Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
sobota, 26 stycznia 2008

Bardzo przyjemna rzecz np. na imprezę. Moi goście byli zadowoleni, więc nie przejęłam się marudzeniem M., zwłaszcza, że puchłam z dumu nad własnoręcznie zrobionym ciastem francuskim. Przepis pochodzi z Anne's food, tylko u niej są to palmiery.

Zawijańce z fetą i figami: Rozwałkowujemy arkusz ciasta francuskiego na prostokąt. Ok. 100g fety rozgniatamy z paroma łyżkami śmietany lub śmietanki, rozsmarowujemy równomiernie na cieście. Posypujemy ok. 8 drobno pokrojonymi suszonymi figami. Zwijamy w rulon od dłuższego boku, lub by uzyskać palmiery, zwijamy z dwóch stron. Schładzamy (u mnie ok. 2-3 h, ale z pewnością można krócej), kroimy na dość cienkie plasterki. Układamy na płasko na blasze/raczej 2 blachach, Anne radzi posmarować roztrzepanym jajkiem, co ominęłam i pieczemy 10-12 min w 225 st.

I teraz - o co chodzi z tym ciastem francuskim dla idiotów? Otóż chodziłam i chodziłam wokół przepisu na ciasto francuskie robione w malakserze z How to be domestic goddess Nigelli. Był to jedyny przepis na ciasto francuskie, który wydawał się prosty, szybki i mnie nie przerażał. Nie mam malaksera, ale mam robota z nasadką do ucierania, którym robię bdb ciasto kruche. Spróbowałam - i to a/ działa, b/ naprawdę banał. Jeśli ktoś powie, że po co się bawić, skoro można kupić - koleżanki wczoraj powiedziały, że jest delikatniejsze niż kupne - też mi się tak wydaje. Nie mówiąc o tym, że koło mnie wcale nie jest łatwo kupić ciasto francuskie, a zachwalanego Bliklego np. nie lubię.

Ciasto francuskie dla idiotów: 250 g "mocnej" (chlebowej; użyłam luksusowej) mąki mieszamy w malakserze/misce robota ze szczyptą soli. Dodajemy 250 g masła pokrojonego w 1/2 cm plastry. Pulsujemy kilka razy/ucieramy chwilę szybko - kawałki masła powinny być wciąż widoczne. Dodajemy parę kropli cytryny i tyle zimnej wody (parę łyżek - ok. 5-6), by ciasto połączyło się jednolitą, elastyczną masę (jak przy kruchym). Schładzamy w lodówce 30 min. Po tym czasie solidnie posypujemy blat mąką i rozwałkowujemy ciasto na prostokąt, który następnie składamy jak list do koperty DL, na 3 części. Znów rozwałkowujemy, składamy, i tak jeszcze raz (i ja jeszcze 1, bo pierwsze złożenie było bardzo amatorskie), cały czas podsypujemy mąką. Schładzamy jeszcze 30 min przed dalszym użyciem. I już! Podejrzewam, że jak ktoś chce, może po odczekaniu dalsze 30 min lub więcej jeszcze raz sobie powałkować i poskładać, ale nie jest to konieczne; tak czy inaczej, ciasto musi poleżeć w lodówce conajmniej 30 min przed obróbką termiczną.

Wychodzą dwa arkusze ciasta, niestety nie zważyłam ich, ale z jednego zrobiłam ww. zawijańce (przy czym ciasto wtedy poleżało sobie w lodówce już dobę), a z drugiego tartę na obiad. Schłodzone ciasto wałkuje się wspaniale, jest elastyczne i miękkie, po upieczeniu wychodzi bardzo delikatne, lekkie i kruche. Z całego serca polecam.

Nie znam łatwiejszych ciasteczek. Nie dość, że banalne, to jeszcze świetny patent na zużycie białek. W tym wariancie wychodzą przyjemnie miękkie i lekko ciągnące w środku, bo pieczone są krótko, a w dość wysokiej temperaturze. Przepis z Feast Nigelli Lawson, klimaty bliskowschodnie.

Makaroniki-ciągutki (Chewy macaroons): Mieszamy 2 szklanki mielonych migdałów z 1 szklanką cukru drobnego. Dodajemy dwa białka z dużych jaj i 1/4 łyżeczki kardamonu, ucieramy całość na pastę. Do miseczki nalewamy ok. 2 łyżek wody różanej, nurzamy w niej palce i tak uperfumowanymi rękoma formujemy niewielkie kulki. Pewnie można to ominąć i dodać kroplę np. esencji pomarańczowej lub migdałowej do ciasteczek, ale, choć nie kocham wody różanej, to maczanie palców w pachnącej wodzie jest całkiem przyjemne; czułam się przez chwilę jak w haremie :). Nigelli miało wyjść ciasteczek bodajże 25, moje kulki, jak zazwyczaj, wyszły chyba większe i makaroników było 16. W środek każdego ciasteczka wciskamy migdał bez skórki. Układamy z odstępami na blasze - rosną. Pieczemy ok. 10-12 min w 200 st. grzanie góra+dół/190 st. termoobieg, aż brzegi się lekko zezłocą (nie należy za bardzo przypiekać).

A inne wariantów makaroników kształtują się tak:

Makaroniki kakaowo-arachidowe

Metoda tradycyjna, Nigelli z How to eat:

Metoda wyjściowa: 1,5 szkl. mielonych migdałów łączymy z 1 szkl. drobnego cukru. Dodajemy 2 białka, mieszamy. Dodajemy 2 łyżki mąki i łyżeczkę esencji migdałowej. Mieszamy, formujemy ciasteczka, dekorujemy środek każdego migdałem. Pieczemy 20 min. w 170 stopniach.
Moja kombinacja - makaroniki kakaowe: parę łyżek z tej 1,5 szkl. migdałów zastąpić kakao (nawet ok. 5 łyżek, jeśli kakao nie jest b. ciemne - więc migdałów ponad szklanka i do 1,5 szkl. dopełniamy kakao. Esencję migdałową można zastąpić pomarańczową. Przyjemne wychodzą też makaroniki z mąki arachidowej - tylko zawsze nieco bardziej płynne, trzeba wyciskać tutką lub nakładać łyżeczką.

Albo "Curry in a hurry" z Nigella Express. Szybkie, łatwe i bardzo smaczne, i M, który klimaty tajskie przyjmuje z mieszanymi uczuciami, zaaprobował bez problemu. Oryginalny przepis znajduje się tu, poniżej moje tłumaczenie (proporcje dla 6 osób, ja tradycyjnie robiłam z 1/2 porcji):

Składniki: 2 x 15ml łyżki oleju do woka (użyłam sezamowego), 3 x 15ml łyżki posiekanej dymki, 3-4 x 15ml łyżki zielonej pasty curry, 1kg filetów z nogi kurczaka (użyłam piersi, jako, że w PL nie ma odfiletowanych nóg, a sama nie mam zamiaru się męczyć, zwłaszcza, że w przeciwieństwie do Nigelli, lubię białe mięso), pokrojone na paski 4cm x 2cm, 1 x 400ml puszka mleka kokosowego, 250ml bulionu warzywnego/drobiowego, 1 x 15ml łyżka sosu rybnego, 185g mrożonego groszku, 200g mrożonej soi (użyłam bobu), 150g mrożonej fasolki szparagowej, 3 x 15ml świeżej posiekanej kolendry (ostatecznie pietruszki, choć smak oczywiście inny).

Rozgrzać olej w rondlu z pokrywką, wrzucić dymkę, gotować 1-2 minuty, dodać pastę curry. Wrzucić kurczaka i przesmażyć przez 2 minuty (u mnie parę min dłużej, po 2 był jeszcze mocno surowy), dodać mleko kokosowe, 250 ml bulionu, sos rybny, mrożony groszek i soję (bób). Gotować 10 minut, dodać fasolkę i gotować kolejne 3-5 minut. Podawać z ryżem (najlepiej jaśminowym) lub makaronem chińskim, limonkami do doprawienia i posypać kolendrą (pietruszką).

Jeśli planujemy przechować resztki, trzeba pamiętać, że ryż w towarzystwie curry wchłonie cały płyn i powstanie coś na kształt risotto. M to zupełnie nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie - curry-risotto nie udało mi się nawet spróbować.

piątek, 25 stycznia 2008

Praktycznie cały rok mam bakłażana i/lub cukinię w lodówce, przy czym preferuję to pierwsze. Właściwie, "bakuś" jest moim ulubionym warzywem. Najczęstsza obróbka termiczna polega na duszeniu, choć oczywiście grillowany i pieczony jest także pyszny. Aha, od kiedy odkryłam, że smak się nie zmienia i nie jest to konieczne, nie solę go przed dalszą obróbką.

Duszenie na sos do makaronu lub np. kuskusu sprzyja eksperymentowaniu. I tak prezentowaną wyżej wersję chciałam doprawić czerwoną pastą curry, ta jednak nie nadawała się już do spożycia, więc pogrzebałam głębiej w lodówce. Efekty były takie:

Na rozgrzaną oliwę wrzucić 2 ząbki czosnku, rozdrobnione, po chwili dorzucić 1 pokrojonego w kostkę bakłażana. Gotować ok. 10 min, aż zmięknie. Dodać puszkę pomidorów, wymieszać i... tu zaczyna się zabawa w doprawianie. Poza solą/pieprzem, można dodać zioła (zwłaszcza oregano, świeży lub suszony tymianek, rozmaryn...). Można dodać chilli (można było eż dodać papryczkę chilli na początku). Można dodać czubrycę, garam masalę, kumin - naprawdę, co nam pasuje. Zauważyłam jednak, że bakłażan lubi się z cynamonem, i prawie zawsze trochę dodaję - pomidory + bakłażan + cynamon naprawdę do siebie pasują. Można też dodać trochę pasty paprykowej, np. węgierskiej. A w tej najnowszej wersji dodałam, poza solą, szczyptę ostrej przyprawy na bazie chilli, łyżkę sosu śliwkowego (pierwszy raz użyłam do sosu ciepłego, jako dodatku, i tak też pasuje), aby dosłodzić kwaśne pomidory - zamiast cukru, trochę dżemu cebulowego, i dla równowagi ze słodkim, trochę sumaku. Po doprawieniu skręcamy gaz na średni/mały, przykrywamy garnek pokrywką i gotujemy ok. 10-15 minut. W międzyczasie gotujemy makaron średniej wielkości (np. widoczne na zdjęciu rurki), mieszamy sos z makaronem w garnku, przykrywamy jeszcze na chwilę (nie na gazie), podajemy.

Wyszło trochę za słodkie (za dużo dżemu), ale poza tym ciekawe. Kolejny eksperyment bakłażanowy za mną.

środa, 23 stycznia 2008

Mój osobisty hit z Nigella Express. Nie wiem jak wy, ale ja zasadniczo wstaję do pracy wcześnie. Nawet niekiedy bardzo wcześnie, tj. np. o 5:30 (auć!). Ponieważ zostałam tak wychowana, że nie wyjdę z domu bez choćby symbolicznego śniadania, a bladym świtem często nie jestem głodna, szukam rozwiązań na małe, niezobowiązujące coś niecoś. Takie, które można bez większego trudu wsunąć robiąc jednocześnie makijaż lub pakując torbę, albo nawet zjeść idąc na przystanek tramwajowy. Te batony to właśnie taka rzecz.

Podaję pełen przepis, choć uwaga: robię z 1/2. O czym niżej.

Skład: 1 x 397 g słodzonego mleka skondensowanego (przyjmuje się, że niesłodzone można dosłodzić stosując szklankę/1,25 szkl. cukru na szklankę mleka, co daje - moim zdaniem - mleko mocno słodkie); 250 g płatków owsianych (nie błyskawicznych); 75 g wiórków kokosowych; 100g suszonej żurawiny; 125 g mieszanych pestek (dyni, słonecznika, sezamu); 125 g niesolonych fistaszków
Nagrzewamy piekarnik do 130 st, natłuszczamy foremkę 23x33x4 cm (imho lepiej wyłożyć pergaminem, znacznie łatwiej potem pokroić i wyjąć). Podgrzewamy mleko w rondelku. Jak mleko się podgrzewa, mieszamy suche. Dodajemy ciepłe mleko do reszty składników, mieszamy porządnie, przekładamy do foremki, wyrównujemy, pieczemy 1 h. W ok. 15 min po wyjęciu z pieca kroimy na kwadraty/prostokąty (ma wyjść ok. 16). Jak wystygną całkiem, przekładamy do szczelnego pojemnika.

ISTOTNE UWAGI:

  • Można kombinować ze składem. Używałam innych proporcji pestek, zastępowałam żurawiny suszonymi wiśniami lub pokrojonymi figami, fistaszki innymi orzechami - całymi lub mielonymi. Zazwyczaj używam mleka niesłodzonego, sama dosładzam - redukując trochę cukier, i czasem dodaję jakiś syrop smakowy (np. kokosowy tu pasuje).
  • Czas pieczenia jest moim zdaniem orientacyjny; za 1szym razem piekłam 15 min dłużej. Gotowe batony powinny być lekko zezłocone, ale nie zanadto, i stanowić stałą, nie za twardą masę. Dziewczyny na GP narzekały, że wyszły im za twarde - nigdy nie miałam tego problemu, jeśli w ogóle, to pierwsze były trochę za miękkie.
  • Za pierwszym razem zrobiłam całą porcję, umieściłam w słoju, zjadłam mniej więcej 1/2 (w ciągu ok. tygodnia - 1,5) i wyjechałam na ok. 10 dni z W-wy. Po powrocie w słoju zastałam nie tylko batony, ale także dodatkowe, hm, formy organiczne, nadające się do zaniesienia na lekcję biologii (praca domowa pt. "Hodujemy pleśń"). Od tego czasu piekę z 1/2, w małej foremce kwadratowej, i batony trzymam w lodówce. Co i wam radzę, jeśli nie macie zamiaru ich szybko zjeść lub, tak jak ja, jesteście jedynymi konsumentami w domu (M. spróbował i wypluł).
Ogólnie rzecz biorąc, bardzo przyjemne, pożyteczne i smaczne "coś niecoś".
poniedziałek, 21 stycznia 2008

... i czerwonym winem, i marchewką, i czosnkiem. Podana z pieczonymi ziemniakami i sosem chrzanowym ze świeżego chrzanu.

Bardzo lubię mięso pieczone lub duszone długo, a w niskiej temperaturze. Ten przepis wypróbowałam po raz pierwszy, ale sądzę, że zagości na stałe. Źródło: How to eat niezawodnej Nigelli Lawson. Proporcje podaję pełne, dla 6 osób - u nas na 2 głodne dorosłe 1/2 przepisu.

Skład: ok. 1,5 kg wołowiny (nie lubię tzw. na gulasz, u mnie był udziec), pokrojone na paski ok. 3,8 cm na 6,3 cm (w oryginale 1,5 cala na 2,5 cala) zbrązowić (najlepiej na raty) na ok. 3 łyżkach oliwy, wyłowić, odłożyć. Na oliwę po mięsie (jeśli za mało, dolać trochę) wrzucić: 1 dużą cebulę, pokrojoną w cienkie półtalarki, 5 ząbków rozdrobnionego czosnku, 3 średnie marchewki, obrane + w słupkach, 4 gałązki selera naciowego, najlepiej ze środka (szczerze mówiąc, nie widzę różnicy...), drobno posiekane oraz 6 sardeli, tj. filecików anchovis, odcedzone i rozdrobnione i 2 łyżki suszonego lub 1,5 łyżki świeżego tymianku. Zeszklić przez ok. 10 min, aż warzywa będą miękkie. W międzyczasie doprowadzić do wrzenia 2 szklanki przyzwoitego czerwonego wina, 2 łyżki Marsali (zastąpiłam wytrawnym sherry) i 1,5 szklanki bulionu wołowego (u mnie warzywny), odstawić.

Gdy warzywa będą miękkie, wrzucić wołowinę z powrotem do garnka, wmieszać 2 łyżki zwykłej mąki, po ok. 2 min dodać wino itd., dobrze zamieszać, dodać łyżkę koncentratu pomidorowego, 1/2 łyżeczki kwiatu gałki muszkatołowej, świeżo zmielony czarny pieprz (do smaku). Ew. dodać soli do smaku (ja nie dawałam). Umieścić w piekarniku nagrzanym do 150 st. na 3 godziny; przypuszczalnie można gotować na niskim gazie podobną ilość czasu.

Podawać najlepiej z pieczonymi ziemniakami (u mnie z całymi ząbkami czosnku - uwielbiam pieczony czosnek... w ogóle uwielbiam czosnek, ale się powtarzam - i rozmarynem), lub z puree ziemniaczanym. W klimacie środkowoeuropejskim pasowałyby mi Spätzle lub może kasza gryczana. Nigella proponuje jako dodatki ogórki konserwowe lub korniszony i sos chrzanowy - i to jest to. Nie wpadłabym na to, by mięso gulaszopodobne jeść z jakimkolwiek dodatkowym sosem, ale to ma sens, bo chrzan kontrastuje ze słodkawym smakiem duszonego mięsa. Swój zrobiłam ze świeżego chrzanu, luźno podpierając się How to eat:

Nieduży kawałek korzenia chrzanu obrać, zetrzeć, zmieszać z jogurtem (najlepiej greckim), lub jogurtem zmieszanym z kwaśną śmietaną, lub creme fraiche, jeśli ktoś ma dostęp, doprawić odrobiną ostrej musztardy, soku z cytryny i szczyptą soli.

Całość naprawdę pyszna, i polecam w powyższej konfiguracji. Najlepiej z dodatkiem czerwonego wina: np. tego, które wlaliśmy do duszenia, czy innego. Np. takiego, które dziś badaliśmy, a etykietę ma taką, że muszę tu pokazać :). I jest całkiem, całkiem.

sobota, 19 stycznia 2008

Gdy byłam mała i jechaliśmy z rodzicami na wakacje, bardzo często także z moją ciocią i bratem ciotecznym, moja św. p. babcia po kądzieli przygotowywała nam dwie papierowe torby z rogalikami drożdżowymi. Jedna torba zawierała rogaliki z dżemem, druga - z twarożkiem. Pierwsza opróżniała się błyskawicznie i stanowiła częsty przedmiot kłótni lub przepychanek. Babcia nie miała (jak sądzę) cierpliwości do lepienia i wypiekania rogalików, więc robiła je tylko raz do roku, właśnie na podróż, przez co wypiek wydawał się jeszcze bardziej atrakcyjny.

Kiedy parę miesięcy temu przemogłam się - skutecznie - jeśli chodzi o pieczenie z drożdżami, jako drugi przepis wypróbowałam właśnie ten na rogaliki, i stał się on moim ulubionym z Łasucha Literackiego M. Musierowicz. Autorka przytacza go jako dzieło rąk Basi, gospodyni pana Paszkieta z Idy sierpniowej. Cały anegdotyczny przepis można przeczytać w wątku na Galerii Potraw, ja podaję wersję bez upiększeń. Do tej pory robiłam zawsze z 1/2 przepisu, który wówczas daje ok. 1,5 blachy rogalików (ok. 22 szt.)

Do szklanki letniego mleka wrzucić 5 dkg drożdży roztarte z łyżeczką cukru, zasypać łyżką mąki, odstawić do wyrośnięcia. Roztopić 1/2 kostki masła (u mnie) lub margaryny, odstawić do wystudzenia. Do 70 dkg przesianej mąki dodać 3/4 szkl. cukru, szczyptę soli, cukier wanili(n)owy (bardzo nieprecyzyjne określenie; podejrzewam, że chodzi o małe opakowanie cukru; można dodać ok. łyżki - dwóch cukru waniliowego własnej roboty, jak u Dorotus), 2 żółtka, 1 całe jajo. Wlewamy rozczyn, masło, wyrabiamy na gładkie ciasto, odstawiamy do wyrośnięcia. Uwaga: ciasto bardzo nie rośnie. Zwiększa objętość, ale nie wstrząsająco. Można także zastosować metodę zimną/nocną - wyrobić wieczorem i zamiast zostawić 1-2 h do rośnięcia w cieple, wsadzić w natłuszczonej/wysypanej mąką i przykrytej misce do lodówki i działać dalej następnego dnia. Ciasto po lodówce może początkowo wydawać się twardawe, ale pod ręką mięknie i wałkuje się wspaniale i nie klei się.

Po podrośnięciu w cieple lub po nocy w lodówce ciasto lekko ugniatamy ręką, dzielimy na części i wałkujemy najlepiej w koła, które następnie dzielimy na trójkąty. Na każdy trójkąt nakładamy odrobinę dżemu (najlepiej nie bardzo płynnego i kwaskowatego, np. agrestowego) w dłuższym rogu i zwijamy właśnie od tego dłuższego rogu w rogalik. Część rogalików tym razem zrobiłam z resztką mincemeat, wyszły słodsze, ale całkiem przyjemne. Rogaliki układamy na blachach wyłożonych pergaminem, zostawiamy ok. 30 min do napuszenia, smarujemy roztrzepanym jajem/żółtkiem/białkiem i pieczemy ok. 15-20 min w 180 st. Moim zdaniem najlepsze w kilkanaście minut po wyjęciu z piekarnika.


środa, 16 stycznia 2008

Jedna z moich ulubionych tart... ale spieszcie się - dynia, tzn. sezon na nią, się kończy ;(

W oryginale z orzechami pecan, jak u Cipcipkurki na Galerii Potraw. Jednak odkryłam, że można pecany zastępować innymi orzechami, np. niesolonymi fistaszkami, czy innymi ulubionymi. Poniższy przepis jest jednym z nielicznych, które M - kręcący nosem na kruche słone, ale co ma zrobić, skoro twardo i regularnie go z nim oswajam :) - zaakceptował całkiem przyjaźnie.

Wyznam, że osobiście uwielbiam kruche ciasto, bardzo lubię je robić, wałkować i b. lubię jego zapach w stanie surowym. Moje ulubione jest wg. wskazówek Nigelli Lawson co do składu: 1/2 wagi tłuszczu do wagi mąki, przy czym 1/2 z tego tłuszczu może być w 100% masłem (jak najlepszym!), lub w 1/2 twardym roślinnym typu Planta, a mąka najlepiej tortowa (Nigella zaleca włoską "OO"). Zazwyczaj robię dwa placki na raz w mikserze, jeden mrożę.

Na małą tartownicę (np. 22-23 cm) imho wystarczy pojedynczy placek ciasta z 150 g mąki/75 g tłuszczu - jeszcze zostaną skrawki do ewentualnego wyklejenia pęknieć, lub do wykorzystania na słodko. Przy wersji dwa placki - 300 g mąki/150 tłuszczu. Minimalna ilość: 250 g mąki/125 g tłuszczu na dwa małe placki bez surplusu. Osoby początkujące mogą zastosować się do dodatkowej rady Nigelli (którą, jak nabrałam pewności siebie w kruchym, zarzuciłam, ale na początku pomaga): by mąkę z posiekanym tłuszczem schłodzić 10 min w zamrażarce, potem wyrabiać normalnie. Ma to wspomóc łatwość wyrabiania i ratować w ew. wpadkach pt. za dużo płynu. Coś w tym jest, bo moje pierwsze próby z kruchym były nieudane - zresztą miałam zawsze problem z nie za mokrym, ale za suchym - i dopiero z tego przepisu "dla idiotów" mi wyszło. Teraz już nie mrożę, ale na początku to rzeczywiście pomaga. Tak czy inaczej, zimny posiekany tłuszcz ucieramy z mąką na okruszki za pomocą robota (lub ręcznie, ale wolę mikserem :), gdy faktura przypomina owsiankę - łączymy delikatnie na elastyczną masę za pomocą schłodzonej wody z wyciśniętym sokiem z cytryny + trochę soli - na 300 g mąki potrzeba mniej więcej 1/3 szklanki. Jeśli robimy w robocie, dolewamy stopniowo i powoli wody, patrząc, czy ciasto już zbija się w kulę, czy nie, zatrzymujemy mikser, gdy zacznie się sklejać w całość i dogniatamy ręką w jednolitą masę. Schładzamy co najmniej 30 min, wałkujemy i wykładamy foremkę, schładzamy co najmniej 30 min (lub u mnie w przypadku tej tarty - dobę), podpiekamy ok. 20 min w 190 st.

W przypadku tej tarty moim zdaniem nie ma konieczności pieczenia na ślepo, tj. z fasolkami - wystarczy nakłuć ciasto. Potem robimy farsz, cytuję za Cipcipkurką, która jednak podaje proporcje na większą tartę - na mniejszą radzę wziąć ok. 1/2-2/3 farszu.

Farsz:

600 g dyni wyczyścić, usunąć pestki, obrać, pokroić na kawałki. W misce wymieszać łyżkę ciemnego cukru, 2-3 łyżeczki tabasco, 2 łyżki oliwy, 3 łyżki keczupu, dorzucić 150 g szynki pokrojonej w kostkę, 80 g pekanów (lub innych orzechów; dzisiaj fistaszki) i dynię. Posolić, popieprzyć.
Wymieszać 125 ml kremówki z 3 jajami, przyprawić. Na podpieczony spód wyłożyć dynię, zalać sosem. Piec 30-40 minut w 200 stopniach.

Cipcipkurka pisze: "zaskakująco pyszne", i coś w tym jest. To połączenie smaku naprawdę działa. Radzę tylko nie przejmować się tym, że surowa dynia z szynką i przyprawami smakuje b. ostro - złagodnieje z sosem i w piekarniku, powinna być porządnie doprawiona. Można posypać zieleniną, np. pietruszką.

wtorek, 15 stycznia 2008

Jestem śmierdzącym leniem, bo od ponad tygodnia zbieram się z wrzuceniem tych blinów. A jedliśmy je na Sylwestra. Cóż, lepiej późno niż wcale.

Pisałam o nich kiedyś tu. To danie jest dla mnie ważne, bo jadłam je tylko - jak na razie - 3 razy w życiu, i każdy z tych posiłków był małą ucztą, i raczej wiązał się z ważniejszym wydarzeniem. Pierwszy raz wypróbowałam przepis na te placuszki po obejrzeniu Eden na WFF 2006. Film zrobił na mnie duże wrażenie - jest to historia nieśmiałego kucharza-geniusza i kelnerki, w której jest (skrycie) zakochany (film wyszedł na DVD w Niemczech i ma wkrótce wyjść w UK - obejrzyjcie koniecznie!). Jak można się domyśleć, jedzenie, a raczej gotowanie i ucztowanie, odgrywa tam ogromną rolę. Wróciliśmy śmiertelnie głodni do domu i wspólnie wyprodukowaliśmy miskę blinów... Sami rozumiecie, że od tego czasu mam sentyment :)

I zanim ktoś powie, że bliny to tylko drożdżowe i gryczane - tak to pojmujemy w Polsce, w Rosji (i to samo na Litwie, co poznałam z 1-szej ręki) blin to każdy rodzaj naleśnika/naleśnikopodobnego placuszka (szczerze mówiąc, bliny wydają mi się bliższe amerykańskim pancakes niż czemukolwiek innemu, ew. oładkom lub racuchom). Dopiero poprzez przymiotniki lub określenia można sprecyzować, o jaki rodzaj blina/placuszka nam chodzi. W mojej "Kuchni rosyjskiej" przepisów jest co najmniej parę stron, część zawiera spulchniacze, część nie, te gryczano-drożdżowe są określane jako "ruskie".

Przepis pochodzi z Feast Nigelli (jako "Potato pancakes") i wygląda następująco (proporcje na ok. 50 szt., robię z 1/2 i może robię mniejsze, bo wychodzi mi 30 lub więcej).

1/2 szklanki mąki ziemniaczanej, 1 szkl mąki zwykłej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1/2 łyżeczki sody, 1/4 łyżeczki soli - mieszamy. Osobno roztrzepujemy: 2 łyżeczki roztopionego masła, 1 1/3 szkl maślanki i 2 jaja. Dodajemy do suchego, roztrzepujemy, smażymy na suchej, rozgrzanej patelni do zezłocenia po obu stronach (czyli po 1-2 minutach na stronę). Masa wychodzi gęstsza i po usmażeniu grubsza niż na tradycyjne pancakes, właśnie bliższa racuchom, choć zarazem nie aż tak gruba.

Blinki oczekujące na konsumpcję układamy na pergaminie (lub na podgrzanym talerzu). Podobno nadprodukcję można zamrażać.

Podawać z: kawiorem (jak najlepszym - taki duży czerwony z ikry łososia jest całkiem ok, czarnego przyzwoitego w ludzkiej - do kilkudziesięciu zł/słoik - cenie nie znalazłam); kwaśną śmietaną; kaparami; anchois; wędzonym łososiem; dowolną kombinacją powyższych.

Przepyszne...

niedziela, 13 stycznia 2008

Powinnam powiedzieć, że to mój pierwszy chleb. Zasadniczo to prawda, ale niestety nie jest to pierwsze podejście, a drugie; pierwsze nie nadawało się do pokazywania. Ta próba też nie jest całkiem udana, choć jest postęp, o czym niżej.

Przepis pochodzi z bloga Dorotus, która zaczerpnęła przepis od Bajaderki, słusznie nazywanej przez Dorotę "nieocenioną". Poniżej kopiuję przepis za Dorotus:

Składniki na zaczyn:

  • 2½ łyżeczki suchych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1/2 szklanki letniej wody

Ponadto:

  • 1 puszka mleka skondensowanego niesłodzonego
  • 1/4 szklanki wody
  • 4 łyżki rozpuszczonego masła
  • 4 łyżki miodu
  • 2 łyżeczki soli
  • 2 szklanki mąki żytniej
  • 3 szklanki mąki chlebowej

Opcjonalnie:

  • ciasto można dowolnie modyfikować przez dodanie ziaren, otrębów, itp.

Drożdże rozpuścić w 1/2 szklance wody, dodać łyżeczkę cukru, wymieszać.

Do miski miksera wlać mleko, dodać wodę, masło, miód, sól i mąkę żytnią, wymieszać. Dodać drożdże rozpuszczone w wodzie, wymieszać, pozostawić na 15 minut. Dodać mąkę pszenną i mieszać, aż masa zacznie formować się w kulę (podobnie jak Dorotus, dodałam trochę więcej niż w przepisie, bo ciasto było zbyt klejące). Wyrabiać jeszcze przez 1,5 minuty mikserem lub 10 minut ręcznie. Przełożyć ciasto do naczynia wysmarowanego masłem, przykryć i pozostawić w ciepłym miejscu prawie do podwojenia objętości (1 - 1,5 godziny). Wyjąć z miski, lekko wyrobić, uformować 2 podłużne bochenki i włożyć do foremek keksowych (u mnie, jak u Dorotus, foremka o wymiarach 11 x 21 cm) wysmarowanych masłem i wysypanych bułka tartą/kaszą manną. Przykryć i pozostawić w ciepłym miejscu do napuszenia. Przed samym pieczeniem chleb spryskać wodą, można też spryskać wnętrze piekarnika (by uzyskać chrupiąca skórkę), można to powtórzyć 2 - 3 razy w trakcie pieczenia (nie jest to jednak konieczne).

Piec w temperaturze 190ºC przez 25 - 35 minut (u mnie 45 minut), aż chlebki będą dobrze zarumienione.

Uwagi:

Na wstępie: tym razem piekłam z 1/2 porcji. W moim piekarniku (?) piec trzeba zdecydowanie dłużej, to raz. Po drugie, nie polecam, gdyby ktoś wpadł na ten pomysł (jak ja za 1szym razem) formowania z całej porcji jednego długiego bochenka i pieczenia go w 1 długiej keksówce, zamiast 2 bochenków w 2 foremkach - jest problem z dopieczeniem środka zanim wierzch się spali. W efekcie miałam lekkiego "gluta" w 1/2 chleba. Po trzecie, starałam się po 25 min. sprawdzać stan wypieczenia pukając w dno, co wymaga wyjęcia chleba z foremki, co spowodowało lekkie zgniecenie boku i wierzchu, bo chleb jeszcze nie był dopieczony (stąd nie ma zdjęć całości). Poprzednim razem zgniotłam go jeszcze bardziej... Po czwarte, mi chleb smakuje, ale a/mocno czuć miód, co nie każdemu musi pasować, b/konsystencja i wygląd przypomina chleb graham, za którym np. M nie przepada. Mąki użyłam żytniej razowej "bio"; z podobnym w wyglądzie "chlebem razowym" spotkałam się na Mazurach.

Reasumując, będę walczyć dalej.

| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna