Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Bica

czwartek, 06 maja 2010

Plim, plam, plusk, plask - pada deszcz. Nie mam zasadniczo nic przeciwko, choć gdyby było ciut cieplej, byłoby milej. Na pocieszenie: tarta na obiad lub małe co nieco.  Dość lekka, bo z sosem bezjajecznym i bezserowym. Obiadowo proponuję podać z zieloną sałatą z winegretem.

Składniki: ok. 160-170g ulubionego ciasta kruchego (moje maślankowe, jak zawsze), do wyłożenia foremki ok. 27 cm średnicy; na farsz:  300g filetów z łososia bez skóry (najlepiej dzikiego), 200ml wytrawnego białego wina lub cydru, 1 mały por, liść laurowy, 2 szczypty soli, ok. 150g śmietany 18% (może być 1:1 z jogurtem greckim lub bałkańskim), 2-3 łyżeczki ostrego chrzanu, ok. 1/2 pęczka koperku, łyżeczka kaparów w soli

Przygotowanym, schłodzonym i rozwałkowanym ciastem kruchym wyłożyć foremkę, schłodzić ok. 30 minut, nakłuć i podpiec ok. 9-10 minut z obciążeniem (fasola np.) i drugie tyle bez obciążenia w 190 st. C (najlepiej na kamieniu).

Gdy tarta się piecze, przygotować farsz. Zagotować wino/cydr z liściem laurowym i porem w grubych plastrach w dość płytkim a szerokim garnku, dodać umyte filety rybne i lekko posolić (2 szczypty soli). Gotować na średnim ogniu pod przykryciem ok. 8 minut (10, jeśli filety są bardzo grube). Wyłowić rybę i pora z wina, przełożyć do miski i rybę lekko rozdrobnić widelcem. Wymieszać dobrze ze śmietaną, chrzanem, posiekanym koperkiem i posiekanymi drobno kaparami. Sprawdzić doprawienie, ale kapary powinny wystarczająco całość zasolić, a chrzan zaostrzyć. Gotowy farsz wyłożyć na podpieczony spód, całość piec jeszcze ok. 25 minut w 190 st. C.

A jako bonus kicia na oknie, za którym pada... Na parapecie zaś przed kotem mój miejski gródek ziołowy, edycja 2010 ;).

niedziela, 14 marca 2010

Grüss Gott! Wróciłam! Chleb z dożywionego zakwasu (i austriackiej mąki) rośnie na blacie, pranie się suszy, ja zaś sklejam zdjęcia na mozaiki, by pokazać Wam parę tegorocznych 'pocztówek' z Salzburgerland. A zatem...

Po pierwsze: przyroda. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Sportgastein, strumień w Kötschachtal i tamże widok na góry oraz Zell am See (dokąd pojechaliśmy na wycieczkę - na nartach kiepsko, ale zakupy owocne).

Zdjęcia nieco monotonne i monochromatyczne, bo śnieg - skały - kamień - lód, ale jak się pojechało w góry zimą, nie można się niczego innego spodziewać ;)

Po drugie: dekoracje i styl, o którym co nieco pisałam. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: kurczaczki wielkanocne przed kwiaciarnią (Zell am See), dekoracja przed domem w Kötschachtal, stragan z najróżniejszym kolorowym 'badziewiem' w Salzburgu i malowane talerze w barze (Graukogel).

Po trzecie: architektonicznie. Zawsze miałam słabość do fotografowania okien lub drzwi. Od lewej: dom w Zell am See, kapliczka niedaleko hotelu Grüner Baum w Kötschachtal,  nieczynny pawilon przy kasynie i Grand Hotelu w Bad Gastein.

Po czwarte: ulice i pasaże. Od lewej: Salzburg (niedaleko wjazdu na zamek), Zell am See (bulwar nad jeziorem) i ponownie centrum Salzburga.

Po piąte: właśnie Salzburg, do którego kolejny raz pojechaliśmy na jeden dzień. I znów poszliśmy do kościoła Św. Błażeja i na cmentarz. I do kawiarni.

Skoro o stylu i narodowym lokalu austriackim mowa, oto kilka impresji kawiarnianych: wnętrze Cafe Advocat ('wygląda lepiej na zdjęciach niż na żywo' - jak uznał towarzyszący nam F.) w Bad Gastein i front Cafe Furst w Salzburgu:

Jak przy kawiarniach jesteśmy, to trochę posłodzę. Od górnego lewego rogu, zgodnie z ruchem wskazówek zegara: Germknödel, z cynamonem i miodem, tort śmietanowy z malinami (z ww. Cafe Advocat) i bajaderka z różowym lukrem (z Cafe Furst).

Jeśli chodzi o jedzenie nie-słodkie, oto mała próbka: Kasnockn' (zapiekane spaetzle vel galuszki), Gulaschsuppe i oczywiście kawa - tu duża czarna, tj. Grosser Brauner.

I wreszcie: tegoroczne 'koty w podróży', a więc nasza dzielna podróżniczka Bica oraz bracia Max i Pieter z Graukogla. Max był kiedyś taki mały... a Pieter od zeszłego roku legowiska nie zmienił, za to nieco jeszcze 'zmężniał'.

Do jedzenia w Austrii jeszcze wrócę, nie martwcie się ;)

środa, 17 lutego 2010

Przepis znalazłam u Tatter i czym prędzej wypróbowałam. Chleb spod znaku PPP: pyszny, pachnący i prosty - róbcie, róbcie! U mnie w wersji bez drożdży. Dzięki temu oraz dzięki ziemniakom powinien być długo świeży. Wejdzie do stałego repertuaru.

225g ugotowanych ziemniakow, przepuszczonych przez praskę lub inaczej rozgniecionych
2 łyżki masla (u mnie oliwa, bo masło wyszło)
115g aktywnego zakwasu zytniego razowego 100% hydracji
100g wody z gotowania ziemniakow
350g białej pszennej mąki chlebowej
1/4 łyżeczki drozdzy instant (opcjonalnie i ja pominęłam)
2 łyżeczki soli (posoliłam tak, jak zazwyczaj, wodę do gotowania ziemniaków i wydawała mi się mocno słona, już nie dawałam więcej soli)
1/2 łyżeczki mielonego kminku (opcjonalnie - dałam mieszankę kminku, kopru włoskiego i kolendry, czyli mieszankę "Hausbrot" Kotanyi)

Ziemniaki połączyłam z masłem (oliwą). Do miski włożyłam zakwas i rozmieszałam go z wodą. Dodałam mąkę pszenna (w tym momencie też należy dać drożdże i dodatkową sól, jeśli używacie), przemieszałam i dodałam ziemniaki oraz kminek. Wyrobiłam gladkie, delikatnie scisłe ciasto. Zostawiłam do wyrosnięcia w ciepłym miejscu, az podwoiło objętość (ok. 2,5 godzin, w trakcie 1 raz odgazowałam).  Ciasto wyłożyłam na stół i odgazowałam. Ukształtowałam bochenek i włożyłam złączeniem do dołu go do koszyka wyłożonego pergaminem. Odstawiłam do wyrośnięcia na 2,5 h. Godzinę przed pieczeniem rozgrzałam piec z kamieniem do 230C. Wyrośnięty bochenek szybko nacięłam i włożyłam razem z pergaminem (wciąż się nie dorobiłam łopaty) do naparowanego pieca. Piekłam z parą przez 10 minut, nastepnie obniżyłam temperaturę pieca do 210C i piekłam kolejne 15 minut. Dopiekałam ok. 5 min w 200C. Wystudziłam na kratce.

A poniżej widać, że coś niecałkiem dokładnie rozgniotłam ziemniaki (górna kromka):

Jako bonus, z racji dzisiejszego święta - Dnia Kota - oto, co robi Bica, gdy M pracuje na komputerze (pod kocem są jego nogi). Nie wiem, czy muszę dodawać, że u mnie tak nie siedzi, no, ale wiadomo kogo kot kocha najbardziej...

środa, 23 grudnia 2009

Już trzecie Święta bloguję. I znów chciałabym Wam życzyć, by było Wam smacznie i pogodnie. By nie tylko Święta, ale cały rok był pełen szczęścia i miłości. By Wam się dobrze żyło, ot co (w tym jadło i gotowało :). I żeby już więcej nie smęcić, przekazuję, jak rok temu, pałeczkę Bice. Oto kot wpatrzony w świeżo ustawioną choinkę, w towarzystwie jemioły:

A także w ulubionej zabawie: miłość do "laleczek voodoo" nie gaśnie, więc targanie ich po podłodze (najlepiej pod choinką) zakończone topieniem w misce z wodą jest wciąż jak najbardziej na czasie.

Trochę czerwonej włóczki i tyle radości :)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Bo wreszcie śnieży! Wreszcie jakieś oznaki zimy na świecie! Światełka mrygają na regale, z głośników zawodzą moje ulubione kolędy (Alibabki i spółka, lata 70-te - bardzo specyficzne, ale jak się człowiek wychował...). Kot obserwuje, jak się bielą świerczki sąsiadów za oknem. W sam raz pora na ciasteczka owsiane z białą czekoladą i żurawiną, które bardzo dawno temu pokazywałam na blogu i które gorąco polecam. Nie tylko na zimę, ale faktem jest, że przepis pochodzi z "Gwiazdkowej" części Feast. Według Nigelli, to "idealna przekąska między posiłkami, i taka zdrowa, bo z płatkami owsianymi"... Też się tak łudzę. Dobrze, że przynajmniej nikt nie twierdzi, że są ciasteczka są dietetyczne :)

Przy okazji podzielę się patentem na przechowywanie cukru brązowego (drobnego, typu muscovado), który występuje w przepisie. Jak wiele osób korzystających z tego cukru zauważyło, pozbawiony hermetycznego opakowania błyskawicznie twardnieje na kamień. Dobrą metodą na utrzymanie miękkiej struktury jest przechowywanie go nie tylko w szczelnym pojemniku, ale także umieszczenie wewnątrz kawałka skórki mandarynki lub pomarańczy i jej regularne wymienianie. Działa :)

A dla miłośników Bici: kot, ciasteczka i śnieg za oknem.

czwartek, 19 listopada 2009

Zrobiło się cieplej i z różnych zakamarków wyszły muszki i robaczki. Bica zapamiętale na nie poluje, a jak upoluje, to cóż... Przecież nie zostawi. A oto jak to wygląda w skrócie (mało dynamicznie, bo muszka sama się podłożyła, tj. przysiadła na złudnie jasnej ryzie papieru):

Przyznaję, że ostatnie zdjęcie najbardziej mi się podoba :)

Tagi: Bica kot
12:04, ptasia , Miau!
Link Komentarze (14) »
środa, 24 grudnia 2008

Kochani! Czego sobie życzycie, sami wiecie najlepiej. W świetle smutnych wiadomości, na temat osób mi mniej lub bardziej znanych, które ostatnio usłyszałam, życzę Wam przede wszystkim zdrowia, pogody ducha i zadowolenia z każdego dnia - chwytania chwili, bo są ulotne. Poza tym, by było Wam smacznie :), oczywiście, i byście jak najczęściej tu szukali inspiracji kulinarnej. Tymczasem, trochę na prośbę Gosi-Zemfiroczki, która często pisze, że za mało Bici na blogu - oto kot w swoim żywiole, czyli "co się kupuję kotu na Gwiazdkę?" - "Choinkę". Zdjęcia niestety dość ciemne, bo rzecz działa się dynamicznie i popołudniem/wieczorem. Żeby nie było - kot do wchodzenia na choinkę nie był zachęcany (wręcz przeciwnie, zważywszy na smutne doświadczenia poprzednich lat...)

czwartek, 28 lutego 2008

Pojawiły się prośby o nowe zdjęcia Bici: oto nasza dzielna kotka-podróżniczka korzysta z udogodnień austriackiego apartamentu, tzn. grzeje się na kaloryferze i wygląda przez okno (w W-wie grzejniki są węższe i bliżej parapetu - kot bez pomocy się nie wciśnie, a i to z trudem).

Do tej pory Bica podróżowała wyłącznie na trasie Mazury-W-wa, za to regularnie i co najmniej 4 razy do roku, zachowując się od dobrze (małe problemy z potrzebami fizjologicznymi i dalej spanie całą drogę) po bardzo dobrze (spanie całą drogę). Jak wspomniałam gdzieś w komentarzach, kot zniósł 13-godzinną podróż w Alpy świetnie - Bica siedziała grzecznie w transporterze niespecjalnie chcąc go opuszczać, nie płakała, nie chciała korzystać z kuwety (mimo dwukrotnego w niej umieszczenia), raz się ożywiła na tyle, by bez lęku rozejrzeć się trochę po samochodzie (oczywiście na postoju) i zjeść trochę tuńczyka. Tylko pod koniec podróży, już przy wjeździe do doliny Gastein, w kratce transportera pojawiła się wyciągnięta łapka - co spowodowało głośne zapewnienia Pani, że już za chwilę, już zaraz, i że wszyscy już są zmęczeni. Wzorowe zachowanie podczas transportu kot odbił sobie w nocy, zawodząc pod drzwiami sypialni conajmniej kilka razy. Potem nastąpiła aklimatyzacja, widoczna także na zdjęciu.

Jeśli chodzi o koty miejscowe, parę lat temu regularnie chodziłam do tutejszej drogerii Bipa oglądać ogromnego puszystego kota-rezydenta, zazwyczaj wyciągniętego na półce lub w plastikowych koszach z produktami promocyjnymi. Niestety, w pewnym momencie znikł ;/ W tym roku, jak na razie, najwięcej atrakcji dostarczyła wizyta w ośrodku Graukogel (moim ulubionym, i najbardziej kameralnym), gdzie na taras baru zawitał ten oto pan:

a niedługo później pojawiła się jego koleżanka, szara tygryska (niestety nie uwieczniona, bo a/szybko się ruszała, b/aparat (=M z aparatem) sobie poszedł). Z innej fauny w tym samym miejscu widzieliśmy królika (kicał, a następnie spał, także za barem) oraz... jelonka (na zamkniętym fragmencie trasy, tuż nad ww. barem). To niektóre zalety retro-ośrodka, w odróżnieniu od nowoczesnego ski-centrum (od których bynajmniej także nie stronię, o czym może jednak przy innej okazji).

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna