Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 09 marca 2008

Dostałam - już jakiś czas temu, ale nie miałam okazji wypróbować - foremki w kształcie Muminków (dzięki wspaniałomyślnej E., a właściwie jej koledze, który był w Finlandii).

Dziś zrobiłam ciasto słodkie kruche, wg. zasady 1-2-3 podczytanej na Galerii Potraw: 1 (100g) część cukru, 2 (200g) części masła, 3 (300g) części mąki - zagnieść na okruszki (u mnie z dodatkiem cynamonu - coś pomiędzy 1/4 a 1/2 łyżeczki i szczyptą przyprawy korzennej Kamisu) i połączyć za pomocą zimnej wody z odrobiną soku z cytryny. Schłodzić, wałkować (nie za cienko, imho nieco grubsze ciasteczka są smaczniejsze), wycinać, opcjonalnie - posypać grubszym cukrem, np. demerarą, piec ok. 12-15 min w 200 st. Ciasteczka wychodzą kruche, maślane, słodkie w sam raz.

Foremki trzeba wciskać dość mocno by były widoczne "rysy twarzy", a te w pieczeniu najlepiej się zachowują na ciasteczkach słabiej dopieczonych (patrz: zdjęcie górne). Niemniej, nawet same Muminkowe sylwetki (patrz: zdjęcie dolne) to fajna rzecz i z foremek jestem zadowolona. Pierniczki 2008 będą bardzo ładne :)


I jednak ostatniego dnia na nartach udało mi się zrobić zdjęcie kolejnej kitce w ośrodku Graukogel, oczywiście przy barze. Płeć prawdopodobnie żeńska, ale pewności nie mam.

piątek, 07 marca 2008

Jutro rano wyjeżdżamy, więc czas na parę ostatnich fotek i refleksji. Powyżej widzimy pełen obiad: w tle rodzaj szaszłyka (nazywał się bodajże Huttspeis), podanego z duszonymi pieczarkami i papryką oraz frytkami, a z przodu: pyszne Kaiserschmarrn, z kompoto-dżemem śliwkowym. Może dobrze, że jedziemy do domu, bo jeszcze trochę, a zaczęłabym przypominać tego uroczego aniołka (proszę zwrócić uwagę na nóżki) z cmentarza przy kość. Św. Piotra (St. Pieter Friedhof) w Salzburgu:

Poniżej dwa przykłady rzeczy, które jadą z nami do Polski: na dole na lewo moja ulubiona Philadelphia Liptauer Mild. Występuje też wariant Sharf (ostry), i niekoniecznie marki Philadelphia. To serek śmietankowy z dodatkiem papryki, pomidorów i ziół (btw, w Nigella gryzie występuje przepis na domowy Liptau). Na prawo zaś zdjęcie najpopularniejszej przyprawy, obok kminku: suszonego szczypiorku.

Z innych art. spożywczych jedzie z nami dużo (tańszego) alkoholu, piwo pszeniczne, przyprawa do chleba, tj. do jego wyrobu (oczywiście z kminkiem), oliwa Monini Gran Fruttata, sałatka ziemniaczana Felix i cały zapas moich ulubionych płatków Knusper Musli Dr. Oetkera, jaki był w supermarkecie Spar. A, i foremki do ciasteczek, i obrus, i dużo innych ciekawych drobiazgów.

Ponieważ pakowanie wzywa, kończę na nutę nieco poważniejszą. Lubię zwiedzać lokalne cmentarze, zwłaszcza stare i niewielkie, bo mają dużo uroku i można się często z nich wiele dowiedzieć o miejscowej społeczności. I tak na niewielkim cmentarzyku przy gotyckim kościele Św. Mikołaja (St. Nikolaus Kirche) z końca XIV w. w Bad Gastein są pochowani lokalni żołnierze polegli podczas II wojny światowej. Wielu z nich miało nie więcej niż 19-20 lat, a zginęli zazwyczaj na froncie wschodnim: w Rosji, na Uralu (cyt. z nagrobka) i, tak, w Polsce; data na jednym "polskim" nagrobku pochodzi z końca kwietnia 1945, czyli tuż sprzed końca wojny. Chcąc nie chcąc zastanawiałam się, jak to się stało: w jakich okolicznościach zginął ten nieznany Austriak. Z paru drewnianych płyt patrzą roześmiane twarze nastoletnich żołnierzy: to inna strona "znanej" wojny.

Wśród grobów leżały rozrzucone wrzosy i kwiaty, zwiane z paru nagrobków przez orkan.

wtorek, 04 marca 2008

Austriacki styl w dekorowaniu wnętrz i architekturze mnie fascynuje. Jest często tzw. gemütlich i zazwyczaj wówczas folklorystyczny, nierzadko kiczowaty, przeładowany, barokowy (dosłownie i w przenośni), majestatyczny... Inne jest oblicze Austrii wielkomiejskiej, inne bardziej prowincjonalnej. To, co zwraca moją uwagę w miastach takich jak Salzburg czy Wiedeń, czy też nawet Bad Gastein, jest pewien spłowiały splendor; trochę jak wyblakła uroda dawnej kurtyzany wciąż strojącej się w róże i pudrującej twarz, mimo, że lata świetności ma za sobą.

To na czym skupiłam się podczas ostatnich zabaw aparatem fotograficznym, to bibeloty i dekoracje wnętrz, które w zamierzeniu - jak sądzę - mają upiększać wnętrza. W Salzburgu jest wiele straganów i sklepów mieniących się od wielokolorowych stroików, obrazków, zabawek, bukietów i maskotek, na które zawsze znajdzie się miejsce - na półce, ścianie lub w innych miejscach (patrz zdjęcia). Wiele takich "uroczych drobiazgów" zostało umieszczonych w wynajmowanym przez nas apartamencie - a to mini wiklinowy koszyk zwisa z lampy, a to na ścianie w sypialni wisi stroik (lub 2) z makówek (hmm... sądzę, że niewinnie chodzi o dobry sen ;), pozłoty i wstążeczek. Obecnie tematem w są oczywiście, wiosna i Wielkanoc, choć bary i restauracje narciarskie mają wystrój stały-tematyczny. Poniżej mały wybór ilustracji poziomu -1 (okolice toalet) z baru "Hirschen-Huttn'" (Hirsch - jeleń) w ośrodku Angertal:

A tu trochę dzisiejszych klimatów wielkanocnych z Salzburga. Żyrandol z zajączkami wisiał w kawiarni vis a vis straganu, na którym można było zaopatrzyć się we wszelkie możliwe cuda, wielkanocne i nie, widoczne na kolejnych dwóch zdjęciach:

Może powinniście przemyśleć wystrój Waszych wnętrz :)? Ja mam chyba na razie bibelotowstręt. Jeśli jednak nie dekoracja domu, to może ciała? Sklepy z tradycyjnymi strojami austriackimi oferują szeroką gamę ubrań. Pań w podobnej odzieży, poza zatrudnionymi w restauracjach czy barach, nie widziałam, ale starsi panowie - owszem, zwłaszcza charakterystyczne zielone pelerynki i kapelusze się zdarzają. M, który codziennie rano chodzi po bułeczki do piekarni (a ja parzę kawę), ostatnio widział pana w pełnym ekwipunku, wymachującego gazetę i krzyczącego za małym białym pieskiem: "Sissi...!!!". Ciekawe, co cesarzowa Elżbieta by na to powiedziała?

Tymczasem, żebyście wiedzieli, co Was omija - z wystawy salonu w Bad Hofgastein:


Makaron z serii "prosto, prościej i najprościej". Danie niemal turystyczne, bo sosu się nie gotuje, jedynie makaron. U nas za cały obiad, ale nic nie szkodzi, by było to primo piatto.

Przepis zasadniczo pochodzi od Nigelli, z How to eat, ale to właściwie nie przepis, a luźne wskazówki, bo każdy może modyfikować sobie ilości sam. Podam, jak w przepisie, ale dodam, że oryginalnie ilości są na 6 osób, a ja na ok. 250 g makaronu/pół paczki/2 osoby wzięłam 1/2 sosu - za pierwszym razem, za drugim już na oko.

Przepis oryginalny (na 6 osób): gotujemy makaron, najlepiej linguine, ew. tagliatelle lub spaghetti; przepis oryginalny sugeruje 2 paczki ok. 900g, ja na tyle osób bym wzięła do 750g. Tymczasem w miseczce mieszamy 2 żółtka, skórkę z całej i sok z 1/2 cytryny, szczyptę soli (niekoniecznie) i sporo pieprzu (najlepiej białego) z 2/3 szkl. śmietanki kremówki i 1/2 szkl. (albo garścią) parmezanu. Próbujemy, czy nie należy mocniej doprawić, np. dodając więcej soku z cytryny (u mnie zdecydowanie tak). Gdy makaron się ugotuje, odcedzamy, ew. zostawiając trochę wody z gotowania, przerzucamy z powrotem do garnka (ale nie na gazie!!!) i póki makaron jest gorący, mieszamy go z 4 łyżkami masła. Gdy masło pokryje makaron, dolewamy sos i szybko mieszamy. Jeśli brakuje nam płynu, można dodać trochę wody z gotowania makaronu do rozprowadzenia płynu (ale biorąc 1/2 podanych ilości sosu na 250 g makaronu nie będzie Wam to raczej potrzebne). Podajemy i jemy od razu, posypane natką pietruszki.

Proste, szybkie, pyszne.

sobota, 01 marca 2008

Nie ma co ukrywać - w Austrii jest już wiosna. Od kiedy przyjechaliśmy, temperatury dodatnie (w południe i w słońcu nawet dobre kilkanaście stopni!), strumyki szumią, ptaki śpiewają, kaczki kwaczą a owady latają. Mimo to warunki na stoku zaskakująco dobre (przynajmniej do wczesnego popołudnia).

W dwóch miejscach w dolinie wciąż można też uprawiać biegi narciarskie, co nas cieszy, i chodzimy codziennie i na zjazdy, i trasy biegowe. Biegówki mogą być szokiem dla osoby przyzwyczajonej do nart zjazdowych - w porównaniu z tymi ostatnimi nie ma stabilności czy kantów, bardzo łatwo jest odchylić się do tyłu i upaść, to samo na boki. Przy zjazdach łatwo się rozpędzić, a trudniej nauczyć się hamować. Następny szok następuje w parę minut po ruszeniu - to, co wydawało się łatwizną i relaksującym spacerem, okazuje się być całkiem męczące. Po kilku następnych minutach, zwłaszcza na słońcu, spływamy potem, a następnego dnia boli nas we wszystkich strategicznych (zwłaszcza dla kobiet dbających o linię ;) miejscach. Polecam, zwłaszcza jeśli się ma możliwość ćwiczenia w krajobrazach podobnych jak poniżej:

Panuje wciąż tzw. wysoki sezon, więc zdarzają się kolejki do najpopularniejszych wyciągów w większych ośrodkach (Shlossalm, Sportgastein). Człowiek docenia nowoczesne wyposażenie i dużą przepustowość gondolek/kolejek, gdy tłum oczekujących ludzi w ogonku zapowiadającym dłuższe stanie, w ciągu kilku minut (no, powiedzmy - 10) zostaje rozdysponowany i zawieziony na stok. Zarazem jednak przyjemnie jest odetchnąć od tłumów i ogłuszającego disco/piosenek tyrolskich i udać się w klimaty retro, takie jak panują na Graukoglu.

Graukogel to najstarszy ośrodek w dolinie, górujący nad Bad Gastein i miejsce z tradycjami: stoki są naturalnie ukształtowane i dośnieżanie z zasady też jest naturalne, co oznacza, że w taką pogodę jak obecnie zjazd ze stacji środkowej do doliny odbywa się na wyciągu krzesełkowym. Taki zjazd w dół, gdy się siedzi trzymając kurczowo narty w poprzek siedzeń, działa zdecydowanie mocniej na wyobraźnię (przynajmniej moją): "Co by było, gdybym tu teraz upuściła narty...?" albo: "Co by było, gdyby tu urwała się linka...?". Miejsce nie jest specjalnie popularne, ze względu na względnie mały wybór tras i antyczne (=wolne) wyciągi krzesełkowe, ale my mamy do niego sentyment, zaś trasa czerwona jest jedną z moich ulubionych. I można sobie wyobrazić, jak zjeżdżało się na nartach w latach 50 czy 60 lat temu. Nie mówiąc o tym, że w barach jest dobre jedzenie ;)... co zbliżyło nas do właściwego tematu bloga.

Austriacka kuchnia jest raczej mięsna, ale pojawia się sporo dań rybnych (zwłaszcza pstrąg) i warzyw, choć te ostatnie może rzadko odgrywają główną rolę. Wspaniałe są wypieki i desery, choć te nie podawane na ciepło są przeważnie różnymi wariacjami nt. tortów śmietanowych; nawet w sklepach widać, że to naród piekący, bo przy półkach z mąkami i cukrami można dostać oczopląsu. Poniżej kilka propozycji spożywczych głównie ze stoku, w kolejności od góry, zgodnie ze wskazówkami zegara: Apfestrudel, a z tyłu sałatka z łososiem wędzonym; Germknödel, czyli knedel wielkości grejpfruta, z powidłami lub dżemem śliwkowym w środku, podawany na ciepło z sosem waniliowym, jak na zdjęciu, lub polany masłem; gorącą czekoladę z espresso, czyli Espresso-Schoko, oraz mały wybór piw z krainy piwem płynącej, tj. jasne wybrane przez M w sklepie chyba ze względu na butelkę z kapslem i jasne pszeniczne, pite przeze mnie z cytryną, tak, jak nauczyłam się je pijać skosztowawszy Svyturys Baltas na Litwie; poznani także na Litwie monachijczycy zapewnili, że pijanie Weizen z cytryną jest jak najbardziej przyjęte.

Mała errata z dnia dzisiejszego: właśnie pogoda się zmieniła na orkan Emma, i prawie wszystkie wyciągi zostały zamknięte. Próbowaliśmy jechać do Salzburga, w myśl zeszłorocznej wycieczki do tego miasta podczas orkanu, ale okazało się, że orkan orkanowi nierówny, i po godzinie nerwów na autostradzie (zwalone drzewa na poboczu, korek, stacje benzynowe zamknięte z powodu braku prądu) zawróciliśmy.

czwartek, 28 lutego 2008

Pojawiły się prośby o nowe zdjęcia Bici: oto nasza dzielna kotka-podróżniczka korzysta z udogodnień austriackiego apartamentu, tzn. grzeje się na kaloryferze i wygląda przez okno (w W-wie grzejniki są węższe i bliżej parapetu - kot bez pomocy się nie wciśnie, a i to z trudem).

Do tej pory Bica podróżowała wyłącznie na trasie Mazury-W-wa, za to regularnie i co najmniej 4 razy do roku, zachowując się od dobrze (małe problemy z potrzebami fizjologicznymi i dalej spanie całą drogę) po bardzo dobrze (spanie całą drogę). Jak wspomniałam gdzieś w komentarzach, kot zniósł 13-godzinną podróż w Alpy świetnie - Bica siedziała grzecznie w transporterze niespecjalnie chcąc go opuszczać, nie płakała, nie chciała korzystać z kuwety (mimo dwukrotnego w niej umieszczenia), raz się ożywiła na tyle, by bez lęku rozejrzeć się trochę po samochodzie (oczywiście na postoju) i zjeść trochę tuńczyka. Tylko pod koniec podróży, już przy wjeździe do doliny Gastein, w kratce transportera pojawiła się wyciągnięta łapka - co spowodowało głośne zapewnienia Pani, że już za chwilę, już zaraz, i że wszyscy już są zmęczeni. Wzorowe zachowanie podczas transportu kot odbił sobie w nocy, zawodząc pod drzwiami sypialni conajmniej kilka razy. Potem nastąpiła aklimatyzacja, widoczna także na zdjęciu.

Jeśli chodzi o koty miejscowe, parę lat temu regularnie chodziłam do tutejszej drogerii Bipa oglądać ogromnego puszystego kota-rezydenta, zazwyczaj wyciągniętego na półce lub w plastikowych koszach z produktami promocyjnymi. Niestety, w pewnym momencie znikł ;/ W tym roku, jak na razie, najwięcej atrakcji dostarczyła wizyta w ośrodku Graukogel (moim ulubionym, i najbardziej kameralnym), gdzie na taras baru zawitał ten oto pan:

a niedługo później pojawiła się jego koleżanka, szara tygryska (niestety nie uwieczniona, bo a/szybko się ruszała, b/aparat (=M z aparatem) sobie poszedł). Z innej fauny w tym samym miejscu widzieliśmy królika (kicał, a następnie spał, także za barem) oraz... jelonka (na zamkniętym fragmencie trasy, tuż nad ww. barem). To niektóre zalety retro-ośrodka, w odróżnieniu od nowoczesnego ski-centrum (od których bynajmniej także nie stronię, o czym może jednak przy innej okazji).

niedziela, 24 lutego 2008

Zupa naprawdę błyskawiczna, oczywiście z Nigella Express. Całkiem toto przyjemne.

Składniki: 750 ml wrzątku, 375 g mrożonego groszku, 2 cebule dymki, całe, ew. przycięte końce (lub kawałek białej cebuli, jeśli jak ja nie macie dymki), łyżeczka soli morskiej grubej lub 1/2 łyżeczki soli zwykłej, 1/2 łyżeczki soku z limonki (lub do smaku), 4 x 15 ml łyżki (imho czubate) pesto (najlepiej świeżego, jeśli świeże pesto występuje w handlu, lub zrobionego własnoręcznie; u mnie ze słoika, bo szczerze mówiąc, takie mi bardziej smakuje niż domowe) 

Gotujemy wodę w czajniku, nalewamy do garnka, doprowadzamy ponownie do wrzenia. Dodajemy groszek, dymkę, sól i sok z limonki do garnka, gotujemy 7 minut. Wyrzucamy dymkę, groszek i płyn z gotowania miksujemy wraz z pesto z blenderze na puree. Niektórzy mogą chcieć zupę doprawić pieprzem.

Konsumujemy :) Prawda, że szybkie?

Pisałam, że na drogę na narty robiłam ciasteczka owsiane, ale oczywiście, nie było to wszystko. Zrobiłam zupę jarzynową do picia, a do niej - bułeczki przepisu nieocenionej Bajaderki. Przepis znalazłam na forum Cincin, i wypróbowałam już wcześniej na imprezę. Wówczas, z racji obecności wegetarian, bułeczki były w dwóch wariantach: ketchup-feta-suszone pomidory oraz musztarda+miód-ser żółty-czarne oliwki, i oba były bardzo smaczne. Nie są to może najpiękniejsze bułeczki na świecie, ale braki w aparycji nadrabiają innymi walorami ;)

Składniki: 2 1/2 lyzeczki suchych drożdży
3/4 szklanki letniej wody
2 łyżki cukru
2 łyżki masla
1/2 szklanki mleka
3 1/2 szklanki maki
2 lyzeczki soli (lub mniej jezeli szynka jest slona)

Sugestie nadzienia: 4 łyżki musztardy Dijon, łyżka miodu, 300g szynki w plasterkach (można użyć więcej sera, a szynkę częściowo zastąpić posiekanymi oliwkami), 200g startego zoltego sera LUB parę łyżek ketchupu, ok. 200 g fety, parę sztuk (ok. 6-8) posiekanych suszonych pomidorów

Drozdze z cukrem rozpuscic w letniej wodzie i zostawic okolo 5 minut az zaczna babelkowac. W malym rondelku podgrzac mleko z maslem, dodac do wody z drozdzami, dodac 3 1/4 szklanki maki i sol - zarobic ciasto. Przelozyc na stolnice i wyrabiac podsypujac pozostala maka do uzyskania gladkiego i elastycznego ciasta (albo wyrabiać w mikserze z hakiem). Ciasto uformowac w kule, przelozyc do natluszczonej duzej miski i zostawic przykryte na godzine (lub na 1/2 dnia/noc w lodówce) az podwoi swoja objetosc. Wyrosniete ciasto przelozyc na stolnice, wywalkowac w prostokat o wymiarach okolo 50x35cm (można też podzielić ciasto na 1/2, każdą część rozwałkować z osobna i zrobić 2 różne nadzienia). Musztarde polaczyc z miodem, rozsmarowac na ciescie, posypac serem i rozlozyc na serze plasterki szynki, podobnie postąpić w przypadku innych składników. Zwinac w rolade zaczynajac od dluzszego boku. Pokroic na 16 rownych plasterkow, kazdy delikatnie wlozyc do posmarowanej maslem foremki na muffiny, zostawic przykryte na okolo 45 minut. Piekarnik rozgrzac do 190C, piec buleczki okolo 20-30 minut az ladnie sie zrumienia. Ponieważ foremka na muffiny ma 12 wgłębień, 4 bułeczki można umieścić w innych foremkach lub ułożyć dość ciasno na blasze.

Bułeczki najlepsze są lekko ciepłe, ale, jeśli jak ja, robicie je wieczorem z zamiarem zjedzenia następnego dnia, dajcie im ostygnąć i zawińcie każdą z osobna w folię aluminiową - dobrze zachowają świeżość. Całkiem dobra rzecz w podróż, zwłaszcza jeśli się nie poskąpi na nadzieniu - pozostają miękkie i bynajmniej nie suche.

piątek, 22 lutego 2008

Teraz będzie bardzo szybko, bo jestem zmęczona, a muszę jeszcze spakować trochę rzeczy i nie chcę myśleć, ile dziś będę (nie)spać: jutro o 7 rano jedziemy na 2 tygodnie do Austrii, tam, gdzie zawsze (od paru lat): do Bad Hofgastein, na narty! I biegowe, i zjazdowe, o czym z pewnością będę informować. A wyżej widać, jak wyglądał ośrodek Sportgastein rok temu, zdjęcie robione z boku trasy biegówkowej.

Do usłyszenia - a raczej przeczytania ;) - z krainy Apfelstrudla!

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna