Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
niedziela, 30 lipca 2017

Podobno wreszcie mają nadejść upały, nawet na Mazurach (gdzie tego roku do tej pory gorąco nie było, co znowu widać po moich ogórkach), więc rozumiem, że nastawianie piekarnika może niektórych zniechęcać (w sumie wielką zaletą przeciętnego grilla jest to, że znajduje się poza domem…). Poniższy pomysł na letni bezmięsny obiad jest jednak wyjątkowo szybki (jeśli już macie sos), łatwy, a danie wychodzi może i ciepłe, ale całkiem lekkie. Inspiracją bezpośrednią był wór fasolki szparagowej w lodówce („a może chcą Państwo fasolki? Od takiej znajomej działkowiczki, przepyszna!”) oraz nadprodukcja ratatouille, której użyłam jako sosu, a dalszą wspomnienie zielonej fasolki w pomidorach, którą jedliśmy w Turcji. Jedyną kłopotliwą rzeczą było odszypułkowanie fasolki, czego szczerze nie lubię robić.

Składniki (ok. 4 porcji):

  • 1 kilo żółtej fasolki szparagowej
  • ok. 650ml ulubionego sosu pomidorowego (np. z 1,5 porcji z ostatniego przepisu w tym poście) lub ratatouille, wcześniej pogrzanego
  • ew. dodatkowe ulubione zioła (np. oregano, bazylia itd.)
  • ok. 150g fety (prawdziwej, nie sera fetopodobnego, który się rozpuści, ew. zamiennikiem może być zwięzły, słony ser owczy)
  • lekko ostra papryka do posypki (typu bałkańska lub turecki pul biber, o którym kiedyś wspominałam, lub słodka z domieszką chilli)

Fasolkę umyć, obciąć końce, gotować 5 minut (zieloną ok. 2 minut dłużej), odcedzić i przelać zimną wodą. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, zalać ciepłym sosem i wymieszać. Posypać 1/2 ziół i fetą, oprószyć z wierzchu papryką. Zapiekać ok. 30 minut w 190 st. C (termoobieg). Odstawić na kilka minut przed nakładaniem na talerze, bo danie jest bardzo gorące! Przed serwowaniem posypać pozostałymi ziołami. Jeść solo lub z dobrym pieczywem.

czwartek, 27 lipca 2017

Macie jeszcze porzeczki? Resztki moich czerwonych trafiły do eksperymentalnego dżemu z wiśniami (w proporcji z grubsza 3:1 - wiśnie: porzeczki - jako zamiennik pektyny w proszku, i chyba nawet się dało, choć dżem trzeba było mocno odparować) oraz do sokowirówki, gdzie wycisnęłam trochę soku do koktajlu. Pomysł na sour porzeczkowy zrodził się w mojej głowie na widok zdjęcia Signe Johansen z wersją brzoskwiniową. Wyszłam z założenia, że powinno wyjść kwaśne i w atrakcyjnym kolorze - co się sprawdziło, choć całość jednak wymagała jeszcze zakwaszenia. Jako słodziku użyłam "wstrząśniętych" porzeczek, czyli owocu (sic) wcześniejszego ogałacania krzaka*.

Składniki (2 porcje):

  • 100ml whisky
  • 4 łyżki soku z czerwonej porzeczki (tzn. wyciśniętego z ok. szklanki owoców)
  • 2 łyżki rysebis i łyżeczka cukru LUB ok. 2 łyżek cukru
  • sok z 1/2 limonki, lub do smaku
  • 2 łyżki białka (opcjonalnie)

Schłodzić w zamrażarce kieliszki lub szklanki do serwowania. Wszystkie składniki koktajlu umieścić w shakerze z paroma kostkami lodu, dobrze wstrząsnąć i sprawdzić kwaśność/słodycz (u mnie konieczne było dokwaszenie limonką), ew. doprawić i ponownie wstrząsnąć. Podawać drinki przecedzone, od razu w schłodzonych szklankach, można także udekorować owocami (świeżymi, ew. odzyskanymi z shakera "wstrząśniętymi").



To tyle, jeśli chodzi o whisky w odsłonie letniej. W kolekcji innych drinków na bazie whisky jest oczywiście klasyczny sour cytrusowy, zimowy, tj. klementynkowy, oraz jesienny, tj. jabłeczny.

* Porzeczki jeszcze trafiły do słoja, w którym już prawie 2 tygodnie fermentują na ocet. Efekty końcowe mam nadzieję, że jeszcze tu pokażę.

Zapisz

piątek, 21 lipca 2017

Pierwszy przepis powinien brzmieć tak: „ugotuj ziemniaki, pokrój jeszcze ciepłe, wrzuć do octu i zobacz, że po 7 godzinach deszczu wyszło słońce. Szybko polej ziemniaki oliwą, przebierz się w strój sportowy i idź pobiegać, a do ziemniaków wróć po jakiejś godzinie”. Dodam, że wszystko działo się na urlopie, a odbiorcą ziemniaków na zimno miał być m.in. głodny podróżny, tj. Tata.

"Sucha" sałatka ziemniaczana

  • ok. 750g młodych ziemniaków
  • ok. 2 łyżek octu winnego
  • 1 cebula dymka
  • ok. łyżki posiekanej natki pietruszki
  • oliwa
  • sól, pieprz
  • Opcjonalnie: kminek, słodka papryka

Ziemniaki (najlepiej tzw. sałatkowe, czyli nie mączne) ugotować, uważając, by nie były za miękkie, pokroić w plastry tak szybko, jak się da, i gorące wrzucić do octu. Dodać pokrojoną dymkę i pietruszkę, całość doprawić oliwą – ok. 2 łyżeczek lub wg uznania – oraz solą i pieprzem do smaku. Opcjonalnie, jeśli wam to pasuje smakowo (mnie pasowało) można dodać szczyptę słodkiej papryki i/lub kminek (ok. ¼ łyżeczki lub ponownie wg uznania). Co ważne, ziemniaki należy odstawić do wystudzenia na co najmniej 40 minut przed jedzeniem. Przed podaniem ponownie wymieszać i sprawdzić doprawienie.

Czemu nazwa „sucha sałatka ziemniaczana”? Sucha w rozumieniu bez sosu majonezowego czy śmietanowego, jak zazwyczaj się spotyka. Nam bardzo dobrze komponowała się zamiast chleba do austriackich wędlin, lokalnego sera i warzyw. Pasowałaby też do wszystkich potraw z grilla.

Ziemniaki, jak wiadomo,są także przyjemną bazą do mini sałatek, tj. jednoosobowych talerzy obiadowych – można powiedzieć, że to letnia wersja wiejskiego talerza sprzed paru miesięcy. Oczywiście, porcję jednoosobową można zwiększyć…

Jednoosobowa sałatka ziemniaczana z bobem

  • 2 średnie ziemniaki
  • kilka plastrów wędzonego boczku
  • szczypiorek (ok. łyżki)
  • estragon (opcjonalnie, ilość jw.)
  • ok. 250g bobu (ugotowany i wyłuskany)
  • sól, pieprz
  • łyżeczka musztardy i łyżka octu jabłkowego

Ziemniaki ugotować, pokroić w plastry, posypać posypanym szczypiorkiem, estragonem i bobem, całość lekko posolić, popieprzyć i delikatnie wymieszać. Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na suchej patelni, na małym ogniu, następnie podkręcić ogień i smażyć, aż będzie chrupki. Wyłowić z tłuszczu, dodać do ziemniaków. Tłuszcz z boczku szybko wymieszać z musztardą i octem jabłkowym (można tej samej patelni, jeśli nie jest np. stalowa, której cenną patynę zje ocet ;), polać powstałym sosem sałatkę. Jeść od razu.

Przeglądając inne sałatki z dodatkiem ziemniaków na blogu, wyszło mi, że całkiem jest ich całkiem sporo, ale dominują dodatki morskie, od ryby przez przegrzebki po klasyczną sałatkę nicejską (i mniej klasyczną, tj. ziemniaki z małżami). Przyznaję, że piszę to głodna i żadną bym w tej chwili nie pogardziła, mimo późnej pory ;).

piątek, 14 lipca 2017

Post będzie krótki, właściwie seria przypominajek.

Gdy dwa lata temu miałam urodzaj na grządce z bazylią, zrobiłam bardzo udany sos bazyliowy. Tym razem koperku mam więcej, niż jesteśmy w stanie przerobić, więc gdy w sobotę przyjechali goście, pół litra koperku przerobiłam na sos koperkowy - dokładnie taki, jak bazyliowy, tylko wody musiałam dać odrobinę więcej - i polałam nim pomidory, jak widać na zdjęciu. Reszta została wykorzystana i do pieczywa, i maczania pieczonych kwiatów (na zdjęciu), i kolejnego dnia jako dodatek do grillowanej ryby, i wreszcie jako omasta do niedzielnego jaja w koszulce (jak poniżej). Bardzo polecam!

Po drugie, widoczne na ww. zdjęciu pieczone kwiaty - nadziane fetą zmieszaną z ostrą papryką (pastą tajską, ale np. adżika czy ostra węgierska też byłaby bdb). Metoda przygotowania jak poprzednio (a błędu z posypaniem solą przed pieczeniem już więcej nie zrobię, tu zresztą dzięki słonemu farszowi sól w ogóle nie była potrzebna).

Po trzecie, pasta z bobu i fety, przygotowana jak poprzednio lub jeszcze wcześniej, ale z ok. 130g sera "typu feta" i bez gałki muszkatołowej. Nadmiar niewykorzystany na chlebie trafił, oczywiście, do pierogów, bo lato bez takich z zielonym farszem to nie lato ;).

Zapisz

wtorek, 11 lipca 2017

O odkryciu, jakim jest gruby bulgur, pisałam ze 2 lata temu. Choć upały jakoś specjalnie na razie Polski mocno nie dotykają, węglowodan gotowy do spożycia tylko przez zalanie (wcześniej) wodą, to latem zbawienie, zwłaszcza, że świetnie się łączy z daniami warzywnymi, wszystkim co zielone i/lub bliskowschodnie. Dlatego niedawno przygotowałam zielony bulgur, „jedno oko na Persję” oraz bardziej konkretną sałatkę obiadową, przygotowaną z garścią zieleniny z ogrodu (albo dżungli pourlopowej - jak weszłam między grządki po powrocie, najpierw osłupiałam, potem załamałam ręce, i do tej pory wszystkiego nie przepieliłam ;/).

W obu daniach podstawą jest szklanka bulguru namoczona ok. 2h w 2 szklankach wody z hojną szczyptą soli, mieszana co jakiś czas.

Bulgur w klimatach lekko perskich

Składniki:

  • szklanka grubego bulguru jw.,
  • garść posiekanych lub porwanych ziół (np. mięta i bazylia, można użyć mięty i pietruszki),
  • garść szpinaku (ew. przelanych wrzątkiem i osuszonych liści boćwiny bez łodyg),
  • ok. 2 łyżek z grubsza posiekanych pistacji,
  • ok. łyżki suszonego berberysu,
  • sól, oliwa, łagodny ocet/sok z cytryny

Wymieszać bulgur z zieleniną i bakaliami, doprawić do smaku solą, oliwą, octem np. jabłkowym lub sokiem z cytryny. Odstawić na co najmniej 10 minut, wymieszać i ew. jeszcze raz doprawić. Podawać z grillowanymi potrawami lub np. takimi klopsikami. Do delikatnej ryby też mi pasuje.

Sałatka z bulguru z fetą

Składniki:

  • szklanka bulguru jw.
  • 2 małe cebule dymki
  • garść świeżego groszku oraz cavolo nero lub jarmużu,
  • zioła - mięta i koperek - 2/3 do patelni, reszta posiekana surowa
  • opcjonalnie: kilka listków musztardowca lub pikatnej rukoli
  • oliwa, ocet lub cytryna, sól wg uznania
  • 150g fety,
  • ok. 8 pomidorów suszonych (namoczonych lub w oliwie, osączonych)

Dymkę posiekać, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju/oliwy, dodać porwane cavolo nero (bez łodyg). Smażyć chwilę, aż liście zmiękną, dodać łyżeczkę wody, wyłuskany groszek, hojną szczyptę soli i 2/3 ziół, gotować minutę. Przykryć naczynie i odstawić na bok na kilku minut, kiedy zajmiecie się pozostałymi czynnościami: posiekaniem reszty ziół i dodaniem ich do bulguru razem z pokruszoną fetą, pokrojonymi pomidorami i ew. liśćmi rukoli/musztardowca. Do naczynia dodać przesmażone warzywa i całość wymieszać. Doprawić do smaku oliwą, łagodnym octem lub sokiem z cytryny oraz solą.

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych (w ogóle), a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna