Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
piątek, 21 września 2018

W tym roku uzbierało się już sporo podróży (a to jeszcze nie koniec…); niemal bezpośrednio po górskim urlopie wylądowaliśmy na kilka dni w Londynie. Dla niektórych był to wyjazd głównie służbowy, inni mogli po kilku h pracy trochę pochodzić po mieście… i pojeść ;), a przez cztery dni tych posiłków wychodzi całkiem sporo! Innymi słowy, mam kolejny adresownik londyński, jako uzupełnienie lub weryfikację poprzedniego zbiorczego wpisu.

Dokąd w Londynie pójść…


  • … na śniadanie:

Jeśli szukacie czegoś rano bardziej konkretnego, zwłaszcza a) na ciepło, b) czynnego od 8 rano w weekend (w tygodniu od 7:30), polecam The Breakfast Club. Odwiedziłam dwukrotnie to w Soho (na D’Arblay St), za każdym razem było smacznie, sympatycznie (ale nie liczcie na pogaduszki, bo obsługa jest zabiegana – dosłownie!) i całkiem sprawnie/szybko. Jeśli chcecie coś małego, polecam owsiankę, cała reszta jest bowiem spora lub wielka (np. jajkami po benedyktyńsku spokojnie nasycą się dwie osoby, o ile nie umierają z głodu), ale o to tam chodzi ;). Jedyny minus to taki, że lokal zapełnia się błyskawicznie – o np. 8:45 w niedzielę pod drzwiami stoi kolejka czekających na stolik.

Niedaleko BC znajduje się piekarnio-kawiarnia Gail’s Bakery (Wardour St), która sobie zaplusowała u mnie za… muzykę puszczaną przed 8 rano. Była to mieszanka muzyki z lat 70/80/90 (np. The Police czy Nina Simone), która rozbudziła mnie skuteczniej niż „normalne” flat white czy średnia owsianka (na mleku owsianym, co jest chyba modne; po tym w Gail’s uznałam, że chyba ten zamiennik mi nie leży, ale potem zjadłam smaczną wersję w Breakfast Club… choć na mleku krowim pewnie byłaby jeszcze smaczniejsza ;). Innymi słowy, nie wiem, czy na pewno mogę miejsce polecić spożywczo, ale ze względu na pozytywną energię :) pewnie chętnie tam wrócę (nie na owsiankę).

  • … na małe co nieco:

Jeśli w okolicy Oxford Street zapragniecie kanapki z salted beef, ozorkiem lub pieczystym w klimatach lekko zapyziałych, polecam tycie Tongue & Brisket na Wardour St. Wkładki do kanapek występują także w postaci bez pieczywa, ale wersja klasyczna, z piklami i wściekle ostrą musztardą, przygotowana przez pana mówiącego cockneyem, ma wiele uroku. Tuż obok znajduje się modernistyczny budynek Film House, jak ktoś lubi ten styl architektoniczny, warto obejrzeć.

Odjeżdżając mocno poza centrum, bo do Kew: jeśli tam się znajdziecie, polecam niewielką kawiarnię Antrobus & Butler kilka kroków od stacji metra. Jedzenie jest smaczne, świeże, kolorowe – kilka opcji od wegańskich po mięsne, każda zawierająca jakieś warzywa. Obsługują sympatyczne właścicielki. Na półce koło drzwi stoi słój z przysmakami dla psów a miska na wodę dla czworonogów jest przed wejściem ;). Ogólne wrażenie jest takie, jak żywcem wzięte z literatury kobiecej, ale w pozytywnym sensie: kobiety prowadzące mały, bezpretensjonalny biznes adresowany głównie do lokalnej klienteli.

A jeśli chodzi o tą lokalizację: to była moja druga wizyta w ogrodach botanicznych w Kew, przy czym poprzednia miała miejsce hm, 21 lat temu (i nie miałam wówczas siedmiu lat, tylko ciut więcej ;). Wiem, że od minionego stulecia powstały w ogrodach różne nowe atrakcje, ale i tak wygląda na to, że pamiętałam tylko palmiarnię… no i zresztą jako nastolatka miałam trochę inny gust, czyt. od jakiegoś czasu ogrody botaniczne bardzo lubię, a wówczas mnie niespecjalnie interesowały. Nie mówiąc o dodatkowych skojarzeniach, że w jaskrawym wrześniowym słońcu (z paroma chmurami na niebie) tereny ogrodowe wyglądają jak plener jakiegoś dramatu kostiumowego (np. ekranizacji powieści Jane Austen). Odwiedziny królewskiego pałacu i pobliskich kuchni to wrażenie tylko spotęgowały ;). Tu film/kolaż zdjęć stamtąd, jaki zamieściłam na FB Coś niecoś:

  • … na kawę:

Chodziłam po Londynie i każdego dnia piłam co najmniej dwie kawy, zamawiając flat white na autopilocie. Smuciłam się jednak faktem, że jakoś w żadnym lokalu mój ulubiony napój do mnie nie przemówił na tyle, bym dla samej kawy zapragnęła tam wrócić. Aż ostatniego dnia mnie olśniło, że przecież (z drobnymi wyjątkami) „na mieście” wolę teraz mniejszy format, tj. cortado. Objawienie nastąpiło w Jacob the Angel, do którego od dawna chciałam pójść: bo te napisy na ścianach/podłodze, bo lokalizacja w od zawsze lekko hippisowskim Neal’s Yard (do którego mam i miałam słabość, podobnie jak do całej okolicy, tj. Seven Dials), bo domowo wyglądające wypieki. Teraz jeszcze mogę dodać, że „miła atmosfera i dobra kawa”; wypieku spróbowałam bardzo zdrowego, wegańskiej owsianej krajanki z (chyba) daktylami i kokosem, i choć miałam lekkie skojarzenia z karmą dla gryzoni ;), było to na swój sposób smaczne. Jeśli uda mi się naukę pt. cortado do następnego razu zapamiętać plus zawitam znowu w okolice „ulicy Cormorana [Strike’a]”, czyli na skwer przed kościołem St. Giles na końcu Denmark St, chętnie odwiedzę sympatyczną obsługę straganu Rosie & Joe (i do kawy zjem blok z masłem orzechowym) – jest to jednak opcja na ładną lub przynajmniej znośną pogodę.

  • … na ostrygi:

Nigdy nie kryłam, że lubię ostrygi, a jak wiadomo, Wielka Brytania to bdb adres na ich skosztowanie, bo w końcu także tam się je łowi. The Oystermen znalazłam na mapie Google, patrząc na lokale oddalone o kilka minut marszu od teatru Vaudeville, do którego udaliśmy się wieczorem. Okazało się, że dobre oceny były uzasadnione: restauracja jest malutka (sugeruję rezerwację, zwłaszcza w „gorącej” porze przedteatralnej), atmosfera b. luźna (piwo pije się z butelki, chyba, że ktoś naprawdę musi ze szklanki…) i bardzo przyjazna, tj. kelnerzy oraz włoski (z zachowania nawet bardzo ;) kierownik sali wykraczają poza brytyjskie normy, nawiązując bardziej osobiste relacje z gośćmi (typu opowieści z wakacji), co raczej kojarzy mi się (pozytywnie) ze stylem zza Atlantyku. Co najistotniejsze, jedzenie: ostrygi z naszego mieszanego zestawu 4 x 3 smakowały mi wszystkie, z naciskiem na dwa różne gatunki z Whitstable (do którego kiedyś pojadę…), w tym delikatne tzw. natives (rodzime? natywne?), które są dostępne tylko w miesiącach z "r" w nazwie (takich, jak September/wrzesień), czyt. chłodniejszych. Później sałatka z makrelą dla mnie i ryba (dorada?) dla M, plus dla jednej osoby szkockie piwo rzemieślnicze, dla drugiej przyzwoite rose na kieliszki. Do powtarzania, i nie musi być przed teatrem (choć miło łączyć dwie przyjemności).

  • … na obiad lub lunch:

Temat obiadów zaczął się pewnym rozczarowaniem, bowiem pierwszego dnia po przyjeździe wróciliśmy do Ducksoup. Zdarza Wam się wejść do restauracji i czuć, że nic dobrego z tego nie będzie? Tak było tym razem, i przeczucie mnie nie myliło. Zamówiliśmy łącznie pięć różnych dań, trzy różne wina na kieliszki + aperitif i z tego wszystkiego chyba najciekawsze było pomarańczowe wino, którego od dawna chciałam spróbować. Kuchnia niestety rozczarowała; do tej pory pamiętam, co jadłam za pierwszym razem, bo były to dania świetnie doprawione, proste a jednocześnie (dla mnie) odkrywcze. Tym razem z trudem sobie mogę przypomnieć, co pojawiło się na stole, poza tym, że M miał coś z jagnięciną, która zniknęła zupełnie w sosie, ja miałam coś w stylu włoskiej ciecierzycy z solonym dorszem, bo z fasolą – i niestety, oryginał z rzymskiego Ai tre scalini było dużo lepsze. Gwoździem do trumny była zimna tarte tatin z brzoskwiniami. Obiektywne jest to smutne, jednak tylko wzruszam ramionami, bo co jak co, ale nad Tamizą zamiennik zawsze się znajdzie. I tak było, gdy na ostatni posiłek w mieście, czyli niedzielny lunch, poszliśmy do Kiln.

Restauracja to długi, ciemny (co tłumaczy jakość powyższego zdjęcia ;) bar + stołki na górze plus ze trzy większe stoliki na dole; rezerwacje są przyjmowane tylko dla co najmniej czterech osób, do dolnej sali. Na górze: kto pierwszy, ten lepszy; nam się koło 13 udało wejść i usiąść, ale w chwilę później był komplet. Bardzo dawno nie jadłam autentycznej tajskiej kuchni i zapomniałam, jak bardzo ją lubię; tu jest (cytując opis restauracji) w wydaniu z północy kraju. Mogę nie być obiektywna, ale smakowało mi wszystko bardzo, z naciskiem na ostrą surówkę z kalarepy (choć najbardziej pikantne było curry rybne); curry z wołowiny przypominało mi mussaman curry, które akurat jedliśmy na Koh Tao (czyli nie na północy ;). Napoje (mojito z tajskiej bazylii oraz piwo rzemieślnicze z kija) także godne polecenia. Zdecydowanie do powtórki.

  • … na piwo:

W temacie piwa: w Londynie nie mam zupełnie wrażenia, że puby cienko przędą, a wręcz przeciwnie. Zjawisko tłumu kłębiącego się na co drugim (jak nie każdym… ;) rogu przed wejściem do lokalu, zwłaszcza od godziny 17-18, mnie zawsze fascynowało. W pubach lubię nie tylko ich powszechność, ale wybór piwa, to, że pół pinty, czyli mała pojemność, to także standard (bo rzadko mam ochotę na duże), czy wreszcie to, jak często są ładne wewnątrz. Po drodze do muzeum w Holborn weszliśmy do Princess Louise; kręciłam nosem, bo przed wejściem było pustawo i ogólnie pub wyglądał z zewnątrz na trochę zmęczony. W środku okazał się piękny, z autentycznym XIX w. wystrojem, i później się doczytałam, że niechcący trafiliśmy do znanego zabytku ;). Kolejnego dnia wieczorem zatrzymaliśmy się na chwilę pod Dog and Duck na rogu Frith i Bateman St; wg tabliczki na ścianie budynku od kilkuset lat znajdował się w tym miejscu jakiś szynk, choć obecny budynek jest z XIX w., a narysowane sprejem na chodniku kreski wyznaczają, gdzie mogą stać goście, a gdzie powinno być przejście dla pieszych ;). Tyle jeśli chodzi o spontaniczne wyjścia, natomiast bardziej docelowo odwiedziliśmy Mr Fogg’s Tavern, w którym już raz wcześniej byłam (na ich piwie firmowym). Grupa „Foggowa” obejmuje m.in. także Cahoots, o których pisałam dwa lata temu (i do którego nawet próbowaliśmy teraz zajrzeć, ale bez rezerwacji = czas oczekiwania 45 minut), i biznes chyba dobrze się kręci, bo lokali nawiązujących do powieści Verne’a jest już pięć, a klientów nie brakuje. Choć ta hurtowość niekoniecznie mnie zachwyca, podziwiam właścicieli za konsekwencję i dbałość o detale np. w wystroju wnętrz (w tawernie trzeba dokładnie obejrzeć sufit, no i pójść do toalety, obejrzeć zwłaszcza umywalki ;) czy dobór muzyki z epoki. Dlatego też w kategorii kolejnej...

  • … na drinki:

 

… odwiedziliśmy Mr Fogg’s Residence, kiedyś na Instagramie polecanym (przez samych „Foggów”) jako najlepsze miejsce na randkę. Położone jest rzeczywiście w cichym zaułku Mayfair (czyt. raczej mało osób trafia tam przypadkiem), ale odstawszy kilka minut w mikro kolejce do wejścia (pod okiem portiera w retro liberii) znaleźliśmy się na dużej, głośnej sali, w pełni wypakowanej klientami… z czym nie mam problemu, jednak nie tak sobie wyobrażam romantyczny nastrój ;). Przestrzeń bez ludzi wypełniona „pamiątkami z podróży” – czyimi? Phileasa Fogga, rzecz jasna, czyli są to najróżniejsze kaski tropikalne, flagi, trofea łowieckie itd. Koło nas siedzieli starsi panowie; jeden poprosił o niespodziankę i dostał koktajl w… rogu. W toalecie zaś, co najbardziej mi się podobało, leci W 80 dni dookoła świata jako audiobook. Po namyśle jednak, jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy na punkcie kolonializmu, może odebrać całość negatywnie. Osobiście widzę w tym wielkie przymrużenie oka i choć przy niektórych fragmentach W 80 dni… (czytałam kilka lat temu) się wzdrygałam, nic mnie w Rezydencji nie raziło. Ze spraw praktycznych: koktajli jest cała książeczka, przy stronie czwartej zrezygnowałam i zdecydowałam się na pierwszy drink, jaki wcześniej wpadł mi w oko: coś trochę jak ogórkowy sour z dodatkiem pieprzu. Specyficzny, ale mnie smakował. 

Żeby jeszcze podkreślić, jak ważna jest konsekwencja dla klimatu lokalu: podczas spaceru po Bloomsbury przypadkiem trafiłam do kawiarni Syrup of Soot, którą dojrzałam kiedyś na Instagramie ulubionej Georgian London (o której już wspominałam). Zajrzałam do środka i, ponieważ poza kelnerką nikogo nie było, zrobiłam kilka zdjęć nie telefonem komórkowym (czyt. nie udając, że niekoniecznie robię zdjęcia ;). I, niestety, całe wrażenie z retro wystroju lokalu zepsuła głośna muzyka elektroniczna wyraźnie z obecnego wieku (i przelana kawa nie pomogła ;). A miało być tak pięknie, albo nie wystarczy ustawić kilka starych krzeseł.

Ufff! Dojechaliście do końca? Byliście w którymś z tych miejsc? Macie takie same wrażenia? Chętnie się dowiem!

środa, 12 września 2018

W tym roku z nowalijek najbardziej smakowała mi młoda kapusta; wiosenny tydzień bez opcji z koperkiem, lub z pomidorami, ew. azjatyckiej uważałam za stracony. Gdy podczas górskiego urlopu na austriackim ekostraganie warzywnym (z lokalnego gospodarstwa, które czasem mijamy podczas dłuższych spacerów – zawsze z przyjemnością oglądam rzędy sałat) zobaczyłam jasnozielone stożki, trochę się zdziwiłam. Potem sobie przypomniałam, że polskie kapusty z początku sezonu nie są gruntowe, tylko szklarniowe; gatunek warzywa też pewnie ma znaczenie. Tak czy inaczej, kapusta została kupiona, razem z innym w sezonie, czyli czerwoną papryką. Była tak smaczna, świeża i chrupka, że trochę się wahałam, czy w ogóle ją gotować, jednak tegoroczna słabość zwyciężyła ;). I tak powstała kapusta duszona na późne lato/wczesną jesień; papryka jest obecna w kilku wariantach. Zjedliśmy tylko z ziemniakami, posypanymi szczypiorkiem, jak przystało na austriacką lokalizację. Jeśli nie macie młodej kapusty, danie można też przyrządzić ze zwykłej lub włoskiej, tylko czas gotowania się trochę wydłuży.

Składniki:

  • ¾ małej główki młodej kapusty (ew. zwykłej białej, ew. włoskiej)
  • 1 nieduża cebula (lub mieszanka cebuli i zielonej dymki)
  • 1 czerwona papryka
  • pół puszki pomidorów (lub jeden b. duży posiekany pomidor, lub szklanka przecieru)
  • słodka papryka (ok. ½ łyżeczki, lub do smaku)
  • ostra papryka (ok. ¼ łyżeczki, lub jw.)
  • hojna szczypta kminku
  • sól, pieprz
  • natka pietruszki lub koperek
  • olej

Zacząć od zeszklenia posiekanej cebuli na rozgrzanym oleju. Dodać paprykę pokrojoną w kostkę, przesmażyć kilka minut na średnim ogniu, następnie dodać poszatkowaną kapustę (partiami, jeśli to konieczne). Jeśli używacie starszej kapusty, proponuję odwrotną kolejność, tj. paprykę dodać na końcu. Gdy warzywa trochę zmiękną (co przy młodej kapuście zajmie tylko kilka minut), dodać pomidory, papryki przyprawowe, kminek, hojną szczyptę soli oraz pieprzu i całość gotować na średnim ogniu, bez przykrycia, aż większość płynu odparuje. W trakcie gotowania sprawdzić doprawienie i ew. skorygować. Kapusta powinna pozostać lekko jędrna. Podawać z ugotowanymi ziemniakami lub pieczywem, posypane natką lub koperkiem.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Guacamole wydaje się czymś oczywistym, nie wymagającym przepisu, w końcu składa się głównie z awokado i każdy je jadł przynajmniej raz w życiu. Nic prostszego. A jednak... nie do końca. Akurat niedawno jadłam guacamole w Warszawie, bo coś pod margarity (l.mn.) trzeba było zapodać ;), nie była to wersja moich marzeń. W skrócie: za łagodna, chyba za dużo cebuli, no i pomidor: choć w ogóle je kocham, tak tu wydają mi się zbędne. Gdy zatem znaleźliśmy się tymczasowo w miejscu, gdzie awokado dojrzałe do jedzenia leży w każdym sklepie spożywczym i M oznajmił, że chce zrobić guacamole, zasygnalizowałam mu, że sprawa może nie być taka prosta, po czym przeczytałam składniki z przepisu Jadłonomii... a on zwłaszcza do cebuli i chilli podszedł po swojemu ;). Taka (nieco) pikantna wersja okazało się smakuje nam bardzo, a mnie nawet BARDZO, i kilka dni później był replay. Uwaga: podaję składniki na 2 awokado, ale można spokojnie zrobić z trzech owoców, zwiększając tylko nieznacznie inne składniki (tj. biorąc nieco większą papryczkę, cebuli dając o cm więcej, kolendrę zwiększając o łyżeczkę, itd). Chilli jest z pestkami, bo od wielu lat ich nigdy nie usuwam.

Składniki (2 porcje):

  • 2 dojrzałe awokado
  • sok z ½ limonki
  • 15g kolendry (niewielka garść)
  • 1 b. mała tajska papryczka chilli (lub 2/3 nieco większej) - ok. 4cm, z pestkami*
  • cebula (może być od dymki), ok. 3x1cm kawałek
  • sól do smaku

* Jak pisałam, to wersja względnie pikantna, co stanowi dla mnie clou smaku, jeśli jednak wolicie mniej chilli, dajcie np. połowę ww. ilości.

Awokado przekroić, wydrążyć miąższ, przełożyć do miski. Chilli i cebulę b. drobno posiekać, dodać do awokado. Kolendrę posiekać już nie tak drobno, odłożyć odrobinę do dekoracji i resztę dodać do pozostałych składników wraz z sokiem z limonki i hojną szczyptą soli. Całość wymieszać i utrzeć np. tłuczkiem do ziemniaków - nie na gładkie puree, ma pozostać trochę struktury, ale jednocześnie składniki powinny być dobrze rozdrobnione. Sprawdzić doprawienie, ew. zweryfikować i posypać zachowaną kolendrą. Podawać od razu z chlebem, warzywami, pitą, nachos itd., itp.

W temacie podawania od razu: awokado ma to do siebie, że ciemnieje. Próbowałam metody z zachowaniem w nim pestki (i przełożeniem do szczelnego pojemnika) oraz przykrycia gotowego guacamole warstewką wody (polecanego właśnie przez zalinkowaną wyżej Martę, tj. Jadłonomię) i nie miałam wrażenia, bym osiągnęła 100% sukces; z pestką jednak trochę zmieniło kolor, a w przypadku wody wydaje mi się, że trochę guacamole potem zostało wraz z nią odlane, a reszta pasty była lekko wodnista. Innymi słowy, zalecam przygotowanie na świeżo, zwłaszcza, że trwa to szybko - a jak szybko znika...

PS. Re: pomidor - na FB padła sugestia użycia niewielkiej ilości samego miąższu, bez pestek. Tak faktycznie nie próbowałam, może następnym razem się - choć instynkt mi podpowiada, żeby zostawić tego pomidora obok ;).

wtorek, 21 sierpnia 2018

Możliwość gotowania ze świeżymi pomidorami jest jednym z największych plusów lata, i od ok. początku lipca z przyjemnością z tego korzystam (co prawda, zbiegło się to w czasie także z zużyciem zapasów przecieru… ;). Choć sos z samych warzyw jest oczywiście pyszny, lubię także wersję z rybami lub owocami morza (był także taki z podrobami). W ostatniej wersji jest magiczny składnik, który akurat miałam pod ręką, tj. cydr – tylko uwaga, musi być naprawdę wytrawny. Można także odlać parę łyków białego wina, spełniającego te same warunki.

Składniki:

  • 2 ząbki czosnku
  • ½ średniej cebuli
  • 1 b. duży pomidor (bawole serce) lub 2 średnie
  • garść ziół (oregano lub oregano i ew. lubczyk)
  • parę łyżek wytrawnego cydru/białego wina
  • 4 małe filety np. dorsza (łącznie ok. 350g)
  • ok. 2 łyżek posiekanych zielonych oliwek bez pestek
  • sól/pieprz
  • oliwa

Przepis zakłada użycie ½ porcji makaronu z tego przepisu – zanim zajmiecie się gotowaniem, powinien leżakować od co najmniej 20 minut.

Zeszklić posiekany czosnek i cebulę na oliwie na średnim ogniu, delikatnie oprószone solą. Dodać z grubsza posiekanego pomidora, przesmażyć, podlać delikatnie ok. 2 łyżkami cydru lub wina, gotować ok. 3 minuty na żywym ogniu. Dodać większość ziół, doprawić do smaku solą i pieprzem, dodać lekko posolone filety rybne i posiekane oliwki, skręcić ogień na średni. Gotować kilkanaście-dwadzieścia minut, obracając rybę jednokrotnie i co jakiś czas delikatnie poruszając garnkiem. Sos powinien się zagęścić i wyraźnie odparować. Gdy ryba się gotuje, można zająć się wałkowaniem makaronu (obecnie lubię taki na ustawieniu 5 z 7 dostępnych w maszynce) i pokrojeniem go na pappardelle (szerokie wstążki).

Na koniec gotowania sprawdzić doprawienie sosu, ew. zweryfikować, podlać dodatkową łyżką cydru/wina. Garnek przykryć i zostawić na minimalnym ogniu na 1-2 minuty (i wrzucić wówczas makaron do wrzątku). Makaron trzymać w garnku ok. 30 sekund od ponownego zagotowania wody, odcedzić, rozdzielić między dwa talerze. Podawać z porcją sosu, posypane pozostałymi ziołami i lekko skropione oliwą.

Z innych letnich makaronów pomidorowych polecam ten z surowym pomidorem (dla wegetarian)  lub ten z dodatkiem podrobów.

Inna ciekawa ryba na lato? Np. taka sałatkowa lub w gołąbkach z boćwiny.

środa, 15 sierpnia 2018

Nie jestem mistrzem smażenia kotletów. Większość popełnionych przeze mnie się mniej lub bardziej rozpadła ;), więc gdy uda mi się znaleźć przepis dla opornych (czyt. kotleciki/burgery trzymają kształt i przed, i po obróbce), uważam, że warto go uwiecznić. Drugim kluczem do sukcesu jest odpowiednie nagrzanie patelni (używam stalowej) i dopiero nagrzaną natłuścić, plus smażenie partiami, bez tłoku i w nie za wysokiej temperaturze, plus trzymanie już usmażonych kotletów w cieple.

Przepis na kotlety kalafiorowe znalazłam na str. 23 letniego wydania wirtualnego czasopisma, Magazynu Kocioł. Trochę się zawiesiłam nad kaszą jaglaną; teoretycznie wiem, że dobrze zlepia (użyłam jej np. do burgerów warzywnych), ale nie jestem w stanie się zmusić, by mieć na stanie tylko do takich celów produkt ogólnie nielubiany ;). Zastanawiałam się nad inną kaszą, ale żadna nie wydawała mi się wystarczająco lepliwa – w przeciwieństwie do płatków owsianych. Świetnie pasowały mi też do otrąb owsianych, których użyłam zamiast bułki tartej, bo jak zawsze jej nie miałam ;). Oto więc moja wersja, nieco inaczej też doprawiona (i z ½ składników oryginału).

Składniki (ok. 8-9 sztuk):

  • 300g ugotowanego (na parze lub w wodzie) kalafiora
  • 50g zaparzonych płatków owsianych (błyskawicznych)
  • ½ cebuli
  • 1 małe jajo
  • łyżka bułki tartej lub otrąb owsianych, plus dodatkowa do obtoczenia kotletów
  • 1/2-1 łyżka mąki ziemniaczanej
  • łyżka posiekanej kolendry
  • ½ łyżeczki przyprawy korzennej, np. baharat, advieh lub ras-el hanout
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól i pieprz
  • olej do smażenia

Płatki zwilżyć niewielką ilością wrzątku - tyle, by namokły, odstawić na kilka minut pod przykryciem. Kalafiora rozgnieść praską do ziemniaków; cebulę drobno posiekać i zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Namoczone płatki dobrze osączyć, jeśli to konieczne, połączyć z kalafiorem i cebulą. Całość doprawić do smaku solą, pieprzem, przyprawą korzenną i gałką. Dodać pozostałe składniki (jajo, bułkę/otręby i mąkę), dokładnie wymieszać. Gdyby masa była zbyt mokra, dodać jeszcze trochę bułki tartej lub otrąb. Formować okrągłe kotlety, obtaczać w bułce/otrębach, smażyć partiami, do zrumienienia z obu stron, zgodnie ze wskazówkami we wstępie (patelnia rozgrzana najpierw bez tłuszczu, nie za wysoka temperatura, nie robić tłoku na patelni, kotlety formować nie za duże i każdy lekko spłaszczyć na patelni podczas smażenia, jeśli to konieczne, dolać oleju między partiami). Gotowe kotlety przenosić albo do piekarnika (np. 100-120 st. C), albo do innego garnka/głębokiej patelni, i podgrzewać na małym ogniu. Po usmażeniu wszystkich kotletów, jeszcze podgrzewać je do 10 minut przed serwowaniem w nie za wysokiej temperaturze (można i układać warstwowo; chodzi o to, by środek był dobrze wysmażony). Podawać z dowolnymi warzywami i np. sosem z tahiny (prostym, czosnkowym lub z dodatkiem jogurtu).


Ponieważ jest lato, wiadomo, że regularnie wertuję Jerusalem Ottolenghiego. Z nowinek usmażyłam (rzutem na taśmę ;) foremne, ale bardzo, bardzo niefotogeniczne placki z boćwiny (w książce też nie ma zdjęcia ;) oraz klopsiki drobiowe z dodatkiem cukinii, albo mamy kolejny hit klopsowy (obok tych z bobem/groszkiem, które w sezonie muszą być) – nie rozpadający się! W oryginale miały być indycze, ja użyłam zmielonej piersi kurczaka. Zrobiłam także sugerowany sos śmietanowo-jogurtowy, choć ten z tahiny jw. też by pasował. Do sugerowanych ziół można podejść nieco kreatywnie: można zastąpić kolendrę częściowo też lubczykiem, dodać trochę estragonu, majeranku czy oregano.

Składniki (dla ok. 4 osób/15-18 sztuk):

  • 500g zmielonego mięsa drobiowego,
  • ok. 200g startej cukinii (1 większa sztuka),
  • garść posiekanego szczypiorku lub dymki,
  • 1 jajo,
  • 2 łyżki posiekanej mięty,
  • 2 łyżki posiekanej kolendry,
  • 2 ząbki czosnku (przeciśnięte przez praskę lub drobno posiekane),
  • łyżeczka kuminu (mielonego/roztartego w moździerzu)
  • łyżeczka soli
  • ½ łyżeczki (lub do smaku) grubo mielonego pieprzu
  • ½ łyżeczki ostrej papryki/chilli,
  • olej do smażenia (ok. 6 łyżek)
Do podania (sos):
  • 100g kwaśnej śmietany (12-18%),
  • 150g jogurtu bałkańskiego/greckiego,
  • łyżeczka skórki startej z cytryny,
  • łyżka soku z cytryny,
  • 1 mały ząbek czosnku (przeciśnięty przez praskę lub super drobno posiekany),
  • 1,5 łyżki oliwy,
  • łyżka sumaku,
  • ½ łyżeczki soli
  • ¼ łyżeczki pieprzu

Składniki sosu dokładnie wymieszać, odstawić do przegryzienia (można w lodówce).

Wymieszać dokładnie wszystkie składniki klopsów (poza olejem), uformować kotleciki o podobnej wielkości. Smażyć partiami, podobnie jak placki w poprzednim przepisie (i zgodnie z zawartymi tam sugestiami/uwagami). Gotowe kotlety (podobnie jak te kalafiorowe) albo trzymać w cieple, nawet warstwami, w przykrytym rondlu na małym ogniu, albo, zgodnie z sugestią autora, umieścić je w piekarniku w 200 st. C (termoobieg) na 5-7 minut po usmażeniu. Podawać z wcześniej przygotowanym sosem i np. pitami, kiszoną cytryną (u mnie była ta z nowszego przepisu, bo słoik mieszka sobie od kilku miesięcy w lodówce) oraz np. melitzanosalatą lub inną formą warzyw (pomidory w sezonie są zawsze mile widziane ;).

Sądzę, że skoro mam taką dobrą fazę, muszę wrócić do Ottolenghiego klopsów z dorsza, które zapamiętałam jako bardzo smaczne danie… o konsystencji fish curry, gdyż nawet M wezwany na pomoc nic nie pomógł na wątpliwą strukturę pulpetów ;).


środa, 08 sierpnia 2018

Dawno nie piekłam pity, choć przepis na nią jest na blogu od prawie początku, tj. ponad 10 (!) lat. Faktem jednak, że nigdy mi nie wyszły chlebki z kieszonką, tymczasem przy podejściu ostatnim, "po latach" i wg wskazówek Rose Levy Beranbaum, większość pit miała mniejsze lub większe otwory do zapełnienia jadalnym dobrem. Ku mojemu zdziwieniu, gdy porównałam przepisy, okazało się, że składniki są niemal te same, proporcje w sumie też zbliżone, inny jest jednak (w zalecanej opcji) czas wyrastania. Ze względu na wybranie opcji slow (czyt. długie wyrastanie w chłodzie) samowolnie zmniejszyłam ilość drożdży. Zwracałam też uwagę na konsystencję, bo wg Różyczki za kieszonki odpowiedzialne jest stosunkowo mokre ciasto (+ kamień). Jeśli miałabym piec w przyszłości tego typu chlebki, to z tego przepisu w wariancie leżakującym.

Składniki (8-12 sztuk):

  • 454g mąki pszennej chlebowej
  • 2 łyżeczki soli
  • 12g świeżych drożdży
  • 2 łyżki/27g oliwy
  • 1 1/4 szklanki (295g) letniej wody

Wymieszać wszystkie składniki w misie miksera (drożdże wkruszyć), wyrobić gładkie, choć nieco lepkie ciasto. Przykryć folią i umieścić w lodówce na co najmniej 8h; wg zaleceń, przez pierwsze 4h zaglądać co godzina do miski i odgazowywać ciasto (co ja zrobiłam tylko dwukrotnie, bo poszłam spać ;). Ciasto można wg autorki przechowywać do 3 dni, moje siedziało w lodówce ok. 22h.

Na co najmniej godzinę przed pieczeniem nagrzewamy piekarnik z kamieniem. Trochę poeksperymentowałam przy pieczeniu, i jednak najlepsze wyniki osiągnęłam przy 250 st. + termoobieg, i to Wam polecam.

Ciasto podzielić na 8 (u mnie) lub do 12 sztuk, dać mu odpocząć ok. 20 minut pod przykryciem. Każdy kawałek rozciągnąć lub rozwałkować na okrągły/owalny placek ok. 6mm grubości, dać kilka minut odpocząć. Testowo najlepiej upiec najpierw jedną pitę (u mnie ok. 5 minut na nagrzanym kamieniu), by sprawdzić, czy wystarczająco się puszy. Gdyby nie było widać tworzących się kieszonek, należy pozostałe ciasto zwilżyć wodą (moje było cały czas lekko lepkie, więc nie było tego problemu). Piec pity ratami, ok. 5 minut lub aż wyraźnie się napuszą i zaczną łapać miejscami mocniejszy kolor (coś a la piegi), po upieczeniu od razu owijać w ściereczkę, by pozostały miękkie (można trzymać jedną na drugiej). Podawać z różnościami z basenu Morza Śródziemnego (i od jego północy, jak i południa ;), np. falafelkami i dodatkami z tego wpisu czy klopsami (lub bohaterami  kolejnego wpisu, który dopiero nastąpi, ale widać ich na zdjęciu poniżej ;).

I teraz wartość dodana: wiadomo, pita najlepsza na świeżo i dobrze się mrozi. Jeśli jednak macie jakieś takie jedno- lub dwudniowe wymagające zagospodarowania, można je wykorzystać a la mini pizze/focaccie (o czym czytałam wielokrotnie, od Claudii Roden po Nigellę i Anne Shooter - niedawno kupiłam jej Cherish - po drodze). Wystarczy chlebek posmarować lekko oliwą i posypać wybranymi dodatkami. U mnie to był za'atar, sezam i sól w płatkach. Ponieważ akurat i tak chodził piekarnik, włożyłam pity pod grill w 210 st. na kilka minut, widziałam jednak sugestie niższych temperatur (180-190 st. C), można by także wykorzystać do podgrzania nagrzany grill ogrodowy. Wychodzi bardzo smaczna przekąska, przystawka lub dodatek.

środa, 01 sierpnia 2018

To, że zachwycałam się rzymskim Ai tre scalini, mogliście czytać na blogu nie raz. Możecie jednak nie wiedzieć, że za każdym razem (czyli do tej pory trzy razy) jadłam tam caponatę, bo jest to (najwyraźniej) danie stale występujące w karcie. I słusznie! Zawsze mi smakowała, choć jednocześnie za każdym razem wydawała mi się trochę inna (np. ta z lutego miała mniej pomidorów, niż wiosenne – a może w ogóle ich tam nie było? – i można to zrozumieć). To maślana potrawka z (głównie) bakłażanów, z lekko kwaśną nutą, która zyskuje na wcześniejszym przygotowaniu i późniejszym podgrzaniu; myślę, że to jest clou sukcesu dania w rzymskim lokalu ;). Dlatego nie zgadzam się z przepisami, które przeglądałam, a które zakładają tylko kilkanaście minut łącznego gotowania. Pierwszą wersję, jaką zrobiłam w domu, próbowałam przygotować na nieco bardziej szybko, czyli w jakieś pół godziny – i choć mnie raczej smakowało, M kręcił nosem, i przyznaję zresztą, było to zupełnie inne danie i nie ten efekt, jaki chciałam osiągnąć. Za drugim podejściem już udało mi się trafić w smak z dzielnicy Monti.

Oczywiście, wiadomo że tak, jak w przypadku poprzedniego przepisu na chłodnik, co nonna, to caponata. O, np. dopiero co widziałam u Rachel Alice Roddy zdjęcie tej potrawy jak na mój gust mało obrobionej, za to zawierającej i selera naciowego, i koryntki, i cukier, czyli składniki, których w mojej wersji a la Ai tre scalini nie ma. Nawet nad dodaniem tradycyjnych oliwek też się wahałam, bo nie mogę ich sobie przypomnieć (kapary za to były na pewno ;), ostatecznie jednak do garnka trafiły. Zresztą, poniższy przepis bazuje głównie na rozkosznie niedokładnej wersji Krakowskiego Makaroniarza (Bartka Kieżunia), którą potraktowałam jako ogólne wytyczne, by metodą prób i błędów dojść do opcji poniższej ;).

Warto dodać, że powyższe określenie „maślane” jest przenośne, bo jest to znowu potrawa tzw. przypadkowo wegańska. Zawiera ona jednak dużo oliwy, i jest to akurat ważny składnik. Odchudzanie caponaty nie jest wskazane, bo nie uzyskacie właściwej konsystencji. Aha – dzięki tej potrawie doszłam do tego, jaki bakłażan najbardziej smakuje M: wyraźnie rozpadnięty i, znowu, maślany. I mogę ją jeść zarówno jako dodatek do dania głównego, jak i podstawę obiadu.

Składniki (2-4 porcje, w zależności od zastosowania):

  • 2 średnie bakłażany
  • oliwa (ok. 3-4 łyżek, lub tyle, ile będzie konieczne)
  • 4 niewielkie ząbki czosnku
  • 2 średnie pomidory/1 super duży (np. bawole serce)
  • ok. 3-4 łyżeczek kaparów
  • ok. 2 łyżek zielonych oliwek bez pestek
  • 2 łyżki octu winnego lub domowego (jabłkowego bądź innego owocowego)
  • garść świeżego oregano
  • sól, pieprz
  • ok. 4 łyżek oliwy

Bakłażana z grubsza pokroić, obsmażyć partiami na oliwie (proponuję zacząć od łyżki i dolewać wg potrzeby, bo bakłażan ją pije). Umieścić całego bakłażana z powrotem w garnku, dodać posiekany czosnek, ponownie podlać oliwą i gotować chwilę. Dodać kapary, oliwki i zalać całość octem, gotować aż odparuje. Dodać pomidora, z grubsza posiekanego (i nie ściągałam skórki), oregano (i jeśli to konieczne, jeszcze dodać oliwę), doprawić solą i pieprzem do smaku. Zmniejszyć ogień na mały i dusić, mieszając co jakiś czas, aż bakłażan się rozpadnie, a masa zrobi się jednolita, maziasta i… właśnie maślana. Caponatę można oczywiście przygotować z wyprzedzeniem (zrobi jej to tylko lepiej) i potem lekko podgrzać. Bardzo dobrze smakuje w każdej temperaturze (chyba najbardziej lubię delikatnie ciepłą/letnią). Podawać najlepiej z dobrym pieczywem. Można posypać świeżą bazylią, ale nie jest to konieczne.

wtorek, 24 lipca 2018

Gdy niedawno byłam (bardzo krótko) w Londynie, zaliczyłam wizytę w Elystan Street (oraz wróciłam do St. Johna: poprawiłam w recenzji jedną informację praktyczną). W Elystanie było raczej pozytywnie, ale bez zachwytów, poza może dwoma rzeczami: aperitify, i to zarówno sour werbenowy (wściekle zielony), jak i bezalkoholowy koktajl na Seedlip, bezprocentowym destylacie, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia, oraz moja przystawka. Mianowicie był to chłodnik migdałowy; jak tylko go zobaczyłam w karcie, przypomniałam sobie, że zawsze chciałam tego spróbować. Smak mnie zaskoczył i jednocześnie bardzo przypadł do gustu przez połączenie słodkiego, kremowego i kwaśnego. Do tego wszystkiego jest to (przynajmniej w moim odczuciu) atrakcyjnie wizualnie danie i, uwaga, typowo przystawkowe (czyt. trudno zjeść dużo). W sam raz dla gości.

Przeczytałam kilka przepisów w internecie plus ten z A kitchen in France Mimi Thorisson i doszłam do wniosków takich, że to mniej więcej jak z bigosem ;) – każdy wie swoje. Poza faktem, że w każdym przepisie są migdały i chleb, reszta jest od Sasa do Lasa. Mój przepis ostatecznie bazuje na wersji Mimi, poza zwiększoną ilością octu, ale posypka jest zupełnie inna, nawiązująca do tego, co jadłam w Londynie. Co prawda, jeśli wierzyć menu ze strony internetowej, tam jeszcze był melon, no, ale… Wyszło i tak efektownie oraz, co ciekawe i niecodzienne, uzyskało aprobatę M, który nie jest wielkim fanem migdałów.

Składniki (na ok. 3 porcje):

  • 75g (czyli 1 większa kromka) białego chleba (bez skórki, jeśli jest gruba)
  • 100g migdałów w płatkach
  • 125g zielonych winogron bezpestkowych (użyłam rodzynkowych)
  • 1 mały, obrany ogórek
  • zmiażdżony ząbek czosnku
  • 2 łyżki łagodnego octu np. jabłkowego (u mnie nieodmiennie domowy), lub więcej do smaku
  • 75ml dobrej oliwy z oliwek
  • 350ml zimnej (np. z lodówki) wody
  • sól i pieprz

Do podania:

  • ok. 8-10 niewielkich zielonych oliwek,
  • 6 niewielkich liści mięty,
  • łyżka uprażonych migdałów,
  • kilka (ok. 4-6) winogron
  • oliwa

Chleb namoczyć kilka minut w chłodnej wodzie, osączyć i odcisnąć, zmiksować z owocami i warzywami, stopniowo lejąc zimną wodę, ocet i oliwę. Przecedzić i przetrzeć, skosztować, doprawić do smaku solą  i pieprzem, schłodzić co najmniej 6h (lub najpierw schłodzić, potem przetrzeć). Składniki posypki posiekać, skropić cytryną, oliwą, lekko posolić, odstawić do przegryzienia na 10-15 minut przed jedzeniem. Skosztować schłodzonej zupy i w razie potrzeby doprawić do smaku. Podawać niewielkie porcje, z posypką na wierzchu, lekko skropione oliwą.

sobota, 14 lipca 2018

Czy też macie wrażenie, że tego lata, jak na razie, jest obfitość owoców? Korzystając z tego przyjemnego zjawiska, chciałam krótko powiedzieć o patencie na dżem wiśniowy. Niskosłodzony zasmażany bez dodatków jest bardzo mało wydajny, a pektyn wiśnie mają mało. Dawno temu próbowałam ze środkami żelującymi (na szczęście ten okres już za mną ;), potem próbowałam z gotową pektyną, ale niestety zmienia ona smak dżemu. Mając jednak w pamięci moje udane mieszanki z czerwoną porzeczką (poza „porzeczkami dwiema” był np. malinowy z dodatkiem porzeczek, który konsystencję ma bdb, a smakuje właściwie tylko malinami), M rok temu zrobił wersję wiśnia i porzeczka. Okazało się, że to hit, choć porzeczki było aż ok. 30% - nie trzeba gotować cały dzień, by gęstość była właściwa, a w smaku czuć wciąż tylko wiśnie (świnka doświadczalna pt. niewtajemniczony gość powiedział „jaki dobry dżem wiśniowy”). W tym roku go ponowiłam, zmniejszając trochę udział porzeczek. Gotowałam może ciut dłużej, ale efekty także godne polecenia – wyszedł bardziej konfiturowy. Porzeczek nawet nie widać.

Dżem wiśnia z porzeczką (albo "wisieczki" w słoiku)

  • łubianka wiśni (ok. 2,6-2,7 kg po wydrylowaniu)
  • ok. 1 kg cukru
  • 500-750g* czerwonej porzeczki (lub co najmniej 750ml)
  • sok z ½ cytryny

Wiśnie wydrylować, umieścić w garnku wraz z ew. sokiem i porzeczkami, zagotować, skręcić ogień na średni, zasypać cukrem, gotować cierpliwie na nie za mocnym ogniu, aż całość wyraźnie zgęstnieje, szum zniknie, wierzch zrobi się szklisty i owoce zaczną przywierać do dna. Czas gotowania zależy od tego, ile dacie porzeczek, im mniej, tym dłużej potrzeba czasu; u mnie zajęło to mniej więcej godzinę. Gdyby szumu było dużo, warto go ściągnąć, ale mieszanie powinno wystarczyć. Pod koniec gotowania dodać sok z cytryny; można w kilka minut później skosztować pod kątem słodyczy (pamiętając, że gorący dżem wydaje się bardziej słodki). Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować.

* Maksymalnie można dać 1/3 wagi owoców, czyli tu ok. 850-880g, dżem będzie wówczas szybciej gotów i gęstszy.

PS. Na Facebooku zaproponowano dla patentu nazwę „wisieczki” – bardzo mi się podoba, stąd w tytule wpisu ;).

niedziela, 08 lipca 2018

Fakt pierwszy: mijający weekend spędziłam głównie w krzakach (i niekiedy w pokrzywach), zrywając maliny oraz porzeczki, następnie je przerabiając (ew. jedząc). Poprzedni weekend upłynął podobnie ;) (a wiśnie zrywał M).

Fakt drugi: od jakiegoś czasu chciałam znaleźć uniwersalny przepis na krajankę. Taki, który można by wykorzystać z najróżniejszymi owocami, przepis-matrycę; mam ulubione uniwersalne kruche słodkie i wytrawne, i drożdżowe, i ucierane, więc krajankę też powinnam mieć. Bo cytując jedną z bohaterek książki Kitchens of the Great Midwest (beletrystyki z motywem kulinarnym), „kto nie lubi krajanki?!”. Dodam, że cytrynowa, bez kruszonki na wierzchu, pozostaje jedną z pyszniejszych słodkości, jakie kiedykolwiek zrobiłam.

I po wypróbowaniu, w ramach zużycia pierwszej tury malin, przepisu znalezionego przez Pinterest, mam moją krajankową matrycę. Pod jagody czy czarną porzeczkę, jeżyny czy nawet węgierki, albo jak poniżej, maliny. W każdej opcji proporcje ciasto: owoce są, jak mówi mój Tata, właściwe, czyt. owoce dominują ;). Dlatego też powinny być jak najlepsze w smaku/aromacie (nie mylić z pięknym wyglądem).

Poniżej moja wersja, z lekkimi zmianami w stosunku do oryginału (i przerobiona na gramy).

Składniki:

  • 300g cukru (z czego 200g do ciasta, reszta do owoców)
  • 230g zimnego masła (prawdziwego!)
  • szczypta mielonej wanilii (można pominąć)
  • ¼ łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 450g mąki pszennej uniwersalnej (można ew. spróbować z jasną orkiszową)
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 jajo
  • pełen litr dojrzałych, aromatycznych owoców, np. malin
  • 1,5-2 łyżki skrobi ziemniaczanej

Wymieszać razem suche składniki ciasta (mąkę, sól, cukier i proszek) w malakserze, dodać masło pocięte w kostkę, jajo i wanilię, miksować, aż powstanie masa a la mokry piasek (można oczywiście też wszystko utrzeć ręcznie, siekając najpierw nożem, lub użyć np. końcówki ucierającej miksera). Połowę ciasta wyłożyć na dno wysmarowanej masłem foremki (33x23 cm lub podobnie), wklepać i wyrównać. Maliny wymieszać ze skrobią (w przypadku owoców bardziej suchych/bogatych w pektyny można dać jej mniej, ale akurat dojrzałe maliny potrzebują raczej więcej) i 100g cukru, wyłożyć na ciasto, delikatnie wyrównać. Rozsypać równomiernie pozostałe ciasto a la kruszonka. Piec w 190 st. (termoobieg) przez 15-20 min, potem skręcić temperaturę do 180 st. i piec dalsze 20-25 minut (ja łącznie piekłam 40 min). Ciasto powinno być z wierzchu zezłocone, ale nie za bardzo – uważać, by nie przepiec. Wystudzić przed jedzeniem. Gdyby komuś było za mało słodko, można posypać cukrem pudrem, dla mnie jednak słodycz była optymalna. Przechowywać w raczej chłodnym miejscu, najlepiej w spiżarni; jeśli będzie to lodówka, warto ciasto z niej wyjąć co najmniej kilkanaście minut przed jedzeniem – schłodzony spód twardnieje.

| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna