Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
czwartek, 10 stycznia 2008


Oczka to moja prywatna nazwa dla tych ciasteczek. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego :).

Przepis pochodzi z How to be a domestic goddess Nigelli Lawson, w oryg. "Peanut butter and jam jewels", a przepis po polsku, z licznymi komentarzami autorki wątku - Halberka, znajduje się w wątku na Galerii Potraw.

Poniżej wersja prawie bez komentarzy:

125g niesolonego masła
150g cukru
125g miękkiego jasnego cukru brązowego albo jasnego muscovado (u mnie ostatnio demerara, nieco mniej niż w przepisie, za to cukru zwykłego proporcjonalnie więcej)
200g gładkiego masla orzechowego
2 duże jajka
1 łyżeczka esencji waniliowej
300g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli

dżem do "oczek" (zalecany truskawkowy, ale osobiście uważam, że wiśniowy np. dużo lepszy)

Masło zwykłe ucieramy na gładko z cukrami (ręcznie lub w robocie), dodajemy masło orzechowe, ucieramy, dodajemy jaja i wanilię, ucieramy, dodajemy resztę, ucieramy, do lodówki na conajmniej 1 h. Po tym czasie lepimy z ciasta niewielkie kulki, w każdej kulce silnie odciskamy kciuk, do piekarnika (180 st.) na 10-15 min. Od razu po wyjęciu z pieca napełniamy dziurki po kciuku dżemem. Zostawiamy do ostygnięcia i zastygnięcia, przekładamy do puszek/pojemników.

Przechowują się bardzo dobrze i długo, w pojemniku zachowują miękkość; z przepisu wychodzi bardzo dużo ciasteczek, z 1/2 przepisu - widocznej na zdjęciu, z dżemem wiśniowym - wyszły mi 33 (sic!) "oczka". Gratka dla miłośników masła orzechowego.

PS. A ja jestem tym bardziej dumna, że zrobiłam z własnej roboty masła orzechowego, o którym pisała także Halberek...

Zapisz

Czasem zupa jest bardzo dobrym rozwiązaniem na szybki obiad. Można przygotować ją np. poprzedniego dnia wieczorem, a następnego tylko zmiksować i zagrzać, lub tylko to ostatnie.

Przyznam, że jestem wybredna w kwestii zup. Lubię prawie wyłącznie treściwe, kremowe, gęste i o zdecydowanym smaku. Rzadkie, z niezmiksowaną zawartością, takie, jakimi np. raczyła mnie jedna z moich babć i jakie często spotyka się w kuchni polskiej - nie, nie, nie. Z rosołkiem zaś zupełnie się nie lubimy. Zmuszona do tego okolicznościami - silny głód - rosół, jak prawie wszystko, zjem, ale już niekoniecznie na obiedzie rodzinnym, co dotyczy także rodziny nabytej (męża), co parę lat temu wywołało dość traumatyczną sytuację... na którą spuścimy jednak zasłonę milczenia. Tak czy inaczej, przez wiele lat w ogóle zup nie jadłam, i dopiero parę lat temu, może dzięki pozytywnym doświadczeniom podróżnym w zakresie gazpacho i Knoblauchsuppe, a także eksperymentom z zupami-krem, weszły w pewnym zakresie do naszego jadłospisu.

Poniższa zupa została właśnie ugotowana z wyprzedzeniem i zmiksowana następnego dnia. Chciałam odtworzyć smak rewelacyjnej zupy marchwiowej jaką jadłam w kawiarni w Siguldzie na Łotwie, i chyba częściowo mi się udało, zwłaszcza, że skład był podyktowany stanem zaopatrzenia lodówki i zamrażarki.


Na 2-3 szczodre porcje lub 4 mniejsze zupy marchwiowo-dyniowej z kuminem potrzebujemy:

2 cebule (u mnie w barwach kontrastowych), które szklimy na oliwie, do której wcześniej wrzuciłam trochę świeżego rozmarynu, aby się podgrzał i uwolnił aromat. Do cebuli dorzucamy 2 średnie marchewki, obrane i pokrojone w kostkę. Do tego 2 niewielkie lub 2 większe gałęzie selera naciowego, jw. w kostkę. Gdy warzywa zaczną dochodzić do momentu przywierania do dna garnka, podlewamy je niewielką ilością dowolnego rosołu (u mnie warzywny), którego łącznie potrzebujemy 1 litr. Dodajemy kurkumę (ok. łyżeczki) i kumin (u mnie szczodrze, bo uwielbiam), trochę suszonego tymianku, podduszamy chwilę warzywa i wlewamy resztę rosołu. Dodajemy ok. 350 g (lub nieco mniej lub więcej) puree z dyni (dynia wcześniej pieczona 50-60 min/190 st.C, miąższ zmiksowany, zamrożona; u mnie puree było lekko rozmrożone). Doprawiamy solą i pieprzem do smaku, gotujemy do całkowitej miękkości marchewki (ok. 30 min), sprawdzamy doprawienie (można dodać trochę więcej kuminu, lub trochę chili, zioła...). Następnego dnia podgrzewamy i/lub od razu miksujemy z dodatkiem śmietanki (u mnie 18%, ok. 100ml), sprawdzamy doprawienie. Podajemy posypane zieleniną i, jeśli ktoś ma resztki np. pieczonego kurczaka lub inne podobne zimne mięsiwo, można wrzucić je do gorącej zupy i tym sposobem uzyskać treściwy posiłek.

I taką zupę to ja rozumiem.

wtorek, 08 stycznia 2008

Czekoladowa Pavlova i granaty

Stary rok zakończyliśmy Pavlovą. Dosłownie, bo zaczęliśmy jeść deser ok. 23:40, a jak kończyliśmy, zaczęły się sztuczne ognie, i z szampanem w ręku podeszliśmy do okna.

Bardzo długi wątek o tej bezie jest tu, oryginalny przepis z Forever summer Nigelli Lawson. Pozwolę sobie skopiować zwięzłe a treściwe tłumaczenie Cipcipkurki z ww. wątku na Galerii Potraw:

Beza:
6 białek ubić na sztywną pianę, dodawać po łyżce 300 g drobnego cukru, następnie 3 łyżki kakao (przesiać), 1 łyżeczkę octu z czerwonego wina lub balsamicznego i 50 g ciemnej czekolady---posiekanej. Na papierze do pieczenia narysować koło o śr. 23 cm, wyłożyć bezę, wyrównać boki i górę. Wstawić do nagrzanego do 180 st. piekarnika i natychmiast przykręcić temperaturę do 150 stopni. Piec godzinę lub 15 minut dłużej :-) Studzić w otwartym piekarniku. Przełożyć na płaski talerz.

Wierzch: 500 ml kremówki ubić, wyłożyć na bezę, na to ułożyć 500 g malin (lub innych owoców), posypać 2-3 łyżkami pokrojonej ciemnej czekolady.

To było moje trzecie podejście do Pavlovej pełnowymiarowej. Pierwsze – absolutna katastrofa, czekoladowe frisbee. Druga – dużo lepiej, zwłaszcza byłoby, gdybym nie poklepała ciepłego jeszcze czubka, który się zapadł. Tym razem zrobiłam wersję kameralną, tj. z ½ przepisu, czyli 3 białek, pieczonych 45 min. Oczywiście góra popękała i potem się nieco zapadła, ale jak odwróciłam placek do góry dnem, przykryłam bitą śmietaną, posypałam pestkami wytłuczonym z 1 granatu i posypałam startą czekoladą, byłam całkiem z siebie zadowolona. Co prawda owoc granatu okazał się być nieco przejrzały, i kolor dlatego był nieco wyblakły, ale walorów smakowych to nie umniejszyło. I zdecydowanie daleko odeszliśmy od czekoladowego frisbee. Jeśli ktoś jeszcze nie jadł, niech spróbuje: to bardzo nietypowa beza (i chyba dlatego mi tak smakuje, bo do bez stosunkowo niedawno się przekonałam - i to nie do każdych ;).

PS. Udało mi się kiedyś także wyprodukować udane mini czekoladowe Pavlovy, na wzór tych, które można obejrzeć u Dorotus - pokombinowałam biorąc pod uwagę doświadczenia z małymi bezami, właśnie ten przepis na mini-Pavlovy, i powyższy na czekoladową (wszystko wg. przepisów Nigelli). Zrobiłam jak poniżej, i polecam, urosły ślicznie i nie opadły; niestety zdjęcia się nie zachowały (robiłam je tego lata):

4 białka ubić na sztywno, następnie stopniowo dosypywać cukru (wzięłam 60 g na każde białko, jak robię przy bezikach małych, ale było trochę za słodkie, bo czekolada potem; proponuję zamiast 240 g cukru - 200-220 g, chyba, że ktoś ma bardzo "słodki ząb"). Do ubitych białek dodać 2 łyżki kakao i ok. 3/4 łyżeczki octu winnego (najlepiej z czerwonego wina lub balsamico, ale jak dodacie białego, nic się nie stanie). Wymieszać delikatnie, ale stanowczo, wmieszać 1/2 posiekanej tabliczki czekolady. Formować +- 10 cm bezy. Piekarnik nagrzać uprzednio do 180 st, po wsadzeniu bez od razu zmniejszyć do 150 st. Piec 30 minut, i zostawić na kolejne 30 min w wyłączonym piekarniku (lub dłużej, do ostygnięcia). Nie uchylać za szybko drzwiczek! Z 4 białek wyszło mi 6 bez x 10 cm.

Tarta 3 x curry

To był eksperyment, a ponieważ się całkiem udał, chwalę się. Przez curry rozumiem łagodną mieszankę przypraw, taką, jaką u nas najczęściej się spotyka.

Ciasto: normalne nie słodkie, 200 g mąki/100 g zimnego tłuszczu (najlepiej 1/2 roślinnego twardego, reszta masła - tu miałam samo masło)/szczypta soli, dwie szczypty curry - na okruszki, połączyć za pomocą zimnej wody z odrobiną soku z cytryny; przyprawy wysuszają ciasto, lepiej mieć nawet minimalnie wilgotniejsze, żeby za bardzo nie stwardniało (jak moje; musiałam je potem potraktować dość brutalnie i chyba niezgodnie ze sztuką wyrabiania kruchego :). Schłodzić (co najmniej 20 min), wyłożyć tartownicę (moja 27 cm), schłodzić ok. 30 min z fasolkami, jeśli ktoś, jak ja, chce piec na ślepo. Podpiec 10 min na ślepo (z fasolkami, jeśli ktoś nie chce się bawić, to tylko nakłute) i dalsze 10 min (odkryte, jeśli z fasolkami) w 200 st.
Farsz: zeszklić 2 cebule i białą część dymki na odrobinie oliwy + sól i curry, zmiękczyć, odstawić. Lekko zmiksować/roztrzepać: ok. 90 ml śmietanki, 2 żółtka, zieloną część dymki posiekaną, 2 piri piri ze słoika posiekane (lub 1-2 małe świeże chilli, bez pestek), ok. ¼ łyżeczki curry. Dodać do 2 puszek tuńczyka w sosie własnym (osączone). Doprawić do smaku solą i pieprzem, ew. trochę więcej chilli i curry. Na podpieczony spód wyłożyć cebulę, na to sos, na to liście pietruszki, na to odrobinę startego sera (u mnie zupełnie z innej bajki - pecorino). Piec 25 min w 180 st.

A z resztki ciasta zrobiłam mini pierożek, nadziany dżemem cebulowym i odrobiną sera żółtego, pieczony ok. 13-15 min w 180 st. Też przyjemne, a najlepiej by było: tarteletki, ser pleśniowy, tymianek i dżem cebulowy... I do takich tarteletek ciasto z dodatkiem tymianku w środku - a może rozmarynu? Trzeba wypróbować.

poniedziałek, 07 stycznia 2008


Nie mogę się dość nachwalić bagietek rustykalnych wg przepisu Bajaderki. Pojawiają się w tylu miejscach w internecie – u Dorotus czy w wątku na Galerii Potraw. Do tej pory wyrabiałam ciasto mikserem z hakiem, jednak niedawno spróbowałam ręcznie (na połowie porcji, jak zawsze), z braku sprzętu na Mazurach – i jest to banał, nawet się nie zmęczyłam, a wyniki widać na zdjęciu. Nie należy się przejmować brakiem dużego piekarnika – w mini piekarniku, o szerokości ok. 2/3 standardowego, wychodzą także b. ładne, nawet jeśli nieco krótsze. Wspaniałe jedzone lekko ciepłe, ale wystudzone znikają także jak zaczarowane.

A autorkę zacytuję, czemu nie:

  • 1 szklanka mleka

  • 2 łyżeczki masła

  • 2 łyżeczki cukru

  • 1 szklanka wody w temperaturze pokojowej

  • 2 łyżeczki drożdży instant lub 15-16g świeżych

  • 2 łyżeczki soli

  • 4 szklanki mąki

czysta woda w butelce ze sprayem

Mleko zagotować, dodać masło i cukier i wymieszać aż masło się rozpuści. Przelać do dużej miski, dodać wodę i lekko przestudzić, około 10 minut. Dodać drożdże, wymieszać, wsypać sol i 1 szklankę mąki - wymieszać drewniana łyżką aż mąka zostanie wchłonięta. Ciągle mieszając dodać resztę maki po 1 szklance (jeżeli będzie konieczne, można dodać dodatkowe 1/2 szklanki maki) i bardzo energicznie mieszać (ja robiłam to mikserem) aż ciasto będzie gładkie i zacznie odchodzić od ścianek. Ciasto będzie bardzo miękkie i lekko lepiące - takie ma być.

Dużą miskę dobrze posmarować olejem, przełożyć do niej ciasto, szczelnie przykryć folia plastikowa i zostawić do wyrośnięcia (powinno podwoić swoja objętość). Bardzo ostrożnie, aby ciasto nie siadło za bardzo przełożyć je na stolnice, przekroić wzdłuż na 2 części i delikatnie uformować bagietki długości około 40 cm, przenieść na natłuszczoną blachę i zostawić aż się lekko napuszy, około 30 minut.

W tym czasie rozgrzać piekarnik do temperatury 260 st. C. Kiedy bagietki są gotowe do pieczenia, spryskać piekarnik woda (8-10 psiknięć, ta gorąca para w piekarniku tworzy te piękną skórkę), włożyć blachę i piec 10 minut. Zmniejszyć temperaturę do 200 st. C i piec aż będą bardzo rumiane i lekko "postukane" będą brzmiały jak puste. "

Mille mercis, Aniu-Bajaderko!

niedziela, 06 stycznia 2008

Awanturka do chleba, na kolację – kto zna lub pamięta? Może się mylę, ale mam wrażenie, że pasta twarogowo-rybna to stały punkt repertuaru spożywczego z czasów PRL. Przepisy na podobne pasty zajmują wiele stron książki Nastolatki gotują (data mojego wydania: 1989), jako polecane dania na „prywatkę młodzieżową” (sic). Takie same pozycje możemy znaleźć w Przekąski zimne i gorące B. Bytnerowicz (1978).

Nazwa podejrzewam wzięła się z tego, że połączenie twaróg + rybki = potencjalna awantura w żołądku; np. moja koleżanka E. mówiła, że jej mama nigdy nie pozwalała jeść podobnych rzeczy. Widocznie moja mama (podobnie jak Mila Borejko – patrz np. Kwiat kalafiora M. Musierowicz; w Łasuchu Literackim M. Musierowicz podaje przepis na analogiczną pastę z wędzoną makrelą) nie widziała nic szkodliwego w paście rybnej, i tak awanturka pojawiała się regularnie w sytuacjach jeśli a/ciekawsze pozycje „wyszły”, b/osoba odpowiedzialna za żywienie (moja mama, potem ja) chciała urozmaicić jadłospis, c/twaróg lub rybki w puszce wymagał(y) natychmiastowego spożycia, d/dwa lub więcej z ww. czynników zaistniało naraz.

Ostatnia awanturka została przyrządzona i zjedzona w wyniku połączenia czynników a/ i c/. Najprościej należy po prostu wymieszać twaróg w ilościach dowolnych z 1 lub 2 puszkami dowolnych rybek (szprotki, sardynki, w oleju lub sosie pomidorowym). Często jednak masa wychodzi dość sucha i wymaga dodatkowego doprawienia. Można dodać kapkę oliwy lub oleju, posiekaną zieleninę (koperek, pietruszkę, zioła), zioła suszone, odrobinę musztardy, chrzanu... Dobrze po wymieszaniu dać chwilę paście postać, aby smaki się przegryzły. Wersja na zdjęciu została przyrządzona z resztki chudego twarogu, szprotek w sosie pomidorowym, łyżeczki ketchupu pikantnego (mój ulubiony Kotlin), sypniętych od serca pomidorów suszonych sproszkowanych i mieszanki ziół włoskich, doprawione solą i pieprzem i kapką jogurtu naturalnego. Pyszne zwłaszcza na razowym chlebie, można użyć jako dipu. Wersja z rybą wędzoną już nie jest tak kryzysowa czy awaryjna, wręcz można nazwać ją luksusową ;) - choć oczywiście bardzo smaczną.

PS. Awanturka ma jedną negatywną cechę – niską fotogeniczność. Czemu można zaradzić dekoracją z zieleniny ;)
Rzecz całkiem prosta, a bardzo, bardzo smaczna. I dość wykwintna, na bardziej uroczysty/świąteczny obiad. Ponieważ zainwestowaliśmy (to chyba stosowne określenie...) w kawałek combra sarniego, szukałam pospiesznie przed wyjazdem przepisu. Jamie w domu J. Olivera otworzył mi się właśnie na tym (w oryg. Pan-roasted venison with creamy baked potato and celeriac). Ziemniaki zapiekane jak poniżej to tzw. gratin, które uwielbiam, a wersja z selerem korzeniowym okazała się także bardzo udana. I duet sarnina-zapiekane ziemniaki okazał się idealny – ziemniaki są kremowe, łagodne, miękkie, w sam raz do wyrazistego mięsa. Całość prosta i do przygotowania, i pod względem składników (może poza, hm, sarniną...), a bardzo efektowna.

Podaję pełen przepis, u nas z ½ (na dwie osoby).

Nagrzewamy piekarnik do 180 st., smarujemy masłem raczej płytsze naczynie żaroodporne masłem. Kroimy 1 kg obranych ziemniaków i 1 niedużego selera w plastry ok. ½ cm. Zalewamy zimną wodą, solimy, doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy 5 min, odcedzamy, osuszamy na gorącej płycie kuchennej. Mieszamy z 500 ml kremówki, posiekanym drobno ząbkiem czosnku, ½ pęczka posiekanej szałwii (u nas bez, w zamian trochę koperku) oraz 50 g startego parmezanu (drugie 50 g będzie nam potrzebne za chwilę). Przekładamy do natłuszczonego naczynia żaroodpornego, wygładzamy, sypiemy resztę parmezanu, przykrywamy szczelnie folią alu i do pieca na 35-40 min. Po tym czasie zdejmujemy folię i pieczemy 10-15 min do zrumienienia się ziemniaków.

Sarnina czeka na piekarnik

Sarenka: potrzebujemy ładny comber 1 kg, najlepiej w 1 kawałku (nasz 0,5 kg po rozmrożeniu okazał się być w 2-óch). Siekamy z grubsza 10 rozgniecionych ziaren jałowca oraz listki z 3 gałązek rozmarynu, dodajemy szczyptę soli, mieszankę rozprowadzamy na desce. Smarujemy comber oliwą, a następnie obtaczamy w przyprawach. Nagrzewamy żaroodporną lub inną patelnię + dodajemy trochę oliwy, obsmażamy mięso ze wszystkich stron. Zdejmujemy z ognia i, jeśli naczynie nie jest żaroodporne, przekładamy mięso + oliwę i soki do takiego, co jest. Dodajemy główkę czosnku (ząbki zgniecione, obrane z wierzchu) i ew. przyprawy, które się ostały na desce. Skrapiamy wodą i do pieca. Wg Jamie'ego 8 min powinno dać średnio wypieczone mięso, ale on nie przekładał do innego – nienagrzanego - naczynia; my piekliśmy 25 min by mieć dobrze wypieczone, ale w sumie max. 20 min by wystarczyło.

Gdy mięso jest gotowe, wyjmujemy je z piekarnika na talerz, nakrywamy luźno folią. Przygotowujemy sos: z soków mięsnych odlewamy zbędny tłuszcz. Zgniatamy czosnek z rozmarynem pozostałym w naczyniu. Jeśli naczynie nie jest przystosowane do kuchenki, przekładamy czosnek i zioła + ew. soki mięsne do rondelka, umieszczamy na ogniu, dolewamy kieliszek dobrego czerwonego wina i gotujemy, aż całość odparuje 1/2-ą. Dodajemy odrobinę masła, mieszamy aż sos będzie jednolity, zdejmujemy z gazu, ew. doprawiamy do smaku i dodajemy jeszcze jeden niewielki kawałek masła, mieszamy. Mięso kroimy, jeśli wyciekły soki, przelewamy je do sosu, a następnie polewamy sarninę sosem przez sitko.

Jemy, delektując się, popijając winem czerwonym wytrawnym - tu TRZEBA. Chyba, że ktoś nie może, albo ma silne zasady. W przeciwieństwie do mnie.

Wróciliśmy. Łącznie, z postojami mniej lub bardziej koniecznymi, w śniegu i zamieciach - prawie 4 h. Bica już pomiaukiwała w transporterze, co wywołało niepokój wśród dwunogów, albo, jak pisze T. Pratchett, kleksów - pomiaukiwanie w transporterze w czasie jazdy zazwyczaj poprzedza chęć skorzystania z kuwety. Której w transporterze nie ma. Na szczęście kot wytrzymał i obyło się bez atrakcji pt. mycie kuwety na poboczu/w zaspie śnieżnej.

I tak przez najbliższy kwartał Bica będzie znów kotem niewychodzącym, czyli "indorem" (od indoor, wewnątrz/w domu). A uwielbia wychodzić. Miałam duże wątpliwości zanim pierwszy raz ją wypuściliśmy na działce, jednak gdy zobaczyłam, jak jest szczęśliwa, jak biega, jak przynosi zabawki martwe (niestety) lub jeszcze żywe (kolejne niestety)... i jak się cieszy, jak wraca, a wraca regularnie po najpóźniej 4 h wędrówki (w lecie, w chłodniejszej pogodzie melduje się znacznie szybciej). Nigdy też nie przytula się tak chętnie i dobrowolnie jak wieczorem, na Mazurach. Warunki do wypuszczania kota są stosunkowo dobre, bo droga - gruntowa, poza szczytem letnim raczej mało używana - nie jest przy samym domu, sąsiadów jest niewielu i nie bardzo blisko, psów - jak na wieś - nie ma wielu... Co nie zmienia faktu, że oddycham trochę spokojniej, gdy jest w domu. Dopóki nie widzę pyszczka przyciśniętego do szyby... i, jak śpiewa Sting, "if you love someone/set them free" (jeśli kogoś kochasz, uwolnij go).

W Warszawie nie ma jak wychodzić (blok, 6 piętro, centrum miasta). Więc przez te parę tygodni w roku, boję się, ale kocham i wypuszczam.

wtorek, 25 grudnia 2007

Wróciłam nieco ociężała z rodzinnego obiadu, napełniona śledziami, barszczem, schabem, bigosem, piernikiem, czerwonym winem i kawą. Niektórzy w takich sytuacjach piją nalewki ziołowe typu Underberg, inni herbatki ziołowe.

Oczywiście, może być mięta, ale osobiście polecam herbatkę z dodatkiem kminku. Na zdjęciu zakupiona na Litwie firmy Etno (i w dodatku z uroczymi obrazkami na pudełku!), w której kminek jest głównym składnikiem. Herbapol Kraków produkuje też herbatkę Szwejk, o podobnym składzie. Szczerze mówiąc, lubię te herbatki ze względu na ich smak, a jeśli dodatkowo mają korzystne działanie... O tej porze roku jak znalazł.

Jutro jedziemy na Mazury, wrócimy w parę dni po Nowym Roku. Oznacza to, że przez ten czas nie pojawią się na blogu żadne nowe wpisy. Tak, zakładam i zaraz porzucam... Ale to tymczasowe. A na Mazurach jest nasze miejsce - do wyciszenia się, pożycia w innym tempie. W każdej pogodzie, w każdym sezonie. Poniżej parę fotek, każda z innej pory roku - chyba domyślicie się, które z jakiej.

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna