Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Do poczytania, do obejrzenia

poniedziałek, 03 stycznia 2011

Zawsze pod choinką znajdowałam książki. Od paru lat są one często mniej lub bardziej kulinarne. W tym roku było to m.in. Cafe Muzeum Roberta Makłowicza, które przeczytałam prawie od razu po Świętach i o którym chciałam dziś napisać.

Po pierwsze, jest to książka raczej mniej niż bardziej kulinarna. Właściwie jest to zbiór felietonów podróżniczo-kulinarnych z tłem historycznym. Makłowicz lubi gawędzić - jeśli ktoś czytał np. jego i Piotra Bikonta Dialogi języka z podniebieniem, wie mniej więcej, czego się spodziewać. Dialogi jednak są bardziej niż mniej kulinarne oraz towarzyszą im przepisy (w Cafe Muzeum nie znajdziemy ani jednego).

O jakich podróżach więc mówimy? Na teren byłych Austro-Węgier, oczywiście (bo że autor ma CK feblik, powszechnie wiadomo), ze szczególnym uwzględnieniem Węgier (znów nic nowego), Austrii, Chorwacji i Rumunii. We wszystkich wspomnieniach i opisach podkreślana jest wieloetniczność Europy Środkowej, wzajemne przenikanie się wpływów politycznych, kulturalnych i - oczywiście - kulinarnych. Te wszystkie "oczywiście" sprowadzają się do tego, że, po drugie, to raczej książka dla fanów Roberta Makłowicza. Mam tu na myśli fanów jego stylu narracji i przynajmniej częściowo poglądów (także politycznych - są, a jakże), gdyż wyraża je w sposób na tyle autorytarny, że osoby mające inne zdanie mogą mieć problemy z lekturą. Ja na szczęście i lubię dygresyjne wspomnienia z podróży, i często się z panem RM zgadzam (poza niechęcią do Francuzów i Paryża*). Podzielam opinię ze str. 25, tłumaczącą tytuł dzieła, że "zwiedzanie wiedeńskich kawiarni to doskonałe rozwiązanie dla każdego, kto pragnie obcować z historią i kulturą, lecz dość ma chwilowo muzeów w najbardziej ortodoksyjnej, niestety najczęściej występującej formie". Książkę czytało mi się zatem szybko, gładko i przeważnie przyjemnie; o Siedmiogrodzie oraz nieudanym świniobiciu przeczytałam z prawdziwą ciekawością, niejednokrotnie śmiałam się także na głos.

Nie może być jednak bez pewnych "ale". Otóż od pierwszych stron miałam wrażenie, że jest to lektura mocno zakrapiana, a im dalej, tym bardziej. Ba, alkoholu jakoś było więcej na dowolnej stronie niż jedzenia, a wolałabym jednak odwrotne proporcje (tak w lekturze, jak i w życiu ;). Tak więc choć im dalej, tym różnorodniej jeśli chodzi o gatunki alkoholu, tym tęskniej ja wypatrywałam wzmianek o daniach regionalnych. W ostatnim rodziale zaś przeczytałam fragment, który mnie zniesmaczył. Można powiedzieć, że nadużywanie procentów przez autora jest jego sprawą (podobnie jak często deklarowane w książce palenie papierosów) i może i było nią, dopóki nie opisał szczegółowo jak to "rozsądnie  (sic!) pił i prowadził" podczas chorwackich wakacji. Nie jestem abstynentką ani świętoszką, ale pisanie takich rzeczy uważam za po prostu nieodpowiedzialne, i licentia poetica tu nic nie tłumaczy. Warto dodać, że owo "rozsądnie" nie oznaczało jednej lampki wina podczas czterogodzinnego posiłku.

Czy książkę polecam? Myślę, że może się spodobać szerszemu gronu odbiorców, niż tylko miłośnicy jedzenia, ale zarazem styl i treść będą dla wielu osób trudne do przyjęcia. Gdybyście chcieli komuś sprezentować, upewnijcie się, że książka trafi w ich gust. Wegetarianom, miłośnikom zdrowego stylu życia oraz wyborcom pewnej partii prawicowej raczej się nie spodoba. Wydaje mi się natomiast, że mój teść, któremu kilkakrotnie podarowałam książki Jeremiego Clarksona, mógłby się całkiem dobrze bawić podczas lektury.

* Ale już wyższość pierzyn austriackich nad prześcieradełkiem przytrzaśniętym w nogach łożka kocem podzielam (choć to moje doświadczenie włoskie i belgijskie, nie francuskie).

środa, 14 października 2009

Nie będzie o wspomnieniach z dzieciństwa czy science fiction, przynajmniej tradycyjnie rozumianym. Będzie natomiast o mojej ulubionej książce, The Time Traveler's Wife (Miłość ponad czasem lub Żona podróżnika w czasie - były dwie polskie edycje) i jej aspekcie kulinarnym.

Od dawna miałam napisać tą notkę. Wreszcie się zmobilizowałam, za sprawą drugiej, nowo wydanej książki Audrey Niffenegger (Her fearful symmetry), którą wczoraj skończyłam czytać i która mi się niestety nie podobała. Jeśli nie czytaliście jej literackiego debiutu, czyli właśnie The Time Traveler's Wife, gorąco Was do tego zachęcam. To nietypowa historia o miłości Clare i Henry'ego, który cierpi na chorobę genetyczną, objawiającą się... niekontrolowanym podróżowaniem w czasie.

Miało być jednak kulinarnie. Otóż opisy posiłków, jedzenia i gotowania zajmują całkiem pokaźną część książki. Kiedyś z pamięci zrobiłam listę scen kulinarnych i wyszło mi kilkadziesiąt pozycji. Powodów po temu jest kilka: Henry po podróży w czasie odczuwa zazwyczaj głód i/lub nudności. Wychowywała go pani Kim (Kimy), która świetnie gotowała i przekazała mu sporo ze swojej wiedzy. Jest dobrym kucharzem, w przeciwieństwie do Clare. Jedną z moich ulubionych scen jest wieczór, podczas którego Henry poznaje pierwszy raz przyjaciół Clare, Gomeza (vel Jana Gomolińskiego - nasi tu byli :) i Charisse. Ponieważ gospodarzy przerosło zadanie przygotowania kolacji, Henry przyjmuje na siebie to bojowe zadanie. Przygotowanie jedzenia (risotto z kurczakiem) trwa, alkoholu zaś nie brakuje i całe towarzystwo siada do stołu nieco wstawione. Henry wspomina: "Wszystko zawiera dużo masła", a Clare: "Jedzenie jest tak pyszne, że chce mi się płakać". Jako deser są brownies, autorstwa właśnie Clare, "bo przecież każdy potrafi zrobić brownies". Okazuje się, że jednak nie każdy - ciasto Clare jest nieco niedopieczone, albo brownies-tatar, jak śmieją się przyjaciele. Pod koniec książki Henry uczy jednak Clare gotować i okazuje się całkiem pojętną uczennicą.

Posiłków bardziej odświętnych, jedzonych w gronie przyjaciół lub rodziny jest więcej. Clare poznaje ojca Henry'ego podczas uroczystego obiadu, przygotowanego przez panią Kim. Na menu składa się między innymi kaczka i tort migdałowy. Mój kolejny ulubiony fragment to opis Bożego Narodzenia, gdy z kolei Henry pierwszy raz poznaje rodzinę Clare. Przyjeżdżają do zaśnieżonego Michigan prosto na lunch, na który jest podana szynka z zielonym groszkiem, a Henry "nie jada wieprzowiny i nie znosi groszku". Oczywiście zjada do czysta. Po obiedzie rodzina Abshire idzie jeździć na nartach, a Henry wędruje do ogromnej kuchni w poszukiwaniu kawy. Rodzina Clare jest zamożna i zatrudnia służbę. Kuchnią zarządza jowialna Nell, opisana jako krzyżówka "Julii Child i Arethy Franklin"; zawsze wyobrażałam sobie ją jak aktorkę, która grała Mammy w Przeminęło z wiatrem. Na pytanie Henry'ego: "Czy nie zostało trochę kawy?", reaguje oburzeniem: oczywiście, że kawa zostanie świeżo zaparzona, niech "pan chłopak [Clare]" pójdzie do salonu i poczeka, a ona przyniesie. W międzyczasie w zlewie ruszają się homary, które zostaną podane na świąteczną kolację, a w piecu czerni się indyk, który tylko z zewnątrz wygląda na spalonego - Nell ręczy za jego doskonałość. Tego samego wieczoru Abshire'owie i ich goście jedzą także zupę z kasztanów i pasternaku, podobno doskonałą (ciekawe, jak się miała do papki dla dzieci, którą przygotowałyśmy z Tili z tych samych składników :). Parę lat później Nell będzie uczyć Henry'ego piec croissanty.

Wspomniana wyżej kawa przewija się na niemal każdej stronie książki - Henry i Clare piją ją litrami. Jako kawoholiczka rozumiem ich, choć nie przepadam za kawą typu amerykańskiego  (chyba, że z braku laku...). Clare pierwszy raz kosztuje kawy jako trzynastolatka, na łące na której spotyka się z podróżującym w czasie Henrym, który ma lat 35 (w czasie rzeczywistym różnica wieku między przyszłymi małżonkami wynosi 8 lat). Henry upijając łyk napoju zaparzonego niewprawnie przez Clare wykrzykuje: "To paliwo rakietowe!", po czym zapewnia przygnębioną dziewczynę, że "nie, nie jest za mocna, nie ma czegoś takiego, jak za mocna kawa".

Łąka w pobliżu domu Abshire'ów była świadkiem wielu posiłków Henry'ego i młodej Clare, składających się z tego, co udało jej się wykraść ze spiżarni. Najbogatszy był piknik na 18 urodziny Clare, kiedy jedli kanapki z ogórkiem, kawior i krakersy, ser pleśniowy, truskawki,  herbatniki miętowe i pili wino. 21 urodziny Clare świętowali także tylko we dwójkę, ale już w mieszkaniu Henry'ego, który przygotował zupę vichysoisse, łososia i szparagi.

Poza scenami posiłków domowych lub na łonie przyrody, bohaterowie sporo czasu spędzają także w restauracjach. Często pojawiają się wzmianki o Beau Thai, restauracji tajskiej (tam odbyła się pierwsza randka Henry'ego i Clare - a właściwie pierwsza była tylko dla Henry'ego...). Clare uwielbia sushi, i Henry zabiera żonę do ulubionej knajpki, Katsu, by ją udobruchać po sprzeczce na temat zakupu mieszkania. Inną sceną restauracyjną, którą lubię, jest drugie spotkanie Gomeza z Henrym. Po dość burzliwym początku wspólnego wieczoru, mężczyźni idą do Ann Sather, szwedzkiej restauracji, której menu znają na pamięć (jeśli kiedyś pojadę do Chicago, z pewnością tam pójdę). Zamawiają stos jedzenia; Gomez pije mleko i oczywiście nie rozstaje się z papierosem, Henry wypija kilka filiżanek kawy ("trochę więcej nie zaszkodzi"). Gdy trochę się posilili, Henry wytłumaczył niedowierzającemu Gomezowi na czym polega podróżowanie w czasie.

Jest także wiele samotnie jedzonych posiłków, takich jak kolacja Henry'ego w niemieckiej restauracji Berghof w Wigilię Bożego Narodzenia 1988. Clare często jada sama, np. gdy Henry znika podczas wspólnego przygotowywania chilli con carne lub tuż przed urodzeniem ich córki, Alby, gdy idzie sama do tajskiej restauracji.

Mogłabym jeszcze drążyć temat, ale nie chciałabym Wam całkiem popsuć lektury. Może zainteresuje Was jeszcze fakt, że w listopadzie będzie można obejrzeć film na podstawie książki (dystrybuowany z jakiegoś tajemniczego powodu pt. Zaklęci w czasie (sic!). W role główne wcielili się Eric Bana i Rachel McAdams. Wybrani aktorzy niespecjalnie odpowiadają urodą pierwowzorom literackim. Clare została raz w tekście porównana do Venus Botticelliego, a Henry miał wyglądać jak Egon Schiele. Po obejrzeniu zdjęć malarza zrozumiałam, czemu Niffenegger w jakimś wywiadzie powiedziała, że widziałaby Johnny'ego Deppa do tej roli.

Egon Schiele

Tak czy inaczej, ja zawsze wyobrażałam sobie Henry'ego jako Adriena Brody... albo jak w takiej luźnej impresji.

Niezależnie od obsady pierwszoplanowej (i drugoplanowej, ale postaram się pohamować - Ron Livingstone jako Gomez, aaa...), starałam się podchodzić pozytywnie do filmu - dopóki nie obejrzałam zwiastuna, który potwierdził moje najgorsze obawy. Ocenę wydam w listopadzie, a tymczasem na film nie będę Was namawiać - na książkę za to jak najbardziej. Zwłaszcza, że nie sądzę, by na ekranie zachowały się te wszystkie kulinaria :)

niedziela, 11 stycznia 2009

Pod choinką znalazłam całkiem sporo książek. Poza beletrystyką, także trzy pozycje kucharskie, i właśnie refleksjami na ich temat chciałam się z Wami podzielić.

Na pierwszy ogień ta, która zrobiła na mnie największe wrażenie - The Bread Bible Rose Levy Beranbaum, albo jak określił M: "jak zrobić swoje własne chlebowe F16". Od chlebków ucieranych, typu bananowy, poprzez chleby drożdżowe i na zakwasie, do brioszek i chałek. Czytałam, że książka jest bardzo dokładna, ale nie sądziłam, że aż tak. Albo może miałam inne standardy dokładności. Przy każdym przepisie są składniki w formie tabelki, podane w gramach, miarach amerykańskich (szklankach, łyżkach) oraz uncjach. Jest wyszczególnione, jak dużo czasu potrzebujemy na przygotowanie i pieczenie, oraz dokładnie jakiej wagi chleb uzyskamy. Nie jest tylko napisane, jaką mamy użyć foremkę - ona jest NARYSOWANA. Podobna dokładność ma miejsce w sposobie przygotowania - najdrobniejsze szczegóły, co, jak, kiedy i dlaczego. Przyznaję, że nie jest to mój styl gotowania. Jestem raczej roztrzepana, w kuchni robię dookoła siebie bałagan, często coś upuszczam na ziemię (lub siebie...) i często improwizuję. Najbardziej odpowiada mi styl Nigelli, jej swoboda, zrelaksowanie, "dodajcie tyle, albo trochę więcej" lub "jeśli nie macie tego, użyjcie czegoś innego", oraz przyznaję, momenty kiedy przenosi składniki sałatki na talerz, po drodze trochę gubi i zerka szybko do kamery, czy było widać :). Nie sądzę, by Różyczka Beranbaum, jak ją pieszczotliwie nazwałam, sobie na coś takiego pozwoliła. Pieczenie w jej wydaniu przypomina pracę w laboratorium chemicznym i... tak, po pierwszym "wow" nad książką, trochę się zraziłam, gdy zaczęłam czytać. Potem jednak upiekłam 2 chleby, wyszły bardzo dobrze, więc chyba zna się na rzeczy. Instrukcje składania chleba także bardzo mi się przydały - bardzo przejrzyste, i naprawdę dobrze dzięki nim złożyłam chleb. Ma jednak Rose specyficzne podejście do zakwasu. Po pierwsze, woli go hodować w formie gęstego ciasta zakwaszonego, które woli, bo uważa, że jest łatwiejsze (mniej brudne) w obsłudze, oraz mniej kwaśne (a to dla mnie akurat minus). Po drugie, prowadzi je w dziwny sposób, tj. przy aktywacji ciasta do pieczenia chleba je marnuje, tj. wyrzuca regularnie część. Nie zrozumiałam, czym się kieruje, tj. dlaczego jeśli jest wagowo za dużo, nie schowa go do lodówki na "zaś"; jedynie wytłumaczenie, jakie mi przyszło do głowy to takie, że ma - objawiane w innych miejscach tekstu - "lęki bakteryjne" (a przecież zakwas w sumie z zasady jest "bakteryjny"!). Zaleca np., by - jeśli już ktoś koniecznie chce ten kłopotliwie lepki i brudzący zakwas płynny - regularnie wyrzucać wierzchnią warstwę. Hmmm, nie wiem, co by powiedziała na mój słój z zakwasem i jego zacieki, warstwy itd. Innymi słowy, nie dogadałybyśmy się na pewne tematy, ale z jej przepisów - przy zachowaniu zdrowego rozsądku - chętnie będę korzystać, i już niedługo wrzucę wykonany przeze mnie chleb na zakwasie (przy robieniu którego nic nie wyrzuciłam, tylko zrobiłam od razu dwa bochenki).

Kolejna autorka jest zapewne wielu osobom znana i nie trzeba jej przedstawiać. Mowa o Claudii Roden i jej The Book of Jewish Food. Gruby tom podzielony jest na 2 główne części: aszkenazyjską (odnoszącą się do Żydów zamieszkujących Europę środkową i wschodnią) i sefardyjską (związaną z Żydami-mieszkańcami Półwyspu Iberyjskiego i migracjami z tego regionu). Każda część, poza daniami w dość standardowym porządku (od przystawek do deserów) zawiera eseje na historyczno-kulturowe, stare zdjęcia (także np. z targu w Warszawie!,) a także wspomnienia własne autorki (podobną formułę ma inna posiadana przeze mnie książka Roden, Everything tastes better outdoors). Claudia Roden urodziła się w Syrii, jej rodzina pochodziła z Syrii oraz Turcji, zaliczając się tym samym do Sefardyjczków; później rodzina wyemigrowała do Londynu, Claudia mieszkała także przez pewien czas w Paryżu. Rodzina jej męża to Aszkenazyjczycy. The Book of Jewish Food to kopalnia przepisów i informacji, ale bardzo czytelnie podanych i skatalogowanych. Same przepisy pokazują wyraźnie, jak działają wpływy kulturowe (o czym pisałam przy okazji Kuchni Miriam) - wśród dań aszkenazyjskich niejedno byście rozpoznali, a już krupnik z pewnością. To samo ma miejsce w przypadku dań sefardyjskich. Warto sięgnąć po tą książkę w poszukiwaniu nie tylko dobrego jedzenia, i nie tylko tego, co zwykliśmy rozumieć jako "kuchnię żydowską". Prezentowałam kiedyś chutney z kolendry - wersja II z Nigella gryzie została przez p. Lawson zaczerpnięta właśnie z tej książki Claudii Roden, w której jest opisana jako specjał Bnej Israel, kolonii żydowskiej zamieszkującej okolice Bombaju. Historia tej społeczności jest zresztą fascynująca.

Trzecia pozycja to właściwie bardziej ciekawostka, niż książka kucharska do codziennego używania - The Jane Austen Cookbook autorstwa Maggie Black i specjalistki od Austen Deirdre le Faye. Ta ostatnia napisała pierwszą część książki, stanowiącą "rys historyczny". Maggie Black zajęła się stroną bardziej praktyczną, czyli wyborem przepisów, a właściwie lekkim zaadaptowaniem starych dań do nowych czasów. Wiele z nich to przepisy z książki kucharskiej Marthy LLoyd, wieloletniej przyjaciółki Jane Austen, rezydentki w domu Austenów i później (w wieku 62 lat!) bratowej Jane. Być może zbyt pobieżnie przejrzałam książkę, ale wydaje mi się bardziej gratką dla fanów niż źródłem inspiracji kulinarnych. Do tej pory najbardziej zainteresował mnie przepis na domowe piwo imbirowe, no i pewien detal na okładce książki, który powiększam ;):

Pod choinką znalazłam też książkę, którą dopiero mam zapełnić - uroczy folder na przepisy kulinarne, czyli nowoczesną wersję zeszytu Marthy Lloyd. Teraz muszę zająć się przenosinami kserówek i zapisków ze starego, znacznie brzydszego zeszytu, do tego - i to moje, na razie niezrealizowane, zadanie na Nowy Rok ;)

 

czwartek, 13 listopada 2008
Ostatnio myślałam o tradycji i rodzinnym przekazywaniu przepisów przy okazji Gotujemy po polsku, a niedawna lektura Miriam's Kitchen dostarczyła mi jeszcze więcej tematów do refleksji. Nieprzypadkowo książka może zostać zaklasyfikowana i do kulinariów, i do biografii, a także do tematyki religijnej. Autorka, Elizabeth Ehrlich, opisuje swoją drogę od bycia ateistką/agnostyczką i Amerykanką pochodzenia żydowskiego do stania się wierzącą Żydówką przestrzegającą koszeru (a przynajmniej próbującą to zrobić). Jednym ze źródeł inspiracji dla tej przemiany jest osoba teściowej, Miriam, która wraz ze swoim późniejszym mężem, Jacobem, przetrwała Holokaust w obozie pracy w Częstochowie. Ehrlich spędza wiele godzin w kuchni z Miriam, podziwiając, jak sprawnie sieka, miesza, smaży i zagniata te same dania, co od kilkudziesięciu lat, a które wcześniej przygotowywała jej matka, i jej matka przed nią.

Miriam nie eksperymentuje ze składnikami, doprawieniem; gotuje z pamięci. Nie ma wątpliwości czy rozterek, które trapią jej synową: koszer oznacza wyrzeczenie się ulubionych krewetek, szabas oznacza, że nie można się umawiać do kina w piątek wieczór, a w ogóle jak pogodzić szabas i koszer z pracą zawodową? Miriam nie ma wątpliwości, bo droga, którą kroczy – porządnej żydowskiej matki i żony – jest jedyną, jaką zna. Prawa, którym podlega bez szemrania, których nie kwestionuje, zapewniają ład nie tylko w kuchni (stanowiącej symbol stylu życia i wyznawanych wartości), ale w całym życiu rodziny. Stanowią ostoję w czasach zmian, strat osobistych i materialnych. Są niezmienne, jak niezmienny jest smak gefilte fisz czy ciasta drożdżowego w jej kuchni. Nie próbuje odchudzić dań używając mniej oleju, jak chciałaby Elizabeth, czy ułatwić sobie pracę przy pomocy robota kuchennego, bo wtedy nie „czuje” dania. Jej synowa, choć niewątpliwie podziwia Miriam, to pochodząc z innego środowiska i pokolenia, próbuje znaleźć dla siebie własne miejsce, własną kuchnię w tradycyjnej religii. Jednak wszystkie przepisy przytaczane w książce, są daniami z repertuaru albo Miriam, albo matek/babek Elizabeth.

Czytając przepisy i wspomnienia Miriam, która wychowywała się w okolicach Radomia, zastanawiałam się nad przenikaniem wzajemnym kultur. Teściowa Ehrlich serwowała rodzinie najpierw w Izraelu, a później w Nowym Jorku, dobrze znane nam mizerię, pomidory z cebulką, kompot czy sernik „z kratką”, z twarogu z rodzynkami. Jako dziewczynka zbierała z matką kurki (i nazywała je w transkrypcji pisarki kushinushki – kurze nóżki?). Gotowała barszcz. I słodziła wszystkie potrawy, coś, co omówione jest szerzej w kontekście słodkiej gefilte fisz przez autorkę. Wg Elizabeth Ehrlich, której przodkowie pochodzili z Galicji, Litwy, Warszawy i Niemiec, ale o żadnym z nich nie myślała jako o Polakach – słodki smak jest cechą polską. I tak jadając u Miriam przez pierwsze lata buntowniczo zalewała gefilte fisz ostrym chrzanem, potem – przywykła. Jej rodzina ryby nie słodziła („Litwacy nie byli zrobieni z cukru”). Może powyższe rozważania stanowią odpowiedź na zagadkę słodkiego barszczu, o którym pisałam – babcia M, pierwotna autorka barszczu pitnego, pochodziła z Polski centralnej, a moja „niesłodka” rodzina z Niemiec i Galicji?

Zapisując przepisy Miriam, przyprowadzając swoją córkę, by uczyła się lepienia drożdżówek z serem pod okiem babci, Ehrlich zapewnia ciągłość i przedłuża życie tradycji kulinarnej. Polska Miriam, Polska, która już nie istnieje i której my, współcześni Polacy, też nie znamy, wciąż żyje na jej stole w formie, którą rozpoznajemy: o, rosół. O, twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem. O, kruszonka na placku. Nie wiem, o ilu sprawach byśmy mogli z teściową Elizabeth porozmawiać, ale wiele z jej potraw mogłoby stanowić temat wspólny.

Sprawą egzotyczną dla mnie były szczegóły prowadzenia koszernej kuchni, omówione dość szczegółowo przez autorkę. Wiedziałam o naczyniach mlecznych i mięsnych czy o koszernym mięsie, ale nie zdawałam sobie sprawy, z tego, jak wielki porządek i sprawna organizacja muszą panować w koszernej kuchni. Nie wystarczą osobne talerze, całkowite rozdzielenie musi obejmować naczynia do gotowania, szmatki czy gąbki do zmywania, sztućce, miejsce do przygotowywania potraw. Zmywarka musi zostać wyparzona między zmywaniem mlecznym a mięsnym. Nie jest to miejsce na improwizację, na bezmyślne czy kreatywne wykonywanie czynności; koszerna kucharka musi bardzo uważać, dobrze planować i dokładnie czytać etykietki. Ścisłe przestrzeganie koszeru nie sprzyja eksperymentom czy nowinkom kulinarnym. Patrzę na swoją wyjątkowo niekoszerną kanapkę, posmarowaną masłem, z wędliną (kto wie, z jakiego zwierzęcia?), z kroplą sosu, w którego słoiku kto wie, ile łyżek mlecznych/mięsnych się wcześniej przewinęło, na talerzyku, który jw., i oddycham z ulgą, że nie muszę się nad tym martwić. Choć często myślę, że większa kontrola nad tym, co jemy, ma swoje dobre strony, i np. chętnie bym się dowiedziała, czy ta wędlina jest rzeczywiście drobiowa, i z jakiego drobiu, co poza drobiem się w niej znalazło, i jak ten drób był hodowany...

Pod koniec książki Elizabeth wciąż ma wątpliwości, czy nie popełnia błędów, czy wybrała właściwie, czy nie powinna być bardziej/mniej ortodoksyjna. W ostatnich scenach przychodzi zmęczona wieczorem do domu i staje pośrodku kuchennego pobojowiska, które powinna uprzątnąć, zanim przygotuje coś do jedzenia. Resztki do uprzątnięcia są mleczne. Wyciąga z lodówki zupę mięsną i, zamiast dokładnie wyszorować kuchnię, podgrzewa zupę w mikrofalówce w neutralnej, szklanej misce, i zjada ją na stojąco. W ten sposób osiąga kompromis – nie łamie koszeru, nie męczy się jeszcze bardziej (posprząta jutro), a zaspokaja głód. Miriam by może wykazała dezaprobatę, ale wg Elizabeth równowaga między tradycją a współczesnością, nakazami religijnymi i ideałami a codziennością, została zachowana. Coś, co wielu z nas próbuje osiągnąć.

czwartek, 16 października 2008
Albo Nigella na Święta. Gdy tylko zobaczyłam, że wyszła jej nowa książka, zrezygnowałam (tylko tymczasowo) z zamiarów uzupełniania kolekcji filmów z Jamesem McAvoy'em i od razu nabyłam Nigella Christmas. Książka stanowi zbiór propozycji bożonarodzeniowych w klimatach anglosaskich, od drinków i przyjęć przed, przez główne obchody świąteczne, aż do lekarstw na kaca i przejedzenie (!) oraz propozycji kulinarnych prezentów. Część przepisów stanowi recykling starszych propozycji Nigelli, jednak niektóre z tych "oldies" zostały odświeżone (np. przepis na Christmas Cake) i jest wiele nowych pomysłów. Z największym, jak dotąd, zainteresowaniem przeczytałam dział o alkoholach ;) ("Gwiazdę Betlejemską" zrobię na pewno), sosach i dodatkach oraz przetworach "pod choinkę". Jeszcze nie czuję klimatu świątecznego, ale gdzieś od 1/2 listopada książka się przyda do wczuwania w nastrój. Choć naczynia w reniferki, prezentowane w książce, chętnie bym już przygarnęła ;)
Jedna rzecz, która mnie trochę rozczarowała, to zdjęcia. W większości książek Nigelli fotografie mi się podobają, np. w przedostatniej Nigella Express czy moim ulubionym Feast. Jednak tu, choć bardzo estetyczne i profesjonalne, są dość zimne  (może ze względu na dobór kolorów - wystrój biało-czerwono-zielony, ew. srebrny plus białe tło?), a przedstawione dania sprawiają wrażenie jedynie dekoracji. Przykładem może być strona poniżej:
Na szczęście nie wszystkie zdjęcia są takie, czego dowodem:
Podsumowując: fanom "domowej bogini" książka zapewne się spodoba, ale tym, którzy żadnej książki Nigelli jeszcze nie mieli w rękach, polecam nieodmiennie Feast albo How to be a domestic goddess.
PS. Zapomniałam wspomnieć o polskim akcencie. Już na zdjęciach wewnątrz okładki Nigella Express było widać polskie produkty, m.in. wódkę miodową Krupnik. Chyba zasmakowała autorce, bo w Nigella Christmas jest przepis na grzaną wódkę z miodem, która ma naśladować... właśnie Krupnik. Przepis kończy się swojskim: "Na zdrowie!"
niedziela, 13 lipca 2008

Pisałam jakiś czas temu, że dostałam The French Kitchen Joanne Harris i Fran Warde na urodziny. Zbierałam się długo, by o niej napisać, miało być w kontraście z The Gastronomy of Italy Anny del Conte. Jednak The French kitchen, w przeciwieństwie do książki del Conte, jest ze mną na wakacjach, korzystam z niej aktywnie, mam kilka skolejkowanych „dzieł” do pokazania, więc najwyższy czas przedstawić źródło inspiracji.

Kiedyś wydawało mi się, że zdjęcia nie są aż tak istotne w książce kucharskiej. Korzystam w końcu z wielu przepisów bez zdjęć, a wiele książek nawet jeśli je posiada, to nie do każdego przepisu. A jednak: zdjęcia w The French kitchen mogę oglądać na okrągło. Są kolorowe, apetyczne i, co ciekawe, przedstawiają nie tylko potrawy z przepisów, ale scenki z życia codziennego we Francji: chłopca niosącego bagietki, stare naczynia kuchenne, ogród w słońcu czy stragan owocowy. Niestety, nie obejdzie się bez negatywnych porównań z Gastronomy of Italy: choć karta tytułowa i sama okładka książki (czyt. zdjęcie innego fotografa) świadczą inaczej, zdjęcia wewnątrz skądinąd monumentalnego (rozmiarów albumowych) dzieła del Conte wyglądają na zrobione w głębokich latach 80-ych, w stylu „(bardzo) martwa natura”, co zniechęca do zapoznawania się z treścią. W przypadku książki Harris i Warde nie tylko chce się biec do kuchni, ale także (czy może przede wszystkim?) wsiąść do samolotu czy samochodu i udać się do krainy (zdaniem niektórych, i może moim także) najlepszej kuchni na świecie. Nie możemy podróżować? Można przenieść trochę Francji na talerz.

Tyle na temat wrażeń wizualnych. Jeśli chodzi o same przepisy – narratorką wydaje się być Joanne Harris, najbardziej znana jako autorka Czekolady. Czytelnicy jej książek wiedzą, jak często na miejsce akcji wybiera Francję, i nic dziwnego – stamtąd pochodzi jej matka i tam Joanna spędziła sporo czasu, zwłaszcza jako dziecko. Fran Warde, jako szefowa kuchni z zawodu, zapewniła pomoc merytoryczną. Wypróbowałam na razie ok. 4 przepisów, wszystkie z bardzo zadowalającymi rezultatami. Większość jest stosunkowo prosta, z łatwo dostępnych składników, jest sporo przepisów bezmięsnych (mąż i córka Harris są wegetarianami), i gdy udaje mi się oderwać od zdjęć starych niebieskich citroenów czy domków porośniętych bluszczem, przy niemal każdym przepisie wołam: „O, to może być dobre”. Jedynym „ale” jest pewna niefrasobliwość przy przekazywaniu technicznych aspektów przyrządzania potraw: drożdże są albo w przedziwnych (ogromnych – 15 g na 250 g mąki!) ilościach jak na zalecone suche, więc podejrzewam, że miały może być świeże, albo nie jest w ogóle określone, o jaki typ drożdży chodzi, ilości mięsa w stosunku do przewidzianej liczby jedzących są niekiedy podejrzanie małe, a przy kolejnym, podobnym przepisie gwałtownie wzrastają, itd. Ponieważ ogólnie rzecz biorąc bardzo, bardzo podoba mi się ta książka i w planach mam nabycie The French Market, ww. feler położyłam na karb pisarskiego roztrzepania, a czytelnikom radzę to po prostu wziąć pod uwagę przy lekturze i czytać z tzw. pomyślunkiem. Bo samą lekturę polecam tak, jak napisano na okładce: miłośnikom jedzenia i Francji.

 

niedziela, 25 maja 2008

Niedawno w swoim ulubionym sklepie z odzieżą używaną, w której też czasem kupuję używane książki w języku angielskim, zobaczyłam Real Food Nigela Slatera i Gordon Ramsay's Secrets. Dość długo tkwiłam w sklepie, rozważając zakup (obie książki były na wagę, ważąc przy tym prawie kilogram każda, a że nieco, hm, przekroczyłam budżet książkowy na ten miesiąc, musiałam dokonać przemyślanego zakupu). Nie jestem fanką Ramsaya; niewątpliwie zna się na swoim fachu, ale jest przede wszystkim restauratorem, zaś nazwy dań typu „coś tam coś tam coś tam fondant” mnie po prostu śmieszą. Slatera polubiłam dzięki powieści Toast – specyficznej, smutnej, słodko-gorzkiej autobiografii. Ponieważ hasła typu „real food” - „prawdziwe” jedzenie, domowe, nie restauracyjne - do mnie trafiają, wyszłam z lumpeksu ze Slaterem pod pachą.

Książka, jak autor pisze we wstępie, jest poświęcona ośmiu produktom, którymi się pasjonuje, a są to: ziemniaki, kurczak, kiełbasa, czosnek, chleb (tu właściwie kanapki), ser, lody i czekolada. Każdy z ośmiu rozdziałów składa się z przepisów prezentujących różne podejście do danego artykułu: np. różne metody obróbki termicznej (smażenie, pieczenie, gotowanie...), wersje na słono i na słodko, formy płynne i stałe (przy czekoladzie), na ciepło i zimno. Slater korzysta z prac kolegów i koleżanek po piórze – m.in. czerpiąc z How to eat Nigelli Lawson – ale na szczęście nie na tyle, by wyglądało to na kompilację cudzych przepisów. Ponieważ 50% omawianych tematów głównych także budzi mój żywy entuzjazm (kurczak, czosnek, chleb i ser), a tylko 25% mnie mało interesuje (kiełbasa i lody; oczywiście zjem, choć nie każde, ale żeby zaraz się aktywnie zajmować...), przyjrzałam się przepisom z zaciekawieniem. Już przy 1szym rozdziale (ziemniaki) poczułam silne ssanie w żołądku, bo Real food jest książką kucharską, w której niemal każdy przepis wygląda atrakcyjnie, łatwo i apetycznie. Trzeba przyznać, że nie jest to często kuchnia light (chyba co drugi przepis zawiera śmietanę kremówkę), ale domowa, zachęcająca, bazująca na prostych, ale dobrych gatunkowo składnikach. Kilka dań z miejsca oznaczyłam jako „koniecznie do zrobienia”, przy czym puree z czosnku znalazło się wyjątkowo wysoko na liście – jak zrobię, oczywiście dam znać.

Drugą lekturę wypożyczyłam z biblioteki: Kuchnia i stoł w polskim dworze Wiesława Baraniewskiego (Wyd. Prószyński). Książka stanowi ciekawy przewodnik po różnych (kulinarnych) aspektach polskich dworów głównie w XIX w. i na początku XX w. I tak dowiadujemy się, jak zbudowane były kuchnie, gdzie były sytuowane, jakie było ich wyposażenie, potem co w nich przyrządzano i jak potrawy trafiały na pański stół. Jak można się było spodziewać, nie były to czasy dla wegetarian: autor przytacza przykłady menu śniadaniowych i obiadowych, z których wynika, że nasi przodkowie podczas obiadu jadali dwa główne dania mięsne w naszym rozumieniu: „sztukę mięs” i pieczyste. „Jarzyna” zresztą też często zawierała mięso... W okresie postu sztuka mięs stawała się sztuką rybną, po której następowała ryba pieczona. To, co mnie najbardziej zainteresowało, były wzmianki o produktach lub daniach, które niegdyś popularne, obecnie albo zupełnie wyszły z jadłospisu, albo są traktowane jako produkty egzotyczne/luksusowe lub przynajmniej cudzoziemskie: pewne gatunki ryb, raki, ślimaki, ostrygi, trufle, przepiórki, gołębie, jarmuż, karczochy... Bardziej powszechne niż obecnie były dziczyzna i baranina. Ciekawa jestem także, czy „bulwa włoska” z cytowanego jadłospisu oznaczała fenkuła? Oraz czy „budyń chlebowy na łoju” był czymś w rodzaju Yorkshire pudding? Omawianym tematom towarzyszą zdjęcia z omawianego okresu, np. ze zbioru owoców w majątku, wyrobu sera czy masła lub zwykłego podwieczorku w ogrodzie. W książce przedstawiono także ryciny, np. z właściwym nakryciem stołu czy techniką ładowania lodowni (kiedyś nie było lodówek czy zamrażarek...). Jedyne, co mogę autorowi zarzucić, to, moim zdaniem, niedostateczne oznaczanie cytatów. Kuchnia... zawiera bibliografię i indeks, jednak nie posiada żadnych przypisów! I tak w treści poszczególnych rozdziałów pojawia się wiele cytatów pochodzących z nieznanych czytelnikowi źródeł, czasem przypisanych do autora bez podania źródła, czasem tylko oznaczonych jako cytat bez żadnego komentarza. Taka forma wydaje mi się niewłaściwa i ze względów formalnych, i ze względu na wygodę czytelnika oraz jasność tekstu. Niemniej trzeba podkreślić, że sama treść zasługuje na uwagę.

wtorek, 11 marca 2008

Pisałam już kiedyś o Eden M. Hoffmanna (2005). To po seansie na WFF 2006 jadłam pierwszy raz bliny błyskawiczne, i zauroczenie filmem zmieszało się w mojej pamięci z wyjątkowym smakiem blinów i kawioru. Niedawno miałam okazję obejrzeć Eden ponownie (można go np. kupić na DVD w Niemczech i w Wielkiej Brytanii), i znów wywarł na mnie silne wrażenie.

Pokrótce: jest to historia kucharza, kelnerki i jej męża. Kucharz Gregor (skrycie) kocha kelnerkę, która staje się jego muzą, źródłem inspiracji dla tworzenia zmysłowych, finezyjnych dań. Kelnerka Eden (stąd wieloznaczny tytuł filmu), nieco zahukana i żyjąca w cieniu rodziny męża, zaprzyjaźnia się z Gregorem i rozkwita. Niestety jej mąż, Xavier, zasadniczo nie odnajduje się w tej sytuacji, co prowadzi do nieuchronnej tragedii.

Eden (grana przez Charlotte Roche, może ją pamiętacie z dawnych czasów z Viva 2) pierwszy raz próbuje kuchni Gregora przypadkiem: zjadając czekoladkę z tortu dla Leonie, jej córeczki (scena jest pokazana w niemieckim zwiastunie filmu, zamieszczonym powyżej). Wrażenie jest tak silne, że właściwie wdziera się do mieszkania kucharza i - dosłownie - wyjada z garnka gotowaną przez niego potrawę, nie dbając o to, co właściwie pożera. Dopiero następnego dnia Gregor wyjawia, czego kosztowała - ale ja nie zdradzę tej tajemnicy, proszę obejrzeć film :). Największe wrażenie zrobiły na mnie późniejsze sceny spotkań i rozmów między Eden a gotującym dla niej kucharzem. Większość uczuć nie jest wyrażana w dialogach, a w tym, co między słowami: w gestach, spojrzeniach, uśmiechu Eden. Josef Ostendorf jako Gregor jest nieśmiały, jąkający się a zarazem - pełen skrywanych emocji czy nawet pasji.

Oczywiście w filmie, w którym jedzenie i gotowanie stanowi ważny motyw, pojawia się wiele dań. Wegetarianie mogą być wstrząśnięci pierwszą sceną filmu, podczas której Gregor przemawia do oskubywanej przez niego kaczki; później pojawia się podobna scena z jeleniem. Dania już przygotowane przez Gregora czy to w jego własnej kuchni, czy w restauracji, za pierwszym razem uderzały mnie jako zbyt wymyślnie podane, zbyt restauracyjne i w stylu la nouvelle cuisine. To, że nie gotuje dla "zwykłych ludzi" zarzuca mu zresztą Eden (ale jeśli obejrzymy film do końca, przekonamy się, że Gregor nie puścił jej słów mimo uszu). Przypuszczalnie dania są pokazane w sposób (zbyt) efektowny, ale po drugim obejrzeniu filmu ten chłód, który wcześniej wyczułam, gdzieś znikł. Jestem w stanie uwierzyć, że po zjedzeniu dań Gregora uśmiechałabym się tak, jak goście podczas sceny w restauracji - z wzruszeniem, radością, niedowierzaniem, a zarazem tak, jakbym została dopuszczona do wielkiej i wspaniałej tajemnicy.

Ciekawe, czy po obejrzeniu filmu będziecie mieli ogromną ochotę coś zjeść, ale nie coś zwykłego, tylko coś godnego smakosza, którym, jeśli wcześniej nie byliście, to właśnie się staliście?

sobota, 09 lutego 2008

Teoretycznie to się nie wiąże z tematyką bloga, ale - w końcu, "coś niecoś" to pojemna nazwa.

Dawno nie czekałam tak na żaden film. Ian McEwan był jednym z moich ulubionych pisarzy na studiach, z kilku opowiadań korzystałam pisząc pracę magisterską, ale w pewnym momencie przeczytałam o jedną powieść zbyt wiele (tj. Enduring Love) i po Atonement (Pokutę) sięgnęłam dopiero po obejrzeniu zwiastuna filmu na Youtube na jesieni.

Zbiegło się to w czasie z rozwojem mojej fascynacji aktorem Jamesem McAvoy'em. Ponieważ książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, od paru miesięcy wytrwale przeczesywałam sieć, wyszukując, oglądając i czytając wszystko, co się dało na temat tego filmu (i Jamesa :). W efekcie wczoraj w kinie miałam wrażenie, że oglądam coś, co jest mi dobrze znane. Co może wynikać z faktu, że chyba nigdy nie widziałam filmu tak wiernego książce, nawet w szczegółach (ale też Ian McEwan jest współautorem scenariusza). Dom rodziny Tallis jest dokładnie taki, jak sobie wyobrażałam, zielona sukienka Cecilii - taka, jak powinna być.

W pierwszej części filmu, jak w tragedii greckiej, mamy jedność czasu, miejsca i akcji - posiadłość Tallisów, pokazana podczas najgoretszego dnia lata 1935. Zaczyna się niemal sielankowo - dom na wsi, otoczony parkiem, piękne wnętrza, wytworne towarzystwo posługujące się angielszczyzną w wydaniu RP (Received Pronunciation). 13-letnia aspirująca pisarka, obdarzona bujną wyobraźnią Briony (postać typowa dla prozy McEwana, który często obala w swoich książkach tezę o wrodzonej niewinności i dobroci dzieci), obserwuje siostrę Cecilię i Robbie'ego, syna gospodyni. Widzi parę scen, które, jako dziewczynka pisząca o księżniczkach - córkach marnotrawnych i nikczemnikach, rozumie opatrznie - tak, jak chce je rozumieć. Fabuła: jak w filmie obyczajowym, chwilami nawet budząca rozbawienie widowni - a jednak wszystkie te pozornie zabawne nieporozumienia prowadzą do nieuchronnej katastrofy. Przypomina to trochę oglądanie spadających kostek domina. Świat konwenansów i salonowych rozmów się rozpada, jak pierwsze "domino": ułamane ucho wazonu, chwyconego przez Robbie'ego i Cecilię przy fontannie. Więzienie, zerwanie więzi rodzinnych, wojna światowa. Dwie kolejne części filmu dzieją się właśnie na początku II wojny światowej. Jest też ostatnia, współczesna, w której słuchamy 77-letniej Briony i która nadaje sens całemu filmowi, bez której Pokuta nie byłaby tym, czym jest.

Gdyż nie jest to po prostu romans, czy też film wojenny. Podobnie jak książka, mówi o opowiadaniu, o narracji, o wpływie, jakie opowieści mają na rzeczywistość. O znaczeniu słów.

PS. Z ciekawostek, które - dziwne - nie przeciekły do naszej prasy: Jacqueline Durran, nominowana za kostiumy do Oscara, zamówiła mundury żołnierzy (potrzebowali 1000 szt.) w scenach z Dunkierki w... Polsce, o czym opowiada m.in tu (ok. 8 minuty filmu):

Tu zaś można przeczytać o tym, że fartuchy pielęgniarek zostały wykonane z polskich i czeskich prześcieradeł.
PS2. Bliźniacy Quincey mogą Wam kogoś (x 2) przypominać - na sali kinowej trochę chichotano... Ja też widziałam to podobieństwo :)
wtorek, 05 lutego 2008

Od jakiegoś czasu mam napisać o tej książce. Wypatrzyłam ostatni sfatygowany egzemplarz The Virago Book of Food. The Joy of Eating w American Bookstore w Arkadii, szukając prezentów mikołajkowych i świątecznych i od razu zaciągnęłam do księgarni M, pokazując mu palcem ww. tom. No i dziwnym trafem książka pojawiła się pończosze (chyba kiedyś pisałam, że zaadoptowałam anglosaski zwyczaj dawania prezentów w pończosze, ale na Mikołajki).

Gruby tom jest antologią o, jak nazwa wskazuje, o jedzeniu, jak na wydawnictwo Virago przystało, utworów pisanych wyłącznie przez kobiety. Mamy fragmenty listów, prozy, książek kucharskich czy poradników, rzadziej poezji, pisanych od 13 w. do czasów współczesnych. Wśród autorek są Emily Dickinson, Nigella Lawson, Jane Austen i jej matka, Cassandra, Colette, Angela Carter, Anna Frank i wiele innych. Żeby porządek został zachowany, książka została podzielona na części tematyczne, np. "Skromne porcje" (Meagre rations) czy "Pokarmy miłości" (The food of love). Czytamy o lekach i afrodyzjakach, o głodowaniu i obżarstwie, uczymy się, jak gotowano kiedyś, i jakie były zalecenia dla gospodyń domowych 300 i 50 lat temu, poznajemy zwyczaje związane z obchodzeniem świąt w różnych kulturach. Czytamy o daniach magicznych i o wspomnieniach z podróży związanych z jedzeniem - np. spisanych przez Mary Wordsworth, siostrę poety. Są fragmenty zabawne - np. scena podwieczorku z Fizi Pończoszanki Astrid Lingren, są także poruszające - jak swoista książka kucharska spisana przez więźniarki w Teresinie, składająca się z potraw, które wspominały w obozie. Czytamy o dzieciństwie - mocno do mnie przemówił fragment o dzieciach zajadających się renklodami podczas wakacji we Francji, autorstwa Rumer Godden (The Greengage Summer). Nie tylko Marcel Proust i nie tylko magdalenki z herbatą lipową stanowią świadectwo związków między zmysłami, tu - smaku - a pamięcią.

Od paru tygodni książka leży na moim stoliku nocnym. Co jakiś czas po nią sięgam, by kolejny raz się przekonać jak wiele uwagi poświęcano jedzeniu w literaturze, i pięknej i fachowej - od wieków. A właściwie, poświęcały - kobiety pisarki.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna