Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 06 stycznia 2008
Rzecz całkiem prosta, a bardzo, bardzo smaczna. I dość wykwintna, na bardziej uroczysty/świąteczny obiad. Ponieważ zainwestowaliśmy (to chyba stosowne określenie...) w kawałek combra sarniego, szukałam pospiesznie przed wyjazdem przepisu. Jamie w domu J. Olivera otworzył mi się właśnie na tym (w oryg. Pan-roasted venison with creamy baked potato and celeriac). Ziemniaki zapiekane jak poniżej to tzw. gratin, które uwielbiam, a wersja z selerem korzeniowym okazała się także bardzo udana. I duet sarnina-zapiekane ziemniaki okazał się idealny – ziemniaki są kremowe, łagodne, miękkie, w sam raz do wyrazistego mięsa. Całość prosta i do przygotowania, i pod względem składników (może poza, hm, sarniną...), a bardzo efektowna.

Podaję pełen przepis, u nas z ½ (na dwie osoby).

Nagrzewamy piekarnik do 180 st., smarujemy masłem raczej płytsze naczynie żaroodporne masłem. Kroimy 1 kg obranych ziemniaków i 1 niedużego selera w plastry ok. ½ cm. Zalewamy zimną wodą, solimy, doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy 5 min, odcedzamy, osuszamy na gorącej płycie kuchennej. Mieszamy z 500 ml kremówki, posiekanym drobno ząbkiem czosnku, ½ pęczka posiekanej szałwii (u nas bez, w zamian trochę koperku) oraz 50 g startego parmezanu (drugie 50 g będzie nam potrzebne za chwilę). Przekładamy do natłuszczonego naczynia żaroodpornego, wygładzamy, sypiemy resztę parmezanu, przykrywamy szczelnie folią alu i do pieca na 35-40 min. Po tym czasie zdejmujemy folię i pieczemy 10-15 min do zrumienienia się ziemniaków.

Sarnina czeka na piekarnik

Sarenka: potrzebujemy ładny comber 1 kg, najlepiej w 1 kawałku (nasz 0,5 kg po rozmrożeniu okazał się być w 2-óch). Siekamy z grubsza 10 rozgniecionych ziaren jałowca oraz listki z 3 gałązek rozmarynu, dodajemy szczyptę soli, mieszankę rozprowadzamy na desce. Smarujemy comber oliwą, a następnie obtaczamy w przyprawach. Nagrzewamy żaroodporną lub inną patelnię + dodajemy trochę oliwy, obsmażamy mięso ze wszystkich stron. Zdejmujemy z ognia i, jeśli naczynie nie jest żaroodporne, przekładamy mięso + oliwę i soki do takiego, co jest. Dodajemy główkę czosnku (ząbki zgniecione, obrane z wierzchu) i ew. przyprawy, które się ostały na desce. Skrapiamy wodą i do pieca. Wg Jamie'ego 8 min powinno dać średnio wypieczone mięso, ale on nie przekładał do innego – nienagrzanego - naczynia; my piekliśmy 25 min by mieć dobrze wypieczone, ale w sumie max. 20 min by wystarczyło.

Gdy mięso jest gotowe, wyjmujemy je z piekarnika na talerz, nakrywamy luźno folią. Przygotowujemy sos: z soków mięsnych odlewamy zbędny tłuszcz. Zgniatamy czosnek z rozmarynem pozostałym w naczyniu. Jeśli naczynie nie jest przystosowane do kuchenki, przekładamy czosnek i zioła + ew. soki mięsne do rondelka, umieszczamy na ogniu, dolewamy kieliszek dobrego czerwonego wina i gotujemy, aż całość odparuje 1/2-ą. Dodajemy odrobinę masła, mieszamy aż sos będzie jednolity, zdejmujemy z gazu, ew. doprawiamy do smaku i dodajemy jeszcze jeden niewielki kawałek masła, mieszamy. Mięso kroimy, jeśli wyciekły soki, przelewamy je do sosu, a następnie polewamy sarninę sosem przez sitko.

Jemy, delektując się, popijając winem czerwonym wytrawnym - tu TRZEBA. Chyba, że ktoś nie może, albo ma silne zasady. W przeciwieństwie do mnie.

Wróciliśmy. Łącznie, z postojami mniej lub bardziej koniecznymi, w śniegu i zamieciach - prawie 4 h. Bica już pomiaukiwała w transporterze, co wywołało niepokój wśród dwunogów, albo, jak pisze T. Pratchett, kleksów - pomiaukiwanie w transporterze w czasie jazdy zazwyczaj poprzedza chęć skorzystania z kuwety. Której w transporterze nie ma. Na szczęście kot wytrzymał i obyło się bez atrakcji pt. mycie kuwety na poboczu/w zaspie śnieżnej.

I tak przez najbliższy kwartał Bica będzie znów kotem niewychodzącym, czyli "indorem" (od indoor, wewnątrz/w domu). A uwielbia wychodzić. Miałam duże wątpliwości zanim pierwszy raz ją wypuściliśmy na działce, jednak gdy zobaczyłam, jak jest szczęśliwa, jak biega, jak przynosi zabawki martwe (niestety) lub jeszcze żywe (kolejne niestety)... i jak się cieszy, jak wraca, a wraca regularnie po najpóźniej 4 h wędrówki (w lecie, w chłodniejszej pogodzie melduje się znacznie szybciej). Nigdy też nie przytula się tak chętnie i dobrowolnie jak wieczorem, na Mazurach. Warunki do wypuszczania kota są stosunkowo dobre, bo droga - gruntowa, poza szczytem letnim raczej mało używana - nie jest przy samym domu, sąsiadów jest niewielu i nie bardzo blisko, psów - jak na wieś - nie ma wielu... Co nie zmienia faktu, że oddycham trochę spokojniej, gdy jest w domu. Dopóki nie widzę pyszczka przyciśniętego do szyby... i, jak śpiewa Sting, "if you love someone/set them free" (jeśli kogoś kochasz, uwolnij go).

W Warszawie nie ma jak wychodzić (blok, 6 piętro, centrum miasta). Więc przez te parę tygodni w roku, boję się, ale kocham i wypuszczam.

wtorek, 25 grudnia 2007

Wróciłam nieco ociężała z rodzinnego obiadu, napełniona śledziami, barszczem, schabem, bigosem, piernikiem, czerwonym winem i kawą. Niektórzy w takich sytuacjach piją nalewki ziołowe typu Underberg, inni herbatki ziołowe.

Oczywiście, może być mięta, ale osobiście polecam herbatkę z dodatkiem kminku. Na zdjęciu zakupiona na Litwie firmy Etno (i w dodatku z uroczymi obrazkami na pudełku!), w której kminek jest głównym składnikiem. Herbapol Kraków produkuje też herbatkę Szwejk, o podobnym składzie. Szczerze mówiąc, lubię te herbatki ze względu na ich smak, a jeśli dodatkowo mają korzystne działanie... O tej porze roku jak znalazł.

Jutro jedziemy na Mazury, wrócimy w parę dni po Nowym Roku. Oznacza to, że przez ten czas nie pojawią się na blogu żadne nowe wpisy. Tak, zakładam i zaraz porzucam... Ale to tymczasowe. A na Mazurach jest nasze miejsce - do wyciszenia się, pożycia w innym tempie. W każdej pogodzie, w każdym sezonie. Poniżej parę fotek, każda z innej pory roku - chyba domyślicie się, które z jakiej.

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Znamy słodycze świąteczne: makowce, pierniki, ciasta z bakaliami, i wszystkie te wypieki, które tradycyjnie jada się w Waszym domu. U mojej babci po kądzieli (jakie ładne określenie!) menu wigilijne było tak niezmienne jak, powiedzmy, codzienny wschód słońca. Ze słodyczy pojawiały się li i jedynie: kutia dla osób ją jedzących (do których w dzieciństwie nie należałam), sernik krakowski, keks, marmoladziak (strucla nadziana marmoladą) i makowiec (taka sama strucla, jak poprzednio, ale wypełniona makiem). Choćby żabami z nieba tłukło, nic się nie miało prawa zmienić, i tak było śmierci babci ponad 10 lat temu, kiedy Wigilia nabrała cech zmiennych, zarówno co do lokalizacji, jak i jadłospisu.

Miało być jednak o weselszych sprawach. Mianowicie o tym, że otwieramy się coraz bardziej na świat i nowe tradycj i nowe potrawy (nawet jeśli na Wigilię wolimy zjeść to co zawsze, bo tak ma być). Szczególnie bliską mojemu sercu jest tradycja brytyjska. Wczoraj oglądałam na kuchnia.tv bożonarodzeniową edycję programu J. Olivera Jamie w domu, w którym prowadzący robił wywrotową wersję mince pies. Mince pies robi się z mincemeat, gęstej masy bakaliowej, na bazie kwaśnych owoców, przyrządzonej z dodatkiem alkoholu, i jest to stały punkt programu w jadłospisie świątecznym na Wyspach. Podobnie jak pudding świąteczny. Osobiście bardzo lubię i mincemeat, i pudding, jednak na razie dojrzałam jedynie do zakupu obu tych rzeczy w sklepie Marks and Spencer (powyżej widać, jak pudding wyglądał), choć nie wykluczam zrobienia własnego mincemeat za rok. Tymczasem z kupnego zrobiłam, dzięki Joannie z Kwestii smaku, to widoczne poniżej bardzo przyjemne ciasto: crimble crumble .

Dojrzałam jednak, i to już od zeszłego roku, do zrobienia Christmas cake, kolejnej brytyjskiej wariacji na temat suszonych owoców. I - babcia pewnie nie byłaby ze mnie dumna - w zeszłym roku wypiek pojawił się na Wigilii. Ponieważ M. przyjął ciasto entuzjastycznie, w tym roku, choć idziemy w gości na Wigilię, w listopadzie upiekłam ciasto świąteczne (tu są przepisy na 2 rozmiary ciasta, oba wg. Nigelli). W sobotę wieczorem je rozpakowałam (uginając się pod ciężarem - waży naprawdę sporo) i lekko jeszcze napoiłam Cointreau, wczoraj zaś ćwiartka ciasta została odkrojona dla moich rodziców (nożem do krojenia mięsa!). Dla osób obawiających się, że ciasto tak długo leżakujące może spleśnieć - to gęsty, bakaliowy blok, mocno nasączony alkoholem (choć tego nie czuć mocno w smaku), i przyjrzawszy się mu wczoraj, uwierzyłam, że może leżeć i pół roku. Dzisiaj nie będziemy go jeść na kolacji, ale już się cieszę na spróbowanie jutro - a może jeszcze dziś późnym wieczorem?

PS. Jest zbiór opowiadań Agathy Christie Tajemnica gwiazdkowego puddingu, ale zastanawiam się, czy nikt nie wykorzystał starego ciasta świątecznego jako narzędzia zbrodni w powieści kryminalnej...? Sądzę, że ze względu na wagę mogłoby conajmniej nadać się do rzucania w kaczuszki (bez podtekstów ;), jak w Był sobie chłopiec (About a boy). Choć o ile przyjemniej je wcześniej zjeść!

sobota, 22 grudnia 2007

Tabbouleh inaczej

Tabbouleh (zdarza się inna pisownia) to bardzo popularne danie w kuchni Bliskiego Wschodu i PN Afryki. Bazą jest kaszka bulgur i pomidory, ogórek, cebula dymka, zielona pietruszka. W Polsce znacznie popularniejsza i łatwiej dostępny jest kaszka kuskus, i z niej planowałam zrobić tabbouleh, ale... w trakcie krojenia warzyw zmieniłam zdanie. Ostatecznie wyszła mi wariacja na temat mogąca wzbudzić okrzyki: "Ależ to nie jest tabbouleh!". Może i nie jest. Chcąc odtworzyć tą wersję fusion a modo mio, należy:

Przygotować kuskus zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Na widoczną wyżej miseczkę trzeba wziąć ok. 1/2 szklanki. Następnie pokroić drobno: kawałek ogórka (obranego), dymkę, pomidory (o tej porze roku - koktajlowe - parę sztuk). Posiekać drobno świeży tymianek (łyżkę - dwie). Wymieszać wszystko z kuskusem, dorzucić suszone wiśnie i migdały w płatkach (na oko), trochę bryndzy (robię z niej mini kuleczki). Doprawić 2 łyżkami oliwy (u mnie taka ze słoika z suszonymi pomidorami), sokiem z cytryny lub limonki i aromatyczną, korzenną przyprawą typu ras el hanout: mam "Przyprawę orientalną" firmy Dary Natury bardzo podobną w składzie do ras el hanout, składającą się m.in. z kardamonu, gałki muszkatołowej, cynamonu, goździków, kurkumy i płatków róży. Wymieszać, ew. dosolić jeśli to konieczne.

Zauważyłam, że od czasu kiedy mam kota w domu i aparat cyfrowy, na zdjęciach z wakacji często pojawiają się różne koty. Oto mały wybór z dwóch różnych stron świata, tj. z Turcji i tegorocznych wakacji w Litwie, Łotwie i Estonii (ale zdjęcia tylko z Łotwy):

Właśnie dowiedziałam się stąd, że awokado może (powinno?) być nazywane smaczliwką - proszę, człowiek całe życie się uczy. Jakoś jednak ta nazwa nie przypadła mi do gustu - brzmi jak imię jakiegoś stwora w powieści fantasy.

Przez wiele lat unikałam awokado, "bo jest takie tuczące", szczególnie, że wydawało mi się mdłe i nieciekawe. I samo w sobie takie jest. Jednak wystarczy mu minimalnie pomóc, a robi się bardzo ciekawe. I nie trzeba robić całego guacamole (zwłaszcza, jeśli tak jak ja nie kocha się świeżej kolendry) - wystarczy rozgnieść dojrzały owoc w misce z sokiem z limonki i szczyptą soli (uważać, żeby nie przesolić), i już. Od razu inna bajka, jakby miąższ się budził pod wpływem przypraw, ale nie jest nimi przytłoczony, jak w przypadku past z większej liczby składników. Pastę kładziemy na dowolne pieczywo, możemy posypać już na chlebie suszonymi pomidorami w płatkach, udekorować świeżą bazylią, ewentualnie pomidorem. Smaczna ta smaczliwka na przekąskę, śniadanie, kolację.

Chyba czas przedstawić kogoś bardzo ważnego w moim życiu: Bicę. Zawsze chciałam mieć kota - rodzice się nie zgadzali, potem mieliśmy psa, a potem M. okazał się być alergikiem... Jednak mimo jego alergii (oczywiście, nie bardzo silnej) spróbowaliśmy i okazało się, że nie jest źle. Ba, wręcz wyrósł mi pod nosem niezły kociarz.

Tu można zobaczyć, jak Bica wyglądała, gdy była młodsza, poniżej jedno z nowszych zdjęć.


Bica to mała czarna kawa (typu espresso) po portugalsku. Nasza Bica ma ponad 3 lata, jada wyłącznie tuńczyka i, na szczęście, prawie każdą suchą karmę, uwielbia biegać na dworze (co robi tylko podczas naszych wyjazdów na Mazury; w W-wie mieszkamy w bloku na 6 piętrze) i kocha najbardziej swojego Pana (choć to Pani ją najbardziej kocha - nie ma sprawiedliwości na tym świecie). Od wczoraj próbuje wspinać się na choinkę (swoją pierwszą w życiu, 3 lata temu, zdewastowała zupełnie) i ściągać ozdoby z Ikei, które nazywamy "laleczkami voodoo":

Laleczki prędzej czy później kończą jak Ofelia ew. Wanda, co nie chciała Niemca: toną. Tylko, że w kociej miseczce.

To by było na tyle, jeśli chodzi o koci wkład w atmosferę świąteczną.

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna