Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Włochy

piątek, 29 czerwca 2018

Gdy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia wybrzeża Amalfi – kiedyś tam, ileś lat temu, ale już w internecie – zareagowałam wyjątkowo elokwentnie „o, wow”. Ujęcia przedstawiały pastelowe domy przyklejone do skał bezpośrednio nad turkusową zatoką, pod wściekle błękitnym niebem. „Muszą być podkręcone te kolory”, tak myślałam, choć wiedziałam, jaką barwę ma choćby Morze Egejskie. Teraz oczywiście wiem, że prawdopodobnie były naturalne ;).

Na nasz czterodniowy pobyt w szeroko rozumianych okolicach Amalfi wybraliśmy Scalę, położoną kilka km na północ od Ravello (które widzieliśmy z tarasu, dokładnie jak na zdjęciu powyżej), czyli nie bezpośrednio na wybrzeżu. Po namyśle sądzę, że była to bardzo dobra decyzja. Z okien widzieliśmy i Ravello, i morze, i cytryny (porastające większość ogrodów należących do naszego pensjonatu – te na powyższym zdjęciu otaczały basen), i inną bujną roślinność. Po kilku minutach spaceru pod górę byliśmy w centrum niewielkiej, spokojnej miejscowości, gdzie przy placyku koło katedry (patrz zdjęcie poniżej) koncentrowało się życie społeczności: szkoła vis a vis kościoła, obok kawiarnia i restauracja, na jednym rogu apteka (nazwisko właściciela to samo, co kawiarni), na drugim tablica poświęcona pamięci poległych podczas I WŚ (powtarzały się tylko 3-4 nazwiska, jak w takich miejscach bywa).

W kawiarni piliśmy (po wcześniejszym przepłynięciu się w basenie) poranną kawę (espresso macchiato dla M i mnie, americano dla teściowej), czasem zagryzając cornetto, czasem obserwując dzieci idące na lekcje; odwiedziliśmy też raz restaurację (ryba dnia maślano-cytrynowa była bdb, makarony już nie wszystkie, ale na koniec pojawiło się limoncello…), a podczas wieczornego wyjścia na wino trafiliśmy przypadkiem na obchody Bożego Ciała po właściwym Bożym Ciele (i nieformalną imprezę temu towarzyszącą).

W paru lokalnych sklepach (np. całkiem dobrze zaopatrzonym warzywniaku, którego godzin otwarcia nie rozgryzłam, ale dwa razy nam się udało coś kupić ;) zaopatrywaliśmy się w art. spoż. na śniadanie (typu naprawdę smaczna ricotta czy nowy dla mnie owoc pt. loquat/nesperas) i kolację (np. prosecco, jak widać powyżej): czyli optymalnie ;). Aż chciałoby się coś napisać więcej o tych cichych wieczorach, ale akurat miejscówka vis a vis drogi na wybrzeże nigdy tam naprawdę cicha nie będzie: ruch na szosie jest duży, także motocyklowy, i dopóki się nie przywyknie, ten hałas jest odczuwalny.

Na Ravello spojrzeliśmy także z bardziej bliska: w ranek po przyjeździe zjechaliśmy wąską dróżką w kierunku wybrzeża, zaparkowaliśmy pod audytorium, w którym latem odbywają się koncerty, i wspięliśmy się w kierunku Villi Rufolo, by zwiedzić ogrody. Słowo „wspięliśmy” nie jest przypadkowe – na Amalfi nie sposób uniknąć opcji „w górę, w dół” i/lub schodów. Z bardzo rzadka zdarza się winda (np. w Sorrento), ale osobiście podejść bym nie unikała: poza okazją do spalania lodów/innych smakołyków, jest to zazwyczaj okazja do zobaczenia najlepszych widoków. Zdjęcie powyżej zostało zrobione bezpośrednio po wyjściu z parkingu.

Po Ravello planowaliśmy krótki pobyt na plaży (tyle, przy przepłynąć się w morzu), ale niestety zatłoczenie tzw. Amalfi drive połączone z niedzielą i upałem oznaczało, że nigdzie, ale to nigdzie, w żadnej z czterech miejscowości, nie udało się nam zaparkować. Gdy na koniec zapłaciliśmy mandat, próbując się wycofać na potencjalny parking przed nosem policjanta, zawróciliśmy na nasze wzgórze (oczywiście po drodze stojąc w korkach lub z powodu robót drogowych). Transport to niestety lokalny problem: droga na wybrzeżu jest jedna, wąska, kręta i zatłoczona, m.in. przez liczne autokary; jadąc więc autobusem publicznym, co rozważaliśmy, korków się nie uniknie, choć oczywiście nie ma wówczas problemu z parkowaniem. Oczywiście, wielu włoskich kierowców się nie przejmuje, stawiając samochody po prostu wszędzie – policja najwyraźniej patrzy wybiórczo ;). Alternatywą jest transport morski, ale ten zorganizowany/masowy dociera tylko do wybranych miejsc.



Przepłynąć udało się kolejnego dnia, po zwiedzeniu burzowego Amalfi. Wyładowania atmosferyczne przeczekaliśmy w katedrze, potem pokręciliśmy się po alejkach miasta (w górę… i w dół), podziwiając najróżniejsze cytrynowe pamiątki (od limoncello po mydła), następnie poszliśmy tunelem do Atrani, stanowiącego de facto przedmieścia Amalfi. Ponieważ było bezpośrednio po deszczu/burzy, czyt. pogoda nie typowo plażowa, liczba ludzi na plaży (położonej właściwie przy samych kamienicach i prawie pod kościołem: na takiej jeszcze nie byłam ;) była bardzo zachęcająca.

Na obiad wróciliśmy do Amalfi, zjeść lokalny makaron scialatelli (jego twórca pochodził właśnie z Amalfi), który poza tym, że jajeczny, zawiera niewielką ilość mleka oraz sera, a smakuje trochę jak przerośnięte kluski lane. Nie byliśmy pod wielkim wrażeniem ;), za to pierwszy raz M tam pił spremuta di limone, czyli włoski odpowiednik citron presse. Świeży sok wyciskany z cytryn bardzo dobrze wspominam z Prowansji (pomaga, gdy jest bardzo gorąco, musisz chodzić po słońcu a poprzedniego dnia wina było… może ciut za dużo), i w kraju cytryn tym bardziej wypada go wypić – choć przyznaję, że po paru łykach musiałam dodać trochę wody, a M preferował cukier.

Wycieczkę do Amalfi zakończyłam poszukiwaniem piekarni (mapy Google nie radzą sobie z zabudową tamtejszych miejscowości) i przy okazji znalazłam sklep z serami, w tym bufalą, oraz ze zrzędliwym starszym sprzedawcą (właścicielem?), który mnie napominał, by mówić po włosku. No więc spróbowałam nawet, na miarę moich możliwości,  niestety nie był zachwycony ;). Kulka prawdziwej mozzarelli urozmaiciła wieczorny posiłek na tarasie, wraz z dodatkami z lokalnego samu („supermarket” brzmi tu zbyt szumnie), w tym lekko kwaśną cukinią alla caprese.

Kolejnego dnia pojechaliśmy do Sorrento, wcześniej omawiając, co kto pamięta z filmu Wesele w Sorrento (ja: Pierce’a Brosnana, i że wszystko było albo żółte – sukienka bohaterki, cytryny – albo niebieskie – niebo, morze czy koszule głównego bohatera). Miasto nas w sumie rozczarowało, choć było parę plusów. Spożywczy plus nr 1: zjadłam pierwszy raz brioszkę z lodami. Pisała o tym np. Nigella w Forever summer (jako daniu śniadaniowym – hm…), i zawsze chciałam spróbować. Wnioski? Wolę grube rożki ;). Może inaczej rzecz by wyglądała, gdyby to była naprawdę smaczna, a co więcej, naprawdę świeża brioche. Plus drugi: zjadłam kolejny raz owoce morza, co zawsze traktuję jako plus (i tam nad morzem jadłam je, lub ryby, właściwie codziennie). Tym razem były w postaci sałatki w restauracji przy nadbrzeżu.

Po trzecie, widok plaż ze schodów prowadzących nad morze był najładniejszą rzeczą jaką widziałam w mieście (i dowodem na to, że „w górę, w dół” ma zalety, a windą by się to ominęło). Po czwarte, drogę powrotną odbyłyśmy z Mamą w dużym stopniu (tzn. do Amalfi) statkiem, i podczas tej przeprawy zaliczyłam najpiękniejsze morskie widoki podczas wycieczki.

Nie obyło się bez drobnych przygód, typu prom stał przy zupełnie innej kei niż powinien (więc wsiadłyśmy w ostatniej chwili) oraz ku naszemu zdziwieniu popłynął najpierw na Capri, a nie wzdłuż wybrzeża w kierunku Positano. W momencie, gdy statek odbił od stałego lądu, zamiast go okrążyć, trochę się zaniepokoiłyśmy, ale dopiero jak pojawił się przed nami kolejny ląd (a Mama spytała: „Czy płyniemy do Neapolu?”), wpadłam na pomysł, by ostrożnie (wiatr!) wygrzebać z torebki telefon i sprawdzić lokalizację. Ląd okazał się być właśnie Capri, i w ten sposób zobaczyłyśmy przynajmniej Marinę Grande na słynnej wyspie.



Kolejnego dnia musieliśmy już skierować się w stronę Rzymu, ale postanowiliśmy parę godzin spędzić w Neapolu. Przyznaję, że zastanawiałam się, czy to rozsądny pomysł, bo wielokrotnie słyszałam opinię, że to wyjątkowo niebezpieczne miasto, absolutnie nie należy jechać, wszystkich turystów okradają, itd., itp. Zachęciły mnie jednak opinie koleżanek, które tam niedawno były, i zaryzykowaliśmy (przyjmując zasadę „zachować zdrowy rozsądek i oczy szeroko otwarte”, oraz zostawiając samochód na strzeżonym parkingu ;). Kierując się sugestiami męża jednej z koleżanek, neapolitańczyka F. (dziękuję jeszcze raz za wskazówki!) dotarliśmy zygzakiem do Galerii Umberto I, w której poszłam prosto do Sfogliatella Mary.

Poprzedniego wieczoru, podczas przeglądania info o mieście, dotarło do mnie, że Neapol to nie tylko pizza, ale także inne ciekawe wyroby np. cukiernicze. Na przykład jest taka sfogliatella z ciasta a la strudlowe, oczywiście wysmarowana hojnie masłem, napełniona ricottą, skórką cytrusową oraz migdałami. Podobno najlepsze ciastka sprzedaje się przy dworcu kolejowym, do którego mieliśmy trochę daleko, ale te od Mary były ciepłe, słodkie, aromatyczne i po prostu bardzo smaczne. O ile wypieki włoskie często do mnie nie trafiają (za suche, za słodkie), sfogliatella jest warta spróbowania. Po ciastku ruszyliśmy do Chiostro di Santa Chiara, gdzie przede wszystkim chciałam obejrzeć ozdobne krużganki. Powrót prowadził przez tzw. Dzielnicę Hiszpańską. Tam są widoki takie, jak najczęściej kojarzy się z Neapolem – wąskie uliczki, obwieszone kolorowym praniem, często wznoszące się stromo do góry. Tam także są liczne stragany uliczne z owocami oraz rybami i owocami morza. Inną ciekawostką są gablotki z flakami, takie jak ten na zdjęciu poniżej.

Oczywiście, nie mogliśmy opuścić miasta bez zjedzenia jeszcze czegoś. Nie poszliśmy na pizzę (jedna z naszych towarzyszek, jak się niestety przekonaliśmy dość szybko, niespecjalnie mogła ją jeść), a do poleconej przez ww. F.  klasycznej restauracji Umberto, gdzie na stół wjechało sporo spremuta di limone i spróbowałam potrawki z ośmiorniczek w pomidorach. Bez przygód dotarliśmy potem do samochodu i opuściliśmy miasto, więc potwierdzam, że nie taki Neapol straszny, jak go malują. Nie miałabym nic przeciwko, by jeszcze kiedyś tam wrócić… W końcu muszę kiedyś zjeść „tą prawdziwą pizzę”! Wybrzeże Amalfi, choć obiektywnie piękne, nie skradło mi serca, m.in. ze względu na problemy komunikacyjne. Scalę za to zapamiętam na długo.

PS. A w Rzymie po raz trzeci poszliśmy do opisywanego wcześniej Ai tre scalini, i wygląda na to, że mam ulubioną restaurację, tylko szkoda, że położoną tak daleko od miejsca zamieszkania ;).

poniedziałek, 14 maja 2018

Jesteście w weekend w Rzymie. Jest ładna, (bardzo) ciepła i sucha pogoda. Macie trochę czasu i zbliża się pora obiadu… czy to wszystko nie sprowadza się do słowa PIKNIK? A gdzie lepiej się zaopatrzyć na ten piknik, jak na lokalnym targu?

Parę tygodni temu, w kwietniową sobotę, poszliśmy do Mercato Circo Massimo właśnie w tym celu: zaopatrzyć się na piknik. Oczywiście, chciałam w ogóle zobaczyć ten targ rzymski, a skoro można było przy okazji wykorzystać to praktycznie… Przestrzeń nie jest bardzo duża, ale jest tam wszystko, co trzeba: kilka straganów z pieczywem (kupiliśmy focaccię), sery (kupiliśmy kozi), smarowidła do pieczywa (wzięliśmy takie z papryką), wędliny (wzięliśmy suche kiełbaski) i, przede wszystkim, owoce i warzywa. Sezonowość jest przestrzegana, czyt. nie widziałam ani jednego pomidora; sprzedawano głównie szparagi, agretti, pory, rzodkiewki, najróżniejsze sałaty, pierwsze truskawki, rabarbar, i (jeszcze) pomarańcze (skorzystaliśmy). Brakowało mi trochę oliwek (były tylko duże próżniowe opakowania), ale rozumiem, że to też nie sezon. Wśród kupujących trochę turystów, ale większość klientów sprawiała wrażenie lokalne.

Dokąd poszliśmy z naszymi zakupami? Wstępny plan zakładał piknikowanie na Palatynie, ale jak się szuka wejścia z drugiej strony, to się go raczej nie znajduje ;) (mała podpowiedź: trzeba iść na Via di San Gregorio, i tylko głodem/upałem mogę tłumaczyć to, że nie wpadliśmy na to, by sprawdzić adres na mapie). Sam Circo Massimo robi wrażenie, ale niekoniecznie jako miejsce na kameralny posiłek (chyba, że ktoś lubi na środku placu vel patelni), i ostatecznie wsiedliśmy do metra i wróciliśmy do Ogrodów Borghese.

„Wróciliśmy”, bo mieszkaliśmy przez kilka dni w pobliżu. Przyznaję, że do tej pory park kojarzyłam albo jako miejsce, w którym przemokłam tak, jak nigdy wcześniej (ani później), albo jako sierpniową zakurzoną pustynię, niemal pozbawioną toalet publicznych ;). W zielonym i słonecznym wydaniu kwietniowym podoba mi się znacznie bardziej (poza, być może okolicami parkingu piętrowego Saba, które wydawały mi się wyjątkowo zaśmiecone i mało zachęcające) i polecam go także biegaczom. W sobotnie popołudnie bez problemu znaleźliśmy kawałek zacienionego trawnika (niedaleko drzewa pod którym piknikowały dwie zakonnice, kawałek dalej leżały pokotem nastolatki ;) i mogliśmy zająć się konsumpcją zakupów. I znów wyszło na to, że włoskie pikniki nam dobrze wychodzą (a na pewno lepiej niż francuskie – M do tej pory mi wypomina ten jedzony przy szosie, z maski samochodu…). Polecam, jeśli traficie do Wiecznego Miasta.

niedziela, 06 maja 2018

„Jesteśmy w Sienie”: pan z bransoletką ze skarabeuszem i nastoletnia Liv Tyler, a za chwilę na ekranie pojawiają się toskańskie krajobrazy, albo chciałam pojechać do Toskanii, od kiedy pierwszy raz obejrzałam Ukryte pragnienia (czyli od całkiem wielu lat). Najbardziej zależało mi na zobaczeniu na własne oczy tych zamglonych wzgórz z cyprysami, by móc powiedzieć to samo, co kiedyś na widok koloru Morza Egejskiego: tak, to naprawdę tak wygląda, jak na zdjęciach, to nie fotomontaż ;).

Naszą bazą na 3 dni pobytu było San Gimignano. Gdybym mogła spędzić więcej czasu w Toskanii, pewnie przynajmniej część pobytu nocowałabym w miejscu typu gospodarstwo agroturystyczne, w którym z okna widać właśnie te falujące, niebiesko-zielone wzgórza a nie mur sąsiedniej średniowiecznej kamienicy i pranie sąsiadów*; wówczas jednak pewnie zapamiętałabym to słynne średniowieczne miasto jako „katedra, wieża, turyści, wąskie uliczki” i nie poznałabym jego oblicza porannego lub wieczornego. O 8 rano turystów jeszcze nie ma (jedzą śniadanie u siebie i dopiero wsiądą do pojazdów, atrakcje zresztą otwarte dopiero od 10), a od ok. 19 już ich nie ma, i robi się zaskakująco pusto i cicho. Jest to z jednej strony przyjemne – po porannym espresso macchiato** można spokojnie zrobić zdjęcia bez ludzi w kadrze, jednak wieczorem ma się trochę wrażenie, że zostało po godzinach w skansenie ;). Zaznaczam, że taki był stan na kwiecień, szczyt sezonu może wyglądać (i brzmieć) inaczej.

Z innych miast toskańskich zwiedziliśmy Sienę, przespacerowaliśmy się także po Pienzy, przejechaliśmy przez szereg innych miast w regionie Val d’Orcia i wcześniej w Chianti, jadąc na lunch do Panzano (o czym niżej), przeszliśmy także przez kilka małych miasteczek w okolicy Montauto, i przyznaję, że w żadnym z nich się nie zakochałam. Lokalne krajobrazy: tak, to coś na co mogłabym patrzeć godzinami, jednak w kategorii miast i miasteczek Prowansja wygrywa nawet z zadbaną, miejscami pocztówkową Pienzą ;).

Co jedliśmy? Pierwszego wieczoru, bezpośrednio po dość późnym przyjeździe poszliśmy na kolację do restauracji Peruca, gdzie uznałam, że menu jest chyba jeszcze dość zimowe ;): dziczyzna i inne mięsa, poza tym sporo kapusty i strączkowych. Łatwo cudzoziemcom zapomnieć, że kuchnia włoska to nie tylko dania z południa, na upalną pogodę, a na pomidory kwietniu jeszcze nie sezon. Tortelloni z kapustą i fasolą były zaskakująco smaczne i… swojskie w smaku ;). W kolejne dwa dni postawiliśmy na lunch jako główny posiłek dnia i specjalnie pojechaliśmy do Panzano, do „rzeźnika-celebryty” (cyt. przewodnik Lonely Planet), a właściwie jednej z jego restauracji.

Dario Cecchini prowadzi w Panzano trzy lokale oraz sklep. Wybraliśmy się do opcji najmniej zobowiązującej, tj. Dario Doc, otwartej tylko w porze obiadowej i w której nie przyjmuje się rezerwacji. Szyldu widocznego nie ma, ale wchodzi się przez sklep i najlepiej od razu powiedzieć, czego się szuka, żeby nie tłoczyć się wśród chętnych na darmową degustację ;). Klientów sadza się przy długich, komunalnych stołach, na których już stoi woda, sosy oraz oliwa, do korzystania wg uznania, i stawia przed prostym wyborem, jeśli chodzi o menu: może być zestaw mały, średni lub duży, ewentualnie – wegetariański. Jeśli jednak je się mięso, jechać do słynnego rzeźnika by zjeść (tylko) warzywa…? Napoje zamawia się niezależnie, ale co ciekawe, można przyjść z własnym winem i nie będzie doliczone tzw. korkowe. Poszliśmy w opcję średnią, czyli burger wołowy, wysmażony wg uznania (poprosiliśmy o rare, i po namyśle nie wiem, czy jednak nie było to medium… Kwestia klasyfikacji, bo np. amerykańskie słabe wysmażenie = właściwie surowy, wg standardów europejskich?), fasolka na zimno (znów strączkowe!), sos pomidorowy, w moim odczuciu pyszny, liście selera naciowego, marynowana cebula oraz ziemniaki w plastrach zamiast frytek. Porcja dość obfita (u sąsiada widziałam zestaw L i sama bym go raczej nie zjadła), wszystko smaczne, choć mięso było (umyślnie?) mało doprawione. Jeśli będziecie w pobliżu, warto zajrzeć, choćby z ciekawości, ale nie wiem, czy bym ponownie specjalnie tam pojechała.

Kolejnego dnia zwiedzaliśmy Sienę, i podczas przechadzki po ogrodach botanicznych usłyszeliśmy grzmoty. Zweryfikowaliśmy plany lunchowe i w deszczu doszliśmy (szybkim krokiem ;) do L’Orto de Pecci, czyli miejskiego ogrodu, na terenie którego działa restauracja. W ogrodach, co ciekawe, są zasadzone stare (podobno nawet średniowieczne) odmiany winorośli, rosną także oczywiście oliwki, rozmaryn wielkości drzewek, uprawia się warzywa i hoduje kozy, a pracownicy to osoby niepełnosprawne/potrzebujące. W menu wykorzystuje się własne płody rolne, oliwa na stoliku jest także własna. Zjedliśmy po talerzu prostego, warzywnego makaronu w stylu smacznej kuchni domowej, popijając domowym winem i następnie espresso, i byliśmy mile zaskoczeni niskim rachunkiem. Polecam, choćby dlatego, że inicjatywa wydaje się chwalebna. Po tym obiedzie poszliśmy – jedyny raz podczas wyjazdu! – na lody do polecanej Vecchia Latteria w centrum Sieny. Czekoladowe oraz kawowe były najlepsze, choć (bo?) bardzo intensywne, niemal wytrawne.

Te dwa wieczory w San Gimignano spędziliśmy w winiarni; konkretnie w D! Vineria za rogiem od Duomo (całkiem przyzwoite wina na kieliszki, ale z przekąsek właściwie tylko bruschetty) oraz w enotece na „głównej ulicy”, tj. Via San Matteo (gdzie wina, przynajmniej te odkorkowane, były gorsze, za to talerz przekąsek ogromny i smaczny, zwłaszcza część warzywna). Na deser można pójść na spacer wzdłuż murów miejskich ;).

W temacie bruschetty – pieczywo toskańskie jest jednym z gorszych, z jakim się spotkałam. Wiedziałam, że będzie niesłone – taki przepis i tradycja, ale nie, że będzie wysychać w błyskawicznym tempie (nigdy nie miałam wrażenia, że jest naprawdę świeże) i że skórka będzie tak twarda. Z ulgą powitałam chleby rzymskie, tam bowiem spędziliśmy ponad trzy dni po Toskanii.

Z podróży przywieźliśmy także prezenty spożywcze: nasza 10km wędrówka wokół Montauto prowadziła nie tylko przez gaje oliwne czy okolice opuszczonych kościołów, ale i bezpośrednio obok Fattorii San Donato, do której weszłam szukając kranu z wodą, a wyszłam z litrem lokalnej oliwy ;). Inną pamiątką, tym razem dla łasuchów, może być panforte, które leży na co drugiej wystawie sklepowej, a także… w sklepiku w zwiedzanym przez nas opactwie Sant ’Antimo. Była to wersja cytrusowa, którą kupiłam do bezpośredniego spożycia, kierowana ciekawością, jak to właściwie smakuje. W moim odczuciu to trochę bardziej sucha wersja Christmas cake, mająca też coś tam wspólnego z bakaliowym piernikiem – mnie smakowało ;). Opactwo swoją drogą też polecam, choćby ze względu na malownicze położenie (i zwierzęta, nie zawsze występujące w przyrodzie, zdobiące fasadę oraz kolumny wewnątrz kościoła).

Tyle wrażeń na szybko. Nie ukrywam, że nie zakochałam się w Toskanii i nie marzę o powrocie, niemniej warto choć raz zobaczyć te krajobrazy na własne oczy. Ciekawa jestem, jak odbiorę inny region Włoch, do którego trafię już za miesiąc…

* Nic nie mam do prania malowniczo zwisającego z okien, traktując je jako koloryt lokalny i w San Gimignano z ciekawością patrzyłam, co tego dnia się suszy vis a vis.

** To ta forma włoskiej kawy, jaka mi teraz najbardziej smakuje, skoro cappuccino już nie, jak wspominałam ;).

sobota, 03 marca 2018

Gdy się okazało, że przynajmniej trzy razy w tym roku będziemy w Rzymie, najpierw się ucieszyłam... a potem zaczęłam planować, co zjemy ;). Na pierwszy ogień zarezerwowałam kolacje-powroty: Armando al Pantheon (po 10 latach!) oraz Osteria 44, o której pisałam w 2012. Ten pierwszy lokal był wieczorem pełen, i trudno się dziwić, zważywszy na międzynarodową klientelę oraz to, że przypadkiem były to Walentynki. Jestem jednak zaskoczona, że w dzisiejszych czasach kuchnia, która jest maksymalnie domowa, tradycyjna a przy tym niefotogeniczna, cieszy się taką popularnością ;). Jedliśmy zapiekanego bakłażana (ja), karczocha z mozzarellą (M), ossobuco z groszkiem (M) oraz makaron z sosem pomidorowym z (małym) dodatkiem podrobów cielęcych (ja) + do tego dobre regionalne czerwone wino. Czy wróciłabym? Tak, ale może za jakiś czas. Co do Osterii, najbardziej ucieszyłam się ze spotkania Sergio, choć go nie poznaliśmy, dopóki się nie odezwał (6 lat temu nie miał brody ;). Spożywczo smakowała mi przystawka z zapiekanych ziemniaków z karczochami i boczkiem oraz toskańskie białe wino, polecone przez kelnera, z dań M dobra była jagnięcina z pistacjami, reszta poprawna; z ostateczną oceną kuchni wstrzymam się do kolejnej wizyty.


Kwestia lunchów czy też pranzo rozwiązała się bardzo prosto: gdy nasz kolega A. dowiedział się, że będziemy mieszkać koło dworca Termini, polecił nam Mercato Centrale; potem jeszcze przeczytałam o tamtejszej pizzy, i już wiadomo było, że musimy tam pójść. Ostatecznie poszliśmy trzy razy ;). Miejsce działa na zasadzie bardziej eleganckiej hali restauracyjnej, trochę zbliżonej do stołecznych Koszyków, acz mocniej kompaktowej i mimo wszystko w dużym stopniu obsługującej pasażerów dworca i/lub stacji metra (przeciskając się między stolikami i stoiskami trzeba uważać na walizki). Pomimo dużego ruchu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miejsc, choć na zasadzie dosiadania się do częściowo zajętego stolika. Jedliśmy owoce morza (grillowaną ośmiornicę i kalmary), przygotowane na świeżo, szybko i najprościej jak się da, podane z warzywami, i pizzę od słynnego (podobno, np. wg tego artykułu) Pietro Daniele Seu – smaczną, choć przekonałam się, że neapolitańska (chrupkie brzegi, miękki środek) to jednak nie mój nr 1. Piliśmy także zaskakująco smaczny, biorąc pod uwagę kolor i etykietę „detoks” (wrrr) sok z jabłek, kiwi i imbiru ze stoiska wege (za nami stał Indus, który prosił o „coś pikantnego” ;), oraz zrobiliśmy drobne zakupy. Właściwie to ja chciałam kupić kawałek sera a M miał nabyć espresso vis a vis, co skończyło się kupieniem sera, kawałka dojrzewającej wędliny i wypiciem zimnego espresso (a salami tylko dlatego nie wzięłam, że okazałam stanowczość plus nie przepadam za tą wędliną): innymi słowy, zaopiekował się mną sprzedawca (kierownik stoiska?). Pan ten poza podsuwaniem różnych kąsków i pytaniem, w jakim języku ma się ze mną porozumieć (sugerował sporo opcji ;), zapakował wędlinę próżniowo do samolotu. Oczywiście chętnie tam wrócę. Z innych napojów, niż wymienione powyżej, Mercato oferuje także stoisko z winem, także na kieliszki, oraz piwem, którego też kosztowaliśmy. Polecam, zwłaszcza jeśli będziecie w okolicy (choć Termini to chyba najlepiej skomunikowane miejsce w Rzymie).


Drążąc temat pizzy, w dniu wyjazdu (po dłuższym spacerze po cmentarzu Campo Verano – polecam, jeśli nie unikacie nekropolii) trafiliśmy do znanego Forno przy Campo di Fiori. Podaje się tam pizzę tzw. rzymską, czyli cienką i chrupką, sprzedawaną na kawałki. Pizza wychodzi z pieca (tzn. przy nas wyszła margherita, bianca już leżała za ladą), klient mówi, co i ile chce (pokazując palcami), sprzedawczyni kraja, składa na pół jak kanapkę, podaje, kieruje do kasy. W głębi sklepu można kupić pieczywo. Jest to fajna opcja na szybką przekąskę, ale na konkretniejszy posiłek chętnie poszukam pizzy romana z większą liczbą np. warzywnych dodatków.


Kolejnego wieczoru (piątkowego – brak obowiązków służbowych następnego dnia) wybraliśmy się w głąb dzielnicy Monti, do winiarni Ai tre scalini, i to jest miejsce, do którego na pewno chcę wrócić. Uwaga: podobno można zarezerwować telefonicznie stolik, mnie się nie udało jednak tam dodzwonić, natomiast lokal jest otwarty od 12 do nocy i bardzo popularny. Przychodząc o mało popularnej porze typu 17-18 pewnie znajdziecie miejsce (choć możliwe, że – jak my – wylądujecie przy barze), później może być jednak trudniej, a ok. 21 raczej nastawcie się na przeciskanie przez tłum i wołanie do kelnera o kieliszek wina ;). Nam udało się też zamówić jedzenie: suszone mięso (coppiette), oliwki i łubin jako przekąski; klopsy w sosie pomidorowym, caponatę, dorsza z ciecierzycą (na zdjęciu poniżej; jak się doczytałam przypadkiem u Rachel Roddy, tradycyjne danie piątkowe, bo rybne) i pieczywo. Do tego dobre czerwone wino na kieliszki: negroamaro, amarone i refosco, tylko trzy z bogatej listy na tablicy. Do rachunku jeszcze pojawiło się limoncello… no cóż, trzeba było porównać z domowym ;).


Z innych atrakcji dzielnicy Monti polecam APT na autorskie koktajle (próbowaliśmy trzech i wszystkie były smaczne) przygotowane przez b. sympatyczną obsługę, choć uprzedzam, że lokal mieści się w piwnicy, co nie każdemu musi pasować (było dość ciepło i pogoda sucha, ale zapach jest charakterystyczny dla tego typu pomieszczeń).

Skutkiem ubocznym wyjazdu było odkrycie, że... już niespecjalnie lubię włoskie cappuccino. Jest go trochę za dużo, mleko jest za mocno spienione, całość jest za słaba. Najlepsze było, o dziwo, to wypite na dworcu na stoisku Lavazza, vis a vis peronu z pociągiem Leonardo (tzn. na lotnisko). Na szczęście espresso, zwłaszcza to w miejscach zapyziałych, jest wciąż bardzo dobre. Raz też wybraliśmy się względnie chłodnym rankiem do „ambitnego” Faro (jeśli ktoś szuka dzbanków ze sznurkiem i innych piątych fal, to tam) na flat white. Szkoda, że kawy może i są w stylu z antypodów, ale już śniadania nie: lubię słodkie wypieki, wiadomo, ale zaczynanie dnia tylko od ciasta listkującego, w wersji luks – z jakimś nadzieniem, jakoś mnie nie przekonuje. Jednak nie jestem łasuchem (i nie, marizotto, czyli brioszka z kremem, nie jest alternatywą ;) - chyba już wolę croissanta, bo mimo wszystko mniej deserowy). Jak już mówimy o deserach, waniliowe cannoli (patrz pierwsze zdjęcie) wciąż jadalne ;).

Ciąg dalszy nastąpi wiosną (kalendarzową ;).

czwartek, 20 września 2012

Oto obiecany, ostatni rzymski wpis. Będzie o restauracjach, choć... nie wiem, czy ta nazwa nie jest trochę na wyrost w przypadku pierwszego miejsca. Mordi e Vai to budka z kanapkami na targu w Testaccio, o którym ostatnio wspomniałam; opowiedziała mi o niej Marghe, znalazłam też wzmiankę na tym blogu. Wyboru nie ma dużego - kilka rodzajów kanapek, przygotowywanych z paroma sosami. Jest tripa alla romana (jedyny sposób przyrządzenia flaków, jaki lubię i na tą kanapkę skusił się M), widziałam też mieszankę rukoli i anchois; w tamtą sobotę "daniem dnia" był farsz z kurczaka z papryką (który zainspirował mnie do zrobienia pewnego dania, o którym innym razem). Gdy podeszłam do lady, z pewnym ociąganiem oderwało się od niej paru starszych mężczyzn (stałych klientów?); poprosiłam o kanapkę dnia, na co "pan Kanapka", Sergio, pochwalił mnie za dobry wybór. Farsz był ciepły, nieco pikantny (na co zareagowałam: "Wreszcie!" - co mi uświadomiło, jak łagodne potrawy jedliśmy do tamtej chwili w Rzymie), dobrze doprawiony, całość sycąca. Pan Kanapka bardzo sympatyczny i... nie sądzicie, że ciut podobny do Roberta de Niro ;)?

Wizyta w drugiej restauracji odwlokła się o 4 lata, bo pierwotnie mieliśmy do niej pójść podczas pierwszego pobytu w Rzymie. Sora Lella to także miejsce nietypowe, ale w zupełnie inny sposób, niż Mordi e Vai - mieści się na malutkiej wyspie na Tybrze, tj. Isola Tiberina (tak dużej, by pomieścić kościół, kino letnie, szpital i niewiele więcej). Nazwa restauracji pochodzi od pseudonimu matki właściciela - Sora Lella (wł. Elena Fabrizi) była popularną włoską aktorką (a poza tym pochodziła z rodziny rzymskich restauratorów).

Lokal jest niewielki i najczęściej by się dostać do środka, trzeba zadzwonić do drzwi; zaleca się rezerwację stolika. A jak wrażenia, jak już wejdziemy? Pierwsza myśl: że jest staroświecko. Tak, jak pewnie za czasów młodości Sora Lelli, albo i wcześniej. Potrawy potwierdzają to wrażenie - w menu (można przejrzeć na stronie internetowej) jest wiele podrobów i potrawek, dań duszonych.

Kolację jedliśmy w cztery osoby i na naszym stoliku pojawiły się m.in. "klopsiki Sora Lelli" (jako przystawka), sałatka z ośmiornicy (patrz zdjęcie), coratella (także na zdjęciu - siekane podroby jagnięce; kelner upewniał się, czy wiem, co zamawiam, robiąc wymowne ruchy w okolicy własnego brzucha), ozór wołowy, duszony z pomidorami - trochę podobnie przyrządzony, jak tripa alla romana, duszony kurczak oraz steki jagnięce.

Były także desery (m.in. sorbet cytrynowy), ale nie brałam już aktywnego udziału w ich konsumpcji ;). Wszystkie dania były smaczne, choć nie wybitne, podane ot tak, tj. po prostu nałożone na talerz, bez specjalnych dekoracji, sprawiając wrażenie, że zawędrowaliśmy do kuchni w domu Sora Lelli, a nie do restauracji. To kuchnia retro w trochę innym wydaniu niż we wspominanej przeze mnie restauracji Austria - jak to ujął M, "poprzeczka oczko wyżej", nie da się jednak ukryć, że retro jest i - podobnie jak w przypadku potraw według "ciotki Herthy" - nie każdemu to będzie pasować. To nie są ładne, małe dania, podane na delikatnej zastawie w pięknym otoczeniu. Warto to mieć na uwadze. Osobiście bardzo się cieszę, że do tego miejsca w końcu trafiłam, ale nie wiem, czy - zakładając, że do Rzymu prędko wrócę - wizytę bym ponowiła.

Wróciłabym na pewno od razu za to do Osteria 44, skoro po pierwszej, przypadkowej kolacji, pojawiłam się w restauracji ponownie dwa dni później. Kolacja była przypadkowa, bo po długim, gorącym dniu zwiedzania, spędzonym m.in. na Appia Antica a zakończonym w okolicach Willi Borghese, dotarliśmy do restauracji docelowej, a tam - kartka o wakacjach. Szliśmy przed siebie, zmęczeni i głodni, rozglądając się za czymś zastępczym, gdy doszliśmy do tego lokalu. Pierwsze wrażenie: dość cicha ulica, wokół parę hoteli, w głębi zaułka widoczne stoliki nakryte białymi obrusami i zapalone lampy. Z bliska całość sprawiała eleganckie wrażenie (aż zaczęłam nerwowo zezować na swoje sandałki). Usiedliśmy, gotowi w razie czego wstać i szukać czegoś innego. Po chwili podszedł do nas, jak sądziliśmy, kelner (a potem okazało się, że kierownik/właściciel, Sergio Mignanelli) i już po kilkunastu sekundach rozmowy nie planowaliśmy zmieniać lokalu. Wiadomo, że jedzenie w restauracji jest punktem numer 1, wystrój jest także istotny, ale za ogólną atmosferę są także odpowiedzialni ludzie. Może ją tworzyć idealnie wyszkolony, ale trzymający dystans personel jak w Le Gavroche, mogą to być nadąsane, niekompetentne nastolatki, jak w wielu stołecznych kawiarniach (a zwłaszcza takiej jednej ;) lub emeryci, jak - przynajmniej kiedyś - w U Kucharzy. Może być jednak tak, że trafi się na osobę - kelnera, szefa sali czy właściciela - który potrafi nawiązać silniejszą, bezpośrednią więź z klientami i sprawić, że będą wracać do restauracji z jego powodu; taki "nasz ulubiony* pan" pracował kiedyś w św. p. Absyncie. Wspomniany wyżej Sergio jest taką osobą. Po tym, jak przełożył nam z włoskiego na angielski (nienaganny brytyjski) krótkie menu, przyjął zamówienie i doradził wybór wina, wracał kilkakrotnie do stolika nie tylko po to, by spytać, jak nam smakowało, ale po prostu by porozmawiać: skąd jesteśmy? A gdzie mieszkamy w Polsce? A co hodujemy w ogrodzie? A jaki tam jest klimat, bo u niego susza daje popalić? Rzadko się kogoś takiego w takim miejscu spotyka; prędzej spodziewałabym się taką rozmowę prowadzić z np. z osobami jedzącymi kolację przy sąsiednim stoliku.

Co do samego jedzenia: mogę śmiało powiedzieć, że to mój ideał restauracyjny. Dania wyrafinowane, ale stosunkowo proste, bez nadmiaru dodatków i żadnego kulinarnego ADHD; z lokalnych, sezonowych składników; doprawione tyle, ile trzeba, i ani grama więcej. Czemu tak rzadko się to zdarza? Zdjęcia robiłam tylko podczas pierwszej kolacji, oto one:

Mus z cukinii jako przystawka - jak najlepsza kremowa zupa z cukinii w postaci skondensowanej; widoczna z tyłu mini tartaletka/ciastko z nadzieniem winno-gruszkowym (hit kolacji);

Lasagnetta rybna (farsz rybno-pomidorowy);

Labraks pieczony w folii (celofanie), z warzywami - przyniesiony do stolika w tej folii, przy kliencie rozpakowany i przełożony na talerz;

Semifreddo z owoców leśnych.

Sergio specjalnie się nie zdziwił, gdy wróciliśmy dwa dni później, choć nie omieszkał nas wycałować ("wiem, że Wy pochodzicie z zimnego kraju, ale u nas są inne zwyczaje"); w chwilę po tym, jak usiedliśmy, dostaliśmy po kieliszku szampana na powitanie. Nie pamiętam niestety wszystkich dań, które wtedy jedliśmy - na pewno M kalmary z ciecierzycą jako danie główne, ja zaś carpaccio z labraksa i tagliatę wołową. Największe wrażenie zrobiło na mnie wino (Montepulciano Nobile Lodola Nuova) i sery na deser, podane z dodatkiem domowej focaccii i "raz pieczonych biscotti" (dopytałam się o sposób przyrządzenia ;). Jeśli będziecie mieli możliwość trafić do "Czterdzieści i cztery" (sic), mam nadzieję, że spodoba się Wam tak mocno, jak mnie. Warto dodać, że ceny, jak na Rzym i lokalizację (może nie Centro Storico, ale 10 minut na piechotę od Piazza Barberini czy niewiele więcej od Willi Borghese i okolic), są całkiem przystępne (przystawki i większość dań głównych w zakresie 8-12 euro). Wspominając to wszystko żałuję, że Via Aureliana w Rzymie jest tak daleko... ;)

* M twierdzi, że go płoszyłam, np. krytyką kolejnością ułożenia kolorowych dyni, mających obrazować flagę francuską, ale krytyka była na miejscu, bo nawet w półmroku i dużej ilości wina było widać, że nie stoją w kolejności niebieska, biała i czerwona ;).

sobota, 08 września 2012

(Koloseum, Termy Karakalli)

A więc spędziłam tydzień chodząc* po Rzymie, zwiedzając to i owo, fotografując to, co lubię najbardziej (ulice, okna i drzwi). Na ruiny po ok. 3 dniach dniach się uodporniłam, podobnie jak na urocze, zaniedbane kościoły, bo są właściwie w każdym zaułku.

(Centro Storico)

Zazwyczaj, gdy podróżuję, szukam trzech miejsc, które lubię ze względu na ich atmosferę: skansenów, ogrodów botanicznych i cmentarzy. W przypadku Rzymu pod ten pierwszy można podciągnąć ruiny ;); punkt drugi znajduje się w dzielnicy Trastavere, po drugiej stronie Tybru. Orto botanico jest ogromny, z dużym potencjałem, ale jest dość zaniedbany (jak wiele rzeczy w Rzymie, które nie są topowymi punktami turystycznymi). To dobre miejsce, żeby się wyciszyć po hałasie miejskim, podobnie jak - punkt trzeci - cmentarz protestancki (albo "niekatolicki" - acattolico) w Testaccio.

Nekropolia przyciąga pewną grupę turystów miejscami pochówku dwóch poetów romantycznych - Keatsa i Shelleya, mnie ujęła jego zieleń, spokój, wielokulturowość (nagrobki z inskrypcjami w języku angielskim obok szwedzkich, niemieckich czy cyrylicy) oraz... koty, które mieszkają w schronisku przy murze cmentarza (a więc w efekcie i na cmentarzu ;).

Poza ww. fotografowałam także w Rzymie retro szyldy, które są retro nie z wyboru, a dlatego, że wiszą w tych samych miejscach od dawna. Oto mały wybór (Brunetti znalazł się tam nie ze względu na walory estetyczne, a literackie):

Szyld "indyjskiego zakładu fryzjerskiego" sfotografowałam w dzielnicy Esquilino, dwie przecznice od Piazza Vittorio Emanuele II, przy której mieszkałam. To okolica pełna imigrantów (z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej), z czymś w rodzaju małego Chinatown (mikro sklepy sprzedające np. sztuczną biżuterię i koraliki, odzież w neonowych kolorach czy zakłady zajmujące się naprawą... nie wiadomo właściwie, czego), miejscami typu "Indian fast food", wyglądających rodem jak z Bombaju, czy sklepami z żywnością etniczną. Na lokalnym targu są jatki z mięsem halal, pachnie kuminem i curry. Tuż przy Piazza VE II jest także dom towarowy MAS, dzięki któremu można przenieść się w czasie do np. lat 80-tych w Polsce i ówczesnego np. PDT na Woli (ale Wars czy Sawa też do obrazku pasują). Część towarów naprawdę ta sama, podobnie jak ich ekspozycja oraz... zapach w sklepie (zapach kurzu, dużej ilości składowanych, niewietrzonych tkanin i trochę wilgoci plus ogólna "zapyziałość").

Dla kontrastu z Esquilino, doświadczenia zakupowe z dzielnicy Testaccio są mniej egzotyczne. Na lokalnym targu widać pojedynczych turystów (w przeciwieństwie do Campo di Fiori...) a większość kupujących to Rzymianie; można kupić emaliowane naczynia, jak poniżej, najróżniejsze owoce i warzywa, odzież i obuwie nowe lub używane. Można także zjeść coś ciekawego, o czym następnym razem. Więcej zdjęć z targu można znaleźć w rzymskim albumie Coś niecoś na Facebooku.

Shabby chic - targ w Testaccio

Wałęsając się po mieście musiałam coś jeść, prawda? Jako małe przekąski wybierałam najczęściej różne panini (tak, była też "buła z bakłażanem", czyli hit poprzedniego wyjazdu). Testowałam też włoskie wypieki i kolejny raz stwierdziłam, że są one... cóż... najczęściej suche. Wyjątek stanowią cannoli, które nie są pieczone, a smażone. Niedawno odświeżałam Ojca Chrzestnego ("Zostaw pistolet, zabierz cannoli" to chyba jeden z bardziej znanych tekstów z tego filmu, nie mówiąc o złowieszczej roli, jakie te słodycze odegrały w części III), musiałam więc ich spróbować. Jeśli lubicie rurki z kremem lub kremówki**, powinniście być zadowoleni; ja byłam :) (i nawet przeżyłam dodatek nielubianych pistacji, bo na szczęście było ich niedużo w stosunku do kremu z ricotty).

Na szczęście, choć wypieki może nie są włoskim forte, są przecież na świecie lody. Lodziarni jest zatrzęsienie, czynne są do godzin nocnych. Nie odwiedziłam tych najsłynniejszych (jak San Crispino), tylko mniejsze, lokalne, które były po drodze. Choć lody nie są moim ulubionym deserem (w przeciwieństwie do ciast/ciasteczek), przyznaję, że te rzymskie gelati nie były złe ;). Na zdjęciu widoczne orzechowe (z orzechów laskowych; bo jak zawsze zamawiałam tylko te w kolorach ciemnego beżu, tj. kawowe, tiramisu, orzechowe, itd).

I, oczywiście, wyznawałam zasadę, że dzień bez paru espresso = dzień stracony. Z rzadka (rano/przedpołudniem) zdarzało mi się zamawiać cappuccino. Najgorsza kawa była serwowana w hotelu, poza nim nie trafiłam na żadną, która nie byłaby przynajmniej dobra.

Gdybym musiała wybrać najlepsze espresso, byłoby to może to wypite w małej kawiarni przy via della Gatta lub kolejne w barze/delikatesach przy via Nazionale, dokąd wstąpiliśmy kilka godzin przed wylotem. Podobnie jak z lodziarniami, wybierałam raczej te mniejsze lokale w bocznych uliczkach, w których barman wita wchodzących mężczyzn okrzykiem: "Ciao ragazzi!", gdzie kawę pije się przy barze i płaci potem przy kasie.

Nie byłam natomiast zachwycona espresso w słynnej (czyt. opisywanej w przewodnikach i popularnej) Tazza d'Oro - w warunkach polskich nie narzekałabym, ale w stolicy Kraju Najlepszej Kawy było w moim odczuciu zbyt rzadkie (plus obsługa była średnio uprzejma - ciekawe, czy nie jest to wprost proporcjonalne do dużej bliskości Pantheonu...). Z ciekawości można spróbować, ale tylko dla porównania z tym, co piją Rzymianie, a nie turyści.

Tazza d'Oro

* Lub jeżdżąc komunikacją miejską i przekonując się, że trasy autobusów są zaplanowane wg logiki hm, włoskiej. Nie zakładajcie nigdy, że autobus wróci tą samą trasą lub że przystanek po drugiej stronie ulicy to źródło transportu w kierunku powrotnym.

** Jestem z frakcji, która uważa, że kremówki zawierają krem, nie budyń (który znajduje się w napoleonkach).

CDN...

środa, 05 września 2012

Gdy wiosną cztery lata temu mokłam w Rzymie, myślałam sobie, że chciałabym kiedyś zobaczyć to miasto latem - gdy ulice są nagrzane słońcem, w zaułkach wystawione restauracyjne stoliki, zaś człowiek narzeka tylko na ew. upał, nie przemoczone buty. Tak się złożyło, że udało mi się spędzić miniony tydzień w Wiecznym Mieście - dokładnie takim, jak sobie wyobrażałam (no dobrze, gdy wyjeżdżałam, padał deszcz ;).

Nie przewidziałam tylko jednego - tego, że sierpień, a zwłaszcza jego druga połowa, to sezon ogórkowy. Włosi wyjeżdżają na wakacje, co druga restauracja/sklep jest zamknięta "z powodu ferii". Z tego powodu nie mogłam np. wrócić do Armando Al Pantheon, o której wspominałam, zaś po pocałowaniu klamki knajpki niedaleko Villa Borghese, szukając miejsca na zjedzenie kolacji, zupełnie przypadkiem odkryłam perełkę restauracyjną, o której opowiem następnym razem. Sierpień to także powód, dla którego wycieczka do Frascati skończyła się zaimprowizowanym, ale bardzo przyjemnym (i chyba nielegalnym...) piknikiem.

Frascati bowiem słynie nie tylko z białego wina, ale i porchetty, sprzedawanej przy rynku w specjalnych budkach. Wiele osób urządza sobie kulinarne wycieczki, mające za cel zakup wędliny i ew. dodatków na straganie i późniejszą konsumpcję w tzw. cantina w okolicznych uliczkach, wyznających zasadę "jedzenie wasze, wino nasze" (dokładnie opisano to na tym blogu). Wino - tzn. młode i lokalne, czyli właśnie Frascati. Cóż, do rynku z budkami trafiłam, ale wszystkie budki (mimo "właściwej" pory - ok. 13) były zamknięte na głucho, "bo sierpień" - i faktycznie, turystów było jak na lekarstwo. Poszliśmy więc od otwartych delikatesów, zakupiliśmy to i owo, i ruszyliśmy w kierunku Villa Aldobrandini. Kierowaliśmy się mapą i z rzadka (ach, ci Włosi...) rozsianymi drogowskazami, i w końcu doszliśmy do otwartej bramy, przez którą widać było willę i otaczające ją ogrody. Brama oznaczona była co prawda jako "wjazd prywatny", uznaliśmy jednak, że pieszych to nie dotyczy, a innego wejścia nie było widać. Później znaleźliśmy właściwe (?) wejście - bramę u stóp ogrodów, zamkniętą na głucho. Gdybyśmy do niej najpierw trafili, uznalibyśmy (pewnie słusznie), że ogrody są zamknięte, i zjedli nasz piknik na miejskim skwerku. Tymczasem rozłożyliśmy nasz prowiant na ocienionym murku przy nieczynnej fontannie u stóp willi; było cicho, upalnie i cykały cykady. Nikt nas nie przeganiał, ba - nikogo nie widzieliśmy ani nie słyszeliśmy ;). Tak wygląda willa od strony miasta (z przodu właściwa, tj. zamknięta brama) i nasza fontanna:

A oto składniki pikniku:

Jak widać, piliśmy Frascati (niestety trochę zbyt się ogrzało po drodze, ale w końcu to warunki polowe ;), a jedliśmy pikantne zielone oliwki, pizzę na zimno, pomidory, karczochy w oleju, mleczną i miękką mozzarellę bufala i lekko ostry ser dojrzewający (prawdopodobnie kozi). Wszystko pyszne, a okoliczności tylko dodawały posiłkowi uroku. Warto dodać, że i w samym Rzymie łatwo skompletować składniki takiego pikniku: antipasti na wagę sprzedaje się i w supermarketach, a nikt nie będzie się bardzo krzywił na prośby o cztery karczochy czy dwa plastry marynowanego bakłażana, wypowiedziane łamaną włoszczyzną ;). Inną opcją czegoś a la piknik, z której raz korzystaliśmy też już w warunkach miejskich, jest aperitivo z zimnym bufetem wliczonym w cenę dowolnego drinku/napoju (cena łączna to ok. 6-10 EUR, w zależności od lokalizacji - tzn. odległości of głównych atrakcji turystycznych, serwowane od ok. 18 do ok. 20).

CDN...

wtorek, 25 marca 2008

Po pobycie w Rzymie zrozumiałam użytkowników forum Caffe Prego, którzy po powrocie ze stolicy Włoch inwestują w profesjonalne ekspresy ciśnieniowe. Posiadam dość chimeryczny ręczny ekspres Saeco, który robi dość dobrą kawę (jeśli nic mu nie zaszkodzi...), ale nie taką, jak każde przeze mnie próbowane cappuccino czy espresso, czy to w plastikowym kubku, jak powyżej, czy w filiżance w St. Eustachio, jak na lewo, przy stoliku kawiarnianym, czy w malutkich barach-kioskach, gdzie pije się przy kontuarze (i to ostatnie źródło najmocniej polecam). Kawa jest mocna, gęsta, zawiesista, niemal zostawiająca osad na zębach, mleko spienione na sztywno - całkowite przeciwieństwo tzw. kawy amerykańskiej. Tym samym postanowiliśmy z M, że gdy będziemy wymieniać sprzęt, wybierzemy dobry ekspres kolbowy, nie automat, do którego M się wcześniej skłaniał. Jednak walory smakowe wygrały z wygodą.

Co poza dużymi ilościami kawy piłam i jadłam? Różne smaczne rzeczy, niestety, większość nie została uwieczniona przed pożarciem:

  • Specjalnie dla Majany i Shiherlis: jadłam bułkę z bakłażanem! Była to konkretnie buła a la chałka, którą uwielbiam, z dodatkiem oliwek (były wbite w wierzch bułki jak guziki, fajne połączenie), z wypełnieniem z mozzarelli i plastrów bakłażana (przyp. smażonego/grillowanego). Bardzo mi się spodobało i mam zamiar wprowadzać w życie, ale nie spotkałam bakłażana, który by nie smakował. Podobne panini występowały z cukinią i szpinakiem.
  • A' propos mozzarelli: miałam przyjemność spróbowania tzw. bufali, tj. sera z bawolego mleka, i Anna del Conte i Jamie Oliver nie kłamali: jest różnica. Na korzyść bufali oczywiście. Ser ma wyraźniejszy smak, jest bardziej mięsisty, mniej gumowy - po prostu smaczniejszy.
  • Podjęłam próbę przekonania się do karczochów: jadłam alla romana, pieczone, z nadzieniem z mięty i pietruszki (tj. takie nadzienie powinno być; ja miałam wrażenie, że w środku były liście szpinaku); karczochy były także na poniższej pizzy, ostatnim naszym posiłku w Rzymie. Odczucia: nie jest to moje ulubione warzywo świata, ale ma coś w sobie.

  • Poza tym były różne owoce morza (risotto, antipasti, zupa), grillowane warzywa (np. wspominane wcześniej całe raddichio) i, w tratorii Armando al Pantheon - tripa alla romana, flaki po rzymsku (w pomidorach). Próbowałam także zupę z ciecierzycy (strączkowe są popularne w kuchni włoskiej) i z mojej ulubionej dyni. A wszystko popijane winem czerwonym wytrawnym, oczywiście włoskim.

PS. A gdyby ktoś narzekał na pogodę wielkanocną w Polsce, to tak wyglądał Rzym w niedzielę koło południa:

poniedziałek, 24 marca 2008

Rzym, poza innymi atrakcjami (kulturalnymi i materialnymi - raj dla zakupoholików), to także źródło doznań kulinarnych. Pomijając te serwowane przez bary, kawiarnie i restauracje, także stragany i sklepy cieszą zmysły. Mnie zafascynowały te pierwsze: nie tylko te na okrzyczanym Campo di Fiori (gdzie szczerze mówiąc więcej słyszało się Amerykanów niż Włochów), ale także na mniejszych targach ulicznych. Oto, co udało mi się zobaczyć i sfotografować:

Stragan warzywny na via Bocca di Leone: kwiaty cukinii jak najbardziej są dostępne. Podobnie mini cukinie: gdy komisarz Brunetti u Donny Leon marzył, by Paola kupiła i przyrządziła na obiad cukinie "grubości palca", wydawało mi się to albo przejawem fantazji pisarki, albo sugestią, że Brunetti ma grube palce, ale zwracam honor: widziałam naprawdę cieniutkie, malutkie cukinie. Jednak, jak M stwierdził z satysfakcją, pomidory, podobnie jak u nas - jeszcze nie takie, jak trzeba.

W tej samej okolicy: stragan z rybami i owocami morza. Świeże ośmiornice, sardele i inne wspaniałości :)

Na Campo di Fiori: przyprawy na wagę (obok jednorodnych, także np. mieszanka do "pizza erotica": ), których moi rodzice przywieźli mi rok temu parę worków. Mam na razie zapasy na dłuższy czas, więc nie uzupełniałam.

Uderzyła mnie liczba odmian sałat i innych liściastych warzyw, jedzonych jako sałata. Poniżej widać (pośrodku stoiska) m.in. agretti, które pojawiły się na Galerii Potraw w wątku "warzywa egzotyczne", oraz całe radicchio, które miałam przyjemność jeść grillowane.

Dalsze liściaste: boćwina (chyba) i szpinak.

I wreszcie: jaja strusie. Jak widać, budzą zainteresowanie turystów.

I jeszcze: sklep z makaronami (jeden z wielu). Makarony we wszystkich rozmiarach i kształach. Najbardziej zafascynował mnie ten z dodatkiem wina barolo (kolor miał piękny - a z białym sosem jakże byłoby patriotycznie!).

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna