Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Święta

poniedziałek, 19 grudnia 2016



Jak Wasze przygotowania świąteczne? U mnie nastąpił pewien obsuw, związany m.in. z innymi obowiązkami i w związku z tym pierniczki skończyłam piec dopiero dzisiaj - choć zaczęłam jakieś 2 tygodnie temu, a część jednej z pierwszych partii została wykorzystana do dania, które mnie od dawna intrygowało, tj. śledzi piernikowych. Pomysł wydaje się całkiem logiczny, skoro do przetworów rybnych często dodaje się przyprawy korzenne, a pierniki bez dodatków typu polewa/lukier są tylko lekko słodkie, za to często pikantne... choć efekt końcowy mnie jednak zaskoczył. W skrócie, to dla mnie raczej śledzie korzenne w sosie o nietypowej konsystencji (która nie każdemu będzie odpowiadać, o czym niżej). Jeśli nie macie własnego surowca (np. z ciasta na piernik staropolski), dobrze się nadadzą cienkie, mocno imbirowe pierniczki typu szwedzkie pepperkakor. Skorzystałam z przepisu Tosi z Burczy mi w brzuchu, z drobnymi poprawkami (choćby taką, że oczywiście, jak to ja, nie moczyłam śledzi, zmniejszyłam też liczbę goździków).

Składniki:

  • 4 filety śledziowe typu matjas (400g)*
  • 2 duże czerwone cebule
  • łyżka masła lub mieszanka masła i oliwy
  • łyżka miodu
  • łyżka octu balsamicznego
  • 50g pierników jw., bez lukru, polewy, dodatkowych ozdób itd.
  • łyżeczka musztardy
  • łyżka miodu
  • sok z 1 cytryny
  • 4 łyżki (1/4 szkl.) oliwy
  • 2-3 liście laurowe
  • 1/2 łyżeczki ziela angielskiego (całe ziarna)
  • 1/4 łyżeczki pieprzu ziarnistego
  • 2 goździki

* Jak pisałam we wstępie i wielu innych miejscach, u mnie niemoczone, jak zawsze. Jeśli ktoś jednak zawsze to robi, może wymoczyć - choć najpierw sprawdziłabym, czy śledzie faktycznie są takie słone i tego wymagają, bo w przepisie nie ma w ogóle soli (poza szczyptą dodaną do cebuli).

Cebulę obrać, pokroić w pióra, dodać szczyptę soli i zeszklić na maśle/maśle i oleju. Dodać miód, ocet, karmelizować kilka minut. Wystudzić.

Pierniczki utłuc na proszek np. w moździerzu. Wymieszać musztardę z sokiem z cytryny, miodem i oliwą na sos, dodać utłuczone pierniki. Śledzie pokroić na ok. 2 cm kawałki. W dużym słoju (co najmniej 500ml) układać na przemian śledzie, sos piernikowy, liście laurowe i przyprawy korzenne. Odstawić do lodówki na co najmniej dobę przed jedzeniem (próbowałam świeżo przyrządzonych i smakowały gorzej niż następnego dnia, więc nie warto się spieszyć).

Na czym polega zaskoczenie? Po pierwsze, że potrawa jest - moim zdaniem przynajmniej - całkiem estetyczna ;), więc nadaje się do podania gościom. Po drugie, sądziłam, że różne rzeczy mogą M w niej przeszkadzać, ale nie spodziewałam się, że zareaguje negatywnie na proszkową strukturę utłuczonych pierniczków. Faktem jest, że sos dzięki nim jest "piaskowy", co mnie osobiście nie przeszkadza, ale nie jest typowe. Ja raczej się zastanawiam, czy w przypadku powtórki zostawiłabym całe przyprawy korzenne, czy też zastąpiłabym je mielonymi (bardziej przyjaznymi konsumentowi w przypadku gęstego sosu). Po trzecie, sądziłam, że smak wywrze na mnie mocniejsze wrażenie: negatywne lub pozytywne, tymczasem moje odczucia są bardziej letnie... Co nie zmienia faktu, że uważam, że przynajmniej raz warto tego połączenia spróbować. Czy będą powtórki, mimo braku zachwytu - nie da się tego wykluczyć, zwłaszcza w wersji udoskonalonej ;).

PS. A to wszystko w ramach Festiwalu Pierniczków, patrz banner ^^.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

niedziela, 06 listopada 2016

Wiecie, co oznacza „listopad – liść opadł?”. Poza dżdżystą pogodą i zwiędłymi liśćmi, listopad = czas na przygotowanie dojrzewających wypieków świątecznych! Po pierwsze, wiadomo, piernik staropolski (czy też pierniczki). Swoje ciasto planuję zagnieść jeszcze w ten weekend. Po drugie, okolice ostatniego listopadowej niedzieli: brytyjskie ciasto świąteczne. Po trzecie…

… pudding. Czy może być coś bardziej klasycznego? Herkules Poirot i zagadka świątecznego puddingu; we wish you a merry Christmas and [bla bla bla] figgy pudding; dział spożywczy Marks and Spencer na kilka tygodni przed Świętami, jak nie wcześniej, wreszcie niezliczone zdjęcia i filmy, na których występuje brązowa kopułka z ostrokrzewem, czasem i gorejąca ;). A więc, czas na wyznania: tak, rok temu – dokładnie 1 listopada - zrobiłam pudding świąteczny, który został (częściowo) zjedzony 25 grudnia 2015. I był on dobry, zwłaszcza w towarzystwie masełka migdałowego (brandy butter/hard sauce). W tym roku nie planuję replayu, ale nie wykluczam go na przyszłość, a przepis – moim zdaniem – jest wart zapamiętania, m.in. ze względu na skład przyjazny Polakom (i wegetarianom), tj. bez łoju*. Szczerze mówiąc suet na pierwszym lub drugim miejscu listy składników był powodem, dla którego nigdy wcześniej nie zrobiłam puddingu, bo prawie co rok brałam z półki np. Domestic goddess rozważając ten kulinarny debiut. Oczywiście, gdybym się postarała, mogłabym poprosić znajomą w UK i w tydzień później miałabym paczkę tłuszczu wołowego. Gdy jednak się zmobilizowałam bardziej, szukałam po prostu zamienników i tak trafiłam na przepis z… mrożonym masłem. Tak, jasne, jest to nietradycyjne. Jednak zaręczam, że pudding wychodzi bardzo smaczny. Mojemu Tacie – który woli wilgotne ciasta/desery, jeśli już ma je jeść, a najlepiej, żeby składały się głównie z owoców – np. smakował bardziej niż wypiekane przeze mnie co rok ciasto świąteczne. Plusem, w moim odczuciu, jest możliwość jeszcze wcześniejszego przygotowania, niż w przypadku Xmas cake (choć nie wiem, czy bym ryzykowała z rocznym wyprzedzeniem, jak zaleca Good Food…). 5 godzin gotowania brzmi przerażająco, ale jeśli jesteście i tak w domu, jest to zerowy wysiłek, trzeba tylko zaglądać co np. godzinę do garnka, czy wciąż jest w nim woda. Masełko migdałowe, na które podaję (za Nigellą) przepis poniżej, nie jest obowiązkowe, ale dzięki temu klasycznemu dodatkowi - w moim odczuciu – deser mocno zyskuje. No i umówmy się: alkohol, masło, migdały… Może nie samo zdrowie, ale niewiele osób na diecie powie „nie, dziękuję” ;). Można też podać pudding z sosem waniliowym, lodami, lekko posłodzonym mascarpone lub śmietan(k)ą.

A więc: oto wersja z moimi modyfikacjami (z ½ składników).

Składniki (dla ok. 6 osób):

  • 262g mieszanki rodzynek/sułtanek i koryntek
  • 70g suszonych wiśni
  • 25g kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • 25g blanszowanych migdałów, z grubsza posiekanych (u mnie w płatkach)
  • skórka z ½ pomarańczy i ½ cytryny
  • ½ średniej marchewki (można też użyć niewielkiego kawałka dyni), drobno startej
  • 75ml brandy (ew. ciemnego rumu)
  • 25ml Cointreau/Grand Marnier
  • 85g drobnego brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 85g bułki tartej
  • 63g mąki ze spulchniaczami (lub 63g zwykłej pszennej + hojna szczypta sody & jw. proszku do pieczenia)
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika lub innej mieszanki korzennej (bez cukru)
  • ¼ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 85g zamrożonego masła
  • 2 duże jaja

Dzień przed gotowaniem puddingu wymieszać w dużej misce bakalie, skórki starte z cytrusów i marchewkę z alkoholem x 2. Przykryć i odstawić na noc.

Następnego dnia wymieszać suche składniki, dodać do namoczonych bakalii. Szybko zetrzeć dobrze zmrożone masło (można ew. na odwrót – zamrozić starte masło), dodać do masy, wmieszać jaja. Tradycja każe ukryć w surowym cieście jeszcze oczyszczoną monetę funtową (przynosi szczęście znalazcy) i poprosić wszystkich domowników o zamieszanie masy (przy czym po cichu każdy powinien pomyśleć życzenie). Dobrze wymieszany pudding należy przełożyć do ok. 0,75-1l naczynia: natłuszczonego, z dnem wyłożonym kawałkiem pergaminu do pieczenia, żaroodpornego (do przynajmniej 100 st. C) i najlepiej posiadającego pokrywkę (jeśli nie, należy ją stworzyć przy pomocy np. ściereczki, dodatkowego papieru i sznurka). Użyłam plastikowego pojemnika z Ikei spełniającego te warunki, dzięki czemu jednak mój pudding miał nietypowy pionowy kształt ;). Masę należy w misce/pojemniku dokładnie ubić a na powierzchni najlepiej zrobić lekki dołek, następnie na wierzch nałożyć kawałek papieru do pieczenia. Ponieważ, jak pisałam wyżej,mój pojemnik ma szczelną pokrywkę, nałożyłam ją na papier jw. i nie zabezpieczałam bardziej sznurkiem, folią itd. Przygotować duży, wysoki garnek, na dno wsadzić spodek lub talerzyk odwrócony do górny dnem. Włożyć pudding do środka, postawić na spodku, napełnić garnek wodą do ½ wysokości naczynia z puddingiem. Zagotować wodę, skręcić i gotować deser świąteczny na parze przez ok. 5h. Sprawdzać co ok. godzinę, czy woda zanadto nie odparowała, ew. uzupełnić. Po upływie czasu gotowania wystudzić dokładnie pudding, następnie umieścić w suchym i chłodnym miejscu, typu spiżarnia. Swojego nie wyjmowałam z naczynia, tylko wymieniłam pergamin z wierzchu. Podczas okresu leżakowania można pudding co jakiś czas podlać brandy.

24/25 grudnia lub wtedy, gdy chcecie zjeść pudding należy go jeszcze raz podgrzać na parze przez ok. 45-60 minut (gościnnie korzystałam z parownika i siedział tam przez godzinę). Tradycja nakazuje wierzch udekorować ostrokrzewem, podlać brandy (tak, znowu) i podpalić, jednak zupełnie nie pamiętam, czy to rok temu zrobiliśmy. Tak czy inaczej, podawać na ciepło, z masłem migdałowym (patrz dalej) lub innymi dodatkami zasugerowanymi we wstępie.

Masło migdałowe:

  • 75g miękkiego masła
  • 110g cukru pudru
  • 25g mielonych migdałów
  • 1,5 łyżki brandy (lub do smaku; można ew. użyć ciemnego rumu)

Rozetrzeć masło, aż będzie gładkie, utrzeć na puszystą masę z przesianym cukrem. Dodać mielone migdały, jeszcze chwilę ucierać, na koniec wlać brandy. Przygotować masło tuż przed podaniem, jeśli – jak ja – musicie z wyprzedzeniem, przechowajcie w lodówce i doprowadźcie do temperatury pokojowej przed podaniem; można je wtedy jeszcze raz lekko roztrzepać (choć faktem jest, że na ciepłym puddingu nie ma większego znaczenia, czy jest zupełnie zimne, czy tylko trochę – i tak się rozpuści ;).

Uff! Zmęczyliście się? A Święta dopiero nadchodzą ;).

PS. Skoro Anita zapewniła mnie, że migdały to orzechy, podczepiam całość pod tegoroczny Orzechowy Tydzień.

* O którym zawsze sobie myślę jako o „wrogu Sipajów” w kontekście XIX w. powstania.

Zapisz

Zapisz

środa, 23 grudnia 2015

To żadna tajemnica, że w ramach wprawiania się w świąteczny nastrój lubię oglądać inspirujące obrazki okolicznościowe na Pinterest (część zbieram na swojej tablicy). Tak szukałam pomysłów na kalendarz adwentowy i znalazłam pomysł na masę ze skrobi i sody, z której zrobiłam dekoracje na choinkę (patrz niżej). Można powiedzieć, że się w tym roku rozwijam w temacie świątecznego ZPT: poza zawieszkami zrobiłam 1,5 wieńca z gałązek (jeden na spółkę z M) i stroik na stół ;). 

Któregoś dnia zobaczyłam zdjęcia „krok po kroku” pt. Jak zrobić wieniec chlebowy. Pomysł mi się bardzo spodobał, nie chciałam jednak upiec ot, jakiegoś tam pieczywa. Zależało mi na powtórzeniu smaków wigilijnych. Po odrzuceniu kapusty i buraków zostały grzyby i cebula ;). Bazą było najprostsze chlebowe ciasto drożdżowe, z którego co jakiś czas piekę bułki mniejsze lub większe.


Składniki:

  • ¾ szklanki suszonych grzybów
  • 1 średnia cebula
  • łyżka oleju
  • 500g mąki chlebowej, pszennej lub orkiszowej (można dodać ok. 50-75g razowej)
  • 15g świeżych drożdży
  • ok. 200ml wody
  • 100ml płynu z moczenia grzybów
  • 1,5 łyżeczki soli

Grzyby zalać letnią wodą (tyle, by całkowicie je przykryć), odstawić na co najmniej 2h, odcedzić, zachowując płyn, następnie drobno posiekać. Cebulę drobno posiekać, zeszklić na oleju, odstawić. Wymieszać mąkę z pokruszonymi drożdżami, dodać płyn, w tym wodę z moczenia grzybów (ew. nadmiar, po odlaniu 100ml, zostawić - przyda się do zupy, potrawki itd.), całość z grubsza wymieszać i krótko wyrobić. Przykryć i odstawić na ok. 10 minut. Dodać grzyby, cebulę i sól, wyrobić gładkie, elastyczne ciasto. Powinno pozostać miękkie, minimalnie lepkie; gdyby było suche, dodać odrobinę więcej płynu. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce, do podwojenia objętości (ok. 1 h), po tym czasie uformować bułki/bułeczki lub słynny wieniec/wieńce. W tym celu wziąć większą kulę ciasta (u mnie to była ½ całości), zrobić w środku otwór i całość rozciągnąć na wielkiego bajgla, umieścić na pergaminie lub macie do pieczenia. Alternatywnie można uformować długi wałek i skleić końce, choć po upieczeniu może być widać miejsce złączenia. Przykryć folią i odstawić do napuszenia (ok. 30-40 minut). Przed samym pieczeniem uzbroić się w nożyczki (użyłam kuchennych do rozbierania drobiu) i naciąć głęboko ciasto w odstępach ok. 5cm (polecam zajrzenie do linku, jak to zrobić). Piec na kamieniu (zsunąć wieniec razem z pergaminem), z parą, przez ok. 22-25 minut.

Nacięcia przydają się do dzielenia się wieńcem – łatwo rwać kawałki wielkości bułeczek. Ponieważ jednak z drugiej połowy ciasta zrobiłam swoją drogą bułki (większe, niż te oderwane z wieńca), uznałam, że to świetna okazja, by odtworzyć wspomnienia ze spacerów po warszawskiej Starówce. Nie wiem, jak Wy, ale z dzieciństwa pamiętam, że żadna taka wycieczka (słowo na miejscu, bo nawet jako warszawianka długo mieszkałam na peryferiach miasta, a metra wtedy nie było ;) nie mogła się obyć bez konsumpcji bułki z pieczarkami, którą ceniłam bardziej niż zwykłe zapiekanki, bo je można było kupić wszędzie. Najbardziej mnie fascynowało jak pochmurne ekspedientki sprawnie wydrążały pieczywo na szpikulcach, a potem nabierały chochlą sos, który wlewały do powstałego w bułce otworu. Nawet nie wiem, czy ta atrakcja gastronomiczna wciąż istnieje…?


Zważywszy na to, że sos do oryginalnych bułek ze Starówki podgrzewał się cały dzień (albo dłużej…), moja wersja jest błyskawiczna. Została zjedzona równie szybko ;).

Składniki (2 bułki):

  • 1 mała cebula
  • olej
  • hojna garść pieczarek, pokrojonych w plasterki
  • 2 grzyby suszone
  • sól, pieprz
  • kopiasta łyżka śmietany
  • 2 bułki (z przepisu powyżej lub dowolne wielkości kajzerek, wydrążone)

Cebulę zeszklić na oleju, dodać pieczarki i wkruszyć grzyby. Całość oprószyć solą i pieprzem, dusić pod przykryciem, aż pieczarki zmiękną; podlać lekko wodą, jeśli będzie to konieczne. W międzyczasie wydrążyć bułki – użyłam do tego celu peanu medycznego i ponownie nożyczek do dzielenia drobiu ;). Uduszone pieczarki zabielić śmietaną, najlepiej wcześniej zahartowaną odrobiną sosu, i delikatnie podgrzać jeszcze kilka minut, następnie sprawdzić doprawienie. Farszem dokładnie nadziać wydrążone bułki. Jeść najlepiej po spacerze na mrozie (wiem, że obecnie nierealne, ale na Mazurach trochę ponad tydzień temu była zimowa pogoda)!

Wracając do tematu ozdób świątecznych, niekoniecznie spożywczych i wspomnianej masie skrobiowej: rzecz jest wyjątkowo prosta, jak to ujęto np. na tym blogu. Trzeba wymieszać w rondlu szklankę sody z ½ szklanki skrobi (kukurydzianej lub ziemniaczanej) i ¾ szklanki wody i podgrzewać do uzyskania czegoś a la gęste i gładkie puree ziemniaczane. Po lekkim wystudzeniu masy wałkować (można wałkiem grawerowanym) na ok. 5-6mm (cieńsze będą się łamać), wycinać dowolne kształty, które następnie należy wysuszyć przez ok. 1h w 70-75 st. C (termoobieg). Jeśli chcecie je zawiesić na choince, trzeba wcześniej zrobić dziurki (np. patyczkiem do szaszłyków). Wystudzone, „ceramiczne” ozdoby można dodatkowo pomalować, obkleić, itd. U mnie, jak widać, znowu Muminki ;).



Skoro już podzieliłam się już i ozdobami, i pieczywem… to chyba czas pożyczyć wszystkiego dobrego z okazji Świąt. Takich z uśmiechem, spokojem, bez niepotrzebnego pośpiechu, nerwów czy kłótni, co pewnie oznacza, że z programu telewizyjnego najlepiej wybrać tylko kino rodzinne, a w internecie ostrożnie wybierać strony... Najlepiej pewnie po prostu pójść na spacer ;). Co rok sobie obiecuję choć kilkudniowy detoks internetowy: może tym razem? Albo może chociaż kilka dni bez mediów społecznościowych ;)?

PS. Spóźnialskim przypominam, że świąteczne dania na blogu znajdziecie TU.

piątek, 18 grudnia 2015

Nigdy jeszcze nie marynowałam sama śledzi. Rzadko też je jem, wybierając raczej warianty w oleju/sosie (choć limonkowe właśnie na bazie marynowanych mnie przyjemnie zaskoczyły). Przepis na inlagd sill zobaczyłam jeszcze w listopadzie u Madame Edith, potem mignął mi na blogu Ani Truskawkowej. Przyznaję, że to co mi się w nich najbardziej spodobało (poza błyskawicznym przygotowaniem), to robienie z wyprzedzeniem, w myśl z zasady, że im dłużej (w granicach rozsądku) poleżą, tym są lepsze. O tym, że lubię takie świąteczne przepisy, najlepiej świadczy spiżarnia (obecnie wypchana wypiekami dojrzewającymi).

Co do tego "im dłużej, tym lepiej" - Edyta pisała, że dla niej minimum to 6 tygodni, choć wg Ani należy po maksymalnie 4 tygodniach śledzie zjeść. Podobny przepis znalazłam u Signe Johansen (Scandilicious), która przyjmuje takie widełki czasowe: "jeść najwcześniej po 5 dniach, przechowywać do 2 miesięcy" - i ten wariant najbardziej mi pasuje, bo choć owszem, pierwszy słoik śledzi ruszyłam po 3 dniach, to ostatnie 2 łyżki, które zjadłam po 12 dniach, były jednak trochę lepsze. Nie zmienia to faktu, że jeśli - jak ja dziś wieczorem ;) - najpóźniej jutro nastawicie śledzie, na Wigilię lub Święta będą jak najbardziej jadalne, a jeśli jakieś zachowają się do Sylwestra, będą jeszcze lepsze...

Mój przepis bazuje głównie na tym Aninym, choć od Madame Edith wzięłam goździk ;). Cukru u mnie trochę więcej, bo niechcący sypnęło się tyle do rondla - ale smakowo pasowało, więc zostawiłam bez zmian. Planuję także przy replayu nieortodoksyjnie dodać mały plaster buraka - by uzyskać bardziej różowy kolor.

Składniki (na ok. 1 litr):

  • 500g matjasów/śledzi a la matjas
  • 150ml octu 10%
  • 150ml wody
  • 125g cukru
  • łyżeczka ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki pieprzu w ziarnach
  • 2 liście laurowe
  • 1 goździk
  • 1 mała marchewka, pokrojona w plasterki
  • 1 czerwona cebula, pokrojona w pióra
  • opcjonalnie: 1 mały plaster buraka

Śledzie opłukać i (krótko) namoczyć (jeśli to robicie, ja jak moja Mama, z zasady nigdy nie w przypadku takich filetów, więc poprzestałam na opłukaniu), pokroić na 2-3cm plastry. Wszystkie pozostałe składniki umieścić w rondlu i zagotować, odstawić do dokładnego wystudzenia. W słoju np. litrowym umieścić ok. 2 łyżek śledzia, zalać marynatą, i czynność powtarzać aż do zużycia składników/zapełnienia słoja. Odstawić do lodówki na co najmniej 5 dni.

Uwaga: podając śledzie nie wzgardźcie marchewką z marynaty! W moim odczuciu może nie aż tak smaczna, jak śledź, ale z pewnością warta zjedzenia.

niedziela, 13 grudnia 2015

W tym roku po raz pierwszy nie było Pierniczki Party (o którym pierwszy raz pisałam w 2008). Wierzę, że kiedyś jeszcze do „towarzyskiego pierniczkowania” wrócimy, jeśli okoliczności będą sprzyjające ;). Tymczasem zapas ciasta na piernik staropolski systematycznie maleje, bo piekę z niego na raty, i cały czas się waham, czy robić także „duży” piernik, czy nie.

Z jakiegoś powodu zafiksowałam się w tym roku na wariant z nadzieniem. Poza napchaniem serc z ciasta staropolskiego powidłami oraz dżemem z renklody, zrobiłam także nadziewane Lebkuchen z przepisu Tante Herthy. Powiem szczerze, że w porównaniu z klasycznymi piernikami to są raczej ciasteczka korzenne ;). Nadzienia została mi… połowa, choć nakładałam tyle, ile nakazano w przepisie a ciasto rozwałkowałam chyba trochę cieniej, bo wyszło mi o 6 sztuk więcej. Po degustacji okazało się, że warto jeszcze dodać trochę cytrynowego lukru lub polewy czekoladowej, bo „łyse” Lebkuchen są, w moim odczuciu, trochę mdłe. Dekoracja spełniła oczekiwania, jeśli chodzi o podkręcenie smaku, i ciasteczek w puszce systematycznie ubywa…


Uwaga: podaję nadzienie w proporcjach od razu zmniejszonych o ½.

Składniki:

Ciasto:

  • 90ml miodu
  • 60g drobnego cukru
  • 40g masła
  • ½ łyżeczki cynamonu
  • 3-4 goździki
  • hojna szczypta gałki muszkatołowej
  • 250g mąki
  • ½ łeczki proszku do pieczenia
  • 1 duże jajo

Nadzienie:

  • 30g mielonych orzechów (u mnie włoskie)
  • 30g cukru pudru
  • 15g skórki pomarańczowej
  • 1 małe jajo lub ½ dużego (wcześniej roztrzepanego)
  • jajo lub białko do glazury (opcjonalnie)
  • migdały lub orzechy do dekoracji

Polewa czekoladowa (opcjonalnie)*:

  • 75g dobrej ciemnej czekolady lub kuwertury (ok. 70% kakao)
  • 75g śmietanki kremówki
  • ½ łyżeczki masła
  • kropla ekstraktu z wanilii

Ciasto: stopić miód, masło i cukier na małym ogniu, przestudzić. Goździki utłuc, gałkę zetrzeć, wymieszać z pozostałymi suchymi składnikami. Dodać jajo i mieszankę miodu z masłem, wyrobić gładkie ciasto. Schłodzić w lodówce przez noc (lub co najmniej 8h).

Przygotować nadzienie: zmielić orzechy razem z cukrem pudrem, wymieszać z jajem i skórką. Ciasto rozwałkować na 5mm lub cieniej (u mnie), wycinać niewielkie serca lub podobne kształty (w oryginale: krążki o średnicy 6cm), nakładać na co drugi piernik ½ łyżeczki nadzienia, przykryć takim samym kształtem, skleić przyklepując lekko brzegi. Lebkuchen do polewy piec od razu, pozostałe posmarować rozkłóconym jajem i udekorować np. migdałami. Piec ok. 20 minut w 180 st. C (termoobieg). Dalsze dekoracje nakładać na wystudzone ciasteczka – w przypadku polewy stopić wszystkie składniki na małym ogniu i od razu nakładać np. łyżeczką, dodając znowu migdały lub orzechy dla ozdoby. Lukru można użyć dowolnego – ja roztarłam ok. szklanki cukru pudru z niewielką ilością soku z cytryny na gęstą pastę, żeby zrobić widoczne na zdjęciach ramki.

* Polewy użyłam do posmarowania ok. 15-16 Lebkuchen (tych, których nie ozdabiałam lukrem), reszta posłużyła do dekoracji nadziewanych staropolskich z powidłami.

Uwaga: użyta przeze mnie polewa (pochodząca zresztą z Nigellowej Domestic Goddess) jest bardzo smaczna, o posmaku czekolady deserowej, ale pozostaje lekko miękka. Z tego powodu pierniczki warto przechowywać w temperaturze choć odrobinę niższej od pokojowej (swoje umieściłam w chłodnej spiżarni), albo przynajmniej z dala od źródeł ciepła. Alternatywnie można użyć polewy z tego ciasta, która mocniej zastyga, ale jest bardziej wytrawna w smaku.

A to wszystko dlatego, że trwają (Korzennego ostatni dzień!):

 oraz 

czwartek, 17 kwietnia 2014

Wprowadzona przeze mnie do rodziny tradycja jedzenia paschy na Wielkanoc się przyjęła. Ba, słyszałam nawet kiedyś żartobliwe narzekania, czemu deseru nie ma na stole w Boże Narodzenie (albo i bez okazji). Nie szukałam innych przepisów, m.in. dlatego, że wśród jedzących często były kobiety ciężarne lub karmiące, więc pascha bez surowych jaj była bardzo na miejscu.

Niedawno jednak dostałam od mamy znajomej, którą nazwę tutaj panią R., przepis na "paschę babci Tekli". Rozumiecie sami, że musiałam ją zrobić ;). Różnica między przepisami polega na dodatku w jednym wariancie żółtek jaj, ale nie surowych - ugotowanych na twardo, a w drugim - miodu i śmietany. Cała reszta jest całkiem podobna. Podejrzewam w związku z tym, że w przyszłości będę korzystać z receptur na zmianę ;).

Warto dodać, że pascha to deser a/wyjątkowo prosty i mało pracochłonny, b/nie wymaga pieczenia ani zdolności kulinarnych, c/jest smaczny i efektowny. Czego chcieć więcej?

Uwaga, pani R. zapisała mi proporcje na ogromną ilość paschy (z 1,25kg sera). Ja zrobiłam z 1/3 składników, co daje ok. 8 porcji, i taką wersję podaję. Ponieważ deser wyszedł także moim zdaniem za słodki, uwzględniłam poniżej redukcję cukru.

Składniki:

  • 415g twarogu (tłustego lub półtłustego)
  • 2 żółtka jaj ugotowanych na twardo
  • 160g masła
  • 100g cukru pudru (bez dodatków) lub cukru drobnego LUB 50g płynnego miodu i 50g cukru jw.
  • szczypta mielonej wanilii lub odrobina ekstraktu
  • garść rodzynek/suszonej żurawiny/mieszanki owoców suszonych
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej

Ugotowane żółtka jaj utrzeć z cukrem (białka zjeść solo lub np. dodać do pasty śniadaniowej) a następnie z masłem. Osobno rozetrzeć lub zmielić (jeśli ktoś musi...) twaróg, dodawać stopniowo do masy maślanej, przy cały czas pracującym mikserze. Na koniec wmieszać delikatnie (już łyżką) wanilię i bakalie. Miseczkę lub foremkę wyłożyć podwójnie złożoną gazą lub ściereczką, na którą wyłożyć paschę, wyrównać, przykryć wierzch folią. Obciążyć równomiernie i odstawić na dobę do lodówki. Po tym czasie przełożyć na talerz (odwracając miskę do góry nogami) i podawać jak jest, lub z dowolną dekoracją z owoców lub bakalii.

I to tyle na temat mojego ulubionego dania wielkanocnego :).

sobota, 14 grudnia 2013

Katarzynki chodziły za mną od dawna. W dzieciństwie to były moje ulubione pierniczki: rzecz jasna ze sklepu, bo nikt się nie bawił w pieczenie takiego drobiazgu, i jeśli trafiłam w sklepie na takie bez polewy, szczęście było ogromne. Oczywiście zazwyczaj otwartą i w 1/2 zjedzoną paczkę gdzieś porzucałam, a wówczas pierniczki twardniały na kamień...

Wymyśliłam sobie, że upiekę je na Festiwal Pierniczków (patrz banner poniżej), ale brakowało czasu. Nie wiem, czy to palec losu, ale wczoraj rano po włączeniu komputera zobaczyłam... no właśnie niewiele zobaczyłam, poza komunikatem "nie znaleziono systemu operacyjnego". Na szczęście problemy zaczęły się trochę wcześniej, więc zrobiłam kopię zapasową dysku (w przeciwnym razie pewnie nie pisałabym tu teraz, tylko leczyła załamanie nerwowe), ale że reinstalacja chwilę trwa, to cóż... upiekłam katarzynki :). Skorzystałam z przepisu z bloga Dorotuś, poniżej wersja z moimi uwagami. Schłodzenie ciasta wypadło w chwili, gdy musiałam chwilę poasystować w reinstalacji ;), ale moim zdaniem to dobry pomysł. O dziwo, można je jeść właściwie od razu po upieczeniu (jeśli ich nie przepieczecie i nie wykroicie za cienko). Wg M - "smak jak za Gierka" ;).

  • 20 dag miodu
  • 1 łyżeczka (kopiasta) dobrej jakościowo przyprawy do piernika
  • 1 łyżka kakao
  • 10 dag cukru pudru
  • 1 jajko
  • 40 dag mąki pszennej
  • 3 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1-2 łyżki kwaśnej śmietany, lub tyle, ile potrzeba do zagniecenia ciasta

Do płynnego miodu dodać przyprawy korzenne, cukier, kakao dla koloru, jajko, potem mąkę z proszkiem do pieczenia. Wymieszać składniki na okruchy, trochę jak przy robieniu kruchego, i połączyć za pomocą śmietany (u Dorotuś śmietana była opcją, ale sądzę, że raczej bez niej się nie obejdzie, nawet przy dużym jajku). Zagnieść twarde ciasto, owinąć folią i schłodzić w lodówce ok. 15-30 minut (można i bez schładzania, ale łatwiej się wałkuje). Rozwałkować na grubość 5 mm - 1 cm (nie cieniej!) i wykrawać foremką* katarzynki. Posmarować je z wierzchu wodą (można po prostu palcami) i piec na natłuszczonej i wysypanej mąką blaszce około 12 -15 minut (nie spiec, bo będą zbyt twarde - ja piekłam 13 minut) w temperaturze 190ºC (termoobieg).

* Co do tej foremki - wykroiłam ze 3 pierniki, popatrzyłam się nie, poszłam do internetu, przekopałam cały wór foremek i odkryłam, że moje katarzynki nie będą miały tyle krągłości, co trzeba. Innymi słowy, porządna katarzynka ma łącznie 6 wybrzuszeń, nie 2 x 2, jak u mnie. Cóż, to są katarzynki przedświąteczne, jeszcze nie utuczone ;).

Tym samym podpinam się pod:

Festiwal

PS. Owoce tradycyjnego towarzyskiego pierniczenia 2013 można obejrzeć TU.

PS2. Podsumowanie Korzennego trochę się opóźnia, ale już za kilka dni powinno się pojawić :).

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Gotowi do Świąt? Wszystko upieczone i ulepione? U mnie w drodze ostatnia partia pieczywa, zostały jeszcze dekoracje, sprzątanie itd. - bo w tym roku gospodarzę i na Wigilię, i kolejnego dnia. Kompot z suszu - według wytycznych Maminych, podawanych przez telefon - zrobiony. Ok. 1/2 składu to moje własne suszone jabłka, z jabłoni z ogrodu. Są także suszone, wędzone śliwki: tylko w kompocie wigilijnym toleruję ich aromat. Słowo 'wigilijny' jest nieprzypadkowe, bo w mojej rodzinie kompot pojawia się tylko na Wigilię, między daniami głównymi a deserem, i jest bardziej jadany niż pijany - tj. na stole stawia się misę zapełnioną w 1/2 owocami, przykrytymi płynem i każdy nakłada sobie do miseczki porcję  - u mnie zazwyczaj proporcje to owoce:sok 1:1. U rodziny mojego M natomiast jest sam płyn, proponowany jako napój do popijania potraw przez całe Święta (i szczerze mówiąc rzadko z niego w tej formie korzystam, woląc tradycję z rodzinnego domu ;).

A oto i przepis:

Kompot z suszu

Składniki:

  • garść suszonych śliwek (wędzonych)
  • ok. 5-6 suszonych gruszek
  • duża garść suszonych jabłek
  • opcjonalnie: kilka śliwek suszonych nie wędzonych, parę suszonych moreli
  • 1 laska cynamonu
  • 3 goździki
  • sok z 1/2-1/4 cytryny
  • ok. 2-3 łyżek cukru (brązowy lub nie)

Suszone owoce umieścić w garnku, w którym planujecie je gotować, dodać korzenie, całość zalać wodą (cytując moją Mamę, "tyle by przykryć i potem drugie tyle" - myślę, że trzeba liczyć coś ok. 2,5 litra). Odstawić na ok. 3 godziny. Po tym czasie zagotować, skręcić ogień na średni i dosłodzić do smaku. Gotować ok. 20 minut, pod koniec lekko zakwasić cytryną i sprawdzić doprawienie. Dokładnie wystudzić przed podaniem (więc najlepiej przygotować dzień przed Wigilią lub najpóźniej tego samego dnia rano).

Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć wesołych, smacznych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia - a sama idę ucierać lukier...

sobota, 22 grudnia 2012

Wigilia u Babci D. to dwie brązowe fajansowe miski, pełne parujących pierogów polanych masłem i plebiscyt wśród panów, kto zje więcej.

Od 15 lat Wigilia w różnych miejscach i nie zawsze z pierogami. Czasem zamiast nich pojawia się sama postna kapusta z grzybami, jednak jeśli mam coś do powiedzenia (jak w tym roku ;), na stole są domowe pierogi, a nie tylko sam farsz w misce. Kapustę przyrządzam według wytycznych Mamy; ciasto pierogowe - jak zawsze.

Składniki: 1 kg kapusty kiszonej (wolę taką bez marchewki i raczej mocno ukiszoną, choć to oczywiście kwestia gustu), 1 cebula, garść grzybów suszonych, liść laurowy x 2, ziele angielskie (kilka zmiażdżonych ziaren), pieprz (nie żałować!), woda z moczenia grzybów, opcjonalnie: ok. 50-75ml wina, 1-2 łyżki powideł

Grzyby zalać wodą na noc. Następnego dnia odcedzić, płyn zachować, grzyby posiekać. Cebulę drobno pokroić, zeszklić na oleju, dodać posiekaną kapustę wraz z ew. sokiem. Wymieszać, dodać przyprawy i dusić na małym ogniu (pod częściowym przykryciem) 2,5-3 godziny. Co jakiś czas zamieszać i podlać płynem (z grzybów, wodą, ew. winem). Pod koniec zweryfikować doprawienie i kwaśność - wolę kapustę kwaskowatą, ale żadna przesada nie jest dobra i zbyt kwaśną można zneutralizować powidłami (inna opcja to - podobno - pogotować krótko z surowym, obranym ziemniakiem, którego następnie z potrawy usuwamy). Kapusta powinna być dość ciemna, miękka, nie nazbyt mokra, ale i nie za sucha. Wystudzonym farszem napełniamy pierogi (wystarczy, by zrobić ok. 70 sztuk; bdb się mrożą surowe) lub traktujemy jako samodzielną potrawę - wówczas najlepiej ją przygotować 1-2 dni przed Wigilią i dobrze podgrzać przed podaniem na stół.

Słyszałam, że u niektórych rozpustnie ;) na stole wigilijnym pojawia się i kapusta, i pierogi - a jak to jest u Was?

sobota, 15 grudnia 2012

Do Wigilii został niewiele ponad tydzień... Upiekliście już Wasze pierniczki? Jeśli jeszcze nie, to teraz ostatni dzwonek, by wyprodukować takie szybkie, przynajmniej 1:1, jeśli chodzi o miód sztuczny i naturalny, które nie będą musiały długo dojrzewać do samych Świąt.

U nas pieczenie jak zawsze odbywało się zbiorowo, choć skład tym razem był nieco mniejszy... Przepis jak zawsze, jak w edycji 2008.

Zwracam uwagę na pierniczki z napisem firmowym ;). Więcej zdjęć pt. "praca wre" w albumie na FB, a poniżej dalsza prezentacja owoców tejże pracy:

Natomiast mniej więcej miesiąc (lub ciut więcej) temu nastawiłam także piernikowe ciasto dojrzewające, na tzw. piernik staropolski. Wieść blogowa niosła, że W staropolskiej kuchni Lemnis i Vitry to najlepsze źródło. Książkę mam w domu, jednak prawie nigdy z niej nie korzystałam - m.in. dlatego, że przepisy są często mało dokładne... Oto zatem wersja z moimi uwagami:

Piernik staropolski (uwaga: ciasto należy zagnieść najlepiej w I połowie listopada!)

Składniki:

  • 0,5 kg naturalnego miodu
  • 2 szklanki cukru
  • 250g masła
  • 1 kg mąki (+ ew. dodatkowe 100-150g)
  • 3 duże jaja
  • 3 płaskie łyżeczki sody oczyszczanej, rozpuszczonej w 1/2 szkl. zimnego mleka
  • 1/2 łyżeczki soli
  • ok. 2 torebek (40g) przyprawy do piernika
  • opcjonalnie: garść bakalii/skórki pomarańczowej (pominęłam)

Zagrzać miód, cukier i masło, niemal doprowadzając do wrzenia. Wystudzić. Wyrabiając ciasto mikserem (a polecam tą metodę, bo ręcznie nie będzie łatwo), najlepiej w tym momencie sprawdzić pojemność miksera i - jak znam życie - podzielić składniki na 1/2 (ja tego nie zrobiłam i nie dość, że ciasto z trudem zmieściło się do miski, to jego ciężar i gęstość sprawiły, że... zepsułam mikser). Wyrabiając ręcznie, nie dzieląc na 1/2, warto zaopatrzyć się w BARDZO dużą miskę (a najlepiej miednicę) i silną parę rąk.

Niezależnie od metody, do wystudzonej masy dodawać stopniowo pozostałe składniki, stale i starannie wyrabiając. I teraz taka uwaga: wiele ciast na piernik, jakie widziałam w sieci już po swojej przygodzie z tym przepisem, było b. lepkie i zasadniczo luźne, tymczasem, ponieważ autorzy W staropolskiej kuchni piszą "... po nadaniu [ciastu] kształtu kuli", podsypałam masę dość konkretnie mąką (ok. 100-150g), tak, by dało się je - wciąż lepiąc się - uformować na placek, który owinęłam dokładnie folią spożywczą. Placek trochę spłaszczyłam, folię ponakłuwałam widelcem, pakunek umieściłam w szufladzie lodówki przeznaczonej na tzw. świeże produkty (typu ser, masło itd.) i o nim zapomniałam na kilka tygodni. No dobrze, przynajmniej raz na kilka dni sprawdzałam palcem, czy jest miękkie ;).

Chcąc wykorzystać ciasto na pierniczki, po upływie ok. miesiąca (lub dłuższego czasu) postępować jak w tym przepisie.

Aby upiec piernik: 3-4 dni przed Świętami podzielić ciasto na 2-3 części, rozwałkować na prostokąty grubości ok. 0,5 cm i piec w temp. 160-180 st. C (przyjęłabym, że niższa temp. to termoobieg) przez ok. 15-20 cm. Wystudzić. Placki przełożyć podgrzanymi powidłami lub dosłodzonymi borówkami (można skład wzbogacić np. bakaliami/skórką pomarańczową) lub masą kajmakową, kremem itd., następnie nakryć papierem i równomiernie obciążyć (np. książkami), odstawić do Świąt do skruszenia. W Wigilię oblać lukrem (z dobrej jakości cukru pudru, tj. bez skrobi) na soku z cytryny lub pomarańczy; można także użyć polewy czekoladowej.

Upieczenie właściwego ciasta czeka mnie za kilka dni (gotowe mam nadzieję, że będzie nadawać się do prezentacji w tym wpisie ;), ale oderwałam parę dni temu kawałek ciasta i upiekłam z niego blachę pierniczków. Ciasto wałkowało się świetnie (można upiec bardzo cienkie ciasteczka w stylu skandynawskim), a gotowe ciasteczka pachną mocno korzeniami i smakują świetnie*. Poniżej drobiazg z ciasta dojrzewającego (białe dekory to lukier białkowy, przepis także w starym wpisie):

Skleiłam także, za pomocą ww. lukru, piernikowe gwiazdki na kształt choinki (od największej na dole do największej na górze) - a przynajmniej kształt choinki był moim zamiarem...

* Ja myślę, że powinny, w końcu na tym cieście zepsułam mikser...

A całość też dlatego, że trwa:



 
1 , 2 , 3 , 4
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna