Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Święta

czwartek, 21 grudnia 2017

Dzisiaj odkryłam (ach, te wspomnienia „Tego dnia” na Facebooku), że blog kończy równo 10 lat. Nie będę truła, że „kiedy to minęło”, bo akurat przez tą dekadę całkiem sporo się w moim życiu zmieniło (z przeprowadzką z Warszawy na Mazury na czele), ale myśl, że przez ten czas blog mi towarzyszył, jest całkiem miła. Może i pisałam kiedyś więcej, ale za to (mam nadzieję ;) potem ilość przeszła w jakość. Są tu zapisy różnych wyjazdów, od Indii po Kanadę; można prześledzić ewolucję wypieków, od pierwszych niewydarzonych bochenków na zakwasie po takie całkiem wyględne, dobrze wyrośnięte i wypieczone. Są recenzje kulinarne i zdjęcia kotów (w tym Oscypka, za którym wciąż tęsknię). Jak napisałam te 10 lat temu, jest to blog o kuchni, ale nie tylko ;) - i obecnie jest to zapis całkiem sporego fragmentu mojego życia.


I wracając do kulinariów, skoro jest wpis, którego miało nie być: parę dni temu upiekłam, po raz pierwszy w życiu, babeczki z masą bakaliową vel mince pies. Jest to o tyle zabawne, że masę bakaliową (bdb pomysł na wykorzystanie nadmiaru owoców bogatych w pektyny) robiłam już wiele razy, tylko, że albo robiłam z niej dużą tartę, albo przekładałam nią piernik, albo wsadzałam ją do drożdżówek (ew. smarowałam ciasto francuskie dla idiotów). Nigdy jednak nie poszłam w małą formę, przy czym koniecznie zależało mi na gwiazdkach na wierzchu.

Jeśli posiadacie duży słój mincemeat (wspominam poniżej też o kupnej, bo w końcu Wyspy pełne rodaków ;), babeczki mogą być awaryjnym ciastem świątecznym, bo choć chyba najlepiej smakują na świeżo, lekko ciepłe lub letnie, można je podgrzać przed podaniem. Tu w ogóle użyłam eksperymentu pt. quincemeat, masy na bazie pigwowca, który wyszedł świetnie a niepotrzebnie martwiłam się, że nie zapisałam przepisu – oględziny Domestic goddess wykazały notatki ołówkiem na marginesie. Innymi słowy, w sezonie pigwowcowym, czyli przyszłą jesienią, możecie się spodziewać przepisu.

A więc te mince pies…

Składniki:

  • 500ml dobrej jakościowo mincemeat, kupnej lub domowej, np. jabłkowej lub z pigwowca, ew. patrz sugestia poniżej*
  • ulubione lekko słodkie ciasto kruche z 250g mąki (u mnie 250g mąki, 125g masła, szczypta soli, 40g drobnego cukru i kilka łyżek maślanki)
  • opcjonalnie: 2-3 łyżki pokruszonego marcepanu

Schłodzone ciasto rozwałkować cienko, ale nie przesadnie, wyciąć krążki (jak na pierogi) szklanką lub wykrawaczką, wyłożyć ciastem 16-18 foremek na małe tartaletki (u mnie najlepiej sprawdziły się zwykłe metalowe, niczym nie posmarowane). Schłodzić w lodówce na czas rozwałkowania pozostałego ciasta, by wyciąć gwiazdki na wierzch babeczek. Nałożyć do każdej tartaletki po ok. 2 łyżeczki (jak widać po zdjęciach, ja jej nie żałowałam...) masy bakaliowej, delikatnie posypać marcepanem, jeśli używacie i nakryć gwiazdką z kruchego ciasta. Piec ok. 20 minut w 200 st. C. (termoobieg) do lekkiego zezłocenia, studzić na kratce. Jeść najlepiej tego samego dnia, lekko ciepłe i posypane cukrem pudrem. Na drugi lub trzeci dzień po pieczeniu są oczywiście wciąż jadalne, ale ciasto lekko stwardnieje; najlepiej babeczki lekko podgrzać przed jedzeniem.

* I teraz wskazówka: co jeśli nie macie mincemeat? Użyjcie 500ml dobrych powideł (ew. brusznicy/żurawiny do mięs), zmieszanych z hojną garścią lub dwiema posiekanych bakalii, np. migdałów, rodzynek i skórki pomarańczowej, a całość lekko skropcie amaretto lub brandy. Żurawinę warto lekko dosłodzić brązowym cukrem. Warstwę powideł posypać, jak powyżej, pokruszonym marcepanem.


A swoją drogą ciekawa jestem, u ilu osób zagoszczą na stole śledzie grzybowe, które zwłaszcza dzisiaj cieszą się ogromnym powodzeniem na blogu ;). Wesołych - albo przynajmniej spokojnych - Świąt.

środa, 13 grudnia 2017

Kochani czytelnicy bloga, niektórzy z Was pracowicie zaglądają do kategorii świątecznej, patrząc na przepis na Christmas cake (który już powinien od dawna leżakować), lepki piernik (który jeszcze zdążycie zrobić) czy śledzie. Niestety, w tym roku nie będzie więcej przepisów spod znaku dzyń dzyń dzyń, podobnie jak prawie nie mamy dekoracji tematycznych w domu, bo na nastroju świątecznym raczej nam zbywa. It was always going to be a totally shit time, cytując klasykę.

A jednak mam coś tematycznego, pisanego od jakiegoś czasu: książkowy prezentownik, czyli coś, co pojawia się na blogach często, a u mnie jeszcze nigdy nie było. Tak się złożyło, że niedawno nabyłam cztery książki kulinarne, które bardzo dobrze pasują na prezenty. Skoro do Wigilii jeszcze ponad tydzień, na pewno nie wszyscy je już przygotowali.

Dla tych, co lubią ładne rzeczy: Trufla. Same dobre rzeczy. 

Jeśli jesteście fanami bloga Patrycji Doleckiej zwanej Truflą a na Instagramie śledzicie jej zdjęcia z targów, ogrodu po deszczu czy miny jamnika, to jest coś dla Was. Jeśli jej nie znacie a lubicie ładne zdjęcia (w dużej liczbie!), to też jest to coś dla Was, bo ta książka to (w moim odczuciu) przede wszystkim piękny album, fotograficzna historia codziennego życia, zazwyczaj spędzanego w towarzystwie dziadków autorki. Jest to także, oczywiście, książka kucharska. Przepisy są proste, listy składników krótkie (szkoda jednak, że nie ma indeksu). Znajdziecie tam dania, które często goszczą na zdjęciach Patrycji w internecie – pasta jajeczna, domowy makaron czy pieczona kaczka (ale nie ma chleba, choć go piecze co tydzień); sporo podobnych rzeczy przyrządzam w domu, choć przyznaję, że zupełnie nie kieruję się regułami kuchni wschodu, więc składniki nie zawsze są identyczne ;). Na liście do zrobienia jest fasola z dodatkiem ciemnej czekolady i soba z pieczarkami oraz nori.

Dla tych, którzy chcą wprawić się w świąteczny lub zimowy (niekoniecznie radosny) nastrój: The Christmas Chronicles

Czy trzeba reklamować Nigela Slatera? Jeśli mieliście w ręku choć jedną jego książkę, wiecie, że dania preferuje proste, o krótkiej liście składników, ale często efektowne (i szczerze mówiąc, chyba nigdy na niczym się nie nacięłam – w najgorszym razie było przyzwoicie, a pewnie wykorzystałam co najmniej 30 przepisów). Natomiast jest jeszcze Slatera twórczość niekulinarna: autobiograficzna powieść Toast była wydana po polsku, w telewizji leciał także film; tomy z serii Kitchen Diaries (do których należy część świąteczna) zawierają co najmniej tyle samo treści niespożywczej, co przepisów. Styl ma nieco specyficzny: czasem zachwyca, czasem jest, w moim odczuciu, na granicy poetyckości a pretensjonalności. Z tego ostatniego powodu nie jestem w stanie go słuchać ;). Tak czy inaczej, trudno nazwać jego twórczość wesołą: nad Toast płakałam niejeden raz, opisy ogrodu w Tender też są często melancholijne. W związku z tym trochę się zdziwiłam, gdy na Amazonie przeczytałam parę negatywnych recenzji tej najnowszej, bożonarodzeniowej książki, które zarzucają jej niepotrzebną mroczność i epatowanie śmiercią w tym radosnym czasie; chodziło o wzmianki (jedna jest na chyba 2 stronie, widocznej na podglądzie w sklepie) na temat brytyjskiej zimy stulecia z czasów dzieciństwa autora, kiedy zamarzali bezdomni oraz zwierzęta gospodarcze. Szczerze mówiąc, wystarczy otworzyć pierwszy z brzegu portal informacyjny, żeby na pierwszy rzut oka zobaczyć 10 bardziej przygnębiających nagłówków… a uwagi Nigela są uzasadnione, bo są częścią szerszych rozważań na temat przyrody, piękna zimy, ale i jej okrucieństwa; można dodać, że zwłaszcza w kraju, który jest przyzwyczajony do łagodniejszej aury (uwaga bardzo na czasie, zważywszy na opady śniegu aktualnie paraliżujące Wielką Brytanię, jeśli wierzyć mediom :). Poza uwagami na temat pogody, jest sporo wspomnień z dzieciństwa (gorzko-słodkich, jak w Toast), trochę historii, opowieści na temat tradycyjnych potraw świątecznych, nie tylko brytyjskich, oraz przewodnik po świątecznych jarmarkach w Niemczech i Austrii. Łatwo czytelnikowi także wyobrazić sobie codzienne życie autora w starym londyńskim domu pełnym przeciągów (którego fragmenty można obejrzeć TU). Bardzo przyjemnie czyta się ten świąteczny dziennik dzień po dniu (zaczyna się w listopadzie), w miarę upływającego adwentu. Kulinarnie na razie zrobiłam pieczoną kapustę z sosem serowo-beszamelowym.


Dla miłośników retro w nowej odsłonie: Retro kuchnia

Anię Truskawkową też każdy zna – Strawberries from Poland to jeden z najstarszych polskich blogów kulinarnych, sama pamiętam też Anię z czasów Galerii Potraw. Poprzednią jej książkę, wspomnienia okraszone przepisami, też kupiłam; na najnowszą czekałam niecierpliwie ze względu na temat, który mnie interesuje (w szerszym zakresie, niż tylko kulinaria ;). Zaskoczeniem był gabaryt książki – to całkiem gruby tom, a i przepisów w związku z tym jest sporo. Podzielone są na klasyczne kategorie tematyczne: zupy, dania mięsne, rybne czy warzywne, są też osobno wydzielone jaja, leguminy oraz różne napoje. Sekcje rozpoczynają szkice historyczne. Każdy przepis zawiera oryginalne danie (wraz z autentyczną pisownią oraz zapomnianymi nazwami) oraz dzisiejszą interpretację autorki; czasem dość wierną, czasem luźną inspirację, warto jednak podkreślić, że nie są to bezpośrednie realizacje starych receptur. Niestety, znów brakuje mi indeksu. Są za to oczywiście zdjęcia, po jednym do każdego przepisu, i tak w oko wpadły mi pstrągi marynowane (ale chyba najładniejszym ujęciem pozostaje dla mnie to z kaczką z kaparami – ja bym je dała na okładkę ;). Może wreszcie się teraz zmobilizuję do zrobienia ulubionej sztuki mięs…

Dla osób towarzyskich: Round to ours 

Książkę duetu Jackson & Levine kupiłam właściwie z rozpędu – włożyłam ją na listę życzeń, bo ktoś polecał, a potem przypadkiem zobaczyłam promocję cenową i bdb recenzje w sklepie. To kolejna pozycja dla miłośników ładnych zdjęć, albo książka kulinarna jak album fotografii – z zastrzeżeniem, że przepadacie za ujęciami nieporządnych, hipsterskich kuchni, miejskiego ogrodu ozdobionego lampkami, wzorzystych tapet a la William Morris oraz zwiewnych sukienek z haftem na skądinąd atrakcyjnych autorkach ;). Jedzenie też bywa fotografowane. Panie specjalizują się w różnego typu przyjęciach, jako prowadzące tzw. supper club, i o tym jest książka: ponad 20 scenariuszy/menu różnego typu imprez, każda o innym motywie (hiszpańska uczta, śniadanie na kacu, piknik w drodze, wieczór filmowy, itd.). Jest też opcja menu zimowego oraz na drugi dzień Bożego Narodzenia. Poza przepisami są wskazówki nt. dekoracji stołu czy muzyki (co bdb rozumiem, bo w czasach, gdy prawie co tydzień mieliśmy gości, miałam kilka folderów ze stałymi hitami). Ciekawa jestem, jak wielu czytelników nie zapragnie zaraz, natychmiast zaprosić do siebie parę osób. Jeśli chodzi o same przepisy, nie czuję się na razie bardzo zmotywowana do przyrządzenia jakiegoś dania (bo najbardziej mnie ciągną potrawy letnie lub wiosenne, typu gratin z bakłażana, choć drinki całoroczne ;) też wyglądają nieźle), ale z przyjemnością oglądam zdjęcia.

I jak, znaleźliście coś dla siebie?

poniedziałek, 19 grudnia 2016



Jak Wasze przygotowania świąteczne? U mnie nastąpił pewien obsuw, związany m.in. z innymi obowiązkami i w związku z tym pierniczki skończyłam piec dopiero dzisiaj - choć zaczęłam jakieś 2 tygodnie temu, a część jednej z pierwszych partii została wykorzystana do dania, które mnie od dawna intrygowało, tj. śledzi piernikowych. Pomysł wydaje się całkiem logiczny, skoro do przetworów rybnych często dodaje się przyprawy korzenne, a pierniki bez dodatków typu polewa/lukier są tylko lekko słodkie, za to często pikantne... choć efekt końcowy mnie jednak zaskoczył. W skrócie, to dla mnie raczej śledzie korzenne w sosie o nietypowej konsystencji (która nie każdemu będzie odpowiadać, o czym niżej). Jeśli nie macie własnego surowca (np. z ciasta na piernik staropolski), dobrze się nadadzą cienkie, mocno imbirowe pierniczki typu szwedzkie pepperkakor. Skorzystałam z przepisu Tosi z Burczy mi w brzuchu, z drobnymi poprawkami (choćby taką, że oczywiście, jak to ja, nie moczyłam śledzi, zmniejszyłam też liczbę goździków).

Składniki:

  • 4 filety śledziowe typu matjas (400g)*
  • 2 duże czerwone cebule
  • łyżka masła lub mieszanka masła i oliwy
  • łyżka miodu
  • łyżka octu balsamicznego
  • 50g pierników jw., bez lukru, polewy, dodatkowych ozdób itd.
  • łyżeczka musztardy
  • łyżka miodu
  • sok z 1 cytryny
  • 4 łyżki (1/4 szkl.) oliwy
  • 2-3 liście laurowe
  • 1/2 łyżeczki ziela angielskiego (całe ziarna)
  • 1/4 łyżeczki pieprzu ziarnistego
  • 2 goździki

* Jak pisałam we wstępie i wielu innych miejscach, u mnie niemoczone, jak zawsze. Jeśli ktoś jednak zawsze to robi, może wymoczyć - choć najpierw sprawdziłabym, czy śledzie faktycznie są takie słone i tego wymagają, bo w przepisie nie ma w ogóle soli (poza szczyptą dodaną do cebuli).

Cebulę obrać, pokroić w pióra, dodać szczyptę soli i zeszklić na maśle/maśle i oleju. Dodać miód, ocet, karmelizować kilka minut. Wystudzić.

Pierniczki utłuc na proszek np. w moździerzu. Wymieszać musztardę z sokiem z cytryny, miodem i oliwą na sos, dodać utłuczone pierniki. Śledzie pokroić na ok. 2 cm kawałki. W dużym słoju (co najmniej 500ml) układać na przemian śledzie, sos piernikowy, liście laurowe i przyprawy korzenne. Odstawić do lodówki na co najmniej dobę przed jedzeniem (próbowałam świeżo przyrządzonych i smakowały gorzej niż następnego dnia, więc nie warto się spieszyć).

Na czym polega zaskoczenie? Po pierwsze, że potrawa jest - moim zdaniem przynajmniej - całkiem estetyczna ;), więc nadaje się do podania gościom. Po drugie, sądziłam, że różne rzeczy mogą M w niej przeszkadzać, ale nie spodziewałam się, że zareaguje negatywnie na proszkową strukturę utłuczonych pierniczków. Faktem jest, że sos dzięki nim jest "piaskowy", co mnie osobiście nie przeszkadza, ale nie jest typowe. Ja raczej się zastanawiam, czy w przypadku powtórki zostawiłabym całe przyprawy korzenne, czy też zastąpiłabym je mielonymi (bardziej przyjaznymi konsumentowi w przypadku gęstego sosu). Po trzecie, sądziłam, że smak wywrze na mnie mocniejsze wrażenie: negatywne lub pozytywne, tymczasem moje odczucia są bardziej letnie... Co nie zmienia faktu, że uważam, że przynajmniej raz warto tego połączenia spróbować. Czy będą powtórki, mimo braku zachwytu - nie da się tego wykluczyć, zwłaszcza w wersji udoskonalonej ;).

PS. A to wszystko w ramach Festiwalu Pierniczków, patrz banner ^^.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 06 listopada 2016

Wiecie, co oznacza „listopad – liść opadł?”. Poza dżdżystą pogodą i zwiędłymi liśćmi, listopad = czas na przygotowanie dojrzewających wypieków świątecznych! Po pierwsze, wiadomo, piernik staropolski (czy też pierniczki). Swoje ciasto planuję zagnieść jeszcze w ten weekend. Po drugie, okolice ostatniego listopadowej niedzieli: brytyjskie ciasto świąteczne. Po trzecie…

… pudding. Czy może być coś bardziej klasycznego? Herkules Poirot i zagadka świątecznego puddingu; we wish you a merry Christmas and [bla bla bla] figgy pudding; dział spożywczy Marks and Spencer na kilka tygodni przed Świętami, jak nie wcześniej, wreszcie niezliczone zdjęcia i filmy, na których występuje brązowa kopułka z ostrokrzewem, czasem i gorejąca ;). A więc, czas na wyznania: tak, rok temu – dokładnie 1 listopada - zrobiłam pudding świąteczny, który został (częściowo) zjedzony 25 grudnia 2015. I był on dobry, zwłaszcza w towarzystwie masełka migdałowego (brandy butter/hard sauce). W tym roku nie planuję replayu, ale nie wykluczam go na przyszłość, a przepis – moim zdaniem – jest wart zapamiętania, m.in. ze względu na skład przyjazny Polakom (i wegetarianom), tj. bez łoju*. Szczerze mówiąc suet na pierwszym lub drugim miejscu listy składników był powodem, dla którego nigdy wcześniej nie zrobiłam puddingu, bo prawie co rok brałam z półki np. Domestic goddess rozważając ten kulinarny debiut. Oczywiście, gdybym się postarała, mogłabym poprosić znajomą w UK i w tydzień później miałabym paczkę tłuszczu wołowego. Gdy jednak się zmobilizowałam bardziej, szukałam po prostu zamienników i tak trafiłam na przepis z… mrożonym masłem. Tak, jasne, jest to nietradycyjne. Jednak zaręczam, że pudding wychodzi bardzo smaczny. Mojemu Tacie – który woli wilgotne ciasta/desery, jeśli już ma je jeść, a najlepiej, żeby składały się głównie z owoców – np. smakował bardziej niż wypiekane przeze mnie co rok ciasto świąteczne. Plusem, w moim odczuciu, jest możliwość jeszcze wcześniejszego przygotowania, niż w przypadku Xmas cake (choć nie wiem, czy bym ryzykowała z rocznym wyprzedzeniem, jak zaleca Good Food…). 5 godzin gotowania brzmi przerażająco, ale jeśli jesteście i tak w domu, jest to zerowy wysiłek, trzeba tylko zaglądać co np. godzinę do garnka, czy wciąż jest w nim woda. Masełko migdałowe, na które podaję (za Nigellą) przepis poniżej, nie jest obowiązkowe, ale dzięki temu klasycznemu dodatkowi - w moim odczuciu – deser mocno zyskuje. No i umówmy się: alkohol, masło, migdały… Może nie samo zdrowie, ale niewiele osób na diecie powie „nie, dziękuję” ;). Można też podać pudding z sosem waniliowym, lodami, lekko posłodzonym mascarpone lub śmietan(k)ą.

A więc: oto wersja z moimi modyfikacjami (z ½ składników).

Składniki (dla ok. 6 osób):

  • 262g mieszanki rodzynek/sułtanek i koryntek
  • 70g suszonych wiśni
  • 25g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 25g blanszowanych migdałów, z grubsza posiekanych (u mnie w płatkach)
  • skórka z ½ pomarańczy i ½ cytryny
  • ½ średniej marchewki (można też użyć niewielkiego kawałka dyni), drobno startej
  • 75ml brandy (ew. ciemnego rumu)
  • 25ml Cointreau/Grand Marnier
  • 85g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 85g bułki tartej
  • 63g mąki ze spulchniaczami (lub 63g zwykłej pszennej + hojna szczypta sody & jw. proszku do pieczenia)
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika lub innej mieszanki korzennej (bez cukru)
  • ¼ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 85g zamrożonego masła
  • 2 duże jaja

Dzień przed gotowaniem puddingu wymieszać w dużej misce bakalie, skórki starte z cytrusów i marchewkę z alkoholem x 2. Przykryć i odstawić na noc.

Następnego dnia wymieszać suche składniki, dodać do namoczonych bakalii. Szybko zetrzeć dobrze zmrożone masło (można ew. na odwrót – zamrozić starte masło), dodać do masy, wmieszać jaja. Tradycja każe ukryć w surowym cieście jeszcze oczyszczoną monetę funtową (przynosi szczęście znalazcy) i poprosić wszystkich domowników o zamieszanie masy (przy czym po cichu każdy powinien pomyśleć życzenie). Dobrze wymieszany pudding należy przełożyć do ok. 0,75-1l naczynia: natłuszczonego, z dnem wyłożonym kawałkiem pergaminu do pieczenia, żaroodpornego (do przynajmniej 100 st. C) i najlepiej posiadającego pokrywkę (jeśli nie, należy ją stworzyć przy pomocy np. ściereczki, dodatkowego papieru i sznurka). Użyłam plastikowego pojemnika z Ikei spełniającego te warunki, dzięki czemu jednak mój pudding miał nietypowy pionowy kształt ;). Masę należy w misce/pojemniku dokładnie ubić a na powierzchni najlepiej zrobić lekki dołek, następnie na wierzch nałożyć kawałek papieru do pieczenia. Ponieważ, jak pisałam wyżej,mój pojemnik ma szczelną pokrywkę, nałożyłam ją na papier jw. i nie zabezpieczałam bardziej sznurkiem, folią itd. Przygotować duży, wysoki garnek, na dno wsadzić spodek lub talerzyk odwrócony do górny dnem. Włożyć pudding do środka, postawić na spodku, napełnić garnek wodą do ½ wysokości naczynia z puddingiem. Zagotować wodę, skręcić i gotować deser świąteczny na parze przez ok. 5h. Sprawdzać co ok. godzinę, czy woda zanadto nie odparowała, ew. uzupełnić. Po upływie czasu gotowania wystudzić dokładnie pudding, następnie umieścić w suchym i chłodnym miejscu, typu spiżarnia. Swojego nie wyjmowałam z naczynia, tylko wymieniłam pergamin z wierzchu. Podczas okresu leżakowania można pudding co jakiś czas podlać brandy.

24/25 grudnia lub wtedy, gdy chcecie zjeść pudding należy go jeszcze raz podgrzać na parze przez ok. 45-60 minut (gościnnie korzystałam z parownika i siedział tam przez godzinę). Tradycja nakazuje wierzch udekorować ostrokrzewem, podlać brandy (tak, znowu) i podpalić, jednak zupełnie nie pamiętam, czy to rok temu zrobiliśmy. Tak czy inaczej, podawać na ciepło, z masłem migdałowym (patrz dalej) lub innymi dodatkami zasugerowanymi we wstępie.

Masło migdałowe:

  • 75g miękkiego masła
  • 110g cukru pudru
  • 25g mielonych migdałów
  • 1,5 łyżki brandy (lub do smaku; można ew. użyć ciemnego rumu)

Rozetrzeć masło, aż będzie gładkie, utrzeć na puszystą masę z przesianym cukrem. Dodać mielone migdały, jeszcze chwilę ucierać, na koniec wlać brandy. Przygotować masło tuż przed podaniem, jeśli – jak ja – musicie z wyprzedzeniem, przechowajcie w lodówce i doprowadźcie do temperatury pokojowej przed podaniem; można je wtedy jeszcze raz lekko roztrzepać (choć faktem jest, że na ciepłym puddingu nie ma większego znaczenia, czy jest zupełnie zimne, czy tylko trochę – i tak się rozpuści ;).

Uff! Zmęczyliście się? A Święta dopiero nadchodzą ;).

PS. Skoro Anita zapewniła mnie, że migdały to orzechy, podczepiam całość pod tegoroczny Orzechowy Tydzień.

* O którym zawsze sobie myślę jako o „wrogu Sipajów” w kontekście XIX w. powstania.

Zapisz

Zapisz

środa, 23 grudnia 2015

To żadna tajemnica, że w ramach wprawiania się w świąteczny nastrój lubię oglądać inspirujące obrazki okolicznościowe na Pinterest (część zbieram na swojej tablicy). Tak szukałam pomysłów na kalendarz adwentowy i znalazłam pomysł na masę ze skrobi i sody, z której zrobiłam dekoracje na choinkę (patrz niżej). Można powiedzieć, że się w tym roku rozwijam w temacie świątecznego ZPT: poza zawieszkami zrobiłam 1,5 wieńca z gałązek (jeden na spółkę z M) i stroik na stół ;). 

Któregoś dnia zobaczyłam zdjęcia „krok po kroku” pt. Jak zrobić wieniec chlebowy. Pomysł mi się bardzo spodobał, nie chciałam jednak upiec ot, jakiegoś tam pieczywa. Zależało mi na powtórzeniu smaków wigilijnych. Po odrzuceniu kapusty i buraków zostały grzyby i cebula ;). Bazą było najprostsze chlebowe ciasto drożdżowe, z którego co jakiś czas piekę bułki mniejsze lub większe.


Składniki:

  • ¾ szklanki suszonych grzybów
  • 1 średnia cebula
  • łyżka oleju
  • 500g mąki chlebowej, pszennej lub orkiszowej (można dodać ok. 50-75g razowej)
  • 15g świeżych drożdży
  • ok. 200ml wody
  • 100ml płynu z moczenia grzybów
  • 1,5 łyżeczki soli

Grzyby zalać letnią wodą (tyle, by całkowicie je przykryć), odstawić na co najmniej 2h, odcedzić, zachowując płyn, następnie drobno posiekać. Cebulę drobno posiekać, zeszklić na oleju, odstawić. Wymieszać mąkę z pokruszonymi drożdżami, dodać płyn, w tym wodę z moczenia grzybów (ew. nadmiar, po odlaniu 100ml, zostawić - przyda się do zupy, potrawki itd.), całość z grubsza wymieszać i krótko wyrobić. Przykryć i odstawić na ok. 10 minut. Dodać grzyby, cebulę i sól, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto. Powinno pozostać miękkie, minimalnie lepkie; gdyby było suche, dodać odrobinę więcej płynu. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce, do podwojenia objętości (ok. 1 h), po tym czasie uformować bułki/bułeczki lub słynny wieniec/wieńce. W tym celu wziąć większą kulę ciasta (u mnie to była ½ całości), zrobić w środku otwór i całość rozciągnąć na wielkiego bajgla, umieścić na pergaminie lub macie do pieczenia. Alternatywnie można uformować długi wałek i skleić końce, choć po upieczeniu może być widać miejsce złączenia. Przykryć folią i odstawić do napuszenia (ok. 30-40 minut). Przed samym pieczeniem uzbroić się w nożyczki (użyłam kuchennych do rozbierania drobiu) i naciąć głęboko ciasto w odstępach ok. 5cm (polecam zajrzenie do linku, jak to zrobić). Piec na kamieniu (zsunąć wieniec razem z pergaminem), z parą, przez ok. 22-25 minut.

Nacięcia przydają się do dzielenia się wieńcem – łatwo rwać kawałki wielkości bułeczek. Ponieważ jednak z drugiej połowy ciasta zrobiłam swoją drogą bułki (większe, niż te oderwane z wieńca), uznałam, że to świetna okazja, by odtworzyć wspomnienia ze spacerów po warszawskiej Starówce. Nie wiem, jak Wy, ale z dzieciństwa pamiętam, że żadna taka wycieczka (słowo na miejscu, bo nawet jako warszawianka długo mieszkałam na peryferiach miasta, a metra wtedy nie było ;) nie mogła się obyć bez konsumpcji bułki z pieczarkami, którą ceniłam bardziej niż zwykłe zapiekanki, bo je można było kupić wszędzie. Najbardziej mnie fascynowało jak pochmurne ekspedientki sprawnie wydrążały pieczywo na szpikulcach, a potem nabierały chochlą sos, który wlewały do powstałego w bułce otworu. Nawet nie wiem, czy ta atrakcja gastronomiczna wciąż istnieje…?


Zważywszy na to, że sos do oryginalnych bułek ze Starówki podgrzewał się cały dzień (albo dłużej…), moja wersja jest błyskawiczna. Została zjedzona równie szybko ;).

Składniki (2 bułki):

  • 1 mała cebula
  • olej
  • hojna garść pieczarek, pokrojonych w plasterki
  • 2 grzyby suszone
  • sól, pieprz
  • kopiasta łyżka śmietany
  • 2 bułki (z przepisu powyżej lub dowolne wielkości kajzerek, wydrążone)

Cebulę zeszklić na oleju, dodać pieczarki i wkruszyć grzyby. Całość oprószyć solą i pieprzem, dusić pod przykryciem, aż pieczarki zmiękną; podlać lekko wodą, jeśli będzie to konieczne. W międzyczasie wydrążyć bułki – użyłam do tego celu peanu medycznego i ponownie nożyczek do dzielenia drobiu ;). Uduszone pieczarki zabielić śmietaną, najlepiej wcześniej zahartowaną odrobiną sosu, i delikatnie podgrzać jeszcze kilka minut, następnie sprawdzić doprawienie. Farszem dokładnie nadziać wydrążone bułki. Jeść najlepiej po spacerze na mrozie (wiem, że obecnie nierealne, ale na Mazurach trochę ponad tydzień temu była zimowa pogoda)!

Wracając do tematu ozdób świątecznych, niekoniecznie spożywczych i wspomnianej masie skrobiowej: rzecz jest wyjątkowo prosta, jak to ujęto np. na tym blogu. Trzeba wymieszać w rondlu szklankę sody z ½ szklanki skrobi (kukurydzianej lub ziemniaczanej) i ¾ szklanki wody i podgrzewać do uzyskania czegoś a la gęste i gładkie puree ziemniaczane. Po lekkim wystudzeniu masy wałkować (można wałkiem grawerowanym) na ok. 5-6mm (cieńsze będą się łamać), wycinać dowolne kształty, które następnie należy wysuszyć przez ok. 1h w 70-75 st. C (termoobieg). Jeśli chcecie je zawiesić na choince, trzeba wcześniej zrobić dziurki (np. patyczkiem do szaszłyków). Wystudzone, „ceramiczne” ozdoby można dodatkowo pomalować, obkleić, itd. U mnie, jak widać, znowu Muminki ;).



Skoro już podzieliłam się już i ozdobami, i pieczywem… to chyba czas pożyczyć wszystkiego dobrego z okazji Świąt. Takich z uśmiechem, spokojem, bez niepotrzebnego pośpiechu, nerwów czy kłótni, co pewnie oznacza, że z programu telewizyjnego najlepiej wybrać tylko kino rodzinne, a w internecie ostrożnie wybierać strony... Najlepiej pewnie po prostu pójść na spacer ;). Co rok sobie obiecuję choć kilkudniowy detoks internetowy: może tym razem? Albo może chociaż kilka dni bez mediów społecznościowych ;)?

PS. Spóźnialskim przypominam, że świąteczne dania na blogu znajdziecie TU.

piątek, 18 grudnia 2015

Nigdy jeszcze nie marynowałam sama śledzi. Rzadko też je jem, wybierając raczej warianty w oleju/sosie (choć limonkowe właśnie na bazie marynowanych mnie przyjemnie zaskoczyły). Przepis na inlagd sill zobaczyłam jeszcze w listopadzie u Madame Edith, potem mignął mi na blogu Ani Truskawkowej. Przyznaję, że to co mi się w nich najbardziej spodobało (poza błyskawicznym przygotowaniem), to robienie z wyprzedzeniem, w myśl z zasady, że im dłużej (w granicach rozsądku) poleżą, tym są lepsze. O tym, że lubię takie świąteczne przepisy, najlepiej świadczy spiżarnia (obecnie wypchana wypiekami dojrzewającymi).

Co do tego "im dłużej, tym lepiej" - Edyta pisała, że dla niej minimum to 6 tygodni, choć wg Ani należy po maksymalnie 4 tygodniach śledzie zjeść. Podobny przepis znalazłam u Signe Johansen (Scandilicious), która przyjmuje takie widełki czasowe: "jeść najwcześniej po 5 dniach, przechowywać do 2 miesięcy" - i ten wariant najbardziej mi pasuje, bo choć owszem, pierwszy słoik śledzi ruszyłam po 3 dniach, to ostatnie 2 łyżki, które zjadłam po 12 dniach, były jednak trochę lepsze. Nie zmienia to faktu, że jeśli - jak ja dziś wieczorem ;) - najpóźniej jutro nastawicie śledzie, na Wigilię lub Święta będą jak najbardziej jadalne, a jeśli jakieś zachowają się do Sylwestra, będą jeszcze lepsze...

Mój przepis bazuje głównie na tym Aninym, choć od Madame Edith wzięłam goździk ;). Cukru u mnie trochę więcej, bo niechcący sypnęło się tyle do rondla - ale smakowo pasowało, więc zostawiłam bez zmian. Planuję także przy replayu nieortodoksyjnie dodać mały plaster buraka - by uzyskać bardziej różowy kolor.

Składniki (na ok. 1 litr):

  • 500g matjasów/śledzi a la matjas
  • 150ml octu 10%
  • 150ml wody
  • 125g cukru
  • łyżeczka ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki pieprzu w ziarnach
  • 2 liście laurowe
  • 1 goździk
  • 1 mała marchewka, pokrojona w plasterki
  • 1 czerwona cebula, pokrojona w pióra
  • opcjonalnie: 1 mały plaster buraka

Śledzie opłukać i (krótko) namoczyć (jeśli to robicie, ja jak moja Mama, z zasady nigdy nie w przypadku takich filetów, więc poprzestałam na opłukaniu), pokroić na 2-3cm plastry. Wszystkie pozostałe składniki umieścić w rondlu i zagotować, odstawić do dokładnego wystudzenia. W słoju np. litrowym umieścić ok. 2 łyżek śledzia, zalać marynatą, i czynność powtarzać aż do zużycia składników/zapełnienia słoja. Odstawić do lodówki na co najmniej 5 dni.

Uwaga: podając śledzie nie wzgardźcie marchewką z marynaty! W moim odczuciu może nie aż tak smaczna, jak śledź, ale z pewnością warta zjedzenia.

niedziela, 13 grudnia 2015

W tym roku po raz pierwszy nie było Pierniczki Party (o którym pierwszy raz pisałam w 2008). Wierzę, że kiedyś jeszcze do „towarzyskiego pierniczkowania” wrócimy, jeśli okoliczności będą sprzyjające ;). Tymczasem zapas ciasta na piernik staropolski systematycznie maleje, bo piekę z niego na raty, i cały czas się waham, czy robić także „duży” piernik, czy nie.

Z jakiegoś powodu zafiksowałam się w tym roku na wariant z nadzieniem. Poza napchaniem serc z ciasta staropolskiego powidłami oraz dżemem z renklody, zrobiłam także nadziewane Lebkuchen z przepisu Tante Herthy. Powiem szczerze, że w porównaniu z klasycznymi piernikami to są raczej ciasteczka korzenne ;). Nadzienia została mi… połowa, choć nakładałam tyle, ile nakazano w przepisie a ciasto rozwałkowałam chyba trochę cieniej, bo wyszło mi o 6 sztuk więcej. Po degustacji okazało się, że warto jeszcze dodać trochę cytrynowego lukru lub polewy czekoladowej, bo „łyse” Lebkuchen są, w moim odczuciu, trochę mdłe. Dekoracja spełniła oczekiwania, jeśli chodzi o podkręcenie smaku, i ciasteczek w puszce systematycznie ubywa…


Uwaga: podaję nadzienie w proporcjach od razu zmniejszonych o ½.

Składniki:

Ciasto:

  • 90ml miodu
  • 60g drobnego cukru
  • 40g masła
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • 3-4 goździki
  • hojna szczypta gałki muszkatołowej
  • 250g mąki
  • ½ łeczki proszku do pieczenia
  • 1 duże jajo

Nadzienie:

  • 30g mielonych orzechów (u mnie włoskie)
  • 30g cukru pudru
  • 15g skórki pomarańczowej
  • 1 małe jajo lub ½ dużego (wcześniej roztrzepanego)
  • jajo lub białko do glazury (opcjonalnie)
  • migdały lub orzechy do dekoracji

Polewa czekoladowa (opcjonalnie)*:

  • 75g dobrej ciemnej czekolady lub kuwertury (ok. 70% kakao)
  • 75g śmietanki kremówki
  • ½ łyżeczki masła
  • kropla ekstraktu z wanilii

Ciasto: stopić miód, masło i cukier na małym ogniu, przestudzić. Goździki utłuc, gałkę zetrzeć, wymieszać z pozostałymi suchymi składnikami. Dodać jajo i mieszankę miodu z masłem, wyrobić gładkie ciasto. Schłodzić w lodówce przez noc (lub co najmniej 8h).

Przygotować nadzienie: zmielić orzechy razem z cukrem pudrem, wymieszać z jajem i skórką. Ciasto rozwałkować na 5mm lub cieniej (u mnie), wycinać niewielkie serca lub podobne kształty (w oryginale: krążki o średnicy 6cm), nakładać na co drugi piernik ½ łyżeczki nadzienia, przykryć takim samym kształtem, skleić przyklepując lekko brzegi. Lebkuchen do polewy piec od razu, pozostałe posmarować rozkłóconym jajem i udekorować np. migdałami. Piec ok. 20 minut w 180 st. C (termoobieg). Dalsze dekoracje nakładać na wystudzone ciasteczka – w przypadku polewy stopić wszystkie składniki na małym ogniu i od razu nakładać np. łyżeczką, dodając znowu migdały lub orzechy dla ozdoby. Lukru można użyć dowolnego – ja roztarłam ok. szklanki cukru pudru z niewielką ilością soku z cytryny na gęstą pastę, żeby zrobić widoczne na zdjęciach ramki.

* Polewy użyłam do posmarowania ok. 15-16 Lebkuchen (tych, których nie ozdabiałam lukrem), reszta posłużyła do dekoracji nadziewanych staropolskich z powidłami.

Uwaga: użyta przeze mnie polewa (pochodząca zresztą z Nigellowej Domestic Goddess) jest bardzo smaczna, o posmaku czekolady deserowej, ale pozostaje lekko miękka. Z tego powodu pierniczki warto przechowywać w temperaturze choć odrobinę niższej od pokojowej (swoje umieściłam w chłodnej spiżarni), albo przynajmniej z dala od źródeł ciepła. Alternatywnie można użyć polewy z tego ciasta, która mocniej zastyga, ale jest bardziej wytrawna w smaku.

A to wszystko dlatego, że trwają (Korzennego ostatni dzień!):

 oraz 

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wprowadzona przeze mnie do rodziny tradycja jedzenia paschy na Wielkanoc się przyjęła. Ba, słyszałam nawet kiedyś żartobliwe narzekania, czemu deseru nie ma na stole w Boże Narodzenie (albo i bez okazji). Nie szukałam innych przepisów, m.in. dlatego, że wśród jedzących często były kobiety ciężarne lub karmiące, więc pascha bez surowych jaj była bardzo na miejscu.

Niedawno jednak dostałam od mamy znajomej, którą nazwę tutaj panią R., przepis na "paschę babci Tekli". Rozumiecie sami, że musiałam ją zrobić ;). Różnica między przepisami polega na dodatku w jednym wariancie żółtek jaj, ale nie surowych - ugotowanych na twardo, a w drugim - miodu i śmietany. Cała reszta jest całkiem podobna. Podejrzewam w związku z tym, że w przyszłości będę korzystać z receptur na zmianę ;).

Warto dodać, że pascha to deser a/wyjątkowo prosty i mało pracochłonny, b/nie wymaga pieczenia ani zdolności kulinarnych, c/jest smaczny i efektowny. Czego chcieć więcej?

Uwaga, pani R. zapisała mi proporcje na ogromną ilość paschy (z 1,25kg sera). Ja zrobiłam z 1/3 składników, co daje ok. 8 porcji, i taką wersję podaję. Ponieważ deser wyszedł także moim zdaniem za słodki, uwzględniłam poniżej redukcję cukru.

Składniki:

  • 415g twarogu (tłustego lub półtłustego)
  • 2 żółtka jaj ugotowanych na twardo
  • 160g masła
  • 100g cukru pudru (bez dodatków) lub cukru drobnego LUB 50g płynnego miodu i 50g cukru jw.
  • szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • garść rodzynek/suszonej żurawiny/mieszanki owoców suszonych
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej

Ugotowane żółtka jaj utrzeć z cukrem (białka zjeść solo lub np. dodać do pasty śniadaniowej) a następnie z masłem. Osobno rozetrzeć lub zmielić (jeśli ktoś musi...) twaróg, dodawać stopniowo do masy maślanej, przy cały czas pracującym mikserze. Na koniec wmieszać delikatnie (już łyżką) wanilię i bakalie. Miseczkę lub foremkę wyłożyć podwójnie złożoną gazą lub ściereczką, na którą wyłożyć paschę, wyrównać, przykryć wierzch folią. Obciążyć równomiernie i odstawić na dobę do lodówki. Po tym czasie przełożyć na talerz (odwracając miskę do góry nogami) i podawać jak jest, lub z dowolną dekoracją z owoców lub bakalii.

I to tyle na temat mojego ulubionego dania wielkanocnego :).

sobota, 14 grudnia 2013

Katarzynki chodziły za mną od dawna. W dzieciństwie to były moje ulubione pierniczki: rzecz jasna ze sklepu, bo nikt się nie bawił w pieczenie takiego drobiazgu, i jeśli trafiłam w sklepie na takie bez polewy, szczęście było ogromne. Oczywiście zazwyczaj otwartą i w 1/2 zjedzoną paczkę gdzieś porzucałam, a wówczas pierniczki twardniały na kamień...

Wymyśliłam sobie, że upiekę je na Festiwal Pierniczków (patrz banner poniżej), ale brakowało czasu. Nie wiem, czy to palec losu, ale wczoraj rano po włączeniu komputera zobaczyłam... no właśnie niewiele zobaczyłam, poza komunikatem "nie znaleziono systemu operacyjnego". Na szczęście problemy zaczęły się trochę wcześniej, więc zrobiłam kopię zapasową dysku (w przeciwnym razie pewnie nie pisałabym tu teraz, tylko leczyła załamanie nerwowe), ale że reinstalacja chwilę trwa, to cóż... upiekłam katarzynki :). Skorzystałam z przepisu z bloga Dorotuś, poniżej wersja z moimi uwagami. Schłodzenie ciasta wypadło w chwili, gdy musiałam chwilę poasystować w reinstalacji ;), ale moim zdaniem to dobry pomysł. O dziwo, można je jeść właściwie od razu po upieczeniu (jeśli ich nie przepieczecie i nie wykroicie za cienko). Wg M - "smak jak za Gierka" ;).

  • 20 dag miodu
  • 1 łyżeczka (kopiasta) dobrej jakościowo przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • 10 dag cukru pudru
  • 1 jajko
  • 40 dag mąki pszennej
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1-2 łyżki kwaśnej śmietany, lub tyle, ile potrzeba do zagniecenia ciasta

Do płynnego miodu dodać przyprawy korzenne, cukier, kakao dla koloru, jajko, potem mąkę z proszkiem do pieczenia. Wymieszać składniki na okruchy, trochę jak przy robieniu kruchego, i połączyć za pomocą śmietany (u Dorotuś śmietana była opcją, ale sądzę, że raczej bez niej się nie obejdzie, nawet przy dużym jajku). Zagnieść twarde ciasto, owinąć folią i schłodzić w lodówce ok. 15-30 minut (można i bez schładzania, ale łatwiej się wałkuje). Rozwałkować na grubość 5 mm - 1 cm (nie cieniej!) i wykrawać foremką* katarzynki. Posmarować je z wierzchu wodą (można po prostu palcami) i piec na natłuszczonej i wysypanej mąką blaszce około 12 -15 minut (nie spiec, bo będą zbyt twarde - ja piekłam 13 minut) w temperaturze 190ºC (termoobieg).

* Co do tej foremki - wykroiłam ze 3 pierniki, popatrzyłam się nie, poszłam do internetu, przekopałam cały wór foremek i odkryłam, że moje katarzynki nie będą miały tyle krągłości, co trzeba. Innymi słowy, porządna katarzynka ma łącznie 6 wybrzuszeń, nie 2 x 2, jak u mnie. Cóż, to są katarzynki przedświąteczne, jeszcze nie utuczone ;).

Tym samym podpinam się pod:

Festiwal

PS. Owoce tradycyjnego towarzyskiego pierniczenia 2013 można obejrzeć TU.

PS2. Podsumowanie Korzennego trochę się opóźnia, ale już za kilka dni powinno się pojawić :).

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Gotowi do Świąt? Wszystko upieczone i ulepione? U mnie w drodze ostatnia partia pieczywa, zostały jeszcze dekoracje, sprzątanie itd. - bo w tym roku gospodarzę i na Wigilię, i kolejnego dnia. Kompot z suszu - według wytycznych Maminych, podawanych przez telefon - zrobiony. Ok. 1/2 składu to moje własne suszone jabłka, z jabłoni z ogrodu. Są także suszone, wędzone śliwki: tylko w kompocie wigilijnym toleruję ich aromat. Słowo 'wigilijny' jest nieprzypadkowe, bo w mojej rodzinie kompot pojawia się tylko na Wigilię, między daniami głównymi a deserem, i jest bardziej jadany niż pijany - tj. na stole stawia się misę zapełnioną w 1/2 owocami, przykrytymi płynem i każdy nakłada sobie do miseczki porcję  - u mnie zazwyczaj proporcje to owoce:sok 1:1. U rodziny mojego M natomiast jest sam płyn, proponowany jako napój do popijania potraw przez całe Święta (i szczerze mówiąc rzadko z niego w tej formie korzystam, woląc tradycję z rodzinnego domu ;).

A oto i przepis:

Kompot z suszu

Składniki:

  • garść suszonych śliwek (wędzonych)
  • ok. 5-6 suszonych gruszek
  • duża garść suszonych jabłek
  • opcjonalnie: kilka śliwek suszonych nie wędzonych, parę suszonych moreli
  • 1 laska cynamonu
  • 3 goździki
  • sok z 1/2-1/4 cytryny
  • ok. 2-3 łyżek cukru (brązowy lub nie)

Suszone owoce umieścić w garnku, w którym planujecie je gotować, dodać korzenie, całość zalać wodą (cytując moją Mamę, "tyle by przykryć i potem drugie tyle" - myślę, że trzeba liczyć coś ok. 2,5 litra). Odstawić na ok. 3 godziny. Po tym czasie zagotować, skręcić ogień na średni i dosłodzić do smaku. Gotować ok. 20 minut, pod koniec lekko zakwasić cytryną i sprawdzić doprawienie. Dokładnie wystudzić przed podaniem (więc najlepiej przygotować dzień przed Wigilią lub najpóźniej tego samego dnia rano).

Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć wesołych, smacznych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia - a sama idę ucierać lukier...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna