Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
środa, 10 stycznia 2018

Wypadałoby wreszcie uświetnić nowy rok świeżym wpisem, nie sądzicie? Ponieważ niedawny wpis "nietypowy" (prezentownik) się Wam spodobał, pomyślałam, że czas na coś, co od dawna chodziło mi po głowie, a na innych blogach bywa regularnie: ulubieńcy na Instagramie. Korzystam z aplikacji od ok. 3,5 roku, i jak tylko ją zainstalowałam, powiedziałam: "Kolejny złodziej czasu". Nie wiem, jak będzie za kolejne kilka lat, ale obecnie z Twittera nie korzystam wcale, z Pinterest od czasu do czasu, ale na Instagram zaglądam często i regularnie (i nie tylko jako podglądacz, zamieszczam zdjęć całkiem sporo ;).

Kogo więc podglądam? Statystyki są nieubłagane, jakoś uzbierało mi się kilkaset obserwowanych stron. Są różne sklepy lub producenci - łatwo śledzić promocje i nowości; restauracje, które lubię i do których zaglądam i w realu (nawet jeśli jest to raz na kilka lat, ale np. Londyn jest *trochę* daleko). Są blogerzy, typu Ania Truskawkowa czy Monika (Kuchnia Nasza Polska). Jednak moja obecna top trójka jest z zupełnie innej, niekulinarnej bajki.

1. Georgian London

Nie wiem, jak Skye to robi, ale znajduje malownicze zakątki prawie wszędzie - nie tylko w Londynie, pojawiają się także inne lokalizacje w Wielkiej Brytanii. Dzięki niej na mojej guglomapie przybyło żółtych gwiazdek (czyt. mniej znanych muzeów/parków/ładnych domów, które chcę obejrzeć - nieważne, kiedy). Jest to też jedna z nielicznych Instagromowiczek, której tzw. stories oglądam ZAWSZE, bo te zdjęcia sklepików, starych zaułków, okwieconych fasad z hashtagiem #soenglishithurts po prostu sprawiają mi frajdę, no i cieszą oko... Przynajmniej niektórych oko (czy 124 tysiące obserwujących mogą się mylić?).

2. Accidentally Wes Anderson

Filmy Wesa Andersona cechuje swoista estetyka (i równie swoista fabuła, tj. to nie są filmy, z których koniecznie coś wynika... jak dla mnie niestety). Gdy wrzucałam w sieć zdjęcia Grand Hotelu w Bad Gastein (można różne jego ujęcia znaleźć np. tu), dostałam komentarze, że "zupełnie jak w Grand Hotel Budapest". Dość długo się broniłam, bo poprzedni film tego reżysera wyłączyliśmy po ok. 30 minutach, ale zaryzykowałam i faktycznie, jak na razie jest to jedyne dzieło Andersona, który mi się podobało. Owszem, na koniec można znów powiedzieć "i co z tego", absurdu jest dużo, jest niestety martwy kotek, ale śmierć jest przedstawiona mało realistycznie/komicznie, no i przede wszystkim: ta estetyka. Oczywiście, specyficzna (o czym wspominałam przy okazji przerośniętej Pavlovej midi). Jeśli do Was trafiła, bardzo polecam profil Accidentally Wes Anderson, gdzie można zobaczyć najróżniejsze miejsca, z przeróżnych zakątków świata, wyglądające... jak z filmów Andersona. Jest bardzo kolorowo i symetrycznie ;).

3. Berolinensis

Stronę Olgi mogłabym zaliczyć na upartego do grupy obserwowanych przeze mnie retro blogerek (do pewnego stopnia podtypu tzw. szafiarek, ale z zacięciem na minione dekady ;), choć jednak poza tą kategorię wykracza. Kostiumolog, Polka mieszkająca w Londynie, rekonstruująca/szyjąca ubrania z epoki... no właśnie, głównie edwardiańskiej. Która, w moim odczuciu, była piękna zwłaszcza ze względu na detale, np. materiały, kolory i hafty (stąd wzdychałam nad kostiumami w Opactwie Downton głównie w 1 i 2 serii). A Olga te stroje nosi, i przedstawia na sobie na nastrojowych, często melancholijnych lub mrocznych zdjęciach. Dla równowagi w stories można u niej zobaczyć weselsze klimaty, np. spotkania towarzyskie czy zloty, oczywiście tematyczne ;).

Poza główną trójką znaleźli się ulubieńcy kulinarni, których można by też podzielić na fotografów, szefów kuchni (w tym piekarzy, o czym niżej) i pisarzy/blogerów. Wśród nich jest znana w Polsce (z popularnych, przetłumaczonych książek)

4. Olia Hercules

Choć mam Mamuszkę i ją polecam, wolę tą książkę oglądać niż z niej gotować; podobnie bardzo lubię oglądać Olii zdjęcia, czytać jej wpisy z podróży, pielęgnacji londyńskiego ogródka działkowego czy wyzwań kulinarnych i podziwiać to, co osiągnęła sama ciężką pracą. A przedłużeniem zdjęć Olii jest dla mnie strona jej męża (skądinąd fotografa), Joe Woodhouse'a, bo zdarza się im zamieszczać różne ujęcia z tych samych miejsc ;).

A w temacie fotografów, na kolejnym miejscu jest

5. Her Dark Materials

Nie jestem zasadniczo fanką bardzo ciemnych zdjęć, podobnie jak nie lubię tych wyładowanych rekwizytami ani, wręcz przeciwnie, minimalistycznych i bardzo jasnych (wręcz białych). Niemniej jednak zdjęcia Ros do mnie przemawiają, bo wyglądają jak stare, renesansowe obrazy z punktowym, kontrastowym światłem, i często jest w nich jakaś historia.

6. Pracownia Godny

I, wreszcie, mamy przedstawicieli piekarzy. Trochę w moich aktualizacjach przewija się bochenków przekrojonych, złożonych, świeżo upieczonych lub dopiero zaczynionych. Czemu więc piekarnia rzemieślnicza z Poznania, w której nigdy nie byłam i do której pewnie nieprędko dotrę? Bo poza tym, że pieką ładne (na zdjęciu przynajmniej :D) chleby, piszą fajnie i optymistycznie (po angielsku, swoją drogą). Tak, że człowiek ma się z czego i do czego uśmiechnąć, a optymizmu na co dzień nie może być za dużo.

Mam nadzieję, że komuś się to zestawienie przyda. Typy się pokrywają? Macie inne podobne? Chętnie się dowiem :).

niedziela, 31 grudnia 2017

Gości mieliśmy już wczoraj, więc dzisiejszy wieczór może będzie spokojny. M zażyczył sobie blinów "takich, jak zawsze" (czyt. pszenno-gryczanych). W ramach rozrywki sylwestrowej rozważam powrót po wieeelu latach do oryginalnego Łowcy androidów i "coś" (np. złoża filmowe z dekodera, skoro okazał się niezepsuty). Zapowiada się mimo wszystko bardziej ambitnie niż rok temu, kiedy zarządziłam oglądanie Mumii (tak, tego głupiego filmu sprzed prawie 20 lat, z Rachel Weisz), bo tylko na to miałam siłę. Oby 2018 był lepszy (choć obiektywnie w 2017 zdarzyły się też pozytywne rzeczy, typu podróże do Trójmiasta, Anglii i Kanady).


W ramach testów wsparcia bąbelkowego wypróbowałam miks  "limoncello, cointreau i szampan", który mignął mi w internecie. Mimo zmniejszenia ilości mocniejszego alko, zwłaszcza limoncello (domowego), drink wyszedł wyraźnie "damski", czyt. słodki. Wersja "trzy cytrusy", tj. z dodatkiem soku grejpfrutowego, bardziej mi smakuje, choć wciąż jest dość słodka. Trzecia opcja jest najsłabsza, wariant Mimozy (Mimosy), którą w końcu serwuje się na brunchach czy innych posiłkach w pierwszej 1/2 dnia: sok grejpfrutowy + prosecco w proporcji 1:1 - przyjemny aperitif. Wszystko warte zapamiętania, choć mojej ulubionej "Chłopczycy" nie zdeklasują.

Grejpfrutowa Mimoza z bąbelkami

Na 1 kieliszek: 50-75ml soku wyciśniętego z różowego grejpfruta (z 1/2 dużego owocu powinno wyjść ok. 100ml) dopełnić schłodzonym winem musującym. Uwaga, sok ze względów estetycznych lepiej przecedzić (na zdjęciu jest z fusami).

Dla słodkolubnych: limoncello z bąbelkami

Na 1 kieliszek: 10ml Cointreau i 10-15ml (kwestia gustu) limoncello dopełnić schłodzonym winem musującym, udekorować skórką cytryny.

Dla fanów słodko-gorzkiego: cytrusy z bąbelkami

Cointreau i limoncello jw. wymieszać z 1-2 łyżkami soku z grejpfruta, dopełnić bąbelkami. Jeśli lubicie bardziej gorzkie, możecie dodać parę kropli tzw. bittersa (lub ostatecznie Campari).

Więcej inspiracji alkoholowych znajdziecie TU.

Bawcie się dobrze a bezpiecznie (możliwie bez fajerwerków...) i do przeczytania w kolejnym roku.

czwartek, 21 grudnia 2017

Dzisiaj odkryłam (ach, te wspomnienia „Tego dnia” na Facebooku), że blog kończy równo 10 lat. Nie będę truła, że „kiedy to minęło”, bo akurat przez tą dekadę całkiem sporo się w moim życiu zmieniło (z przeprowadzką z Warszawy na Mazury na czele), ale myśl, że przez ten czas blog mi towarzyszył, jest całkiem miła. Może i pisałam kiedyś więcej, ale za to (mam nadzieję ;) potem ilość przeszła w jakość. Są tu zapisy różnych wyjazdów, od Indii po Kanadę; można prześledzić ewolucję wypieków, od pierwszych niewydarzonych bochenków na zakwasie po takie całkiem wyględne, dobrze wyrośnięte i wypieczone. Są recenzje kulinarne i zdjęcia kotów (w tym Oscypka, za którym wciąż tęsknię). Jak napisałam te 10 lat temu, jest to blog o kuchni, ale nie tylko ;) - i obecnie jest to zapis całkiem sporego fragmentu mojego życia.


I wracając do kulinariów, skoro jest wpis, którego miało nie być: parę dni temu upiekłam, po raz pierwszy w życiu, babeczki z masą bakaliową vel mince pies. Jest to o tyle zabawne, że masę bakaliową (bdb pomysł na wykorzystanie nadmiaru owoców bogatych w pektyny) robiłam już wiele razy, tylko, że albo robiłam z niej dużą tartę, albo przekładałam nią piernik, albo wsadzałam ją do drożdżówek (ew. smarowałam ciasto francuskie dla idiotów). Nigdy jednak nie poszłam w małą formę, przy czym koniecznie zależało mi na gwiazdkach na wierzchu.

Jeśli posiadacie duży słój mincemeat (wspominam poniżej też o kupnej, bo w końcu Wyspy pełne rodaków ;), babeczki mogą być awaryjnym ciastem świątecznym, bo choć chyba najlepiej smakują na świeżo, lekko ciepłe lub letnie, można je podgrzać przed podaniem. Tu w ogóle użyłam eksperymentu pt. quincemeat, masy na bazie pigwowca, który wyszedł świetnie a niepotrzebnie martwiłam się, że nie zapisałam przepisu – oględziny Domestic goddess wykazały notatki ołówkiem na marginesie. Innymi słowy, w sezonie pigwowcowym, czyli przyszłą jesienią, możecie się spodziewać przepisu.

A więc te mince pies…

Składniki:

  • 500ml dobrej jakościowo mincemeat, kupnej lub domowej, np. jabłkowej lub z pigwowca, ew. patrz sugestia poniżej*
  • ulubione lekko słodkie ciasto kruche z 250g mąki (u mnie 250g mąki, 125g masła, szczypta soli, 40g drobnego cukru i kilka łyżek maślanki)
  • opcjonalnie: 2-3 łyżki pokruszonego marcepanu

Schłodzone ciasto rozwałkować cienko, ale nie przesadnie, wyciąć krążki (jak na pierogi) szklanką lub wykrawaczką, wyłożyć ciastem 16-18 foremek na małe tartaletki (u mnie najlepiej sprawdziły się zwykłe metalowe, niczym nie posmarowane). Schłodzić w lodówce na czas rozwałkowania pozostałego ciasta, by wyciąć gwiazdki na wierzch babeczek. Nałożyć do każdej tartaletki po ok. 2 łyżeczki (jak widać po zdjęciach, ja jej nie żałowałam...) masy bakaliowej, delikatnie posypać marcepanem, jeśli używacie i nakryć gwiazdką z kruchego ciasta. Piec ok. 20 minut w 200 st. C. (termoobieg) do lekkiego zezłocenia, studzić na kratce. Jeść najlepiej tego samego dnia, lekko ciepłe i posypane cukrem pudrem. Na drugi lub trzeci dzień po pieczeniu są oczywiście wciąż jadalne, ale ciasto lekko stwardnieje; najlepiej babeczki lekko podgrzać przed jedzeniem.

* I teraz wskazówka: co jeśli nie macie mincemeat? Użyjcie 500ml dobrych powideł (ew. brusznicy/żurawiny do mięs), zmieszanych z hojną garścią lub dwiema posiekanych bakalii, np. migdałów, rodzynek i skórki pomarańczowej, a całość lekko skropcie amaretto lub brandy. Żurawinę warto lekko dosłodzić brązowym cukrem. Warstwę powideł posypać, jak powyżej, pokruszonym marcepanem.


A swoją drogą ciekawa jestem, u ilu osób zagoszczą na stole śledzie grzybowe, które zwłaszcza dzisiaj cieszą się ogromnym powodzeniem na blogu ;). Wesołych - albo przynajmniej spokojnych - Świąt.

środa, 13 grudnia 2017

Kochani czytelnicy bloga, niektórzy z Was pracowicie zaglądają do kategorii świątecznej, patrząc na przepis na Christmas cake (który już powinien od dawna leżakować), lepki piernik (który jeszcze zdążycie zrobić) czy śledzie. Niestety, w tym roku nie będzie więcej przepisów spod znaku dzyń dzyń dzyń, podobnie jak prawie nie mamy dekoracji tematycznych w domu, bo na nastroju świątecznym raczej nam zbywa. It was always going to be a totally shit time, cytując klasykę.

A jednak mam coś tematycznego, pisanego od jakiegoś czasu: książkowy prezentownik, czyli coś, co pojawia się na blogach często, a u mnie jeszcze nigdy nie było. Tak się złożyło, że niedawno nabyłam cztery książki kulinarne, które bardzo dobrze pasują na prezenty. Skoro do Wigilii jeszcze ponad tydzień, na pewno nie wszyscy je już przygotowali.

Dla tych, co lubią ładne rzeczy: Trufla. Same dobre rzeczy. 

Jeśli jesteście fanami bloga Patrycji Doleckiej zwanej Truflą a na Instagramie śledzicie jej zdjęcia z targów, ogrodu po deszczu czy miny jamnika, to jest coś dla Was. Jeśli jej nie znacie a lubicie ładne zdjęcia (w dużej liczbie!), to też jest to coś dla Was, bo ta książka to (w moim odczuciu) przede wszystkim piękny album, fotograficzna historia codziennego życia, zazwyczaj spędzanego w towarzystwie dziadków autorki. Jest to także, oczywiście, książka kucharska. Przepisy są proste, listy składników krótkie (szkoda jednak, że nie ma indeksu). Znajdziecie tam dania, które często goszczą na zdjęciach Patrycji w internecie – pasta jajeczna, domowy makaron czy pieczona kaczka (ale nie ma chleba, choć go piecze co tydzień); sporo podobnych rzeczy przyrządzam w domu, choć przyznaję, że zupełnie nie kieruję się regułami kuchni wschodu, więc składniki nie zawsze są identyczne ;). Na liście do zrobienia jest fasola z dodatkiem ciemnej czekolady i soba z pieczarkami oraz nori.

Dla tych, którzy chcą wprawić się w świąteczny lub zimowy (niekoniecznie radosny) nastrój: The Christmas Chronicles

Czy trzeba reklamować Nigela Slatera? Jeśli mieliście w ręku choć jedną jego książkę, wiecie, że dania preferuje proste, o krótkiej liście składników, ale często efektowne (i szczerze mówiąc, chyba nigdy na niczym się nie nacięłam – w najgorszym razie było przyzwoicie, a pewnie wykorzystałam co najmniej 30 przepisów). Natomiast jest jeszcze Slatera twórczość niekulinarna: autobiograficzna powieść Toast była wydana po polsku, w telewizji leciał także film; tomy z serii Kitchen Diaries (do których należy część świąteczna) zawierają co najmniej tyle samo treści niespożywczej, co przepisów. Styl ma nieco specyficzny: czasem zachwyca, czasem jest, w moim odczuciu, na granicy poetyckości a pretensjonalności. Z tego ostatniego powodu nie jestem w stanie go słuchać ;). Tak czy inaczej, trudno nazwać jego twórczość wesołą: nad Toast płakałam niejeden raz, opisy ogrodu w Tender też są często melancholijne. W związku z tym trochę się zdziwiłam, gdy na Amazonie przeczytałam parę negatywnych recenzji tej najnowszej, bożonarodzeniowej książki, które zarzucają jej niepotrzebną mroczność i epatowanie śmiercią w tym radosnym czasie; chodziło o wzmianki (jedna jest na chyba 2 stronie, widocznej na podglądzie w sklepie) na temat brytyjskiej zimy stulecia z czasów dzieciństwa autora, kiedy zamarzali bezdomni oraz zwierzęta gospodarcze. Szczerze mówiąc, wystarczy otworzyć pierwszy z brzegu portal informacyjny, żeby na pierwszy rzut oka zobaczyć 10 bardziej przygnębiających nagłówków… a uwagi Nigela są uzasadnione, bo są częścią szerszych rozważań na temat przyrody, piękna zimy, ale i jej okrucieństwa; można dodać, że zwłaszcza w kraju, który jest przyzwyczajony do łagodniejszej aury (uwaga bardzo na czasie, zważywszy na opady śniegu aktualnie paraliżujące Wielką Brytanię, jeśli wierzyć mediom :). Poza uwagami na temat pogody, jest sporo wspomnień z dzieciństwa (gorzko-słodkich, jak w Toast), trochę historii, opowieści na temat tradycyjnych potraw świątecznych, nie tylko brytyjskich, oraz przewodnik po świątecznych jarmarkach w Niemczech i Austrii. Łatwo czytelnikowi także wyobrazić sobie codzienne życie autora w starym londyńskim domu pełnym przeciągów (którego fragmenty można obejrzeć TU). Bardzo przyjemnie czyta się ten świąteczny dziennik dzień po dniu (zaczyna się w listopadzie), w miarę upływającego adwentu. Kulinarnie na razie zrobiłam pieczoną kapustę z sosem serowo-beszamelowym.


Dla miłośników retro w nowej odsłonie: Retro kuchnia

Anię Truskawkową też każdy zna – Strawberries from Poland to jeden z najstarszych polskich blogów kulinarnych, sama pamiętam też Anię z czasów Galerii Potraw. Poprzednią jej książkę, wspomnienia okraszone przepisami, też kupiłam; na najnowszą czekałam niecierpliwie ze względu na temat, który mnie interesuje (w szerszym zakresie, niż tylko kulinaria ;). Zaskoczeniem był gabaryt książki – to całkiem gruby tom, a i przepisów w związku z tym jest sporo. Podzielone są na klasyczne kategorie tematyczne: zupy, dania mięsne, rybne czy warzywne, są też osobno wydzielone jaja, leguminy oraz różne napoje. Sekcje rozpoczynają szkice historyczne. Każdy przepis zawiera oryginalne danie (wraz z autentyczną pisownią oraz zapomnianymi nazwami) oraz dzisiejszą interpretację autorki; czasem dość wierną, czasem luźną inspirację, warto jednak podkreślić, że nie są to bezpośrednie realizacje starych receptur. Niestety, znów brakuje mi indeksu. Są za to oczywiście zdjęcia, po jednym do każdego przepisu, i tak w oko wpadły mi pstrągi marynowane (ale chyba najładniejszym ujęciem pozostaje dla mnie to z kaczką z kaparami – ja bym je dała na okładkę ;). Może wreszcie się teraz zmobilizuję do zrobienia ulubionej sztuki mięs…

Dla osób towarzyskich: Round to ours 

Książkę duetu Jackson & Levine kupiłam właściwie z rozpędu – włożyłam ją na listę życzeń, bo ktoś polecał, a potem przypadkiem zobaczyłam promocję cenową i bdb recenzje w sklepie. To kolejna pozycja dla miłośników ładnych zdjęć, albo książka kulinarna jak album fotografii – z zastrzeżeniem, że przepadacie za ujęciami nieporządnych, hipsterskich kuchni, miejskiego ogrodu ozdobionego lampkami, wzorzystych tapet a la William Morris oraz zwiewnych sukienek z haftem na skądinąd atrakcyjnych autorkach ;). Jedzenie też bywa fotografowane. Panie specjalizują się w różnego typu przyjęciach, jako prowadzące tzw. supper club, i o tym jest książka: ponad 20 scenariuszy/menu różnego typu imprez, każda o innym motywie (hiszpańska uczta, śniadanie na kacu, piknik w drodze, wieczór filmowy, itd.). Jest też opcja menu zimowego oraz na drugi dzień Bożego Narodzenia. Poza przepisami są wskazówki nt. dekoracji stołu czy muzyki (co bdb rozumiem, bo w czasach, gdy prawie co tydzień mieliśmy gości, miałam kilka folderów ze stałymi hitami). Ciekawa jestem, jak wielu czytelników nie zapragnie zaraz, natychmiast zaprosić do siebie parę osób. Jeśli chodzi o same przepisy, nie czuję się na razie bardzo zmotywowana do przyrządzenia jakiegoś dania (bo najbardziej mnie ciągną potrawy letnie lub wiosenne, typu gratin z bakłażana, choć drinki całoroczne ;) też wyglądają nieźle), ale z przyjemnością oglądam zdjęcia.

I jak, znaleźliście coś dla siebie?

środa, 06 grudnia 2017



Kto robił w tym roku kalendarz adwentowy...? Wiem, zgapiłam się z przepisem na wsad do kalendarza, bo jak ktoś miał zrobić, to już pewnie dawno ten kalendarz gdzieś wisi i jest systematycznie opróżniany ;). Trufle jednak, jak wiadomo, można zrobić i darować także przy innej okazji, a nawet bez okazji (choć ze względu na miękkie, podatne na topnienie wnętrze, unikałabym najcieplejszych pór roku).

Bazowałam na przepisie na trufle lawendowe, wykorzystując kawę w trzech wariantach oraz czekoladę deserową, a właściwie mieszankę gorzkiej i mlecznej, co było słusznym kierunkiem, bo czekoladki i tak są dość wytrawne. Szczerze mówiąc: w moim odczuciu idealne, jeśli chodzi o słodycz; zresztą, nie tylko pod tym względem są (nieskromnie mówiąc) udane.

Składniki:

  • 250ml śmietanki kremówki
  • 2 łyżki drobno mielonej kawy
  • 30ml espresso (lub 2 łyżki b. mocnej zaparzonej kawy)
  • 90g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 30g mlecznej kuwertury/czekolady jw.
  • łyżeczka likieru kawowego (nie mlecznego), typu Kahlua
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • do obtoczenia: ok. 80-100g rozpuszczonej czekolady deserowej lub mieszanki 3:1 kuwertury/czekolady gorzkiej i mlecznej jw.

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z kawą mieloną. Dodać espresso, przykryć, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, wlać do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać likier, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w chłodnym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki, schłodzić w lodówce (ważne!). Stężałe trufle delikatnie nurzać w utemperowanej kuwerturze/rozpuszczonej czekoladzie w temp. 30 st. C (nie cieplejszej, trufle mogą się rozpuścić) i odstawiać do zastygnięcia. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

A tegoroczne drzewko adwentowe wygląda z grubsza tak, jak rok temu. Tag "świąteczne prezenty" za to kryje inne pomysły na jadalne podarki.

niedziela, 26 listopada 2017

Pewna ilość puree z dyni w lodówce to całkiem przydatna rzecz. Łyżka może dosłodzić i zagęścić sos pomidorowy, podobną ilość można dodać do duszonych podrobów lub gulaszu. Oczywistością jest zupa dyniowa czy wypieki, których na blogu znajdziecie wiele (TU są wszystkie wpisy z tagiem „dynia”). Czemu jednak nie odłożyć niepełnej szklanki na śniadanie w postaci placuszków? Większość przepisów, także ten Filozofii Smaku, którym się inspirowałam, zakładały wariant deserowy, ponieważ jednak dynia sama w sobie jest słodka, zmniejszyłam ilość cukru i dodałam sól; takie placki są wciąż słodkawe, ale z serem czy twarogiem można je podać. U mnie jest także więcej dyni niż mleka, które zastąpiłam maślanką; można spróbować dać samą dynię. Oczywiście, do syropu klonowego placki też pasują.

Składniki (ok. 10-12 placków):

  • 1 szklanka mąki (jasna pszenna lub orkiszowa; można także kilka łyżek zastąpić mąką razową)
  • ¾ szklanki puree z dyni
  • ¼ szklanki maślanki
  • kopiasta łyżka cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 1 jajo
  • ¼ łyżeczki soli
  • szczypta przyprawy do piernika lub cynamonu
  • łyżeczka oleju
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • olej do smażenia

Wymieszać składniki suche, dodać składniki mokre i dokładnie roztrzepać całość. Smażyć na średnim ogniu, po kopiastej łyżce na placek na rozgrzanym (ale nie za mocno) oleju, odwracając na drugą stronę, gdy na pierwszej będzie wiele pęcherzyków; powinno to zająć ok. 2-3 minuty na stronę. Trzymać na np. podgrzanym talerzu do chwili podania. Podawać ciepłe, z dodatkiem np. sera, twarogu/jogurtu, dżemu, owoców i syropu klonowego.

sobota, 18 listopada 2017

Pumpkin pie: amerykański klasyk. Kilka lat temu robiłam podejście, nawet z ozdobnymi kruchymi ciasteczkami (w kształcie kotków) i… nie. Albo jak to ujmuje w takich sytuacjach M: „Nie rób tego więcej”.

Minęło parę lat i mignął mi ten długi, długi wpis w Kukbuku pt. „Jak zrobić tartę dyniową”. Bardzo podziwiam autora za zaangażowanie w temat i wszystkie testy :). Jakoś przemówiły do mnie i zdjęcia farszu, który wydawał się przyjemnie kremowy i miękki (mój poprzedni nie był), dodatek serka śmietankowego (z którym moim zdaniem wszystko jest lepsze, od sernika londyńskiego po brownies) oraz rady nt. pieczenia. Faktem jest, że od kilku lat (czyt. od zakupu obecnie posiadanego piekarnika) piekę domyślnie na termoobiegu, który tu nie jest zalecany, i do tych rad się zastosowałam. Efekt: spód faktycznie nie wybrzuszył się zanadto (choć piekłam oczywiście i tak z obciążeniem, i dodatkowo nakłuty) zaś farsz również się upiekł równomiernie. Oderwał się co prawda od brzegów ciasta, ale w oryginalnym przepisie też jest taki efekt, w jedzeniu zaś to zupełnie nie przeszkadzało.

Trzymałam się grzecznie temperatury i metody pieczenia, ale zmieniłam trochę skład. W mojej wersji jest inne ciasto, tj. ulubione maślankowe, lekko posłodzone, bo nie trafiają do mnie ciasta na zupełnie niesłodkim spodzie – chyba, że nadzienie jest wyjątkowo słodkie, a tu tak nie jest. Ciasta jest także nieco mniej: moim zdaniem przy cienkim rozwałkowaniu spokojnie wystarczy do wyłożenia tortownicy 24cm z wystającym marginesem surowego ciasta. Jak naprawdę się postaracie, to jeszcze wyjdzie wam kilka ciasteczek ;).

Dyni użyłam piżmowej – niestety kupnej, w moim ogrodzie w tym roku dynie nie obrodziły i nie mam ulubionych amazonek, które są świetne do pieczenia :(. Puree było faktycznie dość suche (nie musiałam dodatkowo suszyć lub osączać), ale nie bardzo ciemne w kolorze. Gotowa tarta wyszła żółta, nie pomarańczowa, ale osobiście uważam kolor za całkiem apetyczny. Dodałam także do masy cynamon.

A jak ze smakiem? Przyznaję, że pierwszy kęs był ciężki, zwłaszcza, że ciasto było dość krótko wówczas schłodzone; poważnie się zastanawiałam, jak my to zjemy („może z syropem klonowym da radę?”). Następnego dnia było jednak zdecydowanie lepiej; podobnie jak z sernikiem, nie ma co się spieszyć z jedzeniem, ciasto musi się odstać i stężeć. Po kilku dniach żałowałam, że wszystko już zniknęło ;). Smak wciąż klasyfikuję jako specyficzny – jeśli ktoś nie lubi dyni, niech nawet nie próbuje – i M np. do każdej porcji dokładał sobie łyżkę kwaskowatego dżemu. Mnie smakowało (jak już posmakowało) solo, i myślę, że za rok jeszcze do tego wrócę.

Ciasto:

  • 250g mąki (pszenna lub jasna orkiszowa)
  • 125g masła
  • kilka łyżek maślanki
  • hojna szczypta soli
  • 35g drobnego cukru
Farsz dyniowy:
  • 270 g serka śmietankowego, typu Philadelphia, w temp. pokojowej
  • 40g miękkiego masła
  • 500g puree dyniowego
  • 200g cukru
  • ½ łyżeczki soli
  • świeżo starta gałka muszkatołowa (ok. 10 długich pociągnięć na tarce)
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 3 jaja

Dynię upiec (z czymś innym, co się piecze, albo ok. 50 minut w 190 st. C, przekrojoną na pół i wydrążoną), przestudzić, zdjąć skórę, zmiksować na puree. Przygotować ciasto kruche: wymieszać mąkę z solą i cukrem, wetrzeć zimne masło na okruszki, połączyć za pomocą maślanki, schłodzić co najmniej 30 minut. Rozwałkować dość cienko, tak aby wyłożyć tartownicę o średnicy 24 cm. Przygotowaną foremkę z ciastem schłodzić ponownie ok. pół godziny. Następnie obciążyć pergaminem i fasolkami (ciekawe wydają mi się zresztą sugerowane w Kukbuku monety, choć trzeba by ich mieć mimo wszystko dość dużo… Bilon podróżny ;)?) i piec ok. 20 minut w 200 st. C (góra + dół), następnie podpiec kolejne kilka minut bez obciążenia.

Gdy ciasto się podpieka, można zająć się farszem: zmiksować serek z cukrem i solą, gdy jest gładki, dodać dynię i przyprawy, następnie stopniowo, stale miksując, dodawać jaja. Masę wyłożyć na podpieczony spód. Piec w 140-150 st. C (góra + dół) przez ok. godzinę. Upieczony farsz będzie, podobnie jak w serniku londyńskim, wyraźnie ścięty z wierzchu, ale wciąż miękki pod spodem. Dokładnie wystudzić na kratce, następnie schłodzić w lodówce. Najlepiej jeść następnego dnia, jak napisałam we wstępie.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Jakiś rok temu zrobiłam przypadkiem bardzo dobre risotto z pieczarkami. Takie, że jadłam b. wolno, żałując, że nie ma dokładki, a M aż spytał, czy dodałam trufli. Clou, jak sądzę, polegało na połączeniu pieczarek i suszonych grzybów, lubczyku, bulionu i parmezanu (czyt. dużo umami). Zachwycona zapisałam przepis i potem jeszcze trzy razy robiłam replay. Nie wiem jednak, czy za pierwszym razem byliśmy bardziej głodni, czy zadziałały inne czynniki („miejsce, czas i akcja”?), ale choć za każdym razem mi smakowało, mam wrażenie, że nie udało się odtworzyć pierwotnej truflowatości. Nie zmienia to faktu, że danie nam smakuje i jest warte zapamiętania, a poza tym pasuje do chłodnej pory roku, łatwo je również wykonać ze składników dostępnych wówczas w sklepach (poza lubczykiem). Iluzja trufli może jeszcze się pojawi ;).

Składniki:

  • 1 szklanka ryżu arborio
  • łyżka + dodatkowa łyżeczka masła (najlepiej domowego czosnkowego, lub zwykłe + wyciśnięty przez praskę mały ząbek czosnku)
  • kapka oleju
  • 1 średnia cebula, bardzo drobno posiekana
  • sól do smaku
  • ok. 2 łyżek suszonych grzybów, bardzo drobno pokruszonych
  • ok. 350g pieczarek, pokrojonych w cienkie półplasterki
  • łyżka lubczyku, najlepiej świeżego (ew. można użyć listków z łodyg selera naciowego)
  • 500ml jak najlepszego, gorącego bulionu
  • trochę gałki muszkatołowej i pieprzu (do smaku)
  • 2 łyżki startego parmezanu
  • opcjonalnie: skórka z parmezanu, natka pietruszki

Stopić łyżkę masła (dodatkowa łyżeczka będzie potrzebna później, już do podania) z olejem w głębokiej patelni/płytkim rondlu. Zeszklić cebulę z czosnkiem (jeśli używacie zwykłego masła), lekko oprószyć solą. Dodać ryż, wymieszać dokładnie z zawartością naczynia. Dodać ze dwie łyżki bulionu, gotować, aż się wchłoną. Zamieszać, dodać pieczarki, gotować chwilę na małym ogniu, dodać pokruszone grzyby, lubczyk i ew. skórkę parmezanu, podlać paroma łyżkami bulionu, gotować często mieszając aż płyn się wchłonie; czynności powtarzać, aż cały płyn zostanie wchłonięty. Jeśli ryż będzie wciąż za twardy, podlać risotto niewielką ilością wody i gotować jak wcześniej, aż będzie tylko lekko al dente. Nie dopuścić do wysuszenia risotto, powinno pozostać wilgotne! Gotową potrawę wymieszać z dodatkową łyżeczką masła i większością startego sera (wcześniej usunąć skórkę parmezanu), odstawić na minutę pod przykryciem. Podawać natychmiast z resztą parmezanu, opcjonalnie posypane np. pietruszką (na zdjęciach widać akurat lekko anyżową trybułę – tak, zdjęcia robiłam latem).

A sześć lat temu w listopadzie pisałam o risotto z kurkami.

środa, 08 listopada 2017

Jeśli ktoś śledzi uważniej bloga, zauważy, że o wizytach w restauracjach, w których gotuje Robert Trzópek, meldowałam na bieżąco: najpierw była Tamka, potem był The Harvest (swoją drogą, chyba większość restauracji, o których wtedy pisałam, już nie istnieje). Późną zimą trafiłam do Bez gwiazdek na Powiślu i potem tylko zastanawiałam się, kiedy uda się wrócić. Udało się całkiem niedawno i znowu było godnie polecenia, więc czas na recenzję trzeciego miejsca spod znaku p. Trzópka ;).

Napisałam „godnie polecenia”, a jednak, jak to ujął M, „czy z kimś chcielibyśmy tu pójść?”. Coś w tym jest, bo nie mogę odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, choć uważam, że jest to najciekawsza obecnie restauracja warszawska z kuchnią autorską, ambitną, ale przy tym stawiającą na treść, nie tylko formę (bo tego mam serdecznie dość ;). Rzecz w tym, że kulinarków znamy mało, a nie jest to miejsce na pogaduchy przy winie ze znajomymi czy obiad z rodziną. Nie smucę się, w końcu fajnie móc pójść dokądś tylko we dwoje…

Formuła restauracji jest prosta: otwarte tylko wieczorem; menu działa w formie małej, średniej i dużej, czyli od 4 do 6 dań, dodatkowo można wziąć dobierane wina, co bardzo polecam. Jak na razie są oferowane zestawy tematyczne pt. regiony Polski – trafiliśmy najpierw na Wielkopolskę, potem Ziemię Lubuską, czyli dość podobne klimaty (i te ostatnie bliskie M rodzinnie): i jedno, i drugie zaczynało się od kapusty ;). Szczerze mówiąc żałuję, że załapaliśmy się na np. Pomorze czy (nasze adoptowane) Mazury...

Najnowsze menu, które widzicie na zdjęciach, mam mocniej w pamięci i moim ulubionym daniem byłoby jedyne bezmięsne, tj. dynia, którą nazwałabym Austrią w pigułce: marynowana, wyraźnie kwaśna, podana z octem z owoców czarnego bzu i pestkami dyni; dobry przerywnik przed głównym daniem mięsnym. Był nim dzik, który z kolei najbardziej smakował M, a który na tle innych dań wydawał się całkiem tradycyjny. Poza tym bowiem był zdekonstruowany kapuśniak (wyobrażam już sobie minę teścia ;) ze słodkiej kapusty, ale dodatkiem białej porzeczki – i efekt połączenia tych składników był zaskakująco smaczny, choć nie wybrałabym dania do swojej top trójki; dwa plastry wędzonej słoniny, z marynowanymi śliwkami i rydzami, która mi bardzo smakowała, ale przy takim ładunku umami trudno się dziwić (a teść nawet myślę, że by się nie krzywił) oraz delikatny dorsz, w kwaskowatym sosie z agrestem i zielonymi pomidorami – których się obawiałam, po tych, które wyrastają nam z kompostu w różnych miejscach ogrodu, ale na szczęście tu nuta goryczy była bardzo subtelna. Był także deser: jabłko nadziane parfait (moim zdaniem smakowało jak lody) z selera naciowego, doprawione Ginem Lubuskim (tu dostaliśmy z M ataku śmiechu, bo z tym właśnie ginem dawno temu, a nawet bardzo dawno temu, miałam pewne nieprzyjemności, ale na szczęście po traumie pozostało tylko wspomnienie; G&T nawet teraz bardzo lubię ;). Ten deser chyba bym dorzuciła do tercetu ulubionych, ze względu na skojarzenie z najbardziej niezwykłym deserem, jaki kiedykolwiek zjadłam, czyli szczaw i buraki z Tamki.

Potrawom towarzyszył także wybór pieczywa wypiekanemu na miejscu i który jest dość obszerny, jednak jakoś w 2/3 posiłku sobie z nim poradziliśmy. Na desce znajdował się chleb gryczany na zakwasie, foremkowy (moim zdaniem najbardziej udany), jasny – drożdżowy i zakwasowy (obydwa smaczne, ale w moim odczuciu zbyt mocno wypieczone) oraz najsłabszy w zestawie, pszenny razowy na zakwasie (jestem BARDZO wybredna, jeśli chodzi o pieczywo, ale tu chyba i czas wyrastania, i receptura do poprawki ;). Do tego masło, wyrabiane też w restauracji (!) oraz olej rzepakowy z Góry Św. Wawrzyńca (który kiedyś kupiłam do domu i właściwie chętnie bym ten zakup ponowiła…).

Wspominałam także o winach: są dobierane do dań w przemyślany sposób i często grają tylko z daną potrawą; z przyjemnością słuchałam sommelierów objaśniających dany wybór. Są to często wina np. morawskie, austriackie czy polskie (z ostatniego zestawu do picia poza konkretnymi daniami pasowały mi tylko rodzime białe: Kadryl z samego początku - swoją drogą, w menu lubuskim opublikowanym w sieci jest inne - oraz Riesling „Znad Pradoliny” podany do deseru. Przyznaję, że brakowało mi w ostatnim menu pełnego wina czerwonego do dzika, bo eksperymentalne Nebbiolo nie do końca spełniało te kryteria moim zdaniem ;).

Wracając do pytania, komu można Bez gwiazdek polecić – wszystkim, którzy interesują się kuchnią i podchodzą do niej bez uprzedzeń, zależy im na poznawaniu niecodziennych, nieoczywistych połączeń smakowych i, być może, nowych składników. Sama mam poczucie, że szefowi kuchni mogę zaufać i spróbowałabym u niego wszystkiego. Ciekawa jestem, jaka będzie formuła po wyczerpaniu listy regionów – nie wątpię jednak, że jeśli nie powrót do początku listy, to inny motyw (miesiące lub sezony, a może miasta?) da się znaleźć.

Zapisz

niedziela, 05 listopada 2017

 

Jak macie w ręku nową książkę kucharską, od jakiej sekcji zaczynacie oględziny? Jak przeglądam online (tu np. Amazon z funkcją "Look inside" ma zdecydowaną przewagę nad innymi sklepami), patrzę najpierw na indeks i spis treści. Jak już mam swoją książkę, zaczynam prawie zawsze oglądanie od tyłu, a tam znajdują się standardowo desery - nawet w książce, która nie ma tradycyjnych podziałów na sekcje, tzn. najnowsza Nigella (At my table). Tak wpadł mi w oko kolejny pomysł na zużycie białek, czyli "zapomniane ciasteczka", vel merookies (połączenie cookies i meringue - bezociasteczka, choć my je nazwaliśmy inaczej, o czym niżej).

Pomysł nawiązuje do nocnej bezy tej samej autorki, o której (w opcji czekoladowej) pisałam kilka lat temu - wsadza się ciasto do piekarnika i o nim zapomina przez noc (analogicznie do pieczonych pomidorów). W przeciwieństwie jednak do "zapomnianego deseru", gratki dla fanów musu czekoladowego i mokrego wnętrza Pavlovej, beziki z czekoladą wychodzą wyraźnie suche; wnętrze z orzechami i czekoladą nam się mocno kojarzyło z kakaowymi wafelkami, stąd nazwa bezowafelki. W moim odczuciu ciekawsze od zwykłych małych bez, za którymi specjalnie nie szaleję, proste, szybkie, i łatwo można zagospodarować te nieszczęsne białka (których stale mam nadmiar, wystarczy zrobić makaron...).

Składniki:

  • 2 duże białka
  • 100g drobnego cukru
  • 75g posiekanej ciemnej czekolady
  • 75g posiekanych pistacji (można ew. użyć innych orzechów)
  • ¼ łyżeczki mielonego kardamonu lub wanilii
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej lub kukurydzianej
  • 1 łyżeczka octu z białego wina lub jabłkowego

Białka ubić na sztywno z cukrem i szczyptą soli, sypiąc cukier pomału i stopniowo, łyżeczka po łyżeczce. Wymieszać delikatnie a stanowczo z octem i skrobią, dodać wanilię/kardamon, większość pistacji i czekoladę, wymieszać krótko, tylko do połączenia. Nakładać po łyżce masy na bezę, w odstępach, bo rosną, na 1 lub 2 blaszkach wyłożonych matą silikonową lub papierem do pieczenia, posypać pozostałymi pistacjami. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i natychmiast go wyłączyć. Zostawić bezy w środku na noc lub co najmniej 8h. Dość dobrze się przechowują w suchym miejscu, w temperaturze pokojowej lub nieco niższej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna