Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
czwartek, 29 marca 2018

Zaskakująco łatwo jest przestać pisać bloga, znacznie trudniej wrócić - nawet po przerwie trochę ponad dwutygodniowej, gdy „zachomikowane” przepisy ciążą ci na sumieniu (a zdjęcia widzisz codziennie na pulpicie komputera). Nie wiem co prawda, czy ktoś przed Wielkanocą zainteresuje się skromną jarzynową fasolką (ale w końcu niektórzy poszczą ;) lub prostymi, lekko korzennymi klopsami jagnięco-wołowymi. Aura w sumie sprzyja daniom rozgrzewającym (kolejna śnieżna Wielkanoc...), a z drugiej strony święta trwają tylko dwa dni… a zupełnie samolubnie chciałabym mieć zapisane przepisy na dania w tym wirtualnym brulionie, jakim także jest ten blog. Do lodówek Wam nie będę zaglądać ;).

Zaczynając od wege: to taka alternatywa dla fasolki po bretońsku. Nie ma pomidorów, za to najlepiej mieć pod ręką gotujący się bulion, skąd weźmiemy i wywar, i jarzyny. Jak bulion jest warzywny, to danie będzie wegańskie (czy też #przypadkowowegańskie, jak mawiam ;).

Składniki:

  • szklanka fasoli Jaś, namoczonej na noc
  • liść laurowy
  • 500ml bulionu
  • szklanka puree z dyni/ugotowanej dyni (znalazłam w zamrażarce ;); można ew. zastąpić większą ilością marchewki)
  • jarzyny z bulionu: 2 marchewki, pietruszka, kawałek selera
  • łyżka ostrej pasty paprykowej (węgierskiej, harissy, adżiki lub podobnej)
  • sól, papryka wędzona/chilli, majeranek (do smaku)
  • kilka ziaren ziela angielskiego, roztarte w moździerzu
  • sok z cytryny lub b. łagodny ocet owocowy (najlepiej domowy)

Namoczoną fasolę odcedzić, zalać świeżą wodą (tyle, żeby przykryć na 1 cm z górką), dodać liść laurowy, gotować ok. 45 minut. Dodać bulion, dynię, jarzyny i przyprawy. Gotować na b. małym ogniu 45 minut lub trochę dłużej. Sprawdzić doprawienie, np. zakwasić do smaku. Podawać z dobrym pieczywem na zakwasie.

Klopsy chodziły za mną od wycieczki do Ai tre scalini (podobnie jak dorsz z ciecierzycą, którego też już zrobiłam – to była bardzo inspirująca wycieczka ;). Tamte były spore, lekko korzenne, lekko słodkie, podane w gęstym sosie pomidorowym. W tym kierunku zmierzałam, wcześniej przejrzawszy najróżniejsze przepisy (od Nigelli po Ottolenghiego ;). Mimo starań nie uformowałam tak dużych kul jak w rzymskiej restauracji, po prostu nie mogłam się przemóc.

Składniki:

  • 400g mielonego mięsa mieszanego (wołowo-jagnięcego),
  • 2 łyżki drobno posiekanego szczypiorku,
  • 3/4 łyżeczki soli,
  • ok. 1,5 łyżeczki baharat lub innej łagodnej mieszanki korzennej (advieh, ras el hanout, garam masala),
  • 1 jajo
  • olej do zrumienienia

Sos:

  • 500ml przecieru pomidorowego
  • 1 cebula,
  • 3 suszone śliwki,
  • hojna szczypta baharat (uwagi jw.) i mielonego chilli (lub do smaku)
  • sól (do smaku)
  • do podania: posiekana kolendra lub pietruszka, kiszone lub marynowane cytryny

Mięso wymieszać z pozostałymi składnikami klopsów, dokładnie wyrobić ręcznie na gładką masę, formować kule (jak duże, pozostawiam to już waszej wyobraźni; w wersji jumbo wyjdzie ok. 8 sztuk), zrumienić partiami na rozgrzanym oleju (ew. można użyć tłuszczu kaczego lub gęsiego), przekładać na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym (do osączenia). W międzyczasie przygotować sos: zeszklić cebulę, dodać pomidory, śliwki i przyprawy, gotować kilka minut, aż się lekko zagęści; dodać klopsy. Skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 40 minut (lub nieco dłużej; to danie, które też zyskuje po podgrzaniu). Pod koniec gotowania odkryć garnek i jeśli sos by się wydawał zbyt rzadki, lekko odparować. Podawać posypane kolendrą i najlepiej z kiszonymi lub marynowanymi cytrynami.

A swoją drogą: zdjęcia były robione jeszcze przed zmianą czasu na letni, czyli zanim było długo JASNO, co jest cudowne (także dla zdjęć ;).

niedziela, 11 marca 2018

 

Nie wiem, czy uwierzycie, ale by upiec klasyczny shortbread z Wysp Brytyjskich (dobrze, dobrze, ze Szkocji konkretnie ;) zbieram się od mniej więcej 10 lat. Z tego co pamiętam, krążył wtedy po Galerii Potraw przepis na "angielskie (sic) ciasteczka z mąką ziemniaczaną", i nawet go sobie wydrukowałam, bo wtedy mi się to zdarzało. Przypomniałam sobie o tych ambitnych planach w... Rzymie, gdzie grube, kruche, ocukrzone kwadraciki pojawiły się w towarzystwie kawy. Trochę mnie to zdziwiło i rozbawiło, ale w końcu ci poeci romantyczni coś po sobie w Wiecznym Mieście mogli zostawić (poza ew. prądkami gruźlicy ;); zuppa inglese też  w końcu skądś się w kuchni włoskiej wzięła. Po powrocie do domu otworzyłam "owocowego" Hugh Fearnleya (River Cottage Fruit Everyday) i popatrzyłam na shortbread Św. Klemensa - z uśmiechem, bo do rymowanki o pomarańczach za pensa, cytowanej w Roku 1984, mam słabość, i cytował ją pierwszy pełen wpis na blogu wieki, wieki temu. A o co chodzi z całym aj waj z tym shortbreadem, czym się różni od normalnego kruchego? Jest bardzo maślany, wyjątkowo kruchy, nawet surowy o kruszącej się konsystencji; ten najbardziej tradycyjny jest krojony na grube, wąskie prostokąty z dziurkami na wierzchu. Poniższa wersja jest super cytrusowa, ale można zrobić "czystą" np. tylko z małym dodatkiem wanilii; Hugh proponuję też opcję kminkową lub z suszoną lawendą. On proponował nieortodoksyjne wałkowanie i wycinanie np. okrągłych ciasteczek, ja piekłam je jednak jako całość w kwadratowej foremce, wstępnie naciętej przed pieczeniem.

Składniki (blaszka 20x20cm):

  • 100g miękkiego masła
  • 50g drobnego cukru + dodatkowy do posypki
  • 100g mąki pszennej (uniwersalnej/tortowej)
  • 50g mąki owsianej (lub ryżowej, lub skrobi ziemniaczanej/kukurydzianej)
  • niewielka ilość soku z cytryny
  • skórka z 2 dużych pomarańczy
  • skórka z 2 dużych cytryn
  • szczypta soli

Utrzeć masło z cukrem i skórkami cytrusów. Dodać mąki (przesiane, jeśli to naprawdę konieczne) i sól, wymieszać i połączyć na gładkie, nieco lepkie ciasto za pomocą soku z cytryny. Rozwałkować, możliwie mało podsypując mąką, na grubość 3-4mm i przełożyć najlepiej na wałku do foremki 20x20 cm, wyłożonej pergaminem, rozciągnąć/wyklepać dłońmi na wymiar foremki, jeśli to konieczne. Naciąć ostrym nożem kwadraty lub prostokąty. Piec ok. 25-30 minut w 180 st C (góra/dół), od razu po upieczeniu oprószyć dodatkowym cukrem. Schłodzić 10-15 minut przed podzieleniem wg nacięć (nieco zarosną podczas pieczenia, ale łatwiej będzie pokroić wcześniej nacięte upieczone ciasto niż nienacięte ;). Jeść ciasteczka po dokładnym wystudzeniu, przechowywać w puszce lub szczelnym pojemniku.

O oczkach z Linzu, tj. Linzer Augen (Linzerli) mogłam tu już wspominać; mam do nich słabość i dość regularnie w Austrii jadam, choć to w sumie po prostu kruche ciasto z dżemowym "oczkiem". Tak sądziłam przynajmniej, dopóki nie otworzyłam słoika dżemu "maliny & czerwona porzeczka" (maliny dla smaku i aromatu, porzeczki dla pektyn) i nie skojarzyło mi się, że przecież miałam kiedyś upiec Linzer Augen!, po czym pobiegłam po Tante Herthę. Trochę się zdziwiłam, widząc w przepisie migdały, bo nigdy ich w ciastkach kupowanych w piekarni nie wyczułam, jeszcze bardziej mnie zdziwił dodatek (niewielki) kakao, przy pomyśle pieczenia jednak ciastek już przełożonych "bardzo niewielką, by nie kipiał" ilością dżemu się zbuntowałam. Dalsze porównania przepisów w sieci wykazały, że migdały to norma (widocznie mam trefne kubki smakowe...), jednak można spokojnie przełożyć dżemem już po upieczeniu. Tak więc zmodyfikowałam przepis, jednocześnie zamieniając jajo w cieście na maślankę. Efekty zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie, tj. te Linzer Augen są dużo lepsze od kupnych, i jest to zdanie nie tylko moje. Samo ciasto i w wersji gołej bardzo mi smakuje, choć wałkuje się wyraźnie gorzej od zwykłego kruchego (co może wiązać się z mniejszą ilością masła, czy może dodatkiem kakao?). Warto jednak zacisnąć zęby i mocniej podsypać mąką. Myślę, że bdb też pasowało do herbatników z polewą z gorzkiej lub deserowej czekolady.

Składniki:

  • 200g mąki
  • 125g mielonych migdałów
  • 1,5 łyżeczki dobrego, ciemnego kakao
  • 3/4 łyżeczki cynamonu
  • szczypta soli
  • 125g drobnego cukru
  • 125g zimnego masła
  • kilka łyżek zimnej maślanki
  • ok. 150ml dżemu malinowego
  • cukier puder do oprószenia

Wymieszać składniki suche: mąki, migdały, kakao, sól, cukier i cynamon, wetrzeć zimne masło na okruchy, połączyć w elastyczne ciasto za pomocą maślanki. Uformować placek, schłodzić w lodówce co najmniej godzinę. Wałkować możliwie cienko, podsypując mąką, wycinać okrągłe ciasteczka i w 1/2 wycinać mniejsze otwory (wykrawaczką, kieliszkiem lub wydrążarką do jabłek); wycięte otwory można upiec, jak u mnie, solo, lub ponownie zagnieść i rozwałkować. Piec ok. 15 minut w 170 st. C (termoobieg). Lekko przestudzić. Smarować ciasteczka bez otworów łyżeczką dżemu i nakrywać takim z dziurką, lekko dociskając. Warstwę wierzchnią warto oprószyć cukrem pudrem - albo przed sklejeniem "oczek", albo po, wykorzystując upieczony wycięty otwór jako przykrywkę do warstwy dżemowej. Przechowywać w pojemniku/puszce - jeśli planujecie to robić dłużej niż 2-3 dni, raczej w chłodnym miejscu, ale nie wróżyłabym im długiego żywota...

sobota, 03 marca 2018

Gdy się okazało, że przynajmniej trzy razy w tym roku będziemy w Rzymie, najpierw się ucieszyłam... a potem zaczęłam planować, co zjemy ;). Na pierwszy ogień zarezerwowałam kolacje-powroty: Armando al Pantheon (po 10 latach!) oraz Osteria 44, o której pisałam w 2012. Ten pierwszy lokal był wieczorem pełen, i trudno się dziwić, zważywszy na międzynarodową klientelę oraz to, że przypadkiem były to Walentynki. Jestem jednak zaskoczona, że w dzisiejszych czasach kuchnia, która jest maksymalnie domowa, tradycyjna a przy tym niefotogeniczna, cieszy się taką popularnością ;). Jedliśmy zapiekanego bakłażana (ja), karczocha z mozzarellą (M), ossobuco z groszkiem (M) oraz makaron z sosem pomidorowym z (małym) dodatkiem podrobów cielęcych (ja) + do tego dobre regionalne czerwone wino. Czy wróciłabym? Tak, ale może za jakiś czas. Co do Osterii, najbardziej ucieszyłam się ze spotkania Sergio, choć go nie poznaliśmy, dopóki się nie odezwał (6 lat temu nie miał brody ;). Spożywczo smakowała mi przystawka z zapiekanych ziemniaków z karczochami i boczkiem oraz toskańskie białe wino, polecone przez kelnera, z dań M dobra była jagnięcina z pistacjami, reszta poprawna; z ostateczną oceną kuchni wstrzymam się do kolejnej wizyty.


Kwestia lunchów czy też pranzo rozwiązała się bardzo prosto: gdy nasz kolega A. dowiedział się, że będziemy mieszkać koło dworca Termini, polecił nam Mercato Centrale; potem jeszcze przeczytałam o tamtejszej pizzy, i już wiadomo było, że musimy tam pójść. Ostatecznie poszliśmy trzy razy ;). Miejsce działa na zasadzie bardziej eleganckiej hali restauracyjnej, trochę zbliżonej do stołecznych Koszyków, acz mocniej kompaktowej i mimo wszystko w dużym stopniu obsługującej pasażerów dworca i/lub stacji metra (przeciskając się między stolikami i stoiskami trzeba uważać na walizki). Pomimo dużego ruchu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miejsc, choć na zasadzie dosiadania się do częściowo zajętego stolika. Jedliśmy owoce morza (grillowaną ośmiornicę i kalmary), przygotowane na świeżo, szybko i najprościej jak się da, podane z warzywami, i pizzę od słynnego (podobno, np. wg tego artykułu) Pietro Daniele Seu – smaczną, choć przekonałam się, że neapolitańska (chrupkie brzegi, miękki środek) to jednak nie mój nr 1. Piliśmy także zaskakująco smaczny, biorąc pod uwagę kolor i etykietę „detoks” (wrrr) sok z jabłek, kiwi i imbiru ze stoiska wege (za nami stał Indus, który prosił o „coś pikantnego” ;), oraz zrobiliśmy drobne zakupy. Właściwie to ja chciałam kupić kawałek sera a M miał nabyć espresso vis a vis, co skończyło się kupieniem sera, kawałka dojrzewającej wędliny i wypiciem zimnego espresso (a salami tylko dlatego nie wzięłam, że okazałam stanowczość plus nie przepadam za tą wędliną): innymi słowy, zaopiekował się mną sprzedawca (kierownik stoiska?). Pan ten poza podsuwaniem różnych kąsków i pytaniem, w jakim języku ma się ze mną porozumieć (sugerował sporo opcji ;), zapakował wędlinę próżniowo do samolotu. Oczywiście chętnie tam wrócę. Z innych napojów, niż wymienione powyżej, Mercato oferuje także stoisko z winem, także na kieliszki, oraz piwem, którego też kosztowaliśmy. Polecam, zwłaszcza jeśli będziecie w okolicy (choć Termini to chyba najlepiej skomunikowane miejsce w Rzymie).


Drążąc temat pizzy, w dniu wyjazdu (po dłuższym spacerze po cmentarzu Campo Verano – polecam, jeśli nie unikacie nekropolii) trafiliśmy do znanego Forno przy Campo di Fiori. Podaje się tam pizzę tzw. rzymską, czyli cienką i chrupką, sprzedawaną na kawałki. Pizza wychodzi z pieca (tzn. przy nas wyszła margherita, bianca już leżała za ladą), klient mówi, co i ile chce (pokazując palcami), sprzedawczyni kraja, składa na pół jak kanapkę, podaje, kieruje do kasy. W głębi sklepu można kupić pieczywo. Jest to fajna opcja na szybką przekąskę, ale na konkretniejszy posiłek chętnie poszukam pizzy romana z większą liczbą np. warzywnych dodatków.


Kolejnego wieczoru (piątkowego – brak obowiązków służbowych następnego dnia) wybraliśmy się w głąb dzielnicy Monti, do winiarni Ai tre scalini, i to jest miejsce, do którego na pewno chcę wrócić. Uwaga: podobno można zarezerwować telefonicznie stolik, mnie się nie udało jednak tam dodzwonić, natomiast lokal jest otwarty od 12 do nocy i bardzo popularny. Przychodząc o mało popularnej porze typu 17-18 pewnie znajdziecie miejsce (choć możliwe, że – jak my – wylądujecie przy barze), później może być jednak trudniej, a ok. 21 raczej nastawcie się na przeciskanie przez tłum i wołanie do kelnera o kieliszek wina ;). Nam udało się też zamówić jedzenie: suszone mięso (coppiette), oliwki i łubin jako przekąski; klopsy w sosie pomidorowym, caponatę, dorsza z ciecierzycą (na zdjęciu poniżej; jak się doczytałam przypadkiem u Rachel Roddy, tradycyjne danie piątkowe, bo rybne) i pieczywo. Do tego dobre czerwone wino na kieliszki: negroamaro, amarone i refosco, tylko trzy z bogatej listy na tablicy. Do rachunku jeszcze pojawiło się limoncello… no cóż, trzeba było porównać z domowym ;).


Z innych atrakcji dzielnicy Monti polecam APT na autorskie koktajle (próbowaliśmy trzech i wszystkie były smaczne) przygotowane przez b. sympatyczną obsługę, choć uprzedzam, że lokal mieści się w piwnicy, co nie każdemu musi pasować (było dość ciepło i pogoda sucha, ale zapach jest charakterystyczny dla tego typu pomieszczeń).

Skutkiem ubocznym wyjazdu było odkrycie, że... już niespecjalnie lubię włoskie cappuccino. Jest go trochę za dużo, mleko jest za mocno spienione, całość jest za słaba. Najlepsze było, o dziwo, to wypite na dworcu na stoisku Lavazza, vis a vis peronu z pociągiem Leonardo (tzn. na lotnisko). Na szczęście espresso, zwłaszcza to w miejscach zapyziałych, jest wciąż bardzo dobre. Raz też wybraliśmy się względnie chłodnym rankiem do „ambitnego” Faro (jeśli ktoś szuka dzbanków ze sznurkiem i innych piątych fal, to tam) na flat white. Szkoda, że kawy może i są w stylu z antypodów, ale już śniadania nie: lubię słodkie wypieki, wiadomo, ale zaczynanie dnia tylko od ciasta listkującego, w wersji luks – z jakimś nadzieniem, jakoś mnie nie przekonuje. Jednak nie jestem łasuchem (i nie, marizotto, czyli brioszka z kremem, nie jest alternatywą ;) - chyba już wolę croissanta, bo mimo wszystko mniej deserowy). Jak już mówimy o deserach, waniliowe cannoli (patrz pierwsze zdjęcie) wciąż jadalne ;).

Ciąg dalszy nastąpi wiosną (kalendarzową ;).

| < Marzec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna