Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Tam i z powrotem

sobota, 22 kwietnia 2017

Gdzie spędzaliście wakacje jako dzieci? Pod gruszą, np. u babci, w górach, nad morzem? Ponieważ byłam chorowita, rodzice uważali, że powinnam przynajmniej 2 tygodnie w roku wdychać jod, czyli kopać grajdołki nad Bałtykiem. Więc było Mielno, Łazy, Świnoujście (te trzy miejscowości bardzo mgliście pamiętam), Gdynia, Brzeźno, Trzęsacz (z pamięcią coraz lepiej) oraz słynne kolonie koło Ustronia Morskiego, gdy miałam 14 lat. I tu regularne wakacje nadmorskie ustały. Tzn. jeszcze byłam raz na Jarmarku Dominikańskim, jeździłam też na studenckie majówki do Karwi (gofry, piwo i wydmy – tak można to podsumować*), ale ostatni z nich był dobre kilkanaście lat temu. Zeszłoroczny wczesnoczerwcowy wypad do Trójmiasta, powtórzony 2 tygodnie temu, można więc spokojnie rozpatrywać w kategoriach powrotu po latach ;).

„Które najładniejsze, Gdańsk, Sopot czy Gdynia?” to pytanie typu „Boże Narodzenie czy Wielkanoc”, choć jak mam być szczera, żadne nie skradło mojego serca. We wspomnieniach z hm, poprzedniego wieku, Gdynia i Sopot były „bardzo ładne”, teraz jednak, mocno przyduszona, może wybrałabym Gdańsk (choć jak patrzę na zdjęcia, powinny być to bardziej zaniedbane i oddalone od Monciaka uliczki Sopotu ;).

Nie ukrywam, że wciąż topowym nadbałtyckim doświadczeniem – poza sezonem, zaznaczam – są nie rozkosze miejskie**, ale zestaw gofry + bezmyślne leżenie na piasku, może być połączone z drzemką + piwo (np. z plastikowego kubka z budki z zapiekankami kilka metrów od plaży), w takiej właśnie kolejności (czynności można powtarzać). W wersji bardziej zdrowej spodobała mi się także poranna przebieżka: w jedną stronę plażą, w drugą stronę parkiem. I tu kolejny plus Trójmiasta: stosunkowo liczne parki miejskie oraz rezerwaty przyrody „pod ręką”, typu Kępa Redłowska, po której rok temu dość długo chodziliśmy.

W temacie rozkoszy miejskich: wygląda na to, że znaleźliśmy już „swoje” miejscówki (bo jeśli powrót po roku do lokalu jest znów udany, to uważam, że miejsce można polecać). I o nich niżej.

Po pierwsze, na śniadanie: Cały Gaweł w Sopocie. Strategicznie blisko dworca SKM (oraz kamienicy z lekko antycznym młodzieńcem z koszem na głowie ;) z drugiego zdjęcia we wpisie), więc dogodnie dla podróżnych. Wnętrze ciemne, ale z dużą ilością wesołej żółci oraz neonami (rower na ścianie to nowość w stosunku do poprzedniego roku). Flat white jest mocna – ożywi nawet, jeśli poprzedni wieczór był nieco za długi ;) – i smakowała mi najbardziej z wypitych w Trójmieście kaw. Śniadanie kaszubskie (zestaw widoczny powyżej) albo wykarmi dwie osoby, albo sprawi, że do wieczora będziecie najedzeni ;). Dla nudzących się jest zestaw czasopism, w tym np. Kinfolk.

Po drugie, na obiad, kolację i/lub piwo: Pobite Gary w Oliwie. Co mi się podobało? Smaczne, bezpretensjonalne dania (próbowałam głównie rybnych/z owocami morza, np. halibuta z mulami - na zdjęciu w lewym górnym rogu); olej z lnianki (rydzyka) zamiast oliwy do chleba (w ww. Gawle na stołach stoi rzepakowy – bardzo mi się podoba ten trend); dobre jasne piwa z nalewaka (ostatnio kaszubskie, wcześniej czeskie). Karta letnich koktajli też wyglądała ciekawie, choć nie testowałam. Do tego wystrój trochę jak w świetlicy i towarzystwo przynajmniej w dużym stopniu lokalne, typu młode pary z dziećmi.

Po trzecie, na kawę: Drukarnia w Gdańsku, w samym sercu starówki. Tu może małe oszustwo, bo byłam w kawiarni tylko raz, ale kawa była bardzo przyzwoita, plus dużym atutem jest wystrój, zwłaszcza podziwiany z piętra (które pełni także rolę galerii sztuki). Spożywczo są tylko wypieki (ciastka owsiane przyciągnęły mój wzrok) lub małe wytrawne – kanapki lub przyjazne weganom zestawy śniadaniowe. Można się też zapisać na warsztaty kaligrafii.

CDN., jak przypuszczam, bo w końcu z Mazur nad morze tyle samo się jedzie, co do stolicy, a ja wciąż nie trafiłam na Wyspę Sobieszowską czy do Gdańskiej Galerii Fotografii...

* Był jeszcze wykopany tunel do Australii, albo nie tylko dzieci drążą grajdołki w piasku ;).

** Choć względnie nowe muzea – II wojny światowej w Gdańsku oraz Muzeum Emigracji w Gdyni, które widać w lewym górnym rogu na poniższym zdjęciu – polecam.

Zapisz

piątek, 25 listopada 2016

Holandia – myślałam – to kanały i rowery. „Z grubsza jak Belgia: Brugia czy Gandawa, tylko może trochę inna architektura”. Po niecałych trzech dniach spędzonych w Utrechcie i Delft mam ochotę powiedzieć „kanały kanałami, rowery rowerami, ale jednak jakoś… inaczej”. Może się mylę, ale tym, co najbardziej mi się podobało w tych dwóch miastach była zrelaksowana, swobodna atmosfera. Ludzie sprawiają wrażenie, że się nie spieszą (i zresztą obsługa w sklepach czy restauracjach jest często wolniejsza, o czym niżej), są przy tym bardzo mili (jak to ujął M, „milsi niż standard”). Utrecht jest miastem uniwersyteckim, więc oczywiście wszędzie widzi się wiele młodych osób, ale poza tym na ulicach jest sporo dzieci: na rowerach, w wózkach czy cargo bike’ach rodziców, a także starszych osób, w tym młodzieżowo i często ciekawie ubranych pań z niefarbowanymi, siwymi włosami… i tak, jeszcze w temacie rowerów, w dzień powszedni ok. 8:30 czasem trzeba długo czekać na możliwość przejścia na drugą stronę ulicy, aż ustanie ruch na jezdni. Ten na dwóch kółkach ;). W praktyce łatwo wtopić się między mieszkańców i spędzić cały dzień chodząc po parkach, średniowiecznych uliczkach, zaglądając do prywatnych domów (co jest wyjątkowo łatwe ze względu na rozmiar okien), wracając na starówkę i siadając z piwem czy kawą w jednej z licznych kawiarni, najlepiej przy stoliku na zewnątrz, niezależnie od temperatury, bo Holendrzy zdają się być nieźle zahartowani. Podsumowując: wiem, że to teoretycznie Duńczycy słyną z hygge (sztuki dobrego życia, w dowolnym tłumaczeniu), ale… Może to po prostu zaraźliwe ;).

A poza kanałami i rowerami, widoczki na komputerze i w mojej głowie: łyski na kanałach, dużo zieleni (i wszechobecna jarzębina), secesyjne kamienice i słynne wielkie okna parterowe. W moich wspomnieniach są także muzea, bo przez trzy dni byłam w pięciu ;), w tym w manufakturę porcelany w Delft i Kastel de Haar w okolicy Utrechtu, albo „zamku Rothschildów”. Gratka dla fanów pałaców, do których się nie zaliczam, a jednak zwiedziłam posiadłość z przyjemnością. Jednym powodem mógł być ładny teren wokół zamku i piękny słoneczny dzień, ale drugim raczej coś, co zauważył M: że dzięki np. nałogowemu oglądaniu Opactwa Downton i tym podobnych produkcji inaczej patrzymy na prywatne domy arystokracji, które jeszcze do stosunkowo niedawna były zamieszkane i „normalnie” używane. Uwaga: więcej zdjęć z wycieczki zamieściłam „na żywo" dwa tygodnie temu na Instagramie.

Spożywczo liczyłam na powtórkę z Brugii (którą zapamiętałam bdb zwłaszcza ze względu na ryby/owoce morza jedzone codziennie), jednak Holandia okazała się nieco inna. Być może to kwestia pory roku (zimny listopad a nie ciepły kwiecień), ale najlepiej z pobytu zapamiętam… zapach potraw smażonych na głębokim tłuszczu. Następnym razem będę wiedziała, że gdy zachce mi się świeżego, skądinąd b. smacznego kibbeling z frytkami, tj. lokalnej wersji fish & chips podanej z sosem (czy też sosami – np. ravigotte, majonezowo-octowym z kaparami), to o ile nie będziemy wyjątkowo wyposzczeni, rozsądnie będzie zamówić jedną porcję na spółkę, bo wtedy prawdopodobnie wszystko damy radę zjeść ;). Smażone są także tradycyjne krokiety, serwowane zazwyczaj na pieczywie, jako alternatywa dla kanapek i… szczerze mówią myślę, że podpadają pod to, co Brytyjczycy nazywają acquired taste ;).

Udało nam się jednak zaliczyć udaną kolację w Heron, o którym wyczytałam na całkiem przydatnej stronie Explore Utrecht (polecam też konto na Instagramie). Restauracja działa od dopiero paru miesięcy, położona jest blisko centrum Utrechtu, ale jednak poza ścisłą starówką, w cichej uliczce wśród domów mieszkalnych… czyt. raczej trzeba o niej wiedzieć, by trafić. A jednak gdy wychodziliśmy, było prawie pełno.

Menu – jak we wszystkich miejscach, gdzie jedliśmy – było tylko po niderlandzku. Kelner zostawił nas na kilka minut z kartą, byśmy korzystając ze znajomości kilku języków europejskich domyślili się ile damy radę. Udało się mniej więcej z połową, bo np. to, że pompon (pompoen dokładnie) to dynia, sami nie wpadliśmy ;). Dużym plusem była dla mnie część pt. „piąta ćwiartka” (dosłownie) z podrobami, konkretnie tym razem szpikiem i racicami. Ogólnie kuchnię można podsumować „sezonowo i lokalnie”, za co kolejny plus.

Warto zapisać, co zjedliśmy po kolei, bo dania były nietypowe:

- amuse bouche: krem z bakłażanów, „własnoręcznie przygotowany latem” przez ekipę Heron, podany z chrupką, prażoną kaszą gryczaną (wciąż myślę, jak ją odtworzyć), chleb na sodzie i smarowidło: mus jabłkowy na wieprzowinie (smaczny i dla osób, które, jak ja, raczej unikają smalcu, też coś do zapamiętania na użytek domowy). Rozbroił mnie właściciel, który na początku nas obsługiwał - gdy powiedziałam, że „ta posypka z kaszy jest świetna”, uśmiechnął się bardzo szeroko: „Tak, wiem”.

- przystawki: bulion rybny dla M (bardzo esencjonalny, z dużym dodatkiem wędzonej ryby) oraz dla mnie trzy głęboko smażone (tak, tak, tu też, tylko cicho westchnęłam na widok talerza ;) lokalne ostrygi z ciekawą wariacją nt. ravigotte, z dodatkiem wodorostów;

- dania główne: M gołąbek jumbo z kapusty włoskiej nadziewany wątróbką drobiową oraz dla mnie (najsłabsze w całym zestawieniu) danie wege: dynia z serem kozim i czerwoną kapustą, gdzie było po prostu za dużo dyni.

Cała kolacja trwała całkiem długo, bo obsługa nie działa w pospiechu, co jednak wydaje mi się (po jeszcze paru restauracjach w Utrechcie) lokalnym standardem i pasuje do ogólnej zrelaksowanej atmosfery. Heron to miejsce do którego chętnie bym wróciła, gdyby jeszcze kiedyś było mi po drodze.

Z innych plusów kulinarnych: przywiozłam smaczny ser (kozi, dwuletni) z Delft ze sklepu Henri Willig, i wypróbowałam parę dobrych lokalnych piw. W Utrechcie też nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem źródła dobrej kawy (łatwiej moim zdaniem niż w Brugii), a koleżanka mnie zapewniała, że to zresztą holenderski standard. Nie byłam jednak w żadnej knajpie surinamskiej, nie spróbowałam prawdziwych speculoos, loempia czy paru innych rzeczy... po prostu jest powód, żeby wrócić ;).

Zapisz

czwartek, 29 września 2016

Kilka lat temu zamieściłam post o restauracjach w Bad Hofgastein, który cieszył się całkiem sporą popularnością (np. znajomi rodziców okazało, że go czytali przed wyjazdem na narty, „bo wyskoczył z Google”). Warto dodać, że z trzech wówczas polecanych restauracji wciąż chodzimy tylko do jednej (Bertahof), która przez ten kilka lat moim zdaniem poprawiła poziom. Włoska knajpa zmieniła właścicieli (ale poprzedni założyli bistro połączone ze sklepem, do którego zaglądamy na kieliszek wina lub po oliwki na wynos), zaś do Tröpferl niestety się zraziliśmy. Swoisty ;) poziom trzyma jednak Austria, o której wspominałam przy innej okazji.

Podczas tegorocznych pobytów w Gasteinertal (myślę tu też o nartach) zebrałam też trochę wrażeń kulinarnych po sąsiedzku, kilka km dalej, w Bad Gastein i uznałam (za namową M), że czas na kolejny wpis. Jak na tradycję przystało, będzie też „trójkowy”.

Chronologicznie, a więc cofając się do tegorocznej zimy: jechaliśmy przez samo centrum Bad Gastein, czyt. okolice dworca, basenu i stacji kolejki na Stubnerkogel, a właściwie snuliśmy się za autobusem w śniegu. Z braku zajęcia rozglądałam się na boki i w pasażu handlowym po lewej stronie zauważyłam nowy lokal. Zdążyłam tylko zobaczyć fragment nazwy „Coś tam beans" (fasolki, ale tu: ziarna), i mignęło mi wnętrze a la kawiarniane. No, jak bardzo, bardzo mała kawiarnia. Niemniej, nabrałam nadziei, że może być to źródło tego, co rozumiem przez dobrą kawę (co by sugerowało, że było to w drugim tygodniu pobytu, kiedy już nasyciłam się i Braunerem, i kawą z ekspresu automatycznego ;)). Wkrótce okazało się, że miałam rację. Mowa bowiem o The Blonde Beans, miejscu założonym przed dwie Szwedki (obecnie, żeby było bardziej międzynarodowo, kawę serwuje także nowozelandzki mąż jednej z nich ;). Ponieważ punkt powstał w miejscu byłego sklepu jubilerskiego, „Fasolki” (bo taką mają u mnie przezwisko) działają głównie na wynos: miejsc siedzących jest dla góra czterech osób, i raczej lubiących bliski kontakt z innymi. Gdy jest ciepło, parapet na zewnątrz może pomieścić jeszcze ok. 2-3 sztuk. Menu jest krótkie: codziennie 2 dania lunchowe, z czego jedno wege/jarskie, poza tym kanapki i słodycze i, przede wszystkim, kawa. Flat white zimowe miało potencjał, ale za dużą pojemność, letnie jest jednak idealne bez żadnych dodatkowych instrukcji dla baristy. No, w końcu formuła podobno przywędrowała właśnie z Nowej Zelandii… ;) Aha, warto do The Blonde Beans zajrzeć wtedy, kiedy Anna ma świeżo upieczone bułeczki cynamonowe (patrz: zdjęcie ^^). Na semla się niestety nie załapaliśmy… jeszcze ;): wszak zima nadchodzi!

Utrzymując się w temacie kawiarni: rok temu zauważyłam, że budynek elektrowni niedaleko wodospadu, w „dolnej” części miasta, sprawia wrażenie odnowionego. Kilka miesięcy później obiło mi się o oczy, że owszem, remont miał miejsce, dzięki czemu powstała nowa kawiarnia, o bardzo stosownej nazwie: Kraftwerk. Gdy zobaczyłam zdjęcia wnętrza, zrozumiałam, że muszę je odwiedzić: jest to gratka i dla fanów stylu (post)industrialnego, i miłośników retro, i techniki. W skrócie, za wystrój należy się piątka (także za zostawienie starych kafelków na podłodze). Sporem plusem jest też lokalizacja, zwłaszcza jeśli lubi się wodospady (jak blisko ten się znajduje, łatwo ocenić na zdjęciu ^^) – choć osobiście powiedziałabym, że Bad Gastein jest w ogóle malownicze, zwłaszcza w miejscach, z których nie widać piętrowego parkingu miejskiego lub centrum kongresowego. Menu kawiarni to napoje (także alkoholowe), ciasta w stylu domowym i drobne dania typu sałatki, makarony, itd. Jedliśmy tylko ciasto (kelnerka poszła się wcześniej dowiedzieć, jakie jest – do wyboru był Apfel- lub Schokokuchen) i piliśmy kawę: jak na Braunera przyzwoitą, ale jest to zdecydowanie Brauner, nie podwójne espresso, jakiego bym się spodziewała w opisanych powyżej „Fasolkach”. Może kiedyś jak będę miała znowu ochotę popatrzeć na zegary i maszynerię, spróbuję czegoś wytrawnego.

Jako nr 3, większy gabaryt: restauracja Rossalm. Gdybym regularnie zjeżdżała na nartach ze Stubnerkogel do Bad Gastein, mijałabym lokal po prawej na samej końcówce przed stacją kolejki i parkingiem. Ponieważ jednak nie lubię tej trasy, przez kilkanaście lat zjechałam tam… całe dwa razy ;), a Rossalm wskazał mi M, gdy ruszaliśmy na szczyt równoległy do Stubnerkogla: „O, to to miejsce, dokąd chciałaś pójść”. Rzeczywiście, chciałam, po wiosennej lekturze artykułu nt. kulinariów w Bad. Restaurację chwalono a recenzowana kuchnia wydawała się ambitniejsza od przeciętnej. Ponieważ na trasie mieliśmy strategicznie umieszczoną gablotkę z menu, zatrzymaliśmy się by rzucić na nią okiem, i ze zdziwieniem przeczytaliśmy godziny otwarcia: tylko piątek-niedziela, i nie za długo. A że akurat zaczynał się weekend… M miał wątpliwości, czy po paru godzinach wspinaczki w pełnym słońcu będziemy się prezentować hmmm, restauracyjnie, ale zwróciłam uwagę na prosty wygląd lokalu (drewniana chata), „sportową” lokalizację i to, że możemy w końcu siedzieć na zewnątrz.

Gdy po ok. 4 godzinach dotarliśmy na lunch, okazało się, że to siedzenie na zewnątrz jest faktycznie wskazane, bo wewnątrz jest nieco zbyt elegancko (czyt. przytłumione światło, szkło i białe obrusy) jak na nasze odzienie i powysiłkową aparycję; zresztą, wyjątkowo letnia aura się aż prosiła o posiłek al fresco. Zajęliśmy więc stolik w cieniu z widokiem na miasto, i skupiliśmy na wyborze dań. Podobało mi się, że większość pozycji w karcie stanowiła nowoczesną wariację na temat austriackiej klasyki, okraszona kuchnią międzynarodową (jak przystawki, na które się zdecydowaliśmy). I tak zjedliśmy zupę z batata z przegrzebkiem (ja), tatara z łososia (M), duszone mięso jelenia (M) oraz Tafelspitz, tj. cielęcą sztukę mięs (ja). Co rzadko się zdarza, do smaku żadnego dania nie mogłabym się przyczepić: po prostu wszystko było smaczne, nawet tatar rybny, który zazwyczaj mnie w restauracjach rozczarowuje (i właściwie przestałam go zamawiać). Jak to ujął M, był doprawiony, ale smak ryby nie został zabity (co w moim odczuciu ma miejsce prawie zawsze). Chyba najbardziej mi się podobał Tafelspitz, od sposobu podania mięsa z wywarem w naczyniu wiadomej firmy ;) plus dodatki (m.in. jabłko z chrzanem, smażone ziemniaki, szpinak) w mniejszych naczyniach, na zasadzie „zrób to sam”. Od razu przypomniał mi się bardzo stary Pyrex, w którym dostałam siostrzane danie, tj. blanquette de veau, w Benoit. No cóż, nie tylko w kategorii „estetyka” Rossalm wygrywa z paryskim bistro. Aha, warto zauważyć, że porcje – jak na dość elegancką formułę zwłaszcza – są raczej duże; M musiał mi pomóc dokończyć mięso.

Z minusów: zmieniłabym proporcje niektórych dań, np. w mojej przystawce było za dużo zupy w stosunku do przegrzebków (bo była dosłownie jedna sztuka ;); w obu daniach M trochę za dużo się działo, jeśli chodzi o kleksy sosów/dekoracyjne a jadalne dodatki (jest to coś, co b. często mi przeszkadza w restauracjach, z lokalnych przykładów w Bertahof często się zdarza). Sztuce mięs też towarzyszyło sporo rzeczy, ale ze względu na formę podania a la jednoosobowy bufet, trudno narzekać na nadmiar. Kolejna sprawa: nie sprawdzałam dokładnie, ale nie rzuciło mi się oczy wiele dań wegetariańskich poza (przypuszczalnie) zupą, jakąś sałatką i deserami; frakcji bezmięsnej radziłabym wcześniejsze sprawdzenie menu. Obsługę oceniam jako obojętną – poprawną, ale nieco za mało zaangażowaną i chłodną; uśmiech i parę słów od siebie w ramach np. rekomendacji naprawdę sporo zmieniają (tu tęsknie myślę o marcowym Londynie, zwłaszcza Harwood Arms...). Wreszcie, niestety: oblany Bublotest ;). Wszystkie te negatywy uważam jednak za drobiazgi i z dużą chęcią do Rossalmu wrócę, np. sprawdzić, jak wygląda w zimowym wydaniu… i jak odświeżają Kasnockn’ czy Tiroler Gröstl, moje ulubione lokalne dania z patelni. Muszę tylko koniecznie pamiętać, żeby przed takimi konkretami darować sobie już przystawkę ;).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

środa, 09 marca 2016

7 lat minęło jak jeden dzień… Tzn. 7 lat od ostatniego pobytu w Londynie. Jeszcze wcześniejsze miały miejsce w poprzednim stuleciu. W związku z tym podczas czterech dni spędzonych w brytyjskiej stolicy w dużym stopniu odwiedzaliśmy to, co znane a dawno niewidziane. Taki był powrót do kościoła St. Bartholomew's, który ostatni raz widziałam w rusztowaniu; na cmentarz Highgate, który zwiedzałam prawie 20 (!) lat temu w upale, a teraz trzęsąc się z zimna; do działu ceramiki V&A (Muzeum Victorii i Alberta), który w 2009 r. był w trakcie renowacji. Jak zawsze rozczuliłam się na widok Nelsona na Trafalgar Square (jak byłam mała, uwielbiałam ten pomnik – chyba fascynował mnie kontrast między wysokością kolumny na „malutką” postacią na górze).

To nie znaczy, że klasyczne zwiedzanie nie objęło niczego nowego: spełniłam swoje marzenie, tj. wieczór w operze w Covent Garden. Co prawda, marzenie zakładało obejrzenie baletu, ale to już jakaś ostatnio prawidłowość, że z baletami mi nie po drodze terminowo. Trafiłam też po raz pierwszy do National Portrait Gallery. Swego czasu zaliczyłam większość londyńskich muzeów, ale to akurat pominęłam, uznając za nieinteresujące („nie lubię biografii”). Wątpię, bym tam wróciła, bo faktycznie niezupełnie jest to moja bajka (wciąż nie lubię biografii), ale nie sposób nie podziwiać brytyjskiego muzealnictwa: wykonania, przygotowania, a przede wszystkim kopalni wiedzy oraz materiałów za tym stojącej. Podczas krótkiej i pobieżnej wizyty paru ciekawych rzeczy się dowiedziałam (choćby na temat kobiet-pionierek w służbie zdrowia, tj. Mary Seacole – mniej znanej, niż Florence Nightingale – czy Elizabeth Garrett Anderson). Zupełnie przypadkiem (poszukując prezentu urodzinowego) trafiłam też do Hatchards, tj. „najstarszej księgarni Wielkiej Brytanii”. Nie ukrywam, że choć regularnie kupuję prawdziwe (papierowe) książki i nie uznaję czytników, robię to właściwie wyłącznie internetowo. Często też kupuję używane książki. Hatchards wygląda jednak tak, jak powinna wyglądać moim zdaniem księgarnia: ma kilka pięter, drewniane schody, jest ciemna, ciekawe pozycje są wyłożone zachęcająco na małych stolikach. W dziale podróżniczym stoi kolekcja globusów. Aż chce się zwinąć w kłębek w fotelu w kącie i czytać. Aha, i witryna jak z Dickensa.

Kultura kulturą, ale co z jedzeniem? Tu także było parę udanych powrotów i kilka wyczekanych nowości. A więc wróciliśmy na Borough Market, który choć także w częściowym remoncie, jest i większy, niż parę lat temu, i znacznie bardziej popularny. Mając na uwadze komfort zwiedzania może lepiej wybrać się rano? W porze lunchu w niektórych miejscach było nieprzyjemnie tłoczno, a kolejka do Monmouth Coffee, które chciałam odwiedzić, mnie niemile zaskoczyła (jeszcze bardziej zdziwiona byłam, że była dwukrotnie dłuższa, gdy wróciliśmy pod kawiarnię po zjedzeniu obiadu). Powrót na Borough oznaczał także powrót do Wright Brothers, i ostrygi były tak dobre, jak je zapamiętaliśmy (lub nawet lepsze), drugie dania jednak nierówne. Poprzedniego wieczora była także inna reaktywacja: kolacja w Harwood Arms, które w kilka miesięcy po tym, jak je odwiedziłam stało się „jedynym jednogwiazdkowym pubem”. Gwiazdkę przez te lata utrzymali i w moim odczuciu zasłużenie: wciąż w menu wyróżniają się ciekawe podroby/nietypowe mięsa (perliczka w dwóch postaciach, gołąb) i na drugim miejscu ryby/owoce morza. Do kart deserów niestety nie doszliśmy (dlaczego, wyjaśnię za chwilę). Obsługa jak poprzednio (i jak zresztą zazwyczaj w Londynie) przemiła, tym razem francuska.



Teraz nowości: po pierwsze, Nopi. Jak może pamiętacie, jestem fanką Jerusalem i choć ogólnie chciałam spróbować wydania restauracyjnego kuchni Ottolenghiego, miałam też pewne obawy (w skrócie takie, że ideał sięgnie bruku). Na szczęście, okazało się, że jest smacznie (nawet jeśli nie oszałamiająco). Formuła „małych dań” z zasady mi odpowiada, bo pozwala więcej przetestować. Z czterech dań, które spróbowaliśmy, pasowało nam zasadniczo każde, z naciskiem na dwa z nich (w przypadku M – sernik wytrawny, w moim – raki). A jednak nie wiem, czy bym chciała to powtórzyć, przy czym myślę o formule/klimacie restauracji, która nawet w części na parterze (indywidualne stoliki, piętro niżej jest tylko jeden wspólny stół – coś, czego osobiście nie lubię) jest mało intymna. Posiłek przebiega sprawnie, ale z konieczności dość szybko, bo już inni goście czekają na stoliki.



Po drugie: Ducksoup. O bio winiarni z ciekawym jedzeniem czytałam kilka tygodni przed wyjazdem, M jednak kręcił nosem, że wolałby coś innego, np. etnicznego. Ponieważ jednak do wybranej indyjskiej restauracji z sieci Dishoom była kolejka na 1,5 godziny czekania (!), spróbowaliśmy szczęścia kilka ulic dalej właśnie w Ducksoup. Miejsce jest ciemne, głośne i małe (a przede wszystkim wąskie: miałam skojarzenia z hiszpańskimi barami), ale o dziwo, znalazły się dwa miejsca na stołkach przy kontuarze. Do win bio szczerze mówiąc jeszcze się nie przekonałam – te w tej restauracji też wydawały się, hm, specyficzne, a spróbowaliśmy trzech różnych – ale bardzo smakowało mi jedzenie. To co mnie od jakiegoś czasu najbardziej interesuje, to prosta (ale nie przaśna) kuchnia z jak najlepszych składników. Tu próbowaliśmy m.in. jagnięcego serca, doprawionego bliskowschodnio, i młodego kurczaka gotowanego w mleku z szalotkami (oba dania na liście „do odtworzenia”).


Tyle, jeśli chodzi o główne posiłki, zostały jeszcze te pomniejsze. I tu powód, czemu słodycze nas w Harwood Arms nie kusiły: zjedliśmy wcześniej podwieczorek. Duży podwieczorek. W hotelu Savoy (który został wybrany drogą eliminacji, bo polecany przez Anię Claridge's był zajęty a termin mieliśmy tylko jeden i dość wąski). Innymi słowy, poszliśmy na klasyczne, tradycyjne afternoon tea, czyli coś, co co kusiło mnie od dawna. Teraz mogę z zadowoleniem pozycję skreślić na liście i… już nie powtarzać. Jak wygląda herbatka w Savoyu? Siedzi się w Thames Foyer na niskiej kanapce lub wyściełanych krzesłach i w ciągu ok. dwóch godzin konsumuje: kanapki w pięciu smakach (najbardziej smakował mi łosoś oraz kurczak z curry, tj. coronation chicken, najmniej pasta jajeczna), scones i clotted cream, drobne wypieki francuskie oraz ciasto. Ilość: do oporu, w miarę możliwości (my się oszczędzaliśmy, a i tak było nam odko), to samo dotyczy uzupełnianej herbaty. Nie jest to, w moim odczuciu, szczyt rozkoszy kulinarnych (najsmaczniejsze były wybrane kanapki i scones, bo wypieki jadałam znacznie lepsze), a raczej ciekawe doznanie kulturowe. Miłym zaskoczeniem było to, że sala (całkiem zresztą pełna) była zajęta nie przez np. grupy azjatyckich turystów, a raczej rodziny z dziećmi, matki z córkami, zakochane pary czy przyjaciół świętujących urodziny. Wiem, że są tacy, którzy regularnie (np. co rok, lub jak tylko mają okazję) wybierają się na odświętny podwieczorek, „kolekcjonując” w ten sposób słynne hotele lub restauracje, ale mnie jednorazowe zaspokojenie ciekawości wystarczy ;).


Po podwieczorku jest kolacja, a po wieczorem, po kolacji… Nie wiem, czy uwierzycie, ale piwo wypiłam tylko raz. Poszliśmy za to do nietypowego baru, w moim odczuciu pozycji obowiązkowej dla fanów klimatów retro i lat 40-tych. Mowa o Cahoots, które kryje się (dosłownie) przy Carnaby St w dawnym schronie z czasów wojny, a jest urządzone jak powojenna stacja metra, w której przypadkiem znalazł się bar. Z klimatyczną kartą drinków (m.in. sekcja „gwiazdy i gwiazdeczki”, a tam drinki nazwane na cześć Judy Garland czy Katherine Hepburn), mówiącą slangiem obsługą i innymi smaczkami (m.in. w toalecie leci program radiowy na temat cockneya). Rezerwacja jest konieczna – bez niej trzeba czekać na wejście bliżej nieokreślony czas.

Rano, zwłaszcza po dłuższym wieczorze a przed ciężkim dniem (spędzonym np. na targach – czasem trzeba zająć się pracą), może przydać się konkretne śniadanie. Choć wybraliśmy się na tzw. full English (klasyczne śniadanie w angielskim stylu, fasolka, boczek i s-ka, które zjadł M, bo ja zobaczyłam w karcie peklowaną wołowinę - salt beef - z jajkiem w koszulce…), topowym śniadaniem okazało się to w Dishoom (o którym wspomniałam wyżej). Sadzone jajo owinięte naanem to pomysł tak prosty a genialny, że nie wiem, jak wcześniej mogłam o tym nie słyszeć. Do tego dwie szklanki pysznego, pikantnego masala chai (które „nigdy się nie kończy”), sos chilli i krótko grillowane pomidory z kolendrą.

Chai? A co z kawą? Moja „googlomapa” składała się głównie z gęsto utkanych żółtych oznaczeń mniej lub bardziej znanych hipsterskich kawiarni. Ostatecznie zaliczyliśmy tylko trzy, a kawa (espresso) smakowało mi najbardziej we wspomnianym wyżej Monmouth – ale tym przynajmniej pozornie mniej obleganym na Covent Garden. Ogólnie jednak kawiarni w Londynie jest bardzo, bardzo dużo, a w popularnych miejscach jeszcze więcej.

Na koniec warto wspomnieć o pamiątkach z podróży, bo wiadomo, że spożywcze też przywiozłam. Skromnie, bo tylko parę sztuk ;) (chyba, że nasiona się liczą?) z Borough Market: dwa brytyjskie sery ze wspaniałego sklepu Neal's Yard Dairy oraz, bo jestem niepoprawna, dwa słoiki przypraw: baharat, której kiedyś mi już brakowało, oraz mahleb.

A teraz, jak już wszystko spisane, ciekawa jestem, kiedy kolejny powrót? Po cichu mam nadzieję, że szybciej niż za 7 lat ;).

wtorek, 22 września 2015

To, że lubię kawę oraz kawiarnie, to nic nowego. O austriackich wspominałam kilkakrotnie, np. w kontekście ich wystroju i tego, co nazywam „zapyziałością”. W Gasteinertal mamy kilka ulubionych, m.in. Café Gastun (Dorfgastein) czy Café Shuh (Bad Gastein), obie z obowiązkowymi pstrokatymi (wzorek geometryczny, wiek na oko co najmniej 20 lat) obiciami krzeseł i siedzisk. W obu kawiarniach bywają lokalni mieszkańcy, plusem Café Shuh jest specyficzny (szorstki w obyciu, ale bratanek M sprawił, że nawet się uśmiechnął) główny kelner (właściciel?). Do austriackiego Braunera się przyzwyczaiłam, choć nie jest to ten typ kawy, który lubię i pijam w warunkach domowych, podobnie zresztą, jak normalnie nigdy nie jadam tortów, a tu w kawiarniach mi się zdarza. Innymi słowy, przyciąga nas głównie atmosfera.



W zeszłym roku przypadkiem znaleźliśmy ulubione miejsce w Salzburgu, tj. Café Bazar, miejsce z tzw. historią. Lokalizacja nad rzeką, z widokiem na starówkę, duże, stare wnętrze, styl lekko Art Deco, duży ruch wewnątrz, ale znów głównie lokalny (sporo starszych osób, spotykających się towarzysko), gazety papierowe (!) na wieszakach, które stanowią popularną lekturę. Za pierwszym razem jadłam najlepszy w życiu Topfenstrudel (na zdjęciu powyżej). Kawa to znów Brauner – przyzwoity i mocny, ale niestety, jednak nie espresso.

Gdy parę dni temu spędziliśmy dobę w Wiedniu, powiedziałam M, że chcę pójść do paru kawiarni, przy czym zależało mi na kontrastach. Była więc i klasyka z historią, i nowa fala, tj. właściwie trzecia fala ;).

Café Central przegapiliśmy wędrując Herrengasse wzdłuż Palais Ferstel (kawiarnia mieści się na rogu budynku) i musieliśmy zawrócić, po drodze zaglądając z ciekawością do pasażu handlowego. Bardzo duże wnętrze jest dość ciemne, z wysokimi sufitami a lampy – skądinąd ładne – palą się chyba cały dzień, skoro były zapalone w słoneczny poranek. Architektura to zresztą w moim odczuciu największy plus lokalu. Obawiałam się, że miejsce z przeszłością", w którym się bywało niekoniecznie po to, by spożywać, będzie całkowicie oblegane przez turystów (z tego co czytałam, do Café Sacher ustawiają się kolejki), jednak przynajmniej trochę po 9 rano nie było tak źle, choć klientela rzeczywiście stanowi ciekawą mieszankę osób zwiedzających Wiedeń oraz... biznesmenów na spotkaniach. Obsługa jest sprawna, choć bezosobowa – czego zresztą się spodziewałam – i szybko dostaliśmy nasze „tradycyjne śniadanie” (patrz pierwsze zdjęcie): mały Brauner + kajzerka + jajo na miękko + rogalik + dżem i masło. Jak to przeważnie w takich miejscach bywa, ciasta najlepiej wybrać „na oko”, wędrując do oszklonej lady na środku pomieszczenia.


Coffee Pirates wyszukałam w internecie już jakiś czas temu, z myślą o znalezieniu miejsca z porządnym espresso („będziemy już stęsknieni”), myśląc więc bardziej o kawie niż o kawiarni. Google nie był wyjątkowo pomocny w tym względzie, tj. z pierwszej strony wyników wyłuskałam tylko to miejsce, i to właściwie po wstukaniu hasła coffee roasters. Gdybym miała liczyć na ślepy traf w znalezieniu takiej kawy, o jaką mi chodzi (takiej, jaką we Włoszech sprzedaje się w każdym kiosku z gazetami), co dziś można zrobić w dużych polskich miastach, Londynie lub w Nowym Jorku - raczej bym się przeliczyła. Piraci nie mieszczą się w ścisłym centrum Wiednia, za to rzut beretem od uniwersytetu, co zdawało się zresztą przekładać na wiek klienteli. Głód podwójnego espresso zaspokoiliśmy flat white, z upałem (33 st. C) dała sobie radę lemoniada, a na pamiątkę zabraliśmy firmową paczkę mieszanki ziaren. Nad stolikiem mogliśmy podziwiać zdjęcia właściciela poszukującego kawy „u źródeł” w różnych egzotycznych miejscach (Wietnam, Ameryka Południowa), przy stoliku poczytać o kawie miesiąca, w toalecie podziwiać kredowe graffiti takie, jak w stołecznej Bibułce. A jednak... cytując T-Love, „jest super, więc o Ci chodzi?”. Może o to, że tego typu kawiarnie to globalizacja w innym wydaniu: gdyby nie język dookoła, moglibyśmy być równie dobrze w Paryżu, NYC czy na warszawskim Mokotowie, bo choć nie są to sieciówki, to wokół są te same drewniane stoły, rowery, alternatywne zaparzacze kawy, brody i tatuaże, a menu i tak właściwie po angielsku ;). Brakuje mi oryginalności i kolorytu ściśle lokalnego, za to chętnie bym wyrzuciła te wszystkie syfony, wazoniki z wstążką* i cokolwiek, co zawiera nasiona chia/goji, bo chcę po prostu napić się kawy, bez ideologii w tle. Może jednak nie jestem hipsterem ;)? Choć przyznaję, że butelki z cold brew (o którym pisałam kilka lat temu jako o „kawie z koncentratu”, zanim wiedziałam, że to można inaczej nazwać...) mają fajne etykiety ;).



Czy wróciłabym do tych miejsc, tak jak jednak wracam do Café Bazar, gdybym przypadkiem znów znalazła się w Wiedniu? Gdybym była akurat w pobliżu a poziom kofeiny byłby niski, może, ale raczej nie wybrałabym się docelowo. Kawiarni w Wiedniu, bądź co bądź, jest pod dostatkiem, choć jeden typ wyraźnie przeważa nad drugim, i gdyby choć trochę zapatrzyli się na sąsiadów z południa, jeśli chodzi o serwowany typ kawy, byłoby idealnie – lub niemal perfekcyjnie, bo podobno ideałów nie ma. Co nie przeszkadza w marzeniach i poszukiwaniach, nawet jeśli własny mąż je kwituje z uśmiechem: „problemy pierwszego świata”. I pewnie ma trochę racji.

* Czyli Chemexy.

niedziela, 05 lipca 2015

Każdy ma pewnie jakieś skojarzenia z Prowansją: pola kwitnącej lawendy, oliwki, zioła, malarze impresjoniści, targi, słońce, otwarte przestrzenie. Większość osób stojąc przed możliwością spędzenia w regionie paru dni pewnie miałaby swoją listę pt. „koniecznie do zobaczenia”. Całe szczęście, że moja lista pokrywała się z tą skompilowaną przez towarzyszy podróży, a były na niej „małe miejscowości” w Luberon/Vaucluse, Aix-en-Provence i Awinion. Bazą wypadową był także departament Vaucluse, konkretnie Leon en Provence na obrzeżu malowniczo położonego Le Beaucet (ok. 300 mieszkańców). Jak można się domyślić, sporo przeczytałam w życiu książek Petera Mayle'a ;). Wyjazd miał m.in. na celu przekonanie rodzica, mającego do tej pory do czynienia tylko z Paryżem, że „Francja da się lubić”. Zaskoczyło nas (pozytywnie) względna dzikość okolicy, w której mieszkaliśmy, i mniejsza, niż się spodziewaliśmy, liczba turystów. Jeśli chodzi o krajobrazy, to część rodziny miała skojarzenia z Toskanią (którą sama widziałam tylko na zdjęciach lub w filmach), z tym, że (cytując Mamę) w Prowansji „wszystko pachnie”. Bo to prawda: pachnie głównie lawendą w różnych postaciach (która już kwitła i w niektórych miejscach całkiem mocno!), ale i ziołami, czasem kadzidłem, czasem anyżem. A co do tej Toskanii... poniżej widok z ruin zamku nad Le Beaucet (gdzie czasem przypadkiem można trafić na koncert!):

 

Po wylądowaniu w Marsylii (wypatrując Chateau d'If z okna samolotu) ruszyliśmy do Aix. Słońce, pomalowane na żółto kamienice, wąskie uliczki. Lunch na skwerze (Place des Trois Ormeaux) z szumiącą fontanną, w której chłodzi się rosé. Jedliśmy sałatki i tatar z łososia, piliśmy wino białe i różowe (to samo, co siedziało w fontannie), ale największe wrażenie, poza fontanną, wywarły desery: klasyczna tarta cytrynowa z bezą włoską (na szczęście – zważywszy na stosunek do tego typu bezy – ja jej nie zamówiłam ;), zestaw magdalenek z sosem czekoladowym czy calissons, z których słynie Aix: lekko ciągnące się migdałowe ciasteczka. Po przejściu się po mieście i odwiedzeniu muzeum Granet przyszedł czas na zakupy na kolację. Rue d'Italie – marzenie kulinarków czy smakoszy – szczęśliwie była po drodze do parkingu. W skrócie, wybór serów i past do pieczywa (z oliwek, z papryki, z bakłażana itd.) w, uwaga warzywniaku był taki, że prawie się popłakałam (i wolałam nie zastanawiać się, co jest w fromagerie...). W piekarni dostałam oczopląsu. Wino na szczęście wybrał już M. Na kolację jedzoną na podwórzu pensjonatu składał się więc świeży rustykalny chleb, lokalne wino, pasta z suszonych pomidorów, pomidory, marynowane karczochy i plastry bakłażanów, sery i czereśnie.

Jednym z serów kupionych w Aix-en-Provence był lokalny banon: łagodny (bo chyba jedliśmy młody) ser kozi. Pojawił się ponownie na śniadanie („tak kozi, z kóz, o tam” [za wzgórzem], cytując naszą gospodynię Isabelle)... wraz z dojrzewającymi wędlinami, świeżymi owocami, bagietką, rogalikami i innymi smakołykami, bo śniadania w Leon en Provence nie były bynajmniej „kontynentalne” ;). Podawane przez Isabelle ciasta (tak, na śniadanie; nie, zazwyczaj ciasta jem na deser) wyjątkowo mi smakowały: cieniutka tarta jabłkowa na bardzo maślanym spodzie czy równie maślane ciasto z ananasem (rozpoznane przez nas jako coś a la Gateau Breton z dodatkiem owoców). Choć oczywiście, zjadłam ½ millefeuille Mamy (skoro proponowała...), to jednak te proste ciasta śniadaniowe najbardziej przypadły mi do serca (czy też innego organu ;).



Więcej serów już mniej łagodnych skosztowaliśmy w jedynej miejscowej restauracji (Auberge du Beaucet – przy sobocie wszystkie stoliki zajęte), przy czym owczy mógłby konkurować z A Casinca (o którym wspominałam), jeśli chodzi o walory smakowe oraz, hm, zapachowe. Bez odwiedzenia stoiska z nabiałem nie opuściliśmy także Les Halles w Awinionie, które – przyznaję bez bicia – były moim „musisz to zobaczyć” (ale pałac papieski też zwiedziłam, i obejrzałam z daleka most ;).

Podejście do "Hal" można mieć dwojakie: albo należy przyjść najedzonym, żeby uniknąć pokus spożywczych, albo przeciwnie – trzeba przyjść tam coś zjeść. Kupić i zjeść można niemal wszystko (choć przestrzeń nie jest bardzo duża, czyt. spodziewałam się czegoś większego), od mięsa (i podrobów w dużym wyborze!) po wypieki, od warzyw po trufle... niemal, bo jakoś bezglutenowe wyroby z chia mi się nie rzuciły w oczy ;). Weganie też mogliby się czuć trochę poszkodowani (choć warzywa – jest stragan poświęcony różnym ziemniakom... – i owoce, typu pyszne melony z Cavaillon, powinny ich pocieszyć). Nasza czwórka po załadowaniu siat z kolacją zaspokoiła głód owocami morza (pierwszy raz jadłam trąbiki), podanymi z aioli, oraz tartami warzywnymi (i ww. millefeuille, nazwanym przez Mamę „francuską kremówką”). A co składało się na te zakupy, można zobaczyć poniżej na lewo.

Podczas zwiedzania „małych miejscowości” (Gordes, Roussillon, Bonnieux, Lourmarin... tak, znowu jak z kart Roku w Prowansji), po lekkim obiedzie, po którym postanowiłyśmy z Mamą, że musimy rozgryźć, jak zrobić galaretkę z pomidorów, pojechaliśmy kawałek za Lourmarin do winnicy Chateau Constantin. Czytałam o niej i u Mayle'a (gdy właścicielem był przyjaciel pisarza), i na np. tym blogu. Od dawna chciałam odwiedzić jakąś winnicę, bo choć wino bardzo lubię, nigdy nie miałam okazji zobaczyć z bliska miejsca, w którym się je wytwarza (a winorośl mijana przy autostradzie w Austrii się nie liczy). Chciałam też móc porozmawiać z kimś, kto bezpośrednio bierze udział w produkcji wina. Jako fanka Bezdroży bałam się jednak czegoś w stylu „winnicy z autokarami” (kto oglądał, ten wie o co chodzi) lub też nadąsanej obsługi a la Benoit. Niepotrzebnie: dość długo zastanawialiśmy się, czy w ogóle w okolicy jest ktoś poza nami, czy też wszyscy udali się na poobiednią drzemkę (zostawiając otwarty sklep). Ze względu na ciszę, upał, wino(rośl) i widoki (bo Chateau jest ładnie położony), miałam skojarzenia z naszym piknikiem we Frascati.

Kiedy już właściwie zbieraliśmy się do odjazdu, pojawił się Dale, który opowiedział nam (w swoim języku ojczystym, czyt. zrozumiałym dla wszystkich obecnych, bo po francusku - w miarę - z towarzystwa mówiłam tylko ja ;) o winnicy i winach, których próbowaliśmy, w tym oryginalnego – choć specyficznego – rosé przechowywanego nie w beczkach, ale w amforach. Okazało się, że najbardziej pasuje nam klasyka, czyli nie wina amforowane lub ozdobione etykietą dla fanów burleski ;) (Madame Constantin), tylko te marki Chateau Constantin. Białe i różowe plus zakupy z Les Halles złożyły się na ostatnią prowansalską kolację.

Jeszcze w temacie posiłków i wspomnianego wyżej mięsa: nie udało nam się nigdzie skosztować jagnięciny, z której podobno słynie region, choć, jak przyznała Isabelle, gdy jej to zasugerowałam, mógł nie być (jeszcze) na nią sezon. Najciekawszym mięsnym daniem okazała się... sałatka zamówiona przez M w Cavaillon, w którym zatrzymaliśmy się tylko na obiad po drodze na lotnisko. Była to salade ardechoise, która zawierała kacze żołądki, plastry marynowanej kaczki oraz plastry tzw. caillette – wędliny trochę zbliżonej do kaszanki (to duże uogólnienie), z dodatkiem szpinaku lub boćwiny.

Już na lotnisku kupiliśmy sobie pamiątkę z wakacji – butelkę pastisu, czyli anyżówki. Mayle miał rację, że to alkohol, który (paradoksalnie) świetnie pasuje do tamtejszego klimatu. Nadaje się na aperitif, bo zaostrza apetyt. To co jednak najbardziej mi się spodobało – a degustowaliśmy pastis w Auberge du Beaucet – to to, że każdy sam zgodnie z upodobaniami dolewa sobie wody (z dzbanka z lodem) do alkoholu. Doświadczenie tureckie (raki w Selçuku) było takie, że dostałam wielką szklankę już wymieszanego mlecznego płynu, którego we dwójkę nie byliśmy w stanie wypić.

Podsumowując – i wracając do początku postu – nie wiem, czy Tata jest przekonany, że Francja da się lubić, ale do Prowansji na pewno się przekonał. To miejsce, w którym łatwo spędzić i weekend, i dłuższe wakacje nie nudząc się, a możliwości jest wiele: od pieszych wędrówek czy kolarstwa (bo rowerzystów jest mnóstwo) po objazdówkę artystyczną/kulinarną/winną, itp. Ba, leżenie w basenie i słuchanie cykad jest także bardzo przyjemne.

Z tego wszystkiego – skoro Mazury aktualnie próbują dogonić Prowansję pod względem temperatur – chyba czas ruszyć tą pamiątkę z wakacji ;). Santé!

niedziela, 10 maja 2015

Salaam! Gdyby ktoś się mnie spytał jakiś miesiąc temu o kuchnię perską, powiedziałabym: „Woda różana i granaty”, myśląc głównie o Gotujących Irankach, tj. Zupie z granatów*. Po namyśle dodałabym lemoniadę z octem i herbatę. Dzisiaj, po „majówce w Iranie”, wiem ciut więcej, choć mam wrażenie, że spróbowałam tylko mikro wycinka tego, co kraj ma do zaoferowania - nie tylko jeśli chodzi o kuchnię. Nie wchodząc w deklaracje polityczne czy światopoglądowe, wydaje mi się, że wiele osób z góry skreśla Iran od strony turystycznej, a tymczasem czułam się tam dużo bezpieczniej, niż w np. znacznie popularniejszych – i względnie łatwiej dostępnych, mam na myśli proces uzyskania wizy ;) - Indiach.

Nasz pierwszy posiłek w Teheranie miał miejsce w restauracji Alborz, o której wcześniej czytaliśmy w internecie oraz przewodniku. Przed budynkiem przeszliśmy kilka razy, zanim domyśliliśmy się, że portier stoi tam nieprzypadkowo a to, że nie ma żadnego szyldu, to tzw. drobiazg ;). Usiedliśmy przy stoliku i potulnie zaczęliśmy jeść gęstą zupę z pęczakiem, łudząco przypominającą krupnik. Gdy po chwili pianista zaczął grać Chopina, wrażenie, że okoliczności nie współgrają z lokalizacją zrobiło się dość silne... ale na tym rodzime klimaty się skończyły. Górne prawe zdjęcie pochodzi właśnie z tej restauracji (herbata po posiłku). Zanim ktoś spyta: tak, cudzoziemki w Iranie też muszą nosić chusty na głowie, a także zakrywać pupę, nogi oraz ramiona (przynajmniej do łokci włącznie).

Czytałam w paru miejscach, że jedzenie w Iranie jest „mdłe” czy „nieciekawe”. Amerykanie na forach radzili, żeby zabierać ze sobą do restauracji sos tabasco (!!!). Po tych kilku dniach, które spędziłam jedząc kuchnię perską, z jednej strony nie mogę się nadziwić tym opiniom, a z drugiej... sposób podania dań w restauracjach jest specyficzny i wymaga pewnej wiedzy oraz współpracy ze strony konsumenta. I tak gdy w ww. Alborz na stole pojawiła się cała surowa cebula na talerzyku (patrz zdjęcie poniżej), dokładnie owinięta folią, nie wiedzieliśmy, co z nią zrobić, więc ją zignorowaliśmy. Skąd miałam wiedzieć, że mam odrywać kawałeczki lawasza, zawijać w nie odrobiny cebuli, doprawiać sosem jogurtowym i zagryzać tajską bazylią, która pojawi się na talerzu z kebabem? Nie wiedziałam też, że masło jest oczywiście po to, by nim doprawić kopiec biało-żółtego (od szafranu) ryżu. Na półmisku obok mięsa, poza bazylią, znajdowały się całe pieczone pomidory i ostra zielona papryczka, też w całości. Na jej widok się uśmiechnęłam, bo stanęły mi przed oczyma posiłki w Van w Turcji. Tam mięsu czy rybie zawsze towarzyszyły bardzo grubo pokrojone kawałki surowej cebuli oraz ww. papryki. W Iranie po prostu poszli o krok dalej: po co kroić, jak każdy może sobie pokroić i urozmaicić posiłek wg własnego widzimisię... tyle, że musi się o to postarać. Jeśli skupi się na samym mięsie czy suchym ryżu to faktycznie, odbierze tylko cześć smaków.

Z klasycznych dań obiadowych spróbowaliśmy, poza kebabami w różnej formie, potrawek: khoresht fesendżun (mniej kwaśnego, niż ten, który ja robiłam, za to sos miał kolor prawie czarny); baghali polo, ryż z bobem, podany z duszoną jagnięciną (na zdjęciu poniżej, jako jedyne fotogeniczne ;), mirza ghasemi, sos z duszonych pomidorów, bakłażanów i czosnku, zaciągnięty jajkiem oraz ghormeh sabzi, dość kwaśne danie z duszonego szpinaku z fasolą. Gulasz dizi niestety poczeka na kolejną okazję.

W temacie ryżu: proporcje posiłku perskiego to dużo, dużo ryżu (sypkiego, zazwyczaj przynajmniej częściowo szafranowego, lub przypieczonego, podanego w formie zapieczonego prostokąta) i relatywnie nieduże porcje mięsa/warzyw czy innych dodatków, choć tych dodatków może być wiele. W efekcie liczba posiłków w ciągu dnia skurczyła się nam do dwóch i pół: lekkiego śniadania, obfitego obiadu i ew. małej przekąski (typu owoce) gdzieś po drodze.

Podstawowe śniadanie perskie wzbudziło zachwyt M: surowe warzywa (standard to ogórek i pomidor), pieczywo (lawasz albo nieco grubszy taftun), słony, fetopodobny ser i znów ww. bazylia tajska lub oliwki/bakalie (np. pyszne suszone daktyle; patrz zdjęcie powyżej). Niestety nie udało mi się spróbować polecanego chleba pieczonego bezpośrednio na gorących kamieniach, widziałam go tylko w piekarniach czy wiezionego w jutowych sakwach na motocyklach ;).

Owoce to np. arbuz jedzony w karawanseraju podczas wycieczki na pustynię czy soki sprzedawane na ulicy: z melona, truskawek czy granatu, niedosładzane (patrz zdjęcie). Inna forma to bakalie zakwaszane sokiem z granatu, w myśl tego, że słodko-kwaśny (a nie „mdły!”) smak to cecha wyróżniająca perską kuchnię. Kolorowych straganów pełnych tych owoców nie sposób nie zauważyć w Darbandzie**. Kupiłam lawaszak (lavashak), prasowane plastry owoców, morele i (chyba) berberys. Morele tak nasiąkły sokiem, zwłaszcza podczas po godzinie wspinania się, że aż się krzywiłam podczas jedzenia ;). Mój faworyt to jednak lawaszak.


Słodyczy – poza ww. nie udało mi się skosztować zbyt wielu; pierwszego dnia M jadł lody (szafranowe i z wodą różaną - powiedziałabym, że dla koneserów tych smaków ;)) a ja „fruit glacé”, tj. sok (tu: ananasowy) z kulką lodów. Podczas wycieczki w Kashanie kupiliśmy na bazarze typowe (jeśli wierzyć przewodnikowi...) ciasteczka, smaczne, lekko ciągnące się kokosowe makaroniki nargili (w stylu tych prostszych, nie francuskich).

Cukru nie brakowało w innych napojach, bo choć soki wyciskane nie są dosładzane, inaczej się rzecz ma z tzw. mocktajlami, typu orzeźwiające mojito bez procentów (bo Iran jest, przynajmniej oficjalnie, bezalkoholowy) czy aromatyzowane piwa bezalkoholowe, nie mającymi nic wspólnego z piwem. Jeśli chodzi o podstawowy napój, czyli wodę, z przyjemnością informuję, że ta z kranu, choć umiarkowanie smaczna i mocno chlorowana, jest jak najbardziej pijalna. Poza tym Iran = czarna herbata, choć mam wrażenie, że w Turcji jest ona bardziej wszechobecna oraz mocniejsza a w Iranie częściej pita gorzka. W moim przypadku i tak był to pierwszy intensywniejszy kontakt z tym napojem od paru lat. Gorąca herbata w karawanseraju, zagryzana kostkami cukru, po upale pustyni, to o dziwo było właśnie to, co było nam potrzebne, ale najbardziej smakował mi czaji na cichym (bo w dzień świąteczny i tuż przed wieczornym otwarciem sklepów) i klimatycznym bazarze w Kaszanie (zdjęcie poniżej). Kawy, jak na siebie, wypiłam niewiele i do ostatniego dnia przed wyjazdem najlepsza była turecka serwowana w kawiarni hotelowej. Czwartego dnia bowiem odkryliśmy najpierw kawiarnię z prawdziwym ekspresem w kompleksie pałacowym Sa'ad Abad, a potem podczas wieczornego spaceru okazało się, że mieszkamy za rogiem od wypasionej Balcony Cafe. Espresso (trzeci kolaż od góry) było na dobrym poziomie włoskim, za to przy cenie kilku espresso włoskich ;). Dalszy spacer wykazał więcej źródeł kawy „z Zachodu” po drugiej stronie ulicy – niby lepiej późno niż wcale, ale też o dziwo tej kawy mi tak bardzo nie brakowało. Może inaczej by było przy dłuższym pobycie... Jako PS do elementów zachodnich: czytałam przed wyjazdem o słabości Irańczyków do fastfoodów łudząco (nie tylko pod względem menu, ale wystroju wnętrz, kolorów, nazw, itd.) przypominających amerykańskie sieciówki. Widziałam w końcu tylko jeden przykład, tj. Freshway, ale nawiązanie do Subwaya jest tam wyjątkowo mało subtelne - logo jest praktycznie identyczne ;).

Patrząc na te wszystkie spostrzeżenia, mam wrażenie, że to sporo wrażeń jak na cztery dni pobytu. Chyba trudno się dziwić, że zaraz po powrocie kupiłam tematyczną książkę kucharską... I chętnie bym jako kolejny kierunek wyjazdu obrała okolice Gilan nad brzegiem Morza Kaspijskiego.

* Planując wyjazd do Iranu chciałam sprawdzić, czy Marsha Mehran nie pisze kolejnej książki i okazało się, że autorka niestety zmarła ponad rok temu, w nieciekawych okolicznościach :/.

** Darband znajduje się na północnych obrzeżach Teheranu i budzi entuzjazm wszystkich Irańczyków, którym wspominaliśmy, że tam jedziemy na wycieczkę. (Wyobraźcie sobie krzyżówkę Łazienek z Krupówkami... albo może Morskie Oko, ale w Warszawie, i całą trasę obstawioną sklepami lub knajpami ;)).

czwartek, 11 grudnia 2014

Po ostatniej wizycie w restauracji, której recenzję zamieszczam poniżej, zastanawiałam się nad tym, jak wiele czynników dodatkowych wpływa na naszą ocenę czy to posiłku, czy filmu, czy lektury. Wiele zależy od naszego nastawienia, pogody, towarzystwa, innych okoliczności. Przypuszczam, że dlatego (podobno, jeśli to nie mit czy stereotyp) krytycy kulinarni zamawiają wiele dań do spróbowania (żeby nie było, że mieli szczęście i trafili na dwa najlepsze) i często chodzą do restauracji w towarzystwie innych osób (by można było skosztować szerszej gamy potraw). Bo jeśli się spróbuje wszystkiego, co dana restauracja ma do zaoferowania, ma się podstawy do wydania opinii – stety lub niestety.

Do Enfant Terrible wybierałam się od otwarcia restauracji, czyt. od kilku miesięcy. Szefa kuchni-założyciela kojarzę z dawnych czasów forum Galeria Potraw, a już wówczas tworzył i fotografował dania ambitne oraz kontrowersyjne. Później pracował m.in. w Harwood Arms w Londynie, które wywarło na mnie dobre wrażenie podczas ostatniego pobytu. Śledziłam więc zmiany menu restauracyjnego, oglądałam zdjęcia potraw, zastanawiałam się, co bym zamówiła. Oglądając zestawy degustacyjne miałam wątpliwości, czy wybrałabym właśnie te dania, więc dzwoniąc, by zarezerwować stolik, miałam w głowie raczej menu a la carte. Przez telefon jednak dowiedziałam się, że w grudniu będzie serwowane tylko menu degustacyjne – świąteczne, „inspirowane kuchnią polską”. Później „u źródła” uzyskałam informację, że a la carte jest, ale tylko w porze lunchu. Na miejscu w restauracji okazało się, że... a la carte jest także wieczorem. Zaskoczona zdążyłam się już ucieszyć, gdy M oznajmił, że chce spróbować jednak degustacyjnego – pełnego, 7-daniowego, obejmującego całą grudniową ofertę, plus wina. Na to się zatem zdecydowaliśmy, po wyrażeniu zgody na (gorliwie zasugerowany) kieliszek szampana. Na sali było ciemno od garniturów, bo wygląda na to, że restauracja przyciąga w dużej mierze klientelę biznesową, także w porze kolacji (chyba, że to specyfika grudniowych „spotkań świątecznych”). Nie sądziłam, że eksperymentalna kuchnia wysoka (jak u Amaro czy w Tamce) jest aż tak popularna ;), ale może zadziałała magia Knajpy Roku?

Po paru h wyszliśmy z mieszanymi odczuciami. Jeszcze tego samego wieczoru myśląc o tym, jakie 3 potrawy bym wybrała sama, uznałam, że po samym a la carte byłabym bardziej zadowolona... ale wówczas byłby to ten łut szczęścia, i trafienie na lepszą mniejszą połowę ;).

Jeśli chodzi o wrażenia, zacznę od pozytywów.

+ dania: moje nr 1 – przegrzebek z kapustą x 2, na „grzanym winie” (sosie), wyrazisty i spójny (smakowo szczerze mówiąc bardziej skojarzyło mi się z francuską kuchnią wiejską (o, ta galette np.), niż polską, ale to uwaga subiektywna); nr 2 mógłby być matjas w dwóch postaciach (pierwsze danie w zestawie), przede wszystkim ze względu na świetny produkt; nr 3 (w moim odczuciu, bo M miał wątpliwości, czy nie nazbyt „domowa” w smaku, jak na formę podania i całą otoczkę) przepiórka z czerwoną kapustą i sosem z miodu (pitnego). Ponadto: chleb na zakwasie 13-letnim, a konkretnie jego miąższ (do skórki wrócę).

+ wino: podane do sandacza „jabłkowe”, Chardonnay Neuburg Koppitsch – którego początkowo nie mogłam znaleźć w karcie win na stronie, ale została przez ostatni tydzień uaktualniona. Z tej samej winnicy pochodzi „flagowy” restauracyjny Zweigelt. Rzeczywiście świetnie podkreślało jabłka w składzie dania, a aromat ma rzadko spotykany.

Teraz niestety będą minusy...

- dania niewymienione powyżej podpadały w moim odczuciu pod dwie kategorie: poprawne, o których się zapomina prawie od razu (desery; sandacza zapamiętałam tylko ze względu na wino), albo takie, które były źle w moim odczuciu skomponowane. M swoje zarzuty podsumował krótko: „Znowu za dużo się dzieje na talerzu”. Największe wątpliwości miałam do karpia, którego się od początku obawiałam, bo nie spotkałam się jeszcze z takim jego przyrządzeniem, które by mi smakowało (choć skoro raz – i tylko raz - udało się z foie gras, kto wie, może kiedyś...). Tu grzyby i gryka w dwóch postaciach (kleik i popcorn) skutecznie karpia przytłumiły ;), a też forma obróbki (rolada?) sprawiła, że na talerzu mogłaby być zupełnie inna ryba (albo i coś innego...). Nie trafiła mi także do przekonania „gala & pig” - zestaw galaretek m.in. o smaku kompotu z suszu oraz bardzo słony i twardy plaster boczku (podobno długodojrzewającego... ale obróbka termiczna zabiła charakterystyczny aromat tak wytwarzanej wędliny).

- wspomniałam powyżej o chlebie. Otóż na samym początku posiłku kelner przyniósł nam wybór trzech gatunków pieczywa, informując, że jest pieczone na miejscu „codziennie rano”. Na zestaw składały się: 2 x pszenna bułeczka w kształcie kłoska, b. mocno podgrzana, 2 kawałki bagietki oraz 2 kromki chleba na zakwasie. Ten ostatni, jak już pisałam, był najsmaczniejszy; niestety, źle go przechowywano po przekrojeniu bochenka, bo kromki były z jednej strony zeschnięte. Bagietka niestety za krótko wyrastała i miała za twardą skórkę. Bułeczka początkowo była smaczna, ale po ostygnięciu (jednej nie zjedliśmy od razu)... stała się twarda jak kamień, a mnie przyszedł do głowy Jeffrey Hamelman i jego opinia, że podgrzewanie (także mocne) tuszuje braki w pieczywie (bad bread should be eaten warm, even hot).

- wina dobrane do degustacji (poza wspomnianym powyżej) były rozczarowujące, bo a/z jednym wyjątkiem – białe; b/zazwyczaj niewiele wnosiły do potrawy, a „nie przeszkadzające” to dla mnie za mało; c/zabrakło wspomnianego wyżej Zweigelta Enfant Terrible, co mnie zaskoczyło, bo spodziewałam się, że restauracja będzie się „własnym” winem chwalić. Zamiast niego jedyne (!) czerwonego wino, jakie zaserwowano, to Pinot Noir zupełnie innego typu, niż amerykańskie, którymi się niedawno zachwyciłam, czyli takie z jakim miałam do czynienia wcześniej i które sprawiało, że poważnie zastanawiałam się nad gustem Milesa. W przypadku jednej potrawy wino zastąpiono nalewką z rajskich jabłek, która miała, według kelnera, działać jako trou (nie zauważyłam ;).

- obsługa kelnerska. Jeśli proszę kelnera o „najzwyklejszą wodą niegazowaną” (prawie dodając „z kranu”), spodziewam się, że dostanę najtańszą w karcie, nie najdroższą. Zorientowałam się niestety wówczas, gdy M już butelkę otworzył; przy kolejnej byłam bardziej precyzyjna. Z innych błędów – były problemy ze zgraniem podawania wina i dań. Zasadniczo najpierw dostawaliśmy danie, chwilę później alkohol, co oczywiście skutkowało tym, że z ostatnim kęsem na widelcu przypominałam sobie „ojej, przecież miałam wypić do tego to wino”. Wyjątkiem był ww. sandacz, do którego wino pojawiło się wcześniej. Spytałam się rozlewającego kelnera „a do czego będziemy je pili?”, czym go bardzo zmieszałam, bo... niestety nie wiedział.

- z lekkim przymrużeniem oka: Enfant... niestety nie zdał bublotestu ;).

Oczywiście, na moją ocenę może wpływać fakt, że eleganckie eksperymenty z naciskiem na to ostatnie mi się przejadły (sic), nie tylko zresztą kulinarnie. W restauracji aspirującej do pewnego poziomu nie szukam kuchni domowej (na które miejsce jest w domu, kropka), tylko wyjątkowego smaku i treści, nie chaosu. Jak widać powyżej, minusów wyszło więcej niż plusów, i samą mnie to smuci. Możliwe jednak, że niefortunnie wybrałam na czas wizyty okres okołoświąteczny i wiążące się z nim sezonowe menu. Nie sądzę, by zdekonstruowana kolacja wigilijna stanowiła świadectwo możliwości szefa kuchni i jego zespołu. Jak ujął to M: „Menu degustacyjne powinno pokazywać, na co szefa stać, to, co robi najlepiej. Dlatego przynajmniej część dań to powinny być całoroczne evergreeny”... ale to chyba nie jest modna postawa.

Mając powyższe na uwadze, może jeszcze kiedyś wrócę (na pewno nie w grudniu ;), omijając dobierane wina. Jeśli stchórzę, skończy się na a la carte ;).

niedziela, 21 września 2014

Jechaliśmy wiosną do Warszawy i, w ramach zabawiania kierowcy, przeglądałam na komórce stronę Via Michelin pod kątem restauracji gwiazdkowych w Nowym Jorku. M zasugerował, że może wreszcie spróbowalibyśmy pułapu najwyższego, bo trzygwiazdkowego. Odrzuciliśmy restauracje azjatyckie, uznając, że w końcu jedziemy do USA, nie do np. Japonii czy Korei, a następnie wyeliminowaliśmy sieciówki. Nie takie w rozumieniu McDonald's, ale takie restauracje, które są tylko jednym z elementów portfolio danego restauratora. Został nam Chef's Table przy Brooklyn Fare.

Opis typu „tylko kilkanaście miejsc siedzących, siedzisz i patrzysz, jak szef/właściciel gotuje” bardzo nam się spodobał. Wyglądało na to, że od wpływów azjatyckich się nie ucieknie, bo szef kuchni ma słabość do kuchni japońskiej, serwuje głównie ryby/owoce morza, także surowe. Zmartwił mnie aspekt rezerwacji – dzwonić (i tylko dzwonić) w określone dni, z 2-miesięcznym wyprzedzeniem, a szansa, że się uda, jest niewielka. Uznałam jednak, że skoro udało mi się z Chateaubriand, to chociaż spróbuję. Poza tym przeczytałam gdzieś komentarz klientki „dodzwoniłam się za 50 razem” i tyle razy postanowiłam, że też zadzwonię. Nie było to koniecznie – dodzwoniłam się „już” za 22. Z tym małym „ale”, że na pierwszy z obstawianych terminów już nie było miejsc. Kolejne należały do innego terminu telefoniczno-rezerwacyjnego, za tydzień. Mój rozmówca, czyli Carlos - tak swoją drogą, to pierwsze zetknięcie się z amerykańskim zwyczajem (nad)używania imion własnych – spytał jednak, skąd dzwonię i się zamyślił nad odpowiedzią: „Z Polski. W Europie”. Koniec końców, w drodze wyjątków, wstępnie zrobił nam rezerwację na kolejny tydzień, a ja byłam dumna jak paw. Sama rezerwacja była jeszcze kilka razy potwierdzana mailowo (wymagana jest karta kredytowa), dostałam też szczegółową instrukcję obsługi ;) („nie spóźniać się, mamy dress code, proszę poinformować o ew. alergiach/szczególnej diecie, ale i tak ich raczej nie uwzględnimy” - bezglutenowi weganie raczej nie mają czego tam szukać). Tak czy inaczej, w piątek 12 września, odstawieni prawie jak na wesele i bardzo podekscytowani, dotarliśmy na Brooklyn. Na wstępie wyłączyliśmy komórki, zgodnie z fragmentem instrukcji mailowej („zakaz robienia notatek, zdjęć i używania telefonów wewnątrz restauracji” - dlatego też jest to recenzja niemal bezzdjęciowa, jeśli pominąć widoczek z okolicy). Myślałam, że kilka h później wyjdziemy z wypiekami na policzkach i przez całą drogę w metrze będę zajmować się aplikacją Notatki, zapisując jak najwięcej wrażeń. Tymczasem...

Zjedliśmy ok. 17 dań (ale przyznaję, że przestałam liczyć chyba przy nr 7). Pierwszych 4-5 to było sashimi, czyt. na jeden kęs. Kolejnych ok. 4 – na ok. 2-3 kęsy. Dania główne (szt. 3) były nieco większe, tzn. wielkości małych przystawek w standardowej restauracji. Deserów było także ok. 4. Napoje: woda, wino (w 2 zestawach degustacyjnych lub na kieliszki/butelki), kawa do deseru. Co zapamiętałam: brioszkę z niemal surowym tuńczykiem; mus z jesiotra z kawiorem (który dymił – jeden z dwóch elementów teatralnych); bulion dashi, z foie gras i czymś a la krem na dnie (danie z cyklu „dziwne, coraz dziwniej”, czyt. nie chciałabym powtarzać); mus z shiso, czyt. pierwszy deser. Pamiętam, że były poza tym gdzieś przegrzebki, kaczka i wołowina; kurki; grzyby; czarny bez; czekolada (drugi element teatralny – kula po stopieniu odsłaniająca lody). I to by było na tyle, jeśli chodzi o kulinarne wspomnienia. Olśnieniem był chyba tylko mus z jesiotra, a to, w moim odczuciu, trochę mało – i jak na kilkanaście dań, i na ***, i sławę. Wszystko było, zaznaczę, smaczne – i może tylko bulionu wolałabym nie powtarzać ;) - ale bez efektu 'wow'. Zestaw czterech win degustacyjnych można sobie właściwie darować – pomijając to, że 50% to były rieslingi, i może nieinwazyjne (cyt. M), ale niespecjalnie coś wnosiły (zestaw 6-ciu win, poza ww. czterema, zawiera kieliszek szampana i wino deserowe).

Jeśli chodzi o inne wrażenia z restauracji: nie liczcie na tzw. wystrój, bo go nie ma ;). Chyba, że typowa kuchnia restauracyjna, ze stalowymi blatami, wiszącymi (miedzianymi!) garnkami itd., was kręci wizualnie. Z zewnątrz trudno trafić, bo drzwi są niespecjalnie oznaczone, a szyby zaciemnione – ogólnie mijając lokal ma się wrażenie, że to wejście na zaplecze, może dla dostawców. Pomysł z siedzeniem wokół wyspy przed właściwą, otwartą kuchnią, wydaje mi się fajny, choć nie każdy kucharz pewnie ma ochotę gotować przed publicznością, i to taką, która śledzi każdy ruch (i do tego tematu jeszcze wrócę). Goście są zapraszani na dwie tury – o 18:00 i 18:45, potem o 21:00 i odpowiednio 21:45. Oznacza to, że wszystkie dania dla danej grupy wydawane są o tej samej porze i powinny być jednocześnie zjadane. Sala mieści 18 osób, i wszystkie miejsca były zajęte, przy czym nasza „grupa” składała się na 8 osób. Jedna para z tury wcześniejszej się mocno spóźniła – zostali przyjęci, ale włączeni do posiłku od momentu, w którym się pojawili, czyli ok. 5 dania. W chwilę później okazało się, że państwo nie przeczytali maila z instrukcją, bo nie poinformowali restauracji wcześniej, że jedno z nich nie jada wołowiny. Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że pan po prostu straci kolejne danie, ale jednak byliśmy w USA: zaimprowizowano dla niego coś innego. Rozglądając się po lokalu, zauważyłam, że inne szczegóły maila gdzieś umknęły – dla mężczyzn zalecono „strój oficjalny biznesowy”, ale choć marynarki na ramionach były, nie nazwałabym ich szczególnie oficjalnymi, na krawaty zaś panował nieurodzaj. Niemniej jeden mężczyzna (spóźnialski niejedzący wołowiny), który przyszedł bez marynarki, otrzymał ją od obsługi, i został grzecznie poproszony o założenie.

Na sali, poza gośćmi, znajdowało się sześć osób: czterech pracowników w kuchni, w tym szef Cesar Ramirez, kelnerka między wyspą dla gości a kuchnią, oraz krążący z tyłu sommelier (mówiący z bardzo silnym francuskim akcentem). Kelnerka była sympatyczna, choć, jak cała obsługa Chef's Table, na dystans, zwłaszcza wg standardów amerykańskich. Sumiennie, choć krótko (czas w końcu gonił), odpowiadała na pytania (np. moje o wszystkie jadalne kwiaty przy sashimi). Okrążała także salę, pytając, czy wszyscy wyrażają zgodę na zjedzenie foie gras. Pracownicy kuchni, poza Ramirezem, nie udzielali się wśród klientów. Szef kuchni jednak uważał za swój obowiązek czasem podać komuś danie (w milczeniu) lub przejść się po sali i pouprawiać small talk. Mieliśmy jednak nieodparte wrażenie, że się do tego zmusza, wiedząc, że goście tego oczekują, ale i sam nie ma na to ochoty, i nie bardzo umie to robić. M był zadziwiony, że osoba, która nie nawiązuje łatwo kontaktów, i nie można nazwać jej „ciepłą i otwartą”, wybrała taki model restauracji. Podobno jednak teatr nie istnieje bez publiczności... albo przyjęta formuła nie była jego własnym pomysłem. Na plus dla całego nastroju: choć może surowo i chłodno, nie jest, w moim odczuciu, pretensjonalnie, i jeśli coś/ktoś psuło nastrój, to nie obsługa, a niektórzy goście.

Choć po przeczytaniu powyższej epistoły możecie mieć wrażenie, że żałuję całej eskapady – tak nie jest, bo było to nowe doświadczenie, i gdybym z niego świadomie zrezygnowała, żałowałabym potem. A jednak nieśpieszno mi do testowania kolejnych trzygwiazdkowych restauracji, i nie chodzi tylko o finanse, czy brak takich miejsc w naszym kraju ;). Zastanawiam się po prostu, czy nie jest tak, że na pewnym poziomie różnice w jakości są minimalne, a w każdym razie, nie takie, by uzasadniały szum, zabiegi wokół uzyskania rezerwacji, i, oczywiście, płacone sumy.

Dla porównania: 2 dni wcześniej, w kilka godzin po powrocie do Nowego Jorku z Vermontu, niemal przypadkiem trafiliśmy do The Spotted Pig. „Niemal przypadkiem” oznacza, że poprzedniego dnia przypomniałam sobie, że czytałam wzmiankę o tej restauracji na blogu Manger. Obejrzałam stronę i menu, całość wyglądała jak brytyjski pub serwujący lepsze jedzenie, „a, taki gastropub, no to idźmy”. Po drodze do NY sprawdziłam w przewodniku lokalizację na mapie i zobaczyłam info o jednej gwiazdce Michelin. „Ups” było reakcją M.

- I jesteś pewna, że nie przyjmują rezerwacji?

- Tak, jestem pewna, sprawdzałam na stronie. Spróbujmy po prostu wyjść wcześniej, najwyżej pójdziemy gdzieś indziej...

Byliśmy ok. 18:15 i stolik dostaliśmy z miejsca, ale „pub” szybko się zapełniał (ok. 21, przepychaliśmy się najpierw do wyjścia i potem przez kolejkę, stojącą przed drzwiami). Zamówiliśmy łącznie cztery „talerze” - mniejsze dania, ale w zupełności wystarczą za pełen posiłek, może zostawiając miejsce na deser (nam zostało ;). Hitem były gnudi z ricotty (podobno ich danie flagowe), rillettes wieprzowe (sympatyczny dwumetrowy kelner zgiął się w pół, by spytać, czy wiem, co zrobić z daniem ;) i deser M – placek limonkowy. Słabym punktem były sery (jak niestety często bywa) i, zdaniem M, sałatka ze świńskim uchem (choć moim zdaniem to po prostu kontrowersyjne danie). Piliśmy i domowego bittera (jak się okazało, robionego dla restauracji... na Brooklynie), i rose, też podobno brooklyńskie. Jedzenie było bezpretensjonalne, obsługa - mimo pełnego obłożenia – sprawna i sympatyczna, a cała atmosfera... jak w pubie, tyle, że większość gości siedziała, a nie stała przy barze. Przyznaję, że nigdy nie byłam w tak wyluzowanej restauracji gwiazdkowej, i całkiem mi się to podobało. Dodatkowym plusem (dla siedzącego przodem do kuchni M, niestety ja jej nie widziałam) była April Bloomfield, szefowa restauracji, uwijająca się w fartuchu. Zachęceni informacją na rachunku, że A girl and her pig Bloomfield jest do kupienia na miejscu, wyszliśmy z książką z autografem pod pachą – w końcu muszę teraz zrobić te gnudi ;).

Gdybym miała wybierać jeszcze raz, poszłabym ponownie do The Spotted Pig, albo pokrewnej restauracji. To nie znaczy, że było idealnie, bo pewne rzeczy, także w jedzeniu, bym zmieniła, ale... Arek na FB zasugerował, że to przesyt tzw. „fine dining”. Ja jednak zastanawiam się, czy rozwiązaniem nie byłoby coś pośredniego. Czyżby M miał rację, mówiąc, żeideałem jest restauracja dwugwiazdkowa, aspirująca do trzech gwiazdek?A może nie tędy droga...? Używając angielskiego powiedzenia, oto „food (sic) for thought”.

środa, 17 września 2014

Pierwszym miejscem (poza Nowym Jorkiem), do którego wiedzieliśmy, że pojedziemy w Stanach, było Maine. Dlatego pierwszym pytaniem, jakie usłyszałam podczas rozmowy wizowej było krótkie a treściwe: „Why Maine?”. Wcześniej wydawało mi się, że nie wybraliśmy aż tak oryginalnych miejsc na podróż... To było zanim ileś osób spytało mnie, czemu nie Zachodnie Wybrzeże (które znajduje się gdzieś na końcu mojej amerykańskiej wishlisty). A czemu w ogóle Nowa Anglia? Jeśli się dorastało zaczytując Hotelem New Hampshire, odpowiedź jest jasna (i tylko jeszcze dodam, że kolejne na liście jest amerykańskie Południe. Tak, też przez literaturę). Do Maine dorzuciliśmy Martha's Vineyard, żeby było coś a/w połowie drogi między Nowym Jorkiem a północą, b/bo chciałam nad morze, w ramach urozmaiceń, a potem dodaliśmy jeszcze Vermont. Z perspektywy czasu uważam, że to dobry zestaw: każdy stan i miejsce jest inne. Nr jeden chyba został Vermont – tam mogłabym ew. zamieszkać.

W kilka h po opuszczeniu Nowego Jorku, nieco zmęczeni i zestresowani jazdą samochodem w nowych warunkach, dotarliśmy do promu na Martę, bo tak zaczęliśmy nazywać wyspę Martha's Vineyard. Z promem mieliśmy trochę szczęścia (bo akurat zbierał się do odpłynięcia, a nie mieliśmy rezerwacji, bo po co ;), ale relaksować zaczęliśmy się dopiero jakiś czas później, wśród pastelowych drewnianych domków i wydm. Ba, niektórzy nawet weszli od razu do Atlantyku (woda była ciepła!). Mieszkaliśmy w Oak Bluffs, które jest uroczą miejscowością: domy pomalowane są na różowo, niebiesko lub fioletowo, na obowiązkowych gankach kołyszą się fotele bujane, a wieczorem grasują skunksy ;). Cukierkowo-kreskówkową atmosferę podkręcają rozliczne miejsca serwujące słodycze: lodziarnie (jedną podobno upodobał sobie prezydent Obama), piekarnie (w tym taka „zamknięta po 21, ale na zapleczu w nocy sprzedaje się świeże pączki” - wiadomo, że po takiej reklamie tworzą się kolejki), retro sklepy ze słodyczami lub babeczkami. Na wyspie odkryliśmy te słynne „ogromne amerykańskie porcje”: kanapki okazywały się podwójne, a muffiny przerośnięte. Kontynuowaliśmy testowanie piw lokalnych oraz nielokalnego, ale bardzo dobrego, kalifornijskiego Pinot Noir* (konkretnie to Merry Edwards, 2013); M pierwszy raz próbował lobster roll (buły z homarem, czy też ładniej: bułki z mięsem homara), z którą ja jednak się wstrzymałam do właściwej lokalizacji, tj. Maine.

Albowiem Maine kulinarnie to homary, homary i homary. Może z dodatkiem chowderu i Whoopie Pie na deser (ale Whoopie'ego przyznaję od razu, że spróbowaliśmy dopiero w kolejnym stanie, więc o przysmaku Amiszów** za chwilę). W przypadku homara skupiłam się na lobster roll, i choć nie jest to moje ulubione danie, ma swój urok, jeśli się je patrząc na morze i wiedząc, że homar daleko nie podróżował. Chowder zaś okazało się, że robimy całkiem podobny, choć nie dajemy do niego oyster crackers (smakują jak groszek ptysiowy i wbrew pozorom, nie zawierają ostryg ;).

Mieszkaliśmy w Bar Harbor, które okazało się na tyle turystyczną miejscowością (Holiday Inn nigdy dobrze nie wróży), że nie chciałabym do niej wrócić, a lokalne restauracje jakoś nie wzbudzały naszego zachwytu, więc ostatniego dnia zdecydowaliśmy się na piknik (jeśli można tak nazwać posiłek jedzony na ganku). Odwiedziliśmy bowiem dobrze zaopatrzony sklep z winem, gdzie zainwestowaliśmy w kolejne porządne Pinot Noir z Russian River Valley... a potem odkryłam lodówkę z serami. Wzięliśmy dwa z Maine (choć w lodówce kusił Brillat Savarin): Fuzzy Udder, które za samą nazwę*** miało plusa, oraz kozi z Seal Cove Farm. Do tego rustykalna bagietka, czyt. najlepsze pieczywo, jakie jadłam podczas wyjazdu.

W Vermoncie też udało nam się zrobić piknik, po dniu wędrowania po parku stanowym i zwiedzaniu najbliższej miejscowości. O ile w Bar Harbor nasz pomysł podejścia na piechotę pod najbliższy szczyt (oddalony o kilka km Cadillac Mountain), celem jego zdobycia, wzbudziła konsternację i niepokój („samochód...? Albo chociaż autobus?”), nie sądzę, by taki pomysł wzbudził jakiekolwiek emocje w Vermoncie, który kształtuje się mniej więcej tak: las, las, las, wzgórze, dom, pastwisko, las, las, las, dom. Ci, którzy uważają, że po Mazurach nie powinno to wzbudzać naszych emocji, nie wiedzą, jaka jest różnica w zaludnieniu (czyt. Vermont ludzi jest znacznie mniej, a poza szczytem sezonu turyści budzą zainteresowanie jako wyróżniający się obcy). Nieliczni mieszkańcy są bardziej na dystans i mniej promienni, niż w innych stanach, co dla europejskiego temperamentu wydaje się bardziej naturalne ;). Vermont jest także znany z tendencji liberalnych i alternatywnych, więc osiadło tu dużo hippisów i hipsterów.

Drugi piknik składał się znów z lokalnego piwa i sera, bo Vermont to, poza lasami, właśnie pastwiska i krowy. Tradycyjnie produkuje się cheddar w różnych wydaniach. „Nasz” kupiłam w Country Store, czyli w uproszczeniu – sklepie ze wszystkim, ale głównie pamiątkami ;), w Wilmington (miejscowości jak z serialu – trochę Twin Peaks, trochę Przystanek Alaska...). Podczas zakupu piwa w bardzo pustych delikatesach w oko wpadł nam ww. whoopie. Zjadł go głównie M, bo białkowy krem marshmallow jest jedną z nielicznych rzeczy, jakich naprawdę nie lubię, choć na jeden kęs się skusiłam. I gdyby w środku było coś innego, byłoby znacznie lepiej, ale wiem, że już nie tradycyjnie... i pewnie nie tak słodko ;).


W temacie słodyczy, Vermont to także główny producent syropu klonowego. Pękate kanki sprzedaje się wszędzie, także przy drodze, w towarzystwie dyń (na które sezon powoli się zaczyna). Swoją butlę (½ galonu = 1,89 litra) kupiliśmy na targu (farmer's market) w Brattleboro. Ze sprzedawcą, a właściwie producentem, rozmawialiśmy pół godziny o systemie ochrony zdrowia w Polsce oraz, co było znacznie dla nas ciekawsze, o szczegółach produkcji syropu. Wybraliśmy oczywiście ten najciemniejszy, najbardziej aromatyczny, który kiedyś był nazywany „grade B”, ale jak nam wyjaśniono, „B sugeruje coś gorszego niż A”, więc zrezygnowano z tego nazewnictwa. Teraz wszystkie powinny być opisywane jako A, z dodatkowym opisem (np. „delikatny i złocisty”). Kanka wzbudziła zainteresowanie służb celnych, bo po otwarciu walizki okazała się owinięta taśmą „podległa kontroli”. Zawartość na szczęście nienaruszona i już zadebiutowała w owsiance...


CDN (wpis o końcówce wyjazdu, tj. restauracjach nowojorskich – jeśli jeszcze nie macie dość ;).

* I wreszcie zrozumieliśmy, o co chodziło Milesowi w Bezdrożach.

** Którzy podobno bardzo cieszyli się (Whoopie!) znajdując ciastka w paczkach z drugim śniadaniem, i stąd nazwa.

*** Mechate czy też włochate wymię.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna