Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 02 października 2013

 

Noce na Mazurach są już mroźne: jabłka leżące na trawie sczerniały a bazylia pierwszej nocy przymrozków nie przeżyła, lubczyk za to jeszcze zielony. Kilka kępek boćwiny trzyma się jeszcze nieźle, podobnie jak jarmuż. Oto obiad z cyklu "skoro dziś piątek, to mamy (szybki) makaron" (nieważne, że to był akurat poniedziałek...).

Składniki:

  • ok. 400g filetów łososia
  • garść boćwiny (ew. zastąpić szpinakiem)
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 2-3 łodygi świeżego lubczyku
  • 225g spaghetti (lub innego długiego makaronu)
  • sok z cytryny, olej do smażenia, oliwa, sól, pieprz

Rozgrzać niewielką ilość oleju na patelni. Czosnek i łodygi boćwiny drobno posiekać, przesmażyć. Dodać filety z łososia, przesmażyć po ok. 3 minuty z każdej strony, dodać posiekane liście boćwiny i ½ lubczyku, oprószyć całość solą i pieprzem. Skręcić ogień na mały, patelnię przykryć, a zawartość dusić ok. 10 minut (w tym czasie ugotować makaron). Wymieszać ugotowany, odcedzony makaron z zawartością patelni, dodać pozostały lubczyk (posiekany), ok. 2 łyżeczek ulubionej oliwy i hojnie skropić cytryną. Wymieszać ponownie i sprawdzić doprawienie przed podaniem.

piątek, 27 września 2013

Czarny bez pierwszy raz poznałam w syropie na kaszel (z apteki, żaden domowy) i w nalewce podczas robienia faworków. Tuż przed przeprowadzką na Mazury (już zaraz miną 3 lata!) pojechaliśmy pierwszy raz do Austrii jesienią. Podczas drugiej górskiej wędrówki spotkaliśmy przy drodze panią, która zrywała czarne owoce z rosnących na zboczu drzew. Zaintrygowało mnie to (bo było oczywiste, że zrywała w celach spożywczych), sprawdziłam, że chodziło o bez, pomyślałam sobie, i po przeprowadzce posadziłam przy płocie jedno drzewko, myśląc o zbiorach za kilka lat. Jakiś czas później w ramach kontemplacji przyrody zauważyłam, że przecież ten bez rośnie w dużej ilości za płotem. Oraz na skraju naszej działki. I przy drodze do wsi. I właściwie wszędzie. Obecnie jestem zdania, że czarny bez jest chwastem.

Wiosną kwiaty omijam szerokim łukiem (ładnie wyglądają, owszem, ale zapach mnie drażni, więc przetwory kwiatowe wykluczone), ciesząc się jednocześnie na to, co będzie jesienią, czyli teraz. Aromat owoców czarnego bzu jest zupełnie inny niż kwiatów – cierpki, trochę apteczny (ach, ten syrop na kaszel...), wytrawny. Żeby nie było jednak tak wesoło, owoce i łodygi zawierają toksyczną sambunigrynę. Najprostszą metodą, by uniknąć zatrucia, jest przemrożenie owoców (nie czekam do przymrozków, tylko po zerwaniu umieszczam w zamrażarce), a także odrzucanie wszelkich niedojrzałych (zielonych) jagód i łodyg. Sambunigryna rozkłada się także podczas suszenia i gotowania, ale wychodzę z założenia, że przezorny zawsze ubezpieczony, a zamrożenie owoców przed gotowaniem nie jest kłopotliwe.

To moje trzecie podejście do dżemu z czarnego bzu – przy poprzednich wersjach „na lenia” nie przecierałam jagód, i jeśli komuś nie przeszkadzają pestki, można je tam zostawić, są jednak spore i na pewno wersja bezpestkowa jest bardziej przyjemna i optycznie, i organoleptycznie ;). Wyjściowym przepisem był dla mnie ten na marmoladę Komarki, jednak zmieniłam proporcje i zredukowałam cukier.

Składniki:

  • ok. 1,5kg (waga przed odszypułkowaniem) dojrzałych owoców czarnego bzu
  • 1 kg jabłek (waga przed obraniem i wydrążeniem)
  • 1 średnia gruszka
  • 2 goździki
  • 500-550g cukru
  • łyżeczka soku z cytryny

Owoce bzu umyć, oddzielić od łodyg i niedojrzałych jagód, zamrozić. W dniu przyrządzania dżemu umieścić zamrożone owoce w dużym garnku, podlać ok. 200ml wody i podgrzewać do rozmrożenia; następnie zagotować i gotować bez przykrycia ok. 30 minut, aż owoce się w większości rozpadną i puszczą sok. Masę przetrzeć – ja uzyskałam ok. 800ml soku i pulpy – i połączyć z obranymi oraz pokrojonymi w kostkę pozostałymi owocami. Dodać goździki, ponownie zagotować i gotować ok. 30 minut, aż jabłka i gruszka zmiękną, a także częściowo się rozpadną. Dodać cukier – proponuję pół kilo na początek, znów zagotować, skręcić ogień na średni-mały i gotować ok. 40-50 minut, aż całość zgęstnieje. Ok. 10 minut przed końcem dodać sok z cytryny, po kilku minutach sprawdzić słodycz, ew. dosłodzić. Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować (u mnie 7 minut w piekarniku nagrzanym do 160 st. C, następnie ok. 15-20 minut w piekarniku wyłączonym). Odwrócić słoiki do góry dnem do zassania.



No i przyznajcie: to jeden z bardziej retro przetworów ;).

środa, 25 września 2013

Gdy dawno temu widziałam ten przepis na blogu Basi, bardzo do mnie wizualnie przemówił ("taka wielka drożdżówka z serem... no dobrze, mascarpone..."). Minęło jednak parę lat i kto wie, kiedy bym się zabrała za pieczenie, gdyby nie pół litrowego opakowania mascarpone, domagające się spożycia.

Ciasto jest zaskakująco proste, a efektowne. Zresztą: świeże drożdżowe, z mascarpone w środku - czego tu nie lubić ;)? Cukru wbrew pozorom wcale nie jest za mało (spodziewałam się większego kontrastu słono-słodkiego), a bezjajeczne ciasto z przepisu jest zaskakująco lekkie i przyjazne w obróbce. Z nadzieniem z mascarpone miałam trochę problemów, o czym niżej w uwagach. Sugerowałam się Basiną wersją placka a la ta drożdżówka z serem, ale tradycyjnie ciasto ma z wierzchu kratkę, jak u Anouschki. Dobrze smakuje i na świeżo, i na drugi dzień (ale raczej za długo nie postoi). Może brzmi to dekadencko, ale to także dobry dodatek do bardziej odświętnego śniadania, np. niedzielnego czy świątecznego.

Zatem przepis za Basią + uwagi i drobne zmiany moje:

Składniki:

ciasto:
  • 175ml mleka (letniego lub w temp. pokojowej)
  • 10g drożdży
  • 250g mąki
  • 1 łyżeczka soli (5-7g)
  • szczypta mielonej wanilii
  • 1 łyżeczka cukru
  • 35g stopionego i przestudzonego masła
na wierzch:
  • ok. 200-250g gęstej 45% śmietany La Gruyère (lub mascarpone)
  • cukier, gruby kryształ (u mnie zwykły + demerara)
Cukier rozetrzeć z drożdżami, odczekać kilka minut, aż drożdże zaczną powiększać objętość. Dodać pozostałe składniki, wyrobić miękkie, elastyczne ciasto (może być lekko lepkie, ale mimo to odchodzić od ręki/łyżki). Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1h.
Uformować okrągły placek (u mnie ok. 20cm) z ok. 1-1,5cm rantem (zrobiłam większy i to był błąd*), odstawić do drugiego wyrastania. Delikatnie ponacinać ciasto (pominęłam), polać mascarpone/śmietaną, posypać cukrem. Piec ok. 25-30 minut w 180 st. C, aż brzegi się zrumienią a śmietana zapiecze. Po wyjęciu z piekarnika ponownie posypać cukrem (u mnie tym razem demararą). Uwaga: krojąc ciasto jeszcze lekko ciepłe, trzeba liczyć się z tym, że śmietana od spodu może nie być całkiem zestalona - jak u mnie - i że zrobi się mały bałagan (za to jaki pyszny... ;).

 * Polecam zrobić "dołek" na śmietanę raczej szerszy a płytszy, nie mniejszy a głębszy, jak u mnie, by nadzienie się równomiernie zapiekło.



piątek, 20 września 2013

Od kilku miesięcy – tak gdzieś od maja – jedynymi zupami, jakie gotowałam i jadłam, były chłodniki. Wiem, że są tacy, dla których obiad bez zupy może nie istnieć ;), my jednak na co dzień nie jadamy obiadów dwudaniowych, więc zupa, jeśli się pojawia, stanowi cały posiłek. Jest też wówczas treściwa i, co za tym idzie, jakoś nie pasuje do temperatur powyżej, powiedzmy, 18 st. Celsjusza. Jeśli jednak temperatura spada, wilgoć w powietrzu rośnie, a dynie dojrzewają – co lepszego wieczorem niż talerz gęstej, gorącej zupy...?

O takiej na bazie różnych pieczonych warzyw, w tym dyni, już pisałam. Tym razem udział pomarańczowej siły ;) był większy, dodałam także trochę ugotowanego ryżu i przesmażoną cukinię. Polecam!

Składniki:

  • 1 niewielka dynia (ok. 1-1,25kg), o zwartym miąższu (u mnie krzaczasta Amazonka)
  • 1 papryka czerwona/pomarańczowa, 
  • 1 papryka żółta,
  • duża cebula,
  • tymianek świeży lub suszony,
  • przyprawa curry (łagodna),
  • 500ml bulionu (warzywnego lub drobiowego),
  • ok. 250ml przecieru pomidorowego,
  • sól, pieprz, szczypta chilli,
  • opcjonalnie: ocet winny
  • 1 mała cukinia,
  • 1 ząbek czosnku,
  • ponadto: ok. 100g ugotowanego ryżu lub ulubionej kaszy

Dynię i papryki przekroić na ½, wydrążyć, położyć na lekko natłuszczonej blaszce skórą do góry, obok położyć cebulę przekrojoną także na ½. Całość lekko skropić oliwą i oprószyć tymiankiem, piec ok. 45 minut w 200 st. C. Skórka papryki powinna być przypieczona – opcjonalnie można ją wsadzić gorącą do np. worka foliowego i po ok. 10-15 minutach obrać ze skóry, ale nie jest to konieczne. W przypadku dyni obranie ze skóry zależy od gatunku: krzaczasta Amazonka ma także tą zaletę, że ma cienką skórę, która po upieczeniu jest całkowicie jadalna :), inne gatunki (np. olbrzymia) raczej będą wymagały obrania.

Wymieszać gorący bulion z przecierem, wymieszać z upieczonymi warzywami i zmiksować na gładko. Jeśli masa byłaby za gęsta, rozrzedzić wodą lub ew. dodatkowym bulionem. Przelać do garnka, zagotować, zmniejszyć ogień i doprawić do smaku curry, solą, pieprzem i chilli, można też znów dodać trochę tymianku. Gotować na małym ogniu ok. 15-20 minut (można oczywiście dłużej), pod koniec sprawdzić doprawienie. Jeśli zupa będzie za kwaśna, można zakwasić odrobiną octu winnego.

Na ok. kwadrans przed podaniem zupy cukinię pokroić w kostkę, czosnek rozdrobnić. Przesmażyć czosnek na niewielkiej ilości oleju, dodać cukinię, doprawić szczyptą curry, solą i pieprzem. Do smaku Smażyć ok. 8-10 minut. Podawać zupę z dodatkiem ryżu/kaszy i udekorowaną cukinią.

wtorek, 17 września 2013

Bardzo często mam wejścia na bloga na hasło "przegrzebki co to jest" (ostatnio w liczbie pojedynczej - "przegrzebek co to jest", ale ograniczanie się do jednej sztuki brzmi bardzo skromnie...). Wejścia prowadzą do tej sałatki. Na urlopie (już niestety w czasie przeszłym), przy okazji nabycia niewielkiej paczki przegrzebek, przyrządziłam inny wariant tej potrawy. Coś w tym jest, że ziemniaki i małże do siebie pasują... I to dobre danie do sprawdzania, czy te wyjątkowo "mięsne" owoce morza Wam smakują.

Składniki:

  • 1 średnia cukinia,
  • 1 niewielka cebula, 
  • ostra papryka, sól, pieprz, olej
  • pietruszka (natka)
  • łyżka białego octu winnego lub jabłkowego
  • ok. 350g mięsa przegrzebek (rozmrożonych, jeśli uprzednio mrożonych)
    ok. 80-100g boczku, pokrojonego w kostkę
  • ok. 6-7 ugotowanych ziemniaków
  • kilka liści sałaty (ew. mała garść rukoli/roszponki)

 Zacząć od przyrządzenia cukinii: pokroić w cienkie plasterki lub półplasterki, odłożyć na bok. Na niewielkiej ilości oleju zeszklić cebulę pokrojoną w pióra, dodać cukinię, doprawić do smaku solą, pieprzem i ostrą papryką. Smażyć kilka minut, aż lekko zmięknie i przerzucić do miski z łyżką octu na dnie, wymieszać, odstawić na bok. Na patelni po cukinii wytopić tłuszcz z boczku na wolnym ogniu, potem podkręcić ogień i smażyć, aż będzie chrupki (jeśli boczek jest chudy, najpierw rozgrzać trochę oleju na patelni i dopiero potem przesmażyć). Dodać przegrzebki, smażyć po ok. 3 minuty z każdej strony, dorzucić do cukinii, dodać posiekaną natkę (ilość wg uznania) i wymieszać, po chwili sprawdzić doprawienie, ew. skorygować. Na patelni po przegrzebkach podgrzać ziemniaki, pokrojone w plastry. Na 2 talerzach położyć parę liści sałaty, rozdzielić po równo ziemniaki, na ziemniakach ułożyć pozostałe warzywa z przegrzebkami. Można skropić cytryną, lub podać cytrynę na stół; podawać od razu.

Zapisz

wtorek, 10 września 2013

Jeszcze jestem w krainie knedli i sznycli, a skoro tu jestem, uznałam, że może najwyższy czas przyrządzić samemu knedla bułczanego, uniwersalny dodatek do każdego dania mięsnego i/lub z sosem i świetny sposób na pozbycie się czerstwego pieczywa (nie żeby często u mnie takie bywało... tym razem też kupiłam paczkę specjalnie podsuszonego ;). Skorzystałam z przepisu Komarki, z pewnymi zmianami (m.in. gotowałam na parze), a jako dodatek przygotowałam sos a la leczo.

Knedle bułczane (ok. 10 knedli):

  • ok. 300 g czerstwych* białych bułek,
  • 2 jajka,
  • 1-2* szklanki mleka,
  • 1 mała cebula,
  • opcjonalnie: 1-2 plastry chudego boczku/wędzonki
  • garść natki pietruszki lub szczypiorku,
  • 1/2 łyżeczki soli,
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej,
  • 2 łyżki mąki pszennej

* Skorzystałam z gotowych bułek knedlowych (w Austrii sprzedaje się je w piekarniach lub supermarketach), które są bardzo suche, i musiałam dwukrotnie zwiększyć ilość mleka. W przypadku pieczywa nie aż tak wysuszonego, np. 3 dniowego, powinna wystarczyć mniejsza ilość mleka.

Bułki pokroić w kostkę i przełożyć do płaskiego naczynia. Mleko podgrzać do zagotowania i gorącym zalać bułki. Zostawić na około 15-20 minut, aż dobrze nasiąkną mlekiem (patrz uwaga powyżej co do ilości płynu). Cebulę posiekać drobno i podsmażyć (wraz z pokrojoną w kostkę wędzonką, jeśli używacie). Do nasiąkniętych mlekiem bułek dodać jajka, podsmażoną cebulę, natkę pietruszki/szczypiorek, gałkę muszkatołową i sól do smaku. Dobrze wyrobić masę ręką i dodać mąkę. Gdyby całość bardzo mocno się lepiła, można lekko podsypać np. łyżeczką mąki. Rękoma pomoczonymi w zimnej wodzie formować kule (wielkości piłeczek tenisowych, mniej więcej). Gotować na parze (polecam) lub w wodzie** 20 minut, podawać od razu, ew. trzymać w cieple (np. pod przykryciem na podgrzanym talerzu).

** Jak podpowiedziała mi pewna dobra dusza, mieszkająca w Bawarii ;), można je gotować luzem w wodzie, lub owinąć każdego knedla przed gotowaniem z osobna w folię spożywczą i aluminiową. W ten sposób gotują się jak na parze.

W przypadku poniższego sosu nie będę dyskutować, ile ma wspólnego z autentycznym lecsó (którego pewnie nigdy nie jadłam... ale przecież w każdym polskim domu jakieś leczo-nie lecsó się przyrządza ;) - mój sos jest przyrządzany najczęściej na zasadzie improwizacji. Dodatek ogórka zaczerpnięty od Mamy.

Sos a la leczo

Składniki:

  • kilka plastrów chudej wędzonki i jw. suchej kiełbasy
  • olej
  • 1 mała cebula
  • 1 duża czerwona lub żółta papryka
  • 1 średnia cukinia
  • 1 mały (ok. 10 cm długości) ogórek
  • 500ml przecieru pomidorowego LUB 250ml zagęszczonego przecieru i 250ml wody
  • sól, pieprz, ostra i słodka papryka (idealnie: wędzona), tymianek, liść laurowy
  • opcjonalnie, do podania: kwaśna śmietana

Wędlinę przesmażyć w większym rondlu, na niewielkiej ilości oleju (można też użyć tłustszej, np. boczku i wytopić z niego najpierw tłuszcz na niewielkim ogniu - wówczas najprawdopodobniej nie będzie konieczny olej. W wersji wege dodatek wędliny po prostu pominąć i zacząć od rozgrzania oleju. Dodać cebulę pokrojoną w pióra, zeszklić, dodać paprykę pokrojoną w średnią kostkę, smażyć kilka minut, aż lekko zmięknie. Dodać cukinię pokrojoną w kostkę, smażyć jw., to samo powtórzyć z ogórkiem. Zalać całość pomidorami, dodać liść laurowy i pozostałe przyprawy do smaku. Skręcić ogień na mały i dusić pod przykryciem ok. godzinę, po tym czasie odkryć, sprawdzić doprawienie i ew. skorygować. Jeśli sos jest za rzadki, podkręcić ogień i gotować kilka-kilkanaście minut, aż całość odparuje do pożądanej konsystencji. To nic nowego, ale jak każde takie danie, najlepiej smakuje po ponownym podgrzaniu. Przed podaniem wyłowić liść laurowy. Można podawać z kleksem kwaśnej śmietany (jak na zdjęciu).

sobota, 07 września 2013



Sezon na cukinię wciąż trwa. W ogrodzie zostawiłam kilka takich, które przez urlop mają szansę wyrosnąć na maczugi (ale wówczas może wrócę do przepisu na dżem, który po redukcji cukru o 1/3 i zwiększeniu ilości soku z cytryny okazał się całkiem, całkiem). Tak czy inaczej, w tym roku cukinie trafiały najczęściej do dań makaronowych; poza twórczością własną, odświeżyłam stary przepis Nigelli z Forever summer na danie podobno rodem z Sycylii. Nazywam je „zapoconą cukinią”, bo taka natura warzywa pod koniec gotowania; clou stanowi jej połączenie z nasączonymi alkoholem rodzynkami (u mnie te z „magicznego słoika” z rumem, u Nigelli – zalane marsalą przed gotowaniem). Tak przyrządzona cukinia jest także bardzo smaczna solo, również na zimno. Poniżej wersja z proporcjami „z głowy”, tj. z pamięci, i drobnymi modyfikacjami.

Składniki:

  • 3 średnie (lub inny format, ok. 750g) cukinie
  • 1 duży ząbek czosnku
  • masło, oliwa
  • sól, pieprz
  • 4 łyżki rodzynek + rum do nasączenia
  • 2 łyżki pinioli lub pestek słonecznika
  • świeżo starty parmezan
  • opcjonalnie: natka pietruszki do posypki
  • ok. 250g dowolnego makaronu 

Cukinie pokroić w półplasterki, czosnek obrać i rozdrobnić. Stopić na dużej patelni masło z oliwą w równych proporcjach (po niepełnej łyżce każdego; można też użyć samej oliwy), dodać czosnek, chwilę przesmażyć, dodać cukinię. Smażyć chwilę na średnim ogniu, skręcić na mały i dusić ok. 30-40 minut – aż się „zapoci”: będzie zupełnie miękka, szklista i rozpadnięta, ale nie w postaci musu. Jeśli nie posiadacie magicznego słoika z alkoholizowanymi rodzynkami (a polecam, b. przydatna rzecz), gdy cukinia zacznie się dusić, podgrzać ok. 3 łyżek rumu (można też użyć sherry, marsali, itd.) i zalać alkoholem rodzynki, odstawić do nasączenia. Pod koniec duszenia cukinii zacząć gotować makaron. Cukinię doprawić do smaku solą (raczej hojnie, wciąga jej sporo) i pieprzem, wymieszać z rodzynkami i ew. pozostałym z namaczania alkoholem, a następnie z ugotowanym makaronem. Podawać posypane parmezanem, piniolami/pestkami słonecznika i opcjonalne małą ilością natki.

piątek, 30 sierpnia 2013

Piszę to siedząc na podłodze, bo krzeseł nie ma, stołu nie ma, kanapy nie ma... tzn. są, ale schowane przed remontem. Obiad dzisiejszy też był jedzony na podłodze (ale, na szczęście, nie z niej...).

Do jedzenia dania, które chciałabym Wam zaproponować, przydałby się jednak stół, a także podgrzewacz, dużo surowych jarzyn i dobre towarzystwo. Mowa o włoskim dipie podawanym na ciepło, tj. bagna cauda. Smaki w gruncie rzeczy te same, co w żydowsko-weneckim makaronie, ale połączenie mocno słonego i rybnego, czosnkowego oraz maślanego smaku z chrupkimi warzywami nie jest typowe dla polskich kubków smakowych.

Rzecz robi się prosto, ok. 10 minut (plus czas przygotowania, obrania i pokrojenia warzyw), ale wymaga pewnej cierpliwości: otóż warto poczekać, aż składniki dokładnie się połączą przed dodaniem masła. Jeśli będziecie się spieszyć, sos wam się rozwarstwi - co nie wpłynie mocno na smak, ale na estetykę tak (choć i w najlepszych warunkach nie jest to bardzo fotogeniczna potrawa ;). Warto dodać, że lekko rozdzielać się (ale nie typowo warzyć) i tak pewnie będzie, ale jeśli początkowa konsystencja będzie jednolita, wystarczy jak każdy jedzący zamiesza sos podczas maczania (co i tak się robi).

Składniki (dla ok. 3 osób, dla większej grupy warto podwoić): 120ml oliwy, łyżka oleju spod sardeli (anchois), 6-7 sardeli, 2 ząbki czosnku, 30g zimnego, posiekanego w kostkę masła; do podania: różne surowe warzywa (marchewka, rzodkiewki, ogórek, cukinia, cykoria, fenkuł, itd., itp.)

W rondelku stopić - na niewielkim ogniu - oliwę, olej, sardele i bardzo dokładnie rozdrobniony czosnek na jednolitą, szarą masę. Dodać do sosu 3-4 kostki masła, pracując trzepaczką, zdjąć sos z ognia i wtrzepać stopniowo resztę masła. Skosztować - jeśli smak będzie zbyt mocny, można go lekko złagodzić dodatkowym masłem, pamiętając jednak, że powinien być wyrazisty. Umieścić sos (przelany do np. miseczki) najlepiej na podgrzewaczu umieszczonym pośrodku stołu, dookoła rozłożyć warzywa, by każdy mógł je do woli maczać w dipie.

sobota, 24 sierpnia 2013

 

Na strychu dojrzewalnia pomidorów gruntowych, które nie zgniły (za rok nie będzie trzeciego podejścia). Na krzakach pełno dojrzałych lub dojrzewających koktajlowych (na pewno będą za rok). W piwnicy 18 kilowa skrzynka do przerobienia na przecier. Sami rozumiecie, czemu pomidorowo mi ;).

W temacie koktajlowych – nie tylko jem je na surowo, np. prosto z krzaka, ale spróbowałam także je nieco przerobić. Myśląc o zeszłorocznej kolacji w Rzymie, upiekłam rybę w worku z pomidorami koktajlowymi i fenkułem.

Składniki (dla 2 osób):

  • 2 niewielkie filety dowolnej ryby morskiej o białym mięsie

  • 1 mały fenkuł
  • ok. 12-16 pomidorów koktajlowych, najlepiej na gałązce
  • 2 gałązki lubczyku
  • sól, pieprz, oliwa

Nagrzać piekarnik do 180 st. C (termoobieg). Rybę oczyścić, osuszyć, doprawić solą i pieprzem, umieścić w worku do pieczenia (takim celofanowym). Fenkuła pokroić w plastry, dorzucić do ryby, na wierzchu ułożyć pomidory, dodać lubczyk. Całość lekko skropić oliwą, worek zawiązać. Piec ok. 25 minut, rozdzielić równo rybę i warzywa między osoby jedzące. Ponieważ danie jest delikatne, proponuję podać z czymś wyrazistym: u mnie była to pieczona dynia (tak, krzaczasta już dojrzała) doprawiona chilli, pasują także np. te ziemniaki.


Parę gałązek pomidorów dodałam także do marynaty, zatytułowanej roboczo „pikle z ogrodu”, zainspirowanej przepisem Diane Henry.

Użyłam zalewy i metody z sałatki szwedzkiej, ale poza ogórkami i cebulą do słoików dodałam cukinię w plastrach, trochę papryki i właśnie pomidory koktajlowe na gałązce (nakłute patyczkiem do szaszłyków przed umieszczeniem w słoikach). Na wierzch zawartości każdego słoika, po zalaniu marynatą, dałam trochę oliwy. Krótko pasteryzowałam, jak w przypadku sałatki szwedzkiej.

Z pomidorów standardowej wielkości zrobiłam na śniadanie odwrotność bruschetty. We włoskich grzankach pieczywo jest wypieczone, a pomidor surowy, u mnie na odwrót – pieczywo świeże, zaś pomidor krótko obrobiony.

Składniki:

  • kilka (ok. 6) kromek świeżego, białego pieczywa
  • 2 dojrzałe pomidory, np. malinowe
  • 2 niewielkie ząbki czosnku
  • olej/oliwa
  • parę plastrów twardego sera koziego lub np. krowiego/owczego wędzonego
  • sól, pieprz, świeża bazylia

Niewielką ilość oleju/oliwy rozgrzać na patelni, dodać posiekany czosnek, chwilę przesmażyć, dodać pomidory pokrojone w kostkę (nie uważam, by konieczne było tu obieranie ich ze skórki, ale jeśli ktoś chce, może oczywiście obrać). Dusić na odkrytej patelni ok. 10 minut, aż sok, który puszczą owoce, w większości (ale nie całkowicie) odparuje. W trakcie gotowania doprawić do smaku solą i pieprzem. Nakładać na pieczywo, dekorować plastrami sera i bazylią, podawać od razu.

W temacie sera, który idealnie by się z tym daniem komponował: niedawno odwiedziłam prawie po sąsiedzku Ranczo Frontiera. Jeśli kiedyś traficie na sery ich produkcji, bardzo polecam i owcze (to właśnie owczy dojrzewający by tu pasował), i krowie (z mleka dżersejek). Mały wybór serów z Frontiery (w ramach kolacji roboczo nazwanej „Zagrodowo nam” ;) widać na poniższym zdjęciu:

niedziela, 18 sierpnia 2013



Knedle z owocami kojarzą mi się z Pragą (czeską) i studencką wycieczką, podczas której wszędzie szukaliśmy tego dania (a także orzeszków, ale to inna historia ;). Te knedle, które w końcu zdobyliśmy, były wielkości cepelinów i podane z bitą śmietaną.

Rok temu M wprowadził na nasz stół knedle (w formacie normalnym, tj. 1:1 owoc: ciasto) ziemniaczane ze śliwkami. Choć mi smakowały, miałam wątpliwości co do ciasta. Gdy zaczęły chodzić mi po głowie morelowe, zajrzałam najpierw i do "starego zeszytu", i do Tante Herthy - znalazłam ciasto ziemniaczane. Google jednak podpowiedział, że Marillenknödel z doliny Wachau robi się z ciastem twarogowym, i tak też zrobiłam. Powiem szczerze, że takie knedle smakują mi znacznie bardziej od ziemniaczanych: są delikatniejsze, ciasto jest miękkie, bardzo przyjemne w obróbce oraz kształtowaniu, a także można je przygotować wcześniej i przechować w lodówce. Skorzystałam w przepisu Agnieszki Kręglickiej - z drobnymi zmianami (przede wszystkim, u mnie były oczywiście morele świeże). Oto mój wariant, z komentarzami:

Składniki: ok. 28 małych moreli, 400g twarogu*, 1 szkl. mąki (ok. 160g), szczypta soli, 1 jajo, łyżeczka cukru, szczypta mielonej wanilii (w oryginale skórka cytrynowa), opcjonalnie: 1-2 łyżki śmietany

Do podania: śmietanka, cukier, cynamon

* Użyłam 250g twarogu tłustego w kostce i 150g półtłustego jw., który wiedziałam, że będzie dość wilgotny, i wyszło idealnie - nie musiałam ani dodatkowo zwilżać masy, ani podsypywać mąką. Warto jednak zauważyć, że austriacki Topfen to coś bliższego polskiemu serkowi homogenizowanemu niż zwykłemu twarogowi.

Morele umyć, wydrylować, odłożyć na bok. Twaróg rozetrzeć ręcznie lub mikserem, dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie, miękkie ciasto. Gdyby bardzo się lepiło, podsypać lekko mąką, gdyby za bardzo się kruszyło - dodać odrobinę śmietany. Uformować wałek i albo użyć od razu, albo owinąć w folię i schłodzić w lodówce.

Aby przerobić ciasto na knedle: uciąć plaster ciasta, lekko rozpłaszczyć, na środku umieścić owoc, zakleić ciasto dookoła, formując kulkę (co robi się łatwo i przyjemnie, bo jak wspominałam, ciasto jest elastyczne i przyjazne kucharzowi ;). Mnie wyszło dokładnie 28 niedużych knedli. Gotować partiami (u mnie po 14 sztuk na raz) w osolonej wodzie - ok. 4-5 minut od wypłynięcia. Tradycyjnym jest podawanie z bułką tartą i masłem (wówczas owoce są dodatkowo słodzone), u nas była śmietanka i cukier do posypki wg upodobań, można także podać dodatkowo cynamon lub mieloną wanilię.

Polecam - można na podwieczorek, kolację, albo i obiad ;).

| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna