Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 05 kwietnia 2014

Misja pt. wege pasztet idealny trwa (mimo sojowego i boćwinowego...). Ostatnio bardzo mi smakowały hamburgery bezmięsne, jedzone zamiast wędliny, i przypomniałam sobie o zachwalanym pasztecie z soczewicy wg Agnieszki Kręglickiej. Oryginał można znaleźć na tej stronie. Jak widać, jest to w sumie przepis-matryca, czy też luźne sugestie, jak korzystając z bazy można stworzyć wariacje na (pasztetowy) temat - a ja bardzo lubię takie przepisy. Oto więc moja wariacja. Długością listy składników proszę się nie przerażać. Z efektów jestem bardzo zadowolona, a olej truflowy okazał się bardzo dobrym pomysłem (choć nie jest konieczny, ale ten aromat - jeśli się go lubi, oczywiście - b. poprawia smak pasztetu).

Składniki: 

  • 0,5 szklanki czerwonej soczewicy, ugotowanej na puree w szklance wody
  • ponad szklanka uduszonych/upieczonych warzyw, składająca się u mnie z pieczonego buraka, kawałka dyni, pietruszki i pieczarki
  • 1 mały por
  • 1 mała cebula
  • 2 b. duże jaja
  • kilka namoczonych grzybów suszonych
  • łyżka posiekanych kaparów
  • szczypta mielonej kolendry
  • 2 szczypty mielonego imbiru (ew. drobno posiekany kawałek świeżego)
  • ok. ¼ świeżo startej gałki muszkatołowej
  • hojna szczypta chilli
  • suszony/świeży lubczyk
  • sól, pieprz - do smaku
  • ok. 4 łyżek wyrazistego oleju – polecam truflowy
  • opcjonalnie: bułka tarta (1-2 łyżki)

Soczewicę ugotować, warzywa upiec/udusić na patelni, osobno udusić na mieszance masła i oleju drobno pokrojoną cebulę i pora w półplasterkach. Zmiksować z pozostałymi składnikami, doprawić do smaku (jeśli nie chcecie próbować masy z surowymi jajami, można je zostawić do dodania na sam koniec i doprawić wcześniej). Masa będzie dość luźna, gdyby jednak wydawała się bardzo lejąca, można lekko zagęścić bułką tartą, nie powinno to jednak być konieczne.

Przełożyć do foremki keksowej wyłożonej pergaminem lub wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą. Piec ok. 30-35 minut w 180 st. C (u mnie w termoobiegu), dokładnie wystudzić przed pokrojeniem. Można także zostawić na 15-20 minut w wyłączonym piekarniku przed wyjęciem.

poniedziałek, 31 marca 2014

I oto kolejny mini-wpis przypominajka, a właściwie ostatnie dzieło Lodowego Specjalisty w naszym domu (M).

Klasyczne lody waniliowe znacie. Jak zamienić je w lody czekoladowe? Dodać do zagotowanej (i dopiero co zdjętej z ognia) śmietanki 125g dobrej czekolady/kuwertury gorzkiej, połamanej na kawałki, delikatnie mieszać do rozpuszczenia, dalej postępować jak w przepisie bazowym.

Uwaga! Nie wiem, czy to reguła, ale u nas te lody nie zmroziły się tak samo ani w maszynce, ani w zamrażarce, jak te bez dodatków, ale nie było żadnych niepożądanych kryształków lodu. Maszynkę proponuję wyłączyć w momencie, gdy masa będzie gęsta i lekko zmrożona przy ściankach.

Wrażenia smakowe? Zamrożony mus czekoladowy :). Nigdy nie zamawiam lodów w tym smaku w lodziarni czy restauracji, ale ten deser mi bardzo smakował - choć w mikro ilościach, bo jest bardzo sycący (bardziej niż klasyczne lody domowe, które też do frakcji lekkiej nie należą ;). Polecam, jeśli chcecie zrobić na kimś wrażenie.



piątek, 28 marca 2014

Kupiłam papierowe wkłady do praski do burgerów (stosowane wkładka – farsz – wkładka owocują kotletami właściwie uformowanymi, które da się wyjąć z praski w jednym kawałku*). Musiałam to cudo sprawdzić na żywo. Ale! Nie chciałam jakichś tam mięsnych kotletów siekanych. W myśl różnych kotletów wege, resztkowych i nie, uformowałam (praską ;) wege burgery.

Swoją drogą, pierwsze takie kotlety jadłam... nie w wege barku, nie na straganie ze zdrową żywnością, tylko, uwaga... w McDonaldzie. Dobre kilkanaście lat temu, w Londynie ;). Tamte burgery wyglądały na zrobione ze zmielonej włoszczyzny z dodatkiem groszku, co mnie zainspirowało, gdy potrzebowałam dosztukować pozostałe jarzyny. Poza wspomnieniem słodkich lat 90-tych, inspirowałam się przepisem z Jadłonomii, biorąc z niego głównie jaglankę i niektóre przyprawy. Uwaga! Lista składników może przerażać długością, ale rzecz jest naprawdę prosta.

Składniki (na ok. 12 kotletów):

  • 1 ¾ szklanki jarzyn (marchewka, dynia, burak) – wytłoczyn z sokowirówki lub świeżo startych i dobrze odciśniętych,
  • ¾ szklanki (objętość przed ugotowaniem) kaszy jaglanej
  • ¾ szklanki mrożonego groszku
  • po dwie łyżki nasion słonecznika i siemienia lnianego (lub sezamu)
  • ½ małej cebuli, drobno posiekanej i zeszklonej na oleju
  • po hojnej szczypcie kuminu i mielonego chilli
  • posiekany świeży imbir (ok. 2 cm)
  • 2 łyżki sosu sojowego (jasnego)
  • opcjonalnie: łyżka świeżych/suszonych ulubionych ziół
  • 1 jajo
  • 1 łyżka bułki tartej (lub ew. więcej, jeśli masa będzie b. mokra)

Jarzyny zetrzeć i odcisnąć lub odzyskać z sokowirówki. Kaszę ugotować z groszkiem w osolonej 1,5 szkl. wody na zupełnie miękko (lekkie rozgotowanie nie zaszkodzi - jak dla mnie dopiero taka jest jadalna...), przestudzić. Wymieszać jarzyny z kaszą – masa powinna być całkiem gęsta. Dodać pozostałe składniki, sprawdzić doprawienie. Na tym etapie można masę schłodzić w lodówce, lub formować od razu kotlety lub burgery (za pomocą ww. praski ;). Uformowane schłodzić przynajmniej 15 minut przed pieczeniem, smażeniem lub grillowaniem. Wybrałam tą ostatnią metodę, na patelni grillowej. Burgery lekko smarowałam olejem z jednej strony (tej, która miała pierwsza styczność z patelnią). Nie przejmujcie się, jeśli kotlety trochę się rozpadną podczas obracania – można je ponownie uklepać.

Można podawać jak klasyczne burgery mięsne (z bułkami) lub z sosem pomidorowym na ciepło. Bardzo dobrze smakują też na zimno.

* I to faktycznie działa.

poniedziałek, 24 marca 2014

To trochę wpis przypominajka. W miniony weekend zrobiłam babucha z przepisu na drożdżowe uniwersalne, tj. cynamonkowe, wzbogacając skład bakaliami. Wierzch posypałam "brązową kruszonką", która może nie jest super odkrywcza, ale bardzo mi smakuje i na pewno chętnie do niej wrócę (letnie owoce pod taką kruszonką, mmm...).

A więc:

Składniki:

  • Ciasto: 1 x ciasto na cynamonki (z 600g mąki), podczas wyrabiania dodane 2-3 łyżki skórki pomarańczowej i jw. namoczonych suszonych porzeczek (które chwilowo przebywały w tzw. magicznym słoiku, o czym niżej) - postępować jak w przepisie, do drugiego wyrastania przełożyć ciasto do wyłożonej pergaminem/wysmarowanej i wysypanej mąką średniej blaszki.
  • Kruszonka: 100g zimnego masła, pokrojonego w kostkę, 100g cukru drobnego brązowego (użyłam jasnego muscovado), 75g płatków orkiszowych lub owsianych (nie błyskawicznych; ew. mieszanka płatków i mąki), szczypta mielonej wanilii
Wszystkie składniki kruszonki zagnieść na drobne okruszki (wielkim kawałkom kruszonki mówię nie) i posypać wyrośnięte ciasto przed pieczeniem. Piec ok. 40-45 minut w 185 st. C (termoobieg).

A skoro o magicznym słoiku mowa: oto on, świeżo napełniony rodzynkami i brandy po uszczupleniu zapasów. Rodzynki (lub raz suszone porzeczki) mieszkają w nim na stałe, od kilku tygodni do kilku miesięcy. Wszystkim piekarzom polecam.

Zapisz

sobota, 22 marca 2014

Nieco twarde i z makiem, z krakowskiego rynku. Pękate, z sezamem - pierwszy posiłek w Stambule. Miękkie, z grubą solą - pożerane na stoku narciarskim. Innymi słowy, rzadko przejdę obojętnie obok precli*, ale... nigdy ich nie piekłam! Nadrobiłam rzecz niedawno, dzięki Signe Johansen, i na pewno do przepisu wrócę, skoro już wiem, jak powinien wyglądać ;).

Tu dygresja na temat pozytywnej strony mediów społecznych, tzn. ułatwienie kontaktu z osobami publicznymi czy firmami. Otóż gdy zabrałam się za przepis, przeczytałam odpowiednią stronę w Scandilicious Baking kilkakrotnie i na koniec byłam trochę zbita z tropu. Przepis nie zawierał żadnego płynu, poza niewielką ilością oleju i miodu. Wymieszałam składniki w misce, popatrzyłam na te suche okruchy, wzruszyłam ramionami i zaczęłam lać wodę, kierując się uwagą, że ciasto ma być dość zwarte.

Gdy precle już wyrastały, przypomniałam sobie, że sprawę można łatwo wyjaśnić, bo autorka prowadzi bloga, ale miałam problem z dodaniem komentarza - w przeciwieństwie do wysłania bezpośredniej wiadomości przez Twitter. Odpowiedź od Signe dostałam bardzo szybko: przeprosiny, że nawaliła korekta, bo tak, oczywiście brakuje wody ;). Zasugerowała dodanie więcej niż ja dolałam (i myślę, że przy takich proporcjach ciasto mogłoby się lepić).

Kolejny problem, jaki miałam to... formowanie precli. Teoretycznie wiedziałam, jaki powinny mieć kształt, ale w praktyce niezupełnie mi to wyszło, są to zatem precle nieortodoksyjne ;). Tak czy inaczej, w smaku są pyszne: miękkie, bliskie austriackim, a skórka po kąpieli w sodzie i pobycie w piekarniku jest brązowa, z charakterystycznymi pęknięciami.

Składniki(ok. 8-10 precli):

  • 500g mąki pszennej chlebowej
  • 15g świeżych drożdży
  • łyżeczka cukru
  • łyżeczka soli
  • 250-275ml (ew. trochę więcej) wody
  • łyżka oleju
  • 30ml miodu (najlepiej dość płynnego)
  • trzy łyżki sody (do gotowania)
  • posypka: gruba sól, mak, sezam

Rozczynić drożdże z cukrem, odstawić, aż staną się płynne. Dodać pozostałe składniki, poza sodą i posypką, wyrobić ręcznie lub mikserem z hakiem zwięzłe, zwarte ciasto (wodę dostosować do konsystencji - nie może się lepić). Odłożyć do wyrastania na ok. 1 h lub do podwojenia objętości. Odgazować i odstawić na kolejne 30-45 minut (aż po delikatnym dotknięciu na cieście zostanie odcisk palca).

Nastawić piekarnik na 205 st. C. (termoobieg; góra/dół - 20 st. więcej). Podzielić ciasto na 8-10 części, z każdej uformować wałek i zwinąć (mniej lub bardziej zgrabnie ;) precel.

Zagotować ok. 500ml wody z sodą. Gotować precle partiami, po 30 sekund na stronę; wyławiać za pomocą łyżki cedzakowej i wykładać na blaszkę (lekko natłuszczoną lub wyłożoną np. matą do pieczenia). Posypywać od razu solą i ew. ziarnami. Piec z parą 12-15 minut (powinny być wyraźnie zbrązowione, ale nie spalone).

Jeść najlepiej tego samego dnia: po tylko lekkim przestudzeniu lub jeszcze tylko lekko ciepłe, ew. najdalej następnego dnia (można je lekko spryskać wodą i podgrzać), ale dobrze się mrożą, więc potencjalny nadmiar można przechować w zamrażarce.

Warto dodać, że bardzo dobrze smakują i solo, nie tylko do piwa ;), ale i przełożone dodatkami, jako kanapki.

* Może należałoby to uogólnić do pieczywa jako takiego. Zdecydowanie dieta niskowęglowodanowa czy bezglutenowa odpada.

środa, 19 marca 2014

Mogłoby się wydawać – po zdjęciu – że to ponownie kaszo... tzn. orzotto z burakiem. Choć skład i wygląd podobny, jest to jednak sałatka, bo zimą też miewam na nie ochotę (i tak, wiem, że ten szpinak czy rukola to mało sezonowe; poproszę inny zestaw pytań). Clou sałatki moim zdaniem tkwi w doprawieniu korzeniami i suszoną miętą. Kaszę i buraki można przygotować dużo wcześniej, tj. np. wykorzystać resztki. Poniżej podałam moją wersję, ale wiadomo - doprawienie i proporcje można modyfikować dowolnie.

Składniki: 1 mała cebula (ew. 1-2 szalotki), sok z cytryny/łagodny ocet jabłkowy, 2 niewielkie, ugotowane/upieczone buraki, ugotowany pęczak (z ok. ¾ szklanki suchej kaszy), oliwa/dobry olej rzepakowy, garść zieleniny – liście młodego szpinaku, rukoli, roszponki itd., itp., ok. łyżki pecorino lub podobnego sera, łyżka pestek słonecznika lub dyni, sól, pieprz, suszona mięta, ziele angielskie

Cebulę pokroić w pióra, umieścić w misce, obficie skropić sokiem z cytryny lub octem jabłkowym, odstawić na bok. Buraki pokroić w kostkę. Zmieszać z cebulą, dodać kaszę, ok. 2 łyżeczek oliwy, hojną szczyptę suszonej mięty (lub dżodżen), ok. 4-5 zmiażdżonych ziaren ziela angielskiego, trochę pieprzu, szczyptę lub dwie soli i ponownie dokładnie wymieszać. Dodać zieleninę, starty ser i połączyć składniki tym razem delikatnie. Odstawić na ok. 10 minut w temperaturze pokojowej i sprawdzić doprawienie. Podawać posypane pestkami słonecznika lub dyni.

sobota, 15 marca 2014

Co jakiś czas wyciągam foremki silikonowe, termometr, kuwerturę i bawię się w fabrykę czekoladek (zeszłoroczne efekty prac też można znaleźć na blogu). Tym razem testowałam nowe połączenia, osiągając 66% sukcesu - tj. sprawdziły się połączenia klasyczne. Niestety opcja sernikowa okazała się... zbyt wytrawna (użyłam czekolady gorzkiej) i mdła. Zapisać co i jak jednak nie zaszkodzi.

Każdy wariant bazuje na utemperowanej (jak w tym przepisie) kuwerturze.

Klasyka #1 - czekolada gorzka i marcepan

Gotową masę marcepanową podzielić na kulki dowolnej wielkości (ze 100g wyjdzie ok. 10-12 sztuk). Do miseczki wlać łyżkę amaretto, każdą kulkę zanurzyć na chwilę w likierze, schłodzić co najmniej 10 minut w lodówce. Marcepan nadziewać delikatnie na widelec lub patyczek do szaszłyków, dokładnie obtaczać w stopionej gorzkiej kuwerturze i odstawiać do zastygnięcia na macie silikonowej lub w foremkach. Przechowywać w lodówce. Nie jestem wielką fanką marcepanu, ale te kulki mi całkiem smakowały. Następnym razem spróbuję zrobić własną masę marcepanową (50% migdałów, bo kupna ma tylko ok. 25%).

Klasyka #2 - czekolada mleczna i krówki

Krówki (kruche, nie ciągutki) drobno posiekać. Na matę silikonową nakładać po kopiastej łyżeczce stopionej mlecznej kuwertury i posypywać od razu posiekanymi krówkami. Odstawić do zastygnięcia, przechowywać w lodówce. Ze 125g czekolady i ok. 8 krówek wyjdzie 16-20 szt., zależnie od wielkości. W smaku są całkiem podobne do mordoklejek znanej firmy na C. (fioletowe opakowania).

Eksperyment - czekolada i sernik

Do każdego otworu foremki silikonowej nałożyć po łyżeczce stopionej kuwertury gorzkiej lub mlecznej, przykryć kopiastą łyżeczką sernika (upieczonej masy serowej, bez ew. spodu), zalać ponownie łyżeczką kuwertury. Odstawić do zastygnięcia, przechowywać w lodówce. Jak pisałam powyżej, nie byłam zadowolona z efektów i nie do końca wiem, jak można by poprawić skład: myślałam o ew. wzbogaceniu sernika o dodatkową skórkę pomarańczową, dosłodzeniu farszu itd., ale nie wiem, czy jest sens.

środa, 12 marca 2014

Jeśli ktoś dłużej śledzi Coś niecoś, to wie, że będąc warszawianką z urodzenia i wychowania, wyniosłam się kilka lat temu na Mazury, obierając kierunek przeciwny do popularnego. Czasem śmiejemy się z M, że jesteśmy odwróconymi „słoikami” (czyli np. denkami, ew. wieczkami). 

Stolicę odwiedzam średnio raz na 2 miesiące (rodzina, znajomi, te sprawy). Od dłuższego czasu mam wrażenie, że wraz z naszą zmianą meldunku w mieście nastał boom spożywczy (który trwa, a nawet narasta) – a przynajmniej tak to wygląda z zewnątrz. Weźmy choćby liczbę knajp, barów i restauracji powstających w centrum, czy mnożące się jak grzyby po deszczu weekendowe targi czy imprezy kulinarne: Le Targ, Biobazar (gdybym się nie wyprowadziła, miałabym do niego 5 minut na piechotę), Urban Market (którego wielkość, zwłaszcza w połączeniu z liczbą uczestników, pozytywnie zaskoczyła M), Targ Śniadaniowy, Koszyki (które niedawno otwarte wkrótce się zamykają – czy tylko na remont?) i wiele innych.

I tak kilka tygodni temu zajrzałam właśnie na żoliborski Targ Śniadaniowy, odbywający się co sobota na terenie gimnazjum niedaleko pl. Inwalidów. Wiedziałam, że idę we właściwym kierunku, bo mijało mnie wiele osób (w tym przynajmniej 1/2 to rodziny z małymi dziećmi) z papierowymi torbami ;). Podobnie jak na cyklicznych imprezach Urban Market, można przyjść tam  głodnym, a wyjść najedzonym, bo przynajmniej 1/3 przestrzeni jest zajęta przez punkty gastronomiczne. Jedzenie na miejscu mnie nie interesowało (choć z ciekawością zerknęłam na burgery z wozu czy obwoźny wózek kawowy z np. flat white), bo przyszłam konkretnie po prezenty kawowo-herbaciane (m.in. Kusmi Tea) oraz to, koło czego rzadko przechodzę obojętnie, tj. sery.  Konkretnie sery włoskie, z Tutto Bene. Można skosztować, porozmawiać ze sprzedawcami przed zakupem. Wybrałam pecorino (jedno z dwóch do wyboru) i kozi ser dojrzewający, oba bardzo dobre. Z żalem przeszłam obok stoiska Fish Lovers, ale świeżej ryby nie miałabym ani jak przechować, ani przyrządzić przez kilka dni. Czy będąc na stałe w strefie +4822 chodziłabym tam regularnie? Mieszkając w pobliżu – może, z innej dzielnicy pewnie podjechałabym tylko raz na jakiś czas. Tak czy inaczej, Borough Market już chyba w stolicy nie potrzeba. Chociaż... jedną rzecz znad Tamizy moglibyśmy przejąć. To co najlepiej pamiętam z wizyty na londyńskim targu były piękne ekspozycje np. warzyw czy grzybów; ogólnie wrażenia były estetyczne. Tymczasem mój Tata, czyli niekulinarek, zaprowadzony kiedyś przeze mnie na Biobazar (celem był łosoś, a skutkiem ubocznym – kaszanka) powiedział potem: „Ja wszystko rozumiem, ekologia itd., ale czy tam musi być tak brzydko?”. Niestety, muszę się z nim zgodzić, nawet biorąc pod uwagę to, że są to imprezy (tym)czasowe, organizowane w budynkach starych zakładów, na szkolnym korytarzu (jak te dzieci się tam mieszczą podczas przerw?!). A mimo wszystko i je, i kupuje się oczyma.

Z estetyką nie miałam problemu podczas szybkiego obiadu w restauracji Kaskrut: jest minimalistycznie, ale konsekwentnie. Trochę się zaniepokoiłam, gdy przez telefon kelnerka spytała mnie, czy chcemy „siedzieć obok siebie czy vis a vis”. Sądziłam, że wewnątrz jest tylko jeden długi stół, przy którym siedzą wszyscy razem, jak na stołówce. Na szczęście (bo ta moda nie do końca mi pasuje) tak nie jest – owszem, pewnie czasem goście muszą się dosiadać do innych przy stolikach kilkuosobowych, ale my mieliśmy miejsce osobne, twarzą do okna z widokiem na ulicę Poznańską. Atutem miejsca jest ambitna, nowoczesna kuchnia i zmieniające się co tydzień, krótkie menu – zasadniczo 3 x 3, tj. po trzy przystawki, dania główne i desery, i to wszystko. Porcje są niewielkie; jedliśmy zupę chrzanową (A), przegrzebka z selerem (M), ogon wołowy ze świetnym puree z czerwonej kapusty (A) i – najsłabsze danie, bo najbardziej mdłe – ser St. Marcelin na ciepło z orzechami laskowymi (M), plus hit-deser: mus orzechowo-karmelowy z pianką kawową. Alkoholi brak, choć można przynieść własne. To dobre miejsce, by spróbować czegoś nowego, ciekawego i nietypowego w dość przyjaznej cenie. Wnętrze – mimo wszystko ascetyczne i niewielkie – i formuła jednak nie zachęca do dłuższych posiedzeń, więc raczej nie wybrałabym się tam na wieczorną posiadówkę z przyjaciółmi. 

To samo dotyczy The Harvest, dokąd przeniósł się Ropert Trzópek po opuszczeniu Tamki43. Lokal mieści się w tzw. Zagłębiu w pobliżu ul. Domaniewskiej, i to widać – to znaczy wystrój i atmosfera lokalu są dla mnie typowo biznesowe (biurowiec, szkło, wylewka betonowa). Ponieważ jednak dania główne wykazały, że a) szef kuchni trzyma poziom, b) za pomocą risotta kurkowego (byłam jeszcze jesienią) przekonał nas do trufli (!!!), co nie sądziłam, że może się kiedykolwiek udać*, jeszcze kiedyś tam wrócę.

Na ww. posiadówkę ze znajomymi nadaje się jednak winiarnia Jung & Lecker, serwująca i sprzedająca tylko wina niemieckie. Jeśli macie ochotę potestować rieslingi, gewürztraminery i inne białe wina, możecie tam zajrzeć. Wnętrze jest też małe, ale przytulne i na dłuższe plotki nadaje się dobrze, jednak nie nastawiałabym się na super doznania kulinarne ;).

Następnego dnia po tym winie może przydać się solidniejsze śniadanie. Najczęściej chodziliśmy na zmianę do Bułki przez Bibułkę lub DeliEs (mojego ulubionego miejsca śniadaniowego w stolicy), ale tym razem chciałam przetestować coś nowego, vide Śniadaniownia. Wybór śniadań jest ogromny, od małych i lekkich po spore zestawy (np. zimowy czy jesienny). Całość jest bezpretensjonalna/artystyczna (obsługa może nie może pamiętać Jarocina z racji zbyt młodego wieku, ale wygląda jakby pamiętać chciała ;) plus lokum trochę jak klub osiedlowy). Reinkarnowana Brama, tj. DeliEs (Delikatesy Esencja) z ich bufetem śniadaniowym (ten twaróg "od baby"... ach!) pozostaje śniadaniowym ulubieńcem, ale miło mieć alternatywę.

To tyle, jeśli chodzi o stołeczny raport denka ;). Pewnie ww. miejsca to żadne nowości, ale może ktoś przegapił/nie dotarł i mu się taka przypominajka przyda. CDN, prędzej czy później.

* I gdy tydzień później dostałam od teściowej oliwę truflową, naprawdę się ucieszyłam i z niej korzystam (ostrożnie, bo b. intensywna), podczas gdy wcześniej bym tylko przesuwała po półce ;).

sobota, 08 marca 2014

Gdy pojedziemy do Stanów, musimy pójść do dinera jak z filmów. Takiego z boksami do siedzenia i ekspresami przelewowymi, w których kawa stoi cały dzień. Tak, takich jak z początku Wściekłych Psów Tarantino. A, i musimy tam zjeść placek z owocami i serem, jak w Pulp Fiction. A jak pojedziemy do Nowej Anglii, to musimy zjeść prawdziwy chowder. I omułki. Za to jak dotrzemy do Nowego Jorku, musimy pójść do deli. I zjeść bajgle z łososiem i serkiem śmietankowym.

Tyle jeśli chodzi o własny strumień świadomości. Tylko dodam, że wszystko wskazuje na to, że za kilka miesięcy powyższy scenariusz zrealizuję ;). Tymczasem muszę mieć do czegoś porównanie, czyt. zrobiłam drugie podejście do bajgli. Pierwsze nawet jest na blogu, ale nie będę go linkować (ciekawi i tak znajdą ;) - nie były udane. Przede wszystkim, były dziwnie twarde (i tak sobie myślę, że za krótko wyrastały). 

Pewnie, obecnie mam za sobą znacznie więcej upieczonych bułek czy bochenków, niż w r. 2008, ale i tak podeszłam do sprawy ostrożnie. Zajrzałam na blog guru od croissantów czy bajgli, czyli Moniki, i wybrałam wersję slow. U mnie – z dodatkiem zakwasu żytniego i świeżymi drożdżami w ilości zredukowanej (a ciasto i tak prawie wyszło samo z lodówki ;). Wyszło świetnie. Może i jest to nieco czasochłonne (zwłaszcza gotowanie bajgli na raty przed pieczeniem), ale efekty są bdb. 

Uwaga: można uformować rogale mniejsze a pulchniejsze, lub większe a nieco niższe – te pierwsze są lepsze do jedzenia solo, drugie – do przekładania różnościami*. Oba warianty b. smaczne.

Składniki:

Zaczyn: 1 łyżka aktywnego zakwasu żytniego, kuleczka świeżych drożdży (wielkości ziarna grochu), 150g mąki chlebowej (typ 750 lub 850), 150ml letniej wody

Ciasto właściwe: 600g maki jw., 350g wody, 2 łyżki miodu, łyżka soli, 15g świeżych drożdży

Ponadto: łyżka miodu/melasy/syropu cukrowego itd., jajo/białko/żółtko do smarowania, dowolna posypka (np. mak, sezam, siemię lniane, czarnuszka itd., itp.)

Składniki zaczynu wymieszać, odstawić nakryte folią na ok. 8-10h w ciepłe miejsce. Po tym czasie dodać do zaczynu pozostałe składniki ciasta właściwego.

Wyrobić gładkie ciasto, odstawić do wyrośnięcia w temp. pokojowej przez ok. 1 godzinę, złożyć, umieścić w natłuszczonej misce. Dokładnie przykryć folią i umieścić w lodówce na noc (lub co najmniej 8h).

Ciasto wyjąć z lodówki, podzielić na ok. 16-18 części. Z każdej uformować kulę i palcem zrobić w niej dziurkę (cytując Monikę, „kręcąc palcem, jak hula hoop” ;); jeśli otwory i tak za bardzo zarosną, można je powiększyć bezpośrednio przed gotowaniem). Przykryć folią, odstawić do napuszenia.

Zagotować wodę z miodem w garnku/garnkach – najlepiej dość płaskich a szerokich (gotowałam w 3-litrowym, w którym mieściły mi się na raz 2-3 sztuki). Gotować bajgle ratami, po ok. 1 minutę na stronę, odkładać na kratkę (można na ściereczkę, ale mogą się do niej nieco przykleić). Następnie umieścić na blaszkach (piekłam na 2 jednocześnie), posmarować jajem/białkiem itd., itp., posypać wybranymi ziarnami.

Piec w 200 st. ok. 25 minut lub do wyraźnego zrumienienia (w przypadku pieczenia na 2 blachach jednocześnie, nawet w termoobiegu, warto zamienić blaszki miejscami w ok. ½ czasu pieczenia).

* Z nieortodoksyjnych połączeń polecam wersję kapusta kiszona + pasztet (najlepiej domowy).

piątek, 28 lutego 2014

Gorzkie pomarańcze, czyli te najlepsze na marmoladę ze skórką: marzenie ściętej głowy, jednorożec lub efemeryda. Próbowałam je kilka lat temu ściągać z Francji (bezskutecznie). Usiłowałam także zastępować mieszanką pomarańczy i innych cytrusów (limonek lub grejpfruta). Jednak teraz, po zdobyciu tego skarbu, mogę powiedzieć: to nie było to, i jeśli robić dżem, konfiturę czy marmoladę pomarańczową, to właśnie z tych owoców. Nie mówię, że inne przetwory nie będą smaczne, jednak słowa M: „Szacun. Najlepszy jaki zrobiłaś” (plus wylizywanie talerzyka w tle) o czymś świadczą. Bo też uważam, że to najlepszy dżem pomarańczowy, jaki zrobiłam ;).

Skąd je wziąć? Skorzystałam z pośrednictwa In campagna, firmy od dawna zachwalanej, nie tylko przez kulinarków. Co do samego przetworu, chciałam możliwie jak najprościej, bez dodatków, które mogłyby przyćmić dobry produkt. Przepis i metoda – jak przy moich poprzednich cytrusowych dżemach, Nigelli z Domestic goddess, i tym razem włącznie  z obgotowywaniem pestek (dodatkowe pektyny), ale zmieniłam trochę proporcje: mniej cukru, zgodnie z własnymi upodobaniami, i mniej soku z cytryny. Jeśli przypadkiem dorwiecie gorzkie pomarańcze, bardzo polecam. Warto dodać, że te owoce nie nadają się* do jedzenia na surowo.

Składniki: 1,9kg gorzkich pomarańczy, 1,7kg cukru, sok z 2 cytryn

Pomarańcze zalać wodą w dużym garnku/garnkach (wody ma być tyle, by mogły się unosić), zagotować, skręcić ogień na średni i gotować 2h. W razie konieczności wodę uzupełnić. Owoce odcedzić, zostawiając trochę wody z gotowania, lekko wystudzić i drobno posiekać całość, wybierając jednocześnie pestki, które odkładamy do małego rondelka.

Pokrojone owoce umieścić w dużym garnku o grubym dnie. Pestki zalać wodą z gotowania, zagotować, gotować 5 minut. Odcedzony płyn z pestek dodać do pomarańczy, razem z cukrem i sokiem z cytryny. Podgrzewać całość na małym ogniu, aż cukier się rozpuści, potem podkręcić ogień i zagotować. Gotować na średnim ogniu 25-30 minut. W połowie czasu gotowania sprawdzić stopień słodyczy. Gotowy dżem powinien być szklisty i dość gęsty.

Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i spasteryzować (u mnie 15 minut w piekarniku włączonym na 160 st. C + drugie tyle w wyłączonym, potem słoiki odwrócone do góry dnem do zassania).


* Są jadalne, ale nieszczególnie smaczne (tak, sprawdziłam ;).

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna