Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
poniedziałek, 17 marca 2008

Powinnam może napisać, że to nieśmiertelne roladki, bo mam wrażenie, że to jeden z najpopularniejszych przepisów z Forever Summer Nigelli, obok czekoladowej Pavlovej. Roladki prezentowała np. wieki temu Szellka na Galerii Potraw. Proste, szybkie, świetne na przystawkę lub element głównego dania, można modyfikować zgodnie z upodobaniami.

Na 1 średniego bakłażana (ok. 6-8 roladek) potrzebujemy ok. 1/2 opakowania fety, trochę świeżej mięty, świeże chilli. Ser rozgniatamy z posiekaną miętą i drobno posiekanym, odpestkowanym chilli (ilości dowolne, w zależności jak ostro lubimy; ja dałam jedną mini papryczkę na 1/2 opakowania fety i było dość ostre, szczególnie, że mogło mi się zaplątać kilka pestek); można dodać trochę oliwy, jeśli jest za suchy. Bakłażana kroimy w plastry wzdłuż, smarujemy oliwą, grillujemy krótko z obu stron na rozgrzanym grillu lub patelni grillowej. Odstawiamy, lekko przestudzamy, tak, by się nie poparzyć przy zwijaniu, ale by były jeszcze ciepłe i nakładamy łyżeczkę pasty serowej na jeden koniec plastra, rolujemy, układamy złożeniem do dołu. Przyjemne jedzone od razu i zupełnie na zimno. Można ew. zastąpić miętę bazylią, choć ma ona łagodzić ostrość chilli; to ostatnie można ew. zastąpić sproszkowanym.

Tak, wciąż klimaty miętowe. I letnie, na przekór pogodzie. To jeden z moich ulubionych drinków. Może zasugerowałam się opowieściami byłej uczennicy, zauroczonej Kubą? A może Pierce'em Brosnanem jako Bondem, wznoszącym toast do Halle Berry: "Mojito"? Raczej nie to ostatnie - Brosnan nie jest w moim typie :).

Jak robię mojito? Powiem, jak uważam, że powinnam, ale czasem jestem niechlujna lub zapominalska i kolejność bierze w łeb (np. próbuję i zastanawiam się, czemu tak dziwnie smakuje - po czym okazuje się, że zapomniałam o limonce/wodzie; o rumie dziwnie nigdy nie zapominam). Jeśli mam ochotę czuć cukier pod zębami sypię płaską łyżeczkę (nie więcej, nie lubię za słodkiego) kryształu lub ew. demerary do szklanki i rozcieram z sokiem z 1/2 limonki. W innym wariancie mieszam syrop cukrowy lub - lepiej - syrop miętowy Monin (dokładnie "Mojito mint", przyjemna rzecz także do mieszania z samą wodą) z sokiem limonkowym. Dorzucam świeżą miętę, ugniatam w szklance łyżeczką, by puściła sok. Dorzucam lód, dolewam biały rum, dorzucam wyciśniętą skórkę limonki, dopełniam wodą gazowaną, sprawdzam, czy nie dodać więcej limonki. Udaję, że jestem w Hawanie :)

niedziela, 16 marca 2008

My mamy (a może mieliśmy raczej) podpłomyki, Włosi mają focaccię. Mój debiut w tej materii oparłam na przepisie podczytanym u Dorotuś, ale korzystałam też z wątku Linn_linn na Galerii Potraw, stąd 1/2 mąki - to semolina. Dałam także trochę mniej drożdży.

Przepis: 175g mąki chlebowej, 175g semoliny, pół łyżeczki soli, 210 ml letniej wody, 5 g suchych drożdży (1 3/4 łyżeczki), 1 łyżka oliwy z oliwek - zagnieść na gładkie, elastyczne ciasto. Odstawić na godzinę do wyrośnięcia. Po tym czasie odgazować, wyrobić chwilę, rozwałkować - 25 cm średnicy sugerowane w przepisie da nam focaccię grubszą, jak widać powyżej, przełożyć na omączoną blachę. Odstawić na 20 min do napuszenia. Po tym czasie porobić kciukiem wgłębienia w cieście, odstawić jeszcze na 10 min. Przygotować dodatki na wierzch: świeże zioła, cebulę, oliwki, sól morską (wszystko dowolnie). Ułożyć dodatki na wierzchu chlebka, skropić oliwą i do piekarnika (200 st.) na 20-25 minut. Podawać z sałatką, dipami, dodatkową oliwą do polania, itd.

Wyszło smaczne, ale jednak, jak przy pizzy, zdecydowanie wolę ciensze ciasto i następnym razem rozwałkuję mocniej.

Byliśmy w Makro, co zaowocowało zakupem krewetek. Pierwszy raz "królewskie" jadłam w Grecji, jako część talerza mieszanych owoców morza i nieco się stresowałam faktem, że muszę im ręcznie obrywać główki i ogonki. Smakowały mi, choć nie tak, jak inne elementy talerza, bo wydawały mi się trochę za suche i za twarde. Z perspektywy czasu przypuszczam, że za długo były smażone - naprawdę niewiele im potrzeba, by były gotowe do jedzenia, a wciąż soczyste.

Luźno inspirowaliśmy się przepisem ze świątecznego programu Nigella gryzie (Christmas Bites). Z tym, że u nas 60 dkg krewetek, oryginalny przepis (patrz poniżej) na 1 kg - zmniejszyliśmy sobie trochę na oko. Wyniki tak czy inaczej bardzo przyjemne.

Przepis: 1kg krewetek królewskich (lub podobnych dużych), 3 łyżki oliwy z oliwek, 3 dymki pokrojne w paseczki, 2 duże ząbki czosnku pokrojone w plasterki, 1cm imbiru pokrojony w drobne paseczki, 75ml sherry (w oryg. Tio Pepe, u mnie jakieś wytrawne stojące w lodówce; pewnie można użyć białego wina), sól morska do smaku.

Rozgrzać olej w dużym szerokim rondlu, wrzucić dymkę, czosnek i imbir. Mieszać energicznie aż dymka zacznie mięknąć, wrzucić krewetki, zamieszać. Zakryć rondel, gotować ok. 5 minut, wlać sherry. Zamieszać ponownie i gotować kolejne kilka minut, aż krewetki będą ugotowane (cyt. "i nie będą szkliste w środku"). Spróbować, czy nie wymagają soli do smaku (moje zdecydowanie nie). Przerzucić do miski wraz z powstałym sosem, podawać od razu. Jeść rękoma, odrywając główki i ogonki. U nas do tego tosty z serem kozim, pomidorem i bazylią. Pyszne.

sobota, 15 marca 2008

Albo chleb dla idiotów: wymieszaj, czeeeekaj, piecz. Korzystałam z przepisu z wątku na Galerii Potraw oraz z filmiku, zamieszczonego także w ww. wątku:

Przepis: Mieszamy w misce (najlepiej lekko naoliwionej) 3 szklanki mąki chlebowej (ok. 450g), 1 1/4 łyżeczki soli, 1/4 łyżeczki drożdży z 1,5 szkl. wody. Przykrywamy, odstawiamy na conajmniej 12 h, a najlepiej na 18-20 h. Po tym czasie wyrzucamy ciasto (wspaniale się ciągnie i wygląda jak Obcy :) na omączony blat, odgazowujemy składając kilka razy (proponuję obejrzeć, jak to jest robione w filmie) i formując na kształt naczynia, w którym będziemy później piec chleb; w moim przypadku było to coś w rodzaju okrągłej paczuszki do okrągłej foremki. Przerzucamy ciasto (złożeniem do dołu) na ściereczkę omączoną i/lub wysypaną sezamem, otrębami itd. (co z jednej strony jest dobrym pomysłem, a z drugiej - osypuje się potem straszliwie przy przekładaniu chleba z/do naczynia, więc ostatecznie chyba wolę samą mąkę). Zostawiamy owinięte ściereczką do napuszenia na ok. 1,5-2 h. Nagrzewamy piekarnik do 270 st., wstawiając do niego nie wysmarowane niczym żaroodporne naczynie, do którego mamy pokrywkę, lub zwykłą tortownicę, którą potem nakryjemy pokrywką. Osobiście wolę tą drugą wersję, bo moje żaroodporne naczynia podejrzanie dymiły po nagrzaniu, choć podobno najlepsze byłoby naczynie żeliwne. Gdy naczynie się nagrzeje, wrzucamy do niego napuszony chleb, skręcamy piekarnik do 230 st. i pieczemy 30 min z przykryciem plus 15-30 min bez przykrycia (u mnie 20-30 minut), by wierzch się zrumienił. Jak z każdym pieczywem, gotowy chleb powinien wydać głuchy odgłos po postukaniu w dno.

Chleb wychodzi wilgotny, z dziurami w środku - jak na wypiek domowy-drożdżowy imho naprawdę robiący wrażenie. Poniżej wersja z domieszką mąki pszennej razowej (1 szklanka) - też bdb, tylko lekko bardziej zbita i wymagająca dodania ciut więcej wody do wymieszania składników ciasta. Zdecydowanie polecam - każdy jest w stanie zrobić taki chleb, a składniki można spokojnie wymieszać nawet wieczorem po pracy, poświęcając na to całe 3 minuty.

W piątek na targu pod Halą Mirowską w Warszawie udało mi się kupić miętę w pęczku. Sprzedawca zapewniał mnie, że będę zadowolona, bo jest wyjątkowo aromatyczna, i miał rację - jeszcze na ulicy się zachwycałam zapachem, a w domu czym prędzej przygotowałam dzbanek wody z miętą.

Mięta pachnie dla mnie latem, jest czymś jak ocieniony taras po rozprażonym słońcem trawniku, jak chłodne kafelki pod rozgrzanymi stopami. Nasza koleżanka M. opowiadała (z brakiem entuzjazmu, bo nie lubi mięty) o dzbankach z wodą ze świeżą miętą obecnych w izraelskich hostelach czy pensjonatach. Ja taką wodę piłam pierwszy w (wówczas) modnej warszawskiej kawiarni, gdzie ogromny dzban pełen zielonych liści i wody stał na barze.

Przygotowanie jest proste: do dzbanka wrzucamy dużo liści świeżej mięty, im mocniejszej, tym lepszej - wyraźniejszy będzie smak i zalewamy wodą mineralną lub źródlaną (ok. litrem). W mojej wersji wyciskamy do tego sok z 1/2 limonki i wrzucamy także do dzbanka wyciśniętą skórkę owocu. Odstawiamy by naciągnęło - najlepiej w temperaturze pokojowej na chociaż 1/2 godziny i potem, jeśli chcemy, możemy umieścić wodę w lodówce (chociaż ja np. poza wyjątkowymi upałami wolę pić wodę w temp. pokojowej). Wodę należy zużyć tego samego dnia jeśli trzymamy ją poza lodówką, ale nie powinno być z tym problemu - sama wczoraj wypiłam wszystko.

Może jednak stęskniłam się za latem, a może to pączki na drzewach mnie zainspirowały...?

Przepis podała Thiessa na Galerii Potraw. U mnie danie pojawia się po raz kolejny, i na pewno jeszcze wróci, bo jest z gatunku "przygotuj wieczorem, a następnego dnia samo się zrobi", a do tego niezwykle smaczne i aromatyczne. Poniżej przepis z moimi uwagami:

Przepis: Składniki marynaty/sosu: 4 łyżki pulpy z tamaryndu, 8 łyżek goracej wody (lub 4 łyżki gotowej pasty tamaryndowej ze słoika), 2 ząbki czosnku, 2 cebule, 3 cm imbiru, 1 czerwone chilli, 2 lodyzki trawy cytrynowej (ew. można zastąpić i trawę cytrynową, i chilli 2 łyżeczkami zielonej pasty curry - proponuję wtedy dać tylko po 1 ząbku czosnku i 1 cebuli), 50 ml ciemnego sosu sojowego, 5 łyżek brązowego cukru. Poza tym: 1 pularda (1,3 kg) - można zastąpić ok. 0,6 kg piersi kurczaka, 4 łyżki oleju roślinnego lub lepiej: sezamowego lub tzw. do woka, 1 łyżeczka (proponuję dać trochę mniej - 1/2 lub 3/4 łyżeczki) nasion czarnego pieprzu, 1 łyżka ziaren kolendry, 2 goździki, 1 ogórek.

Pulpę z tamaryndu moczyć w gorącej wodzie, przetrzeć/lub użyć gotowej pasty ze słoika. Posiekać cebulę, czosnek, imbir, chilli oczyszczone z pestek, jasne części trawy cytrynowej, dodać pozostałe składniki marynaty i wszystko zmiksować na puree. Jeśli zamiast trawy cytrynowej i chilli dajemy zieloną pastę curry, wystarczy cebulę drobno posiekać, czosnek i imbir zetrzeć i wymieszać z resztą składników, nie trzeba miksować. Podzielić kurczaka na 8 równych części, rozprowadzić pastę i zostawić na noc w lodówce. Rozgrzać w woku/szerokim rondlu olej, wrzucić pieprz, kolendrę i goździki, obsmażyć i rozetrzeć w moździerzu (można ew. pominąć prażenie przypraw i wrzucić na olej już rozdrobnione). Resztę oleju rozgrzać i dusić mięso z pastą 40-50 min. Wyłożyć na ogórki, podawać najlepiej z ryżem jaśminowym.

środa, 12 marca 2008

Po tym, gdy kiedyś wrzuciłam przepis na tartę na Galerię Potraw jako tartę prowansalską z cebulą (za Buczma & Bomik Kuchnia francuska na co dzień i od święta) dowiedziałam się, że zrobiłam pissaladière, ale nietypowo z ciasta kruchego. Dobrze wiedzieć. Potem wyczytałam u Claudii Roden w Everything tastes better outdoors, że choć tradycyjnie robi się toto na cieście drożdżowym, nic nie stoi na przeszkodzie, aby użyć ciasta kruchego - więc nie musicie się obawiać, że popełniacie faux pas.

Przepis: przygotowujemy ciasto kruche, tak, jak lubimy (u mnie 1/2 masła, 1/2 Bartka/Planty, bez jaja/żółtka, jak opisywane tu) w stosownej ilości, schładzamy, wałkujemy, wykładamy foremkę i podpiekamy do (lekkiego) zezłocenia (polecam patent z pieczeniem na nagrzanej uprzednio blasze - kamień do pizzy/chleba dla ubogich, ale efekty są lepsze niż przy pieczeniu na nie nagrzanej lub kratce). Nie trzeba piec z obciążeniem, bo tu nie ma sosu. Spód lekko przestudzamy. Gdy tarta się piecze, zajmujemy się wierzchem: od razu mówię, że zrobiłam tym razem nieco inaczej, niż w Kuchni francuskiej..., bo dłużej dusiłam cebulę i imho tak jest lepiej. W oryginale idzie jednak tak: 700g cebuli (na małą foremkę - ok. 22-23cm - spokojnie starczy 500g; wzięłam białą i czerwoną, imho ładniej wygląda + lubię smak czerwonej) szklimy na złoto na oliwie, dokładamy 2 wyciśnięte ząbki czosnku, sól, pieprz, tymianek i zioła prowansalskie (miało być zdaje się po łyżeczce, sypnęłam jak zawsze na oko - od serca ;). Dusimy parę min., odstawiamy - i tu tym razem dusiłam na małym ogniu pod przykryciem ok. 20 min, aż cebula była zupełnie miękka i przypominała w miarę jednolitą masę. Wykładamy lekko przestygnięte na podpieczony spód, układamy na wierzchu czarne oliwki (ile chcemy, w przepisie było 20g) oraz anchovis (było bodajże 45g, ułożyłam ok. 10 sztuk - nie należy przesadzać, bo może wyjść za słone). Można jeszcze lekko posypać świeżym tymiankiem i rozmarynem. Do piekarnika na 10-15 min w 200-190 st. Polecam.

wtorek, 11 marca 2008

Pisałam już kiedyś o Eden M. Hoffmanna (2005). To po seansie na WFF 2006 jadłam pierwszy raz bliny błyskawiczne, i zauroczenie filmem zmieszało się w mojej pamięci z wyjątkowym smakiem blinów i kawioru. Niedawno miałam okazję obejrzeć Eden ponownie (można go np. kupić na DVD w Niemczech i w Wielkiej Brytanii), i znów wywarł na mnie silne wrażenie.

Pokrótce: jest to historia kucharza, kelnerki i jej męża. Kucharz Gregor (skrycie) kocha kelnerkę, która staje się jego muzą, źródłem inspiracji dla tworzenia zmysłowych, finezyjnych dań. Kelnerka Eden (stąd wieloznaczny tytuł filmu), nieco zahukana i żyjąca w cieniu rodziny męża, zaprzyjaźnia się z Gregorem i rozkwita. Niestety jej mąż, Xavier, zasadniczo nie odnajduje się w tej sytuacji, co prowadzi do nieuchronnej tragedii.

Eden (grana przez Charlotte Roche, może ją pamiętacie z dawnych czasów z Viva 2) pierwszy raz próbuje kuchni Gregora przypadkiem: zjadając czekoladkę z tortu dla Leonie, jej córeczki (scena jest pokazana w niemieckim zwiastunie filmu, zamieszczonym powyżej). Wrażenie jest tak silne, że właściwie wdziera się do mieszkania kucharza i - dosłownie - wyjada z garnka gotowaną przez niego potrawę, nie dbając o to, co właściwie pożera. Dopiero następnego dnia Gregor wyjawia, czego kosztowała - ale ja nie zdradzę tej tajemnicy, proszę obejrzeć film :). Największe wrażenie zrobiły na mnie późniejsze sceny spotkań i rozmów między Eden a gotującym dla niej kucharzem. Większość uczuć nie jest wyrażana w dialogach, a w tym, co między słowami: w gestach, spojrzeniach, uśmiechu Eden. Josef Ostendorf jako Gregor jest nieśmiały, jąkający się a zarazem - pełen skrywanych emocji czy nawet pasji.

Oczywiście w filmie, w którym jedzenie i gotowanie stanowi ważny motyw, pojawia się wiele dań. Wegetarianie mogą być wstrząśnięci pierwszą sceną filmu, podczas której Gregor przemawia do oskubywanej przez niego kaczki; później pojawia się podobna scena z jeleniem. Dania już przygotowane przez Gregora czy to w jego własnej kuchni, czy w restauracji, za pierwszym razem uderzały mnie jako zbyt wymyślnie podane, zbyt restauracyjne i w stylu la nouvelle cuisine. To, że nie gotuje dla "zwykłych ludzi" zarzuca mu zresztą Eden (ale jeśli obejrzymy film do końca, przekonamy się, że Gregor nie puścił jej słów mimo uszu). Przypuszczalnie dania są pokazane w sposób (zbyt) efektowny, ale po drugim obejrzeniu filmu ten chłód, który wcześniej wyczułam, gdzieś znikł. Jestem w stanie uwierzyć, że po zjedzeniu dań Gregora uśmiechałabym się tak, jak goście podczas sceny w restauracji - z wzruszeniem, radością, niedowierzaniem, a zarazem tak, jakbym została dopuszczona do wielkiej i wspaniałej tajemnicy.

Ciekawe, czy po obejrzeniu filmu będziecie mieli ogromną ochotę coś zjeść, ale nie coś zwykłego, tylko coś godnego smakosza, którym, jeśli wcześniej nie byliście, to właśnie się staliście?

niedziela, 09 marca 2008

Dostałam - już jakiś czas temu, ale nie miałam okazji wypróbować - foremki w kształcie Muminków (dzięki wspaniałomyślnej E., a właściwie jej koledze, który był w Finlandii).

Dziś zrobiłam ciasto słodkie kruche, wg. zasady 1-2-3 podczytanej na Galerii Potraw: 1 (100g) część cukru, 2 (200g) części masła, 3 (300g) części mąki - zagnieść na okruszki (u mnie z dodatkiem cynamonu - coś pomiędzy 1/4 a 1/2 łyżeczki i szczyptą przyprawy korzennej Kamisu) i połączyć za pomocą zimnej wody z odrobiną soku z cytryny. Schłodzić, wałkować (nie za cienko, imho nieco grubsze ciasteczka są smaczniejsze), wycinać, opcjonalnie - posypać grubszym cukrem, np. demerarą, piec ok. 12-15 min w 200 st. Ciasteczka wychodzą kruche, maślane, słodkie w sam raz.

Foremki trzeba wciskać dość mocno by były widoczne "rysy twarzy", a te w pieczeniu najlepiej się zachowują na ciasteczkach słabiej dopieczonych (patrz: zdjęcie górne). Niemniej, nawet same Muminkowe sylwetki (patrz: zdjęcie dolne) to fajna rzecz i z foremek jestem zadowolona. Pierniczki 2008 będą bardzo ładne :)


| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna