Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: naleśniki

wtorek, 05 kwietnia 2016

Często zdarza Wam się fiasko kulinarne? A może nie całkiem fiasko, tylko nieudane danie, typu za rzadki sos, kruszący się spód: innymi słowy, coś, co smakuje może i dobrze, ale nie nadaje się do wykorzystania zgodnie z planem. Tak miałam w miniony weekend, kiedy ambitnie postanowiłam zrobić eklerki i z pierwszej wersji ciasta ptysiowego wyprodukowałam partię... kapci. Ewidentnie nie doceniłam gabarytów wiejskich jaj, bo ciasto było za luźne, a zorientowałam się dopiero wtedy, gdy zaczęłam je wylewać szprycą na blaszkę. Były to jednak bardzo smaczne kapcie, i po oddaniu paru sztuk M na podwieczorek, resztę zachowałam na śniadanie, które wyszło b. smaczne (M: "To twój pomysł? Do zapamiętania"), a można by je łatwo otworzyć za pomocą placków (pankejków), usmażonych w nieco większym formacie. Pewnie można by też wykorzystać nadprodukcję zwykłych naleśników, złożonych na pół, lub placków ziemniaczanych. A więc...

Składniki (2 osoby):

  • 4 nieudane, płaskie eklerki ;) lub placki z np. tego lub tego (bez dodatku owoców) przepisu, dość cienkie i owalne, o wielkości przeciętnego jaja sadzonego, ew. inne sugestie ze wstępu
  • 4 jajka
  • sos z tahiny (i polecam!), inne opcje: ajwar, słodki sos chilli, ketchup, łagodny chrzan... lub co lubicie najbardziej
  • garść szpinaku lub rukoli
  • inne dodatki: boczek/wędlina, wędzony łosoś, kozi ser lub co Wam w ręce wpadnie
  • opcjonalnie: sól i chilli w płatkach

Wyprodukować placki, usmażone trzymać na podgrzanym talerzu/w nastawionym na niską temp. piekarniku. Usmażyć jaja sadzone. Każdy placek posmarować łyżeczką wybranego sosu, ułożyć na nim trochę zieleniny, jajo, przykryć drugim posmarowanym plackiem, ponownie dodać zieleninę i jajo. Oprószyć (opcjonalnie) lekko solą i chilli, podawać od razu.

Sos z tahiny jak się okazało, świetnie pasuje do jaj! Wiem, że może robienie go specjalnie do takiego śniadania wydaje się bez sensu (a już na pewno niezgodne z ideą wykorzystania resztek), ale zapewniam, nie zmarnuje się, bo - w moim odczuciu przynajmniej - można go wykorzystać jako dodatek do niemal wszystkiego.

niedziela, 06 grudnia 2015

A więc... Korzenny Tydzień po raz kolejny. Czasem zastanawiam się nie tylko nad tym, czy dam radę zorganizować zabawę i czy ktokolwiek będzie chętny brać w niej udział, ale czy uda mi się wymyślić coś pt. wkład własny, co nie będzie powtórką z rozrywki z lat poprzednich. W tym roku mam parę pomysłów, część bardziej oryginalna, część mniej – ile zrealizuję, zobaczymy ;).

Na pierwszy ogień idzie danie śniadaniowe, nad zdjęciami którego wielokrotnie wzdychałam przeglądając np. Pinterest. Mowa o pieczonym omlecie, po angielsku nazywanym Dutch baby czy też German pancake (bo też od niemieckojęzycznych imigrantów - Pennsylvania Dutch, gdzie Dutch to zniekształcona forma Deutsch – pochodzi). W idealnym świecie lub w restauracji każda osoba dostaje swoją patelenkę z jednoosobowym omletem – w realiach domowych robi się jeden omlet do podziału ;). Piekarnik daje to, że a/ nie trzeba stać na kuchenką i pilnować omletu/przewracać go, b/ładnie wyrasta do góry, nawet na ścianki patelni, choć jak się przekonałam, to ostatnie zależy od stosunku ilości ciasta i pojemności naczynia, o czym niżej. Smak zasadniczo jest taki, jak w tzw. grzybku (czy w jego zdekonstruowanej wersji, tj. Kaiserschmarrn'), przypomina też trochę Yorkshire pudding (ale już nie omlet pieczony z owocami).

Przepis z którego skorzystałam (plus wprowadziłam drobne zmiany), pochodzi ponownie z najnowszej książki Nigelli, tj. Simply Nigella. Spotkałam się niedawno z opinią, że zdjęcia w tej książce są zbyt proste, za mało wystylizowane i przez to za mało zachęcające. Mam zupełnie inne zdanie: zdjęcia są proste, jasne, nieprzeładowane, ale nie ascetyczne, kadry zaś nieprzypadkowe. Ujęcie na którym jest Dutch baby wyjątkowo do mnie przemawia („Zjedz mnie” ;).


Jak widać na moich zdjęciach, zrezygnowałam z elementu, który dodaje oryginałowi wizualnej atrakcyjności, tj. cukru pudru. Mój omlet także tylko muska ścianki, a to dlatego, że podzieliłam składniki na ½, by uzyskać dwie nie za duże porcje, patelnię zaś mam dość dużą. Z pewnością w opcji podwójnej efekt jest bardziej imponujący ;).

A skąd korzenie? A więc w oryginale był dodatek gałki muszkatołowej, ale przy drugim podejściu zamieniłam go na przyprawę do piernika, i ta wersja mi bardziej smakuje. Powtórzyłam także aromat korzenny w owocach stanowiących dodatek do omletu.

Składniki (2 porcje):

  • 2 jaja*
  • 50g mąki
  • 75ml mleka
  • ½ łyżki cukru
  • hojna szczypta przyprawy do piernika (lub gałki muszkatołowej, ale polecam to pierwsze)
  • ½ łyżeczki mielonej wanilii (lub odrobina ekstraktu)
  • 15g masła
  • Do podania: dowolne owoce, wymieszane ze szczyptą przyprawy jw., syrop klonowy

Nastawić piekarnik na 220 st. C (termoobieg) i wstawić do środka patelnię (najlepiej żeliwną lub stalową o średnicy ok. 20-22cm). Jaja dokładnie ubić z cukrem (najlepiej mikserem), dodać pozostałe składniki, poza masłem. Wyjąć nagrzaną patelnię, rozpuścić na niej masło, wlać od razu ciasto na omlet, umieścić z powrotem w piekarniku (u mnie na poziomie 2 od góry) i piec do 16 minut (lub aż omlet będzie rumiany - tak, jak lubicie). Podawać od razu z dodatkiem owoców, wcześniej obranych/pokrojonych i wymieszanych z przyprawą użytą do omletu. Do tej pory próbowałam wariantu kiwi-pomarańcza oraz jabłko-gruszka. Ciepło myślę o czerwonych sycylijskich pomarańczach lub klementynkach :).

* Mnożąc porcję x 2 dla ok. 4 osób wystarczy dać 3 jaja.

PS. Ponieważ dziś Mikołajki a może ktoś pamięta zeszłoroczne drzewko adwentowe: w tym roku była forma prostsza, tj. tylko pudełko...


czwartek, 26 lutego 2015

„Mieć ciastko czy zjeść ciastko”: chyba wiadomo, że to ostatnie. A jeśli już mam jeść coś słodkiego, to chcę, by był to w wyraźny sposób deser: nie wierzę w półśrodki typu „zdrowe” słodycze (nie zrozumcie mnie źle, ciasteczka owsiane bardzo lubię: najlepiej takie z białą czekoladą ;). Podobnie jak w przypadku dekadenckiego śniadania: skoro już zdecydowałam się na słodki płonący omlet o poranku, tj. Suzette, to chcę taki comme il faut, konkretny, z syropem maślanym, podlany alkoholem.

Pomysł z omletem zrodził się w mojej głowie ponad miesiąc temu, podczas wizyty w większym gronie w pewnej warszawskiej restauracji. Dwie osoby zamówiły crêpes Suzette, które zostały widowiskowo przygotowane przy stoliku. W ramach zabawiania gości kelner zaczął nam opowiadać, jak to „naleśniki są bardzo dobre, ale kiedyś mieliśmy w karcie omlet tak przygotowany, dużo smaczniejszy”. Niedługo później zobaczyłam go na blogu Sto kolorów w kuchni, a gdy później przyjechały cytrusy z Sycylii*, nie było na co dłużej czekać.

Z wpisu Kabamaigi podpatrzyłam sam omlet (z małą zmianą), całe danie w tej wersji jest jednak nieco lżejsze od opcji „po całości”, jaką chciałam przygotować. W ramach zgłębiania tematu flambirowania nawet poczytałam Mastering the art... oraz obejrzałam filmik z Julią Child (polecam, bo główna bohaterka jest, jak zawsze, uroczo niedzisiejsza ;). W Julii naleśnikach masła oczywiście jest ilość bardzo konkretna i metoda przygotowania nieco inna, więc choć ściągnęłam od niej zasadę samego flambirowania (a następnie kazałam ją wcielić w życie M), sos pochodzi z Nigella Express. Nie lękajcie się jednak: masło jest wciąż wyraźnie obecne.


Uwaga: bałam się, jak moja patelnia stalowa zareaguje na kwasy owocowe, ale niepotrzebnie – chwila podgrzewania sosu nie uszkodziła patyny.

Składniki (2 porcje):

  • omlet: 2 jaja (białka i żółtka osobno), 2-2,5 łyżki maślanki, 2 łyżki mąki, łyżeczka cukru
  • sos: sok i skórka z 1 dużej/2 małych pomarańczy (wybrałam czerwone), 80g masła (u mnie solone, ew. z zwykłe z hojną szczyptą soli), 35g cukru
  • do podania: 40-50ml Cointreau/Grand Marnier/innego czystego alkoholu (40% lub podobnie – słabszy nie nadaje się do flambirowania) o cytrusowym aromacie, cząstki pomarańczy

Zacząć od przygotowania sosu: połączyć w rondelku wszystkie składniki, zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 10 minut, aż całość nieco odparuje i się zagęści. Żółtka wymieszać dokładnie z cukrem, mąką i maślanką na masę przypominającą tłustą śmietankę; białka ubić na sztywno ze szczyptą soli i wymieszać (delikatnie, ale stanowczo) z żółtkami. Rozgrzać na patelni niewielką ilość masła, wylać delikatnie masę. Smażyć ok. 2 minuty z jednej strony i tyle samo z drugiej, podzielić na ok. 4 części. Zalać omlet sosem pomarańczowym, chwilę całość podgrzać na średnim ogniu. Skropić równomiernie alkoholem i ostrożnie podpalić (przyda się długa zapalniczka lub zapałki kominkowe), po czym jeszcze trzymać na ogniu, podlewając ostrożnie sosem (przyda się łyżka z długą rączką, np. sałatkowa – to wskazówka Julii) aż płomień zgaśnie. Podawać od razu, udekorowane cząstkami pomarańczy.

* Głównym powodem zamówienia były gorzkie pomarańcze, z których znów powstał dżem (tym razem ciemniejszy, bo przez chwilę nieuwagi... ach, ten internet... cukier uległ lekkiej karmelizacji ;).


sobota, 30 sierpnia 2014

Gdy to czytacie (jeśli Blox będzie grzeczny i publikowanie "na czas" zadziała!), jadę w kierunku lotniska - docelowo w kierunku źródła placuszków (pankejków) śniadaniowych, zwłaszcza z borówką AMERYKAŃSKĄ ;)*. Pisząc to podskakuję trochę ogarnięta Reisefieber: z kim bym nie rozmawiała, słyszę "o, jak super" lub "zazdroszczę", a w głowie mi się kręci od zaleceń, co zobaczyć, co zjeść i co kupić**. Tak czy inaczej, po tamtej stronie Atlantyku mnie jeszcze nie było i umieram z ciekawości, jak to pierwsze (bo mam nadzieję, że to nie koniec) podejście do USA się ułoży.

W temacie placuszków: przypadkiem wpadły mi w oko takie oto "lekkie". Lekkość jest względna, tj. bazuje na użyciu chudego mleka (u mnie było tłuste, bo takiego od paru lat używam), chudego jogurtu (który w ogóle pominęłam) i braku masła oraz cukru (co się zgadza, każdy skropił sobie tylko syropem klonowym). Niezależnie od dodatków i wybranej "ciężkości", placuszki są b. smaczne, szybkie w przygotowaniu i dobrze się smażą (a u mnie z plackami różnie bywa). A, i można je wymieszać widelcem, jeśli macie (--> remont) utrudniony dostęp do takich zaawansowanych utensyliów jak trzepaczka. Tematycznie pasują zaś jak raz (a jestem już umówiona na nowojorskie śniadanie do dinera! Zgadnijcie, co zamówię ;)).

Oryginał przepisu tu, oto moja wersja z uwagami:

Składniki (2 porcje):
  • 150g mąki (pszenna biała lub jasna orkiszowa, ew. można spróbować z ok. 120g białej i 30g pszennej/orkiszowej razowej)
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ok. 150ml mleka (dowolnego)
  • 1 roztrzepane jajo
  • kapka ekstraktu z wanilii/hojna szczypta mielonej
  • garść borówki amerykańskiej lub - wiadomo, że lepiej, ale nie byłoby tematycznie... - jagód
  • olej
  • do podania: syrop klonowy, jogurt, twaróg, itd.

Mąkę wymieszać z proszkiem. Osobno zmieszać mokre: mleko, jajo, wanilię. Zrobić dołek w mące, wymieszać mokre z suchym. Jeśli masa jest za gęsta, dodać odrobinę więcej mleka. Na koniec wmieszać borówki (lub ew. układać po ok. łyżce jagód już na placuszkach na patelni). Rozgrzać niewielką ilość olejów, smażyć placki (z ok. hojnej łyżki masy) po obu stronach, do zrumienienia. Placuszków powinno wyjść ok. 6-8. Podawać od razu, z ww. dodatkami.

A z innych placuszków były np. te dekadenckie ;) Karoliny lub razowe serowe.

* Których - obok tequili ;) - mi życzono spożywczo dzisiaj w ramach wyjazdu ;) (Madziu: :*).

** Wbrew pozorom, nie kręci mnie żaden zakup elektroniki, i ciuchy też niekoniecznie, ale rzeczy do domu... taka rozsuwana kratka do studzenia na przykład... (Basiu i Kasiu: :*, za sprowadzanie na manowce ;).

Co do amerykańskiej relacji, na blogu na pewno będzie, ale wcześniej na pewno na Facebooku oraz Instagram.

środa, 31 lipca 2013

Przepis znalazłam "po sąsiedzku" u Kabamaigi. Pierwsze podejście - omlet z jagodami - zaowocowało czymś w rodzaju clafoutis, z gatunku tych klafutków, za którymi nie przepadam (w przeciwieństwie do tego wg Nigela Slatera). Przemyślałam sprawę i uznałam, że problemem była zbyt mała foremka (okrągła 20 cm). Drugie podejście (czerwone porzeczki i jabłko) upiekłam w foremce 28 cm (nieco głębszej tartownicy), i taką średnicę (lub pochodną prostokątną) polecam.

Może ktoś się spytać: Czemu po prostu omletu nie usmażyć? Pewnie, że można, ale ten z piekarnika robi się sam... Przepis za Sto kolorów kuchni, ale u mnie dodatek cukru i mniej oleju.

Składniki (dla 2-3 osób):

  • 500ml mleka
  • 2 jaja
  • 160g mąki
  • 30ml (2 łyżki) oleju
  • opcjonalnie: szczypta mielonej wanilii
  • 2 łyżki drobnego cukru + łyżka do posypki
  • owoce sezonowe (garść)

Wszystkie składniki roztrzepać na gładką, płynną masę, przełożyć do foremki (ok. 28 cm, patrz uwagi wyżej) wyłożonej papierem do pieczenia, na wierzchu wysypać owoce, posypać łyżką cukru. Piec ok. 25-30 minut, do zezłocenia wierzchu - spód może być wciąż miękki, ale nie powinien być surowy czy wyrażnie płynny; omlet może się mocno napuszyć w piekarniku i opaść podczas krojenia.

środa, 07 listopada 2012

Placuszki, naleśniki, pankejki: o tym, że je lubię, świadczy choćby tag "naleśniki" na blogu. Szukam co jakiś czas nowych przepisów czy pomysłów na niedzielne śniadanie. Ponieważ nie jestem wielkim łasuchem, zawsze ciekawią mnie pomysły wytrawne, ewentualnie takie, które można wykorzystać wszechstronnie (czytaj: także na słodko). Stąd zaciekawiły mnie placuszki Hugh Fearnleya z nieśmiertelnego River Cottage Everyday, w wariancie serowym (jest też opcja słodka), bazującym na mące pszennej razowej (którą ostatnio chętnie dodaję tam, gdzie jej nie przewidziano, tj. np. do ciasta kruchego). Nie zdecydowałam się jednak na wersję 100% razową, mając na stanie mąkę typ 1850 (można by to zrobić np. w przypadku drobno zmielonej mąki pełnoziarnistej, którą można dostać w naszych sklepach); zmniejszyłam także udział sera i tłuszczu w plackach. Oto zatem moja wersja:

Składniki (na ok. 30 małych placuszków):

  • 125g mąki pszennej uniwersalnej
  • 125g mąki pszennej razowej (typ 1850)
  • 3/4 łyżeczki sody do pieczenia
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 2 średnie jaja
  • ok. 275 mleka
  • opcjonalnie: 1-2 łyżki maślanki*
  • 2 łyżki stopionego masła (ew. neutralnego oleju)
  • ok. 2 łyżek startego żółtego sera - raczej wyrazistego - Hugh sugeruje cheddar, parmezan lub np. rodzimy Bursztyn jest też ok
  • szczypta pieprzu
  • opcjonalnie: ok. łyżki drobno posiekanego szczypiorku

Wymieszać składniki suche: mąki, spulchniacze (soda i proszek), sól oraz pieprz; zrobić zagłębienie w mące, wbić jaja i stopniowo, pracując łyżką, potem trzepaczką wlewać mleko. Na koniec dodać masło/olej, ser i szczypiorek, jeśli używacie. Masa powinna być ciut gęstsza od ciasta naleśnikowego. Smażyć placki (biorąc po ok. łyżki ciasta) na lekko natłuszczonej patelni, do zezłocenia po obu stronach. Hugh uprzedzał, że mogą przywierać, ale ja nie miałam żadnych problemów. Gotowe placki trzymać w cieple (np. na nagrzanym talerzu, pod folią) do zakończenia smażenia.

* Masa była za gęsta i potrzebowałam dodatkowego płynu - zamiast mleka tym razem dodałam maślanki.

A jakie dodatki? Poza ortodoksyjnymi (boczek, twaróg, dżemy i inne słodkie smarowidła), świetnie pasuje łosoś wędzony lub w formie gravlaxu...

Lub ser kozi z miodem...

Skoro jesteśmy w temacie placuszków: niedawno także skorzystałam ze stojącego w lodówce pojemnika pełnego puree z dyni, by trochę zmodyfikować klasyczne pankejki śniadaniowe. W stosunku do przepisu wyjściowego, placuszki dyniowe, poza mąką itd., zawierają ok. 140g dyni, mleka zaś wystarczy ok. 220-230ml. Można dodać także do ciasta szczyptę cynamonu.

Które bierzecie ;)? Ja bym i teraz nie pogardziła takim z łososiem...

środa, 26 października 2011



Chyba nieczęsto się zdarza, aby do wpisu na blogu przymierzać się 3 lata. Pierwszy raz zrobiłam galettes bretonnes z przepisu (oczywiście) spółki Harris & Warde wieki temu, i miałam problem z ciastem. Za kolejnym razem także, ale przynajmniej zrobiłam zdjęcia. Za trzecim razem ciasto było prawie OK, ale zdjęć jakoś nie było. W końcu, za czwartym podejściem - hurra! Co prawda, potem jeszcze zdjęcia z miesiąc przeleżały w folderze...



O co chodzi z ciastem? Pierwszy problem wynika z samej mąki gryczanej. Sprzedawana u nas nie podlega typom takim, jak mąka pszenna czy żytnia, i w związku z tym bardzo się różni stopniem zmielenia, jasnością itd. Bardzo często w przypadku przepisów z jej dodatkiem musiałam mocno zwiększać ilość płynu (np. przy robieniu blinów) w stosunku do przepisu oryginalnego. To samo miało miejsce tutaj. Druga rzecz to dodatek octu jabłkowego. Gdy sugerując się uwagą Joanne Harris zastąpiłam mleko octem, naleśniki i się ciągnęły i przypalały na patelni, i smak miały dyskusyjny. Szukałam w internecie, jak to jest z tym 'tradycyjnym dodatkiem', i szczerze mówiąc, w żadnym francuskim przepisie go nie znalazłam, nie wiem więc, czy to nie kolejna radosna twórczość autorek. Poniżej przedstawiona wersja moja, do jakiej doszłam po kilku próbach. Nadzienie może być różne, ja jednak zawsze robiłam z porowo-boczkowym, zgodnie z sugestią, bo jest klasyczne i co tu dużo gadać, pyszne (i zawsze wyjadam z garnka podczas gotowania).

Składniki - naleśniki:

  • 125g mąki gryczanej
  • 125g mąki pszennej (białej)
  • 3 duże jaja
  • 250ml mleka (plus dodatkowe na podorędziu)
  • łyżeczka oleju roślinnego
  • łyżeczka octu jabłkowego
  • 250ml wody
  • olej do smażenia

Dwie godziny przed smażeniem wymieszać wszystkie składniki, odstawić. Przed smażeniem zweryfikować gęstość ciasta - powinno być lejące, jak na zwykłe naleśniki (o konsystencji tłustej śmietanki); jeśli to konieczne, rozrzedzić dodatkowym mlekiem. Smażyć jak zwykłe naleśniki, rozgrzewając odrobinę oleju na patelni (powlekanej lub specjalnej do naleśników) przed pierwszym naleśnikiem, wylewając tylko tyle ciasta, by pokryć dno patelni, czekając ok. 2 minut, aż się usmaży, przerzucając na drugą stronę, smażąc ok. minuty i powtarzając całą czynność, bez dodatkowego natłuszczania, aż zużyjecie całe ciasto (wg autorek wychodzi ok. 18 naleśników, u mnie to było bliżej 16). Układać jeden na drugim na odwróconym talerzu, można przekładać pergaminem, ale niekoniecznie, bo nie sklejają się specjalnie.

Składniki - farsz pory & boczek (wychodzi sporo, ale to naprawdę nie problem ;), najlepiej zacząć przygotowywać, jak już większość naleśników, lub przynajmniej 1/2, jest usmażona:

  • 2 łyżki oliwy
  • 2 ząbki czosnku
  • 200g boczku
  • 4-5 duże pory
  • sól, pieprz
  • 125g twardego sera (często używam parmezanu, ew. mieszanki parmezanu i zwykłego żółtego lub koziego)
  • 3 łyżki gęstej śmietany

Rozgrzać olej w rondlu do średniej temperatury, dodać posiekany czosnek, pokrojony boczek, pory w plasterkach. Gotować 10 minut, często mieszając, aż będą miękkie i suche. Doprawić do smaku. Zdjąć z ognia, dodać śmietanę i ser, wymieszać. Podawać na stół od razu, razem z kopczykiem naleśników, by każdy sobie zwinął.

Jeśli parę naleśników Wam zostanie z obiadu, można je łatwo przerobić na pożywne śniadanie, krojąc na paski i dodając do jajecznicy. Bardziej ambitnie można przesmażyć najpierw pomidora (opcjonalnie z cebulą lub czosnkiem), potem dodać naleśniki, na koniec wbić jajka. Przydaje się tu ostrzejsze doprawienie - u mnie trochę chilli, można po prostu nie żałować pieprzu.



A oto dowód zdjęciowy, że to już było, i to dawno...



niedziela, 21 listopada 2010

Gdy otrzymaliśmy od Madzi patelnię do pankejków prosto z Ameryki, jasne było, że na śniadanie będą amerykańskie naleśniki. Zabawka wygląda bowiem tak:

Aż się prosi, by coś na niej usmażyć :)
Skorzystałam z wielokrotnie przerabianego przepisu Nigelli. Od niej także pochodzi pomysł na dodatek boczku i syropu klonowego (Nigella gryzie). Oczywiście dodatki mogą być inne, dowolne - sam syrop, owoce, twarożek, jogurt - co Wam przyjdzie do głowy. Patelnia też może być normalna, choć odkryłam, że zagłębienia ułatwiają przewracanie i zachowanie kształtku pankejków. Z drugiej strony, trochę szybciej się przypalają (co widać trochę na górnym zdjęciu), ale to zapewne kwestia wprawy i oswojenia się ze sprzętem. Najlepiej odbija się wzór małpki i lwa :)

Składniki (dla ok. 4-6 osób, ja robiłam z 1/2): 225g mąki, 1 łyżka proszku do pieczenia, szczypta soli, łyżeczka cukru, 2 duże jaja (roztrzepane), 30g stopionego masła (można użyć oleju roślinnego), 300-330ml mleka, do smażenia: masło lub olej

Ponadto: kilka plastrów wędzonego boczku (ok. 4 na głowę), jak najcieniej pokrojonego, syrop klonowy, ew. inne dodatki

Wszystkie składniki ciasta umieścić w blenderze i zmiksować na gładką masę, lub ręcznie roztrzepać w misce/dzbanku. Masa pankejkowa powinna być trochę gęstsza niż na zwykłe naleśniki, ale wciąż lejąca. Jeśli byłaby za gęsta, dodać trochę więcej mleka (ja zawsze muszę dodać z łyżkę-dwie więcej). Nigella sugeruje odstawienie masy na 30 minut, do czego nie zawsze się stosuję. Tym razem można jednak się do tego przynajmniej częściowo zastosować, jeśli chcecie przygotować boczek (w jak najcieńszych plastrach - moje były niestety trochę za grube). Ja umieściłam go na suchej, średnio nagrzanej patelni, wytopiłam tłuszcz, następnie podkręciłam ogień i smażyłam, aż był chrupki. Przełożyłam na talerz wyłożony ręcznikami papierowymi i przykryłam ręcznikiem od góry.

Naleśniki smażyłam na wysmarowanej olejem (można także na maśle) patelni, przewracając je na drugą stronę, gdy pojawiło się dużo bąbelków, co następuje po maksymalnie 1 minucie. Gotowe placuszki przekładałam do miski i trzymałam w cieple, aż usmażyłam wszystkie. Podałam na stół razem z syropem klonowym i boczkiem. Powyżej widać gotowe do spożycia placuszki, obłożone boczkiem i skropione syropem.

A oto inne śniadaniowe naleśniki i placuszki, jakie pojawiły się na blogu:

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Myśląc, czym można łatwo wykarmić na śniadanie* kilka osób, powiedziałabym: jajecznicą. Są jednak inne dania śniadaniowe, które świetnie się nadają do porannego wyżywienia większego grona. Jedno z nich zaserwowaliśmy ostatnio przebywającej u nas parze, drugie, w wersji 2/3 proporcji, jedliśmy sami. Mam tu na myśli śniadania wakacyjne czy też weekendowe, kiedy i jedzący, i gotujący mają czas i ochotę na "coś więcej".

Propozycja nr 1: klasyczne naleśniki na śniadanie. Zwykłe, bez spulchniaczy, czyli nie amerykańskie pankejki. Takie, jak w tym przepisie - na 4 dorosłe osoby należy składniki podwoić i najlepiej smażyć jednocześnie na 2 patelniach. Naleśniki układać jeden na drugim, na podgrzanym talerzu, i tak zanieść na stół (vide zdjęcie). Na stół podać dodatki: ser żółty i pleśniowy, twaróg lub gęsty jogurt, szczypior i/lub posiekaną miętę, lubczyk itd., sezonowe owoce (u nas borówki), dżemy/konfitury, miód, cytrynę, cukier i posiekany imbir. Każdy z gości zwija sobie naleśniki zgodnie z własnymi upodobaniami. Polecam szczególnie wersję ser pleśniowy + borówki +  kapka jogurtu + mięta, oraz naleśnik "hot ginger lemon honey" - czyli posmarowany miodem, posypany świeżym imbirem i skropiony cytryną: pyszne.

Propozycja nr 2: zapiekanka Croque-monsieur wg Nigelli Lawson, z Nigella Express. Zaskakująco smaczne i sycące, taki wytrawny pudding chlebowy. Plusem jest przygotowanie poprzedniego dnia wieczorem, rano tylko wrzucamy do piekarnika. U mnie z 2/3 składników (tj. 4 kromek chleba, 4 plastrów sera itd.), bez szynki.

Składniki: 6 kromek pełnoziarnistego (lub dowolnego, najlepiej lekko czerstwego) chleba, 75g musztardy Dijon (lub innej ostrej), 125g (6 plastrów) sera Gruyere (lub innego wyrazistego żółtego sera), 70g (3 plastry) szynki (pominęłam), 6 jajek, 1/2 łyżeczki soli, 80ml pełnotłustego mleka, 4 łyżki startego Gruyere, Emmentalera lub Cheddara (uwaga jw.), porządny chlust sosu Worcestershire

Posmarować każdą kromkę chleba musztardą, zrobić kanapki za pomocą sera i szynki (jeśli użyjecie) i chleba. Opcjonalnie każdą kanapkę przeciąć na pół, tak by powstały trójkąty. Umieścić kanapki w lekko natłuszczonej foremce  żaroodpornej o wymiarach ok. 27x21x6cm (tak czy inaczej, powinna być do foremka, którą kanapki dobrze wypełnią, bez zbytniego luzu). Roztrzepać jajka z solą i mlekiem i wylać na ułożone kanapki. Przykryć folią i umieścić w lodówce na noc. Następnego dnia rano nastawić piekarnik na 200 C i wyjąć  foremkę z lodówki, by zawartość doszła do temp. pokojowej. Chleb posypać startym serem, skropić sosem Worcestershire i piec ok. 25 minut.

* Albo i b. późną kolację... ;)

sobota, 24 lipca 2010

Z jednej strony, z cytrusami kojarzy mi się raczej zima, zwłaszcza para: Boże Narodzenie i pomarańcze (o czym pisałam w jednym z pierwszych postów na tym blogu). Z drugiej strony, chyba najwięcej cytryn i limonek zużywam latem - do napojów, do doprawiania ryb i drobiu, do deserów - bo są orzeźwiające i pasują do lekkich dań. Takich, jak poniższe placuszki, które znalazłam w książce Sophie Dahl (Miss Dahl's voluptuous delights) i trochę, z konieczności, zmodyfikowałam. Idealne na letnie śniadanie w ogrodzie lub na balkonie.

Składniki (dla 4 osób, u mnie równo z 1/2 składników dla 2): 225g ricotty lub, u mnie, zwykłego twarogu, 2 jaja, 125 ml mleka (u mnie chudego, u Sophie półtłustego), 60g mąki (u Sophie orkiszowej, u mnie pełnoziarnista, drobnomielona Lubella), łyżeczka proszku do pieczenia, łyżka płynnego miodu lub dowolnego cukru (u Sophie syrop klonowy lub z agawy), 2 łyżeczki skórki z cytryny (nie cackałam się i starłam mniej więcej z 1/2 cytryny), 2 łyżeczki oleju (u mnie masła)

Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Żółtka rozetrzeć w misce z twarogiem i mlekiem, dodać mąkę, proszek i miód/syrop/cukier. Białka ubić na pianę, delikatnie domieszać do reszty, dodać skórkę z cytryny. Na patelni rozgrzać olej lub masło i smażyć małe placuszki (po kopiastej łyżeczce) na złoto-brązowy kolor (u mnie bardziej brązowy ;) ok. 1-2 minuty na stronę (widać, że są gotowe do odwrócenia, jeśli jest dużo pęcherzyków i brzeg stały - jak przy innych pankejkach/blinach). Masa jest bardzo delikatna i większe placuszki będą b. trudne do odwracania/przenoszenia (ja nawet z niektórymi małymi miałam problemy), więc warto być cierpliwym i usmażyć więcej mniejszych. Podawać od razu, z dodatkiem jogurtu naturalnego lub twarożku i miodu, bądź z owocami/domowymi przetworami.

Miłośnicy wszelkich naleśników, racuszków, pankejków itd. nie będą zawiedzeni. Te są leciutkie, delikatnie cytrynowe. I nie, te na zdjęciu powyżej nie są spalone, tylko mocno wysmażone ;)

Druga cytrusowa propozycja to lody limonkowe, znów w wykonaniu domowego lodziarza (M). Przepis taki, jak tu (z 1/2 porcji, czyli z 5 żółtek), z tą różnicą, że z pominęciem wanilii, a z dodatkiem - domieszanym na sam koniec, do lodów już schłodzonych w maszynce do lodów - skórki i soku z 2 limonek. Gotowe lody warto wyjąć z zamrażarki do lodówki na 15 minut przed planowanym spożyciem. Jeśli chodzi o smak, to sczerze powiedziałam M, że to jedne z lepszych lodów, jakie do tej pory zrobił - gęste, śmietankowe, ale z mocną nutą cytrusową. Idealne na lato.

 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna