Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: dodatki

sobota, 30 września 2017

Do tej pory ketchup robiłam z jednego przepisu, który od kilku lat jest na blogu. Smak mi bardzo odpowiadał, więc znosiłam jego czasochłonność, konieczność przecierania i niską wydajność. Jednak tego lata odkryłam przepis ze strony Lawendowy Dom, który jest dużo prostszy, szybszy i z 2 kilo uzyskałam 7 słoików, które spokojnie starczy na cały rok. I zero przecierania :)! Smak zaś, mimo mimo wszystko nieco innego składu, jest bardzo zbliżony – czary? W temacie składu: nieco odbiegłam od oryginału, dodając i zioła, i kawałek cukinii, i nieco inne przyprawy (jest lekko pikantnie, ale zamierzenie). Jeśli jadacie ketchup, polecam, zwłaszcza, że to ostatni dzwonek, jeśli chodzi o pomidory.

Ketchup (bez przecierania)

Składniki:

  • 2 kilo pomidorów, najlepiej lima (tzw. jajo),
  • 1/2 małej cukinii,
  • 1 mała cebula,
  • 2 duże ząbki czosnku,
  • ok. 1/2 łyżki soli,
  • parę obrotów pieprzem,
  • ok. 2 łyżek świeżych ziół (lubczyk, oregano, estragon, szałwia),
  • 2-3 łyżki cukru,
  • 1 mała tajska papryczka chilli,
  • 1/8-1/4 łyżeczki papryki wędzonej,
  • 1/2 łyżeczki cynamonu,
  • ok. 3 łyżek łagodnego octu winnego,
  • odrobina oliwy (ok. łyżeczki)

Sparzyć skórkę pomidorów, obrać, wyciąć gniazda nasienne. Zgnieść lekko ręką, umieścić w garnku. Dodać posiekaną z grubsza cukinię i cebulę, zmiażdżony czosnek i wszystkie pozostałe składniki. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować do ok. godziny. Zmiksować, jeśli sos wydaje się rzadki, jeszcze chwilę gotować, aż zgęstnieje. Przełożyć do wysterylizowanych słoików i pasteryzować (u mnie ok. 15 minut w 160 st. w piekarniku, potem pozostawione w wyłączonym na drugie tyle; po uchyleniu drzwiczek można je zostawić do ostygnięcia, ładnie słychać, jak się wieczka zasysają).

I ku pamięci zmarłego wczoraj Wiesława Michnikowskiego oraz pomidorów:

Zapisz

wtorek, 11 lipca 2017

O odkryciu, jakim jest gruby bulgur, pisałam ze 2 lata temu. Choć upały jakoś specjalnie na razie Polski mocno nie dotykają, węglowodan gotowy do spożycia tylko przez zalanie (wcześniej) wodą, to latem zbawienie, zwłaszcza, że świetnie się łączy z daniami warzywnymi, wszystkim co zielone i/lub bliskowschodnie. Dlatego niedawno przygotowałam zielony bulgur, „jedno oko na Persję” oraz bardziej konkretną sałatkę obiadową, przygotowaną z garścią zieleniny z ogrodu (albo dżungli pourlopowej - jak weszłam między grządki po powrocie, najpierw osłupiałam, potem załamałam ręce, i do tej pory wszystkiego nie przepieliłam ;/).

W obu daniach podstawą jest szklanka bulguru namoczona ok. 2h w 2 szklankach wody z hojną szczyptą soli, mieszana co jakiś czas.

Bulgur w klimatach lekko perskich

Składniki:

  • szklanka grubego bulguru jw.,
  • garść posiekanych lub porwanych ziół (np. mięta i bazylia, można użyć mięty i pietruszki),
  • garść szpinaku (ew. przelanych wrzątkiem i osuszonych liści boćwiny bez łodyg),
  • ok. 2 łyżek z grubsza posiekanych pistacji,
  • ok. łyżki suszonego berberysu,
  • sól, oliwa, łagodny ocet/sok z cytryny

Wymieszać bulgur z zieleniną i bakaliami, doprawić do smaku solą, oliwą, octem np. jabłkowym lub sokiem z cytryny. Odstawić na co najmniej 10 minut, wymieszać i ew. jeszcze raz doprawić. Podawać z grillowanymi potrawami lub np. takimi klopsikami. Do delikatnej ryby też mi pasuje.

Sałatka z bulguru z fetą

Składniki:

  • szklanka bulguru jw.
  • 2 małe cebule dymki
  • garść świeżego groszku oraz cavolo nero lub jarmużu,
  • zioła - mięta i koperek - 2/3 do patelni, reszta posiekana surowa
  • opcjonalnie: kilka listków musztardowca lub pikatnej rukoli
  • oliwa, ocet lub cytryna, sól wg uznania
  • 150g fety,
  • ok. 8 pomidorów suszonych (namoczonych lub w oliwie, osączonych)

Dymkę posiekać, przesmażyć na niewielkiej ilości oleju/oliwy, dodać porwane cavolo nero (bez łodyg). Smażyć chwilę, aż liście zmiękną, dodać łyżeczkę wody, wyłuskany groszek, hojną szczyptę soli i 2/3 ziół, gotować minutę. Przykryć naczynie i odstawić na bok na kilku minut, kiedy zajmiecie się pozostałymi czynnościami: posiekaniem reszty ziół i dodaniem ich do bulguru razem z pokruszoną fetą, pokrojonymi pomidorami i ew. liśćmi rukoli/musztardowca. Do naczynia dodać przesmażone warzywa i całość wymieszać. Doprawić do smaku oliwą, łagodnym octem lub sokiem z cytryny oraz solą.

niedziela, 07 maja 2017

Jeśli wierzyć biuletynom internetowym ;), sezon na cytrusy np. sycylijskie właśnie się kończy. Uznałam to za dobry moment na pokazanie dwóch udanych przetworów, które zrobiłam z owoców kupionych w lutym – bo jeszcze zdążycie co nieco nastawić, ew. przyda się na jesieni. Tzn. oczywiście, wiem, że cytryny można kupić cały rok, jednak w przypadku przetworów, gdzie za całe clou robi skórka, mam opory przed użyciem owoców wyjątkowo nieekologicznych*. Jeśli Wam to nie przeszkadza, radzę mimo wszystko bardzo dokładnie skórki sparzyć wrzątkiem i wytrzeć przed użyciem.

Limoncello pierwszy raz piłam wiele lat temu, podczas wesołego wieczoru w już nieistniejącym stołecznym pubie (wówczas uważaliśmy, że świetnie łączy się z piwem, na zasadzie jedno piwo, jedna „limonka”, i tak w kółko. Nie polecam na dłuższą metę). Butelki likieru potem regularnie przywoziliśmy z włoskich wakacji na nartach, ew. prosiliśmy o nie innych urlopowiczów. Przez jakiś czas zasmakowałam też w mlecznym crema di limoncello/crema di limone, aż… z jakiegoś powodu (brak włoskich wakacji?) likier cytrynowy znikł z naszego domu, i to na całkiem długo. Posiadając jednak większą ilość cytryn, uznałam, że czas na wersję własną. Skorzystałam z przepisu Chillibite (która swoją drogą wydała właśnie książkę właśnie o przetworach) i po pierwsze, okazało się, że produkcja limoncello jest tak prosta i szybka, że nic tylko robić, po drugie, smak jest bardzo autentyczny. Po trzecie, już ponad ¼ nie ma ;).

Składniki (na 2 litry likieru):

  • 40g skórki startej z cytryny (uwagi nt. cytryn jw.)
  • 800g cukru
  • 1l. wody
  • 500ml spirytusu (uwaga, klasycznego 98%, nie słabszego)

Zetrzeć skórkę z cytryny, uważając, by była całkowicie bez albedo – można użyć tzw. zestera, mnie najłatwiej i najszybciej to poszło obieraczką do jarzyn, bo kawałki skórki mogą być duże. Zalać spirytusem, odstawić na 1,5 tygodnia w ciemne miejsce, co jakiś czas potrząsając słoikiem.

Cukier rozpuścić w wodzie na syrop, przestudzić, połączyć ze skórkami. Odstawić na kolejne 3-4 dni. Całość odcedzić, przefiltrować i przelać do czystych, wyparzonych butelek. Odstawić na co najmniej tydzień przed degustacją. Pić mocno schłodzone (u mnie z zamrażarki, może być ostatecznie lodówka, ale polecam jednak zmrożenie).

Marynowane cytryny były – te szybkie i te zwykłe. Kiszonych jednak nie robiłam, a to wersja zdecydowanie bardziej slow, niż dojrzewające w oliwie. Owoce siedzą w solance i tak samo, jak w przypadku naszych swojskich ogórków, trzeba im dać co najmniej 2 miesiące na fermentację. Przepis za książką kucharską Ducksoup (od londyńskiej restauracji, do której może, może wrócę za nie b. długi czas ;), z własnym dodatkiem ziołowym (autorzy proponują całe korzenie).

Składniki:

  • 1kg cytryn
  • 250g soli morskiej (można użyć też kamiennej niejodowanej, tzw. do przetworów, lub mieszanki)
  • ew. opcjonalne dodatki – kilka liści laurowych, gałązka rozmarynu (u mnie) lub tymianku, przyprawy korzenne typu kardamon

Cytryny trzeba naciąć na krzyż prawie do nasady, napakować soli, upchnąć w dużym słoju (ew. z jedną sztukę podzielić, jeśli nie da się ich ładnie zmieścić - najlepiej, żeby były ciasto ułożone, powinny się na styk zmieścić w litrowym). Dodać zioła jw., lub korzenie w całości. Zalać dokładnie przefiltrowaną wodą (lub przestudzoną przegotowaną), wstrząsnąć, sprawdzić, czy wciąż są zakryte wodą, i odstawić w ciemnym, chłodnym miejscu na 2-3 miesiące. Ważne, by wciąż były zakryte wodą - w litrowym nalanym do pełna powinno być ok. Co jakiś czas można ostrożnie (bo fermentują!) poruszyć słojem. Po otwarciu przechowywać w lodówce.

Z czym to jeść? Podobnie jak ww. marynowane cytryny – jako dodatek do wszelkich dań bliskowschodnich, ponadto b. pasują mi do najróżniejszych potraw rybnych, warzywnych oraz indyjskich. Uwaga, nie jest to łatwy dodatek: mój M może w małych ilościach i b. drobno posiekane, ja zaś podjadam cytryny solo podczas tego siekania ;). Oczywiście, jak wspominałam, śledzie cytrynowe mężowi zupełnie nie smakowały, więc nie powinnam może się dziwić. Miłośnicy kwaśnego powinni być jednak zachwyceni.

* Co mi przypomina zeszłoroczny komentarz sprzedawczyni na targu, gdy wybierałam morele ze skrzyni: „Takie mają brzydkie plamki, prawda? Jakieś niedopryskane muszą być”.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Od jakiegoś czasu szukałam sprawdzonego przepisu na kotleciki rybne (po angielsku zwane fishcakes). Takie, do których można wracać systematycznie, zmieniając ew. dodatki. Pomysł wrócił, gdy stanęłam nad paczką dorsza, wyciągniętą z zamrażarki i coś mi się przypomniało: czy czegoś nie robiłam zimą? Groszek? Ryba? Ziemniaki? Historia wyszukiwania na komputerze na szczęście była pomocna ;). Przepis oryginalny zakładał użycie ryby wędzonej, obgotowanej krótko w mleku (by pozbyć się nadmiaru soli), osobiście jednak użyłabym maksymalnie 50% wędzonej, i to raczej chudej.

Kotleciki rybne (ok. 3 porcji):

  • 450g ziemniaków (najlepiej mącznych, ale wiadomo, różnie bywa)
  • łyżeczka miękkiego masła
  • 350g filetów z dorsza, najlepiej tzw. polędwiczki, ew. inna biała ryba*; można także użyć 1:1 ryby świeżej i wędzonej
  • 85g mrożonego groszku (rozmrożonego całkowicie lub częściowo, patrz niżej)
  • sól/pieprz
  • 2-3 fileciki anchois
  • świeżo starty chrzan (ok. 1/2 łyżeczki)
  • łyżeczka posiekanego koperku
  • mąka do oprószenia
  • olej do smażenia

Ziemniaki ugotować, przepuścić przez praskę, ubić na puree z masłem. Jeśli groszek nie jest całkiem rozmrożony, zalać wrzątkiem, odstawić na 1-2 minuty (lub tyle samo obgotować). Rybę zalać niewielką ilością wody, lekko posolić, gotować 10 minut na małym ogniu pod przykryciem; odcedzić, zmieszać z groszkiem i ziemniakami. Dodać drobno posiekane anchois, koperek i chrzan, całość dobrze wymieszać, sprawdzić doprawienie. Przestudzić, następnie formować średniej wielkości kotlety (powinno wyjść 8-9 sztuk), oprószyć mąką i smażyć partiami, do zrumienienia z obu stron.

Sos tatarski plus:

  • 2 kopiaste łyżki majonezu,
  • łyżeczka koperku,
  • 2 kapary XXL lub łyżeczka zwykłych,
  • 1/2 ogórka konserwowego (ew. 1 korniszon),
  • 1/2 małej cebuli,
  • 1/4-1/2 łyżeczki świeżo startego chrzanu (opcjonalnie)
  • pieprz do smaku (jw.)
  • sok z cytryny (do smaku)

Drobno posiekać koperek, kapary, ogórka i cebulę (np. nożem kolebkowym), wymieszać z majonezem, sokiem z cytryny, opcjonalnie chrzanem i pieprzem. Odstawić na ok. 10 minut, ponownie zamieszać, sprawdzić doprawienie.

Do kotlecików rybnych świetnie też pasuje sos kaparowy, który podpatrzyłam u Ani (a ona u Ottolenghiego) celem polania nim kalafiora, ale skończyło się tym, że podlałam także hojnie łososia, czyli główny składnik obiadu. Bo że kapary pasują do ryb, wiadomo od dawna (patrz wpis o retro sosie).

Sos kaparowy (bez gotowania):

  • 2 łyżki kaparów (użyłam w rozmiarze XXL, ale b. miękkich),
  • 1 łyżka musztardy (dowolnej, choć sugerowałabym nie b. ostrej)
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki łagodnego octu (u mnie domowy jabłkowy)
  • 120ml możliwie dobrej oliwy
  • szczypta pieprzu (można pominąć)
  • opcjonalnie: ok. ½ łyżeczki posiekanego koperku

Wszystkie składniki zmiksować na gładko (polecam mikser ręczny, tzw. żyrafę – zajmie to kilka sekund i zmywania mało ;), podawać od razu lub przechować w lodówce.

Innym klasycznym dodatkiem jest groszek (gdyby ktoś nie miał dość tego w kotlecikach). Polecam taki miętowy (na zdjęciu tegoroczna wersja, tj. posiłek na tarasie sprzed około miesiąca, gdy nagle a zwodniczo zrobiło się ciepło ;), oczywiście na razie z mrożonki… Choć na sezon już zacieram ręce, grządka wysiana!

* A w ogóle najlepiej z takim znakiem.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Ugotować ryż: nic prostszego! Woda, sól, ryż, rondel – żaden problem, prawda (a nawet nie myślę o ryżu w torebkach)? Teoretycznie tak, choć zagapiwszy się można i całość przypalić, i rozgotować, i zlepić, przesolić… A gapiostwo nie jest mi całkiem obce ;). Dlatego zaciekawił mnie przepis na „puszysty ryż perski” (Kafteh) w Pomegranates and roses (o której już wspominałam). Wypróbowawszy go kilka razy uważam, że to sprawdzona metoda na miękki (nie rozgotowany), sypki (nie suchy!) ryż, który można spokojnie przygotować z małym wyprzedzeniem i ugotowany zostawić w minimalnym cieple – np. metodą naszych mam i babć, owinięty w koc lub gazety, pod kołdrą lub poduszkami. Jogurt teoretycznie nie jest obowiązkowy, ale moim zdaniem to tzw. magiczny składnik. Resztki świetnie się sprawdzają na śniadanie, np. podgrzane z mlekiem lub zapieczone z owocami.

Składniki (dla ok. 4 osób):

  • 300g (1,5 szklanki) ryżu basmati
  • ½ łyżki gęstego jogurtu (typu greckiego)
  • ½ łyżki soli
  • 45g masła lub mieszanki masła i oleju

Ryż (bez płukania) zalać ¾ litra wody, dodać sól i jogurt, wymieszać, zagotować. Gotować na dość żywym ogniu bez przykrycia, aż większość wody zostanie wchłonięta a na powierzchni pojawią się dziurki. Skręcić ogień na minimalny, rozłożyć równomiernie masło, pokrojone w cienkie plasterki (lub rozłożyć masło i polać pozostały ryż olejem) i przykryć garnek pokrywką owiniętą w ściereczkę i gotować (czy też parzyć) – bez odkrywania! - do ok. 45 minut.

I to tyle. Trochę wszystko dłuższe niż gotowanie „po prostu”, ale efekty są tego warte ;). Na zdjęciu ryż towarzyszy ulubionemu fesendżunowi.

środa, 13 kwietnia 2016

Podejście do bakłażana dzieli nasze stadło małżeńskie; np. stojąc przed wyborem „cukinia czy bakłażan”, M wybierze to pierwsze, ja (po namyśle, bo czy muszę wybierać?!) raczej to drugie. Tymczasem podczas naszego ostatniego posiłku w Londynie zamówionej przez M rybie towarzyszył tzw. (bo cytuję menu) kawior z bakłażana, który bardzo mężowi smakował (i sam się potem dopominał, żeby „coś takiego” w domu odtworzyć). Przyznaję, że nie znoszę tej nazwy: kawior to rybia ikra, a ta pasta nie dość, że nią nie jest, to z żadnej strony jej nie przypomina ;). Więc choć przepis, który znalazłam na stronie Jadłonomii i którym się inspirowałam, zatytułowany jest właśnie „kawior z bakłażana”, pozwolicie, że więcej tego określenia nie będę używać ;). Najbardziej podoba mi się fakt, że nie obiera się bakłażana ze skórki (bo melitzanasalatę, gdzie ją ściągałam, kiedyś pokazywałam).

Pastę zrobiłam w ciągu miesiąca dwukrotnie, i już teraz wiem, że wolę mniej zieleniny, niż Marta Dymek sugeruje, a także nieco inną (tzn. koperek zdecydowanie mi nie pasuje). Poniższe proporcje odzwierciedlają te zmiany ;).

Składniki:

  • 2 mniejsze/średnie bakłażany
  • ok. 4 łyżek oliwy
  • sok z ½ – 1 cytryny
  • ząbek czosnku
  • ok. 2 łyżek posiekanej świeżej kolendry/bazylii, ew. zmieszanej 1:1 z natką pietruszki, plus parę listków do dekoru
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: szczypta za'ataru

Bakłażany umyć, nakłuć parokrotnie, owinąć folią aluminiową, piec ok. 30 minut w 190-200* st. C (termoobieg). Lekko przestudzić, odciąć ogonki, z grubsza posiekać, umieścić w malakserze z pozostałymi składnikami. Zmiksować, ale nie na bardzo gładko. Sprawdzić doprawienie i najlepiej odstawić na co najmniej 1h do tzw. przegryzienia. Przed podaniem udekorować dodatkowymi ziołami, można też jeszcze skropić skropić oliwą i cytryną.

* Właśnie się zorientowałam, że autorka proponowała 200 st., ale jestem na 99% pewna, że piekłam w nieco niższej - dlatego, że zazwyczaj, jak nie wiem, jaką temp. wybrać, nastawiam na 190 ;).

Pasta świetnie pasuje solo, tzn. jako dip czy przystawka, jako składnik bliskowschodniego bufetu (falafel, labneh i s-ka) czy właśnie dodatek do ryby. A sezon na bakłażana tuż za rogiem, bo podobno już od maja (czyli tylko trochę się pospieszyłam)!

czwartek, 03 września 2015

Placki ziemniaczane każdy zna. A rösti, placki szwajcarskie? W formie „tylko ziemniaki i już” zaistniały w naszym życiu podczas paru śniadań towarzyskich w nieistniejącym już R20*, gdzie zachwycił się nimi M (dowód zdjęciowy). Przez jakiś czas niemrawo rozmawialiśmy o szatkownicy... która się w domu na razie nie pojawiła. Jednak ręcznie pokroić w paseczki kilka ziemniaków to żadna wielka sztuka (zwłaszcza, jeśli ktoś to zrobi za Ciebie ;), a właśnie nie za drobna forma (w odróżnieniu do tarki, nawet grubej) to moim zdaniem najfajniejsza cecha dania. Nasza wersja jest przygotowana z ziemniaków surowych.

Składniki:

  • 4 większe ziemniaki
  • hojna szczypta soli
  • olej do smażenia

Ziemniaki obrać, pokroić dokładnie w paseczki (tzw. julienne) – ręcznie lub korzystając z szatkownicy/innego narzędzia. Odłożyć do miski, wymieszać z solą, odstawić na chwilę, dokładnie odcisnąć płyn. Na patelni (jeśli dużej, wyjdzie jeden większy placek, można ew. użyć małej i podzielić masę na ½) rozgrzać olej do smażenia. Rozłożyć równomiernie warstwę ziemniaków, przykryć np. dnem tortownicy i obciążyć (u nas litrową kanką na ogórki). Smażyć kilka minut, aż placek się zrumieni od dołu, odkryć, ostrożnie odwrócić na drugą stronę (pomagając sobie np. talerzem lub ww. dnem tortownicy), powtórzyć czynność. Na koniec odkryć i smażyć jeszcze ok. 2 minut bez przykrycia. Podawać od razu.

Śniadaniowe rösti – ze smażonym jajem, jogurtem/śmietaną lub np. wędzonym łososiem. Obiadowe rösti mogą towarzyszyć każdej potrawie, do której podalibyście ziemniaki. U nas były dodatkiem do pieczonej (lokalnej, nawet bardzo!) kaczki z sosem malinowo-winnym (pysznym, ale bardzo kreatywnym, czyt. trudnym do odtworzenia).

PS. Jeśli chodzi o kaczkę, polecam też taką „na dziko” lub samą pierś (oba przepisy to jedne z najpopularniejszych wpisów na blogu w sezonie zimowym!).

* Podobno odrodziło się w nowej postaci na ul. Próżnej.

sobota, 13 października 2012

To niby nic takiego. Taka zwykła cukinia, dość cienko pokrojona i długo duszona, aż będzie zupełnie miękka, jednak zrobiłam niedawno dwukrotnie (jeszcze zapasy własnej...) i bardzo mi smakowała jako dodatek do ryby (może być składnikiem kopczyku na talerzu ;) smażonej, pieczonej lub grillowanej. Całkiem dobrze smakuje też na zimno (np. w kanapkach). Prezentuje się jak widać powyżej, a oto przepis:

Składniki: 2 średnie lub 4 małe cukinie (kolor dowolny, mogą być także młode kabaczki), 1 ząbek czosnku, 1 mała cebula lub 2 szalotki, olej/oliwa, majeranek świeży lub suszony, sól, pieprz, opcjonalnie: skórka starta z 1/2 cytryny i sok do smaku, 1/2 średniej czerwonej papryki*, szczypta słodkiej/ostrej papryki mielonej

Cukinie umyć, pokroić na cienkie poprzeczne plasterki. Zeszklić rozdrobniony czosnek i cebulę w piórka na oliwie, oprószyć solą, dodać cukinię; chwilę przesmażyć, dodać hojną szczyptę suszonego majeranku (lub ok. łyżeczki świeżego) i pieprzu, lekko podlać wodą (2-3 łyżki; może być i wino, jeśli jest pod ręką) i skręcić ogień na mały. Dusić pod częściowym przykryciem ok. 30-40 minut, aż warzywa będą zupełnie miękkie; pod koniec dodać skórkę z cytryny, jeśli używacie, wymieszać i sprawdzić doprawienie (ew. wówczas skropić cytryną). Podawać na ciepło lub po schłodzeniu.

* W wariancie z papryką dorzucić ją pokrojoną w kostkę na zeszkloną cebulę, przed cukinią, doprawić zaś mieloną papryką podczas dodawania innych przypraw.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Przeżywam ogrodnicze wzloty i upadki. Takie ogórki rosną jak szalone, natomiast pomidory... Cóż, to drażliwy temat. Z plusów dodatnich mam pół grządki bazylii, której nigdy dotąd nie wysiewałam do gruntu, bo wydawało mi się, że zioła jednoroczne lepiej hodować w skrzynkach/donicach, okazało się jednak, że bazylia rosnąca bezpośrednio w ziemi jest znacznie bujniejsza i dorodniejsza od ziół bardziej ograniczonych przestrzennie. Gdy skończyłam podziwiać, jak ładnie wygląda na grządce, zrobiłam bazyliówkę, pesto itd., zaczęłam myśleć: Co jeszcze? Ktoś na fanpejdżu Coś niecoś na Facebooku zasugerował oliwę bazyliową. Miałam z nią do czynienia, ale tylko w formie kupnej. Zaczęłam wyszukiwać przepisy, które wszystkie (ot, choćby ten Marthy Stewart) były do siebie bardzo podobne. Wszystkie też zakładały blanszowanie liści bazylii, co budziło moje zdziwienie, bo a/do pesto nigdy nie blanszuję i może lekko ciemnieje w lodówce, ale nie b. mocno, b/oliwę można przechowywać raptem kilka dni, tyle samo mniej więcej, co domowe pesto - więc nie bardzo widzę sens tego blanszowania (chyba, że chodzi znów o tzw. "amerykańskie lęki bakteryjne") i oczywiście pominęłam. Kolejnym etapem miało być przecedzenie oliwy - co nawet planowałam zrobić, ale tak ładnie wyglądała zawiesina oliwy z bazylią... i dobrze smakowała... i w sumie planowałam większość użyć od razu do sałatki... (czyt. wiadomo, nie przecedziłam ;).

Oliwa bazyliowa (wersja minimalistyczna)

Składniki: świeżo zerwane liście bazylii, dobra oliwa z oliwek, parę kropli białego octu winnego lub soku z cytryny (opcjonalnie)

Zasadniczo powinniśmy mieć objętościowo 2 x tyle bazylii, co oliwy, więc na niewielką ilość - 1/2 szklanki bazylii, 1/4 szklanki oliwy. Liście myjemy, dokładnie suszymy, miksujemy w blenderze z oliwą. Następnie można dokładnie (1-2 razy) przecedzić oliwę przez sitko (albo i nie, jak u mnie ;) i można od razu delikatnie zmieszać z paroma kroplami octu/cytryny. Używamy do sałatek (np. z mieszanych warzyw i parmezanu, jak na zdjęciu) lub maczania chleba, doprawiania pieczonych warzyw. Można przechowywać kilka dni (do tygodnia maksymalnie) w lodówce, w szczelnie zamkniętym pojemniku/naczyniu.

Oliwa, poza zielonym kolorem, nabiera pikantnego, lekko pieprznego smaku - nawet jeśli jest wyjściowo łagodna, po zmiksowaniu z bazylią upodobni się trochę do wersji gran fruttato - co dla mnie osobiście stanowi zaletę ;).

środa, 31 marca 2010

Wspominałam niedawno spaetzle, zwane na Węgrzech galuszkami (a w Czechach - haluszkami). Do ich wyrobu najlepiej mieć specjalne sitko z dziurkami, chyba, że ktoś chce lać do wrzątku masochistycznie kluseczka po kluseczce na łyżeczce lub posiada łyżkę cedzakową o odpowiednich dziurkach (najczęściej są albo za małe, albo za duże). Mnie ten szczegół techniczny w każdym razie skutecznie hamował. Gdy w sklepie w Zell am See znalazłam jednak stosowny gadżet, wiedziałam, że muszę go mieć. A potem nie było odwrotu...

Przepisów przeczytałam wiele, m.in. R. Makłowicza i ten załączony do sitka, ale zdecydowałam się na opcję, którą widziałam w kilku miejscach w internecie. Przepis przetestowałam już trzykrotnie.

Składniki (na 4 niewielkie porcje*): 2 szklanki mąki (ok. 300g), 1 jajo, ok. 1 1/4 szklanki wody, 2 łyżki oleju/oliwy

Wymieszać mąkę z jajem, 1 łyżką oleju i wodą. Można zacząć od wlania 1 szklanki, ale raczej będzie konieczne dodanie większej ilości. Wyrabiać na spójną, ale lejącą masę (wg Makłowicza, rzadszą niż masa na 'polskie lane kluseczki'). Mi ona przypomina trochę ciasto na racuchy lub bardzo luźny zaczyn na ciasto chlebowe. Masę przecieramy przez specjalne sitko (patrz zdjęcie poniżej - to właśnie nasza pamiątka z wakacji) na dobrze osolony (jak woda na makaron) wrzątek (do którego daliśmy pozostały olej). Najlepiej robić to na raty, gdyż ciasto także gotuje się podczas przecierania od rozgrzanego sitka. Gotujemy kluseczki ok. 2 minut, w praktyce - do wypłynięcia na powierzchnię wody. Odcedzamy, przelewamy b. krótko zimną wodą, serwujemy.

* Robiąc kluseczki z 1/2 porcji, dla 2 osób, dałabym wciąż 1 jajo, tylko dolała mniej wody.

Mamy galuszki... I co dalej? Pasuje do tego każde danie z sosem, czy też w formie sosu (np. niedawny gulasz z dzika). A oto sos, który towarzyszył debiutowi spaetzlowemu: pomidorowo-warzywny. Może być w wersji bezmięsnej, może być z dodatkiem boczku lub wędzonki.

Składniki (na ok. 4 porcje): kawałek wędzonki, boczku lub kiełbasy (opcjonalnie), 1 duża cebula, 2  średnie marchewki, 700 ml passaty pomidorowej, sól, pieprz, papryka słodka i ostra, opcjonalnie: ulubione suszone zioła, garść startego sera żółtego

W wersji nie wege wrzucamy wędlinę pokrojoną w kostkę na rozgrzaną suchą patelnię i przesmażamy, wytapiając z niej tłuszcz. W wersji wege rozgrzewamy na patelni oliwę. Na wędlinę/oliwę wrzucamy pokrojoną w półplasterki cebulę, chwilę przesmażamy, dodajemy marchewkę, obraną i pokrojoną w cienkie plastry. Po chwili dodajemy passatę, mieszamy, ew. rozrzedzamy lekko wodą, jeśli pomidory są zbyt gęste. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem, papryką słodką i ostrą (zgodnie z upodobaniami), ew. dodajemy parę szczypt ulubionych ziół. Dusimy całość na średnim/niewielkim ogniu, aż marchewka osiągnie pożądany stan miękkości (znów, zależy to od indywidualnych upodobań - ja np. wolę nieco twardszą, niż M). Tuż przed podaniem, po zdjęciu z kuchenki, mieszamy sos z garścią startego sera żółtego (opcjonalnie, ale polecam) i natychmiast podajemy - z galuszkami, oczywiście.

Oto zaś danie, które ostatnio do spaetzli przygotował M, gdy gościliśmy moich rodziców - Boeuf Strogonow.

Składniki (na ok. 5-6 porcji): 0,6 kg mięsa wołowego (u nas było to mięso na rumsztyk),  1 duża cebula, 0,5 kg pieczarek, ogórek kiszony lub konserwowy (1-2 sztuki), 500 ml bulionu drobiowego (u mnie domowy) lub wołowego, 500 ml przecieru pomidorowego, wino czerwone (1 kieliszek), 200 g śmietany 18%

Mięso pokroić w kostkę, obsmażyć na oliwie, najlepiej partiami, w szerokim rondlu/głębokiej patelni. Wyłowić, do tego samego rondla wrzucić drobno pokrojoną cebulę, chwilę przesmażyć, dorzucić umyte i pokrojone w plastry pieczarki. Przesmażyć całość około 10 minut. Umieścić z powrotem mięso w rondlu. Dodać bulion, przecier, pokrojonego drobno ogórka i wino. Doprawić solą i pieprzem, dusić na małym ogniu ok. 1 godziny. Tuż przed podaniem domieszać delikatnie śmietanę (najlepiej stopniowo, wcześniej wymieszawszy ją z sosem mięsnym) i już nie zagotowywać. Podawać najlepiej z galuszkami ;), ogórkami kiszonymi  jako dodatek i czerwonym winem.

Czy zachęciłam Was do lanych kluseczek w wersji mini?

 
1 , 2
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna