Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Małe co nieco

poniedziałek, 08 października 2018

Zdarza Wam się ufiksować na jakieś danie lub połączenie smaków, i jadacie je do znudzenia? Miałam tak tej wiosny z kapustą (o czym wspominałam, na szczęście jej sobie nie zobrzydziłam* ;), rok temu zaś, jak dostałam od sąsiadki siatę buraków, opracowałam barszcz kompromisowy i... w moich wspomnieniach jedliśmy go większość jesieni, tj. gdzieś tak raz na tydzień ;).

Na czym polega kompromis? A więc moja teściowa robi taki: słodki, niczym nie zakwaszany, buraki słodzone, by wyciągnąć sok. Sama przez kilka lat robiłam taki wigilijny. Czegoś mi w nim jednak brakowało, tj. problemem był wywar jarzynowy. I za dużo jednak było dla mnie w nim grzybów, i za mało był esencjonalny. Wpadłam więc na pomysł (trochę natchniona dyskusją internetową pt. "jak najszybciej ugotować barszcz"), by pójść trzecią drogą ("the third way" - ktoś jeszcze pamięta Tony'ego Blaira ;)?). Jest więc wywar buraczany z minimalnym dodatkiem grzybów plus dobry bulion, lubczyk i parę innych składników, który po ugotowaniu musi dobrze smakować sam w sobie. Gdy do tego dodamy esencję buraczaną (tj. kwas) wg upodobań i oczywiście dla koloru, wyjdzie zupa, która nie musi się odstać dobę, by być naprawdę smaczna, tylko można ją jeść właściwie od razu. Oczywiście, po dodaniu kwasu nie można barszczu zagotować, i nie chodzi tylko o utraconą barwę: smak niestety od razu także jest gorszy.

 

Składniki:

  • ok. 5-6 średnich buraków,
  • 1 marchewka (ew. kawałek dyni),
  • 2-3 grzyby suszone,
  • łyżka lubczyku (najlepiej świeżego, ew. suszonego),
  • ząbek czosnku,
  • opcjonalnie: 2 śliwki (świeże lub suszone)
  • ok. 1,25l płynu (woda + dobry bulion, z czego bulionu przynajmniej 500ml)
  • kwas buraczany wg uznania (ok. 500-750ml)

Buraki i marchew obrać, umieścić w garnku z pozostałymi składnikami (poza kwasem). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 1-1,5h. W 3/4 czasu gotowania skosztować, doprawić do smaku solą/pieprzem. Po ugotowaniu odcedzić i przestudzić - powinien być tylko lekko ciepły. Połączyć z kwasem - najlepiej wlać na początek np. szklankę lub półtorej, wymieszać, skosztować, ew. skorygować sól/pieprz i dalej wlewać stopniowo. Warto pamiętać, że po podgrzaniu zupa będzie wydawała się słodsza; zawsze można więcej zakwasić już na ciepło, natomiast na nadmiar kwasu niewiele można pomóc. Podgrzewać delikatnie, uważając, by nie zagotować; sprawdzić doprawienie już gorącej zupy i jeśli to konieczne, skorygować.


* Co niestety się mi zdarzyło z paroma innymi "przedawkowanymi" produktami, np. po Indiach długo nie miałam ochoty na jajka, zwłaszcza omlety, a od czasu wyjazdu do Francji kilka lat temu nie szaleję za croissantami (tj. zjem, jak mi ktoś położy na talerzu, ale bez entuzjazmu).

czwartek, 04 października 2018

Lato się skończyło, zaczęły przymrozki, wiatr, opadające liście i wcześnie zapadający zmrok. Dzisiejszy wpis na dodatki do dań jest może minimalnie spóźniony, choć wszystkie przepisy można jeszcze zrealizować – sezon na pomidory i cukinie co prawda się pomału kończy, ale jeszcze całkiem nie przeminął, a na kalafiora jak najbardziej trwa. Jednocześnie jest to metoda, by – jeśli nie jesteście jeszcze gotowi na dynie ;) – zachować trochę lata na talerzu.

Cukinia na zimno, doprawiona na kwaśno, to wspomnienie pobytu na Amalfi; wspominałam o zucchine alla caprese z lokalnego supermarketu, a przypomniało mi o niej zdjęcie Rachel Roddy. Okazało się, że nazwa właściwa to zucchine alla scapece. Poniżej moja wersja, na oko/czuja/mgliste wspomnienia sprzed kilku miesięcy ;).

Składniki:

  • jedna większa/1,5 mniejszej cukinii
  • łagodny ocet, np. jabłkowy – ok. dwóch łyżek
  • sól, chilli w płatkach lub świeże
  • 2 ząbki czosnku
  • garść świeżej mięty
  • oliwa do smażenia

Cukinię pokroić w poprzek na dość cienkie, ale nie papierowe plastry. Osobno wymieszać w płytkiej misce/salaterce ocet z hojną szczyptą soli, czosnkiem (każdy ząbek tylko podzielony na ½ - ważne) oraz chilli: ilość do smaku. Osobiście wzięłabym np. ½ posiekanej małej papryczki z pestkami, ale ponieważ cukinia miała być dla gości, stanęło na ok. ½ łyżeczki takiej średnio ostrej w płatkach. Cukinię przesmażyć partiami na średnim ogniu (do zezłocenia z obu stron) na oliwie, gorącą wrzucać do octu. Całość wymieszać, dodać porwaną miętę (niewielką ilość można zostawić do dekoracji), jeszcze raz wymieszać i odstawić do wystudzenia i tzw. przegryzienia na kilka h (a co najmniej godzinę). Po wystudzeniu sprawdzić doprawienie – prawdopodobnie będzie potrzebna dodatkowa sól. Przed samym jedzeniem usunąć czosnek, cukinię ponownie wymieszać i jeszcze raz ew. doprawić wg uznania. Danie można jeść jako dodatek lub przystawkę, można też użyć do przełożenia kanapek.

Mięta przyda się także jako towarzystwo do pomidora. Bo że się łączy z bazylią wiemy, i z cebulą wiemy, ale mięta? Burak? Nie wiem, czy wcześniej zdarzyło mi się to tak połączyć (na zimno, bo na ciepło owszem, choćby w tym makaronie, lub w wielu zupach), okazało się jednak, że połączenie działa. Pasuje w moim odczuciu zwłaszcza do pieczonych/grillowanych (także z patelni) dań.

Składniki:

  • 1 hiper duży pomidor (typu bawole serce, ew. dwa średnie),
  • 1 średni upieczony burak,
  • drobno posiekana cebula (1 mała sztuka),
  • łagodny ocet np. jabłkowy,
  • mięta (garść),
  • odrobina oliwy/dobrego oleju np. rzepakowego
  • sól/pieprz

Pomidora posiekać i najlepiej kilka minut osączyć z nadmiaru soku na sitku (sok później wypić lub wykorzystać do sosu/zupy). Cebulę po posiekaniu umieścić w misce i skropić octem, odstawić na czas osączania pomidora. Pomidora już bez soku wymieszać z cebulą, burakiem pokrojonym w kostkę i porwaną miętą. Skropić całość oliwą, wymieszać, doprawić do smaku. Odstawić na co najmniej 15 minut przed jedzeniem. Przed podaniem ponownie wymieszać i sprawdzić doprawienie.

A gdzie kalafior? Może pamiętacie kotleciki z kalafiora, zainspirowane przepisem w Kotle – tam znalazłam także przepis na puree z tego warzywa, a warto wyjaśnić, że jakoś w zeszłym roku kilka razy próbowałam stworzyć puree, które by mnie pod każdym względem zadowalało. Poddałam się chyba przy trzeciej próbie, ale o pomyśle nie zapomniałam. No i na str. 30 pisma znalazłam przepis-matkę… czy też bazę do dalszego „rzeźbienia”, bo co nieco od razu zmieniłam ;).

Składniki:

  • ok. 750g kalafiora (waga po pokrojeniu)
  • 200g śmietany 18%, niewarzącej się
  • 2-3 łyżki masła
  • ząbek czosnku, b. drobno posiekany
  • gałka muszkatołowa, sól, pieprz

Kalafiora podzielić na różyczki, łodygi posiekać (a twardy głąb usunąć i ew. użyć w zupie). Masło rozpuścić w rondlu, dodać czosnek, wymieszać, po chwili dodać kalafiora. Krótko przesmażyć, dodać śmietanę, oprószyć całość solą, pieprzem i świeżo startą gałką (ok. 10-15 przeciągnięć po tarce). Skręcić ogień na mały, przykryć naczynie i dusić aż kalafior będzie zupełnie miękki (ok. 15-20 minut). Zmiksować na gładko w malakserze lub blenderem ręcznym, sprawdzić doprawienie i podawać od razu.

A jak podawać i z czym? Poza oczywistościami, tj. że jako zamiennik węglowodanu do choćby ryby czy pieczonego kurczaka, można skompilować taką trochę szaloną sałatkę.

Składniki (2 sztuki):

  • porcja puree kalafiorowego jw.
  • duży upieczony burak
  • dobry, gęsty ocet balsamiczny
  • 1-2 łyżki posiekanej dymki lub szczypioru
  • kilka płatów śledzi (matjasów lub podobnych)
  • garść lubczyku
  • dobry olej rzepakowy/z lnianki (rydzyka)

Zacząć od pokrojenia buraka, posolenia go i skropienia balsamico. Puree rozłożyć między dwa głębsze talerze, posypać szczypiorkiem. Na wierzchu rozłożyć buraki. Na burakach umieścić śledzie, pokrojone na kawałki „na kęs”; całość posypać lubczykiem i minimalnie skropić olejem. Podawać od razu.

czwartek, 30 sierpnia 2018

Guacamole wydaje się czymś oczywistym, nie wymagającym przepisu, w końcu składa się głównie z awokado i każdy je jadł przynajmniej raz w życiu. Nic prostszego. A jednak... nie do końca. Akurat niedawno jadłam guacamole w Warszawie, bo coś pod margarity (l.mn.) trzeba było zapodać ;), nie była to wersja moich marzeń. W skrócie: za łagodna, chyba za dużo cebuli, no i pomidor: choć w ogóle je kocham, tak tu wydają mi się zbędne. Gdy zatem znaleźliśmy się tymczasowo w miejscu, gdzie awokado dojrzałe do jedzenia leży w każdym sklepie spożywczym i M oznajmił, że chce zrobić guacamole, zasygnalizowałam mu, że sprawa może nie być taka prosta, po czym przeczytałam składniki z przepisu Jadłonomii... a on zwłaszcza do cebuli i chilli podszedł po swojemu ;). Taka (nieco) pikantna wersja okazało się smakuje nam bardzo, a mnie nawet BARDZO, i kilka dni później był replay. Uwaga: podaję składniki na 2 awokado, ale można spokojnie zrobić z trzech owoców, zwiększając tylko nieznacznie inne składniki (tj. biorąc nieco większą papryczkę, cebuli dając o cm więcej, kolendrę zwiększając o łyżeczkę, itd). Chilli jest z pestkami, bo od wielu lat ich nigdy nie usuwam.

Składniki (2 porcje):

  • 2 dojrzałe awokado
  • sok z ½ limonki
  • 15g kolendry (niewielka garść)
  • 1 b. mała tajska papryczka chilli (lub 2/3 nieco większej) - ok. 4cm, z pestkami*
  • cebula (może być od dymki), ok. 3x1cm kawałek
  • sól do smaku

* Jak pisałam, to wersja względnie pikantna, co stanowi dla mnie clou smaku, jeśli jednak wolicie mniej chilli, dajcie np. połowę ww. ilości.

Awokado przekroić, wydrążyć miąższ, przełożyć do miski. Chilli i cebulę b. drobno posiekać, dodać do awokado. Kolendrę posiekać już nie tak drobno, odłożyć odrobinę do dekoracji i resztę dodać do pozostałych składników wraz z sokiem z limonki i hojną szczyptą soli. Całość wymieszać i utrzeć np. tłuczkiem do ziemniaków - nie na gładkie puree, ma pozostać trochę struktury, ale jednocześnie składniki powinny być dobrze rozdrobnione. Sprawdzić doprawienie, ew. zweryfikować i posypać zachowaną kolendrą. Podawać od razu z chlebem, warzywami, pitą, nachos itd., itp.

W temacie podawania od razu: awokado ma to do siebie, że ciemnieje. Próbowałam metody z zachowaniem w nim pestki (i przełożeniem do szczelnego pojemnika) oraz przykrycia gotowego guacamole warstewką wody (polecanego właśnie przez zalinkowaną wyżej Martę, tj. Jadłonomię) i nie miałam wrażenia, bym osiągnęła 100% sukces; z pestką jednak trochę zmieniło kolor, a w przypadku wody wydaje mi się, że trochę guacamole potem zostało wraz z nią odlane, a reszta pasty była lekko wodnista. Innymi słowy, zalecam przygotowanie na świeżo, zwłaszcza, że trwa to szybko - a jak szybko znika...

PS. Re: pomidor - na FB padła sugestia użycia niewielkiej ilości samego miąższu, bez pestek. Tak faktycznie nie próbowałam, może następnym razem się - choć instynkt mi podpowiada, żeby zostawić tego pomidora obok ;).

wtorek, 24 lipca 2018

Gdy niedawno byłam (bardzo krótko) w Londynie, zaliczyłam wizytę w Elystan Street (oraz wróciłam do St. Johna: poprawiłam w recenzji jedną informację praktyczną). W Elystanie było raczej pozytywnie, ale bez zachwytów, poza może dwoma rzeczami: aperitify, i to zarówno sour werbenowy (wściekle zielony), jak i bezalkoholowy koktajl na Seedlip, bezprocentowym destylacie, o którego istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia, oraz moja przystawka. Mianowicie był to chłodnik migdałowy; jak tylko go zobaczyłam w karcie, przypomniałam sobie, że zawsze chciałam tego spróbować. Smak mnie zaskoczył i jednocześnie bardzo przypadł do gustu przez połączenie słodkiego, kremowego i kwaśnego. Do tego wszystkiego jest to (przynajmniej w moim odczuciu) atrakcyjnie wizualnie danie i, uwaga, typowo przystawkowe (czyt. trudno zjeść dużo). W sam raz dla gości.

Przeczytałam kilka przepisów w internecie plus ten z A kitchen in France Mimi Thorisson i doszłam do wniosków takich, że to mniej więcej jak z bigosem ;) – każdy wie swoje. Poza faktem, że w każdym przepisie są migdały i chleb, reszta jest od Sasa do Lasa. Mój przepis ostatecznie bazuje na wersji Mimi, poza zwiększoną ilością octu, ale posypka jest zupełnie inna, nawiązująca do tego, co jadłam w Londynie. Co prawda, jeśli wierzyć menu ze strony internetowej, tam jeszcze był melon, no, ale… Wyszło i tak efektownie oraz, co ciekawe i niecodzienne, uzyskało aprobatę M, który nie jest wielkim fanem migdałów.

Składniki (na ok. 3 porcje):

  • 75g (czyli 1 większa kromka) białego chleba (bez skórki, jeśli jest gruba)
  • 100g migdałów w płatkach
  • 125g zielonych winogron bezpestkowych (użyłam rodzynkowych)
  • 1 mały, obrany ogórek
  • zmiażdżony ząbek czosnku
  • 2 łyżki łagodnego octu np. jabłkowego (u mnie nieodmiennie domowy), lub więcej do smaku
  • 75ml dobrej oliwy z oliwek
  • 350ml zimnej (np. z lodówki) wody
  • sól i pieprz

Do podania:

  • ok. 8-10 niewielkich zielonych oliwek,
  • 6 niewielkich liści mięty,
  • łyżka uprażonych migdałów,
  • kilka (ok. 4-6) winogron
  • oliwa

Chleb namoczyć kilka minut w chłodnej wodzie, osączyć i odcisnąć, zmiksować z owocami i warzywami, stopniowo lejąc zimną wodę, ocet i oliwę. Przecedzić i przetrzeć, skosztować, doprawić do smaku solą  i pieprzem, schłodzić co najmniej 6h (lub najpierw schłodzić, potem przetrzeć). Składniki posypki posiekać, skropić cytryną, oliwą, lekko posolić, odstawić do przegryzienia na 10-15 minut przed jedzeniem. Skosztować schłodzonej zupy i w razie potrzeby doprawić do smaku. Podawać niewielkie porcje, z posypką na wierzchu, lekko skropione oliwą.

sobota, 26 maja 2018

Nie wiem, jak wielu czytelników pamięta te burzliwe czasy, gdy w Polsce zmieniał się ustrój i pojawiły się artykuły spożywcze wcześniej zupełnie niedostępne*. Nigdy później nie jadłam tylu produktów wysokoprzetworzonych, co na samym początku lat 90 (i podczas trzech tygodni z zupkami chińskimi w Londynie kilka lat później, kiedy priorytetem były wstępy do muzeów i ubrania, a nie jakaś zdrowa dieta).

Poza chipsami z papryką, mlekiem UHT i jogurtami owocowymi w różnych smakach (a nie owocowym = wieloowocowym, i to by było na tyle), w sklepach pojawił się różowy sos „Tysiąca wysp”, a także krewetki koktajlowe. Wiecie, co to oznacza? Że przez jakiś czas na wszystkich spotkaniach towarzyskich, urządzanych przez moich rodziców, pojawiał się koktajl krewetkowy. Jak pierwszy raz go zjadłam, niezwykle mi smakował, więc potem zjadłam go za dużo… i później przez dłuższy czas na samą myśl o połączeniu zielonego (sałata) z różowym (sos i morska wkładka) się wzdrygałam. Potem też się wzdrygałam, bo wydawało mi się, że to takie danie na które lepiej spuścić zasłonę milczenia, mniej więcej jak na cappuccino w proszku (brrrr). Aż nie tak dawno temu gdzieś przypadkiem zjadłam coś, co ten nieszczęsny koktajl przypominało, tylko w wersji nieco zdekonstruowanej (m.in. nie z krewetek długości 1cm)… i niedawno myśl pt. „zjadłabym” jak do głowy mi weszła, to nie chciała z niej wyjść ;). Ponieważ na Facebooku zostałam zachęcona do realizacji, oto koktajl krewetkowy w wersji 30 lat później.

Składniki (2 porcje):

  • ok. 12 średnich blanszowanych krewetek, wcześniej rozmrożonych
Sos:
  • 2 łyżki majonezu (najlepiej domowego!)
  • 2 łyżki ketchupu
  • sos Worcestershire (do smaku)
  • tabasco (jw.)
  • sok z cytryny (jw.)
  • chrzan (opcjonalnie i jw.)
Do podania:
  • kilka liści sałaty
  • szczypiorek (opcjonalnie)
  • słodka papryka (jw.)

Użyłam rozmrożonych, blanszowanych krewetek, w większości obranych (tj. wciąż miały ogonki, ale bez pancerza), które obgotowałam ok. 2 minut (można na parze), odcedziłam i przestudziłam. Wszystkie składniki sosu wymieszałam i doprawiłam do smaku. Na dnie dwóch kieliszków do wina umieściłam kilka drobnych liści sałaty, dodałam kapkę sosu, rozłożyłam po równo krewetki (już bez ogonków), całość polałam sosem (z podanych składników wychodzi go zresztą trochę z zapasem, ale myślę, że sobie z tym poradzicie). Do podania można posypać odrobiną szczypiorku i oprószyć słodką papryką, żeby mocniej mrugnąć w stronę minionych czasów** ;). Jeść od razu, ew. po góra kilkunastu minutach, żeby sałata za mocno nie nasiąkła sosem.

* I do tej pory pamiętam, jak latem ’92 starszy o rok kolega opowiadał mi, jak był na otwarciu pierwszego w Warszawie McDonalda w św. p. budynku Sezamu.

** Bo przystawki, np. serowe koreczki, posypane po całości słodką papryką, to coś, co dla mnie aż krzyczy ‘1990’ ;).

wtorek, 22 maja 2018

Zastanawiałam się któregoś dnia, co podać na obiad – poza tym, że młodą kapustę w jakiejś postaci, bo trzeba było ją zużyć. Ziemniaki jednak wyszły, inne węglowodany mi nie pasowały i M zaproponował: „To zrób kapustę z grochem”. Otworzyłam szeroko oczy, bo rzecz w tym, że nigdy w życiu kapusty z grochem nie jadłam: żadna z naszych rodzin nie ma zwyczaju podawania jej na Wigilię. Groch jednak oboje lubimy, a ziemniaki się wciąż nie materializowały… I okazało się, że jest to pyszne.

Ponieważ nie chciałam, by groch się za bardzo rozpadł w kapuście, ugotowałam go osobno, pilnując, by był miękki, ale jeszcze nie rozpadający się (co zajmie ok. 50 minut); na niewielką główkę kapusty wzięłam ½ szklanki suchego grochu w połówkach. Kapustę przyrządziłam klasycznie, pomijając tylko zabielenie a dodając startą młodą marchewkę (1szt). Poza koperkiem, którego osobiście uważam, że nie ma co żałować ;), można dodać do duszenia kapusty świeżego lubczyku lub majeranku (suszony oczywiście też jest na miejscu). Ugotowany groch wymieszać z kapustą, nie gotować, tylko trzymać chwilę pod przykryciem (na minimalnym ogniu lub w ogóle bez podgrzewania). Podawać solo, ew. z pieczywem. Można by podobnie przygotować kapustę w pomidorach.

A dalej w temacie Zielono mi… też wciąż jecie szparagi na miazgę? My niedawno mieliśmy je także na śniadanie, w postaci łagodnej szparagowej pasty jajecznej, która w zaskakujący sposób przypomina sałatkę z alg morskich, z którą mogliście się spotkać w tzw. garmażerce rybnej, i do której miałam swego czasu dużą słabość.

Składniki (kilka kanapek, dla 2 os.):

  • pół pęczka zimnych/przestudzonych, upieczonych szparagów
  • 2 łyżeczki majonezu, najlepiej domowego
  • 1 jajo, ugotowane na twardo
  • koperek i szczypiorek – wg uznania, u mnie po ok. łyżeczki
  • sól/pieprz/sok z cytryny do smaku

Szparagi, zieleninę i jajko dokładnie posiekać, np. nożem kolebkowym, wymieszać z majonezem i doprawić do smaku. Podawać na świeżym pieczywie lub tostach. A jeśli dojrzycie jakiś róż na zdjęciu powyżej: to się zaplątał kwiat szczypiorku.

PS. Szparagowa pasta na blogu wcześniej była taka z serem/fetą.

PS2. A do czego był mi potrzebny majonez domowy, pokażę wkrótce ;).

niedziela, 22 kwietnia 2018

Pewnie nie możecie w to uwierzyć – nowy wpis! Sama jestem zaskoczona 😉. Po ostatnich, wczoraj zakończonych podróżach, będę miała dla Was nowe posty włoskie, tymczasem jednak przepis na wiosenną sałatkę na ciepło. Składników niewiele, a buraki jeszcze zimowe, ale oczywiście wkrótce można by ją przyrządzić z młodych korzeni (rozpoczynający się sezon na nowalijki mnie niezwykle cieszy). Wszystko przyrządza się całkiem szybko (czyt. bdb danie na kolację w tygodniu) a clou stanowi sos z tahiny.

Składniki (2 większe porcje):

  • 1 mały kalafior, ew. ½ dużego
  • 2-3 zgniecione ząbki czosnku
  • 2 średnie, wcześniej upieczone buraki
  • 200g obranych i osuszonych średnich krewetek (surowych lub zblanszowanych, świeżych lub rozmrożonych)
  • świeża kolendra do posypki
  • sól, sok z cytryny, lekko ostra papryka (typu bałkańskiego/tureckiego; ew. słodka z małą domieszką chilli), sos rybny
  • olej/oliwa
  • sos z tahiny z TEGO przepisu

Najlepiej zacząć od przygotowania sosu z tahiny, żeby składniki się przegryzły (uwaga, do tego dania raczej zużycie maksymalnie 1/2 - można podzielić składniki, jeśli nie chcecie mieć resztek). Następnie z kalafiora delikatnie wykroić 3-4 plastry, oprószyć papryką. Rozgrzać niewielką ilość oleju/oliwy na żaroodpornej patelni, dodać 1 ząbek czosnku, po chwili zamieszać patelnią, dodać kalafiora, przesmażyć z obydwu stron. Umieścić w piekarniku w 200 st. C i piec ok. 20 minut (ma zmięknąć, ale nie za bardzo).

Gdy kalafior się piecze, pokroić buraki w plastry, oprószyć solą i skropić cytryną, potem przygotować krewetki. Ponownie rozgrzać małą ilość oleju, dodać pozostały czosnek i krewetki, oprószyć lekko papryką i smażyć ok. 6-8 minut (dłużej w przypadku surowych); na koniec smażenia doprawić do smaku sosem rybnym. Jeśli kalafior jeszcze nie jest gotowy, odstawić patelnię na bok pod przykryciem. Na upieczonego kalafiora wyłożyć buraki, na to krewetki, całość polać sosem z tahiny w ilości według uznania (resztę można przechować parę dni w lodówce) i posypać kolendrą. Podawać od razu.

Inne sałatki na ciepło na blogu to na przykład taka ziemniaczana z przegrzebkami czy rybą - bardzo lubię takie dania w "przejściowych" porach roku.

niedziela, 25 lutego 2018

Jeśli ktoś śledzi mnie w mediach społecznościowych (FB lub IG), domyśla się, że jestem Wam winna wpis rzymski (kolejny na blogu, ale dobre nowe rzeczy jadłam – i w dodatku w tym roku to nie koniec…), ale wymaga on większej pracy, uporządkowania itd. Więc tymczasem – kolejna wariacja nt. strączkowej pasty do pieczywa; znajdziecie ich tu sporo pod tagiem „pasty i smarowidła”. Tu jest wypadkowa – a kiedy tak nie jest :D? - tego, co było pod ręką w domu (typu grochu więcej niż soczewicy), choć bezpośrednio zmobilizowała mnie Kabamaiga ;). Całość, jak widać, jest przypadkowo wegańska.

PS. Czy Wy też już tęsknicie za świeżymi, wiosennymi warzywami?

Składniki (słoik ok. 500ml):

  • 1 mały upieczony burak
  • szklanka łuskanego grochu w połówkach (suchego)
  • mały ząbek czosnku
  • 2 większe suszone grzyby
  • łyżeczka pasty miso (lub do smaku)
  • sól, pieprz
  • 1-2 łyżeczki (lub do smaku) łagodnego octu owocowego (np. domowego)
  • ok. łyżka oleju rzepakowego

Groch ugotować z grzybami i czosnkiem w ok. 2 szklankach wody z odrobiną oleju aż będzie całkiem miękki, wręcz rozpadający się; trochę płynu powinno pozostać w garnku. Oprószyć lekko solą i zmiksować z burakiem, miso i pozostałym olejem. Doprawić do smaku solą, pieprzem i octem, dokładnie wymieszać lub ponownie krótko zmiksować.

środa, 07 lutego 2018

Skoro jutro Tłusty Czwartek, to mamy pączki! Ale nie takie normalne, powidła, róża, lukier czy inny cukier. Nie, przedstawiam… pączki wytrawne. Wspominałam o nich mimochodem w niedawnym poście austriackim, pokazywałam je także na Facebooku (Blattkrapfen oraz drożdżowe - choć faktycznie, co pani smaży, to nie widać). Niedawno miałam okazję znów zjeść Blattkrapfen podczas zimowego urlopu i wierzcie mi albo nie, ale kwaśna kapusta świetnie pasuje do czegokolwiek smażonego na głębokim tłuszczu (znacznie bardziej niż majonezowe sosy… czy Holendrzy mnie słyszą ;)?). W skrócie, ma to sens ;).

W moim wydaniu nie są to żytnie pampuchy, a drożdżowe z dziurką, Bauerkrapfen na słono. Kapusta jest podana na ciepło, duszona kiszona, ale w wersji na leniuszka można użyć kiszonej surowej (choć nawet wtedy bym ją posiekała, dodała trochę cebuli i ew. lekko doprawiła olejem). Warto spróbować (bez uprzedzeń)! Sok jabłkowy do podlania okazał się bdb pomysłem - kapusta jest wciąż kwaśna, ale nie zanadto, a płyn jakiś i tak trzeba było wlać. Z podanych proporcji wychodzi kapusty nieco mniej, niż ciasta, ale uznaję, że pozostałe pączki będą po prostu słodkie ;).

Składniki:

Kapusta (wystarczy do napełnienia co najmniej 8-10 sztuk):

  • 500g kapusty kiszonej, najlepiej bez marchewki
  • 1 średnia cebula
  • olej
  • szczypta soli
  • pieprz
  • 1-2 liście bobkowe
  • łyżeczka kminku, lub do smaku
  • ok. 150-180ml soku jabłkowego (bez dodatków, najlepiej świeżo wyciśniętego lub niefiltrowanego)

Cebulę posiekać, dodać szczyptę soli, zeszklić na niewielkiej ilości oleju, dodać posiekaną kapustę, kminek, niewielką ilość pieprzu i liście bobkowe. Przesmażyć, lekko podlać sokiem jabłkowym, skręcić ogień na niewielki, przykryć i dusić ok. 1,5-2 godziny. Co jakieś 20 minut zaglądać do garnka, mieszać kapustę i podlewać sokiem, bo raczej wciągnie cały płyn. Gotowa będzie miękka, kładąca się pod łyżką. Będzie także dość kwaskowata, ale to pożądana cecha.

Po nastawieniu kapusty wyrobić ciasto na pączki, odstawić do wyrośnięcia (powinno być dobrze napuszone, tj. wyraźnie podwojona objętość, więc na ok. 1,5h), rozwałkować, wyciąć krążki szklanką lub wykrawaczką. Ponownie odstawić do napuszenia na co najmniej 30 minut, a lepiej na dłużej. Przed smażeniem zrobić w każdym pączku dołek za pomocą np. kieliszka lub mniejszej szklanki. Smażyć do zezłocenia na głębokim tłuszczu, w ok. 180 st. C., obracając po ok. minucie lub tylko oblewając stronę z dołkiem tłuszczem, bez obracania. Odstawić do osączenia na talerzu wyłożonym ręcznikiem papierowym. Podawać z każdym dołkiem kopiasto wypełnionym kapustą.

niedziela, 26 listopada 2017

Pewna ilość puree z dyni w lodówce to całkiem przydatna rzecz. Łyżka może dosłodzić i zagęścić sos pomidorowy, podobną ilość można dodać do duszonych podrobów lub gulaszu. Oczywistością jest zupa dyniowa czy wypieki, których na blogu znajdziecie wiele (TU są wszystkie wpisy z tagiem „dynia”). Czemu jednak nie odłożyć niepełnej szklanki na śniadanie w postaci placuszków? Większość przepisów, także ten Filozofii Smaku, którym się inspirowałam, zakładały wariant deserowy, ponieważ jednak dynia sama w sobie jest słodka, zmniejszyłam ilość cukru i dodałam sól; takie placki są wciąż słodkawe, ale z serem czy twarogiem można je podać. U mnie jest także więcej dyni niż mleka, które zastąpiłam maślanką; można spróbować dać samą dynię. Oczywiście, do syropu klonowego placki też pasują.

Składniki (ok. 10-12 placków):

  • 1 szklanka mąki (jasna pszenna lub orkiszowa; można także kilka łyżek zastąpić mąką razową)
  • ¾ szklanki puree z dyni
  • ¼ szklanki maślanki
  • kopiasta łyżka cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • 1 jajo
  • ¼ łyżeczki soli
  • szczypta przyprawy do piernika lub cynamonu
  • łyżeczka oleju
  • łyżeczka proszku do pieczenia
  • olej do smażenia

Wymieszać składniki suche, dodać składniki mokre i dokładnie roztrzepać całość. Smażyć na średnim ogniu, po kopiastej łyżce na placek na rozgrzanym (ale nie za mocno) oleju, odwracając na drugą stronę, gdy na pierwszej będzie wiele pęcherzyków; powinno to zająć ok. 2-3 minuty na stronę. Trzymać na np. podgrzanym talerzu do chwili podania. Podawać ciepłe, z dodatkiem np. sera, twarogu/jogurtu, dżemu, owoców i syropu klonowego.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna