Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 17 lutego 2008

Czy Bica wie, że dzisiaj jej święto? Czy dlatego dzisiaj obudziła nas wyjąc pod sypialnią bladym świtem, a właściwie jeszcze wcześniej, bo było ciemno? Czy dlatego wycie zakończyła głośną próbą staranowania drzwi sypialni (a macie! za to, że mnie nie wpuszczacie! BUM!)...?

Od kiedy mam kota, zrozumiałam znaczenie powiedzenia "curiosity killed the cat". Cokolwiek leży na podłodze, trzeba się na tym położyć. Cokolwiek ciekawie pachnie, trzeba z bliska obwąchać. Wszystko, co drobne i leży na blacie lub stole, należy trącić łapką i zobaczyć, co będzie dalej. Niekiedy ciekawość ma bolesne skutki (patrz powyższe powiedzenie ;/), w przypadku Bici: spalone w 1/2 wąsiki (1sza Wigilia w życiu 3 miesięcznego kotka, świeczki na stole) i parę kąpieli w wannie (woda jest fascynująca).

Zawsze ciekawiła mnie obecność kotów w literaturze fantasy. M czyta dość dużo książek z tego gatunku, i przekazuje mi co ciekawsze "kocie fragmenty". Niektórzy nie ukrywają swojej miłości do moich ulubionych czworonogów: Neil Gaiman często pisze o kotach na swoim blogu, nie tylko w powieściach, a Terry Pratchett jest autorem książki Kot w stanie czystym. Często, gdy patrzę, jak Bica wpatruje się w szybki szafki na książki i próbuje się do niej dostać (miaucząc i drapiąc łapką framugę), mam wrażenie, że chce, jak Kot w Koralinie, przewędrować na drugą stronę lustra, względnie znaleźć tunel na działkę. Niekiedy, gdy patrzę w idealnie okrągłe oczy Bici, jak z ilustracji Tove Jannson, wpatrującej się w napięciu we mnie lub - często - w niewiadomo co, robi mi się lekko nieswojo. Jest to uczucie czegoś uncanny (unheimlich), jak z powieści grozy lub opowieści fantastycznych. Co ładnie pasuje do Bici skaczącej ponad metr w górę do otwartej biblioteczki i lądującej za Dziadkiem do orzechów Hoffmanna (dwa razy w ostatnim tygodniu).

A skoro ma takie moce ponadnaturalne, czemu nie wie, że Pani kocha ją najbardziej? I czemu kocha bardziej Pana?

sobota, 16 lutego 2008

Podpatrzyłam je u Dorotus, która podpatrzyła je u Liski (która zdaje się podpatrzyła je u Marthy Stewart :). Bułeczki łatwe, przyjemne, b. smaczne.

Składniki: 3/4 szklanki cieplej wody
1/3 szklanki mleka w proszku*
2 łyżki masła, roztopionego i ostudzonego
1,5 łyżki cukru
3/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka drożdży instant
1 jajko
2,5 szklanki mąki
Do posmarowania bułek:
1 żółtko
1 łyżka mleka
sezam

* Można użyć zamiast wody i mleka w proszku - zwykłego mleka.


Wodę, mleko, masło i cukier umieścić w misce i wymieszać. Dodać drożdże, zamieszać i odstawić na 10 minut. Dodać jajko, połowę mąki i sól, zagnieść (można mikserem).

Powoli dodawać resztę mąki. Zagnieść gładkie ciasto - powinno być elastyczne i się nie lepić, ale nie należy dodawać zbyt dużo dodatkowej mąki (dałam łącznie mniej niż 2,5 szkl. - bliżej 2,25). Ciasto przełożyć do miski, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na ok. 1 h. Po tym czasie uformować 8 bułeczek, które należy po uformowaniu w kulkę, spłaszczyć dłonią.

Bułeczki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 45 minut. Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wyrośnięte bułeczki posmarować żółtkiem wymieszanym z mlekiem, posypać sezamem. Wstawić do piekarnika i piec 13-15 minut (u mnie 16). Po upieczeniu ostudzić.

A tak wygląda bułeczka już wykorzystana zgodnie z przeznaczeniem:

Zbliżają się urodziny Taty, więc tradycyjnie należało się postarać o jego ulubiony wypiek jabłkowy. Przeważnie na taką okazję M przygotowuje szarlotkę na cieście półkruchym, tym razem jednak chciałam zrobić coś innego. Rodzice niedawno wrócili z Austrii, my jedziemy za tydzień (narty!), więc bedzie okazja do porównań.

Gdy czytałam przepisy na apfelstrudel, przerażało mnie wałkowanie ciasta tak, by można było przez nie przeczytać gazetę. Ponieważ jednak niedawno wałkowałam ciasto makaronowe na podobną grubość i znalazłam zachęcający przepis Komarki, zaryzykowałam. I oczywiście nie było czego się bać. Poniżej kopiuję przepis Komarki z moimi uwagami/zmianami:

Ciasto - 250 g mąki, pół łyżeczki soli, 1 jajko, 1 łyżka oleju, 100 ml letniej wody
Nadzienie - 4-5 (u mnie 7) dużych słodkich jabłek (u mnie szara reneta - nie lubię słodkich jabłek do celów kulinarnych), 2 łyżki cukru, 2 łyżeczki cynamonu, pół szklanki rodzynek, 1/3 szklanki suszonych czarnych porzeczek (u mnie same drobne rodzynki), skórka z cytryny, rum do skropienia nadzienia
Dodatkowo - 100 g roztopionego masła, łyżka bułki tartej

Składniki na ciasto zagnieść (jeżeli jest zbyt luźne dosypać trochę mąki) - musi być gładkie i nie kleić się do rąk. Uformować kulę, posmarować ją olejem (lub zawinąć w folię) i odstawić na ok.godzinę. W tym czasie obrać jabłka, pokroić je w dużą kostkę i wymieszać z resztą składników. Skropić wszystko rumem.
Najlepiej ciasto podzielić na 2 części - w normalnym piekarniku tak wielki strudel i tak się nie zmieści, ja nawet powstałe 2 musiałam piec na 2 blachach, ułożone na skos (patrz: zdjęcie). Ciasto rozwałkować na posypanej mąką stolnicy najcieniej jak się da - musi być niemal przezroczyste, co jednak nie jest problemem, bo ciasto jest bardzo elastyczne, łatwi się wałkuje, można też je delikatnie rozciągać rękoma. Wg. przepisu Komarki należy przenieść je z pomocą wałka na ściereczkę - ja tego nie zrobiłam, zwinęłam i przeniosłam na blachę bez pomocy, ale można mieć ściereczkę w pogotowiu. Ciasto posmarować roztopionym masłem wymieszanym z bułką tartą. Na ok. 2/3 powierzchni ciasta ułożyć nadzienie i zwinąć strudel wyciągając spod spodu ściereczkę (jeśli z niej korzystamy). Zwinąć też końce, tak aby nadzienie nie wypadało. Przenieść strudla na blachę do pieczenia wyłożoną pergaminem. Posmarować masłem z bułką po wierzchu. Piec ok. 40-45 min. w temperaturze 190 stopni. W czasie pieczenia można jeszcze polać strudla pozostałym masłem. Po upieczeniu posypać cukrem pudrem.
Strudel można jeść na ciepło z sosem waniliowym (lubię) lub bitą śmietaną (ja niekoniecznie), można też na zimno - jak Wam się podoba :)

piątek, 15 lutego 2008

W oryginale Maple pecan muffins, z Feast Nigelli Lawson.

Jak na razie nic nie zdetronizowało moich ukochanych muffinów z rabarbarem. Niestety, w warunkach PL trzeba czekać do conajmniej maja, a zapasy zamrożonego rabarbaru już zużyłam. Trzeba czymś się pocieszyć, mając ochotę na śniadanie nieco bardziej zaawansowane.

Składniki suche: 2 szkl. mąki, 1/2 szklanki zarodków pszennych, 1 szkl. posiekanych pekanów (użyłam orzechów włoskich i nie bawiłam się w siekanie, tylko potłukłam je lekko przez siatkę i do tego pięścią), 4 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta soli - całość wymieszać w misce. Osobno roztrzepać składniki mokre: 1/2 szkl. mleka, 1/2 szkl. oleju, 1/2 szkl. syropu klonowego, 1 jajo. Wymieszać byle jak mokre z suchym, tyle, byle się połączyły składniki, pamiętając złotą zasadę: im niechlujniej pomieszane ciasto, tym lepsze muffiny. Przekładamy do foremek wyłożonych papilotkami/natłuszczonych, wierzch Nigella sugeruje posypać resztką posiekanych orzechów pomieszanych z łyżką brązowego cukru - ja tylko posypałam lekko po wierzchu demerarą. Do 200 st. C na 20 min. Autorka twierdzi, że wyjdą blade - moje wyszły zdecydowanie zrumienione, mimo pieczenia na najniższym poziomie piekarnika. Najlepsze w ok. 10-15 min po wyjęciu z pieca. Nadprodukcja bdb się zamraża.

Uwielbiam orzechy i syrop klonowy, więc sporo się spodziewałam po tych muffinach. Jednak syrop ginie, czuć głównie orzechy i lekki dymny posmak. Zarodki sprawiają, że sprawiają wrażenie razowych lub na wpół razowych. O dziwo, muffiny nie są przesadnie słodkie, co czyni je uniwersalnymi - bdb pasują do sera, np. koziego lub żółtego, lub do zjedzenia na słodko, np. z syropem lub miodem. U mnie na śniadanie jak na zdjęciu, z jogurtem greckim. Przyjemne, ale... czekam na rabarbar :)

czwartek, 14 lutego 2008

Osobiście nie obchodzę Walentynek. Jednak ponieważ nastrój itd. sprzyja, załączam moją ostatnią zabawę myszką i Gimpem, tj. impresję nt. zakochanego Otella (z czasów, zanim Jago zaczął mówić o zielonookich bestiach :):

Co pasuje także do miłości dworskiej (courtly love), a o jej związkach z Walentynkami można poczytać tu. I wychodzi na to, że wszystko przez Chaucera...

sobota, 09 lutego 2008


To ciasto to dla mnie smak londyńskiego dzieciństwa: spód ze słodko-słonych ciasteczek i piankowy, znów słodko-słony ser, plus polewa owocowa. Chyba moje ulubione ciasto, z wszystkich możliwych wypieków. Poniższy przepis jest zasadniczo wersją Nigelli z Domestic goddess, poza polewą, którą opracowałam sama (przy małej pomocy Google). Jeśli ktoś chce dokładnie jak w oryginalnym przepisie, proponuję zajrzeć do tego wątku na Galerii Potraw.

Ważne: nie bać się kąpieli wodnej, absolutnie nie używać twarogu na sernik, tylko śmietankowego!!!, nie używać innych ciasteczek, niż digestive!, nie ubijać za mocno, bo wyjdą pęcherzyki - wystarczy trzepaczka ręczna, serek najlepiej wyjąć wcześniej z lodówki, by był miękki

Przepis: Spód: 150g ciasteczek digestive, 75g niesolonego roztopionego masła, 600g serka śmietankowego typu Philadelfia (najczęściej używam Turka Świeży Serek, m.in dlatego, że występuje w opakowaniach 450 i 150 g = 600 g), 150g drobnego cukru, 3 duże jajka, 3 duże żółtka jajek, 1 i pół łyżki ekstraktu waniliowego, 1 i pół łyżki soku z cytryny, forma tortowa średnicy 20 cm, bardzo mocna folia aluminiowa

Zmielić (lub rozgnieść) ciasteczka na okruchy, dodac masło i wyrobić na mokry piasek. Wyłożyć ciasteczkową masą spód formy, przyciskając palcami (polecam, b. przyjemne) lub łyżką. Schłodzić formę w lodówce. Rozgrzac piecyk do 180ºC. Ubić serek aż stanie się gładki, dodać cukier. Wbijać jajka i żółtka jajek, dodać wanilię i sok z cytryny. Zagotować wodę w czajniku. Owinąć formę podwójnie złożoną folią aluminiową, włożyć do większej formy. Jeśli mamy wątpliwości, czy tortownica jest dobrze zabezpieczona, owińmy folią jescze raz. Wlać masę serową do formy z ciasteczkowym spodem, i wlać gorącą wodę do większej formy, mniej więcej do połowy wysokości. Wstawić do piecyka i piec ok. 55 min - wierzch powinien być ścięty, ale sernik pod spodem miękkawy. Ostrożnie wyjąć, odpakowac formę z folii i studzić. Nie przerażać się wilgocią w odpakoanej folii - to normalne, że trochę wody się tam zbiera. Ciasto najlepsze jest na następny dzień, wtedy też można przygotować polewę.

Polewa: 4 łyżki dżemu (w ładnym kolorze, najlepszy wiśniowy lub porzeczkowy), 2 łyżki wody, 1-3 łyżeczki mąki ziemniaczanej.

Dżem podgrzać z wodą (nie zagotowywać), zdjąć z gazu, wmieszać stopniowo mąkę (najlepiej przesianą). Ilość zależy od płynności dżemu. Polewa powinna być na tyle lejąca, aby dało się nią oblać wierzch ciasta, ale zarazem nie zanadto, żeby zbyt mocno nie spłynęła; zazwyczaj 1-2 łyżeczki mąki ziemniaczanej wystarczają. Odstawiamy polewę na 1-2 minuty do lekkiego wystudzenia i zgęstnienia, oblewamy ciasto z wierzchu, zostawiamy do zastygnięcia.

Teoretycznie to się nie wiąże z tematyką bloga, ale - w końcu, "coś niecoś" to pojemna nazwa.

Dawno nie czekałam tak na żaden film. Ian McEwan był jednym z moich ulubionych pisarzy na studiach, z kilku opowiadań korzystałam pisząc pracę magisterską, ale w pewnym momencie przeczytałam o jedną powieść zbyt wiele (tj. Enduring Love) i po Atonement (Pokutę) sięgnęłam dopiero po obejrzeniu zwiastuna filmu na Youtube na jesieni.

Zbiegło się to w czasie z rozwojem mojej fascynacji aktorem Jamesem McAvoy'em. Ponieważ książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, od paru miesięcy wytrwale przeczesywałam sieć, wyszukując, oglądając i czytając wszystko, co się dało na temat tego filmu (i Jamesa :). W efekcie wczoraj w kinie miałam wrażenie, że oglądam coś, co jest mi dobrze znane. Co może wynikać z faktu, że chyba nigdy nie widziałam filmu tak wiernego książce, nawet w szczegółach (ale też Ian McEwan jest współautorem scenariusza). Dom rodziny Tallis jest dokładnie taki, jak sobie wyobrażałam, zielona sukienka Cecilii - taka, jak powinna być.

W pierwszej części filmu, jak w tragedii greckiej, mamy jedność czasu, miejsca i akcji - posiadłość Tallisów, pokazana podczas najgoretszego dnia lata 1935. Zaczyna się niemal sielankowo - dom na wsi, otoczony parkiem, piękne wnętrza, wytworne towarzystwo posługujące się angielszczyzną w wydaniu RP (Received Pronunciation). 13-letnia aspirująca pisarka, obdarzona bujną wyobraźnią Briony (postać typowa dla prozy McEwana, który często obala w swoich książkach tezę o wrodzonej niewinności i dobroci dzieci), obserwuje siostrę Cecilię i Robbie'ego, syna gospodyni. Widzi parę scen, które, jako dziewczynka pisząca o księżniczkach - córkach marnotrawnych i nikczemnikach, rozumie opatrznie - tak, jak chce je rozumieć. Fabuła: jak w filmie obyczajowym, chwilami nawet budząca rozbawienie widowni - a jednak wszystkie te pozornie zabawne nieporozumienia prowadzą do nieuchronnej katastrofy. Przypomina to trochę oglądanie spadających kostek domina. Świat konwenansów i salonowych rozmów się rozpada, jak pierwsze "domino": ułamane ucho wazonu, chwyconego przez Robbie'ego i Cecilię przy fontannie. Więzienie, zerwanie więzi rodzinnych, wojna światowa. Dwie kolejne części filmu dzieją się właśnie na początku II wojny światowej. Jest też ostatnia, współczesna, w której słuchamy 77-letniej Briony i która nadaje sens całemu filmowi, bez której Pokuta nie byłaby tym, czym jest.

Gdyż nie jest to po prostu romans, czy też film wojenny. Podobnie jak książka, mówi o opowiadaniu, o narracji, o wpływie, jakie opowieści mają na rzeczywistość. O znaczeniu słów.

PS. Z ciekawostek, które - dziwne - nie przeciekły do naszej prasy: Jacqueline Durran, nominowana za kostiumy do Oscara, zamówiła mundury żołnierzy (potrzebowali 1000 szt.) w scenach z Dunkierki w... Polsce, o czym opowiada m.in tu (ok. 8 minuty filmu):

Tu zaś można przeczytać o tym, że fartuchy pielęgniarek zostały wykonane z polskich i czeskich prześcieradeł.
PS2. Bliźniacy Quincey mogą Wam kogoś (x 2) przypominać - na sali kinowej trochę chichotano... Ja też widziałam to podobieństwo :)

Dobrze, przyznaję, że kocie języczki w moim wykonaniu mało przypominają kocie języczki. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że pierwszy raz w życiu używałam szprycy. Poza tym symetria jest dla głupców.

A sam przepis to kolejna opcja na utylizację białek, źródło: How to eat Nigelli.

Ucieramy 4 łyżki miękkiego masła z 4 łyżkami cukru waniliowego. Dodajemy 2 białka i 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego, mieszamy, powstaje nam zwarzona, niezbyt apetyczna masa. Dodajemy 1/2 szklanki mąki, najlepiej 00 lub tortowej i - czary mary, po ciągu chwili mieszania mamy coś a la budyń. Kremem napełniamy szprycę, wyciskamy niezbyt długie paski na blachę wyłożoną pergaminem, jak paski pasty do zębów, zostawiając odstępy, bo urosną. Resztki masy można zeskrobać z brzegów miski/wnętrza szprycy i umieścić na blasze na kształt placków. Pieczemy ok. 8 minut w 200 stopniach, aż brzegi się lekko przypieką a środek zezłoci. Nigella sugeruje podawanie do deserów jedzonych łyżeczką, ja uważam, że niebezpiecznie przyjemnie się je chrupie solo. W jakiś sposób smakują jak racuszki lub naleśniki, choć nie są smażone (ilość masła do reszty składników?). Bardzo waniliowe - pięknie pachną podczas pieczenia. Wychodzi ok. 30 szt. malutkich ciasteczek - mi wyszły chyba 32-33 szt.

A teraz bonus - kocie języczki bez kota...? Przysunęłam miskę do Bici, celem zrobienia zdjęcia. Wyraziła zainteresowanie, pewnie ze względu na obecność masła. Zanim miseczka została pospiesznie odsunięta, zrobiłam poniższe zdjęcia:

 

czwartek, 07 lutego 2008

O tym, jak robić ciasto francuskie dla idiotów, pisałam niedawno. Choć tu akurat użyłam resztki kupnego.

O tym, jak zrobić jabłka (za dodatkiem "Przetwory" do miesięcznika "Za miastem"):

Skład: 1 kg jabłek, sok z cytryny, 1 kg cukru, 2-3 goździki, cynamon w laskach, 2-3 listki mięty

Jabłka obrać, wydrążyć gniazda (jeśli ktoś umie/ma przyrządy, bez przekrawywania owoców), owoce skropić cytryną. Z cukru i wody (w oryg. 1/2 szkl. - co wydaje mi się błędem drukarskim, trzeba wziąć więcej - ok. 1-1 1/2 szkl. wody) ugotować syrop. Włożyć goździki, cynamon (nie patyczkowałam się i dałam kilka lasek) i listki mięty, gotować 5 min. Włożyć delikatnie jabłka i podgrzewać ok. 10-15 min, aż będą szkliste. Owoce ułożyć w dużych słoikach, zalać gorącym syropem, zakręcić.

Jabłka ciemnieją mocno po ok. 6-8 tygodniach, swoje robiłam pod koniec sierpnia bodajże, od tego czasu stały w spiżarni. W smaku są mocno cynamonowe.

O tym, jak zrobić jabłka w cieście francuskim:

Ciasto rozwałkować dość cienko. Poukładać nie za gęsto jabłka/kawałki jabłek, wyciąć wokół nich kwadraty. Ciężko podać dokładne proporcje, rzecz zależy od wielkości jabłek, ale ciasta powinno być wystarczająco do całkowitego owinięcia owocu na kształt paczuszki. Każde jabłko kładziemy na blasze wyłożonej pergaminem do pieczenia, zawinięciem do dołu, gładką stroną ciasta do góry. Pieczemy ok. 12-15 min w 220 st. Ciasteczka nie są bardzo słodkie, więc można rozważyć dodatki w postaci lodów, syropu, sosu czekoladowego. Można także do środka dać rodzynki.

wtorek, 05 lutego 2008

Od jakiegoś czasu mam napisać o tej książce. Wypatrzyłam ostatni sfatygowany egzemplarz The Virago Book of Food. The Joy of Eating w American Bookstore w Arkadii, szukając prezentów mikołajkowych i świątecznych i od razu zaciągnęłam do księgarni M, pokazując mu palcem ww. tom. No i dziwnym trafem książka pojawiła się pończosze (chyba kiedyś pisałam, że zaadoptowałam anglosaski zwyczaj dawania prezentów w pończosze, ale na Mikołajki).

Gruby tom jest antologią o, jak nazwa wskazuje, o jedzeniu, jak na wydawnictwo Virago przystało, utworów pisanych wyłącznie przez kobiety. Mamy fragmenty listów, prozy, książek kucharskich czy poradników, rzadziej poezji, pisanych od 13 w. do czasów współczesnych. Wśród autorek są Emily Dickinson, Nigella Lawson, Jane Austen i jej matka, Cassandra, Colette, Angela Carter, Anna Frank i wiele innych. Żeby porządek został zachowany, książka została podzielona na części tematyczne, np. "Skromne porcje" (Meagre rations) czy "Pokarmy miłości" (The food of love). Czytamy o lekach i afrodyzjakach, o głodowaniu i obżarstwie, uczymy się, jak gotowano kiedyś, i jakie były zalecenia dla gospodyń domowych 300 i 50 lat temu, poznajemy zwyczaje związane z obchodzeniem świąt w różnych kulturach. Czytamy o daniach magicznych i o wspomnieniach z podróży związanych z jedzeniem - np. spisanych przez Mary Wordsworth, siostrę poety. Są fragmenty zabawne - np. scena podwieczorku z Fizi Pończoszanki Astrid Lingren, są także poruszające - jak swoista książka kucharska spisana przez więźniarki w Teresinie, składająca się z potraw, które wspominały w obozie. Czytamy o dzieciństwie - mocno do mnie przemówił fragment o dzieciach zajadających się renklodami podczas wakacji we Francji, autorstwa Rumer Godden (The Greengage Summer). Nie tylko Marcel Proust i nie tylko magdalenki z herbatą lipową stanowią świadectwo związków między zmysłami, tu - smaku - a pamięcią.

Od paru tygodni książka leży na moim stoliku nocnym. Co jakiś czas po nią sięgam, by kolejny raz się przekonać jak wiele uwagi poświęcano jedzeniu w literaturze, i pięknej i fachowej - od wieków. A właściwie, poświęcały - kobiety pisarki.

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna