Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 12 maja 2013

Wiele lat temu widziałam w Warszawie plakat "Nie wierz Derridzie, dekonstruuj się sam". Bardzo mnie rozbawił, bo to było w czasach studenckich, gdy Derridy coś nawet czytałam i uważałam, że rozumiem, o co mu chodziło (bez komentarza). W czasach obecnych skupiam się na dekonstrukcji bardziej, można powiedzieć, namacalnej - takiej na talerzu ;). Oczywiście, można też nazwać to inaczej: "potrzeba matką wynalazków".

Po pierwsze: kasza kukurydziana, której ugotowało się za dużo, wystudzona i schłodzona w lodówce tężeje do konsystencji sera (tak dokładnie to kojarzy mi się z tofu). Planowałam zrobić z niej coś innego - coś, co zakładało jednak uformowanie surowca, a mój można było już tylko pokroić w kostkę (z daleka łudząco przypominającą obrany owoc mango ;). Powstała więc sałatka.

Sałatka z kaszy kukurydzianej, bakłażana i tuńczyka

Składniki:

  • ok. 1,5 szklanki ugotowanej na gęsto, wystudzonej kaszy kukurydzianej, pokrojonej w większą kostkę
  • 1 bakłażan (ew. cukinia też się nada)
  • 1/2 średniej cebuli, pokrojonej w pióra
  • 1 puszka (ok. 185g) tuńczyka w sosie własnym
  • duża garść pietruszki i czosnku niedźwiedziego (lub ew. szczypioru)
  • sól, pieprz, sok z cytryny, oliwa/olej

Bakłażana pokroić wzdłuż w plastry, lekko posmarować oliwą/olejem, smażyć partiami na patelni grillowej (ew. na zwykłej) po ok. 2 minuty z każdej strony, ułożyć na dużym talerzu, posypać cebulą i ok. 1/3 zieleniny, lekko posolić i oprószyć pieprzem. Na warzywach rozłożyć równomiernie kaszę i osączonego z płynu tuńczyka oraz pozostałą zieleninę, całość doprawić oliwą lub ulubionym olejem (np. dobrym rzepakowym czy z lnianki/rydzyka) i - moim zdaniem dość hojnie - skropić cytryną. Odstawić na ok. 10-15 minut w temperaturze pokojowej, sprawdzić doprawienie, ew. skorygować przed podaniem.

Po drugie: zostałam obdarowana paroma kilo pomidorów. Miałam rozmrożone mięso małży. Miałam świeżą bazylię. Postanowiłam zrobić makaron pomidorowy, ale nieoczywisty (zdekonstruowany ;) - bo bez gotowania pomidorów. Lato na talerzu.

 

Składniki:

  • 200-250g mięsa małży
  • 2 ząbki czosnku
  • 4-5 średnich, dojrzałych pomidorów
  • mała garść bazylii
  • 200-225g makaronu penne
  • sól, pieprz, oliwa

Nastawić wodę na makaron. Pomidory umyć, naciąć od dołu na krzyż, sparzyć skórki wrzątkiem, obrać, pokroić w grubą kostkę, odstawić na bok. Na średniej patelni rozgrzać niewielką ilość oleju, przesmażyć zmiażdżony czosnek, dodać małże, chwilę przesmażyć, podlać lekko (ok. 2 łyżek) wodą (ew. białym winem, jeśli akurat jest pod ręką), doprawić solą i pieprzem, skręcić ogień na średni i dusić ok. 8 minut (a makaronu już powinien się w tym czasie gotować). Tuż przed odcedzeniem makaronu wysypać pomidory na sitko, by osączyć z soku (który oczywiście zostawiamy np. do wypicia). Makaron wymieszać z małżami, osączonymi pomidorami, porwaną bazylią, lekko doprawić solą, pieprzem i skropić delikatnie oliwą. Podawać od razu.

Tak, te świeże pomidory pewnie jeszcze puszczą sok, ale nikomu nie powiem, że wypiliście go z talerza...

poniedziałek, 06 maja 2013

Jako dziecko w londyńskiej szkole nie jadałam lunchu serwowanego w szkolnej stołówce, tylko siadałam razem z niewielką grupką innych uczniów, wyposażonych w lunch boxy (do tej pory pamiętam zapach kanapek i warzyw, np. rzodkiewek, wyciąganych z plastikowego pudełka z rączką). Stołówkowiczom zazdrościłam tylko jednego: deserów w szklanych pucharkach, ustawionych w piramidę na dużym stole. W większości przypadków była to galaretka z kleksem sztucznej bitej śmietany na środku. Nigdy żadnej nie zjadłam - bo zasady były surowe: lunch boxy nie jedzą tego, co stołówkowicze, i na odwrót - ale wciąż pamiętam, jak wyglądały.

W pogoni za utraconą galaretką ;) przypomniałam sobie o starej serii programu Nigella gryzie, tej na podstawie How to eat (z Nigellą młodą, ale w wersji wizualnie nieco zaniedbanej w stosunku do późniejszych odcinków ;) - a więc znów retro), w której pani Lawson przygotowywała galaretkę winno-rabarbarową, w dużej staroświeckiej foremce (retro po raz trzeci). Gdy zdobyłam na targu rabarbar, sięgnęłam po How to eat, przeczytałam przepis i trochę się zmartwiłam, bo muszkatu na stanie nie było. Powędrowałam jednak do barku, trochę poimprowizowałam i...

Galaretka rabarbarowa (2-4 porcje, w zależności od wielkości)

 Składniki:

  • 450g rabarbaru
  • 1 płaska szklanka* cukru
  • skórka i sok z 1/2 pomarańczy
  • 80ml słodkiego białego wina (np. muszkatu) LUB (polecam ;) rozcieńczony wodą miód pitny (2:1 miód - woda) z opcjonalną kroplą Cointreau
  • 4 listki żelatyny** lub 1 opakowanie (ok. 10g) żelatyny w proszku

* 240ml

** Użyłam listkowej, bo miałam w szafce, i faktycznie jest bardzo wygodna do użycia, Nigella jednak podaje także wariant dla żelatyny w proszku: patrz niżej.

Rabarbar umyć, odciąć końce, pokroić w kostkę, umieścić w naczyniu żaroodpornym, zasypać cukrem, dodać sok, skórkę pomarańczową i zalać ok. 1 szkl. wody. Piec pod przykryciem (np. z folii aluminiowej) przez godzinę w 190 st. Wystudzić. Odcedzić sok do miski, rabarbar odcisnąć, można lekko przetrzeć (choć wówczas galaretka będzie mniej klarowna); pozostałe puree można skonsumować od razu lub np. z dodatkiem jogurtu na śniadanie. Powstały sok wymieszać z alkoholem (chyba, że używacie żelatyny w proszku - patrz niżej), skosztować - ew. wzmocnić %, zawartość cukru, dodać trochę soku z pomarańczy.

Odlać odrobinę płynu (ok. 1 chochli) do rondelka i zagotować; w tym samym czasie namoczyć płatki żelatyny w zimnej wodzie, aż zmiękną. Żelatynę odcisnąć, dodać do zagotowanego płynu, dokładnie wymieszać. Przelać zawartość rondelka do pozostałego soku, ale nie przesadzać z energicznym mieszaniem, bo masa się zszumuje (aby być pewnym, że całość się dokładnie wymieszała, można przelać całość do rondelka i potem z powrotem do miski).

** W wariancie z proszkiem żelatynowym: wymieszać go z 1/2 alkoholu, odstawić na ok. 5 minut, podgrzać nad parą do czasu rozpuszczenia się żelatyny (ok. 1 minutę), wymieszać z sokiem rabarbarowym. Dolać pozostały alkohol, bardzo delikatnie wymieszać.

Przelać do szklanych misek/kieliszków, w których będziemy potem serwować, lub do lekko natłuszczonej foremki (uprzedzam, że do dekantowania z ceramicznej przyda się miska z ciepłą wodą i nieco cierpliwości - chyba jednak lepsze są foremki bardziej plastyczne lub np. silikonowe). Wystudzić w temperaturze pokojowej, potem schłodzić przynajmniej 6-8 godzin w lodówce. Podawać z jogurtem (koncepcja własna):

Do podania: jogurt miodowo-pomarańczowy

  • 3 kopiaste łyżki gęstego jogurtu (najlepiej prawdziwego greckiego lub ew. w stylu greckim)
  • łyżka miodu
  • sok z pomarańczy - ok. łyżeczki lub do smaku
  • większa szczypta startej skórki pomarańczowej

Wszystkie składniki wymieszać, skosztować, ew. lekko bardziej dosłodzić, rozrzedzić sokiem itd. Trzymać w lodówce do chwili podania.

Galaretka rasowo trzęsie się po nałożeniu na talerzyk, jest słodko-wytrawna w smaku, jogurt dobrze z nią współgra. Podczas konsumpcji na tarasie słychać było taki dialog: "Nie pamiętam, kiedy ostatni raz jadłam galaretkę". "No, ja też nie, zwłaszcza domową". "Powiedzmy sobie szczerze, domowej to nigdy wcześniej nie jedliśmy..." - chyba, że mięsną na Święta, można by dodać. Owocowe domowe mi się spodobały i planuję dalej praktykować (widzę taką z czerwonej porzeczki np.), ale w innych foremkach.

Ponieważ jednak sezon rabarbarowy musi zacząć się od wypieków, pozostałe ok. 400-450g rabarbaru zużyłam jako wierzch do placka drożdżowego z kruszonką wg metody 1:1:1 (cukier: mąka: masło + szczypta mielonej wanilii). Baza ciastowa była taka, jak do cynamonek (z 1/2 porcji) i sprawdziła się bardzo dobrze. Piekłam ok. 40 minut w 185 st. C (termoobieg), w foremce 20 x 20cm.

Całość w ramach:

niedziela, 05 maja 2013

OK, szczerze mówiąc, nie wiem, czy to najprostszy sposób na pierś kaczki. Jest on jednak niewątpliwie prosty, a z efektów byłam zadowolona. Pomysł na doprawienie był efektem olśnienia nad blatem kuchennym, które szło mniej więcej tak: "Sos sojowy... kaczka... chiński sos śliwkowy... śliwki? Powidła? Kaczka?". Oto efekty.

Składniki: 1 duża pierś kaczki, ok. 2-3 łyżek powideł śliwkowych, jasny sos sojowy, pieprz, sól morska

Kaczkę umyć, dokładnie osuszyć, naciąć skórę w poprzek w odstępach ok. 1,5-2 cm. Wymieszać powidła z sosem sojowym - tu trzeba kierować się smakiem, radzę zacząć od łyżeczki i ew. dolać więcej. Mieszanki można przyrządzić zresztą więcej, by podać później jako dodatek do gotowego dania.

Ułożyć mięso w naczyniu żaroodpornym skórą do góry, dokładnie posmarować sosem i oprószyć świeżo mielonym pieprzem. Piec ok. 20-25 minut (w zależności od tego, jaki stopień wypieczenia chcemy osiągnąć; ta na zdjęciach piekła się 25 minut, ale żałowałam potem, że nie trochę krócej) w 210 st. C. (termoobieg). Po wyjęciu z piekarnika lekko oprószyć średnio grubą (np. w płatkach) solą morską i odstawić na kilka minut przed krojeniem. Cenny ;) wytopiony tłuszcz można zachować. Kaczka świetnie sprawdza się także na zimno.

A jedliśmy z zieloną sałatą i pieczonymi ziemniakami w plastrach...

wtorek, 30 kwietnia 2013

Za ten przepis jestem dozgonnie wdzięczna Gospodarnej Narzeczonej; od kiedy częściej robię zakupy w sklepie z dużym wyborem wędzonych ryb, danie wraca jak bumerang. Czemu? Bo jest smaczne i proste, a przygotowanie trwa mniej więcej 5 minut (plus czas gotowania makaronu). Ostatnio bardzo mi smakuje z wędzoną trocią; w wersji bardziej ekonomicznej jest to oczywiście makrela. Zamiast czosnku i natki pietruszki ostatnio użyłam mieszanki szczypiorku i czosnku niedźwiedziego (co widać na zdjęciu).

Składniki (2 osoby):

  • ok. 200-225g krótkiego makaronu
  • ulubiona ryba wędzona - ok. 250-300g
  • olej/oliwa
  • 1 ząbek czosnku, bardzo drobno posiekany
  • posiekana natka pietruszki/koperek (lub np. szczypior - wtedy czosnek pominąć) - ilość dowolna
  • świeżo mielony pieprz
  • opcjonalnie: sok z cytryny

Gdy makaron się gotuje, obrać rybę z ości, podzielić z grubsza na kawałki. Gorący makaron skropić olejem/oliwą, wymieszać dokładnie z rybą, czosnkiem, zieleniną. Doprawić hojnie pieprzem, ew. lekko skropić cytryną. Sól moim zdaniem jest zbędna, ale jeśli ktoś czuje potrzebę, może posolić. Jeść od razu, choć podobno nieźle smakuje także na zimno (jeszcze nie próbowałam ;).

niedziela, 28 kwietnia 2013

Nie jestem - wbrew pozorom - wielką fanką czekolady. Czasem jednak, zwłaszcza w chłodny, wilgotny dzień (spojrzenie za okno) mam ochotę na kubek czekolady pitnej - gęstej, nie z jakiegoś proszku, tylko z czekolady właściwej i - to clou, wersja nie dla dzieci - z kapką, czy też łyżeczką, Cointreau i ten dodatek bardzo, bardzo polecam. Zwłaszcza po 12, czy gdy mocno zmarzniecie lub przemokniecie.

Najlepszy surowiec do tego celu to, moim zdaniem, czekolada deserowa (np. wedlowska Jedyna). Z braku laku może być dobra gorzka, ale nie przesadzałabym z % kakao. Eksperymentalnie można pomieszać gorzką z mleczną (2:1). Co do proporcji: w wersji "full wypas" jest to 50g czekolady na łebka, jeśli czuję wyrzuty sumienia: tylko 30g.

Składniki (na 1 osobę/1 niewielki kubek): 30-50g czekolady deserowej (vide powyższe uwagi), 120ml pełnego mleka, parę kropel (łyżeczka 5ml) Cointreau (lub podobnego alkoholu)

Czekoladę połamać na kawałki, umieścić z mlekiem w małym rondelku, podgrzewać cierpliwie na małym ogniu, mieszając co jakiś czas, by czekolada nie przywarła do dna. Podgrzać dość mocno, ale nie zagotowywać. Przelać do kubka, dodać troszkę Cointreau, wymieszać, pić od razu.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Kiedyś na forum internetowym usłyszałam o diecie ŻWM (Żryj Wiaderko Mniej). Humorystyczne powiedzenie dobrze oddaje to, w co wierzę, mianowicie, że wszystko jest dla (zdrowych) ludzi, ale nie w każdej ilości. Uważam, że dobrze zachować we wszystkim równowagę – oczywiście, że można rybę z grilla czy pary i zieleninę podać tak, jak jest; można jednak lekkie dania uzupełnić czymś nieco cięższym. I wilk syty, i owca cała. Stąd zgadzam się z Sophie Dahl, która zapiekaną cebulę (podobno wg przepisu jej mamy) poleca jako dodatek do grillowanego łososia i np. sałaty z winegretem – słodka, śmietanowa cebula świetnie do niego pasuje, a kontrastowość połączenia dobrze oddaje ducha wczesnej wiosny: ciepłe dni, chłodniejsze wieczory.

Przepis z grubsza wg Miss Dahl's voluptuous delights, ale u mnie liść laurowy i trochę mniej sera.

Składniki: 3 większe/4 mniejsze cebule (u mnie 2 jasne i jedna czerwona), liść laurowy x 2, śmietana 18% (ok. 200g/150ml), ok. 2 łyżek startego parmezanu, sól, pieprz

Cebule obrać, włożyć do rondla, zalać wodą i gotować ok. 20 minut. Odcedzić, przekroić na 1/2, umieścić w naczyniu żaroodpornym (można użyć dwóch małych, po jednym na osobę). Lekko posolić i oprószyć pieprzem, dodać liść laurowy (w przypadku dwóch naczyń potrzebne oczywiście 2 sztuki), przykryć śmietaną. Na wierzchu rozrzucić ser. Piec 25-30 minut w 180 st. C (termoobieg), do zezłocenia. Podawać od razu, w towarzystwie ryby i sałaty lub warzyw (brokuł lub - niedługo lub nawet już... - szparagi) z pary.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Od grudnia 2007 (!!!), tj. jednego z pierwszych wpisów na blogu, niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o to, co robię z awokado (bo świeżą kolendrę teraz już lubię ;): robię niewiele, tj. najczęściej rozgniatam dojrzały owoc z solą i zakwaszam limonką lub cytryną. Czasem jednak, gdy mam "fazy" i jem owoc regularnie, mam ochotę coś urozmaicić... I stąd rożne warianty kanapkowe (przy czym najbardziej ambitny, z marynowanymi cytrynami, niedawno pokazywałam).

Awokado i śledź

Pieczywo posmarować podstawową pastą z awokado (owoc, sól, sok z limonki/cytryny), na wierzchu ułożyć kawałki śledzia a la matjas. Można użyć także wędzonego łososia, ew. gravlaxu. Opcjonalnie skropić dodatkowo cytryną przed jedzeniem.

Awokado, kiełki i camembert

Pieczywo posmarować pastą jak poprzednio, posypać kiełkami (np. rzodkiewki), na wierzchu położyć plaster-dwa dojrzałego sera camembert. Opcjonalnie posypać z wierzchu pestkami dyni lub słonecznika, albo użyć pieczywa z ziarnami.


Awokado, kapary, suszone pomidory

Ok. 5-6 pomidorów suszonych w oleju i łyżeczkę do herbaty kaparów (z zalewy, osączonych) drobno posiekać, wymieszać z miąższem awokado, doprawić do smaku solą i sokiem z cytryny/limonki. Pastą smarować pieczywo (najlepiej razowe), dekorować zieleniną.

A Wy jak, awokadojecie ;)?

środa, 17 kwietnia 2013

Dawno, dawno temu na forum Gazeta.pl Karolina ze Zmysłów w Kuchni podawała przepis na bakaliowe ciasto z dodatkiem herbaty, rodem z Yorkshire. Przepis kusił, kusił, ale nie skusił - aż do teraz. Udoskonalony przepis został gościnnie zamieszczony na blogu FuNi!ta, ja zmieniłam tylko jedną rzecz: inspirując się innym lepkim brytyjskim bochenkiem pt. parkin, zastąpiłam 1/2 mąki płatkami owsianymi. Powinny być drobne błyskawiczne, ja z grubsza zmieliłam górskie, i to są te białe drobinki, które widać na zdjęciach.

Całość jest słodka, ale nie przesadnie, długo pozostaje świeża. Bardzo dobrze smakuje z dodatkiem np. powideł. Bakalie można sobie dowolnie modyfikować: mnie korcą daktyle, a wówczas może część cukru zastąpić melasą daktylową...?

Składniki:

  • 1 szklanka* suszonych owoców - użyłam mieszanki rodzynek, suszonych śliwek i jabłek
  • 1 szkl. mocnej ciepłej herbaty (użyłam czarnej, z dodatkiem Earl Grey, ale można poeksperymentować z owocową np.)
  • 1 szkl. brązowego cukru
  • 1 szkl. zwykłej mąki pszennej
  • 1 szkl. drobnych płatków owsianych (błyskawicznych lub rozdrobnionych zwykłych)
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 jajko, lekko ubite
  • 30g masła niesolonego, roztopionego (można też użyć 2 łyżek neutralnego oleju)
  • łyżeczka przyprawy do piernika lub ulubionych mielonych korzennych przypraw - cynamonu, goździków, gałki muszkatołowej, imbiru

* u mnie ok. 240ml, może być też i 250ml, byle używana konsekwentnie ;)


Suszone owoce zalać herbatą i odstawić na całą noc (albo na 3-4 godziny, jeśli ockniecie się rano w dniu pieczenia ;). Następnego dnia owoce (nieosączone) wymieszać z resztą składników do momentu, aż zniknie sucha mąka. Przełożyć do małej keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i piec przez ok. 1h 15 minut w 175 stopni C (termoobieg). Jeśli się za mocno spieka na górze, przykryć ciasto kawałkiem folii (ja przykryłam po ok. 30 minutach). Piec należy do tzw. suchego patyczka - jeśli po 75 minutach pieczenia będzie wciąż mokry, dopiec ok. 10 minut. Gotowe ciasto dokładnie wystudzić na kratce przed jedzeniem.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Bardzo długo moje wyobrażenia o romantycznej kolacji wyglądały tak, jak tu:



Obrus w kratkę, muzyka na żywo, makaron z klopsikami jedzony z jednego... no, może niekoniecznie z jednego talerza ;). Od czasów dzieciństwa trochę zwiększyły mi się wymagania, ale do "włoskiej" kratki wciąż mam słabość, i taki makaron też lubię. Sos przyrządzam wg własnego widzimisię, zaś same klopsiki robię wg przepisu z Nigella gryzie - zawsze wychodzą. W oryginale są z mieszanki wołowiny i wieprzowiny, ja robię najczęściej tylko z tego pierwszego. Dodatek parmezanu jest istotny i radzę z niego nie rezygnować. Makaron: jak dla mnie, musi być spaghetti. Poniżej opcja tak, jak ostatnio, tj. na porcję dwuosobową, ale naturalnie wszystko można przemnożyć na większą ilość.

Składniki:

  • ok. 250g mielonej wołowiny
  • 1 mały ząbek czosnku, rozdrobniony
  • 1/2 roztrzepanego jaja
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano
  • 1 łyżka startego parmezanu
  • 1-1,5 łyżki bułki tartej (lub dowolnych otrąb*)
  • sól (ok. 1/2 łyżeczki), pieprz (świeżo mielony, sporo)

* W ramach powtarzającego się kryzysu (brak bułki tartej lub surowca na ww.) odkryłam, że otręby całkiem dobrze ją zastępują.

Wszystkie składniki dokładnie wymieszać na gładką masę. Formować kulki wielkości orzecha włoskiego (z powyższych proporcji powinno wyjść ok. 16); po uformowaniu schłodzić przynajmniej 30 minut w lodówce.

Klopsiki delikatnie wrzucać do gotowego, lekko tylko odparowanego sosu pomidorowego; gotować pod częściowym przykryciem i na średnim ogniu ok. 20 minut. Uwaga, nie mieszać, dopóki mięso nie zmieni barwy na brązową (klopsiki mogą się rozpaść). Podawać z długim makaronem (wg mnie, jak pisałam powyżej, spaghetti jest najbardziej stosowne, ale to może być zgubny wpływ Disneya...), opcjonalnie można posypać dodatkowym parmezanem.

A co zrobicie z ostatnim klopsikiem na talerzu, to już Wasza sprawa ;).

niedziela, 14 kwietnia 2013

Są książki kucharskie lub okołokulinarne, które sprawiają, że nie tylko mam ochotę czym prędzej coś ugotować według zamieszczonych przepisów, ale i pojechać tam, skąd pochodzą dania i/lub autor. Tak jest w przypadku Jerusalem autorstwa izraelsko-palestyńskiego tandemu Ottolenghi/Tamimi (prowadzącego restaurację i sieć delikatesów w Londynie). Wcześniej miałam w ręku tylko ich Plenty (dzięki jednej Gospodarnej pani), które mi się raczej podobało, ale nie aż tak. Jerusalem zaś od razu do mnie trafiło - i te kolorowe przepisy, i zdjęcia z targów, i rozdziały "ogólne", pełne anegdot. Przypomniały mi się także jerozolimskie opowieści Basi i mojej koleżanki Madzi, sama bowiem tam jeszcze (zaznaczam, jeszcze) nie trafiłam... Książka powinna przypaść do gustu wegetarianom lub szerzej pojętym miłośnikom warzyw, choć mięsa i ryby też się znajdą. Wbrew pozorom, składniki nie są trudne do skompletowania, zwłaszcza w dobie internetu - choć, oczywiście, znaczna część jest sezonowa.

W miniony weekend uznałam, że skorzystam z tych kolorów i lekkich smaków, by przegonić zimę. Chyba zadziałało - choć pada teraz deszcz, to chyba wreszcie mamy wiosnę. Wypadałoby się więc podzielić tymi przepisami...

Uwaga: właściwie wszędzie występuje mielony kumin. Ja kupuję tylko takiego w całości, po prostu wcześniej rozdrabniam go w moździerzu.

Sałatka z pęczaku i natki pietruszki

Uwaga: przy tej sałatce pokombinowałam i z proporcjami (np. kaszy) i składnikami.

Składniki: 40-50g pęczaku, 75g fety (ser fetopodobny też ok), 40g natki pietruszki (mniej więcej mały pęczek), 1 mała szalotka (ew: dymka, ze 2 sztuki), 1/2 czerwonej (lub innej ulubionej) papryki, 20g nasion słonecznika, pinioli lub orzechów arachidowych, 1 rozdrobniony ząbek czosnku, ok. 2-2,5 łyżek oliwy, 1/2 łyżeczki za'ataru, 1/4 nasion kolendry, 1/8 łyżeczki mielonego/roztłuczonego w moździerzu kuminu, 1/4 łyżeczki mielonego ziela angielskiego, sok z cytryny, sól, pieprz

Pęczak ugotować (lub wykorzystać jakieś resztki z obiadu). Fetę pokruszyć na kawałki ok. 2 cm, wymieszać w niewielkiej misce z łyżką oliwy, kolendrą, kuminem i za'atarem. Odstawić. Natkę posiekać dość drobno, podobnie jak szalotkę i paprykę - wymieszać, dodać pęczak, orzechy/pestki, czosnek, ziele angielskie i pozostałą oliwę. Połączyć składniki, doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Przed podaniem umieścić na wierzchu fetę wraz z oliwą i przyprawami.

 

Marynowane (kiszone) cytryny (tzw. szybkie i łatwe ;)

Uwaga: wg książki wychodzi cytryn aż 1,5 litra, moim zdaniem maksymalnie 1 litr. Robiłam z 1/2 porcji i uzyskałam ok. 400ml.

Składniki: 3 cytryny (sparzone wrzątkiem), 3 łyżki soku z cytryny, 1/2 długiego chilli (z pestkami), 35g cukru, 1/2 łyżki soli morskiej, 1 ząbek czosnku (zmiażdżony, może być też np. przekrojony na 1/2 lub 4 części), łyżeczka słodkiej papryki (u mnie wędzona), 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki mielonego kuminu

Cytryny przekroić na 1/2 wzdłuż, następnie pokroić możliwie cienko w poprzek. Chilli zmiażdżyć w moździerzu z sokiem z cytryny. Wymieszać wszystkie składniki w misce, przykryć, odstawić na noc w temp. pokojowej (najlepiej w takim miejscu, gdzie Was nie będzie drażnił zapach). Następnego dnia przełożyć do czystego słoja/szczelnego pojemnika. Przechowywać w lodówce do ok. 2 tygodni. Podawać jako dodatek do dań.

Gdybyście szukali pomysłów, z czym jeść cytryny, polecam taką oto kanapkę: avocado, cytryny, feta, trochę suszonej mięty (lub świeżej, jeśli ktoś posiada).

Falafel(ki)

Składniki (dla ok. 3-4 osób, w zależności od dodatków): 250g ciecierzycy, namoczonej na noc, 80g drobno posiekanej cebuli (mniej więcej 1 średnia), 1 zmiażdżony ząbek czosnku, łyżka posiekanej natki pietruszki, 2 łyżki kolendry, jw. (jeśli nie macie, jak ja, dajcie więcej pietruszki), 1/4 łyżeczki pieprzu kajeńskiego/chilli w proszku, 1/2 łyżeczki mielonego kuminu, 1/2 łyżeczki mielonej kolendry, 1/2 łyżeczki mielonego kardamonu, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 3/4 łyżeczki soli, ok. 5 łyżek wody, 1 1/2 łyżki mąki, ok. 1 litra oleju do smażenia na głębokim tłuszczu, 1/2 łyżeczki nasion sezamu na posypkę

Ciecierzycę namoczyć na noc. Następnego dnia połączyć z cebulą, czosnkiem, natką i kolendrą. Zmielić całość dwukrotnie w maszynce do mięsa, ew. przepuścić na raty przez malakser. Dodać przyprawy i pozostałe składniki (poza olejem do smażenia i nasionami sezamu ;), dobrze wymieszać. Schłodzić w lodówce przynajmniej 1 godzinę.

Przygotować garnek do smażenia na głębokim tłuszczu, ew. frytkownicę, rozgrzać olej do 180 st. C. Z masy formować dłońmi, ew. łyżką, małe kotleciki wielkości orzecha włoskiego, delikatnie posypywać sezamem. Smażyć partiami, ok. 4 minut (powinny się mocno zrumienić). Osączać na ręczniku papierowym przed podaniem. Jeść ciepłe, choć zimne resztki (jeśli się uchowają) są także bardzo smaczne.

Sos z tahiny

Składniki: 75g tahiny (wymieszanej wcześniej w słoiku), 60ml (4 łyżki) wody, 1 rozdrobniony ząbek czosnku, sok z cytryny i sól do smaku

Wszystkie składniki połączyć za pomocą np. małej trzepaczki, doprawić do smaku. Podawać do potraw z grilla lub smażonych, surowych warzyw. Przechowywać w lodówce do ok. tygodnia.

Wasze smaki, czy niekoniecznie? Ja niecierpliwie czekam na lato, by wypróbować przepisy z udziałem bobu czy bakłażanów...

| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna