Wpisy z tagiem: naleśniki
środa, 26 października 2011
Chyba nieczęsto się zdarza, aby do wpisu na blogu przymierzać się 3 lata. Pierwszy raz zrobiłam galettes bretonnes z przepisu (oczywiście) spółki Harris & Warde wieki temu, i miałam problem z ciastem. Za kolejnym razem także, ale przynajmniej zrobiłam zdjęcia. Za trzecim razem ciasto było prawie OK, ale zdjęć jakoś nie było. W końcu, za czwartym podejściem - hurra! Co prawda, potem jeszcze zdjęcia z miesiąc przeleżały w folderze... O co chodzi z ciastem? Pierwszy problem wynika z samej mąki gryczanej. Sprzedawana u nas nie podlega typom takim, jak mąka pszenna czy żytnia, i w związku z tym bardzo się różni stopniem zmielenia, jasnością itd. Bardzo często w przypadku przepisów z jej dodatkiem musiałam mocno zwiększać ilość płynu (np. przy robieniu blinów) w stosunku do przepisu oryginalnego. To samo miało miejsce tutaj. Druga rzecz to dodatek octu jabłkowego. Gdy sugerując się uwagą Joanne Harris zastąpiłam mleko octem, naleśniki i się ciągnęły i przypalały na patelni, i smak miały dyskusyjny. Szukałam w internecie, jak to jest z tym 'tradycyjnym dodatkiem', i szczerze mówiąc, w żadnym francuskim przepisie go nie znalazłam, nie wiem więc, czy to nie kolejna radosna twórczość autorek. Poniżej przedstawiona wersja moja, do jakiej doszłam po kilku próbach. Nadzienie może być różne, ja jednak zawsze robiłam z porowo-boczkowym, zgodnie z sugestią, bo jest klasyczne i co tu dużo gadać, pyszne (i zawsze wyjadam z garnka podczas gotowania).
Jeśli parę naleśników Wam zostanie z obiadu, można je łatwo przerobić na pożywne śniadanie, krojąc na paski i dodając do jajecznicy. Bardziej ambitnie można przesmażyć najpierw pomidora (opcjonalnie z cebulą lub czosnkiem), potem dodać naleśniki, na koniec wbić jajka. Przydaje się tu ostrzejsze doprawienie - u mnie trochę chilli, można po prostu nie żałować pieprzu. A oto dowód zdjęciowy, że to już było, i to dawno...
niedziela, 21 listopada 2010
Gdy otrzymaliśmy od Madzi patelnię do pankejków prosto z Ameryki, jasne było, że na śniadanie będą amerykańskie naleśniki. Zabawka wygląda bowiem tak: Aż się prosi, by coś na niej usmażyć :)
A oto inne śniadaniowe naleśniki i placuszki, jakie pojawiły się na blogu:
wtorek, 05 stycznia 2010
Wpis pierwszy noworoczny niby był, ale nie pokazałam, jak świętowaliśmy odejście 2009. Zważywszy na to, że 2010 ruszył bardzo dynamicznie (wygląda na to, że w najbliższym czasie będę mocno zajęta), muszę się zmobilizować do wpisu posylwestrowego, żeby nie było potem, że w okolicach Wielkanocy sobie o nim przypomnę.
Wymieszać dokładnie wszystkie składniki w misce. Ciasto powinno mieć konsystencję jak średnio gęsta śmietana. W razie potrzeby, gdy ciasto jest zbyt rzadkie dosypać trochę mąki (u mnie nie było takiej potrzeby). Nakładać po jednej łyżce ciasta na placek. Bliny smażyć z dwóch stron na lekko posmarowanej olejem/masłem i dobrze nagrzanej patelni, na średnim ogniu. Z podanych ilości wychodzi ok. 20-25 blinów. Atina sugerowała podawanie blinów z dodatkami słodkimi, u były zdecydowanie niesłodkie: kawior, kwaśna śmietana, ryba wędzona (troć) i śledzie. Poza tym do chrupania seler naciowy i dymka z solą. Lekko słodki smak placuszków bardzo dobrze się ze słonymi farszami komponował (choć wciąż za bliny nr 1 uważam pszenno-gryczane). Drugie placuszki jedliśmy już w Nowym Roku. Bardzo dojrzały banan i jw. maślanka wołały o spożycie, więc zrobiłam, po raz pierwszy od wieków, śniadaniowe placuszki bananowe na maślance wg Nigelli (z Feast). To nic innego niż wariacja nt. pancakes (czy też "pankejków"), od których do blinów bliżej niż do tradycyjnych naleśników.
Uwaga: jak w zwykłych pankejkach amerykańskich czy blinach, gdy spód gotowy, na wierzchu robią się bąbelki (dosłownie po kilkunastu sekundach). Warto chwilę poczekać z przerzucaniem (do maksymalnie 1 min), aby uniknąć rozlania spodu. Niestety, nie całkiem opanowałam tą sztukę i moje placuszki były wszystkie dość niekształtne i oczywiście różnych rozmiarów. Z gęstym jogurtem i powidłami smakowały jednak bdb.
poniedziałek, 05 stycznia 2009
Witam w Nowym Roku! Jak niektórzy z Was wiedzą, lub domyślają się, zniknęłam na parę dni na Mazurach, gdzie wreszcie pojawiła się zima, ze śniegiem i lekkim (a na koniec sporym...) mrozem. Szkoda, że Gwiazdka nie była biała, ale... lepiej późno niż wcale. Naleśniki w każdej formie to jedno z moich ulubionych dań. Crêpes z dżemem na francuskiej ulicy, tureckie gözleme, pancakes z syropem klonowym na śniadanie, masala dosa w Indiach, naleśniki „meksykańskie” mojej drugiej połowy, czy – bliny rosyjskie w każdym wydaniu. Rok temu Sylwestra świętowaliśmy z blinami błyskawicznymi z mąką ziemniaczaną, w tym roku podeszliśmy do sprawy bardziej ambitnie. Nie było to nasze pierwsze podejście do blinów drożdżowych, bo w lecie robiliśmy bliny 100% gryczane. Napstrykałam pełno zdjęć i miałam wrzucić je na bloga, ale okazało się, że przepis wymaga dopracowania - dokładnie tego samego, co przepis na nasze sylwestrowe bliny pszenno-gryczane, tj. dolania znacznie więcej płynu. W związku z powyższym przestałam się krępować i uznałam, że mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, tj. zaprezentować oba rodzaje blinów, a także jako bonus: co zrobić z resztkami. Oba przepisy pochodzą z Kuchni rosyjskiej Hyginy Sehin (1979), a problem z wodą wiąże się, jak przypuszczam, z rodzajem mąki. Użyłam jedynej mąki gryczanej, jaką udało mi się dostać, tj. firmy Bio Babalscy (używam ich także mąk razowych i otrąb). Jeśli jej także użyjecie, spokojnie możecie od razu zwiększyć ilość płynu o ilości podane przeze mnie w nawiasach, i mieć mleko na podorędziu by ew. dolać. Jeśli masa będzie zbyt gęsta po wyrośnięciu, dodajcie mleka (letniego lub chociaż w temp. pokojowej) przed samym smażeniem. Masa powinna mieć konsystencję gęstej, kremowej śmietanki (lub, jak poprawia mnie M, „gęstej śmietany wiejskiej” :), może być tylko minimalnie gęstsza od tej na tradycyjne naleśniki – musi być możliwość lania na patelnię. Danie jest bardzo efektowne i zważywszy na zasadę „zrób to sam”, dobrze nadaje się na przyjęcie, na którym podacie miskę blinów na stół, dodatki dookoła a goście częstują się sami. Jeśli zrobicie malutkie placuszki, jak u nas, nie potrzeba nawet sztućców, poza tymi do dodatków, bo bliny można wówczas jeść palcami. Z jednego przepisu można nakarmić, przy kilku dodatkach jako główny posiłek, 5-6 osób, jako przekąskę – drugie tyle.
Z tych dwóch rodzajów placuszków bardziej mi smakowały pierwsze – gryka jest wyczuwalna, ale się nie narzuca. Te drugie są znacznie bardziej wytrawne, dymne – podobnie jak z wilgotnym i kwaśnym chlebem razowym, nie każdemu zasmakują. Jeśli zostaną Wam resztki blinów, mam propozycję wykorzystania w formie deseru w stylu austriackiego Kaiserschmarrn'.
Czy Was choć trochę zachęciłam...? :) PS. Przepis pojawił się jako... spójrzcie w lewo ;)
wtorek, 15 stycznia 2008
Jestem śmierdzącym leniem, bo od ponad tygodnia zbieram się z wrzuceniem tych blinów. A jedliśmy je na Sylwestra. Cóż, lepiej późno niż wcale. Pisałam o nich kiedyś tu. To danie jest dla mnie ważne, bo jadłam je tylko - jak na razie - 3 razy w życiu, i każdy z tych posiłków był małą ucztą, i raczej wiązał się z ważniejszym wydarzeniem. Pierwszy raz wypróbowałam przepis na te placuszki po obejrzeniu Eden na WFF 2006. Film zrobił na mnie duże wrażenie - jest to historia nieśmiałego kucharza-geniusza i kelnerki, w której jest (skrycie) zakochany (film wyszedł na DVD w Niemczech i ma wkrótce wyjść w UK - obejrzyjcie koniecznie!). Jak można się domyśleć, jedzenie, a raczej gotowanie i ucztowanie, odgrywa tam ogromną rolę. Wróciliśmy śmiertelnie głodni do domu i wspólnie wyprodukowaliśmy miskę blinów... Sami rozumiecie, że od tego czasu mam sentyment :)
I zanim ktoś powie, że bliny to tylko drożdżowe i gryczane - tak to pojmujemy w Polsce, w Rosji (i to samo na Litwie, co poznałam z 1-szej ręki) blin to każdy rodzaj naleśnika/naleśnikopodobnego placuszka (szczerze mówiąc, bliny wydają mi się bliższe amerykańskim pancakes niż czemukolwiek innemu, ew. oładkom lub racuchom). Dopiero poprzez przymiotniki lub określenia można sprecyzować, o jaki rodzaj blina/placuszka nam chodzi. W mojej "Kuchni rosyjskiej" przepisów jest co najmniej parę stron, część zawiera spulchniacze, część nie, te gryczano-drożdżowe są określane jako "ruskie". Przepis pochodzi z Feast Nigelli (jako "Potato pancakes") i wygląda następująco (proporcje na ok. 50 szt., robię z 1/2 i może robię mniejsze, bo wychodzi mi 30 lub więcej).
Przepyszne... |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
![]() ![]() ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||