Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Słodka kropka

środa, 06 grudnia 2017



Kto robił w tym roku kalendarz adwentowy...? Wiem, zgapiłam się z przepisem na wsad do kalendarza, bo jak ktoś miał zrobić, to już pewnie dawno ten kalendarz gdzieś wisi i jest systematycznie opróżniany ;). Trufle jednak, jak wiadomo, można zrobić i darować także przy innej okazji, a nawet bez okazji (choć ze względu na miękkie, podatne na topnienie wnętrze, unikałabym najcieplejszych pór roku).

Bazowałam na przepisie na trufle lawendowe, wykorzystując kawę w trzech wariantach oraz czekoladę deserową, a właściwie mieszankę gorzkiej i mlecznej, co było słusznym kierunkiem, bo czekoladki i tak są dość wytrawne. Szczerze mówiąc: w moim odczuciu idealne, jeśli chodzi o słodycz; zresztą, nie tylko pod tym względem są (nieskromnie mówiąc) udane.

Składniki:

  • 250ml śmietanki kremówki
  • 2 łyżki drobno mielonej kawy
  • 30ml espresso (lub 2 łyżki b. mocnej zaparzonej kawy)
  • 90g gorzkiej kuwertury/dobrej gorzkiej czekolady o wysokim % kakao
  • 30g mlecznej kuwertury/czekolady jw.
  • łyżeczka likieru kawowego (nie mlecznego), typu Kahlua
  • łyżka jasnego miodu
  • 1/2 łyżki masła
  • do obtoczenia: ok. 80-100g rozpuszczonej czekolady deserowej lub mieszanki 3:1 kuwertury/czekolady gorzkiej i mlecznej jw.

Kremówkę podgrzać niemal do zagotowania z kawą mieloną. Dodać espresso, przykryć, odstawić na 20-30 minut. Czekoladę połamać na kawałki, umieścić w rondelku. Śmietankę jeszcze raz podgrzać, wlać do czekolady. Podgrzać aż czekolada się rozpuści, dodać likier, miód i masło, całość wymieszać dokładnie na gładką masę (sama śmietanka z czekoladą może być lekko grudkowata, ale po dodaniu masła powinny one zniknąć). Wylać do silikonowej foremki/naczynia wyłożonego matą silikonową, rozprowadzić dokładnie na grubość ok. 2-2,5cm, odstawić do zastygnięcia w chłodnym miejscu (można na noc). Z wystudzonej masy formować kulki, schłodzić w lodówce (ważne!). Stężałe trufle delikatnie nurzać w utemperowanej kuwerturze/rozpuszczonej czekoladzie w temp. 30 st. C (nie cieplejszej, trufle mogą się rozpuścić) i odstawiać do zastygnięcia. Niezależnie od opcji dekoracji, trufle przechowywać w lodówce lub w zimnej spiżarni.

A tegoroczne drzewko adwentowe wygląda z grubsza tak, jak rok temu. Tag "świąteczne prezenty" za to kryje inne pomysły na jadalne podarki.

sobota, 18 listopada 2017

Pumpkin pie: amerykański klasyk. Kilka lat temu robiłam podejście, nawet z ozdobnymi kruchymi ciasteczkami (w kształcie kotków) i… nie. Albo jak to ujmuje w takich sytuacjach M: „Nie rób tego więcej”.

Minęło parę lat i mignął mi ten długi, długi wpis w Kukbuku pt. „Jak zrobić tartę dyniową”. Bardzo podziwiam autora za zaangażowanie w temat i wszystkie testy :). Jakoś przemówiły do mnie i zdjęcia farszu, który wydawał się przyjemnie kremowy i miękki (mój poprzedni nie był), dodatek serka śmietankowego (z którym moim zdaniem wszystko jest lepsze, od sernika londyńskiego po brownies) oraz rady nt. pieczenia. Faktem jest, że od kilku lat (czyt. od zakupu obecnie posiadanego piekarnika) piekę domyślnie na termoobiegu, który tu nie jest zalecany, i do tych rad się zastosowałam. Efekt: spód faktycznie nie wybrzuszył się zanadto (choć piekłam oczywiście i tak z obciążeniem, i dodatkowo nakłuty) zaś farsz również się upiekł równomiernie. Oderwał się co prawda od brzegów ciasta, ale w oryginalnym przepisie też jest taki efekt, w jedzeniu zaś to zupełnie nie przeszkadzało.

Trzymałam się grzecznie temperatury i metody pieczenia, ale zmieniłam trochę skład. W mojej wersji jest inne ciasto, tj. ulubione maślankowe, lekko posłodzone, bo nie trafiają do mnie ciasta na zupełnie niesłodkim spodzie – chyba, że nadzienie jest wyjątkowo słodkie, a tu tak nie jest. Ciasta jest także nieco mniej: moim zdaniem przy cienkim rozwałkowaniu spokojnie wystarczy do wyłożenia tortownicy 24cm z wystającym marginesem surowego ciasta. Jak naprawdę się postaracie, to jeszcze wyjdzie wam kilka ciasteczek ;).

Dyni użyłam piżmowej – niestety kupnej, w moim ogrodzie w tym roku dynie nie obrodziły i nie mam ulubionych amazonek, które są świetne do pieczenia :(. Puree było faktycznie dość suche (nie musiałam dodatkowo suszyć lub osączać), ale nie bardzo ciemne w kolorze. Gotowa tarta wyszła żółta, nie pomarańczowa, ale osobiście uważam kolor za całkiem apetyczny. Dodałam także do masy cynamon.

A jak ze smakiem? Przyznaję, że pierwszy kęs był ciężki, zwłaszcza, że ciasto było dość krótko wówczas schłodzone; poważnie się zastanawiałam, jak my to zjemy („może z syropem klonowym da radę?”). Następnego dnia było jednak zdecydowanie lepiej; podobnie jak z sernikiem, nie ma co się spieszyć z jedzeniem, ciasto musi się odstać i stężeć. Po kilku dniach żałowałam, że wszystko już zniknęło ;). Smak wciąż klasyfikuję jako specyficzny – jeśli ktoś nie lubi dyni, niech nawet nie próbuje – i M np. do każdej porcji dokładał sobie łyżkę kwaskowatego dżemu. Mnie smakowało (jak już posmakowało) solo, i myślę, że za rok jeszcze do tego wrócę.

Ciasto:

  • 250g mąki (pszenna lub jasna orkiszowa)
  • 125g masła
  • kilka łyżek maślanki
  • hojna szczypta soli
  • 35g drobnego cukru
Farsz dyniowy:
  • 270 g serka śmietankowego, typu Philadelphia, w temp. pokojowej
  • 40g miękkiego masła
  • 500g puree dyniowego
  • 200g cukru
  • ½ łyżeczki soli
  • świeżo starta gałka muszkatołowa (ok. 10 długich pociągnięć na tarce)
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
  • 3 jaja

Dynię upiec (z czymś innym, co się piecze, albo ok. 50 minut w 190 st. C, przekrojoną na pół i wydrążoną), przestudzić, zdjąć skórę, zmiksować na puree. Przygotować ciasto kruche: wymieszać mąkę z solą i cukrem, wetrzeć zimne masło na okruszki, połączyć za pomocą maślanki, schłodzić co najmniej 30 minut. Rozwałkować dość cienko, tak aby wyłożyć tartownicę o średnicy 24 cm. Przygotowaną foremkę z ciastem schłodzić ponownie ok. pół godziny. Następnie obciążyć pergaminem i fasolkami (ciekawe wydają mi się zresztą sugerowane w Kukbuku monety, choć trzeba by ich mieć mimo wszystko dość dużo… Bilon podróżny ;)?) i piec ok. 20 minut w 200 st. C (góra + dół), następnie podpiec kolejne kilka minut bez obciążenia.

Gdy ciasto się podpieka, można zająć się farszem: zmiksować serek z cukrem i solą, gdy jest gładki, dodać dynię i przyprawy, następnie stopniowo, stale miksując, dodawać jaja. Masę wyłożyć na podpieczony spód. Piec w 140-150 st. C (góra + dół) przez ok. godzinę. Upieczony farsz będzie, podobnie jak w serniku londyńskim, wyraźnie ścięty z wierzchu, ale wciąż miękki pod spodem. Dokładnie wystudzić na kratce, następnie schłodzić w lodówce. Najlepiej jeść następnego dnia, jak napisałam we wstępie.

niedziela, 05 listopada 2017

 

Jak macie w ręku nową książkę kucharską, od jakiej sekcji zaczynacie oględziny? Jak przeglądam online (tu np. Amazon z funkcją "Look inside" ma zdecydowaną przewagę nad innymi sklepami), patrzę najpierw na indeks i spis treści. Jak już mam swoją książkę, zaczynam prawie zawsze oglądanie od tyłu, a tam znajdują się standardowo desery - nawet w książce, która nie ma tradycyjnych podziałów na sekcje, tzn. najnowsza Nigella (At my table). Tak wpadł mi w oko kolejny pomysł na zużycie białek, czyli "zapomniane ciasteczka", vel merookies (połączenie cookies i meringue - bezociasteczka, choć my je nazwaliśmy inaczej, o czym niżej).

Pomysł nawiązuje do nocnej bezy tej samej autorki, o której (w opcji czekoladowej) pisałam kilka lat temu - wsadza się ciasto do piekarnika i o nim zapomina przez noc (analogicznie do pieczonych pomidorów). W przeciwieństwie jednak do "zapomnianego deseru", gratki dla fanów musu czekoladowego i mokrego wnętrza Pavlovej, beziki z czekoladą wychodzą wyraźnie suche; wnętrze z orzechami i czekoladą nam się mocno kojarzyło z kakaowymi wafelkami, stąd nazwa bezowafelki. W moim odczuciu ciekawsze od zwykłych małych bez, za którymi specjalnie nie szaleję, proste, szybkie, i łatwo można zagospodarować te nieszczęsne białka (których stale mam nadmiar, wystarczy zrobić makaron...).

Składniki:

  • 2 duże białka
  • 100g drobnego cukru
  • 75g posiekanej ciemnej czekolady
  • 75g posiekanych pistacji (można ew. użyć innych orzechów)
  • ¼ łyżeczki mielonego kardamonu lub wanilii
  • 1 łyżeczka skrobi ziemniaczanej lub kukurydzianej
  • 1 łyżeczka octu z białego wina lub jabłkowego

Białka ubić na sztywno z cukrem i szczyptą soli, sypiąc cukier pomału i stopniowo, łyżeczka po łyżeczce. Wymieszać delikatnie a stanowczo z octem i skrobią, dodać wanilię/kardamon, większość pistacji i czekoladę, wymieszać krótko, tylko do połączenia. Nakładać po łyżce masy na bezę, w odstępach, bo rosną, na 1 lub 2 blaszkach wyłożonych matą silikonową lub papierem do pieczenia, posypać pozostałymi pistacjami. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i natychmiast go wyłączyć. Zostawić bezy w środku na noc lub co najmniej 8h. Dość dobrze się przechowują w suchym miejscu, w temperaturze pokojowej lub nieco niższej.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

środa, 11 października 2017

To właściwie będzie przypominajka i próba przekonania niedowiarków, że strudel jest dla ludzi. Ba, uważam, że jest znacznie mniej czasochłonny i pracochłonny, niż zwykła szarlotka do której się ściera jabłka w dużej ilości, a jak raz się opanuje rozciąganie ciasta, wiadomo, że nie ma w tym nic trudnego. Innymi słowy, nie ma się czego bać, a efekty są świetne.

Strudel jesienny zatem:

  • ciasto jak w wersji klasycznej;
  • farsz to jabłka i śliwki w stosunku 1:2, łączna waga przed obraniem/wydrylowaniem ok. 1200g. Śliwki przekrojone na 1/2, obrane jabłka w grubsze plastry/cząstki. Cukier jak w wersji ze śliwkami, w 1/2 brązowy (tu jasny muscovado);
  • przyprawy: 1/2 łyżeczki cynamonu i 1/4 łyżeczki imbiru;
  • inne dodatki: 2-3 łyżki rodzynek z magicznego słoika oraz ok. 2 łyżek orzechów włoskich;
  • zamiast bułki tartej: czerstwa chałka (70g) starta na tarce. Nie była tak sucha, jak bułka, więc nie było potrzebne dodatkowe masło;
  • całość przygotowana i pieczona jak w klasycznym strudlu.
Odwagi! I smacznego (wiadomo, najlepszy jeszcze ciepły lub lekko podgrzany).

niedziela, 20 sierpnia 2017

Zachwycając się dwa lata temu morelami, wykrakałam, że „nigdy nie będzie takiego [owocnego] lata”. Tegoroczne morele jadalne są, ale brakuje im (moim zdaniem) soczystości i słodyczy tych, z których robiłam tarte tatin, czy rok temu choćby knedle (i dżem morelowy wyszedł, bez moich specjalnych starań, o konsystencji powideł, tj. suchy). Ale! Morelom, podobnie jak takim-se śliwkom czy (moim zdaniem) każdym jabłkom, bardzo pomaga obróbka termiczna. I nawet morela trochę za sucha, trochę zbyt mdła na surowo, po upieczeniu zyskuje. Zastanawiając się więc, „czy znowu rustykalna, czy może coś innego” i przeglądając Nigela Slatera (Tender II), zawiesiłam wzrok nad stroną pt. klasyczna tarta z morelami (oraz migdałami). Oto ona, choć po moich zmianach. Bo i moreli jest więcej (Nigel napisał 6 sztuk, nie precyzując wagi, u mnie jest ok. pół kilo i było ich na pewno powyżej 10), i ciasto nieco inne, i amaretto wydaje mi się oczywistym alkoholem do namaczania, i mieląc migdały w domu warto dodać kilka sztuk gorzkich, i płatki do posypki są także inwencją własną. Całość jest bardzo smaczna i po schłodzeniu, i jedzona w temperaturze pokojowej (na ciepło nie polecam). Co więcej, niektórzy domownicy ;) nawet nie narzekali na migdały. Planuję jesienią wersję śliwkową.

Ciasto kruche, tzw. ulubione (jak w tarcie rustykalnej, ale z maślanką - dziękuję, Nigello ;):

  • 250g mąki
  • 2 łyżek cukru
  • 125g zimnego masła
  • kilka łyżek maślanki
  • szczypta soli

Mąkę wymieszać z cukrem i solą, wetrzeć zimno masło na okruchy, połączyć w elastyczne ciasto za pomocą maślanki. Uformować placek, schłodzić co najmniej 30 minut. Rozwałkować na kształt foremki 26cm lub trochę większej, wyłożyć tartownicę i nakłuć kilka razy widelcem, wyłożyć papierem do pieczenia z obciążeniem, tj. fasolkami, ponownie schłodzić.

Ponadto:

  • ok. 500g moreli (ok. 10-12 sztuk) + 2 łyżki cukru (może być brązowy)
  • 2 łyżki amaretto (ew. sherry, jak u Nigela, lub choćby ekstraktu waniliowego na alkoholu)
  • 180g cukru
  • 180g masła w temp. pokojowej
  • 150g mielonych migdałów (jeśli sami mielicie, warto do słodkich dorzucić kilka sztuk gorzkich)
  • 2 jaja
  • 80g mąki
  • kilka łyżek płatków migdałowych (do posypki)

Morele umyć, usunąć pestki, zasypać cukrem i zalać amaretto, odstawić na czas przygotowania ciasta, itd. Ciasto schłodzone po raz drugi piec na ślepo (z obciążeniem) w 200 st. C. (termoobieg) przez ok. 15 minut, zdjąć fasolki i piec jeszcze ok. 5-8 minut, do zrumienienia.

Gdy ciasto się podpieka, przygotować krem: utrzeć dokładnie, najlepiej w mikserze, miękkie masło z cukrem, dodać roztrzepane jaja i dalej ucierać; gdyby masa wyglądała na warzącą się, podsypać mąką (z tych 80g). Na koniec dodać migdały i mąkę, utrzeć na gładki krem. Wyłożyć masę na podpieczony spód, na wierzchu rozłożyć równomiernie morele (rozcięciem do góry albo do dołu, jak wolicie – zawsze mam wielki dylemat ;). Piec w 180 st. C. przez ok. 30 minut, aż krem się zetnie i zrumieni a morele się w niego zapadną. Po upieczeniu posypać migdałami w płatkach, zrumienionymi na suchej patelni (tak, wiem, że moje niektóre są na granicy przypalenia – Wam radzę bardziej uważać przy kuchence ;). Wystudzić przed podaniem – cieplejsze niż letnie nie jest po prostu smaczne. Przechowywać w lodówce lub przynajmniej w chłodnej piwnicy.

Dopiero przy ostatniej porcji przypomniało mi się, że Nigel sugerował dodatek śmietany („najlepiej niepasteryzowanej i w dużej ilości”), a że akurat miałam ją pod ręką, wykorzystałam. I, oczywiście, jak to podkreślała Julia Child*, ze śmietaną wszystko smakuje lepiej, ale nie jest to niezbędny dodatek ;).

* If you’re afraid of butter, use cream.

wtorek, 06 czerwca 2017

Macie dość rabarbaru? Przyznaję, że po kilku weekendach kwaśnych i różowych wypieków trochę wzięłam na wstrzymanie – choć oczywiście gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że sezon jest krótki i jak nie teraz, to kiedy ;). Po najłatwiejszym ucieranym oraz tarcie postawiłam na drożdże w dwóch wydaniach. Na pierwszy ogień poszły drożdżówki z kruszonką, potem kompozycja własna: strucla serowo-owocowa (skład masy serowej – podpatrzony w bułeczkach Dorotuś), którą chętnie powtórzę z malinami lub jagodami (ach, ach). Bazą obu przepisów było sprawdzone drożdżowe cynamonkowe, bo naprawdę nie czuję potrzeby eksperymentów w tej dziedzinie, w opcji z zaparzonym mlekiem (jak od paru lat piekę).

Drożdżówki z rabarbarem

Składniki:

  • Ciasto drożdżowe – z tego przepisu, minus szafran, zamiast tego trochę wanilii w cieście
  • 500g rabarbaru + 4 łyżki cukru,
Kruszonka:
  • 100g zimnego masła
  • 100g cukru (u mnie 1:1 brązowy ze zwykłym)
  • 20g migdałów w płatkach
  • 20g płatków owsianych błyskawicznych
  • 20g mąki (+ ew. dodatkowa do podsypania, gdyby masa była za mokra)

Ciasto wyrobić wg przepisu, odstawić do wyrastania. Rabarbar pokroić dość drobno, zasypać cukrem, odstawić. Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość palca, wycinać koła szklanką lub wykrawaczką (powinno wyjść ok. 20 sztuk). Rabarbar odcedzić od ew. soku (można wypić np. z wodą sodową). W każdym kole zrobić np. kieliszkiem lub mniejszą szklanką zagłębienie, równomiernie rozłożyć rabarbar, odstawić do napuszenia, najlepiej od razu na 2 blachach. Utrzeć wszystkie składniki kruszonki na okruchy, schłodzić podczas wyrastania bułeczek i rozsypać równomiernie na cieście tuż przed pieczeniem. Piec w 180 st. (termoobieg) przez ok. 25 minut, do wyraźnego zezłocenia. Jeśli piekarnik nie grzeje równomiernie, choć w tym programie powinien, można blachy zamienić miejscami w ½ czasu pieczenia.

Strucla z twarogiem i rabarbarem:

Składniki:

  • Ciasto drożdżowe jw., z 1/2 porcji,
  • 300g rabarbaru & 2-3 łyżki cukru,
  • 200g twarogu tłustego/półtłustego,
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki cukru
  • łyżka miękkiego masła
  • łyżka skrobi ziemniaczanej
  • hojna szczypta mielonej wanilii
Kruszonka:
  • 50g masła,
  • 30g mąki
  • 25g drobnego cukru
  • szczypta wanilii jw.

Ciasto wyrobić, odstawić do wyrastania, rabarbar pokroić i posłodzić jw. Gdy ciasto wyrośnie, utrzeć dokładnie (ręcznie lub mikserem) twaróg, żółtko, masło, skrobię, cukier i wanilię. Wyrośnięcie ciasto rozwałkować na maksymalnie 1 cm, dokładnie posmarować masą serową (nie będzie to b. proste, bo jest dość gęsta – najlepiej pomóc sobie palcami), na tym rozłożyć odcedzony rabarbar. Następnie można albo całość zwinąć w roladę i tak odłożyć do wysmarowanej/wysypanej lub wyłożonej papierem długiej keksówki, albo po zwinięciu przekroić na dwie części i zapleść (jak w strucli czekoladowej lub porzeczkowej). Odstawić do napuszenia w keksówce na ok. 45 minut (w tym czasie utrzeć składniki kruszonki). Wyrośnięte ciasto posmarować białkiem (od żółtka w serze), posypać dokładnie kruszonką. Piec ok. 40 minut w 180 st (do suchego patyczka, przy czym należy zwrócić uwagę, czy był wbity w ciasto, czy w ser i/lub owoce ;).

Oba ciasta wychodzą dość wilgotne, dzięki czemu dłużej zachowują świeżość, ale jeśli wiecie, że nie zjecie ich w ciągu np. trzech dni, warto przechowywać w temperaturze nieco niższej niż pokojowa (idealna jest spiżarnia lub inne pomieszczenie poniżej 20 st. C), ale nie w lodówce.

czwartek, 06 kwietnia 2017

Nie wiem, jakim cudem nie upiekłam nigdy Misiankowej szarlotki, gdy robili ją wszyscy forumowicze z Galerii Potraw (co wspomina choćby Dorotuś) oraz blogerzy. Przepis podobno jest autorstwa właścicielki stołecznej cukierni Misianka, w której mam niejasne wspomnienie, że nawet kiedyś byłam. O cieście sobie z jakiegoś powodu przypomniałam niedawno, jak naszło mnie na coś jabłecznego, zdobyłam szarą renetę, a zachciało mi się czegoś innego, niż normalnie. W standardowym repertuarze mamy trzy wypieki z jabłek: tarta, szarlotka (którą robi M, bo dla mnie jest zbyt pracochłonna, plus mam wątpliwości co do ciasta) oraz strudel. W przepisach na Misiankową szarlotkę zniechęcało mnie ciasto: nie lubię kruchego/półkruchego ciasta żółtkowego (stąd wątpliwości do ww. szarlotki) a przewijające się komentarze, że najlepiej jeść na ciepło, bo potem twardnieje, też specjalnie nie zachęcają. Więc wykorzystałam pomysł z farszem itd., ale użyłam ulubionego kruchego spodu, w wersji plus, tj. z maślanką. Choć zmniejszyłam jego ilość, całkiem sporo mi zostało, ale nie radzę robić jeszcze mniej – zawsze można wykorzystać więcej na ozdoby, użyć większej formy lub upiec kruche ciasteczka.

Ciasto jest mniej słodkie, niż w oryginale, więc dałam więcej cukru. Z innych zmian: piekłam w wyższej temperaturze (nie ma obaw, że jabłka szarlotkowe będą surowe po kilkudziesięciu minutach w piekarniku). Przy tych zmianach nie ma problemu ze zbyt twardym ciastem następnego dnia… choć nie wróżyłabym szarlotce zbyt długiego żywota.

Składniki:

  • 400g mąki
  • 200g zimnego masła
  • 60g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • Ok. 6 łyżek zimnej maślanki
  • Ok. 1,2 kg jabłek szarlotkowych (reneta, antonówka), obranych, pokrojonych na ½ lub ¼, w przypadku b. dużych jabłek
  • Ok. 3 pełnych łyżek cukru, szczypta wanilii i ½ łyżeczki cynamonu
  • Ponadto: białko do posmarowania
  • Cukier puder do podania

Jabłka zasypać cukrem i przyprawami, odstawić na 2 godziny pod przykryciem. Zlać powstały sok (zachować, wykorzystać w poniższym przepisie).

Ciasto rozwałkować dość cienko na wymiar foremki na tartę (26-28 cm), wyłożyć dno i boki. Nakłuć, schłodzić w lodówce ok. 30 minut (lub 10-15 w zamrażarce). Posmarować białkiem i podpiec w 180 st. C. (termoobieg) przez 15 minut. Jabłka rozłożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, ew. niektóre przekroić na wymiar. Rozwałkować pozostałe ciasto, przykryć jabłka, brzegi docisnąć do rantu foremki. Z resztek ciasta wykroić np. ozdobne listki lub upiec kruche ciasteczka. Lekko naciąć w 2-3 miejscach ciasto (patrz zdjęcie). Posmarować białkiem i piec ok. 45 minut w 180 st. C jw., lub do wyraźnego zezłocenia. Podawać ciasto oprószone cukrem pudrem, lekko ciepłe lub schłodzone.

A po co zachowywać sok z jabłek…? Koleżanka kiedyś uczyła się hiszpańskiego. Lektor (Hiszpan) wyznał podczas zajęć, że bardzo lubi szarlotkę i kursantki mu ją upiekły, jako – w zamierzeniu - miłą niespodziankę. Dziwnie mało się jednak ucieszył a właściwie wyglądał na zmieszanego… Okazało się, że chodziło o płynną szarlotkę, tj. żubrówkę z sokiem jabłkowym ;). Mój procentowy jabłecznik jest nieco inny:

Płynna szarlotka z procentami

  • łyżka soku z jabłek, zachowanego z poprzedniego przepisu, lub 2 łyżeczki syropu korzennego*,
  • sok z 1/2 cytryny (lub do smaku),
  • 200ml niefiltrowanego soku jabłkowego,
  • 100ml whisky,
  • 1-2 łyżki białka,
  • cynamon do oprószenia

* ostatecznie można użyć drobnego cukru

Sok przelać przez drobne sitko, by pozbyć się grubszego osadu. Wszystkie składniki koktajlu (poza cynamonem) umieścić w shakerze z paroma kostkami lodu i dokładnie wstrząsnąć. Zweryfikować kwaśność/słodycz. Podawać najlepiej w schłodzonych szklankach lub kieliszkach, oprószone cynamonem.

Zapisz

niedziela, 12 marca 2017

Słód to dla mnie dodatek do piwa i chleba, o specyficznym, słodkim, lekko palonym zapachu. Stale posiadam taki mielony, do dodania do chleba żytniego na zakwasie (poza walorami smakowymi, mały dodatek przyspiesza wzrost pieczywa), ale z syropem słodowym nie miałam przyjemności – a od mniej więcej roku o nim ciepło myślałam, po zapoznaniu się z nostalgicznym wpisem-przepisem Nigela Slatera. Co prawda kiedyś domowy browarnik kazał mi rozpuścić słód browarniczy w wodzie na coś w rodzaju rzadkiego syropu i potem wstrzyknąć do beczek (czyt. musiał pilnie wyjść z domu), ale nie miałam 100% pewności, czy to właśnie TEN syrop, którego powinnam w dużej ilości użyć w chlebku z bakaliami. Aż przypadkiem go zobaczyłam w sklepie, w którym kupuję mąkę… I przypuszczam, że owszem, z browarniczego można by go uzyskać, ale z innej proporcji wody: proszku, by miał konsystencję płynnego miodu. Można jednak po prostu rozejrzeć się w wirtualnych lub „realnych” sklepach z tzw. zdrową żywnością; ostatecznie zastąpić np. ciemnym miodem lub podobnym „lepikiem”, ale aromat wypieku będzie jednak inny. Sam wypiek to coś dla fanów Christmas cake, hot cross buns i lepkich ciast korzennych (typu to imbirowe czy szybki piernik), czyli tego, co Brytyjczykom wychodzi najlepiej. Czas mu nie szkodzi, wręcz przeciwnie (dobrze zapakowany i w suchym, chłodnym miejscu może leżeć dość długo). Bardzo dobrze pasuje i do kawy czy herbaty, opcjonalnie posmarowany masłem, ale także, uwaga, bardziej wytrawnie z dodatkiem serów, zwłaszcza kozich. Ważne: brak masła czy innego tłuszczu to nie błąd w przepisie.

Składniki:

  • 150g syropu jęczmiennego
  • 2 łyżki melasy (lub dać więcej cukru)
  • 100g brązowego cukru (jasnego lub ciemnego muscovado)
  • 250g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 jaja
  • szczypta soli
  • 125ml zaparzonej mocnej, czarnej herbaty
  • 100g rodzynek (można zmieszać z koryntkami)
  • 100g posiekanych suszonych śliwek

Stopić na małym ogniu w rondelku cukier z melasą i syropem, odstawić na bok. Wymieszać mąkę z solą i proszkiem do pieczenia, dodać herbatę i płynny syrop/cukier. Dodać roztrzepane jaja oraz bakalie, wymieszać całość (tylko do dokładnego połączenia składników). Przelać do wyłożonej papierem do pieczenia małej keksówki – masa będzie wyraźnie płynna. Piec ok. godzinę w 160 st. C (termoobieg), wystudzić na kratce. Jeść najwcześniej następnego dnia po pieczeniu, lub odstawić na kilka dni.

Jak kuchnia retro, to cofnijmy się do minionego weekendu, kiedy spędziliśmy niecałe 2 dni w okolicy Southampton. Powody były głównie zawodowe (M), ale korzystając z okazji zahaczyliśmy o najciekawsze w okolicy miasto, tj. Winchester. Znajoma blogerka Ania okazała się bardzo dobrym przewodnikiem, bo poza spacerem po głównych historycznych atrakcjach, zabrała nas na lunch do Brasserie Blanc (od „tego” Raymonda Blanca), gdzie deser był jak na średniowieczne miasto przystało :). Mowa o śmietankowym kremie pt. posset, kiedyś głównie konsumowanym jako napój dla chorych i słabych (sic). Jak wspomina w Pride & Pudding (o którym pisałam jakiś czas temu) oraz na tej stronie Regula Ysewijn, w składzie przeważnie był alkohol a napój podawano na ciepło. Obecnie posset klasyfikuje się w tej samej kategorii deserów, co syllabub, podaje się go dobrze schłodzony, często z dodatkiem np. biszkoptów – dokładnie jak ten z czerwonych pomarańczy w Brasserie Blanc, co udokumentowałam. Z ciekawości zerknęłam, czy „nasza” Ćwierczakiewiczowa nie ma czegoś podobnego, i w sumie mleczko waniliowe jest zbliżoną leguminą (zawiera jaja, podobnie jak ww. przepis Reguli), kremy na zimno są też podobne, choć tu autorka jednak dorzucała żelatynę. M deseru w Winchesterze nie skosztował (parkomat wołał), a ponieważ Ania po powrocie podesłała mi przepis (z gazetki Tesco, jeśli dobrze pamiętam 😉 i zostało kilka czerwonych pomarańczy… Mężowi krem bardzo smakował, ja jednak bym lekko zredukowała cukier, co odzwierciedlają poniższe uwagi, choć fani mleka zagęszczonego w tubce byliby zachwyceni 😉.

Składniki (5-6 porcji, można spokojnie podzielić na ½):

  • 500ml płynnej śmietanki 30%
  • 75ml soku wyciśniętego z czerwonych pomarańczy
  • skórka starta z 2 pomarańczy
  • dodatkowe owoce do dekoracji (1-2 sztuki)
  • 120-150g* drobnego cukru

Śmietankę wymieszać z cukrem w rondelku, doprowadzić do wrzenia i gotować często mieszając, aż zgęstnieje oraz zmieni kolor na bladożółty (co miało potrwać kilka minut a u mnie zajęło z 15 😉. Zdjąć z ognia i szybko wymieszać ze skórką i sokiem pomarańczowym. Przelać do miseczek lub kieliszków, wystudzić na blacie, następnie schłodzić w lodówce. Podawać z cząstkami pomarańczy i ew. dodatkową skórką.

* Większa ilość dla łasuchów, patrz uwagi. Opcjonalnie można zachować większą ilość cukru, ale zastąpić część (np. 1/3) soku pomarańczowego cytrynowym lub limonkowym.

Zapisz

Zapisz

niedziela, 05 lutego 2017

Krajanka cytrynowa jest jedną z najpyszniejszych rzeczy, jaką zjadłam w ostatnim czasie. Jest to „moja pierwsza krajanka”, tj. chomikowałam na Pinterest zdjęcia podobnych ciast kilka lat, aż trafiłam na takie, które wyjątkowo do mnie przemówiło, zwłaszcza, że był na stanie ekologiczny surowiec. W gruncie rzeczy to wariacja nt. zapieczonego kremu cytrynowego (lemon curd), ale z nietypowym dodatkiem, tj. oliwą… Która nie wiem, czy wiele zmienia w smaku lub konsystencji, choć wg autorki łamie zwykłą słodycz krajanki, „nadając jej bardziej wytrawnego charakteru”. No, może. Powiedzmy ;).

Oczywiście, komentarz o smaku mówię to z perspektywy osoby, która naprawdę lubi wszystko, co cytrynowe i/lub kwaśne – choć to ciasto jest, w moim odczuciu, całkiem konkretnie słodkie; z tego powodu zrezygnowałam z dodatkowej posypki z cukru pudru. Widziałam jednak też komentarz pod oryginałem, że to mało słodki wypiek… jak widać, wszystko kwestią gustu, pewnie znaczenie też ma amerykańskie źródło przepisu ;). Spróbowałam natomiast kawałka z drugą sugerowaną posypką, tj. solą, i mimo wszystko wolę bez (to nie drink na bazie tequili), stąd nie ma jej na liście składników. Wy oczywiście możecie poeksperymentować.

Miłośnicy landrynek, likieru limoncello (bo mam też takie skojarzenia) i, oczywiście, lemon curd powinni być zachwyceni.

Składniki:

Spód:

  • 155g mąki
  • 50g drobnego cukru
  • 25g cukru pudru
  • łyżeczka skórki startej z cytryny
  • ¼ łyżeczki drobnej soli morskiej
  • 142g zimnego masła, pokrojonego w kostkę

Krem:

  • 180ml soku z cytryny (u mnie z 7 cytryn)
  • ½ łyżki skórki startej z cytryny
  • 300g drobnego cukru
  • 2 duże jaja
  • 3 żółtka
  • szczypta soli
  • 0,5 łyżki skrobi (u mnie ziemniaczana, w oryginale kukurydziana)
  • 57g zimnego lub przynajmniej nie zmiękczonego masła, pokrojonego w kostkę
  • 60ml (¼ szkl.) dobrej oliwy, najlepiej dość owocowej/pikantnej w smaku

Aby przygotować spód, wymieszać suche składniki, następnie dokładnie zagnieść (ręcznie, w mikserze lub malakserze) na okruchy z posiekanym masłem. Wyłożyć masą dno małej kwadratowej foremki (ok. 22x22cm), wcześniej wyłożonej papierem do pieczenia (z dodatkowym marginesem na zewnątrz, pomoże to wyciągnąć potem ciasto). Piec ok. 35 minut lub do lekkiego zezłocenia w 165 st. C (termoobieg).

Gdy spód się piecze, przygotować krem: wycisnąć sok z cytryn, zetrzeć skórkę. Wymieszać w rondelku cukier, sok, jaja i żółtka, skrobię oraz sól, podgrzewać b. często mieszając na średnim ogniu, aż całość zgęstnieje (u mnie tradycyjnie zajęło to 2 x dłużej niż autor przewidział, tj. do ok. 10 minut). Uwaga, krem ma się zagotować (czego zazwyczaj unikamy), ze względu na nietypowy dla lemon curd dodatek skrobi – ale potem podgrzewamy maksymalnie minutę. Zdejmujemy z ognia i łączymy szybko i dokładnie w osobnej misce, za pomocą trzepaczki, z masłem, oliwą i skórką cytrynową. Gładką, gęstą cytrynową masę wylewamy na podpieczony spód i pieczemy kolejne 15 minut lub aż wierzch się zetnie. Studzimy na kratce, następnie przechowujemy w lodówce – ciasto powinno dokładnie się schłodzić zanim je pokroicie.

Uwaga, schłodzony spód będzie dość twardy: warto zaopatrzyć się w ostry nóż. U mnie najlepiej się sprawdził taki bez piłki, a odkryłam to metodą prób i błędów (patrz: górne zdjęcie ;). Kroić najlepiej na dość małe kawałki, kwadraty lub prostokąty, bo ciasto jest „wydajne”: smak jest intensywny i nie można go zjeść zbyt dużo przy jednym posiedzeniu. W lodówce jednak bez problemu wytrzyma kilka dni.

PS. Z innych cytrynowych wypieków ciepło wspominam tego mazurka (wciąż jedynego, jakiego zrobiłam ;).

Zapisz

sobota, 10 grudnia 2016

Daktyle jako zamiennik cukru w słodyczach: zawsze gdy o tym myślałam, zastanawiałam się "ale czy ja tak naprawdę lubię daktyle? Albo czy lubię je AŻ TAK?". Faktem jest, że w bezcukrowych truflach bakaliowych wymieszałam daktyle z różnymi innymi suszonymi owocami (w tym ulubionymi figami), więc nie dominowały. Tu jest wersja minimalistyczna, na bazie trzech głównych składników, a jeśli daktyle stanowią główny składnik, trudno uciec od tego smaku - tak sądziłam. Bo okazało się "w praniu", że w schłodzonych kulkach mocno czuję uprażone orzechy, a to zawsze (dla mnie) plus. M powiedział, że "mogą być, ale takie jakieś... za zdrowe". Porcję do śniadaniówki przyjął, ale resztą produkcji wzgardził. Więcej zostało dla mnie...

Oczywistym plusem - poza brakiem dodatkowego cukru, minus ten, który naturalnie znajduje się w owocach - jest szybkość przygotowania i brak pieczenia. Minusem to, że raczej trzeba je przechowywać w lodówce. Pokrewne kulki to oczywiście bajaderki klasyczne oraz owsiane.

Składniki:

  • 300g daktyli (niesłodzonych, świeżych i miękkich)
  • 100g orzechów włoskich
  • łyżeczka masła orzechowego
  • łyżeczka jak najlepszego, ciemnego kakao (+ dodatkowe kilka łyżek do obtoczenia)
  • ok. łyżki gorącej wody
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru
  • szczypta soli

Orzechy uprażyć na suchej, rozgrzanej patelni (przez kilka minut, aż aromat będzie wyraźny, ale bezwzględnie zanim zaczną się przypalać/dymić) lub w piekarniku w ok. 180 st. (przez maksymalnie 15 minut), wystudzić. Jeśli daktyle nie są zupełnie miękkie, namoczyć je w gorącej, przegotowanej wodzie co najmniej 20 minut. Odcedzić, wodę zachować, przełożyć do malaksera. Z grubsza zmiksować. Dodać orzechy i pozostałe składniki, miksować dalej, do uzyskania gładkiej pasty (nie szkodzi, jeśli orzechy nie będą całkiem rozdrobnione, większe kawałki mają nawet swój urok). Schłodzić w lodówce co najmniej 1h. Po tym czasie toczyć z masy kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać w kakao. Przechowywać w lodówce.

PS: Podobne kulki pokazywała niedawno Ewelina z Kuchni pełnej smaków.

PS2: Kulki świetnie nadają się jako urozmaicenie (lub wypełnienie dla osób nie kochających czekolady - są takie, choćby niżej podpisana!) kalendarza adwentowego. Tegoroczny, z którego jestem dumna, mogli już niektórzy widzieć na Facebooku. Jest to wynik koprodukcji M (półka) - ja (czekoladki, pomalowanie półki, sklejenie szablonów, ozdoby) i, dzięki wycieczce do Holandii, sklepu Dille & Kamille (szablony domków).

Zapisz

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna