Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 16 stycznia 2008

Jedna z moich ulubionych tart... ale spieszcie się - dynia, tzn. sezon na nią, się kończy ;(

W oryginale z orzechami pecan, jak u Cipcipkurki na Galerii Potraw. Jednak odkryłam, że można pecany zastępować innymi orzechami, np. niesolonymi fistaszkami, czy innymi ulubionymi. Poniższy przepis jest jednym z nielicznych, które M - kręcący nosem na kruche słone, ale co ma zrobić, skoro twardo i regularnie go z nim oswajam :) - zaakceptował całkiem przyjaźnie.

Wyznam, że osobiście uwielbiam kruche ciasto, bardzo lubię je robić, wałkować i b. lubię jego zapach w stanie surowym. Moje ulubione jest wg. wskazówek Nigelli Lawson co do składu: 1/2 wagi tłuszczu do wagi mąki, przy czym 1/2 z tego tłuszczu może być w 100% masłem (jak najlepszym!), lub w 1/2 twardym roślinnym typu Planta, a mąka najlepiej tortowa (Nigella zaleca włoską "OO"). Zazwyczaj robię dwa placki na raz w mikserze, jeden mrożę.

Na małą tartownicę (np. 22-23 cm) imho wystarczy pojedynczy placek ciasta z 150 g mąki/75 g tłuszczu - jeszcze zostaną skrawki do ewentualnego wyklejenia pęknieć, lub do wykorzystania na słodko. Przy wersji dwa placki - 300 g mąki/150 tłuszczu. Minimalna ilość: 250 g mąki/125 g tłuszczu na dwa małe placki bez surplusu. Osoby początkujące mogą zastosować się do dodatkowej rady Nigelli (którą, jak nabrałam pewności siebie w kruchym, zarzuciłam, ale na początku pomaga): by mąkę z posiekanym tłuszczem schłodzić 10 min w zamrażarce, potem wyrabiać normalnie. Ma to wspomóc łatwość wyrabiania i ratować w ew. wpadkach pt. za dużo płynu. Coś w tym jest, bo moje pierwsze próby z kruchym były nieudane - zresztą miałam zawsze problem z nie za mokrym, ale za suchym - i dopiero z tego przepisu "dla idiotów" mi wyszło. Teraz już nie mrożę, ale na początku to rzeczywiście pomaga. Tak czy inaczej, zimny posiekany tłuszcz ucieramy z mąką na okruszki za pomocą robota (lub ręcznie, ale wolę mikserem :), gdy faktura przypomina owsiankę - łączymy delikatnie na elastyczną masę za pomocą schłodzonej wody z wyciśniętym sokiem z cytryny + trochę soli - na 300 g mąki potrzeba mniej więcej 1/3 szklanki. Jeśli robimy w robocie, dolewamy stopniowo i powoli wody, patrząc, czy ciasto już zbija się w kulę, czy nie, zatrzymujemy mikser, gdy zacznie się sklejać w całość i dogniatamy ręką w jednolitą masę. Schładzamy co najmniej 30 min, wałkujemy i wykładamy foremkę, schładzamy co najmniej 30 min (lub u mnie w przypadku tej tarty - dobę), podpiekamy ok. 20 min w 190 st.

W przypadku tej tarty moim zdaniem nie ma konieczności pieczenia na ślepo, tj. z fasolkami - wystarczy nakłuć ciasto. Potem robimy farsz, cytuję za Cipcipkurką, która jednak podaje proporcje na większą tartę - na mniejszą radzę wziąć ok. 1/2-2/3 farszu.

Farsz:

600 g dyni wyczyścić, usunąć pestki, obrać, pokroić na kawałki. W misce wymieszać łyżkę ciemnego cukru, 2-3 łyżeczki tabasco, 2 łyżki oliwy, 3 łyżki keczupu, dorzucić 150 g szynki pokrojonej w kostkę, 80 g pekanów (lub innych orzechów; dzisiaj fistaszki) i dynię. Posolić, popieprzyć.
Wymieszać 125 ml kremówki z 3 jajami, przyprawić. Na podpieczony spód wyłożyć dynię, zalać sosem. Piec 30-40 minut w 200 stopniach.

Cipcipkurka pisze: "zaskakująco pyszne", i coś w tym jest. To połączenie smaku naprawdę działa. Radzę tylko nie przejmować się tym, że surowa dynia z szynką i przyprawami smakuje b. ostro - złagodnieje z sosem i w piekarniku, powinna być porządnie doprawiona. Można posypać zieleniną, np. pietruszką.

wtorek, 15 stycznia 2008

Jestem śmierdzącym leniem, bo od ponad tygodnia zbieram się z wrzuceniem tych blinów. A jedliśmy je na Sylwestra. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Pisałam o nich kiedyś tu. To danie jest dla mnie ważne, bo jadłam je tylko - jak na razie - 3 razy w życiu, i każdy z tych posiłków był małą ucztą, i raczej wiązał się z ważniejszym wydarzeniem. Pierwszy raz wypróbowałam przepis na te placuszki po obejrzeniu Eden na WFF 2006. Film zrobił na mnie duże wrażenie - jest to historia nieśmiałego kucharza-geniusza i kelnerki, w której jest (skrycie) zakochany (film wyszedł na DVD w Niemczech i ma wkrótce wyjść w UK - obejrzyjcie koniecznie!). Jak można się domyśleć, jedzenie, a raczej gotowanie i ucztowanie, odgrywa tam ogromną rolę. Wróciliśmy śmiertelnie głodni do domu i wspólnie wyprodukowaliśmy miskę blinów... Sami rozumiecie, że od tego czasu mam sentyment :)

I zanim ktoś powie, że bliny to tylko drożdżowe i gryczane - tak to pojmujemy w Polsce, w Rosji (i to samo na Litwie, co poznałam z 1-szej ręki) blin to każdy rodzaj naleśnika/naleśnikopodobnego placuszka (szczerze mówiąc, bliny wydają mi się bliższe amerykańskim pancakes niż czemukolwiek innemu, ew. oładkom lub racuchom). Dopiero poprzez przymiotniki lub określenia można sprecyzować, o jaki rodzaj blina/placuszka nam chodzi. W mojej "Kuchni rosyjskiej" przepisów jest co najmniej parę stron, część zawiera spulchniacze, część nie, te gryczano-drożdżowe są określane jako "ruskie".

Przepis pochodzi z Feast Nigelli (jako "Potato pancakes") i wygląda następująco (proporcje na ok. 50 szt., robię z 1/2 i może robię mniejsze, bo wychodzi mi 30 lub więcej).

1/2 szklanki mąki ziemniaczanej, 1 szkl mąki zwykłej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody, 1/4 łyżeczki soli - mieszamy. Osobno roztrzepujemy: 2 łyżeczki roztopionego masła, 1 1/3 szkl maślanki i 2 jaja. Dodajemy do suchego, roztrzepujemy, smażymy na suchej, rozgrzanej patelni do zezłocenia po obu stronach (czyli po 1-2 minutach na stronę). Masa wychodzi gęstsza i po usmażeniu grubsza niż na tradycyjne pancakes, właśnie bliższa racuchom, choć zarazem nie aż tak gruba.

Blinki oczekujące na konsumpcję układamy na pergaminie (lub na podgrzanym talerzu). Podobno nadprodukcję można zamrażać.

Podawać z: kawiorem (jak najlepszym - taki duży czerwony z ikry łososia jest całkiem ok, czarnego przyzwoitego w ludzkiej - do kilkudziesięciu zł/słoik - cenie nie znalazłam); kwaśną śmietaną; kaparami; anchois; wędzonym łososiem; dowolną kombinacją powyższych.

Przepyszne...

niedziela, 13 stycznia 2008

Powinnam powiedzieć, że to mój pierwszy chleb. Zasadniczo to prawda, ale niestety nie jest to pierwsze podejście, a drugie; pierwsze nie nadawało się do pokazywania. Ta próba też nie jest całkiem udana, choć jest postęp, o czym niżej.

Przepis pochodzi z bloga Dorotus, która zaczerpnęła przepis od Bajaderki, słusznie nazywanej przez Dorotę "nieocenioną". Poniżej kopiuję przepis za Dorotus:

Składniki na zaczyn:

  • 2½ łyżeczki suchych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 szklanki letniej wody

Ponadto:

  • 1 puszka mleka skondensowanego niesłodzonego
  • 1/4 szklanki wody
  • 4 łyżki rozpuszczonego masła
  • 4 łyżki miodu
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 szklanki mąki żytniej
  • 3 szklanki mąki chlebowej

Opcjonalnie:

  • ciasto można dowolnie modyfikować przez dodanie ziaren, otrębów, itp.

Drożdże rozpuścić w 1/2 szklance wody, dodać łyżeczkę cukru, wymieszać.

Do miski miksera wlać mleko, dodać wodę, masło, miód, sól i mąkę żytnią, wymieszać. Dodać drożdże rozpuszczone w wodzie, wymieszać, pozostawić na 15 minut. Dodać mąkę pszenną i mieszać, aż masa zacznie formować się w kulę (podobnie jak Dorotus, dodałam trochę więcej niż w przepisie, bo ciasto było zbyt klejące). Wyrabiać jeszcze przez 1,5 minuty mikserem lub 10 minut ręcznie. Przełożyć ciasto do naczynia wysmarowanego masłem, przykryć i pozostawić w ciepłym miejscu prawie do podwojenia objętości (1 - 1,5 godziny). Wyjąć z miski, lekko wyrobić, uformować 2 podłużne bochenki i włożyć do foremek keksowych (u mnie, jak u Dorotus, foremka o wymiarach 11 x 21 cm) wysmarowanych masłem i wysypanych bułka tartą/kaszą manną. Przykryć i pozostawić w ciepłym miejscu do napuszenia. Przed samym pieczeniem chleb spryskać wodą, można też spryskać wnętrze piekarnika (by uzyskać chrupiąca skórkę), można to powtórzyć 2 - 3 razy w trakcie pieczenia (nie jest to jednak konieczne).

Piec w temperaturze 190ºC przez 25 - 35 minut (u mnie 45 minut), aż chlebki będą dobrze zarumienione.

Uwagi:

Na wstępie: tym razem piekłam z 1/2 porcji. W moim piekarniku (?) piec trzeba zdecydowanie dłużej, to raz. Po drugie, nie polecam, gdyby ktoś wpadł na ten pomysł (jak ja za 1szym razem) formowania z całej porcji jednego długiego bochenka i pieczenia go w 1 długiej keksówce, zamiast 2 bochenków w 2 foremkach - jest problem z dopieczeniem środka zanim wierzch się spali. W efekcie miałam lekkiego "gluta" w 1/2 chleba. Po trzecie, starałam się po 25 min. sprawdzać stan wypieczenia pukając w dno, co wymaga wyjęcia chleba z foremki, co spowodowało lekkie zgniecenie boku i wierzchu, bo chleb jeszcze nie był dopieczony (stąd nie ma zdjęć całości). Poprzednim razem zgniotłam go jeszcze bardziej... Po czwarte, mi chleb smakuje, ale a/mocno czuć miód, co nie każdemu musi pasować, b/konsystencja i wygląd przypomina chleb graham, za którym np. M nie przepada. Mąki użyłam żytniej razowej "bio"; z podobnym w wyglądzie "chlebem razowym" spotkałam się na Mazurach.

Reasumując, będę walczyć dalej.

sobota, 12 stycznia 2008

Albo "Sour cream chocolate cake" z How to be a domestic goddess Nigelli Lawson.

Miałam ochotę na ciasto czekoladowe i takie, jakiego jeszcze nie robiłam. W trakcie pieczenia zorientowałam się, że to w sumie jest podobne do dwóch innych przepisów Nigelli, z czego jeden robiłam, ale oczywiście piekłam dalej :). Polewa wychodzi bardzo słodka (można rozważyć lekką redukcję cukru), ale sama warstwa "murzynkowa" jest względnie wytrawna, więc połączenie takich dwóch warstw ma sens. Całość jest smaczna, choć nie rzuca na kolana - nie wiem, czy będą powtórki, zważywszy na to, ile przepisów trzeba jeszcze wypróbować.


Warstwy ciasta:

200 g mąki, 200 g cukru, 1/4 łyżeczki sody, 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli (hmm... czy ja o niej nie zapomniałam?) - wymieszać w misce. Utrzeć z 200 g miękkiego masła. W dzbanku lub misce z dzióbkiem roztrzepać 2 duże jaja z 40 g (4 pełne łyżki) dobrego, ciemnego kakao, 150 ml kwaśnej śmietany (użyłam 18%), 1 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii i dodać do masła z mąką itd. Całość utrzeć. Przełożyć do 2 tortownic 20 cm*, wysmarowanych masłem i wysypanych/lub wyłożonych pergaminem, piec 30 min w 180 st. aż ciasto zacznie odchodzić do ścianek a patyczek będzie suchy. Ciasto - 2 placki - odstawić do wystudzenia.

*Podejrzewam, że można piec w jednej tortownicy, a dłużej (z 50 min?), potem przekroić. Ponieważ jednak kupiłam nową tortownicę = miałam 2 na stanie, zrobiłam jak w przepisie.

Polewa i krem do przełożenia:

Stapiamy 80 g ciemnej i 80 g mlecznej czekolady (u mnie 100 g ciemnej i 60 g mlecznej) z 75 g masła na parze, odstawiamy do wystudzenia. Mieszamy z 125 ml kwaśnej śmietany, 1 łyżeczką wanilii, 1 łyżką golden syrup (lub sztucznego miodu, lub syropu kukurydzianego) i 300 g (można trochę zredukować) przesianego cukru pudru (w oryginale: złocisty, golden icing sugar, w warunkach polskich - nie złocisty :), łączymy na gładką masę za pomocą odrobiny gorącej wody. Smarujemy częścią kremu dolny placek, kładziemy na nim drugi, resztę kremu rozprowadzamy na wierzchu i bokach. Opcjonalnie możemy udekorować np. złotymi kuleczkami cukrowymi (zostały mi z pierniczków). Polewa nie wyszła bardzo lśniąca, więc nie miałam wyrzutów sumienia przed schłodzeniem w lodówce przed jedzeniem, i tam też raczej należy ciasto przechowywać.

Słońce wyszło, więc Bica się wygrzewała pod donicami z kwiatami. A ja, jak zwykle, chwyciłam za aparat... choć modelka, jak zazwyczaj, była kapryśna.

A tak dokładnie "Go get 'em smoothie" z Nigella Express. Czyli shake/smoothie "Pokażmy im", a moim twórczym tłumaczeniu: "Na podbój świata". Nie na codzienne śniadanie, bo wyrzuty sumienia by mnie zabiły. A jest to pyszne - w wariancie w masłem orzechowym, sam kawowy imho gorszy (nie sądziłam, że to kiedyś powiem).

Na 1 dużą szklankę napoju potrzebujemy:

  • 1 zamrożonego banana (zamrożenie nie jest konieczne, shake będzie po prostu wówczas cieplejszy, można dodać trochę lodu)
  • 150 ml dowolnego mleka (zauważyłam, że przy zamrożonym owocu trzeba dać trochę więcej)
  • 1 łyżka (jak ktoś woli mniej słodko, starczy pełna łyżeczka) miodu
  • 4 łyżeczki błyskawicznego napoju czekoladowego (w oryginale Ovaltine, zapewne można użyć np. Nesquicka; ja używam czekolady pitnej w proszku)
  • 1/2 łyżeczki kawy instant, najlepiej espresso w proszku, lub 1 łyżeczka ekstraktu kawowego LUB 1 łyżka masła orzechowego (w wersji dla dzieci) JEDNAK imho
  • najlepszy wariant ostatnich składników jest taki: 2 łyżeczki czekolady pitnej, 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej i 1 łyżka masła orzechowego - pyszne

Wszystko siup do blendera i miksujemy :)

czwartek, 10 stycznia 2008


Oczka to moja prywatna nazwa dla tych ciasteczek. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego :).

Przepis pochodzi z How to be a domestic goddess Nigelli Lawson, w oryg. "Peanut butter and jam jewels", a przepis po polsku, z licznymi komentarzami autorki wątku - Halberka, znajduje się w wątku na Galerii Potraw.

Poniżej wersja prawie bez komentarzy:

125g niesolonego masła
150g cukru
125g miękkiego jasnego cukru brązowego albo jasnego muscovado (u mnie ostatnio demerara, nieco mniej niż w przepisie, za to cukru zwykłego proporcjonalnie więcej)
200g gładkiego masla orzechowego
2 duże jajka
1 łyżeczka esencji waniliowej
300g mąki
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli

dżem do "oczek" (zalecany truskawkowy, ale osobiście uważam, że wiśniowy np. dużo lepszy)

Masło zwykłe ucieramy na gładko z cukrami (ręcznie lub w robocie), dodajemy masło orzechowe, ucieramy, dodajemy jaja i wanilię, ucieramy, dodajemy resztę, ucieramy, do lodówki na conajmniej 1 h. Po tym czasie lepimy z ciasta niewielkie kulki, w każdej kulce silnie odciskamy kciuk, do piekarnika (180 st.) na 10-15 min. Od razu po wyjęciu z pieca napełniamy dziurki po kciuku dżemem. Zostawiamy do ostygnięcia i zastygnięcia, przekładamy do puszek/pojemników.

Przechowują się bardzo dobrze i długo, w pojemniku zachowują miękkość; z przepisu wychodzi bardzo dużo ciasteczek, z 1/2 przepisu - widocznej na zdjęciu, z dżemem wiśniowym - wyszły mi 33 (sic!) "oczka". Gratka dla miłośników masła orzechowego.

PS. A ja jestem tym bardziej dumna, że zrobiłam z własnej roboty masła orzechowego, o którym pisała także Halberek...

Zapisz

Czasem zupa jest bardzo dobrym rozwiązaniem na szybki obiad. Można przygotować ją np. poprzedniego dnia wieczorem, a następnego tylko zmiksować i zagrzać, lub tylko to ostatnie.

Przyznam, że jestem wybredna w kwestii zup. Lubię prawie wyłącznie treściwe, kremowe, gęste i o zdecydowanym smaku. Rzadkie, z niezmiksowaną zawartością, takie, jakimi np. raczyła mnie jedna z moich babć i jakie często spotyka się w kuchni polskiej - nie, nie, nie. Z rosołkiem zaś zupełnie się nie lubimy. Zmuszona do tego okolicznościami - silny głód - rosół, jak prawie wszystko, zjem, ale już niekoniecznie na obiedzie rodzinnym, co dotyczy także rodziny nabytej (męża), co parę lat temu wywołało dość traumatyczną sytuację... na którą spuścimy jednak zasłonę milczenia. Tak czy inaczej, przez wiele lat w ogóle zup nie jadłam, i dopiero parę lat temu, może dzięki pozytywnym doświadczeniom podróżnym w zakresie gazpacho i Knoblauchsuppe, a także eksperymentom z zupami-krem, weszły w pewnym zakresie do naszego jadłospisu.

Poniższa zupa została właśnie ugotowana z wyprzedzeniem i zmiksowana następnego dnia. Chciałam odtworzyć smak rewelacyjnej zupy marchwiowej jaką jadłam w kawiarni w Siguldzie na Łotwie, i chyba częściowo mi się udało, zwłaszcza, że skład był podyktowany stanem zaopatrzenia lodówki i zamrażarki.


Na 2-3 szczodre porcje lub 4 mniejsze zupy marchwiowo-dyniowej z kuminem potrzebujemy:

2 cebule (u mnie w barwach kontrastowych), które szklimy na oliwie, do której wcześniej wrzuciłam trochę świeżego rozmarynu, aby się podgrzał i uwolnił aromat. Do cebuli dorzucamy 2 średnie marchewki, obrane i pokrojone w kostkę. Do tego 2 niewielkie lub 2 większe gałęzie selera naciowego, jw. w kostkę. Gdy warzywa zaczną dochodzić do momentu przywierania do dna garnka, podlewamy je niewielką ilością dowolnego rosołu (u mnie warzywny), którego łącznie potrzebujemy 1 litr. Dodajemy kurkumę (ok. łyżeczki) i kumin (u mnie szczodrze, bo uwielbiam), trochę suszonego tymianku, podduszamy chwilę warzywa i wlewamy resztę rosołu. Dodajemy ok. 350 g (lub nieco mniej lub więcej) puree z dyni (dynia wcześniej pieczona 50-60 min/190 st.C, miąższ zmiksowany, zamrożona; u mnie puree było lekko rozmrożone). Doprawiamy solą i pieprzem do smaku, gotujemy do całkowitej miękkości marchewki (ok. 30 min), sprawdzamy doprawienie (można dodać trochę więcej kuminu, lub trochę chili, zioła...). Następnego dnia podgrzewamy i/lub od razu miksujemy z dodatkiem śmietanki (u mnie 18%, ok. 100ml), sprawdzamy doprawienie. Podajemy posypane zieleniną i, jeśli ktoś ma resztki np. pieczonego kurczaka lub inne podobne zimne mięsiwo, można wrzucić je do gorącej zupy i tym sposobem uzyskać treściwy posiłek.

I taką zupę to ja rozumiem.

wtorek, 08 stycznia 2008

Czekoladowa Pavlova i granaty

Stary rok zakończyliśmy Pavlovą. Dosłownie, bo zaczęliśmy jeść deser ok. 23:40, a jak kończyliśmy, zaczęły się sztuczne ognie, i z szampanem w ręku podeszliśmy do okna.

Bardzo długi wątek o tej bezie jest tu, oryginalny przepis z Forever summer Nigelli Lawson. Pozwolę sobie skopiować zwięzłe a treściwe tłumaczenie Cipcipkurki z ww. wątku na Galerii Potraw:

Beza:
6 białek ubić na sztywną pianę, dodawać po łyżce 300 g drobnego cukru, następnie 3 łyżki kakao (przesiać), 1 łyżeczkę octu z czerwonego wina lub balsamicznego i 50 g ciemnej czekolady---posiekanej. Na papierze do pieczenia narysować koło o śr. 23 cm, wyłożyć bezę, wyrównać boki i górę. Wstawić do nagrzanego do 180 st. piekarnika i natychmiast przykręcić temperaturę do 150 stopni. Piec godzinę lub 15 minut dłużej :-) Studzić w otwartym piekarniku. Przełożyć na płaski talerz.

Wierzch: 500 ml kremówki ubić, wyłożyć na bezę, na to ułożyć 500 g malin (lub innych owoców), posypać 2-3 łyżkami pokrojonej ciemnej czekolady.

To było moje trzecie podejście do Pavlovej pełnowymiarowej. Pierwsze – absolutna katastrofa, czekoladowe frisbee. Druga – dużo lepiej, zwłaszcza byłoby, gdybym nie poklepała ciepłego jeszcze czubka, który się zapadł. Tym razem zrobiłam wersję kameralną, tj. z ½ przepisu, czyli 3 białek, pieczonych 45 min. Oczywiście góra popękała i potem się nieco zapadła, ale jak odwróciłam placek do góry dnem, przykryłam bitą śmietaną, posypałam pestkami wytłuczonym z 1 granatu i posypałam startą czekoladą, byłam całkiem z siebie zadowolona. Co prawda owoc granatu okazał się być nieco przejrzały, i kolor dlatego był nieco wyblakły, ale walorów smakowych to nie umniejszyło. I zdecydowanie daleko odeszliśmy od czekoladowego frisbee. Jeśli ktoś jeszcze nie jadł, niech spróbuje: to bardzo nietypowa beza (i chyba dlatego mi tak smakuje, bo do bez stosunkowo niedawno się przekonałam - i to nie do każdych ;).

PS. Udało mi się kiedyś także wyprodukować udane mini czekoladowe Pavlovy, na wzór tych, które można obejrzeć u Dorotus - pokombinowałam biorąc pod uwagę doświadczenia z małymi bezami, właśnie ten przepis na mini-Pavlovy, i powyższy na czekoladową (wszystko wg. przepisów Nigelli). Zrobiłam jak poniżej, i polecam, urosły ślicznie i nie opadły; niestety zdjęcia się nie zachowały (robiłam je tego lata):

4 białka ubić na sztywno, następnie stopniowo dosypywać cukru (wzięłam 60 g na każde białko, jak robię przy bezikach małych, ale było trochę za słodkie, bo czekolada potem; proponuję zamiast 240 g cukru - 200-220 g, chyba, że ktoś ma bardzo "słodki ząb"). Do ubitych białek dodać 2 łyżki kakao i ok. 3/4 łyżeczki octu winnego (najlepiej z czerwonego wina lub balsamico, ale jak dodacie białego, nic się nie stanie). Wymieszać delikatnie, ale stanowczo, wmieszać 1/2 posiekanej tabliczki czekolady. Formować +- 10 cm bezy. Piekarnik nagrzać uprzednio do 180 st, po wsadzeniu bez od razu zmniejszyć do 150 st. Piec 30 minut, i zostawić na kolejne 30 min w wyłączonym piekarniku (lub dłużej, do ostygnięcia). Nie uchylać za szybko drzwiczek! Z 4 białek wyszło mi 6 bez x 10 cm.

Tarta 3 x curry

To był eksperyment, a ponieważ się całkiem udał, chwalę się. Przez curry rozumiem łagodną mieszankę przypraw, taką, jaką u nas najczęściej się spotyka.

Ciasto: normalne nie słodkie, 200 g mąki/100 g zimnego tłuszczu (najlepiej 1/2 roślinnego twardego, reszta masła - tu miałam samo masło)/szczypta soli, dwie szczypty curry - na okruszki, połączyć za pomocą zimnej wody z odrobiną soku z cytryny; przyprawy wysuszają ciasto, lepiej mieć nawet minimalnie wilgotniejsze, żeby za bardzo nie stwardniało (jak moje; musiałam je potem potraktować dość brutalnie i chyba niezgodnie ze sztuką wyrabiania kruchego :). Schłodzić (co najmniej 20 min), wyłożyć tartownicę (moja 27 cm), schłodzić ok. 30 min z fasolkami, jeśli ktoś, jak ja, chce piec na ślepo. Podpiec 10 min na ślepo (z fasolkami, jeśli ktoś nie chce się bawić, to tylko nakłute) i dalsze 10 min (odkryte, jeśli z fasolkami) w 200 st.
Farsz: zeszklić 2 cebule i białą część dymki na odrobinie oliwy + sól i curry, zmiękczyć, odstawić. Lekko zmiksować/roztrzepać: ok. 90 ml śmietanki, 2 żółtka, zieloną część dymki posiekaną, 2 piri piri ze słoika posiekane (lub 1-2 małe świeże chilli, bez pestek), ok. ¼ łyżeczki curry. Dodać do 2 puszek tuńczyka w sosie własnym (osączone). Doprawić do smaku solą i pieprzem, ew. trochę więcej chilli i curry. Na podpieczony spód wyłożyć cebulę, na to sos, na to liście pietruszki, na to odrobinę startego sera (u mnie zupełnie z innej bajki - pecorino). Piec 25 min w 180 st.

A z resztki ciasta zrobiłam mini pierożek, nadziany dżemem cebulowym i odrobiną sera żółtego, pieczony ok. 13-15 min w 180 st. Też przyjemne, a najlepiej by było: tarteletki, ser pleśniowy, tymianek i dżem cebulowy... I do takich tarteletek ciasto z dodatkiem tymianku w środku - a może rozmarynu? Trzeba wypróbować.

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna