Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...
wtorek, 25 grudnia 2007

Wróciłam nieco ociężała z rodzinnego obiadu, napełniona śledziami, barszczem, schabem, bigosem, piernikiem, czerwonym winem i kawą. Niektórzy w takich sytuacjach piją nalewki ziołowe typu Underberg, inni herbatki ziołowe.

Oczywiście, może być mięta, ale osobiście polecam herbatkę z dodatkiem kminku. Na zdjęciu zakupiona na Litwie firmy Etno (i w dodatku z uroczymi obrazkami na pudełku!), w której kminek jest głównym składnikiem. Herbapol Kraków produkuje też herbatkę Szwejk, o podobnym składzie. Szczerze mówiąc, lubię te herbatki ze względu na ich smak, a jeśli dodatkowo mają korzystne działanie... O tej porze roku jak znalazł.

Jutro jedziemy na Mazury, wrócimy w parę dni po Nowym Roku. Oznacza to, że przez ten czas nie pojawią się na blogu żadne nowe wpisy. Tak, zakładam i zaraz porzucam... Ale to tymczasowe. A na Mazurach jest nasze miejsce - do wyciszenia się, pożycia w innym tempie. W każdej pogodzie, w każdym sezonie. Poniżej parę fotek, każda z innej pory roku - chyba domyślicie się, które z jakiej.

poniedziałek, 24 grudnia 2007

Znamy słodycze świąteczne: makowce, pierniki, ciasta z bakaliami, i wszystkie te wypieki, które tradycyjnie jada się w Waszym domu. U mojej babci po kądzieli (jakie ładne określenie!) menu wigilijne było tak niezmienne jak, powiedzmy, codzienny wschód słońca. Ze słodyczy pojawiały się li i jedynie: kutia dla osób ją jedzących (do których w dzieciństwie nie należałam), sernik krakowski, keks, marmoladziak (strucla nadziana marmoladą) i makowiec (taka sama strucla, jak poprzednio, ale wypełniona makiem). Choćby żabami z nieba tłukło, nic się nie miało prawa zmienić, i tak było śmierci babci ponad 10 lat temu, kiedy Wigilia nabrała cech zmiennych, zarówno co do lokalizacji, jak i jadłospisu.

Miało być jednak o weselszych sprawach. Mianowicie o tym, że otwieramy się coraz bardziej na świat i nowe tradycj i nowe potrawy (nawet jeśli na Wigilię wolimy zjeść to co zawsze, bo tak ma być). Szczególnie bliską mojemu sercu jest tradycja brytyjska. Wczoraj oglądałam na kuchnia.tv bożonarodzeniową edycję programu J. Olivera Jamie w domu, w którym prowadzący robił wywrotową wersję mince pies. Mince pies robi się z mincemeat, gęstej masy bakaliowej, na bazie kwaśnych owoców, przyrządzonej z dodatkiem alkoholu, i jest to stały punkt programu w jadłospisie świątecznym na Wyspach. Podobnie jak pudding świąteczny. Osobiście bardzo lubię i mincemeat, i pudding, jednak na razie dojrzałam jedynie do zakupu obu tych rzeczy w sklepie Marks and Spencer (powyżej widać, jak pudding wyglądał), choć nie wykluczam zrobienia własnego mincemeat za rok. Tymczasem z kupnego zrobiłam, dzięki Joannie z Kwestii smaku, to widoczne poniżej bardzo przyjemne ciasto: crimble crumble .

Dojrzałam jednak, i to już od zeszłego roku, do zrobienia Christmas cake, kolejnej brytyjskiej wariacji na temat suszonych owoców. I - babcia pewnie nie byłaby ze mnie dumna - w zeszłym roku wypiek pojawił się na Wigilii. Ponieważ M. przyjął ciasto entuzjastycznie, w tym roku, choć idziemy w gości na Wigilię, w listopadzie upiekłam ciasto świąteczne (tu są przepisy na 2 rozmiary ciasta, oba wg. Nigelli). W sobotę wieczorem je rozpakowałam (uginając się pod ciężarem - waży naprawdę sporo) i lekko jeszcze napoiłam Cointreau, wczoraj zaś ćwiartka ciasta została odkrojona dla moich rodziców (nożem do krojenia mięsa!). Dla osób obawiających się, że ciasto tak długo leżakujące może spleśnieć - to gęsty, bakaliowy blok, mocno nasączony alkoholem (choć tego nie czuć mocno w smaku), i przyjrzawszy się mu wczoraj, uwierzyłam, że może leżeć i pół roku. Dzisiaj nie będziemy go jeść na kolacji, ale już się cieszę na spróbowanie jutro - a może jeszcze dziś późnym wieczorem?

PS. Jest zbiór opowiadań Agathy Christie Tajemnica gwiazdkowego puddingu, ale zastanawiam się, czy nikt nie wykorzystał starego ciasta świątecznego jako narzędzia zbrodni w powieści kryminalnej...? Sądzę, że ze względu na wagę mogłoby conajmniej nadać się do rzucania w kaczuszki (bez podtekstów ;), jak w Był sobie chłopiec (About a boy). Choć o ile przyjemniej je wcześniej zjeść!

sobota, 22 grudnia 2007

Tabbouleh inaczej

Tabbouleh (zdarza się inna pisownia) to bardzo popularne danie w kuchni Bliskiego Wschodu i PN Afryki. Bazą jest kaszka bulgur i pomidory, ogórek, cebula dymka, zielona pietruszka. W Polsce znacznie popularniejsza i łatwiej dostępny jest kaszka kuskus, i z niej planowałam zrobić tabbouleh, ale... w trakcie krojenia warzyw zmieniłam zdanie. Ostatecznie wyszła mi wariacja na temat mogąca wzbudzić okrzyki: "Ależ to nie jest tabbouleh!". Może i nie jest. Chcąc odtworzyć tą wersję fusion a modo mio, należy:

Przygotować kuskus zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Na widoczną wyżej miseczkę trzeba wziąć ok. 1/2 szklanki. Następnie pokroić drobno: kawałek ogórka (obranego), dymkę, pomidory (o tej porze roku - koktajlowe - parę sztuk). Posiekać drobno świeży tymianek (łyżkę - dwie). Wymieszać wszystko z kuskusem, dorzucić suszone wiśnie i migdały w płatkach (na oko), trochę bryndzy (robię z niej mini kuleczki). Doprawić 2 łyżkami oliwy (u mnie taka ze słoika z suszonymi pomidorami), sokiem z cytryny lub limonki i aromatyczną, korzenną przyprawą typu ras el hanout: mam "Przyprawę orientalną" firmy Dary Natury bardzo podobną w składzie do ras el hanout, składającą się m.in. z kardamonu, gałki muszkatołowej, cynamonu, goździków, kurkumy i płatków róży. Wymieszać, ew. dosolić jeśli to konieczne.

Zauważyłam, że od czasu kiedy mam kota w domu i aparat cyfrowy, na zdjęciach z wakacji często pojawiają się różne koty. Oto mały wybór z dwóch różnych stron świata, tj. z Turcji i tegorocznych wakacji w Litwie, Łotwie i Estonii (ale zdjęcia tylko z Łotwy):

Właśnie dowiedziałam się stąd, że awokado może (powinno?) być nazywane smaczliwką - proszę, człowiek całe życie się uczy. Jakoś jednak ta nazwa nie przypadła mi do gustu - brzmi jak imię jakiegoś stwora w powieści fantasy.

Przez wiele lat unikałam awokado, "bo jest takie tuczące", szczególnie, że wydawało mi się mdłe i nieciekawe. I samo w sobie takie jest. Jednak wystarczy mu minimalnie pomóc, a robi się bardzo ciekawe. I nie trzeba robić całego guacamole (zwłaszcza, jeśli tak jak ja nie kocha się świeżej kolendry) - wystarczy rozgnieść dojrzały owoc w misce z sokiem z limonki i szczyptą soli (uważać, żeby nie przesolić), i już. Od razu inna bajka, jakby miąższ się budził pod wpływem przypraw, ale nie jest nimi przytłoczony, jak w przypadku past z większej liczby składników. Pastę kładziemy na dowolne pieczywo, możemy posypać już na chlebie suszonymi pomidorami w płatkach, udekorować świeżą bazylią, ewentualnie pomidorem. Smaczna ta smaczliwka na przekąskę, śniadanie, kolację.

Chyba czas przedstawić kogoś bardzo ważnego w moim życiu: Bicę. Zawsze chciałam mieć kota - rodzice się nie zgadzali, potem mieliśmy psa, a potem M. okazał się być alergikiem... Jednak mimo jego alergii (oczywiście, nie bardzo silnej) spróbowaliśmy i okazało się, że nie jest źle. Ba, wręcz wyrósł mi pod nosem niezły kociarz.

Tu można zobaczyć, jak Bica wyglądała, gdy była młodsza, poniżej jedno z nowszych zdjęć.


Bica to mała czarna kawa (typu espresso) po portugalsku. Nasza Bica ma ponad 3 lata, jada wyłącznie tuńczyka i, na szczęście, prawie każdą suchą karmę, uwielbia biegać na dworze (co robi tylko podczas naszych wyjazdów na Mazury; w W-wie mieszkamy w bloku na 6 piętrze) i kocha najbardziej swojego Pana (choć to Pani ją najbardziej kocha - nie ma sprawiedliwości na tym świecie). Od wczoraj próbuje wspinać się na choinkę (swoją pierwszą w życiu, 3 lata temu, zdewastowała zupełnie) i ściągać ozdoby z Ikei, które nazywamy "laleczkami voodoo":

Laleczki prędzej czy później kończą jak Ofelia ew. Wanda, co nie chciała Niemca: toną. Tylko, że w kociej miseczce.

To by było na tyle, jeśli chodzi o koci wkład w atmosferę świąteczną.

Albo Oranges are not the only fruit, moja ulubiona powieść Jeanette Winterson (bo najmniej, imho, pretensjonalna), choć należy uprzedzić, że tytułowy owoc jest traktowany tam raczej symbolicznie.

Trzymając się tematu prawdziwych owoców, nie tylko pomarańcze - bo i inne cytrusy - są w moim pojęciu owocami głównie zimowymi. Zdarzało mi się jeść pomarańcze w lecie, np. pyszne w Hiszpanii, ale... to nie to samo. Zapach obieranej mandarynki kojarzy mi się jednoznacznie ze Świętami Bożego Narodzenia, a może dokładniej: z Mikołajkami. Mam mgliste wspomnienia wyciągania mandarynek z "pańczochy" rankiem 6 grudnia (dzieciństwo spędziłam w Anglii i moi rodzice zaadaptowali brytyjski zwyczaj wywieszania pończoch na prezenty dając mi drobne prezenty Mikołajkowe w ten sposób). Mikołajki "klasowe" z późniejszych lat podstawówki i liceum też kojarzą mi się z tymi owocami. Tak więc, w tym roku w listopadzie, jadąc rano tramwajem zareagowałam jak pies Pawłowa, czując ostry zapach obieranego owocu: aha, więc to już. To ta pora roku.

"Ostatecznie - filozoficznie stwierdziła moja matka - na świecie istnieją nie tylko pomarańcze".
J. Winterson, Nie tylko pomarańcze, str. 185, Rebis, Poznań 1997.

Mandarynki, słodkie klementynki, cytryny... tu się trochę rozpędziłam, bo i cytryna, i limonka są bardziej letnie (schłodzona lemoniada, orzeźwiające mojito - o drinkach było sporo tutaj). Więc te, które jemy na surowo, te o pomarańczowej skórce - co, poza obraniem i zjedzeniem od razu, możemy z nich zrobić?

Skórkę pomarańczową (ja zawsze sparzam, jak i cytrynową) startą z owocu dodajemy do wielu wypieków. Kandyzowanych skórek nigdy nie chciało mi się robić - dużo zachodu, a osobiście ich prawie nigdy nie używam; są wskazane do tego sernika, jak najbardziej świątecznego (i dlatego u nas pojawia się tylko 2-3 razy do roku). Można zjeść sernik wg. przepisu Giady di Laurentiis, a do niego karmelizowane pomarańcze Nigelli Lawson... I jest też ponadczasowy szlagier, tj. ciasto klementynkowe Nigelli - ale uwaga! Nie należy używać mandarynek, może wyjść gorzkawe. Niektórzy bardzo chwalą muffinki pomarańczowe z "Nigella gryzie" - osobiście nie byłam zachwycona, ale może należy spróbować jeszcze raz. (Uwaga z 6.01.2008: I spróbowałam. Poniżej widać, jak wyglądają muffiny pieczone w papilotkach, ale bez foremek (jak grzyby). Muffiny sympatyczne, ale wciąż nie moje ulubione.)

Pomarańcze za pensa, krzyczą dzwony Klemensa,
Skradł cytryn pół tuzina, dudnią dzwony Marcina...
(popularny brytyjski wierszyk dla dzieci, tłum. T. Mirkowicz w:
Rok 1984, G. Orwell.) 

Wyciśnięty sok z pomarańczy może zastępować ocet lub sok z cytryny w marynatach lub sosach, kiedy chcemy trochę kwaśnego, ale i słodkiego smaku, przykładem jest marynata użyta do tych warzyw, a konkretnie do marchewki. Kaczki w pomarańczach jeszcze nie popełniłam, ale wszystko przede mną.

Kiedyś często rano M. miksował ok. 2 pomarańczy w blenderze z dodatkiem soku pomarańczowego z kartonu (nie mamy sokowirówki). Taki sok działa świetnie orzeźwiająco np. po krótkiej lub przebalowanej nocy. Moim zdaniem nie wymaga dosładzania, choć trzeba przyznać, że wariancie koktajlu na jogurcie lub maślance, bardzo pasuje do pomarańczy delikatny miód, tak, jak użyty w ww. serniku Giady.

I jak mówimy o napojach, całkiem przyjemnym i aromatycznym trunkiem wyskokowym jest likier Cointreau...

A co z przetworami?

Bardzo lubię dżem pomarańczowy, a najbardziej taki z pomarańczy sewilskich, czy może bardziej poprawnie, pomarańczy gorzkich - niestety, w Polsce nigdzie nie widziałam. Robię własny zasadniczo wg. przepisu Nigelli z How to be a domestic goddess, a wygląda to bardzo prosto: gotujemy 1 kg pomarańczy 2 h pod przykryciem, odcedzamy, siekamy drobno - skórkę i miąższ, wyrzucamy tylko duże pestki. Dalej można albo przesmażyć ze zwykłym cukrem, albo jak ja, użyć żelfixu - co robię, bo najlepszy dżem z czarnej porzeczki, jaki jadłam w życiu, był robiony przez Tatę E., właśnie na żelfixie. Skraca to czas smażenia owoców do minimum. Należy postąpić jak na opakowaniu, tylko samemu regulować ilość cukru (zaczynam od 100 g i sprawdzam). Gorący dżem do wyparzonych słoików, te do góry dnem - i już! Moje gotowe dżemy widać np. tu. A gdy już dżem mamy, możemy zjeść na śniadanie coś takiego...

Można dodać cukier brązowy, można dodać melasę, kapkę rumu (to nie był najlepszy eksperyment). Jednak najlepszy wariant, najbliższy dżemowi z pomarańczy sewilskich, osiągnęłam poprzez wersję 1:1 pomarańcza-różowy grejpfrut, metoda jak powyżej, i gorąco polecam. Co mi przypomniało, że identyzny dżem jak powyżej, można zrobić z różowych grejpfrutów, też bardzo ciekawy. A grejpfrut, jakby nie było, też jest cytrusem, i to mocno przeze mnie niedocenianym przez ostatnie kilkanaście lat (jak miałam 9-10 lat, bardzo lubiłam grejpfruty, także białe). Jednak ostatnio karton soku otwarty dla gości wypiłam szybko i całkiem sama - więc może czas wprowadzić grejpfruty do kuchni, np. w letnich sałatkach? Jedyne, co wydaje mi się ciężkie do przełknięcia, to rozpoczynanie dnia od przekrojonego grejpfruta, a jedzenie tego owocu łyżeczką oznacza niechybne obryzganie siebie i otoczenia lepkim i kwaśnym sokiem - chyba, że chcemy się umartwiać ;).

Do zupełnie nieudanych eksperymentów należy dżem klementynkowy (na zdjęciu z linku świeży, więc jeszcze mnie zadowalający), niestety wyszedł nieprzyjemnie cierpki, lekko gorzki. Nie wiem, czy to kwestia trefności klementynek, które może w rzeczywistości były mandarynkami, a może ich skórka źle znosi przetworzenie - bo w cieście klementynkowym, o którym powyżej, zachowują się bez zarzutu. Konsystencja także wyszła, hm... raczej bloku do krojenia nożem niż do nakładania łyżką. Jeden słoik został i czeka na chwilę natchnienia.

To chyba na razie koniec moich dywagacji - idę zrobić sobie kubek czarnej herbaty o aromacie pomarańczy z Sewilii (do nabycia w herbaciarniach Demmers), żeby pozostać w temacie i klimacie świątecznym. A tego ostatniego i Wam życzę :)

piątek, 21 grudnia 2007

Na początek kilka zdań warunkowych: gdybym nie była chora, nie spędziłabym tego tygodnia w domu; gdybym nie była w domu, nie spędziłabym tyle czasu w internecie; gdybym nie spędziła tyle czasu w internecie, nie zaczęłabym myśleć o założeniu bloga. I tak dzisiaj, zamiast biegać za mężem za choinką lub przeciskać się w tłumie do straganów warzywnych, siedzę sobie pisząc swój pierwszy wpis.

Skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B: coś niecoś o sobie, i o co tu w ogóle chodzi. Dane personalne: imię: Joanna, lat: 29, stan cywilny: mężatka, dzieci: nie ma, za to jest kotka (Bica vel vel Bydlę, jeśli wyje pod drzwiami sypialni o 4 w nocy a M. się obudzi). Lubię: gotować, jeść, czytać, podróżować; filmy, koty, narty, nurkowanie, spacery, zmiany pór roku i jęz. angielski, i tu mamy coś niecoś na motywy przewodnie. Moim głównym hobby od ok. 2 lat jest gotowanie, testowanie przepisów, przypraw i składników oraz czytanie o jedzeniu. Wszystko zaczęło się od podróży poślubnej do Turcji w czerwcu 2005, która to podróż zaowocowała najpierw moją namiętnością do cynamonu (a wcześniej nie znosiłam!) i innych korzennych przypraw (goździków kiedyś też nie lubiłam...), a potem odkryłam Nigellę Lawson, i lawina ruszyła...

I tu stop: starczy jak na pierwsze coś niecoś na tematy osobiste. Zaraz będzie na temat, czyli kulinarny. Bo o tym będzie Coś niecoś - a właściwie o tym będzie coś, czasem może trafić się niecoś z innych dziedzin :).

Zapraszam!

| < Grudzień 2007 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna