Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
wtorek, 24 lipca 2018

Gdy niedawno byłam (bardzo krótko) w Londynie, zaliczyłam wizytę w Elystan Street (oraz wróciłam do St. Johna: poprawiłam w recenzji jedną informację praktyczną). W Elystanie było raczej pozytywnie, ale bez zachwytów, poza może dwoma rzeczami: aperitify, i to zarówno sour werbenowy (wściekle zielony), jak i bezalkoholowy koktajl na Seedlip, bezprocentowym destylacie, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia, oraz moja przystawka. Mianowicie był to chłodnik migdałowy; jak tylko go zobaczyłam w karcie, przypomniałam sobie, że zawsze chciałam tego spróbować. Smak mnie zaskoczył i jednocześnie bardzo przypadł do gustu przez połączenie słodkiego, kremowego i kwaśnego. Do tego wszystkiego jest to (przynajmniej w moim odczuciu) atrakcyjnie wizualnie danie i, uwaga, typowo przystawkowe (czyt. trudno zjeść dużo). W sam raz dla gości.

Przeczytałam kilka przepisów w internecie plus ten z A kitchen in France Mimi Thorisson i doszłam do wniosków takich, że to mniej więcej jak z bigosem ;) – każdy wie swoje. Poza faktem, że w każdym przepisie są migdały i chleb, reszta jest od Sasa do Lasa. Mój przepis ostatecznie bazuje na wersji Mimi, poza zwiększoną ilością octu, ale posypka jest zupełnie inna, nawiązująca do tego, co jadłam w Londynie. Co prawda, jeśli wierzyć menu ze strony internetowej, tam jeszcze był melon, no, ale… Wyszło i tak efektownie oraz, co ciekawe i niecodzienne, uzyskało aprobatę M, który nie jest wielkim fanem migdałów.

Składniki (na ok. 3 porcje):

  • 75g (czyli 1 większa kromka) białego chleba (bez skórki, jeśli jest gruba)
  • 100g migdałów w płatkach
  • 125g zielonych winogron bezpestkowych (użyłam rodzynkowych)
  • 1 mały, obrany ogórek
  • zmiażdżony ząbek czosnku
  • 2 łyżki łagodnego octu np. jabłkowego (u mnie nieodmiennie domowy), lub więcej do smaku
  • 75ml dobrej oliwy z oliwek
  • 350ml zimnej (np. z lodówki) wody
  • sól i pieprz

Do podania:

  • ok. 8-10 niewielkich zielonych oliwek,
  • 6 niewielkich liści mięty,
  • łyżka uprażonych migdałów,
  • kilka (ok. 4-6) winogron
  • oliwa

Chleb namoczyć kilka minut w chłodnej wodzie, osączyć i odcisnąć, zmiksować z owocami i warzywami, stopniowo lejąc zimną wodę, ocet i oliwę. Przecedzić i przetrzeć, skosztować, doprawić do smaku solą  i pieprzem, schłodzić co najmniej 6h (lub najpierw schłodzić, potem przetrzeć). Składniki posypki posiekać, skropić cytryną, oliwą, lekko posolić, odstawić do przegryzienia na 10-15 minut przed jedzeniem. Skosztować schłodzonej zupy i w razie potrzeby doprawić do smaku. Podawać niewielkie porcje, z posypką na wierzchu, lekko skropione oliwą.

sobota, 14 lipca 2018

Czy też macie wrażenie, że tego lata, jak na razie, jest obfitość owoców? Korzystając z tego przyjemnego zjawiska, chciałam krótko powiedzieć o patencie na dżem wiśniowy. Niskosłodzony zasmażany bez dodatków jest bardzo mało wydajny, a pektyn wiśnie mają mało. Dawno temu próbowałam ze środkami żelującymi (na szczęście ten okres już za mną ;), potem próbowałam z gotową pektyną, ale niestety zmienia ona smak dżemu. Mając jednak w pamięci moje udane mieszanki z czerwoną porzeczką (poza „porzeczkami dwiema” był np. malinowy z dodatkiem porzeczek, który konsystencję ma bdb, a smakuje właściwie tylko malinami), M rok temu zrobił wersję wiśnia i porzeczka. Okazało się, że to hit, choć porzeczki było aż ok. 30% - nie trzeba gotować cały dzień, by gęstość była właściwa, a w smaku czuć wciąż tylko wiśnie (świnka doświadczalna pt. niewtajemniczony gość powiedział „jaki dobry dżem wiśniowy”). W tym roku go ponowiłam, zmniejszając trochę udział porzeczek. Gotowałam może ciut dłużej, ale efekty także godne polecenia – wyszedł bardziej konfiturowy. Porzeczek nawet nie widać.

Dżem wiśnia z porzeczką (albo "wisieczki" w słoiku)

  • łubianka wiśni (ok. 2,6-2,7 kg po wydrylowaniu)
  • ok. 1 kg cukru
  • 500-750g* czerwonej porzeczki (lub co najmniej 750ml)
  • sok z ½ cytryny

Wiśnie wydrylować, umieścić w garnku wraz z ew. sokiem i porzeczkami, zagotować, skręcić ogień na średni, zasypać cukrem, gotować cierpliwie na nie za mocnym ogniu, aż całość wyraźnie zgęstnieje, szum zniknie, wierzch zrobi się szklisty i owoce zaczną przywierać do dna. Czas gotowania zależy od tego, ile dacie porzeczek, im mniej, tym dłużej potrzeba czasu; u mnie zajęło to mniej więcej godzinę. Gdyby szumu było dużo, warto go ściągnąć, ale mieszanie powinno wystarczyć. Pod koniec gotowania dodać sok z cytryny; można w kilka minut później skosztować pod kątem słodyczy (pamiętając, że gorący dżem wydaje się bardziej słodki). Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować.

* Maksymalnie można dać 1/3 wagi owoców, czyli tu ok. 850-880g, dżem będzie wówczas szybciej gotów i gęstszy.

PS. Na Facebooku zaproponowano dla patentu nazwę „wisieczki” – bardzo mi się podoba, stąd w tytule wpisu ;).

niedziela, 08 lipca 2018

Fakt pierwszy: mijający weekend spędziłam głównie w krzakach (i niekiedy w pokrzywach), zrywając maliny oraz porzeczki, następnie je przerabiając (ew. jedząc). Poprzedni weekend upłynął podobnie ;) (a wiśnie zrywał M).

Fakt drugi: od jakiegoś czasu chciałam znaleźć uniwersalny przepis na krajankę. Taki, który można by wykorzystać z najróżniejszymi owocami, przepis-matrycę; mam ulubione uniwersalne kruche słodkie i wytrawne, i drożdżowe, i ucierane, więc krajankę też powinnam mieć. Bo cytując jedną z bohaterek książki Kitchens of the Great Midwest (beletrystyki z motywem kulinarnym), „kto nie lubi krajanki?!”. Dodam, że cytrynowa, bez kruszonki na wierzchu, pozostaje jedną z pyszniejszych słodkości, jakie kiedykolwiek zrobiłam.

I po wypróbowaniu, w ramach zużycia pierwszej tury malin, przepisu znalezionego przez Pinterest, mam moją krajankową matrycę. Pod jagody czy czarną porzeczkę, jeżyny czy nawet węgierki, albo jak poniżej, maliny. W każdej opcji proporcje ciasto: owoce są, jak mówi mój Tata, właściwe, czyt. owoce dominują ;). Dlatego też powinny być jak najlepsze w smaku/aromacie (nie mylić z pięknym wyglądem).

Poniżej moja wersja, z lekkimi zmianami w stosunku do oryginału (i przerobiona na gramy).

Składniki:

  • 300g cukru (z czego 200g do ciasta, reszta do owoców)
  • 230g zimnego masła (prawdziwego!)
  • szczypta mielonej wanilii (można pominąć)
  • ¼ łyżeczki soli
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 450g mąki pszennej uniwersalnej (można ew. spróbować z jasną orkiszową)
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 jajo
  • pełen litr dojrzałych, aromatycznych owoców, np. malin
  • 1,5-2 łyżki skrobi ziemniaczanej

Wymieszać razem suche składniki ciasta (mąkę, sól, cukier i proszek) w malakserze, dodać masło pocięte w kostkę, jajo i wanilię, miksować, aż powstanie masa a la mokry piasek (można oczywiście też wszystko utrzeć ręcznie, siekając najpierw nożem, lub użyć np. końcówki ucierającej miksera). Połowę ciasta wyłożyć na dno wysmarowanej masłem foremki (33x23 cm lub podobnie), wklepać i wyrównać. Maliny wymieszać ze skrobią (w przypadku owoców bardziej suchych/bogatych w pektyny można dać jej mniej, ale akurat dojrzałe maliny potrzebują raczej więcej) i 100g cukru, wyłożyć na ciasto, delikatnie wyrównać. Rozsypać równomiernie pozostałe ciasto a la kruszonka. Piec w 190 st. (termoobieg) przez 15-20 min, potem skręcić temperaturę do 180 st. i piec dalsze 20-25 minut (ja łącznie piekłam 40 min). Ciasto powinno być z wierzchu zezłocone, ale nie za bardzo – uważać, by nie przepiec. Wystudzić przed jedzeniem. Gdyby komuś było za mało słodko, można posypać cukrem pudrem, dla mnie jednak słodycz była optymalna. Przechowywać w raczej chłodnym miejscu, najlepiej w spiżarni; jeśli będzie to lodówka, warto ciasto z niej wyjąć co najmniej kilkanaście minut przed jedzeniem – schłodzony spód twardnieje.

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna