanie należy do potraw poprawiających samopoczucie ;). Warto użyć kwaskowatych jabłek (u mnie była to szara reneta); można wykorzystać resztki połamanej czekolady lub niedojedzone czekoladki. Ja robiłam z 1/2 porcji - w sam raz dla 2 osób.

Składniki (dla 4 osób, ew. ok. 6 przy z dodatkiem lodów lub śmietanki): 1 kg kwaskowatych jabłek (u mnie szara reneta), 30g + 75g masła, 125g bułki tartej, 100g brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado), 100g ciemnej czekolady, z grubsza posiekanej, 3 łyżki złotego syropu/miodu sztucznego lub naturalnego

Jabłka obrać, wydrążyć, pokroić na dość duże kawałki. Przełożyć na większą patelnię/do rondla, dodać 30g masła i ok. 2 łyżek wody, wymieszać, delikatnie podgrzewać, aż jabłka lekko zmiękną, ale nie zaczną się rozpadać. Przełożyć owoce do naczynia żaroodpornego (ok. 1,5 litra pojemności).

Wymieszać bułkę, brązowy cukier i czekoladę, przykryć mieszanką jabłka. Stopić pozostałe 75g masła z syropem/miodem, dokładnie polać mieszanką okruchy. Piec w 190 st. C (termoobieg) 35-40 minut, aż wierzchnia warstwa będzie rumiana i chrupka. Można jeść gorące (powiedzmy po ok. 10 minutach z piekarnika), ciepłe, letnie lub na zimno.

poniedziałek, 21 maja 2012

Miał być wpis o deserze na ciepło, jednak ciepła aura nie sprzyja potrawom na chłodne wieczory ;). Pudding jeszcze się pojawi, tymczasem będzie notka bardziej na czasie - o napojach. Od niedawna jestem szczęśliwą właścicielką sokowirówki i badam - poza tradycyjnym sokiem pomarańczowym, pomarańczowo-grejpfrutowym czy marchwiowym - co by można było wycisnąć i pomieszać, by stworzyć ciekawą mieszankę, dobrą np. jako dodatek do śniadania. Jedną dość udaną opcją (według mnie, M miał na ten temat inne zdanie) był sok z 2 marchewek, 2 pomarańczy i jednej łodygi selera naciowego (widoczny powyżej). Drugim ciekawym wariantem (tu już M wyraził aprobatę) był sok z 1 średniego buraka, 1 marchewki, 2 niewielkich pomarańczy i 1/4 cytryny, lekko doprawiony startym imbirem. Poza oryginalnym smakiem, napój miał piękny kolor.

Wytłoczyny jarzyn czy owoców można później wykorzystać - te z marchwi np. do ciasta marchewkowego czy pieguska, a mieszane - z soku na 1 zdjęciu - dorzuciłam ostatnio (w ilości 130g, zamiast innych dodatków) do najprostszego chleba na drożdżach. Wyszedł pięknie żółty, o trochę większych dziurkach i dłużej zachowuje świeżość.

W ramach innych napojów, już tych chłodzących i orzeźwiających, przygotowałam napój z tamaryndu. Wspominałam o nim przy okazji wpisu tajskiego - ten wypity "u źródła" mi nie smakował, wiem już jednak dlaczego - był za słaby, zbyt słodki i zbyt rozcieńczony. Ten który sama zrobiłam to zupełnie co innego, i to wciąga ;). Skorzystałam z przepisu z tej strony.

Składniki:    

  •         1/2 szklanki pasty tamaryndowej
  •         1 szkl. wody
  •         1/4 szkl. cukru (u mnie brązowy - ciemny muscovado)
  •         sok z limonki do smaku
Pastę z tamaryndu zrobić tak, jak w tym przepisie, namaczając dokładnie pulpę w gorącej wodzie, rozdrabniając ją i potem przecedzając/przecierając przez sito; na 1/2 szklanki powinno wystarczyć ok. 3 łyżek pulpy i 6 łyżek wody. Można użyć też gotowej pasty, ale warto dokładnie przeczytać skład (dodatkowy cukier i inne dodatki). Gotową pastę zmieszać z wodą i cukrem w rondelku, podgrzewać na średnim ogniu do rozpuszczenia się cukru. Skosztować, ew. doprawić do smaku sokiem z limonki (u mnie; by zakwasić) lub dodatkowo dosłodzić. Smak powinien być dość mocny, w moim odczuciu - raczej kwaśny, bo napój będzie rozcieńczany - albo metodą tajską/amerykańską, poprzez wylanie porcji na całą szklankę lodu, albo, jak u mnie (i polecam), rozrzedzony w dowolnych proporcjach (np. 2:1 lub 1:1) schłodzoną wodą gazowaną i 1-2 kostkami lodu. Schłodzić w lodówce przed użyciem. Podawać z plastrem limonki.

A Wy jak - wyciskacie, mieszacie, przecieracie? Macie sprawdzone przepisy?

PS. A to kolejny pomysł na wyciskanie: sok z 4 pomarańczy i dwóch łodyg rabarbaru. Kwaskowato-słodkie w smaku, a kolor - jak widać :)

| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi

Follow Me on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna