Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Owocowo

niedziela, 07 maja 2017

Jeśli wierzyć biuletynom internetowym ;), sezon na cytrusy np. sycylijskie właśnie się kończy. Uznałam to za dobry moment na pokazanie dwóch udanych przetworów, które zrobiłam z owoców kupionych w lutym – bo jeszcze zdążycie co nieco nastawić, ew. przyda się na jesieni. Tzn. oczywiście, wiem, że cytryny można kupić cały rok, jednak w przypadku przetworów, gdzie za całe clou robi skórka, mam opory przed użyciem owoców wyjątkowo nieekologicznych*. Jeśli Wam to nie przeszkadza, radzę mimo wszystko bardzo dokładnie skórki sparzyć wrzątkiem i wytrzeć przed użyciem.

Limoncello pierwszy raz piłam wiele lat temu, podczas wesołego wieczoru w już nieistniejącym stołecznym pubie (wówczas uważaliśmy, że świetnie łączy się z piwem, na zasadzie jedno piwo, jedna „limonka”, i tak w kółko. Nie polecam na dłuższą metę). Butelki likieru potem regularnie przywoziliśmy z włoskich wakacji na nartach, ew. prosiliśmy o nie innych urlopowiczów. Przez jakiś czas zasmakowałam też w mlecznym crema di limoncello/crema di limone, aż… z jakiegoś powodu (brak włoskich wakacji?) likier cytrynowy znikł z naszego domu, i to na całkiem długo. Posiadając jednak większą ilość cytryn, uznałam, że czas na wersję własną. Skorzystałam z przepisu Chillibite (która swoją drogą wydała właśnie książkę właśnie o przetworach) i po pierwsze, okazało się, że produkcja limoncello jest tak prosta i szybka, że nic tylko robić, po drugie, smak jest bardzo autentyczny. Po trzecie, już ponad ¼ nie ma ;).

Składniki (na 2 litry likieru):

  • 40g skórki startej z cytryny (uwagi nt. cytryn jw.)
  • 800g cukru
  • 1l. wody
  • 500ml spirytusu (uwaga, klasycznego 98%, nie słabszego)

Zetrzeć skórkę z cytryny, uważając, by była całkowicie bez albedo – można użyć tzw. zestera, mnie najłatwiej i najszybciej to poszło obieraczką do jarzyn, bo kawałki skórki mogą być duże. Zalać spirytusem, odstawić na 1,5 tygodnia w ciemne miejsce, co jakiś czas potrząsając słoikiem.

Cukier rozpuścić w wodzie na syrop, przestudzić, połączyć ze skórkami. Odstawić na kolejne 3-4 dni. Całość odcedzić, przefiltrować i przelać do czystych, wyparzonych butelek. Odstawić na co najmniej tydzień przed degustacją. Pić mocno schłodzone (u mnie z zamrażarki, może być ostatecznie lodówka, ale polecam jednak zmrożenie).

Marynowane cytryny były – te szybkie i te zwykłe. Kiszonych jednak nie robiłam, a to wersja zdecydowanie bardziej slow, niż dojrzewające w oliwie. Owoce siedzą w solance i tak samo, jak w przypadku naszych swojskich ogórków, trzeba im dać co najmniej 2 miesiące na fermentację. Przepis za książką kucharską Ducksoup (od londyńskiej restauracji, do której może, może wrócę za nie b. długi czas ;), z własnym dodatkiem ziołowym (autorzy proponują całe korzenie).

Składniki:

  • 1kg cytryn
  • 250g soli morskiej (można użyć też kamiennej niejodowanej, tzw. do przetworów, lub mieszanki)
  • ew. opcjonalne dodatki – kilka liści laurowych, gałązka rozmarynu (u mnie) lub tymianku, przyprawy korzenne typu kardamon

Cytryny trzeba naciąć na krzyż prawie do nasady, napakować soli, upchnąć w dużym słoju (ew. z jedną sztukę podzielić, jeśli nie da się ich ładnie zmieścić - najlepiej, żeby były ciasto ułożone, powinny się na styk zmieścić w litrowym). Dodać zioła jw., lub korzenie w całości. Zalać dokładnie przefiltrowaną wodą (lub przestudzoną przegotowaną), wstrząsnąć, sprawdzić, czy wciąż są zakryte wodą, i odstawić w ciemnym, chłodnym miejscu na 2-3 miesiące. Ważne, by wciąż były zakryte wodą - w litrowym nalanym do pełna powinno być ok. Co jakiś czas można ostrożnie (bo fermentują!) poruszyć słojem. Po otwarciu przechowywać w lodówce.

Z czym to jeść? Podobnie jak ww. marynowane cytryny – jako dodatek do wszelkich dań bliskowschodnich, ponadto b. pasują mi do najróżniejszych potraw rybnych, warzywnych oraz indyjskich. Uwaga, nie jest to łatwy dodatek: mój M może w małych ilościach i b. drobno posiekane, ja zaś podjadam cytryny solo podczas tego siekania ;). Oczywiście, jak wspominałam, śledzie cytrynowe mężowi zupełnie nie smakowały, więc nie powinnam może się dziwić. Miłośnicy kwaśnego powinni być jednak zachwyceni.

* Co mi przypomina zeszłoroczny komentarz sprzedawczyni na targu, gdy wybierałam morele ze skrzyni: „Takie mają brzydkie plamki, prawda? Jakieś niedopryskane muszą być”.

sobota, 22 października 2016

Ile można chorować na głupią infekcję…? Opowiem: czasem długo. Gdy najpierw męczył mnie ból gardła a potem silny kaszel, przypomniałam sobie o kisielu (zawsze się waham przy odmianie tego słowa, więc polecam moją ulubioną Poradnię PWN). Wspominałam przy okazji tego rabarbarowego, że miseczki lub kubki kisielu z torebki przynosiła mi Mama, gdy chorowałam, a ja zadowolona wszystko zjadałam – zadowolona, bo lubiłam takie desery, nie dostrzegałam jednak nigdy ich cudownego działania na obolałe gardło. Inaczej w sytuacji, gdy samo picie wody sprawiało ból; wtedy coś, co ma konsystencję żelu i nie jest słone ani pikantne, staje się bardzo atrakcyjne. W skrócie, bardzo się cieszyłam z zapasu żurawiny w zamrażarce. Oczywiście, akurat teraz trwa na nią sezon, więc można użyć świeżych owoców.

Swoją drogą, mignęło mi gdzieś w internecie, że kisiel żurawinowy to danie świąteczne, z czym nigdy się nie spotkałam… Wiecie coś o tym?

Składniki (2 porcje)

  • ½ szklanki (ok. 80g) żurawiny
  • ok. 2 szklanek wody
  • 4 łyżki cukru
  • 1 goździk
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej roztarte w 1,5 łyżki wody

Żurawinę wymieszać z cukrem, zalać szklanką wody, dodać goździk, zagotować. Gotować na małym ogniu pod przykryciem ok. 15 minut, lub aż owoce się z grubsza rozpadną. Przecedzić przez sitko i przetrzeć. Dodać kolejną szklankę wody, ponownie podgrzać. Dokładnie rozetrzeć mąkę ziemniaczaną z wodą i dodać do rondla z żurawiną jednocześnie stale i dokładnie mieszając, żeby nie powstały grudki (aby uzyskać kisiel bardziej do picia niż jedzenia wystarczy dać łyżkę mąki ziemniaczanej, ale roztartą w ok. 2 łyżkach wody). Kisiel powinien prawie od razu zacząć gęstnieć. Doprowadzić prawie do wrzenia, zdjąć z ognia i jeszcze chwilę mieszać. Przelać do dwóch naczyń, odstawić do wystudzenia. Przechowywać w lodówce. PS. Osobiście najbardziej lubię kisiel lekko ciepły lub letni, ale schłodzonym też nie wzgardzę. Zwłaszcza w chorobie ;).

Zapisz

sobota, 13 sierpnia 2016

Od zeszłego lata jestem fanką moreli. Wcześniej też je jadłam, ale dopiero zeszłoroczne wydały mi się wyjątkowo aromatyczne i słodkie (z miksu knedli morelowo-śliwkowych M wybrał morelowe jako lepsze, a to o czymś świadczy!) - pisałam zresztą o tym w kontekście tarte tatin. Już wtedy jednak nuciłam „nigdy nie będzie takiego lata” czy też to se ne vrati: w tym roku brakuje mi w owocach słodyczy, ale patrząc na pogodę i brak słońca, może trudno się dziwić. Odrobina obróbki termicznej jednak zawsze pomaga, i zrobiłam partię dżemu. Wcześniejsze przerabianie moreli oznaczało konfiturę smażoną etapami, rok temu jednak zrobiłam dżem „po prostu”, który zachował i najlepsze walory smakowe owoców i pomarańczowy kolor, wzbudzający zainteresowanie gości („jak to zrobiłaś?”). Dość często dodawałam do morelowych bądź renklodowych przetworów gałązki tymianku lub rozmarynu; tym razem, za inspiracją Diane Henry, do środka trafiła lawenda.

Składniki:
  • 500g cukru,
  • 1500g dojrzałych moreli,
  • szczypta wanilii (opcjonalnie),
  • 3 łodygi lawendy,
  • sok z ½ cytryny

Umyte i wydrylowane owoce umieścić w garnku z wanilią i lawendą związaną sznurkiem spożywczym. Lekko podlać wodą i gotować pod przykryciem na małym ogniu aż owoce zaczną się rozpadać (30-40 min). Dodać cukier, gotować już bez przykrycia aż masa zgęstnieje, będzie lśniąca, oblepiająca łyżką i lekko przywierająca do dna garnka (można też ew. przeprowadzić test tężenia na zamarzniętym spodku) – u mnie zajęło to ok. godzinę na małym ogniu. Ok. 20-30 minut przed końcem gotowania wyłowić lawendę i dodać sok z cytryny. Przekładać do czystych, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować, odstawić do góry dnem do zassania.

Wspomniałam wyżej o knedlach: wciąż rządzą u nas te twarogowe. Nie tak dawno temu jednak nieoceniona Fettinia (> ciasto na pierogi) pokazała takie mieszane, ziemniaczano-twarogowe, a pomęczona podała proporcje ciasta. Zakładały wymieszanie ugotowanych ziemniaków z twarogiem i żółtkiem, następnie dodanie mąk i masła na zasadzie „odjęcia ćwiartki”, tj. odjęcie ¼ masy twarogowej, uzupełnienie proporcjonalne mąkami i ponowne dodanie odjętej ćwiartki. Poniżej co mi z tego odejmowania wyszło; wszystko i porównywałam objętościowo, i zważyłam, i metoda się sprawdziła: ciasto wyszło elastyczne i bardzo przyjemne do formowania.

Składniki (10-12 dużych knedli):

  • 200g twarogu (półtłustego lub tłustego),
  • 200g sypkich ugotowanych ziemniaków (posolonych do gotowania),
  • 1 duże żółtko (18-20g),
  • 10g miękkiego masła,
  • 10g/łyżka mąki ziemniaczanej,
  • 100g mąki pszennej zwykłej,
  • 1/2 łyżeczki cukru,
  • szczypta mielonej wanilii,
  • szczypta soli,
  • ew. dodatkowa mąka do podsypania
  • 10-12 moreli lub śliwek

Twaróg dokładnie rozetrzeć z ziemniakami przeciśniętymi przez praskę lub wcześniej utłuczonymi (jak na puree), dodać żółtko i ponownie utrzeć. Dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie ciasto (w razie konieczności podsypać dodatkową mąką, gdyby bardzo się lepiło), uformować wałek. Odkrawać ok. 1cm plastry ciasta, rozpłaszczać lekko omączoną dłonią lub wałkiem, owijać ciastem wydrylowane owoce, formować kule. Gotować w dużej ilości osolonej wody przez ok. 4 minut od wypłynięcia, podawać z cukrem i śmietan(k)ą.

Ciasto wyszło zaskakująco lekkie i mimo tego, że nie udało mi się idealnie rozetrzeć ziemniaków (może jednak zainwestuję w praskę), w smaku nie było czuć nieprzyjemnych grudek. M jednak oznajmił, że wciąż woli czysto twarogowe ;), ale… zasugerował, że byłaby to dobra baza dla knedli wytrawnych. Co otworzyło przede mną świat nowych wspaniałych możliwości, a przynajmniej pomysłów ;). Jeśli je zrealizuję, z pewnością się podzielę.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Nie sądziłam, że po marmoladzie z gorzkich pomarańczy będę miała ochotę na jakiekolwiek eksperymenty z innymi przetworami z cytrusów. A jednak, gdy zobaczyłam przepis Nigela Slatera na dżem grejpfrutowy… zmieniłam zdanie ;). Przyznaję, że mogła być to połączenie zaufania do autora ze zbliżającym się terminem zamówienia na sycylijskie cytrusy. Koniec końców, w pudle poza pomarańczami znalazła się także siatka grejpfrutów.

Zaufanie zaufaniem, ale pamiętając, że poprzedni mój dżem grejpfrutowy okazał się kontrowersyjny, postanowiłam przetworzyć tylko połowę posiadanych owoców (dwa niewielkie grejpfruty), tj. korzystając z ½ przepisu (sok z grejpfruta dosztukowałam do wagi jedną klementynką). W ten sposób uzyskałam 4 słoiki 200ml plus kilka łyżek tzw. nadprodukcji. Uwaga, przepis jest trochę pracochłonny, ale prace rozkładają się na 2 dni.

Składniki (pełne proporcje, ja robiłam z ½):

  • 700g różowych grejpfrutów, najlepiej ekologicznych, ostatecznie dokładnie sparzonych
  • 1,4kg cukru cukru (u mnie lekko zredukowany w stosunku do oryginału; można minimalnie zmieszać z jasnym muscovado lub demerarą, ale kolor będzie wtedy lekko ciemniejszy)
  • 2 cytryny
  • 1,8 litra wody

Przekroić owoce w poprzek, wycisnąć dokładnie do miski przez sitko (w którym zachowujemy pestki i ew. miąższ). Potem będzie chwila zabawy: wywracamy każdego grejpfruta na lewą stronę i staramy się możliwie dokładnie usunąć wnętrze owocu (bez albedo). Miąższ, pestki itd. z grejpfruta umieszczamy w kawałku gazy, który zawiązujemy w woreczek. Ze skórki grejpfruta usuwamy możliwie dokładnie (np. małym nożykiem) albedo i „łysą” skórkę kroimy albo z drobną kostkę, albo cienkie paski. Wymieszać skórkę z sokiem oraz wodą w dużym garnku, dodać woreczek gazowy. Przykryć i odstawić do namoczenia przez noc.

Następnego dnia całość zagotować, skręcić ogień na mały/średni i gotować jeszcze 2 godziny. Wyciągnąć woreczek, umieścić na sicie nad garnkiem i dokładnie wycisnąć sok (będzie go sporo). Cukier rozłożyć równą warstwą na blaszce i podgrzać przez 10 minut w piekarniku nagrzanym do 140 st. (nie jest to niezbędne, tj. można ten krok pominąć, ale podgrzanie powinno spowodować, że dżem się szybciej potem zagotuje). Dodać cukier do garnka, wymieszać, zagotować, zszumować i gotować na średnim ogniu ok. 10 minut lub aż masa osiągnie 105 st. C (co kontrolowałam termometrem cukierniczym). Można też przeprowadzić test ze zmrożonym spodkiem (łyżeczka dżemu powinna na nim bardzo szybko zastygnąć).

Przełożyć dżem do wyparzonych słoików i krótko spasteryzować (u mnie 5 minut w 160 st. C i potem zostawiłam słoiki w cieple resztkowym na ok. 25 minut). Odstawić do góry nogami do zassania.

Efekt wizualny jest, w moim odczuciu, piękny – dżem jest klarowny, mocno zżelowany (jak galaretka). Skórki jest, mimo wszystko, stosunkowo mało, więc polecam go tym, którzy za nią nie przepadają. Goryczka jest minimalnie, przyjemnie wyczuwalna – jednak udało mi się pozbyć albedo ;). A jednak przyznaję, że gdybym miała wybierać między pomarańczowym klasykiem a grejpfrutem, bez wahania wybrałabym to pierwsze. Zawsze jednak warto mieć w zanadrzu alternatywę. Kto wie, kiedy zdarzy się nagła klęska urodzaju, albo okazja wymagająca ciekawego kulinarnego prezentu? Ten dżem się świetnie do tego celu nadaje.

środa, 30 grudnia 2015

Przyznajcie się, zostały Wam ciasta świąteczne? U nas jest mniejsza połowa Christmas Cake i mały kawałek piernika, przy czym oba ciasta są ozdobione żurawiną w cukrze. Pomysł na taką jadalną dekorację wymyśliłam sobie, jak zazwyczaj, przeglądając internet (swoją drogą, nie miałam wcześniej pojęcia, że z żurawiny można zrobić prawie wszystko ;). Wszystkie przepisy (np. ten) wyglądały na banalnie proste. I są, z efektu byłam zadowolona, miałam jednak problem z przechowaniem gotowego produktu. Wydawało mi się, że dobrze wysuszyłam owoce, i że w plastikowym pojemniku b/p przeżyją cztery dni do Wigilii. Niestety, albo jednak ich nie wysuszyłam, albo szczelny pojemnik im szkodzi, bo przez noc się zapociły i już następnego dnia większość cukru z żurawin opadła. Jako osoba, wiadomo, uparta, spróbowałam jeszcze raz, tym razem trzymając owoce cały czas w naczyniu bez przykrycia i potem ostrożnie pakując gotowe ciasta (czyt. starając się zostawić dostęp powietrza). Przeżyły w ten sposób podróż do stolicy, a nawet parę dni po tej podróży ;).

Uwaga: syrop, którym zalewamy żurawiny, można po odcedzeniu wykorzystać np. do wody sodowej lub jako bazę innych napojów (z % lub bez), np. świetnie smakuje w połączeniu z niesłodzonym sokiem żurawinowym zmieszanym z sokiem z 1/2 lub 1 pomarańczy (opcjonalnie zakropionym rumem).

Składniki:

  • 1 szklanka cukru (może być częściowo brązowy)
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka żurawiny (może być wielkoowocowa)
  • 2-3 łyżki cukru (zwykłego)
  • 2-3 łyżki cukru drobnego

Wodę i cukier wymieszać, zagotować, lekko przestudzić. Zalać syropem umytą żurawinę, odstawić na co najmniej 8h w raczej chłodnym miejscu (nie musi być lodówka, może być np. spiżarnia/nieogrzewane pomieszczenie). Owoce osączyć z syropu na sitku (syrop zachować, patrz wyżej), następnie przełożyć do szerokiej miski lub innego głębszego naczynia, w którym można je ułożyć w jednej warstwie. Przesypać dokładnie ok. 2-3 łyżkami zwykłego białego cukru, odstawić do wyschnięcia na kilka h, następnie czynność powtórzyć z cukrem drobnym. Owoce powinny wyglądać tak, jak na zdjęciu powyżej. Dokładnie wysuszoną żurawinę wykorzystać jako dekorację (jak na poniższym zdjęciu piernika), jeść solo zamiast cukierków lub użyć w owsiance/płatkach śniadaniowych.

 

wtorek, 03 listopada 2015

Ze wspominanej pozornej klęski urodzaju gruszek i jabłek zostało góra 3 kilo owoców. Spora część została po prostu zjedzona lub wypita jako sok. Wiele owoców przerobiliśmy na cydr, powstało też kilka słoików mincemeat. A co z resztą?

Ponieważ nasze pigwowce po raz pierwszy zaowocowały (jak widać poniżej ;), miałam (po nastawieniu brandy) trochę ponad kilo pigwowca do przerobienia. I tak powstała marmolada, którą nazywam także musem, ze względu na konsystencję, którą uzyskałam przecierając owoce. Wciąż zresztą nie lubię tej czynności, ale zaczynam się pomału przyzwyczajać, że czasem jest to konieczne ;).

Składniki:

  • ok. 1100g pigwowca
  • ok. 1100g gruszek
  • 675-750g cukru
  • opcjonalne przyprawy: kardamon (ok. 6-8 sztuk), ziele angielskie (ok. 4 ziaren) i goździki (kilka sztuk)

Owoce umyć, przekroić na ½ lub ¼ w przypadku większych sztuk. Umieścić w dużym garnku, zalać wodą do ok. 1/2 wysokości, dodać ew. przyprawy korzenne. Zagotować, skręcić ogień na średni i gotować pod częściowym przykryciem przez ok. 1 h, aż owoce się w większości rozpadną. W razie potrzeby uzupełnić wodę podczas gotowania. Przetrzeć masę dokładnie przez sito, umieścić z powrotem w garnku, ponownie zagotować. Dodać cukier – u mnie poszło 750g, ale proponuję zacząć od ok. 675g i skosztować kilkunastu minutach, potem ew. dosłodzić. Gotować na średnim ogniu, mieszając co jakiś czas, aż masa zgęstnieje – u mnie zajęło to ok. 40 minut. Przekładać do gorących, wyparzonych słoików i krótko spasteryzować.

Smak jest cytrusowo-waniliowy (choć nie ma ani grama wanilii w składzie!), w moim odczuciu – optymalnie słodki. Poza oczywistym połączeniem typu maślane pieczywo-masło-marmolada, można użyć musu do przełożenia ciasta, np. biszkoptu.

Wspomniałam wyżej o soku, który wyciskam w naszej mini sokownicy. Jest bardzo słodki sam w sobie i niecałe pół szklanki posłużyło mi także jako baza sosu do smażonego chleba* na niedzielne śniadanie. Robiłam już wersję jabłkową, truskawkową i pomarańczową – tym razem rządziły gruszki. W roli pieczywa rzeczywiście świetnie sprawdziła się czerstwa razowa chałka.

Składniki:

  • 4 kromki pieczywa (najlepiej chałki razowej lub zwykłej)
  • 2 jaja
  • ok. 100ml mleka
  • szczypta soli
  • 100ml soku gruszkowego
  • 3 małe gruszki
  • łyżka cukru brązowego**
  • opcjonalnie: ok. 1cm kawałek imbiru**

Jaja roztrzepać z mlekiem i solą, obtoczyć w masie chleb, zostawić do nasiąknięcia. Sok zagotować, dodać gruszki (wydrylowane i pokrojone na ćwiartki, ale nieobrane) oraz opcjonalnie (choć polecam!) drobno posiekany imbir i cukier. Gotować ok. 10 minut, aż owoce nieco zmiękną a sok przynajmniej częściowo odparuje. Namoczoną chałkę smażyć na maśle, na rumiano z obu stron, podawać od razu, polaną sosem z gruszkami.

* Z jakiegoś powodu kalka językowa „tosty francuskie” mnie bardzo drażni, więc jej nie używam, ale tak, o to danie chodzi.
** Jeśli sok i gruszki są bardzo słodkie a zrezygnujecie z imbiru, cukier także nie będzie konieczny.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Gęste (syropowe) soki owocowe lub kwiatowe ostatnio schodzą u nas dość szybko, za sprawą M, które dodaje je do wody pitnej. To on postanowił, że w tym roku chce wyprodukować zapasy na co najmniej kolejny rok. Mój poprzedni sposób na sok odrzucił ze względu na dodawanie wody, natomiast zastosował coś w rodzaju domowej sokownicy – z durszlaka i garnka. Tegoroczna metoda sokowania jest prawie bezobsługowa, bo garnek siedzi w piekarniku, można jednak sok też robić na płycie kuchennej, wymaga to jednak większego nadzoru i częstej regulacji temperatury – żeby nie była za niska ani za wysoka.

Składniki:

  • Owoce (np. wiśnie, porzeczki) i cukier w proporcji 2:1*, czyli np. 2 kilo owoców i kilo cukru
  • duży garnek
  • durszlak (odporny na działanie temp. 90 st. C – od naszego odkręciliśmy rączki)

Owoce umyć, umieścić w durszlaku, durszlak umieścić w garnku, owoce zasypać cukrem. Umieścić w piekarniku nastawionym na 90 st., przykryć i zostawić na 45-60 minut (dłuższy czas, jeśli np. owoce były w temperaturze niższej, niż pokojowa). Garnek wyjąć na blat i rozgnieść owoce z cukrem za pomocą tłuczka do ziemniaków (lub podobnego narzędzia). Umieścić z powrotem w piekarniku na 15 minut. Czynności powtórzyć jeszcze trzykrotnie. Powstały sok zlać (jeśli nie zależy Wam na klarowności, masę owocową można jeszcze lekko przetrzeć) i od razu przelać do słoików/butelek i spasteryzować. W przypadku późniejszej pasteryzacji trzeba sok jeszcze raz podgrzać do 70 st. C przed przelaniem do naczyń.
* Jeśli nie lubicie bardzo słodkich soków a porzeczki/wiśnie są bardzo dojrzałe i stosunkowo słodkie, można dać tylko 2,5:1. W przypadku malin bym dała 3:1.

Odnośnie pasteryzacji w butelkach: nigdy tego wcześniej nie robiliśmy, tymczasem okazało się, że część naszych nakrętek – choć teoretycznie powinna była znieść temperaturę 140 st. wewnątrz piekarnika – okazała się nieodporna na podgrzewanie. Można oczywiście pasteryzować w butelkach z tzw. pałąkiem (swing top), ale nasze drugie podejście było z prawdziwymi korkami, które M zabezpieczył dodatkowo drutem a la koszyczki do szampana (można kupić takie gotowe). Produkcja domowych koszyczków w etapach wygląda jak poniżej:





W skrócie, chodzi o ułożenie dwóch zaciśniętych jak na zdjęciu kawałków drutu na krzyż na korku i związanie ich razem za pomocą trzeciego kawałka druciku. Koszyczek (domorosły lub nie) ma zabezpieczyć korek przed wystrzeleniem. Butelki z sokiem pasteryzowaliśmy ok. 15 minut w 140 st. C, potem zostawiliśmy je jeszcze na ok. 10 minut w piekarniku.

PS. Wytłoczyny owocowe można jeszcze wykorzystać - jako nadzienie do tarty lub do jogurtu, owsianki czy twarogu :).

poniedziałek, 13 lipca 2015

To taki właściwie przepis-nie przepis, bo co to za aj waj zasypać cukrem porzeczki w słoiku? A jednak nie każdy sam na to wpadnie (a przynajmniej ja na pewno nie... chyba, że mówimy o etapie robienia nalewki). Wyczytałam o tym skandynawskim specjale (rysteribs) u Diane Henry (Salt sugar smoke) - swoją drogą, przyznacie, że czerwone porzeczki jakoś same w sobie kojarzą się ze Szwecją (może dlatego, że ładnie komponują się z bielą ;).

Można użyć porzeczek dowolnych (czarnych, czerwonych, białych). Diane Henry podała proporcje na 600g owoców, które wraz z cukrem (400g) miały wejść do litrowego słoika - moim zdaniem by się tam nie zmieściły, bo u mnie 450g plus cukier akurat zapełniły dobre 4/5.

Składniki: 450g czerwonych porzeczek, 250-220g* cukru

Porzeczki umyć, partiami przesypywać do litrowego słoja, stopniowo, łyżka po łyżce, przesypując cukrem. Na koniec dokładnie wstrząsnąć i zakręcić. Słój umieścić w lodówce, co jakiś czas wstrząsać - cukier w końcu się rozpuści (można zresztą ten proces przyspieszyć, zostawiając owoce przez co najmniej kilka h w temp. pokojowej). Przechowywać w lodówce, podobno przez tydzień (osobiście sądzę, że można dłużej).

* Z jednej strony 250 to już o 50g mniej, niż autorka sugerowała, z drugiej zastanawiałam się, czy jeszcze tej ilości nie zmniejszyć. Wybór należy do Was.

Co z tym robić? Podobno można używać do mięs/sera, czyt. tam, gdzie użylibyśmy brusznicy. Nie próbowałam, natomiast na razie wykorzystałam na słodko: jako dodatek do jagodowego koktajlu mlecznego, towarzystwo dla deseru lodowego oraz kaszy manny na śniadanie. Można też oczywiście dodać do owsianki, jogurtu czy twarożku - zastosowań jest wiele i faktycznie, taki słój pod ręką się całkiem przydaje.

sobota, 14 marca 2015

Właściwie ten wpis powinien nazywać się „addio cytrusy”, bo do wypieków wykorzystałam jedne z ostatnich sycylijskich pomarańczy, kupionych kilka tygodni temu, i ostatnie cytryny. Cóż, do zobaczenia za rok...

Tytuł mógłby także brzmieć „mój pierwszy mazurek”. W mojej rodzinie się ich nie wypiekało; pierwsze jadłam z cukierni, w ramach eksperymentów rodziców, i mi nie smakowały. Były zawsze za słodkie (bo najczęściej kajmakowe) i ciasto nie takie... A przecież dobre kruche uwielbiam. I mazurek nie musi być przesłodki. Innymi słowy, chciałam stworzyć wypiek pod swój smak, i to mi się udało ;). Jeśli mam piec sama mazurka, to właśnie cytrusowego.

Inspirowałam się przepisem na cytrynowy z Kwestii Smaku i pomarańczowy z Moje Wypieki (skąd wzięłam kandyzowane cytrusy), ale postępując po swojemu.

Składniki:

Lemon curd można zrobić tego samego dnia albo kilka dni** wcześniej. Ciasto kruche przygotować, schłodzić w lodówce; następnie przygotować kandyzowane plastry cytrusów:

Składniki:

  • 1 średnia pomarańcza i 1 cytryna (lub tylko jeden rodzaj owoców)
  • ¾ szklanki (180ml) wody
  • ½ szklanki (120ml) cukru

Cytrusy dość cienko pokroić (ze skórką, ale pozbywając się pestek). Z wody i cukru zagotować syrop. Skręcić ogień na średni/mały, dodać owoce, gotować ok. 1 godzinę, co jakiś czas obracając delikatnie widelcem. Osączyć na pergaminie. Nadmiar syropu wykorzystać do np. napojów lub tarty (patrz niżej).

Gdy cytrusy się gotują, rozwałkować ciasto kruche, wyłożyć nim prostokątną tartownicę (najlepiej z ruchomym dnem, o wymiarach ok. 13 x 30cm). Nakłuć, przykryć folią, schłodzić co najmniej 30 minut w lodówce. Nagrzać piekarnik do 200 st. C., piec tartę na ślepo (z obciążeniem) ok. 12 minut i kolejne 12-15 bez obciążenia (ciasto ma być wyraźnie rumiane).

Lekko przestudzony spód posmarować dokładnie kremem cytrynowym, posypać kandyzowaną skórką pomarańczową i udekorować plastrami cytrusów. Puste miejsca zapełnić płatkami migdałowymi, wcześniej zrumienionymi (nie spalonymi ;) na suchej patelni. Schłodzić przed podaniem, przechowywać w lodówce.

Warianty: można podwoić ilość kandyzowanych plastrów a zrezygnować ze skórki; zamiast płatków migdałowych można użyć startego marcepanu (na wierzch jako dekoracja lub pod krem).

Z resztek ciasta zrobiłam mini tartę rustykalną (na dwie porcje ;). Taki format całkiem mi się spodobał, a prezentowała się całkiem estetycznie i przed, i po pieczeniu. Ku mojemu zdziwieniu owoce nie puściły specjalnie soku. Środek stanowiły dwie czerwone pomarańcze, dokładnie obrane, ale nie wyfiletowane, pokrojone w dość cienkie plastry; ciasto pod owocami posypałam lekko bułką tartą zmieszaną z cukrem. Tartę po upieczeniu polałam ok. 2 łyżkami zachowanego syropu z kandyzowania.

* Z reszty można przygotować, poza mini tartę rustykalną, kruche ciasteczka.

** Do ok. 3-4 dni; curd także się (podobno) dobrze mrozi.

niedziela, 28 września 2014

Czasami patrząc na kopiec mokrego prania, żałuję, że nie mam zdolności Harry'ego Pottera i magicznej różdżki, żeby ubrania same się rozwiesiły. Podobne uczucia miewałam patrząc na ostatnią skrzynkę pomidorów: nie mogłaby się sama przerobić na przecier, np. przez noc?

Choć najlepszy moment na pomidory do przetworów, już minął chyba tydzień temu (wtedy, kiedy o nim pisałam ;), wciąż można kupić smaczne, dojrzałe i niedrogie, więc jeśli ktoś się zgapił z przecierem, ketchupem lub pikantnym dżemem, jeszcze zdąży. Bo też wrześniowe czy ogólnie wczesnojesienne stragany, o czym mówię do znudzenia, są moim zdaniem lepsze od tych sierpniowych: te pomidory, najlepsze śliwki węgierki, papryka w śmiesznych cenach, ostatnie cukinie, pierwsze dynie, jabłka... Można dostać oczopląsu w kolejce, zastanawiając się, czy wybrać do jesiennej szarlotki renetę szarą czy złotą, a może antonówki? A jeśli macie nadmiar jabłek do szybkiego spożycia, można je przerobić na mus z piekarnika (o cydrze nic nie mówiąc).

W temacie piekarnika i rzeczy, które się same w nim robią: gdy już będziecie mieli te pomidory, odłóżcie z pół kilo na nocne pieczone pomidory Nigelli. Nie wiem, czemu dopiero teraz je odkryłam, bo są pyszne. Przepis pochodzi z Nigella Express (Moonblush tomatoes).

Składniki: 0,5kg dojrzałych pomidorów, z grubsza posiekanych (małe/koktajlowe w całości), 1/4 łyżeczki cukru, 1,5 łyżeczki soli (użyłam ziołowej), oliwa, tymianek świeży lub suszony

Nagrzać piekarnik do 220 st. C (termoobieg). Pomidory umieścić w żaroodpornym naczyniu, w jednej warstwie. Oprószyć solą, cukrem, tymiankiem, lekko polać oliwą. Umieścić w piekarniku, od razu (lub - w przypadku mniej dojrzałych owoców - po 5 minutach) go wyłączyć i zapomnieć o zawartości przez noc/kilkanaście h. Jeść jako dodatek do sałatek, solo lub na pieczywie.

Wracając do zawartości straganów i śliwek węgierek: wiadomo, że dojrzałe, może nawet lekko przemrożone, są najlepsze na długo smażone (i jak dla mnie, jedyne) powidła. Drożdżowe ze śliwkami, analogiczne do z np. malinami, to też oczywista klasyka (i najlepsze z kruszonką). Świetne są także owoce duszone, np. na śniadanie.

Śliwki jednak można także wsadzić w knedle, przy czym ja jednak wciąż od ziemniaczanych wolę te twarogowe. Zdaniem M, węgierkowe lepsze od morelowych.

Przepis jak poprzednio, a fotograficznie szło to tak:

Po uformowaniu ciasta...

Lepienie...

Po ulepieniu...

 

 Konsumpcja:

I z tego ostatniego musi być replay przed końcem sezonu...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna