Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
poniedziałek, 24 września 2018

Na koniec minionej soboty powiedziałam do M, że czuję się, jakby mnie coś przejechało, na co odpowiedział: „Aha. Taki wagon pomidorów”. Powodem naszych odczuć był dzień spędzony na tworzeniu ponad połowy rocznego zapasu przecieru, którego z racji sierpniowego urlopu nie mogliśmy zrobić wcześniej. Dodatkowo sobie rozszerzyłam prace o podwójną porcję „sosu Wietoczki”. Mowa o Viomio (Wioletcie/Wietoczce), którą obserwuję na Instagramie – głównie dla zdjęć z podróży. Jakiś czas temu przypomniała o swoim przepisie na sos z pieczonych pomidorów i o tym, że ma zasięg wirusowy ;). Po obejrzeniu zdjęć ze strony internetowej oraz efektów prac innych, udostępnionych przez Viomio, uznałam, że zrobię i ja. Choć media społecznościowe świetnie wpłynęły na moje zdolności czytania cyrylicy (tzn. mylą mi się tylko niektóre litery i bardzo proste teksty rozumiem :D), w przypadku tego przepisu już posiłkowałam się Google Translatorem. Wyjątkowo nawet dał radę, a za perełki typu „gdy pomidory za bardzo dryblują” (co ciekawe, widziane tylko w wersji mobilnej, na komputerze przetłumaczyło inaczej) należy mu się wyróżnienie ;).

Oto moja wersja, z drobnymi zmianami. W gruncie rzeczy jest to przepis pokrewny i zmiksowanej pieczonej papryce (muszę niedługo zrobić!) i ulubionym nocnym pieczonym pomidorom.

Składniki:

  • 16-18 sztuk pomidorów lima (jajo),
  • ulubione zioła
  • sól, pieprz, oliwa
  • główka czosnku

Pomidory umyć, przekroić na ½, rozłożyć równomiernie na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Rozrzucić na wierzchu garść ziół (u mnie mieszanka z ogrodu pt. co wpadło w ręce ;) – oregano, tymianek i szałwia), oprószyć solą i pieprzem. Między pomidory powtykać ząbki czosnku (nieobrane). Całość skropić oliwą (szczodrze, nie tak, żeby pływało, ale żeby pomidory były wyraźnie nią natarte) i umieścić w piekarniku nagrzanym do 180 st. C (termoobieg). Piec przez ok. 45-60 minut – wszystko zależy od pomidorów, ich wielkości, stopnia dojrzałości; piekłam jednego dnia dwie blaszki owoców i drobniejsze piekłam kwadrans krócej, niż poprzednią, większą partię. Jeśli będziecie pamiętać (bo mnie to nie wyszło ;), możecie podczas pieczenia kilka razy uchylić piekarnik, by wypuścić parę.

Upieczone pomidory kilka-kilkanaście minut przestudzić, następnie przełożyć do garnka wraz z ziołami, czosnkiem (już teraz wyciśniętym ze skórek: dlatego trzeba lekko przestudzić ;) i ew. płynem/sokiem z pieczenia. Całość lekko podlać oliwą (i można od razu dodać też trochę ostrej papryki oraz ew. dodatkową sól) zagotować i gotować kilka minut, aż pomidory się rozpadną. Zmiksować sos na gładko w malakserze lub tzw. żyrafą (uważając, by nie obryzgać wszystkiego dookoła na pomarańczowo). Sprawdzić doprawienie, zweryfikować, jeśli to konieczne. Gorący sos (ok. litra = ok. 6 porcji makaronu) jest gotowy do użycia. Można go także wystudzić i przechowywać w lodówce lub (polecam) przelać do słoików i spasteryzować (raczej konkretnie, bo nie ma tu żadnych konserwantów typu ocet). Swoje słoiki w okolicach 320-370ml dołożyłam do partii pasteryzowanego przecieru (czyli siedział ok. 30 minut w 150 st. C w piekarniku + drugie tyle w cieple resztkowym).

A jak użyć? Poza oczywistością, tj. makaron (najlepiej domowy), można sos podać do np. galuszek (spaetzli); wzbogacić o np. grillowaną cukinię i zjeść z kaszą; wykorzystać jako dodatek do klopsów czy gołąbków, lub nawet jako zamiennik ketchupu. Możliwości jest naprawdę wiele.

piątek, 21 września 2018

W tym roku uzbierało się już sporo podróży (a to jeszcze nie koniec…); niemal bezpośrednio po górskim urlopie wylądowaliśmy na kilka dni w Londynie. Dla niektórych był to wyjazd głównie służbowy, inni mogli po kilku h pracy trochę pochodzić po mieście… i pojeść ;), a przez cztery dni tych posiłków wychodzi całkiem sporo! Innymi słowy, mam kolejny adresownik londyński, jako uzupełnienie lub weryfikację poprzedniego zbiorczego wpisu.

Dokąd w Londynie pójść…


  • … na śniadanie:

Jeśli szukacie czegoś rano bardziej konkretnego, zwłaszcza a) na ciepło, b) czynnego od 8 rano w weekend (w tygodniu od 7:30), polecam The Breakfast Club. Odwiedziłam dwukrotnie to w Soho (na D’Arblay St), za każdym razem było smacznie, sympatycznie (ale nie liczcie na pogaduszki, bo obsługa jest zabiegana – dosłownie!) i całkiem sprawnie/szybko. Jeśli chcecie coś małego, polecam owsiankę, cała reszta jest bowiem spora lub wielka (np. jajkami po benedyktyńsku spokojnie nasycą się dwie osoby, o ile nie umierają z głodu), ale o to tam chodzi ;). Jedyny minus to taki, że lokal zapełnia się błyskawicznie – o np. 8:45 w niedzielę pod drzwiami stoi kolejka czekających na stolik.

Niedaleko BC znajduje się piekarnio-kawiarnia Gail’s Bakery (Wardour St), która sobie zaplusowała u mnie za… muzykę puszczaną przed 8 rano. Była to mieszanka muzyki z lat 70/80/90 (np. The Police czy Nina Simone), która rozbudziła mnie skuteczniej niż „normalne” flat white czy średnia owsianka (na mleku owsianym, co jest chyba modne; po tym w Gail’s uznałam, że chyba ten zamiennik mi nie leży, ale potem zjadłam smaczną wersję w Breakfast Club… choć na mleku krowim pewnie byłaby jeszcze smaczniejsza ;). Innymi słowy, nie wiem, czy na pewno mogę miejsce polecić spożywczo, ale ze względu na pozytywną energię :) pewnie chętnie tam wrócę (nie na owsiankę).

  • … na małe co nieco:

Jeśli w okolicy Oxford Street zapragniecie kanapki z salted beef, ozorkiem lub pieczystym w klimatach lekko zapyziałych, polecam tycie Tongue & Brisket na Wardour St. Wkładki do kanapek występują także w postaci bez pieczywa, ale wersja klasyczna, z piklami i wściekle ostrą musztardą, przygotowana przez pana mówiącego cockneyem, ma wiele uroku. Tuż obok znajduje się modernistyczny budynek Film House, jak ktoś lubi ten styl architektoniczny, warto obejrzeć.

Odjeżdżając mocno poza centrum, bo do Kew: jeśli tam się znajdziecie, polecam niewielką kawiarnię Antrobus & Butler kilka kroków od stacji metra. Jedzenie jest smaczne, świeże, kolorowe – kilka opcji od wegańskich po mięsne, każda zawierająca jakieś warzywa. Obsługują sympatyczne właścicielki. Na półce koło drzwi stoi słój z przysmakami dla psów a miska na wodę dla czworonogów jest przed wejściem ;). Ogólne wrażenie jest takie, jak żywcem wzięte z literatury kobiecej, ale w pozytywnym sensie: kobiety prowadzące mały, bezpretensjonalny biznes adresowany głównie do lokalnej klienteli.

A jeśli chodzi o tą lokalizację: to była moja druga wizyta w ogrodach botanicznych w Kew, przy czym poprzednia miała miejsce hm, 21 lat temu (i nie miałam wówczas siedmiu lat, tylko ciut więcej ;). Wiem, że od minionego stulecia powstały w ogrodach różne nowe atrakcje, ale i tak wygląda na to, że pamiętałam tylko palmiarnię… no i zresztą jako nastolatka miałam trochę inny gust, czyt. od jakiegoś czasu ogrody botaniczne bardzo lubię, a wówczas mnie niespecjalnie interesowały. Nie mówiąc o dodatkowych skojarzeniach, że w jaskrawym wrześniowym słońcu (z paroma chmurami na niebie) tereny ogrodowe wyglądają jak plener jakiegoś dramatu kostiumowego (np. ekranizacji powieści Jane Austen). Odwiedziny królewskiego pałacu i pobliskich kuchni to wrażenie tylko spotęgowały ;). Tu film/kolaż zdjęć stamtąd, jaki zamieściłam na FB Coś niecoś:

  • … na kawę:

Chodziłam po Londynie i każdego dnia piłam co najmniej dwie kawy, zamawiając flat white na autopilocie. Smuciłam się jednak faktem, że jakoś w żadnym lokalu mój ulubiony napój do mnie nie przemówił na tyle, bym dla samej kawy zapragnęła tam wrócić. Aż ostatniego dnia mnie olśniło, że przecież (z drobnymi wyjątkami) „na mieście” wolę teraz mniejszy format, tj. cortado. Objawienie nastąpiło w Jacob the Angel, do którego od dawna chciałam pójść: bo te napisy na ścianach/podłodze, bo lokalizacja w od zawsze lekko hippisowskim Neal’s Yard (do którego mam i miałam słabość, podobnie jak do całej okolicy, tj. Seven Dials), bo domowo wyglądające wypieki. Teraz jeszcze mogę dodać, że „miła atmosfera i dobra kawa”; wypieku spróbowałam bardzo zdrowego, wegańskiej owsianej krajanki z (chyba) daktylami i kokosem, i choć miałam lekkie skojarzenia z karmą dla gryzoni ;), było to na swój sposób smaczne. Jeśli uda mi się naukę pt. cortado do następnego razu zapamiętać plus zawitam znowu w okolice „ulicy Cormorana [Strike’a]”, czyli na skwer przed kościołem St. Giles na końcu Denmark St, chętnie odwiedzę sympatyczną obsługę straganu Rosie & Joe (i do kawy zjem blok z masłem orzechowym) – jest to jednak opcja na ładną lub przynajmniej znośną pogodę.

  • … na ostrygi:

Nigdy nie kryłam, że lubię ostrygi, a jak wiadomo, Wielka Brytania to bdb adres na ich skosztowanie, bo w końcu także tam się je łowi. The Oystermen znalazłam na mapie Google, patrząc na lokale oddalone o kilka minut marszu od teatru Vaudeville, do którego udaliśmy się wieczorem. Okazało się, że dobre oceny były uzasadnione: restauracja jest malutka (sugeruję rezerwację, zwłaszcza w „gorącej” porze przedteatralnej), atmosfera b. luźna (piwo pije się z butelki, chyba, że ktoś naprawdę musi ze szklanki…) i bardzo przyjazna, tj. kelnerzy oraz włoski (z zachowania nawet bardzo ;) kierownik sali wykraczają poza brytyjskie normy, nawiązując bardziej osobiste relacje z gośćmi (typu opowieści z wakacji), co raczej kojarzy mi się (pozytywnie) ze stylem zza Atlantyku. Co najistotniejsze, jedzenie: ostrygi z naszego mieszanego zestawu 4 x 3 smakowały mi wszystkie, z naciskiem na dwa różne gatunki z Whitstable (do którego kiedyś pojadę…), w tym delikatne tzw. natives (rodzime? natywne?), które są dostępne tylko w miesiącach z "r" w nazwie (takich, jak September/wrzesień), czyt. chłodniejszych. Później sałatka z makrelą dla mnie i ryba (dorada?) dla M, plus dla jednej osoby szkockie piwo rzemieślnicze, dla drugiej przyzwoite rose na kieliszki. Do powtarzania, i nie musi być przed teatrem (choć miło łączyć dwie przyjemności).

  • … na obiad lub lunch:

Temat obiadów zaczął się pewnym rozczarowaniem, bowiem pierwszego dnia po przyjeździe wróciliśmy do Ducksoup. Zdarza Wam się wejść do restauracji i czuć, że nic dobrego z tego nie będzie? Tak było tym razem, i przeczucie mnie nie myliło. Zamówiliśmy łącznie pięć różnych dań, trzy różne wina na kieliszki + aperitif i z tego wszystkiego chyba najciekawsze było pomarańczowe wino, którego od dawna chciałam spróbować. Kuchnia niestety rozczarowała; do tej pory pamiętam, co jadłam za pierwszym razem, bo były to dania świetnie doprawione, proste a jednocześnie (dla mnie) odkrywcze. Tym razem z trudem sobie mogę przypomnieć, co pojawiło się na stole, poza tym, że M miał coś z jagnięciną, która zniknęła zupełnie w sosie, ja miałam coś w stylu włoskiej ciecierzycy z solonym dorszem, bo z fasolą – i niestety, oryginał z rzymskiego Ai tre scalini było dużo lepsze. Gwoździem do trumny była zimna tarte tatin z brzoskwiniami. Obiektywne jest to smutne, jednak tylko wzruszam ramionami, bo co jak co, ale nad Tamizą zamiennik zawsze się znajdzie. I tak było, gdy na ostatni posiłek w mieście, czyli niedzielny lunch, poszliśmy do Kiln.

Restauracja to długi, ciemny (co tłumaczy jakość powyższego zdjęcia ;) bar + stołki na górze plus ze trzy większe stoliki na dole; rezerwacje są przyjmowane tylko dla co najmniej czterech osób, do dolnej sali. Na górze: kto pierwszy, ten lepszy; nam się koło 13 udało wejść i usiąść, ale w chwilę później był komplet. Bardzo dawno nie jadłam autentycznej tajskiej kuchni i zapomniałam, jak bardzo ją lubię; tu jest (cytując opis restauracji) w wydaniu z północy kraju. Mogę nie być obiektywna, ale smakowało mi wszystko bardzo, z naciskiem na ostrą surówkę z kalarepy (choć najbardziej pikantne było curry rybne); curry z wołowiny przypominało mi mussaman curry, które akurat jedliśmy na Koh Tao (czyli nie na północy ;). Napoje (mojito z tajskiej bazylii oraz piwo rzemieślnicze z kija) także godne polecenia. Zdecydowanie do powtórki.

  • … na piwo:

W temacie piwa: w Londynie nie mam zupełnie wrażenia, że puby cienko przędą, a wręcz przeciwnie. Zjawisko tłumu kłębiącego się na co drugim (jak nie każdym… ;) rogu przed wejściem do lokalu, zwłaszcza od godziny 17-18, mnie zawsze fascynowało. W pubach lubię nie tylko ich powszechność, ale wybór piwa, to, że pół pinty, czyli mała pojemność, to także standard (bo rzadko mam ochotę na duże), czy wreszcie to, jak często są ładne wewnątrz. Po drodze do muzeum w Holborn weszliśmy do Princess Louise; kręciłam nosem, bo przed wejściem było pustawo i ogólnie pub wyglądał z zewnątrz na trochę zmęczony. W środku okazał się piękny, z autentycznym XIX w. wystrojem, i później się doczytałam, że niechcący trafiliśmy do znanego zabytku ;). Kolejnego dnia wieczorem zatrzymaliśmy się na chwilę pod Dog and Duck na rogu Frith i Bateman St; wg tabliczki na ścianie budynku od kilkuset lat znajdował się w tym miejscu jakiś szynk, choć obecny budynek jest z XIX w., a narysowane sprejem na chodniku kreski wyznaczają, gdzie mogą stać goście, a gdzie powinno być przejście dla pieszych ;). Tyle jeśli chodzi o spontaniczne wyjścia, natomiast bardziej docelowo odwiedziliśmy Mr Fogg’s Tavern, w którym już raz wcześniej byłam (na ich piwie firmowym). Grupa „Foggowa” obejmuje m.in. także Cahoots, o których pisałam dwa lata temu (i do którego nawet próbowaliśmy teraz zajrzeć, ale bez rezerwacji = czas oczekiwania 45 minut), i biznes chyba dobrze się kręci, bo lokali nawiązujących do powieści Verne’a jest już pięć, a klientów nie brakuje. Choć ta hurtowość niekoniecznie mnie zachwyca, podziwiam właścicieli za konsekwencję i dbałość o detale np. w wystroju wnętrz (w tawernie trzeba dokładnie obejrzeć sufit, no i pójść do toalety, obejrzeć zwłaszcza umywalki ;) czy dobór muzyki z epoki. Dlatego też w kategorii kolejnej...

  • … na drinki:

 

… odwiedziliśmy Mr Fogg’s Residence, kiedyś na Instagramie polecanym (przez samych „Foggów”) jako najlepsze miejsce na randkę. Położone jest rzeczywiście w cichym zaułku Mayfair (czyt. raczej mało osób trafia tam przypadkiem), ale odstawszy kilka minut w mikro kolejce do wejścia (pod okiem portiera w retro liberii) znaleźliśmy się na dużej, głośnej sali, w pełni wypakowanej klientami… z czym nie mam problemu, jednak nie tak sobie wyobrażam romantyczny nastrój ;). Przestrzeń bez ludzi wypełniona „pamiątkami z podróży” – czyimi? Phileasa Fogga, rzecz jasna, czyli są to najróżniejsze kaski tropikalne, flagi, trofea łowieckie itd. Koło nas siedzieli starsi panowie; jeden poprosił o niespodziankę i dostał koktajl w… rogu. W toalecie zaś, co najbardziej mi się podobało, leci W 80 dni dookoła świata jako audiobook. Po namyśle jednak, jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy na punkcie kolonializmu, może odebrać całość negatywnie. Osobiście widzę w tym wielkie przymrużenie oka i choć przy niektórych fragmentach W 80 dni… (czytałam kilka lat temu) się wzdrygałam, nic mnie w Rezydencji nie raziło. Ze spraw praktycznych: koktajli jest cała książeczka, przy stronie czwartej zrezygnowałam i zdecydowałam się na pierwszy drink, jaki wcześniej wpadł mi w oko: coś trochę jak ogórkowy sour z dodatkiem pieprzu. Specyficzny, ale mnie smakował. 

Żeby jeszcze podkreślić, jak ważna jest konsekwencja dla klimatu lokalu: podczas spaceru po Bloomsbury przypadkiem trafiłam do kawiarni Syrup of Soot, którą dojrzałam kiedyś na Instagramie ulubionej Georgian London (o której już wspominałam). Zajrzałam do środka i, ponieważ poza kelnerką nikogo nie było, zrobiłam kilka zdjęć nie telefonem komórkowym (czyt. nie udając, że niekoniecznie robię zdjęcia ;). I, niestety, całe wrażenie z retro wystroju lokalu zepsuła głośna muzyka elektroniczna wyraźnie z obecnego wieku (i przelana kawa nie pomogła ;). A miało być tak pięknie, albo nie wystarczy ustawić kilka starych krzeseł.

Ufff! Dojechaliście do końca? Byliście w którymś z tych miejsc? Macie takie same wrażenia? Chętnie się dowiem!

środa, 12 września 2018

W tym roku z nowalijek najbardziej smakowała mi młoda kapusta; wiosenny tydzień bez opcji z koperkiem, lub z pomidorami, ew. azjatyckiej uważałam za stracony. Gdy podczas górskiego urlopu na austriackim ekostraganie warzywnym (z lokalnego gospodarstwa, które czasem mijamy podczas dłuższych spacerów – zawsze z przyjemnością oglądam rzędy sałat) zobaczyłam jasnozielone stożki, trochę się zdziwiłam. Potem sobie przypomniałam, że polskie kapusty z początku sezonu nie są gruntowe, tylko szklarniowe; gatunek warzywa też pewnie ma znaczenie. Tak czy inaczej, kapusta została kupiona, razem z innym w sezonie, czyli czerwoną papryką. Była tak smaczna, świeża i chrupka, że trochę się wahałam, czy w ogóle ją gotować, jednak tegoroczna słabość zwyciężyła ;). I tak powstała kapusta duszona na późne lato/wczesną jesień; papryka jest obecna w kilku wariantach. Zjedliśmy tylko z ziemniakami, posypanymi szczypiorkiem, jak przystało na austriacką lokalizację. Jeśli nie macie młodej kapusty, danie można też przyrządzić ze zwykłej lub włoskiej, tylko czas gotowania się trochę wydłuży.

Składniki:

  • ¾ małej główki młodej kapusty (ew. zwykłej białej, ew. włoskiej)
  • 1 nieduża cebula (lub mieszanka cebuli i zielonej dymki)
  • 1 czerwona papryka
  • pół puszki pomidorów (lub jeden b. duży posiekany pomidor, lub szklanka przecieru)
  • słodka papryka (ok. ½ łyżeczki, lub do smaku)
  • ostra papryka (ok. ¼ łyżeczki, lub jw.)
  • hojna szczypta kminku
  • sól, pieprz
  • natka pietruszki lub koperek
  • olej

Zacząć od zeszklenia posiekanej cebuli na rozgrzanym oleju. Dodać paprykę pokrojoną w kostkę, przesmażyć kilka minut na średnim ogniu, następnie dodać poszatkowaną kapustę (partiami, jeśli to konieczne). Jeśli używacie starszej kapusty, proponuję odwrotną kolejność, tj. paprykę dodać na końcu. Gdy warzywa trochę zmiękną (co przy młodej kapuście zajmie tylko kilka minut), dodać pomidory, papryki przyprawowe, kminek, hojną szczyptę soli oraz pieprzu i całość gotować na średnim ogniu, bez przykrycia, aż większość płynu odparuje. W trakcie gotowania sprawdzić doprawienie i ew. skorygować. Kapusta powinna pozostać lekko jędrna. Podawać z ugotowanymi ziemniakami lub pieczywem, posypane natką lub koperkiem.

| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna