Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Przyprawy, składniki, dodatki

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ugotować ryż: nic prostszego! Woda, sól, ryż, rondel – żaden problem, prawda (a nawet nie myślę o ryżu w torebkach)? Teoretycznie tak, choć zagapiwszy się można i całość przypalić, i rozgotować, i zlepić, przesolić… A gapiostwo nie jest mi całkiem obce ;). Dlatego zaciekawił mnie przepis na „puszysty ryż perski” (Kafteh) w Pomegranates and roses (o której już wspominałam). Wypróbowawszy go kilka razy uważam, że to sprawdzona metoda na miękki (nie rozgotowany), sypki (nie suchy!) ryż, który można spokojnie przygotować z małym wyprzedzeniem i ugotowany zostawić w minimalnym cieple – np. metodą naszych mam i babć, owinięty w koc lub gazety, pod kołdrą lub poduszkami. Jogurt teoretycznie nie jest obowiązkowy, ale moim zdaniem to tzw. magiczny składnik. Resztki świetnie się sprawdzają na śniadanie, np. podgrzane z mlekiem lub zapieczone z owocami.

Składniki (dla ok. 4 osób):

  • 300g (1,5 szklanki) ryżu basmati
  • ½ łyżki gęstego jogurtu (typu greckiego)
  • ½ łyżki soli
  • 45g masła lub mieszanki masła i oleju

Ryż (bez płukania) zalać ¾ litra wody, dodać sól i jogurt, wymieszać, zagotować. Gotować na dość żywym ogniu bez przykrycia, aż większość wody zostanie wchłonięta a na powierzchni pojawią się dziurki. Skręcić ogień na minimalny, rozłożyć równomiernie masło, pokrojone w cienkie plasterki (lub rozłożyć masło i polać pozostały ryż olejem) i przykryć garnek pokrywką owiniętą w ściereczkę i gotować (czy też parzyć) – bez odkrywania! - do ok. 45 minut.

I to tyle. Trochę wszystko dłuższe niż gotowanie „po prostu”, ale efekty są tego warte ;). Na zdjęciu ryż towarzyszy ulubionemu fesendżunowi.

niedziela, 27 marca 2016

To będzie wpis błyskawiczny, którego miało nie być ;). Zainspirowana wpisem Moniki (a powiedzmy sobie szczerze, już kilka lat temu popatrywałam na oryginalny przepis w Lemnis i Vitry)  o zielonym sosie wielkanocnym (tzw. witaminowym), ukręciłam małą miseczkę na śniadanie. Zawsze mnie też ciekawiło, jak wychodzi majonez na gotowanym żółtku (teraz już wiem, że choć konsystencja ta sama, smak jednak inny).

Zasadniczo sos ma towarzyszyć mięsom na śniadanie wielkanocne, w moim odczuciu jednak świetnie pasuje do jaj, i to niekoniecznie w wydaniu świątecznym (np. jako alternatywa dla sosu holenderskiego do jaja w koszulce!). A że jutro w końcu też się świętuje (my w tym roku bardziej nawet niż dziś), może ktoś jeszcze z przepisu skorzysta.

Poniżej wersja na niewielką miseczkę sosu, dokładnie w takich proporcjach jak to dziś rano zrobiłam, ale ilości oczywiście można zwiększyć. Doprawienie wg uznania: chrzan podobno nie jest konieczny, w moim odczuciu jednak tak, podobnie jak dość dużo soku z cytryny :).

Składniki:

  • 1 żółtko (świeżo* ugotowane na twardo)
  • 90ml oleju/oliwy (u mnie mieszanka 1:1, tak jak używam w majonezie)
  • szczypta soli
  • sok z 1/2 cytryny, lub do smaku
  • ok. 1/2 łyżeczki świeżo startego korzenia chrzanu, lub jw.
  • garść drobno posiekanych ziół, u mnie koperek i natka pietruszki z małym dodatkiem szczypiorku

Żółtko rozetrzeć dokładnie z sokiem z cytryny (zaczęłam z ok. 1/4 owocu) i pomału wlać olej, stale pracując trzepaczką, aż uzyskacie majonez. Doprawić do smaku solą i dodatkowym sokiem z cytryny. Dodać chrzan i zioła, dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Podawać do gotowanych jaj i wędlin.

 No i chyba wypada jeszcze życzyć Wesołej Wielkanocy! 

* Nawiązując do niedawnej dyskusji na FB.

czwartek, 07 stycznia 2016

Jakiś czas temu z ciekawością przeczytałam wpis na blogu Magazyn Kuchennyo ulubionych gadżetach i utensyliach kuchennych, i w myślach zrobiłam swoją listę „top 5” akcesoriów przydatnych, a niekoniecznie typowych. Potem z 5-tki zrobiła się 8-ka. Zanim jednak o niej napisałam, minęło – jak widać ;) - dużo czasu.

Pominęłam rzeczy (w moim odczuciu) oczywiste, takie jak trzepaczki, łopatki czy moździerz, wielkogabarytowe, typu ekspres do kawy czy mikser, a także naczynia kuchenne, typu patelnie. Zostały tzw. bajery, ale takie, których mi mniej lub bardziej brakuje, gdy gotuję poza własną kuchnią.

1. Miarki

Łyżki, kubki, dzbanki (których na zdjęciu nie widać, mam litrowy oraz półlitrowy). Prezenty ze Stanów (te bardziej zużyte), podarki od rodziców oraz tzw. pamiątki z wakacji. Wszystkie regularnie używane, do odmierzania przypraw, kasz, ryżu, no i oczywiście „szklankowych” przepisów amerykańskich. Najmniejsza to 1/8 łyżeczki.

2. Wagi

Jako aptekarska wnuczka, jak tylko zaczęłam gotować, zapragnęłam wagi. Pierwsza była zdobyczna, ręcznie regulowana, a więc średnio dokładna, potem już tylko elektroniczna (dwuzakresowa, bo jako leń przełączam na uncje przy przepisach Hamelmana). Najbardziej jednak przywiązana jestem do wagi łyżkowej (do 30g). Korzystam z niej regularnie do odmierzania kawy (jak widać na zdjęciu) do ekspresu, a także do drożdży, przypraw i innych drobiazgów. Ma tą zaletę, że jest bardzo dokładna. Tak bałam się, że kiedyś mi się zepsuje, że kupiłam zapasową ;).


Tzw. najważniejsze mamy z głowy. Teraz takie mniej istotne, acz przydatne...

3. Termometr spożywczy

OK, tak naprawdę mam ich kilka - jeden mieszka przy ekspresie i używam go tylko do kontrolowania temperatury spienianego mleka, drugi jest do wina i tylko sobie leży w szufladzie, a trzeci kupiłam w ramach cukiernictwa, a konkretnie temperowania czekolady. Choć nie jest idealny – są lepsze, bardziej zaawansowane i czułe, plus od razu zepsułam uchwyt do mocowania na garnku a z zastępczym kupionym przez M trzeba trochę się pobawić, lubię go za funkcję alarmu przy osiągnięciu zadanej temperatury. Ostatnio przydaje się także M w wędliniarstwie.


4. Mini tarka

Używam jej właściwie tylko do gałki muszkatołowej, ale za każdym razem się cieszę, że ją mam, bo a/ jej mini gabaryty z jakiegoś powodu mnie bawią, b/ nie znoszę bez potrzeby mnożyć naczynia do zmywania. Wyciąganie dużej tarki tylko do starcia szczypty gałki – za dużo zachodu, a takie maleństwo wystarczy tylko opłukać.

5. Podkładki („stopery”) pod pokrywkę garnka

'Lid sids' zachwyciły mnie w internecie – i pomysłem, i wykonaniem. Kto nie miał nigdy problemów z kipiącą zupą/ryżem/potrawką? Kto nie zostawił lekko uchylonej pokrywki, opartej o brzeg garnka i poszedł np. poczytać ulubione blogi, a pokrywka w międzyczasie się niestety zsunęła z powrotem? Te małe ludki zahacza się o brzeg naczynia, o ich plecy opiera pokrywkę i voila – stabilnie, nic nie kipi, garnek częściowo przykryty. A do tego buzia mi się sama śmieje, jak je widzę w akcji.

6. Nóż kolebkowy (siekacz)

Wkład Nigelli w moje życie, tj. kuchnię. Obejrzawszy ileś programów, w których sieka zioła/cebulę/chilli i inne, zachwalając swój nóż kolebkowy, jako szybki a wydajny, przy tym bezpieczny dla osób zgrabnych inaczej, uznałam, że to coś właśnie dla mnie. I faktycznie, sieka czy szatkuje się nim – w moim odczuciu – świetnie, przy tym jeszcze nigdy nie zrobiłam sobie nim krzywdy (czego nie da się powiedzieć o innych narzędziach kuchennych, np. bardzo ostrej tarce do cytrusów). Ostatnio z tego noża mniej korzystam, bo odkryłam tzw. nóż Deba, albo nóż szefa kuchni na miarę moich możliwości. Używając go jednak muszę znacznie bardziej się skupiać, np. na odległości palców od ostrza, niż przy siekaczu ;).

7. Szeroka łyżka do nakładania potraw

Tak naprawdę produkt ze zdjęcia nazywa się „łyżka do woka”. Dawno, dawno temu moja Mama gdzieś kupiła stosunkowo płaską a szeroką (a la szufla) łyżkę do serwowania. Długo szukałam zamiennika (tj. swojej łyżki); ta poniżej mogłaby być trochę większa, ale i tak bdb spełnia swoją funkcję (lepiej niż chochla) przy daniach półpłynnych, typu potrawki czy curry, a jemy ich bardzo dużo.

8. Silikonowe mieszadło do miksera

Choć mikser wyrzuciłam z listy, zostawiłam niestandardową, silikonową nasadkę, która towarzyszyła mojemu obecnemu mikserowi (Kenwood) i którą wiem, że można nabyć osobno: jeśli ktoś się waha, czy zainwestować w taki dodatek, warto! Świetnie uciera kremy, masy (np. na sernik) czy luźne ciasta - znacznie lepiej niż zwykłe mieszadło (bo m.in. bardzo dobrze zbiera wszystko ze ścianek miksera). M uważa, że to dzięki niej tegoroczny sernik świąteczny był wyjątkowo udany ;).

 A teraz oczywiście ciekawa jestem Waszych typów! Co znalazłoby się pierwszej 5-tce (lub 8-ce)?

niedziela, 03 stycznia 2016

W grudniu miałam okazję być na tzw. biurowym przyjęciu (przed)świątecznym, z angielska zwanym Christmas Party. Gdy na stole pojawiły się przystawki, od razu zauważyłam czarne „coś”, towarzyszące serom, i z ciekawością sięgnęłam w tamtą stronę. Okazało się, że to krakersy z czarnego sezamu i… tu wystąpiła różnica zdań, bo połowa jedzących wyczuła czarnuszkę, reszta nie. Krótko jeszcze podyskutowaliśmy, jak to zrobić w domu (głosowałam za sklejeniem białkiem, myśląc o orzechach prażonych), a gdy wróciłam do domu (i internetu), rozpoczęłam poszukiwania. Moje krakersy miały być z jasnego sezamu, bo o czarny bym musiała się specjalnie postarać, tymczasem jednak znalazłam opcję z siemienia lnianego. Szczerze mówiąc, to taki przepis, do którego normalnie nigdy bym się nie zbliżyła – krakersy sklejone papką z siemienia, składające się także głównie z siemienia…? Nie, dziękuję. A jednak (znów kierowana ciekawością plus mając w pamięci te restauracyjne) spróbowałam, zwiększając ilość soli i dodając czarnuszkę, i choć moim zdaniem wyglądają jak karma dla ptaków lub gryzoni, są wegańskie, beztłuszczowe i pewnie przeraźliwie zdrowe, smakują naprawdę nieźle. Tylko trzeba, mimo wszystko, lubić siemię lniane.


Poza ww. zmianami w składzie wybrałam także inny sposób pieczenia, sugerując się komentarzami pod przepisem. Nie miksowałam także składników, bo chciałam mieć całe ziarna.

Składniki:

  • 160g siemienia lnianego
  • 80g innych ziaren/pestek (u mnie sezam i słonecznik 1:1)
  • 1,5 łyżeczki soli morskiej (plus opcjonalnie dodatkowa do posypki)
  • 1 kopiasta łyżeczka czarnuszki*

Zalać siemię wodą (tyle, by przykryć ziarna – u mnie było ok. 300ml), przykryć i odstawić na noc lub co najmniej 8h. Następnego dnia odcedzić ew. nadmiar płynu (moje siemię wchłonęło całą wodę) i wymieszać z pozostałymi składnikami. Wyłożyć blaszkę matą silikonową i rozłożyć masę dokładnie, równą warstwą – można pomóc sobie zwilżonymi lub lekko natłuszczonymi dłońmi. Opcjonalnie oprószyć solą, np. w płatkach. Piec 20 minut w 150 st. C (termoobieg) i ok. 40 minut w 140 st. Połamać na dość duże kawałki i podsuszyć co najmniej godzinę w cieple resztkowym piekarnika (ja po prostu zostawiłam je tam do całkowitego wystudzenia). Przechowywać w szczelnym pojemniku.

* Można użyć kminku, kuminu, kopru włoskiego lub innych przypraw.

Krakersy świetnie pasują i do serów, i do wszelkiego rodzaju dipów, i jako przekąska. Można by też je lekko rozdrobnić i użyć do posypania sałatki, zupy lub innego dania warzywnego.


sobota, 28 listopada 2015

Sos barbecue zimą? Czy to ma sens? Jak najbardziej! Bo kto powiedział, że grillować trzeba na zewnątrz – w końcu jest patelnia grillowa czy piekarnik, a w tym ostatnim właśnie chłodniejszą porą roku przygotowuję wiele obiadów. Takim sosem można posmarować mięso, warzywa korzeniowe czy nawet tofu przed pieczeniem, można go także wykorzystać jako dodatek do posiłku. Nie zmarnuje się ;).

Przepis (oryginalnie Iny Garten, zwanej przeze mnie "Panią Sól Koszerna") znalazłam jakiś czas temu na blogu Smitten Kitchen (który lubię ze względu na styl pisania Deb – rzadko się zdarza, bym nie uśmiechała się przy lekturze), ale początkowo zablokował mnie brak sosu hoisin. Po namyśle, jak już go zdobyłam i użyłam, myślę, że można by spróbować użyć mieszanki powideł i np. pasty miso...? Do innych składników też podeszłam kreatywnie, bo m.in. musiałam (alergia w rodzinie) zastąpić czymś miód i sos Worcestershire (zawiera ryby, tj. anchois). Z miodem nie było problemu (użyłam brązowego cukru) a zamiast sosu, po długim namyśle, dałam namoczone suszone grzyby. Sos tak czy inaczej wyszedł świetny, gościom także smakował (niektórzy nawet zabrali go na wynos... ;) - ale przy takiej ilości umami w składzie w sumie trudno się dziwić. A więc - oto moja wersja.

Składniki (na ok. 600ml sosu):

  • 1 mała cebula (u mnie czerwona)
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 1 szalotka (opcjonalnie)
  • 2 łyżki oleju
  • ½ szklanki* przecieru pomidorowego
  • ½ szklanki łagodnego octu jabłkowego
  • ½ szklanki miodu lub brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • ok. 4-5 większych, suszonych grzybów, drobno pokruszonych i zalanych gorącą wodą (do 100ml łącznej objętości)
  • ½ szklanki ostrej musztardy
  • ¼ szklanki jasnego sosu sojowego
  • ½ szklanki sosu hoisin
  • ¾ łyżki chilli
  • ½ łyżeczki kuminu
  • łyżeczka słodkiej wędzonej papryki

* szklanka = 240ml

Zacząć od zalania grzybów, odstawić na co najmniej pół godziny. Następnie zeszklić drobno posiekaną cebulę, czosnek i ew. szalotkę na oleju. Dodać pozostałe składniki (grzyby razem z wodą z namoczenia). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować na małym ogniu przez ok. 30 minut, mieszając co jakiś czas, bo sos lubi przywierać do dna. Gotowy sos można krótko zmiksować. Po wystudzeniu przechowywać w lodówce, podobno można także mrozić.

Zapisz

niedziela, 26 kwietnia 2015

Alioli oznacza dla mnie kuchnię południa Francji: taką z książek Mayle'a, tj. upalne lato w Prowansji, owoce morza, bagietka, schłodzone różowe wino. Przepis na sos z dodatkiem szafranu podpatrzyłam u Diany Henry, w książce "o kurczakach". Tu parę słów o autorce: mam jej trzy książki ("kurczaki", tj. A bird in the hand, jest trzecia) i bardzo podobają mi się zdjęcia (choć nie ma ich do każdego przepisu) i tematy (przetwory na wiele sposobów, dania zimowe, itd.), ale... Ale. Gdy dochodzi co do czego, nie najlepiej mi się z nich gotuje. Jeśli przepis na alioli jest dobrym przykładem, może powinnam traktować je tylko jako źródło inspiracji, podchodząc sceptycznie (rozumnie) do proponowanych ilości i proporcji ;).

W tym przypadku problemy były dwa: ilość wędzonej papryki sugerowana do doprawienia pieczonego kurczaka w klimatach hiszpańskich, ale ponieważ używam przyprawy regularnie, wyhamowałam po pierwszej łyżce, oraz ilość szafranu w alioli. Z tym ostatnim wiem, że nie należy przesadzać w wypiekach, ale w innych daniach używałam do tej pory tylko w zupie rybnej oraz risotto... i zaufałam Dianie Henry. Teraz już wiem, że należało użyć tylko szczypty przyprawy, nie 1/8 łyżeczki na 1 żółtko, bo sos wychodzi gorzkawy. Moczenie szafranu w oryginale było także nie do końca dopracowane. Te refleksje odzwierciedla przepis poniżej ;).

 Składniki: 

  • szczypta szafranu
  • ok. 1/2 łyżki soku z cytryny
  • 1 żółtko
  • ząbek czosnku
  • szczypta soli
  • 150ml oliwy z oliwek
  • dodatkowa sól, pieprz, sok z cytryny

Zacząć od namoczenia szafranu: zalać go sokiem z cytryny, delikatnie podgrzać i wystudzić, lub np. umieścić w miejscu typu grzejnik/ekspres do kawy na kilkanaście minut i w ten sposób podgrzać, następnie wystudzić*. Czosnek rozgnieść w moździerzu, wymieszać z żółtkiem i solą. Bardzo powoli, kropla po kropli i pracując trzepaczką - jak przy klasycznym majonezie - dolewać oliwę. Gdy całość się zagęści i zacznie wyglądać jak majonez, można lać oliwę trochę bardziej hojnie. Gdy zostanie całkiem wchłonięta, dodać szafran z cytryną, dokładnie roztrzepać i sprawdzić doprawienie.

* Można to także wykonać z wyprzedzeniem co najmniej kilku h - dłuższe moczenie mu nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie.

Sos w zamierzeniu miał być dodatkiem do pieczonego kurczaka i ziemniaków, także pieczonych, okazało się jednak, że świetnie pasuje do... sałatki ziemniaczanej, w której niepożądanej goryczy w ogóle nie było czuć :). Inne zastosowania to wspomniane wyżej ryby czy owoce morza... a może dip do surowych warzyw? Z sosem we właściwych już proporcjach na pewno jeszcze poeksperymentuję ;).

środa, 24 grudnia 2014

Oto wpis na cito: jeśli macie pod ręką ekologiczne, z trudem zdobyte pomarańcze, a chcecie zrobić z nimi coś innego, niż skórkę pomarańczową do wypieków (choć bardzo polecam!), postąpcie zgodnie z metodą "podczytaną" na Moje Wypieki: zetrzyjcie skórkę z 2 owoców (uważając, by była bez albedo; ew. obierzcie owoce i usuńcie gorzką warstwę nożykiem), włóżcie ją do 0,5l butelki i zalejcie mieszanką 1:1 wody i wódki (do butelki ze skórką powinno wejść po 200ml jednego i drugiego). Odstawcie w ciemne miejsce na co najmniej 7 dni i voila! Ekstrakt pomarańczowy do wypieków zamiast wanilii czy świeżej skórki, ew. marynat (i może napojów?). Butelką można się bawić na zasadzie kuli śnieżnej, z fascynacją obserwując spadające drobinki ;).

Korzystając z okazji: WESOŁYCH ŚWIĄT! Smacznych, spokojnych, bez złości i pośpiechu - choć sama biegnę nakrywać do stołu wigilijnego ;). Do przeczytania po Świętach.

niedziela, 16 listopada 2014



W ramach Orzechowego Tygodnia chciałam wreszcie spróbować zrobić masło z orzechów włoskich. Miałam paczkę świeżo łuskanych. Zanim zrobiłam pierwsze podejście, przeczytałam ileś przepisów i postanowiłam zrobić wariant moczony i prażony (trochę jak w tym maśle z fistaszków). Miałam jednak problem z konsystencją zmiksowanej masy: wciąż wydawała mi się za sucha, więc dolewałam oleju i... wyszła ostatecznie smaczna, ale zbyt oleista.

Orzechowy TydzieńPostanowiłam zrobić replay, ale z orzechów surowych, i wówczas przypomniałam sobie o wypowiedzi bohaterki filmu Julia & Julie: „Całe życie źle smażyłam pieczarki, a przecież zasada jest taka prosta: nie robić tłoku”. Don't crowd the mushrooms stosuje się także do orzechów, jeśli – jak ja – macie malakser o małej mocy i pojemności. I, jak zawsze, należy uzbroić się w cierpliwość. Koniec końców, wreszcie udało mi się zrobić masło orzechowe bez dodatku oleju. Jest gęste, nie b. płynne, ale smaruje się bardzo dobrze na pieczywie także po pobycie w lodówce. Ideałem jeśli chodzi o smak i aromat byłoby dla mnie pewnie coś pomiędzy wersją prażoną a surową.

Podsumowując cechy masła naturalnego/surowego: przygotowuje się je szybko; ma jaśniejszy kolor; w smaku można wyczuć lekką goryczkę; ma moim zdaniem łagodniejszy aromat od wersji prażonej. Masło prażone dla odmiany jest bardziej czasochłonne (trzeba doliczyć czas moczenia, który redukuje goryczkę, prażenia i studzenia – ważne, bo ja np. nie wystudziłam wystarczająco), ciemniejsze, ma mocniejszy orzechowy zapach i słodszy smak. Niezależnie od wyboru opcji, przy miksowaniu nie można się spieszyć ;). Zawsze trzeba mieć także świeże orzechy: nie mogą być choć trochę zjełczałe.

Uwaga: z podanych ilości wychodzi niewiele masła (w porywach 1/2 szklanki), więc proporcje można oczywiście zwiększyć, ale proponuję miksowanie ratami.

Masło orzechowe #1 (surowe)

Składniki: garść (do 100g) świeżych łuskanych orzechów włoskich, szczypta soli, ¼-1/2 łyżeczki brązowego cukru, opcjonalnie: parę kropel (do ½ łyżeczki) neutralnego oleju

Orzechy umieścić z pozostałymi składnikami w malakserze i cierpliwie miksować, aż całość zamieni się w gładką masę. Jeśli to będzie naprawdę konieczne (masa będzie zupełnie sucha a malakser groził przegrzaniem), podlać olejem. Zweryfikować smak, ew. doprawić. Przechowywać w lodówce.

Masło orzechowe #2 (prażone)

Składniki: garść (do 100g) świeżych łuskanych orzechów włoskich, szczypta soli, ¼-1/2 łyżeczki brązowego cukru, odrobina oleju do prażenia, opcjonalnie: parę kropel (do ½ łyżeczki) neutralnego oleju

Orzechy namoczyć: albo zalać zimną wodą na co najmniej 5h (lub na noc), albo gorącą (świeżo zagotowaną) na 15-20 minut. Wysuszyć, ułożyć w 1 warstwie na blaszce i umieścić w piekarniku (180 st.) na ok. 15 minut. Wystudzić i postępować jak w przepisie #1.

Każde masło można dodatkowo wzbogacić np. cynamonem lub przyprawą korzenną, ew. odrobiną kakao.

niedziela, 21 września 2014

Wiem, że jestem Wam winna jeszcze jeden epizod nowojorski. Tymczasem jednak, jeśli ktoś nie zrobił pomidorów na zimę, to jest ten właśnie moment: tańsze i słodsze chyba już nie będą! U nas kolejna skrzynka limy przerobiona na przecier, a z 500g zrobiony eksperyment, z którego jestem całkiem dumna, i dlatego się chwalę. Otóż kilkakrotnie dostałam w prezencie „dżemy do sera”, w tym taki z chilli. Pomysł takiego dodatku mi odpowiada (choć wiadomo, w przypadku niektórych serów czy wędlin to świętokradztwo), ale te sklepowe są zawsze dla mnie za słodkie. Uznałam, że trzeba zrobić własny. Od Noblevy wzięłam pomysł dodania sosu rybnego, a reszta to efekt własnych przemyśleń ;). Wyszło słodko-pikantnie i aromatycznie, więc przepis podaję, bo jak pisałam, jak przerabiać pomidory – to teraz!

Składniki:

  • 500-520g pomidorów
  • 2 małe papryczki chilli (tajskie, typu bird's eye, z pestkami; większych a mniej ostrych sugerowałabym ok. 3-4)
  • 1/3 dużej słodkiej papryki (czerwonej lub pomarańczowej)
  • 7 małych śliwek węgierek
  • 2 x 4cm kawałek imbiru (ok. 20g)
  • ½ średniej czerwonej cebuli
  • 1 ząbek czosnku
  • 50ml octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki (30ml) sosu rybnego
  • 200g cukru, w tym 70-100g brązowego drobnego
  • ½ łyżki dobrego, ciemnego kakao

Pomidory sparzyć, obrać ze skórek, wyciąć gniazda nasienne, rozdrobnić (np. zgnieść ręką). Cebulę, czosnek i imbir obrać i posiekać, z papryką i chilli to samo, ale bez obierania ;), śliwki wydrylować i podzielić na połówki. Wszystkie warzywa umieścić z pozostałymi składnikami w dużym garnku, zagotować, zamieszać i gotować na średnim ogniu ok. 40-60 minut, mieszając co jakiś czas, aż całość będzie ciemna, lśniąca, gęsta i zacznie przywierać do dna. Po przełożenia do słoika/słoików krótko spasteryzować lub wystudzić i przechowywać w lodówce.

wtorek, 29 lipca 2014

Wiem, że dla wielu osób nie istnieje coś takiego, jak nadmiar kurek. Też kiedyś w to nie wierzyłam, a jednak przydarzyła mi się nadprodukcja już w zeszłym roku: gdy grzyby i zamówiłam u zbieraczki, i dostałam w prezencie. Wiadomo, że może być makaron, placek czy pizza. Ba, są też duszone kurki z kaszą, z dodatkiem cukinii, może być także risotto. By jednak leśne dobro się nie przejadło, można spróbować kurki utrwalić.

Jedna metoda to solankowa, jak u Gospodarnej Narzeczonej (ostatni przepis). Zrobiłam tak właśnie w zeszłym roku i polecam, pod warunkiem jednak, że o tych kurkach będziecie pamiętać. Ja najpierw te 3 słoiki oszczędzałam, potem zużyłam jeden (po opłukaniu dodałam do sosu pomidorowego), potem... zapomniałam.

Druga metoda to mrożenie, chyba nie wymaga komentarza.

Trzecia metoda to ususzenie. Zazwyczaj suszyłam znalezione w ogrodzie maślaki (których w tym roku nie ma w ogóle), wykorzystując ciepło a to ekspresu do kawy, a to słoneczny parapet, a to ciepło resztkowe piekarnika. W ten sposób cały proces trwa kilka dni. Chcąc całą sprawę przyspieszyć, można oczyszczone i suche grzyby umieścić w piekarniku nastawionym na 90 st. (termoobieg) na ok. 2-3h i dalej suszyć w cieple resztkowym. Czy ma to sens w przypadku kurek? Pewnie są bardziej aromatyczne gatunki, ale wszystkie grzyby jadalne po ususzeniu nabierają charakterystycznego (i pożądanego) aromatu, więc – tak, zwłaszcza dla wymieszania z innymi suszonymi grzybami.

Czwarta metoda to marynowanie. Do tej pory robiłam to tylko raz, z – oczywiście – maślakami, gdy wyjątkowo obrodziły. Zdecydowałam się na przepis Chillibite, i wyjadając grzybki prosto ze słoika, stojąc przy lodówce, przypomniałam sobie, że w sumie marynowane grzyby lubię (jak byłam mała, potrafiłam słoik wciągnąć jako przekąskę pod dobrą książkę). Moja uwaga do przepisu jest taka, że marynaty w oryginale jest moim zdaniem za mało. Za pierwszym podejściem musiałam zwiększyć ilość dwukrotnie, za drugim wystarczyłoby tylko o 50%, i tak podaję poniżej.

Marynowane kurki (wariacja nt. tego przepisu):

  • 1kg kurek, oczyszczonych, osuszonych
  • łyżeczka soli
  • marynata: 275ml octu spirytusowego, 375ml wody, 3/4 łyżeczki soli, 1,5 łyżeczki cukru, łyżeczka ziela angielskiego, jw. pieprzu ziarnistego, liście laurowe (5-6 sztuk)
  • opcjonalnie: 1 mała cebula, pokrojona w pióra

Kurki zalać wodą (ok. 1-1,5 litra - tyle, by zakryć), zagotować, dodać sól, gotować 3 minuty, odcedzić. Składniki marynaty zagotować, gotować ok. 8-10 minut, w tym czasie rozdzielić kurki między słoiki. Opcjonalnie można dodać do nich cebulę. Zalać grzyby gorącą marynatą, słoiki zakręcić, umieścić w miejscu typu piwnica.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna