Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 01 marca 2008

Nie ma co ukrywać - w Austrii jest już wiosna. Od kiedy przyjechaliśmy, temperatury dodatnie (w południe i w słońcu nawet dobre kilkanaście stopni!), strumyki szumią, ptaki śpiewają, kaczki kwaczą a owady latają. Mimo to warunki na stoku zaskakująco dobre (przynajmniej do wczesnego popołudnia).

W dwóch miejscach w dolinie wciąż można też uprawiać biegi narciarskie, co nas cieszy, i chodzimy codziennie i na zjazdy, i trasy biegowe. Biegówki mogą być szokiem dla osoby przyzwyczajonej do nart zjazdowych - w porównaniu z tymi ostatnimi nie ma stabilności czy kantów, bardzo łatwo jest odchylić się do tyłu i upaść, to samo na boki. Przy zjazdach łatwo się rozpędzić, a trudniej nauczyć się hamować. Następny szok następuje w parę minut po ruszeniu - to, co wydawało się łatwizną i relaksującym spacerem, okazuje się być całkiem męczące. Po kilku następnych minutach, zwłaszcza na słońcu, spływamy potem, a następnego dnia boli nas we wszystkich strategicznych (zwłaszcza dla kobiet dbających o linię ;) miejscach. Polecam, zwłaszcza jeśli się ma możliwość ćwiczenia w krajobrazach podobnych jak poniżej:

Panuje wciąż tzw. wysoki sezon, więc zdarzają się kolejki do najpopularniejszych wyciągów w większych ośrodkach (Shlossalm, Sportgastein). Człowiek docenia nowoczesne wyposażenie i dużą przepustowość gondolek/kolejek, gdy tłum oczekujących ludzi w ogonku zapowiadającym dłuższe stanie, w ciągu kilku minut (no, powiedzmy - 10) zostaje rozdysponowany i zawieziony na stok. Zarazem jednak przyjemnie jest odetchnąć od tłumów i ogłuszającego disco/piosenek tyrolskich i udać się w klimaty retro, takie jak panują na Graukoglu.

Graukogel to najstarszy ośrodek w dolinie, górujący nad Bad Gastein i miejsce z tradycjami: stoki są naturalnie ukształtowane i dośnieżanie z zasady też jest naturalne, co oznacza, że w taką pogodę jak obecnie zjazd ze stacji środkowej do doliny odbywa się na wyciągu krzesełkowym. Taki zjazd w dół, gdy się siedzi trzymając kurczowo narty w poprzek siedzeń, działa zdecydowanie mocniej na wyobraźnię (przynajmniej moją): "Co by było, gdybym tu teraz upuściła narty...?" albo: "Co by było, gdyby tu urwała się linka...?". Miejsce nie jest specjalnie popularne, ze względu na względnie mały wybór tras i antyczne (=wolne) wyciągi krzesełkowe, ale my mamy do niego sentyment, zaś trasa czerwona jest jedną z moich ulubionych. I można sobie wyobrazić, jak zjeżdżało się na nartach w latach 50 czy 60 lat temu. Nie mówiąc o tym, że w barach jest dobre jedzenie ;)... co zbliżyło nas do właściwego tematu bloga.

Austriacka kuchnia jest raczej mięsna, ale pojawia się sporo dań rybnych (zwłaszcza pstrąg) i warzyw, choć te ostatnie może rzadko odgrywają główną rolę. Wspaniałe są wypieki i desery, choć te nie podawane na ciepło są przeważnie różnymi wariacjami nt. tortów śmietanowych; nawet w sklepach widać, że to naród piekący, bo przy półkach z mąkami i cukrami można dostać oczopląsu. Poniżej kilka propozycji spożywczych głównie ze stoku, w kolejności od góry, zgodnie ze wskazówkami zegara: Apfestrudel, a z tyłu sałatka z łososiem wędzonym; Germknödel, czyli knedel wielkości grejpfruta, z powidłami lub dżemem śliwkowym w środku, podawany na ciepło z sosem waniliowym, jak na zdjęciu, lub polany masłem; gorącą czekoladę z espresso, czyli Espresso-Schoko, oraz mały wybór piw z krainy piwem płynącej, tj. jasne wybrane przez M w sklepie chyba ze względu na butelkę z kapslem i jasne pszeniczne, pite przeze mnie z cytryną, tak, jak nauczyłam się je pijać skosztowawszy Svyturys Baltas na Litwie; poznani także na Litwie monachijczycy zapewnili, że pijanie Weizen z cytryną jest jak najbardziej przyjęte.

Mała errata z dnia dzisiejszego: właśnie pogoda się zmieniła na orkan Emma, i prawie wszystkie wyciągi zostały zamknięte. Próbowaliśmy jechać do Salzburga, w myśl zeszłorocznej wycieczki do tego miasta podczas orkanu, ale okazało się, że orkan orkanowi nierówny, i po godzinie nerwów na autostradzie (zwalone drzewa na poboczu, korek, stacje benzynowe zamknięte z powodu braku prądu) zawróciliśmy.

czwartek, 28 lutego 2008

Pojawiły się prośby o nowe zdjęcia Bici: oto nasza dzielna kotka-podróżniczka korzysta z udogodnień austriackiego apartamentu, tzn. grzeje się na kaloryferze i wygląda przez okno (w W-wie grzejniki są węższe i bliżej parapetu - kot bez pomocy się nie wciśnie, a i to z trudem).

Do tej pory Bica podróżowała wyłącznie na trasie Mazury-W-wa, za to regularnie i co najmniej 4 razy do roku, zachowując się od dobrze (małe problemy z potrzebami fizjologicznymi i dalej spanie całą drogę) po bardzo dobrze (spanie całą drogę). Jak wspomniałam gdzieś w komentarzach, kot zniósł 13-godzinną podróż w Alpy świetnie - Bica siedziała grzecznie w transporterze niespecjalnie chcąc go opuszczać, nie płakała, nie chciała korzystać z kuwety (mimo dwukrotnego w niej umieszczenia), raz się ożywiła na tyle, by bez lęku rozejrzeć się trochę po samochodzie (oczywiście na postoju) i zjeść trochę tuńczyka. Tylko pod koniec podróży, już przy wjeździe do doliny Gastein, w kratce transportera pojawiła się wyciągnięta łapka - co spowodowało głośne zapewnienia Pani, że już za chwilę, już zaraz, i że wszyscy już są zmęczeni. Wzorowe zachowanie podczas transportu kot odbił sobie w nocy, zawodząc pod drzwiami sypialni conajmniej kilka razy. Potem nastąpiła aklimatyzacja, widoczna także na zdjęciu.

Jeśli chodzi o koty miejscowe, parę lat temu regularnie chodziłam do tutejszej drogerii Bipa oglądać ogromnego puszystego kota-rezydenta, zazwyczaj wyciągniętego na półce lub w plastikowych koszach z produktami promocyjnymi. Niestety, w pewnym momencie znikł ;/ W tym roku, jak na razie, najwięcej atrakcji dostarczyła wizyta w ośrodku Graukogel (moim ulubionym, i najbardziej kameralnym), gdzie na taras baru zawitał ten oto pan:

a niedługo później pojawiła się jego koleżanka, szara tygryska (niestety nie uwieczniona, bo a/szybko się ruszała, b/aparat (=M z aparatem) sobie poszedł). Z innej fauny w tym samym miejscu widzieliśmy królika (kicał, a następnie spał, także za barem) oraz... jelonka (na zamkniętym fragmencie trasy, tuż nad ww. barem). To niektóre zalety retro-ośrodka, w odróżnieniu od nowoczesnego ski-centrum (od których bynajmniej także nie stronię, o czym może jednak przy innej okazji).

niedziela, 24 lutego 2008

Zupa naprawdę błyskawiczna, oczywiście z Nigella Express. Całkiem toto przyjemne.

Składniki: 750 ml wrzątku, 375 g mrożonego groszku, 2 cebule dymki, całe, ew. przycięte końce (lub kawałek białej cebuli, jeśli jak ja nie macie dymki), łyżeczka soli morskiej grubej lub 1/2 łyżeczki soli zwykłej, 1/2 łyżeczki soku z limonki (lub do smaku), 4 x 15 ml łyżki (imho czubate) pesto (najlepiej świeżego, jeśli świeże pesto występuje w handlu, lub zrobionego własnoręcznie; u mnie ze słoika, bo szczerze mówiąc, takie mi bardziej smakuje niż domowe) 

Gotujemy wodę w czajniku, nalewamy do garnka, doprowadzamy ponownie do wrzenia. Dodajemy groszek, dymkę, sól i sok z limonki do garnka, gotujemy 7 minut. Wyrzucamy dymkę, groszek i płyn z gotowania miksujemy wraz z pesto z blenderze na puree. Niektórzy mogą chcieć zupę doprawić pieprzem.

Konsumujemy :) Prawda, że szybkie?

Pisałam, że na drogę na narty robiłam ciasteczka owsiane, ale oczywiście, nie było to wszystko. Zrobiłam zupę jarzynową do picia, a do niej - bułeczki przepisu nieocenionej Bajaderki. Przepis znalazłam na forum Cincin, i wypróbowałam już wcześniej na imprezę. Wówczas, z racji obecności wegetarian, bułeczki były w dwóch wariantach: ketchup-feta-suszone pomidory oraz musztarda+miód-ser żółty-czarne oliwki, i oba były bardzo smaczne. Nie są to może najpiękniejsze bułeczki na świecie, ale braki w aparycji nadrabiają innymi walorami ;)

Składniki: 2 1/2 lyzeczki suchych drożdży
3/4 szklanki letniej wody
2 łyżki cukru
2 łyżki masla
1/2 szklanki mleka
3 1/2 szklanki maki
2 lyzeczki soli (lub mniej jezeli szynka jest slona)

Sugestie nadzienia: 4 łyżki musztardy Dijon, łyżka miodu, 300g szynki w plasterkach (można użyć więcej sera, a szynkę częściowo zastąpić posiekanymi oliwkami), 200g startego zoltego sera LUB parę łyżek ketchupu, ok. 200 g fety, parę sztuk (ok. 6-8) posiekanych suszonych pomidorów

Drozdze z cukrem rozpuscic w letniej wodzie i zostawic okolo 5 minut az zaczna babelkowac. W malym rondelku podgrzac mleko z maslem, dodac do wody z drozdzami, dodac 3 1/4 szklanki maki i sol - zarobic ciasto. Przelozyc na stolnice i wyrabiac podsypujac pozostala maka do uzyskania gladkiego i elastycznego ciasta (albo wyrabiać w mikserze z hakiem). Ciasto uformowac w kule, przelozyc do natluszczonej duzej miski i zostawic przykryte na godzine (lub na 1/2 dnia/noc w lodówce) az podwoi swoja objetosc. Wyrosniete ciasto przelozyc na stolnice, wywalkowac w prostokat o wymiarach okolo 50x35cm (można też podzielić ciasto na 1/2, każdą część rozwałkować z osobna i zrobić 2 różne nadzienia). Musztarde polaczyc z miodem, rozsmarowac na ciescie, posypac serem i rozlozyc na serze plasterki szynki, podobnie postąpić w przypadku innych składników. Zwinac w rolade zaczynajac od dluzszego boku. Pokroic na 16 rownych plasterkow, kazdy delikatnie wlozyc do posmarowanej maslem foremki na muffiny, zostawic przykryte na okolo 45 minut. Piekarnik rozgrzac do 190C, piec buleczki okolo 20-30 minut az ladnie sie zrumienia. Ponieważ foremka na muffiny ma 12 wgłębień, 4 bułeczki można umieścić w innych foremkach lub ułożyć dość ciasno na blasze.

Bułeczki najlepsze są lekko ciepłe, ale, jeśli jak ja, robicie je wieczorem z zamiarem zjedzenia następnego dnia, dajcie im ostygnąć i zawińcie każdą z osobna w folię aluminiową - dobrze zachowają świeżość. Całkiem dobra rzecz w podróż, zwłaszcza jeśli się nie poskąpi na nadzieniu - pozostają miękkie i bynajmniej nie suche.

piątek, 22 lutego 2008

Teraz będzie bardzo szybko, bo jestem zmęczona, a muszę jeszcze spakować trochę rzeczy i nie chcę myśleć, ile dziś będę (nie)spać: jutro o 7 rano jedziemy na 2 tygodnie do Austrii, tam, gdzie zawsze (od paru lat): do Bad Hofgastein, na narty! I biegowe, i zjazdowe, o czym z pewnością będę informować. A wyżej widać, jak wyglądał ośrodek Sportgastein rok temu, zdjęcie robione z boku trasy biegówkowej.

Do usłyszenia - a raczej przeczytania ;) - z krainy Apfelstrudla!

A właściwie ustrzelona przez Komarkę :)

O co chodzi?

Zostałam "ustrzelona" w grze blogowej. Reguły są takie:

  1. Należy podać linka do osoby, która nas ustrzeliła
  2. Zacytować na swoim blogu reguły zabawy
  3. Wpisać 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat
  4. "Strzelić" następnych 6 osób
  5. Uprzedzić ww. osoby pisząc post na ich blogu

A więc, do 6 razy sztuka:

  1. Jeśli jest niebezpieczeństwo potknięcia, uderzenia się lub oblania czymś, bądźcie pewni, że to zrobię.
  2. Jestem fanką Harry'ego Pottera (książek) i ostatnio rozwinęłam małą obsesję na punkcie Jamesa McAvoya.
  3. Jestem łasuchem tylko w zakresie wypieków domowych, którym nie mogę się oprzeć. Reszta, łącznie z czekoladą, może leżeć i leżeć. Nawet jak byłam dzieckiem, wolałam...
  4. ... chipsy. Uwielbiam chipsy. Na samą myśl o salt and vinegar crisps (z octem i solą, niedostępnych w PL poza Marks&Spencer, a te imho nienajlepsze) mam ślinotok. Jednak nie jem chipsów - w ogóle, bo zakodowane są w moim umyśle jako skrajnie niezdrowy produkt i wyrzuty sumienia by mnie zabiły. Tak, wiem, że brzmi to dziwnie.
  5. Mój nick pochodzi z czasów I klasy LO, kiedy zaproponowałam klasie czytanie Ptaśka jako lektury dodatkowej. Propozycja została przyjęta, a ja zostałam Ptasią.
  6. Boję się jeździć starymi windami, takimi, jakie znajdują się w przedwojennych kamienicach w W-wie, z zamykanymi wewnętrznymi drzwiczkami. Z tego powodu przez większość studiów na anglistyce biegałam w tą i z powrotem na 4 piętro po schodach.

A teraz piiing: spróbuję ustrzelić Irytka, Shiherlis, Liskę, Dorotus, Gosię-Oczko i Beę .

czwartek, 21 lutego 2008

Ciasteczka pojawiają się nie tylko dlatego, że jest

ale dlatego, że jedziemy bladym świtem w sobotę rano na narty do Austrii! Całą rodziną, bo i z kotem (który ma chipa i paszport :). A te ciasteczka się świetnie nadają jako przegryzka samochodowa, i nie tylko - bo są to moje ulubione ciasteczka owsiane. Robiłam różne wersje, ale oryginalna jest najlepsza, a zwłaszcza nie polecam zastępowania białej czekolady ciemną lub mleczną. Nie kocham białej, ale tu sprawdza się świetnie, stapiając się w (pyszną) całość z ciasteczkami. Przepis z Feast Nigelli.

Składniki: 1 szkl mąki, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli, 1 szkl płatków owsianych górskich - pomieszać; utrzeć na krem 113 g (1 stick) + 1 łyżkę miękkiego masła  (łącznie ok. 125 g) z 1/2 szkl.  cukru dark muscovado i 1/2 szkl. drobnego cukru (można trochę zredukować, bo ciasteczka wychodzą dość słodkie; zazwyczaj dodaję 1/2 szklanki każdego cukru bez 2-3 łyżek), dodać do tego jedno jajo, 1/2 łyżeczki esencji waniliowej, pomieszać na jednolitą masę i dodać suche (mąka itd.); następnie domieszać 1/2 szkl. suszonej żurawiny, 1/2 szkl. orzeszków (dałam włoskie, w oryginale pecan) oraz 3/4 szkl. drobno pokrojonej białej czekolady (daję zawsze posiekaną 1 tabliczkę 100g) lub drobinek z białej czekolady. Masę wkładamy na 15 min (lub dłużej) do lodówki, potem formujemy kulki, układamy na blachach wyłożonych pergaminem i pieczemy 15 min w 180 st. Wg. autorki ma wyjść 30 szt. - chyba robię większe, bo zawsze wychodzi mi mniej - zazwyczaj pomiędzy 23 a 27. A znikają jak zaczarowane...

Kolejny obiad z serii "jesteśmy sami w domu", choć, oczywiście, nie musi być to obiad. Ja akurat przyrządziłam ww. miskę sałatki dla 1 osoby, tj. siebie, właśnie w takim celu. Sałatki ziemniaczane bywają różne, ja lubię wersję z nutą rybną.

Gotujemy parę ziemniaków (ok. 5 średnich) na głowę w osolonej wodzie, uważając, by się nie rozgotowały, odcedzamy, suszymy, studzimy. Gdy przestygną, kroimy je wzdłuż w plastry. Kroimy jedną małą cebulę w piórka, wsadzamy do miseczki i wyciskamy na nią sok z ok. 1/2 cytryny - sprawi, że cebula będzie łagodniejsza i w smaku, i w zapachu (to ostatnie istotne dla otoczenia); odstawiamy ją tak na chwilę na bok. Innym wariantem byłoby użycie szczypiorku lub dymki (bez moczenia w cytrynie). Kroimy 3 średnie surowe pieczarki w plastry, dorzucamy do ziemniaków, do tego dodajemy kawałek drobno pokrojonego selera naciowego i trochę posiekanej pietruszki. Dorzucamy cebulę wraz z sokiem z cytryny i parę filecików anchovis. Doprawiamy pieprzem, odrobiną świeżego tymianku, skrapiamy oliwą. Przygotowujemy sos: ze 3 łyżki jogurtu naturalnego - jeśli chudy i kwaśny, można kapnąć odrobiny śmietanki lub dodać łyżeczkę majonezu - mieszamy z łyżeczką musztardy Dijon (czubatą lub niepełną, w zależności od upodobań). Mieszamy sałatkę z sosem, odstawiamy na chwilę, jemy z przyjemnością.

wtorek, 19 lutego 2008


Lubię hamburgery i inne wariacje burgerowe, niekoniecznie z mięsa wołowego. Wypróbowałam różne przepisy i jak na razie, najbardziej podpasował mi ten z Nigella Express. Dodatek jogurtu lub maślanki sprawia, że kotleciki są kruche i delikatne. Robię z ok. 450-500g mięsa, przyjmując, że w ten sposób mam solidną porcję obiadową dla 2 dorosłych osób (2 większe kotleciki na głowę plus ewentualny surplus) nie jedzących do dania frytek itd., a jak coś zostanie na zimno, to tym lepiej. Poniżej podaję oryginalny przepis Nigelli (+ moje uwagi), na mniejszą ilość, tj. dwa większe burgery:

Składniki: 250g chudego mielonego mięsa wołowego (lub, jak u mnie ostatnio: drobiowego, lub indyczego - bardziej delikatne), 1 x 15ml łyżka skarmelizowanej cebuli (wg. Nigelli człowiek oszczędza czas, raz na jakiś czas dusząc cebulę aż się niemal skarmelizuje i trzymając ją w słoiku w lodówce lub w zamrażarce - do czego jakoś podchodzę sceptycznie; imho można spokojnie przesmażyć/poddusić małą cebulę, ew. można spróbować zastąpić dżemem cebulowym, ale wtedy będzie słodszy smak), po 1 1/2 łyżeczki: maślanki lub jog. naturalnego, sosu sojowego, sosu Worcestershire, sporo świeżo zmielonego pieprzu, olej do posmarowania kotlecików

Mieszamy składniki, dzielimy na 2 porcje, formujemy ręcznie w dość płaskie kotlety. Nagrzewamy mocno patelnię grillową i lekko smarujemy burgery olejem. Smażymy parę minut z każdej strony. Podajemy z bułeczkami hamburgerowymi, niekoniecznie własnej roboty ;), z surowymi warzywami, sosami, serem.


niedziela, 17 lutego 2008

Czy Bica wie, że dzisiaj jej święto? Czy dlatego dzisiaj obudziła nas wyjąc pod sypialnią bladym świtem, a właściwie jeszcze wcześniej, bo było ciemno? Czy dlatego wycie zakończyła głośną próbą staranowania drzwi sypialni (a macie! za to, że mnie nie wpuszczacie! BUM!)...?

Od kiedy mam kota, zrozumiałam znaczenie powiedzenia "curiosity killed the cat". Cokolwiek leży na podłodze, trzeba się na tym położyć. Cokolwiek ciekawie pachnie, trzeba z bliska obwąchać. Wszystko, co drobne i leży na blacie lub stole, należy trącić łapką i zobaczyć, co będzie dalej. Niekiedy ciekawość ma bolesne skutki (patrz powyższe powiedzenie ;/), w przypadku Bici: spalone w 1/2 wąsiki (1sza Wigilia w życiu 3 miesięcznego kotka, świeczki na stole) i parę kąpieli w wannie (woda jest fascynująca).

Zawsze ciekawiła mnie obecność kotów w literaturze fantasy. M czyta dość dużo książek z tego gatunku, i przekazuje mi co ciekawsze "kocie fragmenty". Niektórzy nie ukrywają swojej miłości do moich ulubionych czworonogów: Neil Gaiman często pisze o kotach na swoim blogu, nie tylko w powieściach, a Terry Pratchett jest autorem książki Kot w stanie czystym. Często, gdy patrzę, jak Bica wpatruje się w szybki szafki na książki i próbuje się do niej dostać (miaucząc i drapiąc łapką framugę), mam wrażenie, że chce, jak Kot w Koralinie, przewędrować na drugą stronę lustra, względnie znaleźć tunel na działkę. Niekiedy, gdy patrzę w idealnie okrągłe oczy Bici, jak z ilustracji Tove Jannson, wpatrującej się w napięciu we mnie lub - często - w niewiadomo co, robi mi się lekko nieswojo. Jest to uczucie czegoś uncanny (unheimlich), jak z powieści grozy lub opowieści fantastycznych. Co ładnie pasuje do Bici skaczącej ponad metr w górę do otwartej biblioteczki i lądującej za Dziadkiem do orzechów Hoffmanna (dwa razy w ostatnim tygodniu).

A skoro ma takie moce ponadnaturalne, czemu nie wie, że Pani kocha ją najbardziej? I czemu kocha bardziej Pana?

| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna