Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
piątek, 04 stycznia 2019

Sylwester był, minął, przed nami karnawał. Od wielu lat Nowy Rok świętuję na kanapie, zazwyczaj oglądając przynajmniej jeden film, a jemy najczęściej bliny. W tym roku jednak specjalnie pojechaliśmy do najbliższego miasta wojewódzkiego ;) po jakieś owoce morza, przy czym po cichu liczyłam na ostrygi. Udało się, i w ten sposób po raz trzeci zjedliśmy je w domu.

Pierwszy raz było wyjątkowo dekadencki – trwał nasz Wielki i Straszny Remont roku 2014, ale była piękna wiosenna pogoda, robotnicy chyba oddalili się na weekend (ew. skończyli dniówkę), M otworzył muszle za pomocą śrubokrętu (co nie jest takie zupełnie szalone, jak się wydaje, jeśli spojrzycie na kształt noża do ostryg) i jedliśmy je na schodach przed domem, bo ogród wówczas przypominał klepisko ;). Zjedliśmy je jednak wtedy w kilka h po zakupie, i nigdy nie musiałam mięczaków ponad dobę przechować, jak teraz przed Sylwestrem. W związku z tym poczytałam trochę na temat, i chętnie podzielę się doświadczeniami, bo podejrzewam, że wiele osób połączenie ostrygi + dom może przerażać.

* Podobnie jak z małżami, ostrygi kupujemy zamknięte. Otwarte nie nadają się do jedzenia. Ich liczba zależy od możliwości jedzących; osobiście uważam, że jeśli ma to być clou wieczoru, to co najmniej 12 na osobę.

* Po zakupie umieszczamy je w lodówce, w np. misce/głębokiej salaterce, ułożone wypukłą stroną do dołu, i nakrywamy dokładnie wilgotną ściereczką, co ma zapobiec ich otwarciu. U mnie tak siedziały ok. 28-29h.

* Przed jedzeniem sprawdzamy, czy nic się nie otworzyło ;).

* Co do otwierania: proponuję obejrzeć filmik instruktażowy, np. ten wydaje mi się dość sensowny. Noże do ostryg nie kosztują dużo (albo inaczej – rozrzut cenowy jest dość duży, ale w niskiej cenie też są ;), ale można użyć także niezbyt ostrego nożyka do jarzyn lub niewielkiego śrubokrętu. Praktyka czyni mistrza, pewnie pierwsze parę sztuk nie będzie idealnie otwarte (czyt. skorupy mogą się lekko ukruszyć na brzegach), ale potem powinno być lepiej. Aha, u nas otwiera M – mniejsze ryzyko wizyty na oddziale ratunkowym (choć przeważnie też używa rękawiczek), ale może jak dorobimy się prawdziwego noża, to też kiedyś spróbuję.

* Otwarte muszle (OCZYWIŚCIE Z PŁYNEM!), z odciętym mięśniem (patrz: filmik jw.) umieszczamy na talerzach (bywają takie specjalne, z wgłębieniami, tylko trzeba wtedy trafić w rozmiar ;). Można na lodzie, tzn. taki jest zwyczaj, ale jeśli od razu się je zje, nie wiem, czy jest konieczność.

* Dodatki: M uważa, że nic, ostatecznie cytryna. Ja po paru bez niczego lubię odrobinę cytryny, a potem mignonette, i na Sylwestra zrobiłam swój. Nie zobaczycie go jednak na zdjęciu, bo z dwóch zrobionych jedno było nieostre, a o drugim lepiej zapomnieć ;). Przy okazji odkryłam a) patent na zamiennik szalotek – posiekana, sparzona wrzątkiem cebula nadaje się tu całkiem ok, b) sos się świetnie nadaje do maczania chleba, którym zagryzacie ostrygi.

Składniki:

  • 50ml octu z czerwonego wina (lub porzeczkowego)
  • 2 pełne łyżki bardzo drobno posiekanych szalotek lub cebuli sparzonej wrzątkiem
  • szczypta soli i świeżo mielony pieprz

Wymieszać wszystkie składniki, odstawić na 1-5h w temperaturze pokojowej, lub dłużej w lodówce.

Jako ciekawostka: choć uważam, że tabasco to nieporozumienie, podczas niedawnego ostrygowania w Barze Wieczornym jako dodatek pojawił się sos z kolendry z dodatkiem świeżego chilli. Mąż nawet nie dotknął palcem miski, ale pozostałe osoby, w tym ja, jadły go całkiem ochoczo (ku własnemu zaskoczeniu – jak widać, czasem nie warto się uprzedzać).

* Co do pieczywa: moim zdaniem pasuje każde, może razowe minimalnie bardziej, ale to moje własne odczucie. Bąbelki wytrawne, i nie musi być szampan, tylko dobre wino musujące.

I tak oto macie wykwintną a prostą kolację na różne świąteczne okazje ;).

PS. W temacie tej wykwintności, warto dodać, że ostrygi nie zawsze/nie wszędzie były potrawą ‘luks’ – w XIX w. Anglii jadała je biedota, o czym wspomina np. Regula, cytując m.in. Klub Pickwicka Dickensa (fragment, gdy bohaterowie jadą przez East End). Z innych inspiracji literackich polecam pierwszy rozdział Muskając aksamit Sary Waters – książkę otwierają opisy "ostrygowego zagłębia", tj. Whitstable pod koniec XIX w.. Główna bohaterka pochodzi z rodziny prowadzącej karczmę, i do pewnego wieku pracuje z nimi, m.in. przygotowując ostrygi do podania. O "knajpach, gdzie pod nogą skorupy ostryg, trociny" ("sawdust restaurants with oyster shells") pisał też T. S. Eliot w moim ulubionym wierszu wszech czasów, Pieśni Miłosnej Alfreda Prufrocka (The Love Song of J. Alfred Prufrock). Gdyby ktoś się zastanawiał, trociny na podłodze nie były oznaką eleganckiego przybytku ;).

sobota, 29 grudnia 2018

Ai tre scalini 06/2018

Halo, halo, jest tu kto? Mam nadzieję, że Święta minęły Wam dobrze i spokojnie. Być może teraz, podobnie jak ja, co i rusz widzicie różne „podsumowania roku” – a to hity czytelnicze, a to wydarzenia na świecie, itd. Sprawiło to, że zaczęłam myśleć o swoich „top 2018” (kity i rozczarowania pominęłam, bo po co się przygnębiać). Nie wiem, czy sprawi Wam przyjemność lektura takiego recyklingu, ale czasem dobrze sobie uporządkować wspomnienia w głowie. Także te spożywcze. I kto wie, może to będzie początek nowej tradycji ;)?

Knajpa roku: Ponieważ był to „włoski rok” (cztery razy w Rzymie, dodatkowo Florencja/Toskania i wybrzeże Amalfi!), wybór jest prosty: Ai tre scalini. Byłam cztery razy, w tym raz z towarzystwem, za każdym razem było bdb, plus „metoda na bakłażana” dla M (o czym niżej) i inne inspiracje spożywcze (dorsz z ciecierzycą – którego muszę powtórzyć, może w jakimś świetle…) oraz winne (patrz niżej). Drugie miejsce zajmuje odkrycie pt. londyński Kiln.

Port Royal

Udane powroty: cieszę się z drugiej wizyty w St. John. Stołeczne nowości opisywałam parę miesięcy temu, ale w 2018 były także udane powtórki: już dawno przeze mnie opisywane Ale wino kolejne dwa (chyba ;) razy się sprawdziło (śledzia/brandade w jakiejkolwiek postaci tam brać w ciemno), podobnie źródło ostryg, tj. Port Royal (Hala Koszyki). Same Koszyki jakoś nie wzbudzają we mnie większych emocji, ale ostrygi w Porcie, testowane rok temu w grudniu (co widać po zdjęciu) i potem drugi raz w kwietniu, są warte spróbowania. Ucieszyła mnie także wysoka (i wyższa, niż wcześniej) jakość ulubionych mięczaków podczas wieczoru tematycznego w Barze Wieczornym (który pozostaje ulubionym miejscem drinkowym).

Moje pierwsze panforte

Potrawa / art. spoż. roku: Nasuwają się dwie: panforte i sfogliatella, czyli dwie słodkie włoskie nowości. O tyle istotne, że panforte okazało się wyjątkowo proste do przyrządzenia w domu, a za sfogliatellą będę rozglądać się teraz równie ochoczo, co za cannoli. W kategorii „ze sklepu” dołączyłam do fanów twarogu ze Strzałkowa oraz odkryłam syrop śliwkowy, słodki, ale i lekko kwaśny zamiennik cukru/miodu – ma dla mnie coś wspólnego i z melasą z granatów, i z powidłami. Bdb do owsianki lub kaszy manny.

Napój roku: Dzięki Ai tre scalini wiem, żeby się rozglądać za amarone, gdy mam ochotę na ciężkie czerwone wino, oraz za franciacortą, gdy zachce mi się bąbelków ;) (obydwa wina widać na pierwszym zdjęciu w poście!). Odkryłam także, że spritz nie musi oznaczać czegoś z aperolem, bo jest coś takiego jak Hugo. W temacie kaw coraz chętniej wybieram cortado niż flat white, bo coraz częściej nacinam się na ten ostatni format (czyt. dostaję coś, co postrzegam jako gabaryt latte/wiaderko ;).

Blogowy przepis roku: „Metoda na bakłażana”, albo caponata – znów dzięki Ai tre scalini. Poza tym pączki wytrawne z kapustą, jako wpływ austriacki. Z innych osiągnięć (jeszcze) nieutrwalonych na blogu, opracowałam wersję końcową (tj. więcej rekonstrukcji historycznej ;) nie będzie) tortu orzechowego, z którym walczyłam kilka lat, a także być może odkryłam patent na muliste ryby. W Austrii przypadkiem kupiłam suma (bo ładnie wyglądał w dziale rybnym, a tym, że nazwa Waller nic mi nie mówiła, się nie przejęłam) i go ugotowałam na parze plus podałam do tego sos ziołowy. Jeśli powtórka się uda (+ zdjęcie), pojawi się na Coś niecoś.

I w sumie brakuje kategorii książki kulinarne, ale nie mam kandydatów. Przez cały rok nabyłam/dostałam tylko dwie (!) książki kucharskie, i choć obydwie są w porządku, z jednej nawet skorzystałam, nie są odkrywcze i nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia.

Czego spodziewam się po 2019? Na polu domowym na razie mam tylko jeden plan: przetestować alternatywną metodę robienia bezy (na ciepło), która mnie b. zaintrygowała ;). Poza tym wiem, że znajdę się w przynajmniej dwóch miejscach w Polsce, gdzie wcześniej mnie nie było, i liczę na to, że będzie smacznie. Szykuje się także wyjazd zagraniczny do kraju, w którym nie byłam dobre kilkanaście lat, a wywarł na mnie kiedyś duże wrażenie, także kulinarne. Od tego czasu jednak zaczęłam regularnie gotować, gust itd. mi się trochę zmienił, więc konfrontacja z przeszłością może wyjść różnie. Wierzę jednak w to, że dobre jakościowo składniki obronią się same – oby tylko one były ;). Później może uda się także wypić Guinessa u źródła; nie zabraknie także strudli, knedli i spätzli… więc w sumie jest się na co cieszyć. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

sobota, 22 grudnia 2018

Obiecywałam już dość dawno, że zrobię panforte – już po toskańskim wyjeździe na wiosnę, a Florencja mnie w tym zamiarze utwierdziła. Okres świąteczny aż się o to prosił, bo choć obecnie panforte można kupić przez cały rok, tradycyjnie był to wypiek na specjalne okazje, b. popularny w porze Bożego Narodzenia. W sumie od początku wiedziałam, że skorzystam z przepisu Giulii Scarpalegii, kwestią było tylko to, na którą wersję się zdecydować. Ponieważ moje pierwsze panforte było cytrusowe, stanęło na przepisie klasycznym.

Gdy doszło do pieczenia, okazało się, że mam za mało migdałów, więc zrobiłam z połowy składników (i wreszcie wiem po co kupiłam tycie tortownice w niderlandzkim Dille i Kamille, czyt. idealnie się nadają na mini-panforte z ½ przepisu). Z innych wątpliwości był tajemniczy „papier ryżowy” do wyłożenia foremki. Okazało się, że to to, co w Niemczech nazywa się Oblaten, czy też opłatki do pieczenia, które stanowią jadalną podkładkę dla świątecznych wypieków. Użyłam, z powodzeniem, papieru do pieczenia. Kolejną sprawą była kandyzowana skórka cytronu/etrogu, tj. cykata (o której ładnie pisała Monika). Etrog, zwany także pirrito, przez wiele lat kojarzył mi się tylko z „bohaterem” izraelskiego filmu Goście (Ha Ushpizin), gdzie grał ważną rolę podczas Święta Szałasów, i w sumie dopiero autorka Kuchni Naszej Polskiej uświadomiła mi, co się z nim (także) robi. Ponieważ ww. cykaty jednak nie posiadałam, użyłam suszonej skórki cytrynowej, którą, zgodnie z instrukcją na opakowaniu, namoczyłam (w wodzie i ekstrakcie pomarańczowym). Ku mojemu zaskoczeniu, powiększyła objętość kilkakrotnie, o czym warto pamiętać. Nie wydawała mi się jednak szczególnie aromatyczna, dlatego dodałam odrobinę dodatkowego aromatu pomarańczowego (którego widać na liście składników). Tyle z uwag, poza końcową, że jest to w gruncie rzeczy wyjątkowo prosta i szybka do przyrządzenia rzecz, a jeśli tylko lubicie bakalie, będziecie zachwyceni. Wszelkie porównania do piernika (na które się natknęłam np. w Wikipedii) są jednak nieporozumieniem – chyba, że chodzi o możliwość dojrzewania ciasta.

Składniki:

  • 350g migdałów (u mnie mieszanka 2:1 całych nieblanszowanych i takich w płatkach)
  • 150g kandyzowanej skórki pomarańczowej (dokładnie osączonej z syropu)
  • 150g kandyzowanej skórki cytrynowej (a najlepiej cytronu/pirrito/etroga, czyli tzw. cykaty, osączonej jw.), ew. namoczonej (i osączonej) suszonej
  • 150g mąki
  • 10g przyprawy korzennej, typu dobrej przyprawy do piernika
  • 150g miodu
  • 150g cukru pudru (+ do podania)
  • opcjonalnie: parę kropli Cointreau/ekstraktu pomarańczowego

Migdały uprażyć chwilę na suchej patelni lub w piekarniku (180 st. C). Wymieszać z cytrusami, mąką i korzeniami. Przygotować foremkę (małą tortownicę, np. 20cm – autorka sugerowała 18cm, ale chyba w PL takie nie występują): wyłożyć lekko natłuszczone dno papierem do pieczenia przyciętym na wymiar i tak samo postąpić ze ściankami, tj. wyłożyć je jednym dłuższym kawałkiem pergaminu. Stopić na małym ogniu miód z cukrem i 3 łyżkami wody. Zdjąć z ognia, gdy masa zamieni się w gęsty, złocisty syrop. Wymieszać z pozostałymi składnikami (dodać wówczas także ekstrakt/Cointreau, jeśli używacie) – masa będzie bardzo gęsta. Przełożyć do przygotowanej foremki i wyrównać wierzch. Oprószyć cukrem pudrem i piec ok. 30 minut w 180 st. C (termoobieg). Lekko przestudzić i wyjąć z foremki (podobno z zupełnie wystudzonej może być ciężko wyciągnąć ciasto ze względu na karmel, ja jednak nie miałam z tym problemu, choć było już tylko lekko letnie). Proponuję jeść najwcześniej następnego dnia; można także ciasto przechowywać dobre kilka tygodni (widziałam także wersje, że i miesięcy, ale nie próbowałam) owinięte papierem, w szczelnym pojemniku. Tak czy inaczej, przed podaniem posypać cukrem pudrem.

Nawiązując do ostatniego zdania przepisu: jeśli porównacie zdjęcia Giulii i moje, różnica w ilości cukru pudru rzuca się w oczy ;). Pozostawię decyzję wam, tradycyjnie faktycznie powinna być to równa, konkretna, śnieżna ;) warstwa. Warto pamiętać, że jeśli, jak ja, użyjecie skórki cytrynowej suszonej, ciasto wcale nie będzie mocno słodkie.

Korzystając z okazji, bo przed BN już nic na blogu się nie pojawi: Wesołych Świąt! I zapraszam na Facebooka/Instagram, gdzie można zobaczyć coś ode mnie codziennie, zwłaszcza w relacjach.

wtorek, 18 grudnia 2018

Przepis na krajankę piernikową wydrukowałam sobie z forum CinCin w czasach, gdy zdarzało mi się jeszcze drukować przepisy ;), czyli jakieś 10-12 lat temu. Włożyłam ją do folderu na takie wydruki i… co jakiś czas myślałam, że można by to upiec. Zazwyczaj miało to miejsce wtedy, gdy ktoś inny krajankę wykonał i pokazał w sieci. Tą w wydaniu Trufli oglądałam z podobnym namysłem już kilka razy, aż w końcu się zmobilizowałam do upieczenia swojej wersji (zerkając też na wersję Dorotuś, bo użyła gotowego marcepanu).

No i tak: kwestia dojrzewania tego ciasta. Z moich doświadczeń pierniki przełożone miękną szybko, oblane czekoladą szybciej, a jak siedzą w puszce, to jeszcze sprawniej ;). Innymi słowy, już okruszki po krojeniu w kostkę wydawały mi się jadalne, a kawałek krajanki wyciągnięty z puszki po dwóch dniach leżakowania smakował tak samo, jak ten jedzony tydzień później, i był równie miękki. Czyli jeśli ciasto upieczecie np. trzy dni przed Wigilią i włożycie je do szczelnego pojemnika, to spokojnie w Święta będziecie mieli co jeść. A czekoladę jako dekor bardzo polecam, nie tylko dlatego, że nie przepadam za lukrem. Smak samej krajanki bowiem jest w porządku, ale nie jest to najlepszy piernik, jako znam (wolę piernik staropolski); czekolada jednak walory podkręca, także w przypadku bardziej suchych brzegów, i wygląda lepiej w moim odczuciu, niż jakikolwiek lukier (nawet jeśli głupio użyje się miękkiej polewy z dodatkiem śmietany ;). Bezsprzeczną zaletą wypieku jest jednak jego duża podzielność plus możliwość wcześniejszego wykonania, dlatego trafia na blog.

Składniki ciasta:

  • 530g mąki pszennej (można z tego ok. 2-3 łyżki zastąpić razową pszenną lub jasną żytnią; można także użyć mąki jasnej orkiszowej, samej lub zmieszanej z pszenną)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ¾ łyżki cynamonu
  • 6-7 obrotów młynkiem z pieprzem
  • 2-2,5 łyżeczki dobrej przyprawy do piernika
  • szczypta soli
  • 1/2 szklanki* miodu
  • 1/2 szklanki brązowego cukru (jasny lub ciemny muscovado)
  • 1/2 kostki masła
  • 1 duże jajko
  • Ok. ½ szklanki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • Opcjonalnie: garść posiekanych (bardzo drobno) orzechów włoskich

Do przełożenia: powidła śliwkowe (ok. 300g) i masa marcepanowa

Do dekoracji: polewa czekoladowa (czekolada stopiona w kąpieli wodnej lub TA polewa) lub ulubiony lukier

Masa marcepanowa

  • ok. 350g marcepanu do wypieków
  • 2 żółtka
  • 1/3 szklanki mąki
  • 1 łyżka mleka
  • po 1 łyżce soku pomarańczowego i cytrynowego (ew. trochę więcej, jeśli masa będzie za sucha)
  • 1 łyżeczka ekstraktu migdałowego/pomarańczowego

Masę marcepanową przygotować poprzez dokładne utarcie na krem wszystkich składników.

By przygotować ciasto: wymieszać mąkę ze spulchniaczami, solą, orzechami i skórką. Miód, cukier i miód stopić na małym ogniu, dodać przyprawy korzenne i mąkę, przestudzić. Przełożyć całość do miksera, dodać jajko i wyrobić gładkie ciasto (można, oczywiście, wyrobić ręcznie, jak ktoś chce/musi). Ciasto będzie lekko ciepłe, powinno być także elastyczne i przyjemne w wałkowaniu – co jest istotne, bo trzeba je od razu podzielić na 2 części i rozwałkować na prostokąty o zbliżonej wielkości (najlepiej dopasowane do blaszki – moja miała). Jeden placek przenosimy do formy wyłożonej papierem, rozłożyć na nim marcepan, zostawiając ok. ½ margines od brzegów, na marcepanie rozłożyć powidła. Przykryć pozostałym ciastem, zlepiając dokładnie brzegi (co nie jest proste, ale raczej chcecie uniknąć wyciekającej masy…). Piec ok. 35-40 minut (wiele przepisów podaje krótszy czas, ale już kiedyś miałam do czynienia ze surowawym piernikiem – te blaty wydawały mi się podobnej grubości) w 180 st. C (termoobieg).

Jeśli chcecie lukrować ciasto, najlepiej zrobić to póki jest jeszcze ciepłe (choć może niekoniecznie gorące); polewę nakładamy, gdy przestygnie. W obydwu przypadkach ciasto należy zostawić odkryte przez np. noc, następnego dnia pokroić w kostkę i odłożyć do puszki, przekładając papierem. Można przechowywać ok. 2-2,5* tygodni w niezbyt ciepłym miejscu (typu spiżarnia).

* PS. Smutne wnioski z końca grudnia. Brzegi bez powideł mają szansę ocaleć, ale niestety obficie przełożone części piernika, przynajmniej w moim przypadku, nie (mimo dość niskiej temperatury przechowywania).

niedziela, 09 grudnia 2018

Jesteście już w klimacie świątecznym? U mnie, można powiedzieć, powstała mała dojrzewalnia wypieków międzynarodowych (podgląd na tym zdjęciu), choć dwa górne pojemniki planuję naruszyć przed Świętami właściwymi, i co najmniej jedno ciasto pojawi się tu na blogu ;). Zanim jednak ten słodki czas nastąpi, ponieważ nie wątpię, że w takiej chłodnej porze roku często gotujecie zupy lub buliony, podejrzewam, że mogą wam zostawać a to buraki z barszczu, a to jarzyny z wywaru. Ze swoimi prawie zawsze staram się coś zrobić i niedawno część resztek z barszczu kompromisowego zmiksowałam na dwie różne pasty do kanapek. Moim faworytem jest pikantna marchewkowo-dyniowa, ale buraczana z kolei jest bardziej treściwa; ta ostatnia to wariant pasty z grochu i buraka z początku tego roku oraz lekka pochodna dwóch alternatywnych hummusów, które kiedyś tu pokazywałam, tylko z dodatkiem innego strączkowego.

Pasta buraki, soczewica i miso

  • 1 duży, upieczony lub ugotowany burak
  • ½ szklanki suchej czerwonej soczewicy (ok. szklanka po ugotowaniu), ew. grochu w połówkach
  • ząbek czosnku       
  • 1-1,5 łyżki jasnego miso, lub do smaku
  • ¼ łyżeczki kuminu
  • papryka słodka i ostra (po hojnej szczypcie, lub do smaku)
  • olej rzepakowy – jak najlepszy, tłoczony na zimno (ok. łyżki), ew. inny ulubiony

Soczewicę ugotować w ok. 1,25 szklanki wody z hojną szczyptą soli (dodaną po zagotowaniu wody) i ząbkiem czosnku, aż soczewica się rozpadnie/zamieni w jednolitą masę. Przestudzić i zmiksować z pozostałymi składnikami, doprawić do smaku. Uwaga na temat miso: z czasem (tzn. po kilku godzinach) mocniej je czuć, więc nie przesadzałabym ze zwiększaniem ilości. Sól w moim odczuciu nie była już potrzebna, wystarczyło miso.

Pasta marchewka i dynia

  • 1 duża, ugotowana lub upieczona marchewka
  • ok. ½ szklanki puree z dyni
  • 1 ugotowana lub upieczona cebula
  • 2 ugotowane lub upieczone ząbki czosnku
  • 2-3 ugotowane lub namoczone we wrzątku suszone grzyby
  • łyżeczka octu jabłkowego (lub do smaku)
  • olej rzepakowy – jak najlepszy, tłoczony na zimno (ok. ½-¾ łyżki), ew. inny ulubiony
  • sól (do smaku)
  • ok. ¼ łyżeczki (lub wg uznania) ostrego curry lub mielonego chilli

Wszystkie składniki zmiksować, sprawdzić doprawienie. Podawać, podobnie jak wersję buraczaną, jako dip lub smarowidło do pieczywa.

Moje inne ulubione smarowidła znajdziecie TU: na szparagowe czy z bobu musimy jeszcze trochę poczekać, ale niedawno znów ćwiczyłam tą pieczarkową i pewnie tej zimy jeszcze będzie powtórka.

poniedziałek, 19 listopada 2018

W minioną Wielkanoc (a właściwie w jej okolice) potrzebowałam łatwego w przyrządzeniu dania. Takie, które zrobi się powoli samo i będzie siedzieć w piekarniku, aż gość się pojawi i oznajmi, że jest głodny. Stanęło na mostku wołowym Nigelli (z rzadko* przeze mnie używanej Kitchen). Przyznaję, że pierwsze wykonanie przepisu dla kogoś spoza najbliższej rodziny to zawsze pewne ryzyko, ale tak długo pieczona wołowina wydawała się jednak pewniakiem. Wyszło lepiej, niż spodziewałam, a jak wyjawiłam, że w przepisie jest kawa, doszedł element zaskoczenia :). Po tym, jak wypróbowałam przepis jeszcze raz, uważam, że to coś, co warto mieć w repertuarze, bo naprawdę robi się samo, a jest aromatyczne i smaczne zarówno na ciepło, jak i zimno. W moim wydaniu jest dodatkowa marchewka jako podściółka warzywna. Robiłam i z ok. 1kg kawałka mięsa, i odrobinę mniejszego, w obydwu przypadkach wykorzystałam sos w ½ proporcji. Z sugerowanym dodatkiem „płynnego dymu” poradziłam sobie wykorzystując sól wędzoną i lekko zwiększając umami poprzez więcej sosu Worcestershire, ale szczerze mówiąc, sądzę, że ze zwykłą też będzie pyszne. A co daje kawa? Nie wybija się w smaku, ale wydaje mi się, że dodaje wytrawności i dodatkowej dymności.

Składniki:

  • ok. 1-1,25kg mostku wołowego
  • 1-2 marchewki, obrane, pokrojone w grubsze plastry
  • kilka szczypt soli wędzonej (ew. zwykłej, najlepiej morskiej)
  • 1 większa cebula, pokrojona jw.
  • 2 espresso lub 4 łyżki (60ml) bardzo mocnej zaparzonej kawy
  • 3 łyżki sosu Worcestershire
  • 2 łyżki brown sauce (ew. sosu barbecue)
  • 2 łyżki octu owocowego (ew. z czerwonego wina)
  • 2 łyżki sosu sojowego

Pokrojone warzywa umieścić na dnie naczynia żaroodpornego (najlepiej z pokrywką), oprószyć solą wędzoną (ew. inną). Na wierzchu położyć mostek (stroną bardziej tłustą do góry, jeśli taka występuje). Wymieszać płynne składniki sosu, zalać nimi mięso i warzywa, umieścić w piekarniku nagrzanym do 150 st. C (termoobieg, góra/dół 170 st. C) i… zapomnieć na ok. 3-3,5h. Można oczywiście mięso upiec z wyprzedzeniem i później tylko delikatnie podgrzać.

I TO TYLE. Chyba nie da się prościej ;). Wg autorki jarzyny i sos należało zmiksować na gładko, ja jednak podaję tak, jak jest. Mięso samo się rozpada, można je delikatnie pokroić na plastry lub poszarpać jak pulled pork, i serwować z sosem z pieczenia. Świetnie pasuje do tego puree lub kasza kukurydziana oraz coś zielonego i chrupkiego (ale buraki to też zawsze dobry pomysł).

A gdyby ktoś wolał mostek w pomidorach, znajdzie go TU (był to pierwszy przepis mięsny w tym roku). Jako ciekawostka, wychodzi mi, że mięso pojawia się (nie licząc wzmianek restauracyjnych) na blogu średnio co 2,5 miesiąca w skali roku, co ma sens, bo jem je średnio 2,5 x na tydzień ;).

* W sumie nie wiem, dlaczego, ale choć mam wszystkie książki Nigelli, czyt. kupuję nowe i pojedyncze rzeczy z nich robię, to od czasów Feast chyba żadna do mnie tak nie trafiła, by została porządnie wyeksploatowana. Najwięcej i najbardziej regularnie gotowałam/piekłam i gotuję/pieczę wciąż ze staroci: Domestic goddess, How to eat czy właśnie Feast. Znam jednak takich, dla których Kitchen jest właśnie „biblią”. Objętościowo faktycznie wydaje się największa ;).

czwartek, 15 listopada 2018

Zaginęłam w akcji, bo m.in. walczyłam z przeziębieniem. W tej chwili siedzę pod kocem, chusteczki pod ręką, stopy przygniecione Brzozą (nieco cięższą, niż prawie dwa lata temu - i pewnie za ciężką ;) i spieszę wam donieść, co zrobić z pigwowcem, jeśli go przypadkiem jeszcze posiadacie (jeśli przypadkiem jeszcze na krzaku, zbliżają się przymrozki, pewnie warto zerwać).

[I tu wstawmy przerwę na zawieszenie się komputera, podczas której ww., niezapisany tekst znikł w przestworzach…]

A więc: może sobie przypominacie zeszłoroczne babeczki bakaliowe (mince pies)? Tam właśnie wspomniałam, że zrobiłam masę z pigwowca, i że przepis pojawi się w kolejnym roku, w sezonie. A więc oto on! Rzecz jest bardzo prosta, jedynie trzeba się trochę nasiekać bakalii. Jest to przerobiony przepis Nigelli z How to be a domestic goddess na masę z pigwy (quincemeat), gdzie poza tym, że użyłam bardziej kwaśnego owocu, inaczej obrobiłam go termicznie.

Składniki:

  • ok. 1-1,2kg pigwowca
  • 250g sułtanek
  • 250g innych rodzynek
  • 250g suszonych moreli (ew. śliwek, lub mieszanki śliwek i daktyli, lub fig…)
  • 300g brązowego cukru (ciemnego lub jasnego muscovado)
  • łyżeczka nasion kardamonu
  • jw. goździków
  • jw. mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki kwiatu gałki muszkatołowej, ew. ok. ¼ łyżeczki startej gałki
  • 100g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 50-100ml* brandy

* Mniej, jeśli wolicie mniej % lub masa pigwowcowa będzie wydawała się bardzo płynna, tzn. wyraźnie lejąca się (idealna bardziej przypomina puree/papkę dla niemowląt).

Pigwowca umyć, przekroić na 1/2, umieścić w garnku i zalać owoce wodą tylko tyle, by je przykryć. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 30-40 minut lub aż owoce zaczną się rozpadać. Lekko przestudzić i przetrzeć całość przez sito. Powinniście uzyskać ok. litr pulpy. Bakalie posiekać, wymieszać z pigwowcem, dodać cukier, przyprawy (kardamon i goździki wcześniej utłuc w moździerzu), skórkę i brandy. Całość dokładnie wymieszać, przełożyć do czystych, wyparzonych słoików i spasteryzować (sugeruję dłużej, niż przetwory gotowane - ok. 25 minut w piekarniku w 150 st. i potem drugie tyle w cieple resztkowym).

Mając gotową masę można upiec ww. babeczki, można także wykorzystać inne pomysły z poprzedniego przepisu, np. nadziać ciasto (struclę lub drożdżówki), lub rozsmarować na kwadratach ciasta (pół)francuskiego, lub użyć jako nadzienia do dużej tarty (można dodać także jabłka lub gruszki w plastrach). W sam raz na nadchodzący sezon świąteczny, o czym zewsząd przypominają nam reklamy ;).

niedziela, 04 listopada 2018

W tym roku obrodziły nam gruszki. Miałam w związku z tym wiele planów kulinarnych, ale skończyło się na marmoladzie jabłko & gruszki, gruszkach na serniku oraz wielu owocach jedzonych solo lub w soku. Ostatnie owoce trafiły do chutney; kilka lat żadnego nie robiłam, bo chętnych do spożycia jakoś brakowało. Choć z przepisów na blogu ten na pikantny jabłkowy  uważam za całkiem udany, chciałam coś mniej octowego i łagodniejszego. U Nigela Slatera (Tender II) znalazłam chutney ze śliwek, który przerobiłam na (głównie) gruszki, redukując lekko cukier, zmieniając źródło ostrości (na świeżą papryczkę chilli) oraz częściowo ocet.

Słoik gotowego sosu pojechał na spotkanie rodzinne, gdzie miał towarzyszyć serom (z Ranczo Frontiera, które niezmiennie polecam), ale wzbudził zainteresowanie wcześniej, jako potencjalny zamiennik żurawiny (do pieczonej kaczki). I ostatecznie… do serów nic nie zostało ;). W związku z takim chrztem bojowym, przepis mogę ze spokojnym sumieniem polecić.

Składniki (4 niewielkie słoiki):

  • 750g gruszek (lub innych owoców: u mnie były głównie gruszki, jedno jabłko i kilka śliwek do wagi), waga po obraniu i wydrążeniu
  • 350g cebuli (2-3 sztuki)
  • 125g rodzynek
  • 200g brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 1 mała papryczka chilli (z pestkami)
  • łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki gorczycy
  • 300ml octu jabłkowego (najlepiej domowego)
  • laska cynamonu

Owoce wydrążyć/obrać*, z grubsza posiekać, to samo zrobić z cebulą, umieścić w rondlu. Dodać wszystkie pozostałe składniki, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować (co jakiś czas mieszając), aż całość się rozpadnie na brązową masę – u mnie zajęło to ok. 1,5h. Przełożyć do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować.

* I z obierek zrobić ocet. Będzie w sam raz do kolejnego sosu ;).

sobota, 27 października 2018

Co jakiś czas patrzę na nowe książki Ottolenghiego i zastanawiam nad zakupem, a potem myślę: „Po co mi kolejna, skoro jeszcze tyle zostało do ugotowania z Jerozolimy?” – a mówię to tylko trochę żartem ;). I np. takie klopsy rybne wisiały mi na liście „do powtórki, bo pierwszy raz była katastrofa”. Może odrobinę przesadzam, bo wszystko było smaczne, tylko… zupełnie nie przypominało klopsów, bo się rozpadło. Niestety, w tym przepisie ważna jest jakość ryby, i wodniste, cienkie filety się nie nadają. Gdy znalazłam jednak tzw. polędwiczki, które zupełnie się nie rozpadają ani smażone, ani pieczone, uznałam, że czas wrócić do przepisu. Oczywiście, jest to kolejny hit z tej książki (a przypominam, że regularnie robię z niej klopsy z bobem/groszkiem, wypróbowałam też słodko-kwaśne oraz delikatne drobiowe; nie zapominajmy też o falafelkach!).

Cała praca przy klopsach polega na przygotowaniu dania, potem gotuje się samo. W temacie tego pierwszego: przeczytałam opis po łebkach i zmiksowałam (krótko, owszem, ale zmiksowałam) całą masę rybną, podczas gdy autor zalecał posiekanie. Moim zdaniem wyszło jej to tylko na dobre: była wyjątkowo puszysta i świetnie się formowała. Inna sprawa jest taka, że autor zalecał ulepienie bardziej burgerów/klopsów jumbo; ja poszłam w mniejszy format. Sos zrobiłam z grubsza wg wytycznych, ale w opcji na szybko można użyć dobrego gotowca*, lekko podkręconego przyprawami, o czym niżej.

Klopsy:

  • ok. 400-450g jak najlepszego (jeśli ryba nie będzie zwięzła, rozpadnie się) dorsza w grubych filetach (a najlepiej tzw. polędwiczki), lub innej białej morskiej ryby o podobnych cechach
  • kromka chleba (dowolnego, nie bardzo czerstwego; ok. 30g)
  • mała cebula
  • 1-2 ząbki czosnku
  • kopiasta łyżka natki pietruszki
  • jw. kolendry (lub koperku, lub innych świeżych ziół – szczypiorku, mięty, melisy, lubczyku lub oregano - które macie pod ręką)
  • ½ łyżki kuminu
  • ¾ łyżeczki soli
  • 1 duże jajo
  • ok. 2 łyżek oleju/oliwy do smażenia

Sos*:

  • 1 ząbek czosnku
  • 1 mała cebula
  • ok. 250ml przecieru pomidorowego
  • ok. 100ml dowolnego wytrawnego wina lub cydru jw.
  • ok. łyżeczka kuminu
  • szczypta słodkiej papryki
  • hojna szczypta baharat, advieh lub podobnej przyprawy
  • ½-1 mała papryczka chilli
  • sól, pieprz i ew. cukier wedle uznania
  • liście mięty do posypki
  • olej/oliwa

Przygotować sos: zeszklić drobno posiekany czosnek i cebulę na oleju lub oliwie w dużym rondlu z pokrywką. Podlać winem lub wytrawnym cydrem i gotować kilka minut, następnie dodać wszystkie pozostałe składniki sosu (poza miętą; soli i pieprzu można od razu dać po szczypcie). Gotować całość ok. 10-15 minut na średnim ogniu, aż nieco zgęstnieje, sprawdzić doprawienie.

W między czasie wszystkie składniki klopsów umieścić w malakserze i krótko zmiksować (ew. chleb zetrzeć na tarce i całość bardzo dokładnie ręcznie posiekać, np. nożem kolebkowym). Uformować ok. 8-10 klopsów. Gdyby wydawały się mało spoiste, można schłodzić ok. 30 minut; gdyby były bardzo mokre, można podsypać b. delikatnie (by nie wysuszyć!) bułką tartą, ale u mnie ani jedno, ani drugie nie było konieczne. Klopsy obsmażyć partiami na oleju/oliwie i przenieść do sosu. Powinny zmieścić się w jednej warstwie i być zanurzone w płynie do mniej więcej połowy, więc jeśli to będzie koniecznie, dodać parę łyżek wody do naczynia. Całość przykryć i gotować na małym ogniu ok. pół godziny, co jakiś czas delikatnie poruszając naczyniem i obracając klopsy 1-2 razy. Wg Ottolenghiego należy je podawać przestudzone – ciepłe, ale nie gorące, lub w ogóle w temperaturze pokojowej. Ja zrobiłam inaczej, tj. po pół godzinie gotowania skręciłam ogień na minimalny (czyt. stopień 1 z 9 na kuchence indukcyjnej) i tak podgrzewałam danie dalsze 30 minut, potem zdjęłam rondel z ognia, odkryłam i odstawiłam na do 10 minut przed podaniem. Oczywiście, można wszystko przygotować z wyprzedzeniem – dania duszone zawsze na tym zyskują!

Z czym to jeść? Kuskus lub bulgur pasują bdb, i do każdego tego typu dań polecam kiszone cytryny, zwłaszcza te tylko w soli. A jeśli smakują wam rybne kotlety, polecam także takie ziemniaczane, podane klasycznie z sosem tatarskim. 

* Można też wykorzystać gotowca, np. ok. 350ml słoik sosu Wietoczki, wzbogacony dodatkiem zmiażdżonego kminu, hojną szczyptą chilli, advieh/baharat itp. oraz słodkiej papryki.

środa, 17 października 2018

Gdy w kwietniu jechaliśmy do Toskanii, M powiedział: „Nie jedźmy do Florencji. To dobre miejsce na krótki miejski wypad”. Nie spodziewaliśmy się wówczas, że ten weekendowy wypad nastąpi mniej niż sześć miesięcy później, ale tak to jest, gdy ktoś z małym wyprzedzeniem dowiaduje się, że powinien stawić się na kongresie. W mieście byliśmy de facto 1,5 dnia, sobotę i pół niedzieli, przy czym większość czasu spędziłam chodząc po mieście (do oporu ;). Jechałam bez większych oczekiwań – poza tym, że bez większego entuzjazmu, bo akurat w tym roku podróży miejskich było dość dużo, a to jeszcze nie koniec ;). Dość szybko sobie uświadomiłam, że z Florencją jest to samo, co z innymi toskańskimi miastami, czyt. czegoś mi w nich brakuje.

Nie mówię, że nic mi się we Florencji nie podobało: widoki na miasto z Ogrodów Boboli na pewno są warte zobaczenia, podobnie katedra. Wypadłam (niemal dosłownie) na nią z zaskoczenia z bocznej ulicy, i okazało się, że zdjęcia zupełnie nie oddają tego, jak ten budynek wygląda na żywo. Obiektywnie przypomina ogromny tort z marcepanu lub masy cukrowej, przeznaczony na kilkuletniej wielbicielki różu, ale - być może ze względu na gabaryty - robi ogromne wrażenie (przynajmniej z zewnątrz, bo porażająca kolejka na cały plac mnie skutecznie zniechęciła do zaglądania wewnątrz). M, który z racji pracy zwiedził mniej, niż ja, zapytany, co mu się podobało, odparł: „Dworzec”. Faktycznie, ten modernistyczny budynek też mi się przypadł do gustu.

Dworzec we Florencji

No i… jedzenie! Zawsze jeszcze jest jedzenie ;). Także miejsca, w których można je nabyć, nie tylko spożyć, albo poszłam na targ San Lorenzo, obecnie połączony z Mercato Centrale (którego filia jest w Rzymie, o czym wspominałam). Właściwie, by być precyzyjnym (bardziej niż Mapy Google, które mylnie podają te same godziny otwarcia dla całego budynku): parter starej hali targowej to klasyczny targ w stylu awiniońskich Les Halles (i większy od targu przy Circo Massimo), czynny od rana do bliżej nieznanej mi godziny popołudniowej i w niedzielę zamknięty, a piętro to Mercato Centrale, czyli nowy twór typu food hall (i przynajmniej część lokali ta sama, co w Rzymie). W sobotę na targu właściwym robiłam zdjęcia, oglądałam stragany i kupowałam pamiątki spożywcze z wyjazdu, typu panforte (na zdjęciach), utwierdzając się tym samym w przekonaniu, że lubię ten wypiek (i będę go próbowała samodzielnie zrobić, jak się uda, oczywiście się tu pojawi). Wśród klientów San Lorenzo jest trochę turystów (i część produktów + angielskie napisy są wyraźnie do nich adresowane), ale są także stoiska „zwykłe”, z pieczywem, mięsem czy rybami, a także zaułek „etniczny”, z np. straganami warzywnymi prowadzonymi przez Indusów, z egzotycznymi owocami czy małymi bakłażanami, które ostatnio widziałam w Azji czy stoiskiem z mięsem halal (wywnioskowane na podstawie klienteli oraz obsługi). Można zaspokoić mały głód słodkimi wypiekami lub focaccią, wypić kawę lub aperitif, ale to tyle jeśli chodzi o gastronomię, bo w tym specjalizują się piętro wyżej.

I na to piętro wyżej trafiliśmy już razem z M, najpierw w sobotę wieczorem na aperitif (gdy odkryłam, że tzw. Hugo to prosecco, woda i likier z kwiatów czarnego bzu, czyli coś, co lubię, w przeciwieństwie do Aperolu ;) i później w niedzielę przed wyjazdem z miasta, w poszukiwaniu lampredotto. Podroby jak wiadomo, są we Włoszech lubiane, a kanapka z gotowanym krowim żołądkiem to wizytówka Florencji. Niestety, nabyć ją w którymś z najpopularniejszych miejsc polecanych np. przez Giulię Scarpaleggię typu All’antico Vinaio – czyn godny Herkulesa. Nie wiem, czy to kwestia niedzieli, czy odbywającej się tego dnia imprezy (biegi = wszędzie tłumy w fioletowych koszulkach), ale kolejki do barów kanapkowych przypominały te jak za papierem toaletowym za dawnych polskich czasów. Ostatecznie poszliśmy ponownie do Mercato Centrale, bo a) blisko dworca, skąd godzinę później odjeżdżaliśmy, b) poprzedniego wieczoru był ruch, ale nie tragiczny; okazało się jednak, że to miejsce w niedzielę jest także bardziej popularne (czyt. jedna osoba musi trzymać z trudem zdobyte miejsca, a druga stoi w – niespodzianka! – kolejce*). Plusem kolejki jest to, że można dokładnie, bo wielokrotnie ;), obejrzeć proces kompilowania kanapek (zdjęcia). Zdobyłam dla nas jedną bułkę z klasycznym lampredotto z salsą verde oraz porcję trippa fiorentina. Wrażenia? Nie wiem, czy to dlatego, że nie było to „to najlepsze miejsce na lampredotto”, ale nie zachwyciłam się: znam lepsze podroby, choćby ozór czy ogon. Flaki zaś przypominały mi te a la romana, poza faktem, że były b. łagodnie doprawione.

Na pozytywną nutę, inne posiłki, np. sobotni lunch czy kolacja były bardziej udane. Lunch miał miejsce w restauracji San Bevitore; właściwie szukaliśmy siostrzanej winiarni (okazało się, że była ze dwa drzwi dalej), ale skoro już weszliśmy do tego pierwszego lokalu i było miejsce, to tam zostaliśmy. Jedzenie było przyzwoite, może bez objawień, ale smaczne, za to pinot grigio na kieliszki, wybrane na chybił trafił z karty win – chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek piłam.

Wieczorem zaś było kulinarne clou: kolacja w Vini e vecchi sapori, o którym też początkowo przeczytałam u Giulii, i specjalnie zadzwoniłam ok. 1,5 tygodnia wcześniej, by zarezerwować stolik. Restauracja słynie z ręcznie pisanych menu, stale udekorowanych dość bezpośrednim tekstem: „No pizza, no bistecca, no ice, no take away, no cappuccino” („żadnej pizzy, steków, lodu, dań na wynos oraz cappuccino”). Uwaga: bez rezerwacji nie ma co liczyć na posiłek, przynajmniej nie w sobotę. Siedzieliśmy w samych drzwiach i kelner co chwila odsyłał różnych potencjalnych klientów (z których część źle znosiła odmowę, ale lokal jest malutki, wypchany stolikami do oporu i raczej widać na pierwszy rzut oka, jaki jest ruch – gdyby ktoś przegapił kartkę „mamy komplet” na drzwiach). Przyznaję, że liczyłam na coś w stylu Ai tre scalini, i choć atmosfera jest jednak inna (mała, rodzinna restauracja a nie wesoła, trzy razy większa winiarnia), kuchnia jest do pewnego stopnia podobna. Może rzymskie dania są ciut bardziej fotogeniczne, ale zasady rządzące kuchnią są podobne: minimalna liczba składników, maksimum smaku. Wszystko, co jedliśmy, przypadło mi do gustu: fasola z nutą rybną (faglioli con bottarga; bottarga to suszona ikra) czy sardele (nie mające nic wspólnego z takimi ze słoika) z masłem, pappa al pomodoro czy słynny makaron z kaczką. Właśnie sobie uświadomiłam, że wszystko to było wyjątkowo bogate w umami ;). Jednak ta ostatnia pozycja (w każdej recenzji wspominana jako flagowe danie restauracji) mnie odrobinę rozczarowała; tzn. jest to oczywiście smaczne, bo i makaron świeży, i aromatyczny sos z długo pieczonego mięsa, i jeśli ktoś nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadł, to rzeczywiście danie będzie objawieniem (a jeśli mięsożerni czytelnicy do tej grupy należą – na co jeszcze czekacie?!), ale… Jak to ujął M: „Zupełnie jak my robimy w domu” ;), i miał rację, a o takim wykorzystaniu pieczystego pisałam już dość dawno temu (i, swoją drogą, jest to jedna rzeczy z listy „co zawdzięczam Nigelli”)

Kończąc temat Vini e vecchi sapori: Ai tre scalini ma taką przewagę, że – jako głównie winiarnia – ma bogatą listę win na kieliszki oraz piw z beczki, przy czym trudno źle trafić (albo przynajmniej mnie się to jeszcze nie zdarzyło, a próbowałam różnych pozycji z karty). Tymczasem we Florencji oferta była wąska i dominował patriotyzm lokalny, tj. Chianti – za którym nie przepadam – w kilku wydaniach, a poza tym prosecco. W tej sytuacji wybrałam to ostatnie, zwłaszcza, że już zaczęłam od niego wieczór (w postaci ww. Hugo). To może minimalny minus (choć czy kiedyś narzekałam na prosecco ;)?), bo mając możliwość powrotu do restauracji, wróciłabym bez wahania.



Nie wspomniałam ani słowem o florenckich śniadaniach; powodem jest to, że w ramach noclegu w pensjonacie serwowano nam te posiłki w pobliskiej kawiarni, i były one w typowym stylu włoskim, typu cornetto/bardzo słodka bułka/SUPER słodka bułka plus kawa, co już wspominałam, że uważam za spożywcze nieporozumienie (poza kawą ;). Ale! Gdy zaczęło mnie ssać w żołądku jakieś 2h po tym „obfitym” śniadaniu nr 1, w przygodnej kawiarni znaleźliśmy godne uzupełnienie (czemu nie mógłby to być zamiennik?): bruschetta mocno pomidorowa, jeszcze z prawdziwych pomidorów. Ach!

* M, już na koniec wyjazdu, mrocznym głosem: „Florencja będzie kojarzyć mi się z kolejkami”. Gdybyście się zastanawiali: tak, zaliczyliśmy tą do galerii Uffizi. Jak się ma wcześniej kupione (przez internet) bilety, stoi się tylko w dwóch ogonkach łącznie ok. 30 minut – obiektywnie nie bardzo wiele, ale więcej, niż można by się spodziewać już posiadając bilet…

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna