Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
piątek, 22 lutego 2008

A właściwie ustrzelona przez Komarkę :)

O co chodzi?

Zostałam "ustrzelona" w grze blogowej. Reguły są takie:

  1. Należy podać linka do osoby, która nas ustrzeliła
  2. Zacytować na swoim blogu reguły zabawy
  3. Wpisać 6 nieważnych, śmiesznych rzeczy na swój temat
  4. "Strzelić" następnych 6 osób
  5. Uprzedzić ww. osoby pisząc post na ich blogu

A więc, do 6 razy sztuka:

  1. Jeśli jest niebezpieczeństwo potknięcia, uderzenia się lub oblania czymś, bądźcie pewni, że to zrobię.
  2. Jestem fanką Harry'ego Pottera (książek) i ostatnio rozwinęłam małą obsesję na punkcie Jamesa McAvoya.
  3. Jestem łasuchem tylko w zakresie wypieków domowych, którym nie mogę się oprzeć. Reszta, łącznie z czekoladą, może leżeć i leżeć. Nawet jak byłam dzieckiem, wolałam...
  4. ... chipsy. Uwielbiam chipsy. Na samą myśl o salt and vinegar crisps (z octem i solą, niedostępnych w PL poza Marks&Spencer, a te imho nienajlepsze) mam ślinotok. Jednak nie jem chipsów - w ogóle, bo zakodowane są w moim umyśle jako skrajnie niezdrowy produkt i wyrzuty sumienia by mnie zabiły. Tak, wiem, że brzmi to dziwnie.
  5. Mój nick pochodzi z czasów I klasy LO, kiedy zaproponowałam klasie czytanie Ptaśka jako lektury dodatkowej. Propozycja została przyjęta, a ja zostałam Ptasią.
  6. Boję się jeździć starymi windami, takimi, jakie znajdują się w przedwojennych kamienicach w W-wie, z zamykanymi wewnętrznymi drzwiczkami. Z tego powodu przez większość studiów na anglistyce biegałam w tą i z powrotem na 4 piętro po schodach.

A teraz piiing: spróbuję ustrzelić Irytka, Shiherlis, Liskę, Dorotus, Gosię-Oczko i Beę .

czwartek, 21 lutego 2008

Ciasteczka pojawiają się nie tylko dlatego, że jest

ale dlatego, że jedziemy bladym świtem w sobotę rano na narty do Austrii! Całą rodziną, bo i z kotem (który ma chipa i paszport :). A te ciasteczka się świetnie nadają jako przegryzka samochodowa, i nie tylko - bo są to moje ulubione ciasteczka owsiane. Robiłam różne wersje, ale oryginalna jest najlepsza, a zwłaszcza nie polecam zastępowania białej czekolady ciemną lub mleczną. Nie kocham białej, ale tu sprawdza się świetnie, stapiając się w (pyszną) całość z ciasteczkami. Przepis z Feast Nigelli.

Składniki: 1 szkl mąki, 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki soli, 1 szkl płatków owsianych górskich - pomieszać; utrzeć na krem 113 g (1 stick) + 1 łyżkę miękkiego masła  (łącznie ok. 125 g) z 1/2 szkl.  cukru dark muscovado i 1/2 szkl. drobnego cukru (można trochę zredukować, bo ciasteczka wychodzą dość słodkie; zazwyczaj dodaję 1/2 szklanki każdego cukru bez 2-3 łyżek), dodać do tego jedno jajo, 1/2 łyżeczki esencji waniliowej, pomieszać na jednolitą masę i dodać suche (mąka itd.); następnie domieszać 1/2 szkl. suszonej żurawiny, 1/2 szkl. orzeszków (dałam włoskie, w oryginale pecan) oraz 3/4 szkl. drobno pokrojonej białej czekolady (daję zawsze posiekaną 1 tabliczkę 100g) lub drobinek z białej czekolady. Masę wkładamy na 15 min (lub dłużej) do lodówki, potem formujemy kulki, układamy na blachach wyłożonych pergaminem i pieczemy 15 min w 180 st. Wg. autorki ma wyjść 30 szt. - chyba robię większe, bo zawsze wychodzi mi mniej - zazwyczaj pomiędzy 23 a 27. A znikają jak zaczarowane...

Kolejny obiad z serii "jesteśmy sami w domu", choć, oczywiście, nie musi być to obiad. Ja akurat przyrządziłam ww. miskę sałatki dla 1 osoby, tj. siebie, właśnie w takim celu. Sałatki ziemniaczane bywają różne, ja lubię wersję z nutą rybną.

Gotujemy parę ziemniaków (ok. 5 średnich) na głowę w osolonej wodzie, uważając, by się nie rozgotowały, odcedzamy, suszymy, studzimy. Gdy przestygną, kroimy je wzdłuż w plastry. Kroimy jedną małą cebulę w piórka, wsadzamy do miseczki i wyciskamy na nią sok z ok. 1/2 cytryny - sprawi, że cebula będzie łagodniejsza i w smaku, i w zapachu (to ostatnie istotne dla otoczenia); odstawiamy ją tak na chwilę na bok. Innym wariantem byłoby użycie szczypiorku lub dymki (bez moczenia w cytrynie). Kroimy 3 średnie surowe pieczarki w plastry, dorzucamy do ziemniaków, do tego dodajemy kawałek drobno pokrojonego selera naciowego i trochę posiekanej pietruszki. Dorzucamy cebulę wraz z sokiem z cytryny i parę filecików anchovis. Doprawiamy pieprzem, odrobiną świeżego tymianku, skrapiamy oliwą. Przygotowujemy sos: ze 3 łyżki jogurtu naturalnego - jeśli chudy i kwaśny, można kapnąć odrobiny śmietanki lub dodać łyżeczkę majonezu - mieszamy z łyżeczką musztardy Dijon (czubatą lub niepełną, w zależności od upodobań). Mieszamy sałatkę z sosem, odstawiamy na chwilę, jemy z przyjemnością.

wtorek, 19 lutego 2008


Lubię hamburgery i inne wariacje burgerowe, niekoniecznie z mięsa wołowego. Wypróbowałam różne przepisy i jak na razie, najbardziej podpasował mi ten z Nigella Express. Dodatek jogurtu lub maślanki sprawia, że kotleciki są kruche i delikatne. Robię z ok. 450-500g mięsa, przyjmując, że w ten sposób mam solidną porcję obiadową dla 2 dorosłych osób (2 większe kotleciki na głowę plus ewentualny surplus) nie jedzących do dania frytek itd., a jak coś zostanie na zimno, to tym lepiej. Poniżej podaję oryginalny przepis Nigelli (+ moje uwagi), na mniejszą ilość, tj. dwa większe burgery:

Składniki: 250g chudego mielonego mięsa wołowego (lub, jak u mnie ostatnio: drobiowego, lub indyczego - bardziej delikatne), 1 x 15ml łyżka skarmelizowanej cebuli (wg. Nigelli człowiek oszczędza czas, raz na jakiś czas dusząc cebulę aż się niemal skarmelizuje i trzymając ją w słoiku w lodówce lub w zamrażarce - do czego jakoś podchodzę sceptycznie; imho można spokojnie przesmażyć/poddusić małą cebulę, ew. można spróbować zastąpić dżemem cebulowym, ale wtedy będzie słodszy smak), po 1 1/2 łyżeczki: maślanki lub jog. naturalnego, sosu sojowego, sosu Worcestershire, sporo świeżo zmielonego pieprzu, olej do posmarowania kotlecików

Mieszamy składniki, dzielimy na 2 porcje, formujemy ręcznie w dość płaskie kotlety. Nagrzewamy mocno patelnię grillową i lekko smarujemy burgery olejem. Smażymy parę minut z każdej strony. Podajemy z bułeczkami hamburgerowymi, niekoniecznie własnej roboty ;), z surowymi warzywami, sosami, serem.


niedziela, 17 lutego 2008

Czy Bica wie, że dzisiaj jej święto? Czy dlatego dzisiaj obudziła nas wyjąc pod sypialnią bladym świtem, a właściwie jeszcze wcześniej, bo było ciemno? Czy dlatego wycie zakończyła głośną próbą staranowania drzwi sypialni (a macie! za to, że mnie nie wpuszczacie! BUM!)...?

Od kiedy mam kota, zrozumiałam znaczenie powiedzenia "curiosity killed the cat". Cokolwiek leży na podłodze, trzeba się na tym położyć. Cokolwiek ciekawie pachnie, trzeba z bliska obwąchać. Wszystko, co drobne i leży na blacie lub stole, należy trącić łapką i zobaczyć, co będzie dalej. Niekiedy ciekawość ma bolesne skutki (patrz powyższe powiedzenie ;/), w przypadku Bici: spalone w 1/2 wąsiki (1sza Wigilia w życiu 3 miesięcznego kotka, świeczki na stole) i parę kąpieli w wannie (woda jest fascynująca).

Zawsze ciekawiła mnie obecność kotów w literaturze fantasy. M czyta dość dużo książek z tego gatunku, i przekazuje mi co ciekawsze "kocie fragmenty". Niektórzy nie ukrywają swojej miłości do moich ulubionych czworonogów: Neil Gaiman często pisze o kotach na swoim blogu, nie tylko w powieściach, a Terry Pratchett jest autorem książki Kot w stanie czystym. Często, gdy patrzę, jak Bica wpatruje się w szybki szafki na książki i próbuje się do niej dostać (miaucząc i drapiąc łapką framugę), mam wrażenie, że chce, jak Kot w Koralinie, przewędrować na drugą stronę lustra, względnie znaleźć tunel na działkę. Niekiedy, gdy patrzę w idealnie okrągłe oczy Bici, jak z ilustracji Tove Jannson, wpatrującej się w napięciu we mnie lub - często - w niewiadomo co, robi mi się lekko nieswojo. Jest to uczucie czegoś uncanny (unheimlich), jak z powieści grozy lub opowieści fantastycznych. Co ładnie pasuje do Bici skaczącej ponad metr w górę do otwartej biblioteczki i lądującej za Dziadkiem do orzechów Hoffmanna (dwa razy w ostatnim tygodniu).

A skoro ma takie moce ponadnaturalne, czemu nie wie, że Pani kocha ją najbardziej? I czemu kocha bardziej Pana?

sobota, 16 lutego 2008

Podpatrzyłam je u Dorotus, która podpatrzyła je u Liski (która zdaje się podpatrzyła je u Marthy Stewart :). Bułeczki łatwe, przyjemne, b. smaczne.

Składniki: 3/4 szklanki cieplej wody
1/3 szklanki mleka w proszku*
2 łyżki masła, roztopionego i ostudzonego
1,5 łyżki cukru
3/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka drożdży instant
1 jajko
2,5 szklanki mąki
Do posmarowania bułek:
1 żółtko
1 łyżka mleka
sezam

* Można użyć zamiast wody i mleka w proszku - zwykłego mleka.


Wodę, mleko, masło i cukier umieścić w misce i wymieszać. Dodać drożdże, zamieszać i odstawić na 10 minut. Dodać jajko, połowę mąki i sól, zagnieść (można mikserem).

Powoli dodawać resztę mąki. Zagnieść gładkie ciasto - powinno być elastyczne i się nie lepić, ale nie należy dodawać zbyt dużo dodatkowej mąki (dałam łącznie mniej niż 2,5 szkl. - bliżej 2,25). Ciasto przełożyć do miski, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia na ok. 1 h. Po tym czasie uformować 8 bułeczek, które należy po uformowaniu w kulkę, spłaszczyć dłonią.

Bułeczki ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na 45 minut. Piekarnik nagrzać do 200 st C. Wyrośnięte bułeczki posmarować żółtkiem wymieszanym z mlekiem, posypać sezamem. Wstawić do piekarnika i piec 13-15 minut (u mnie 16). Po upieczeniu ostudzić.

A tak wygląda bułeczka już wykorzystana zgodnie z przeznaczeniem:

Zbliżają się urodziny Taty, więc tradycyjnie należało się postarać o jego ulubiony wypiek jabłkowy. Przeważnie na taką okazję M przygotowuje szarlotkę na cieście półkruchym, tym razem jednak chciałam zrobić coś innego. Rodzice niedawno wrócili z Austrii, my jedziemy za tydzień (narty!), więc bedzie okazja do porównań.

Gdy czytałam przepisy na apfelstrudel, przerażało mnie wałkowanie ciasta tak, by można było przez nie przeczytać gazetę. Ponieważ jednak niedawno wałkowałam ciasto makaronowe na podobną grubość i znalazłam zachęcający przepis Komarki, zaryzykowałam. I oczywiście nie było czego się bać. Poniżej kopiuję przepis Komarki z moimi uwagami/zmianami:

Ciasto - 250 g mąki, pół łyżeczki soli, 1 jajko, 1 łyżka oleju, 100 ml letniej wody
Nadzienie - 4-5 (u mnie 7) dużych słodkich jabłek (u mnie szara reneta - nie lubię słodkich jabłek do celów kulinarnych), 2 łyżki cukru, 2 łyżeczki cynamonu, pół szklanki rodzynek, 1/3 szklanki suszonych czarnych porzeczek (u mnie same drobne rodzynki), skórka z cytryny, rum do skropienia nadzienia
Dodatkowo - 100 g roztopionego masła, łyżka bułki tartej

Składniki na ciasto zagnieść (jeżeli jest zbyt luźne dosypać trochę mąki) - musi być gładkie i nie kleić się do rąk. Uformować kulę, posmarować ją olejem (lub zawinąć w folię) i odstawić na ok.godzinę. W tym czasie obrać jabłka, pokroić je w dużą kostkę i wymieszać z resztą składników. Skropić wszystko rumem.
Najlepiej ciasto podzielić na 2 części - w normalnym piekarniku tak wielki strudel i tak się nie zmieści, ja nawet powstałe 2 musiałam piec na 2 blachach, ułożone na skos (patrz: zdjęcie). Ciasto rozwałkować na posypanej mąką stolnicy najcieniej jak się da - musi być niemal przezroczyste, co jednak nie jest problemem, bo ciasto jest bardzo elastyczne, łatwi się wałkuje, można też je delikatnie rozciągać rękoma. Wg. przepisu Komarki należy przenieść je z pomocą wałka na ściereczkę - ja tego nie zrobiłam, zwinęłam i przeniosłam na blachę bez pomocy, ale można mieć ściereczkę w pogotowiu. Ciasto posmarować roztopionym masłem wymieszanym z bułką tartą. Na ok. 2/3 powierzchni ciasta ułożyć nadzienie i zwinąć strudel wyciągając spod spodu ściereczkę (jeśli z niej korzystamy). Zwinąć też końce, tak aby nadzienie nie wypadało. Przenieść strudla na blachę do pieczenia wyłożoną pergaminem. Posmarować masłem z bułką po wierzchu. Piec ok. 40-45 min. w temperaturze 190 stopni. W czasie pieczenia można jeszcze polać strudla pozostałym masłem. Po upieczeniu posypać cukrem pudrem.
Strudel można jeść na ciepło z sosem waniliowym (lubię) lub bitą śmietaną (ja niekoniecznie), można też na zimno - jak Wam się podoba :)

piątek, 15 lutego 2008

W oryginale Maple pecan muffins, z Feast Nigelli Lawson.

Jak na razie nic nie zdetronizowało moich ukochanych muffinów z rabarbarem. Niestety, w warunkach PL trzeba czekać do conajmniej maja, a zapasy zamrożonego rabarbaru już zużyłam. Trzeba czymś się pocieszyć, mając ochotę na śniadanie nieco bardziej zaawansowane.

Składniki suche: 2 szkl. mąki, 1/2 szklanki zarodków pszennych, 1 szkl. posiekanych pekanów (użyłam orzechów włoskich i nie bawiłam się w siekanie, tylko potłukłam je lekko przez siatkę i do tego pięścią), 4 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta soli - całość wymieszać w misce. Osobno roztrzepać składniki mokre: 1/2 szkl. mleka, 1/2 szkl. oleju, 1/2 szkl. syropu klonowego, 1 jajo. Wymieszać byle jak mokre z suchym, tyle, byle się połączyły składniki, pamiętając złotą zasadę: im niechlujniej pomieszane ciasto, tym lepsze muffiny. Przekładamy do foremek wyłożonych papilotkami/natłuszczonych, wierzch Nigella sugeruje posypać resztką posiekanych orzechów pomieszanych z łyżką brązowego cukru - ja tylko posypałam lekko po wierzchu demerarą. Do 200 st. C na 20 min. Autorka twierdzi, że wyjdą blade - moje wyszły zdecydowanie zrumienione, mimo pieczenia na najniższym poziomie piekarnika. Najlepsze w ok. 10-15 min po wyjęciu z pieca. Nadprodukcja bdb się zamraża.

Uwielbiam orzechy i syrop klonowy, więc sporo się spodziewałam po tych muffinach. Jednak syrop ginie, czuć głównie orzechy i lekki dymny posmak. Zarodki sprawiają, że sprawiają wrażenie razowych lub na wpół razowych. O dziwo, muffiny nie są przesadnie słodkie, co czyni je uniwersalnymi - bdb pasują do sera, np. koziego lub żółtego, lub do zjedzenia na słodko, np. z syropem lub miodem. U mnie na śniadanie jak na zdjęciu, z jogurtem greckim. Przyjemne, ale... czekam na rabarbar :)

czwartek, 14 lutego 2008

Osobiście nie obchodzę Walentynek. Jednak ponieważ nastrój itd. sprzyja, załączam moją ostatnią zabawę myszką i Gimpem, tj. impresję nt. zakochanego Otella (z czasów, zanim Jago zaczął mówić o zielonookich bestiach :):

Co pasuje także do miłości dworskiej (courtly love), a o jej związkach z Walentynkami można poczytać tu. I wychodzi na to, że wszystko przez Chaucera...

sobota, 09 lutego 2008


To ciasto to dla mnie smak londyńskiego dzieciństwa: spód ze słodko-słonych ciasteczek i piankowy, znów słodko-słony ser, plus polewa owocowa. Chyba moje ulubione ciasto, z wszystkich możliwych wypieków. Poniższy przepis jest zasadniczo wersją Nigelli z Domestic goddess, poza polewą, którą opracowałam sama (przy małej pomocy Google). Jeśli ktoś chce dokładnie jak w oryginalnym przepisie, proponuję zajrzeć do tego wątku na Galerii Potraw.

Ważne: nie bać się kąpieli wodnej, absolutnie nie używać twarogu na sernik, tylko śmietankowego!!!, nie używać innych ciasteczek, niż digestive!, nie ubijać za mocno, bo wyjdą pęcherzyki - wystarczy trzepaczka ręczna, serek najlepiej wyjąć wcześniej z lodówki, by był miękki

Przepis: Spód: 150g ciasteczek digestive, 75g niesolonego roztopionego masła, 600g serka śmietankowego typu Philadelfia (najczęściej używam Turka Świeży Serek, m.in dlatego, że występuje w opakowaniach 450 i 150 g = 600 g), 150g drobnego cukru, 3 duże jajka, 3 duże żółtka jajek, 1 i pół łyżki ekstraktu waniliowego, 1 i pół łyżki soku z cytryny, forma tortowa średnicy 20 cm, bardzo mocna folia aluminiowa

Zmielić (lub rozgnieść) ciasteczka na okruchy, dodac masło i wyrobić na mokry piasek. Wyłożyć ciasteczkową masą spód formy, przyciskając palcami (polecam, b. przyjemne) lub łyżką. Schłodzić formę w lodówce. Rozgrzac piecyk do 180ºC. Ubić serek aż stanie się gładki, dodać cukier. Wbijać jajka i żółtka jajek, dodać wanilię i sok z cytryny. Zagotować wodę w czajniku. Owinąć formę podwójnie złożoną folią aluminiową, włożyć do większej formy. Jeśli mamy wątpliwości, czy tortownica jest dobrze zabezpieczona, owińmy folią jescze raz. Wlać masę serową do formy z ciasteczkowym spodem, i wlać gorącą wodę do większej formy, mniej więcej do połowy wysokości. Wstawić do piecyka i piec ok. 55 min - wierzch powinien być ścięty, ale sernik pod spodem miękkawy. Ostrożnie wyjąć, odpakowac formę z folii i studzić. Nie przerażać się wilgocią w odpakoanej folii - to normalne, że trochę wody się tam zbiera. Ciasto najlepsze jest na następny dzień, wtedy też można przygotować polewę.

Polewa: 4 łyżki dżemu (w ładnym kolorze, najlepszy wiśniowy lub porzeczkowy), 2 łyżki wody, 1-3 łyżeczki mąki ziemniaczanej.

Dżem podgrzać z wodą (nie zagotowywać), zdjąć z gazu, wmieszać stopniowo mąkę (najlepiej przesianą). Ilość zależy od płynności dżemu. Polewa powinna być na tyle lejąca, aby dało się nią oblać wierzch ciasta, ale zarazem nie zanadto, żeby zbyt mocno nie spłynęła; zazwyczaj 1-2 łyżeczki mąki ziemniaczanej wystarczają. Odstawiamy polewę na 1-2 minuty do lekkiego wystudzenia i zgęstnienia, oblewamy ciasto z wierzchu, zostawiamy do zastygnięcia.

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna