Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: napoje

czwartek, 06 kwietnia 2017

Nie wiem, jakim cudem nie upiekłam nigdy Misiankowej szarlotki, gdy robili ją wszyscy forumowicze z Galerii Potraw (co wspomina choćby Dorotuś) oraz blogerzy. Przepis podobno jest autorstwa właścicielki stołecznej cukierni Misianka, w której mam niejasne wspomnienie, że nawet kiedyś byłam. O cieście sobie z jakiegoś powodu przypomniałam niedawno, jak naszło mnie na coś jabłecznego, zdobyłam szarą renetę, a zachciało mi się czegoś innego, niż normalnie. W standardowym repertuarze mamy trzy wypieki z jabłek: tarta, szarlotka (którą robi M, bo dla mnie jest zbyt pracochłonna, plus mam wątpliwości co do ciasta) oraz strudel. W przepisach na Misiankową szarlotkę zniechęcało mnie ciasto: nie lubię kruchego/półkruchego ciasta żółtkowego (stąd wątpliwości do ww. szarlotki) a przewijające się komentarze, że najlepiej jeść na ciepło, bo potem twardnieje, też specjalnie nie zachęcają. Więc wykorzystałam pomysł z farszem itd., ale użyłam ulubionego kruchego spodu, w wersji plus, tj. z maślanką. Choć zmniejszyłam jego ilość, całkiem sporo mi zostało, ale nie radzę robić jeszcze mniej – zawsze można wykorzystać więcej na ozdoby, użyć większej formy lub upiec kruche ciasteczka.

Ciasto jest mniej słodkie, niż w oryginale, więc dałam więcej cukru. Z innych zmian: piekłam w wyższej temperaturze (nie ma obaw, że jabłka szarlotkowe będą surowe po kilkudziesięciu minutach w piekarniku). Przy tych zmianach nie ma problemu ze zbyt twardym ciastem następnego dnia… choć nie wróżyłabym szarlotce zbyt długiego żywota.

Składniki:

  • 400g mąki
  • 200g zimnego masła
  • 60g drobnego cukru
  • szczypta soli
  • Ok. 6 łyżek zimnej maślanki
  • Ok. 1,2 kg jabłek szarlotkowych (reneta, antonówka), obranych, pokrojonych na ½ lub ¼, w przypadku b. dużych jabłek
  • Ok. 3 pełnych łyżek cukru, szczypta wanilii i ½ łyżeczki cynamonu
  • Ponadto: białko do posmarowania
  • Cukier puder do podania

Jabłka zasypać cukrem i przyprawami, odstawić na 2 godziny pod przykryciem. Zlać powstały sok (zachować, wykorzystać w poniższym przepisie).

Ciasto rozwałkować dość cienko na wymiar foremki na tartę (26-28 cm), wyłożyć dno i boki. Nakłuć, schłodzić w lodówce ok. 30 minut (lub 10-15 w zamrażarce). Posmarować białkiem i podpiec w 180 st. C. (termoobieg) przez 15 minut. Jabłka rozłożyć równomiernie na podpieczonym spodzie, ew. niektóre przekroić na wymiar. Rozwałkować pozostałe ciasto, przykryć jabłka, brzegi docisnąć do rantu foremki. Z resztek ciasta wykroić np. ozdobne listki lub upiec kruche ciasteczka. Lekko naciąć w 2-3 miejscach ciasto (patrz zdjęcie). Posmarować białkiem i piec ok. 45 minut w 180 st. C jw., lub do wyraźnego zezłocenia. Podawać ciasto oprószone cukrem pudrem, lekko ciepłe lub schłodzone.

A po co zachowywać sok z jabłek…? Koleżanka kiedyś uczyła się hiszpańskiego. Lektor (Hiszpan) wyznał podczas zajęć, że bardzo lubi szarlotkę i kursantki mu ją upiekły, jako – w zamierzeniu - miłą niespodziankę. Dziwnie mało się jednak ucieszył a właściwie wyglądał na zmieszanego… Okazało się, że chodziło o płynną szarlotkę, tj. żubrówkę z sokiem jabłkowym ;). Mój procentowy jabłecznik jest nieco inny:

Płynna szarlotka z procentami

  • łyżka soku z jabłek, zachowanego z poprzedniego przepisu, lub 2 łyżeczki syropu korzennego*,
  • sok z 1/2 cytryny (lub do smaku),
  • 200ml niefiltrowanego soku jabłkowego,
  • 100ml whisky,
  • 1-2 łyżki białka,
  • cynamon do oprószenia

* ostatecznie można użyć drobnego cukru

Sok przelać przez drobne sitko, by pozbyć się grubszego osadu. Wszystkie składniki koktajlu (poza cynamonem) umieścić w shakerze z paroma kostkami lodu i dokładnie wstrząsnąć. Zweryfikować kwaśność/słodycz. Podawać najlepiej w schłodzonych szklankach lub kieliszkach, oprószone cynamonem.

Zapisz

niedziela, 11 grudnia 2016

Na Mikołajki kupiłam sobie (tj. kupiłam, schowałam do szafki i powiedziałam M, że może mi dać) How to hygge, najnowszą książkę Signe Johansen. Ok, wiem, że niektórzy reagują już alergicznie na słowo hygge, i trudno się dziwić, skoro wszystko jest sprzedawane pod tą nazwą, od artykułów do wystroju wnętrz po ubrania a la worki. Niemniej idea dobrego, prostego życia, bez ekscesów, ale i bez wyrzeczeń, ma wiele sensu, przynajmniej dla mnie ;). W How to hygge poza częścią teoretyczną ("jak żyć"), są oczywiście przepisy. Przyznaję, że moją uwagę przyciągnął krótki rozdział o alkoholach. Większość drinków została opracowana z myślą o zimie l/lub chłodnym klimacie, najczęściej jednak wracałam do zdjęcia klementynkowego whisky sour (o klasycznym koktajlu pisałam kilka miesięcy temu). Gdy w dzień później przyjechało pudło sycylijskich cytrusów, wiadomo było, że trzeba przepis wypróbować, i to jak najszybciej, bo klementynki są efemeryczne*.



W mojej wersji zachowałam wszystkie składniki, ale zmieniłam proporcje, biorąc jedno białko na dwie osoby + zwiększając lekko ilość soku owocowego, bo zwłaszcza cytryny było dla mnie w oryginale za mało.

Składniki:

Syrop korzenny (na do 8 koktajli):

  • 100g cukru (u mnie 50g demerary i 50g białego)
  • 100ml wody
  • 10 zmiażdżonych ziaren kardamonu
  • 5 goździków
  • laska cynamonu
  • 2-3 ziarna ziela angielskiego (opcjonalnie)
  • 3 ziarna pieprzu
  • 3 gwiazdki anyżu
  • kawałek skórki cytrusowej
  • 1cm kawałek świeżego imbiru

Na 2 szklanki koktajlu:

  • 50ml syropu jw.
  • 50ml soku klementynkowego (z ok. 2 owoców)
  • 50ml soku z cytryny
  • 100ml whisky
  • 1 białko**
  • lód
  • do podania: cynamon, skórka starta z klementynki

Wg Signe należy zacząć od schłodzenia szklanek w zamrażarce, i nie jest to głupia sugestia ;). Następnie przejść do przygotowania syropu: zalać cukier wodą, podgrzewać aż cukier się rozpuści, zdjąć z ognia, wmieszać przyprawy korzenne i skórkę cytrusową. Przykryć i odstawić na co najmniej 2h. Po wystudzeniu przechowywać w lodówce.

Aby przygotować whisky sour, wymieszać w shakerze wszystkie składniki poza lodem i dekoracją. Dodać kilka kostek lodu i jeszcze raz dokładnie wszystko wymieszać. Przelać do schłodzonych szklanek, posypać lekko cynamonem i udekorować skórką z klementynki.

* Zjedliśmy wszystkie w 3,5 dnia.

** Nie jest to konieczny dodatek, choć osobiście wolę sour białkowy. Można go jednak pominąć, wówczas koktajl nie będzie miał charakterystycznej pianki.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

sobota, 28 maja 2016

Gorąco u Was? Na Mazurach od kilku godzin zbiera się na burzę, ale zebrać nie może ;). Choć słońce za chmurami, nie da się ukryć: nastała pora napojów chłodzących! Do tej pory uważałam, że najlepszy patent na lemoniadę to zmiksowanie całych owoców; ba, wciąż uważam, że to świetna metoda dla tych, co lubią kwaśne. Zaintrygował mnie jednak pomysł, o którym przeczytałam na portalu The Kitchn - napój z pieczonych owoców. Pieczenie daje słodszy, głębszy smak soku cytrynowego (lub, w moim przypadku, cytrynowo-limonkowego), który wymaga mniejszego dosładzania. Co więcej, jeśli, jak ja, bardzo dokładnie wyciśniecie sok z upieczonych skórek, bez filtrowania czy odcedzania miąższu, na pewno do dzbanka wpadnie też trochę albedo, dzięki czemu napój uzyska lekką (lekką, zaznaczam) nutę goryczki: prawdziwa gratka dla fanów toniku czy Schweppes bitter lemon (do których należę).

The Kitchn zasugerował tylko metodę postępowania z owocami, proporcje pozostawiając własnemu uznania, oto więc jak uzyskałam litr lemoniady:

Składniki: 2 cytryny i 1 limonka, ew. 3 cytryny (idealnie niepryskane, ew. sparzone); 2 łyżki miodu/syropu cukrowego (lub więcej do smaku)

Cytryny przekroić na 1/2, ułożyć nacięciem do dołu w naczyniu żaroodpornym. Piec ok. 30-40 minut w 200 st. C. (termoobieg), aż skórki lekko się pomarszczą/przypieką. Przestudzić. Dokładnie wycisnąć sok do dużego dzbanka (przez sitko, jeśli przeszkadza wam miąższ i ew. upieczone albedo, w moim odczuciu jednak niefiltrowana lemoniada jest lepsza), dodać miód/syrop, dopełnić wodą. Zweryfikować słodycz. Dokładnie schłodzić.

Można rozważyć i inne dodatki smakowe: pieczenie owoców z wbitymi goździkami (np. po jednym na owoc), liście świeżej mięty lub melisy dodane do dzbanka, plasterki ogórka/truskawek, starty świeży imbir, dodatek soku wyciśniętego z pomarańczy, itd. Lato jeszcze się nie zaczęło ;).

Z innych napojów orzeźwiających na blogu były...

 

poniedziałek, 23 maja 2016

Jakiś czas temu podczas pobytu w Warszawie wybraliśmy się z rodziną do restauracji gruzińskiej. M (kierowca) zamówił lemoniadę estragonową. Napój był niepokojąco zielony, ale smakował całkiem nieźle. Mama wzięła łyk i oznajmiła: „Anyż!”. Miała rację, bo mój ukochany estragon francuski (wspominałam o nim wielokrotnie, choćby przy okazji „kurczaka myśliwego”) ma wyraźnie anyżowy posmak – co dla mnie jest ogromnym plusem i nie widzę sensu używania innego estragonu.

Niedawno planowałam przygotować domową lemoniadę estragonową, ale ostatecznie aura nie była wystarczająco letnia (i do chłodnika, i do napojów chłodzących musi być, w moim odczuciu, jednak bardzo ciepło). Zrobiłam więc napój wyskokowy ;). Jakiś czas temu czytałam o basil smash*, koktajlu na bazie ginu; swoją wersję nazwałam tarragon smash. Uwaga, całość jest wyraźnie anyżowa, ale poniżej opisałam też wersję delikatną.

Składniki (1 porcja):

  • 45ml (3 łyżki) ginu,
  • 7,5ml (pół łyżki) pastis**,
  • garść estragonu francuskiego,
  • łyżeczka cukru,
  • woda sodowa i lód,
  • sok z 3/4 limonki (lub do smaku)

Estragon rozetrzeć tamperem w szklance (ok. 250-300ml) z cukrem i sokiem z limonki, odstawić na parę minut. Dodać alkohol, wymieszać, dopełnić schłodzona wodą sodową. Opcjonalnie dodać lód. Podawać od razu.

** W wersji łagodniejszej pominąć lub zastąpić ginem (ew. można spróbować z limoncello?).

Przypominam także innego blogowego „smasha” z procentami, tj. truskawkowego: sezon owocowy już tuż, tuż!

* Dwa dni temu trafiłam do lokalu, w którym można napić się właśnie basil smash (i innych smacznych koktajli – uwaga, są też takie bezalkoholowe), tj. warszawskiego Baru Wieczornego. W trzy osoby udało nam się całkiem sporo przetestować (właściwie było nas czworo, ale E. skupiła się na Młodym Ziemniaku i innych wódkach artystycznych)… choć do ginu z bazylią w końcu nie doszłam, bo inne propozycje za bardzo kusiły (np. drinki z nutą kwiatową – różane czy lawendowe – czy bogata kolekcja moich ulubionych sours). Duży plus za niewielkie, kameralne wnętrze z kolekcjonerskimi plakatami teatralnymi (i klimatyczny dziedziniec) oraz miłą, pomocną obsługę. Polecam, jeśli szukacie miejsca na wieczorne wyjście.

poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Wiosna to nie tylko codzienne obchody ogrodu, żeby zobaczyć, co odrasta (np. czosnek niedźwiedzi czy mięta), a co jeszcze śpi snem zimowym (np. melisa i częściowo maliny). To także czas spędzany na kanapie na zewnątrz, zachwycając się nowym sezonem tarasowym (wiem, że zasadniczo mówi się "balkonowym", ale tego ostatniego nie mam, taras za to tak ;). Nie sądzicie, że do tego obrazu pasuje szklanka... no właśnie, czego?

Pobyt w Londynie przypomniał mi, że koktajle całkiem lubię... Albo inaczej, lubię je, od kiedy wiem, czego szukać (tzn. jakie lubię). Najczęściej wybieram takie na winie musującym/szampanie lub sour, ewentualnie coś cytrusowego lub zielonego na bazie ginu/rumu. W tej pierwszej grupie wciąż bardzo lubię Chłopczycę lub Gwiazdę betlejemską, ale niedawno przypomniałam sobie o artykule nt. drinków inspirowanych Opactwem Downton*, w którym zaproponowano trio koktajli, po jednym na każdą siostrę Crawley (wpis powstał pomiędzy drugą a trzecią odsłoną serialu). I choć najbardziej inspirującą czy pozytywną postacią wydaje się Sybil Crawley, to Lady Mary przyciągnęła mój wzrok... Moja wersja powstała z różowego Lillet (choć można użyć białego, jak w oryginale - szczerze mówiąc, nie widzę między dwoma wermutami wielkiej różnicy) i prosecco, ale choć użyłam bazylii, jak sugerowano, uważam, że lepsza byłaby melisa cytrynowa, mięta lub estragon francuski, ew. mieszanka tych ziół. Może jak odrosną...

Składniki (1 porcja):

  • 30ml Lillet (blanc, rose)
  • ok. łyżka soku z cytryny
  • ok. 6-8 liści ziół (melisa, mięta, estragon, ew. bazylia)
  • ok. 100ml schłodzonego wytrawnego wina musującego (np. prosecco)

Zioła rozgnieść tamperem w soku z cytryny, dokładnie wymieszać z Lillet. Przelać (przez sitko, jeśli komuś przeszkadza zielenina) do kieliszka od szampana, dopełnić bąbelkami. Można udekorować dodatkowym listkiem melisy lub innego użytego zioła. Podawać od razu.

Wspomniałam powyżej o sour. Otóż w zeszłym roku, po lekturze Tygrysów w porze czerwieni (już pisałam tu o tej książce) i scenie pt. siedzimy w szopie na Martha's Vineyard i robimy whisky sour po kryjomu i w warunkach polowych, bardzo zaciekawił mnie smak tego koktajlu. Czysta whisky do mnie nie przemawia, za to wszystko co kwaśne - bardzo, a cytrynowe: wyjątkowo! Zrobiłam najprostszą wersję na zasadzie 1:2:3 (cukier, cytryna, alkohol) i bardzo mi smakowała. Do opcji z białkiem nie mogłam się przekonać, dopóki w londyńskim Cahoots nie spróbowałam ich Cahooch sour. Jak to ujął M: "I to jest pomysł na pozbycie się naszych zamrożonych białek!". Dodam, że na dworze smakuje jakoś (jeszcze) lepiej, białe ganki i Atlantyk nie są niezbędne ;).

 Składniki (1 porcja):

  • 80ml whisky,
  • kopiasta łyżka drobnego cukru (lub 2 łyżki syropu cukrowego*),
  • 1,5-2 łyżki białka,
  • sok z 1/2 cytryny oraz limonki (lub ok. 40ml)

Białko lekko roztrzepać z sokiem z cytryny, przelać do shakera, dodać kilka kostek lodu i pozostałe składniki. Dokładnie wstrząsnąć. Pić od razu.

* Cukier i wodę w proporcji 1:1 wymieszać w rondelku, zagotować, wystudzić. Przechowywać w lodówce.

A na koniec... Do tropików w kraju jeszcze daleko, ale przeszukując zdjęcia z Indii znalazłam uwiecznioną kartę drinków z "naszej" restauracji na Goa! Jakość nie jest najlepsza (smartfonów wtedy jeszcze nie było ;), ale składniki są czytelne. Jednym z naszych ulubionych koktajli było Goańskie dzieciństwo (tzn. w oryginale Goan heritage, czyt. dziedzictwo, ale ktoś gdzieś czegoś nie dosłyszał i tak już zostało ;), choć jakość mieszanki zależała od barmana. Zdaniem M, wyszło całkiem podobnie, tylko "mniej gęste" (bo tam soki były nektarami w koncentracie...). Pomińmy też fakt, że drinki w Arambolu były na fenny (czyt. bimbru) - gdy G. zamówił kieliszek czystej, kelner sam z siebie przyniósł mu Sprite (przydał się).

Składniki (1 porcja):

  • 125ml soku pomarańczowego
  • 125ml soku ananasowego
  • 30ml malibu
  • 45ml ciemnego rumu
  • parę kostek lodu
  • sok z limonki/cytryny do smaku

Wszystkie składniki wymieszać z lodem w shakerze, doprawić sokiem z cytrusów do smaku, podawać od razu.

Plażę w Arambol już kiedyś pokazywałam, ale tu jeszcze dwa widoczki (na zdjęciach wygląda znacznie czyściej ;): czarno-białe zdjęcie bardzo możliwe, że właśnie po wypiciu szklanki Goańskiego dzieciństwa ;).

* Jedyny serial, który obejrzałam cały, tj. wszystkie sześć serii :).

wtorek, 15 grudnia 2015

Słowo "grzaniec" kojarzy mi się przede wszystkim z czerwonym winem, i kojarzy z kubkami austriackiego Glühwein oraz zapachem krakowskiego Rynku w okresie świątecznym (czyt. opary Grzańca Galicyjskiego). Idąc dalej jest oczywiście grzane piwo, które mniej lubię, ale jakąś filiżankę na rok zdarza się wypić i... na cele blogowe ze dwa razy zrobiłam grzany cydr ;). Na tym koniec. Nigdy nie piłam grogu czy grzanego ponczu (a łyżka rumu w herbacie chyba się nie liczy).

Pewnie też z powyższych powodów nie wpadłam nigdy na to, żeby zrobić grzańca na bazie soku, nie wina. Gdy w sklepie włożyłam do koszyka butelkę mętnego soku śliwkowego, myślałam raczej o wymieszaniu go z prosecco (ten pomysł jeszcze wróci ;). Tak naprawdę zainspirowało mnie przeglądane w internecie propozycji zimowych drinków w Solec 44 oraz oglądanie obrazków w Nigella Christmas.

Dwie uwagi nt. składników: użyłam herbaty rooibos, bo ją a/ lubię, b/ nie szkodzi mi tak, jak zielona (której w ogóle nie piję) czy czarna (której piję wyjątkowo rzadko, w wyjątkowych okolicznościach), c/ mam akurat wariant korzenny ;), można ją jednak zastąpić inną ulubioną lub naparem owocowym. Jeśli chodzi o alkohol, użyłam m.in. nalewki mojej Cioci, która jest niezbyt mocna i słodka. Można zastąpić czymś innym, co jest pod ręką.


Składniki (2-3 porcje):

  • 1 szklanka wody
  • kopiasta łyżeczka herbaty rooibos (lub innej ulubionej, najlepiej z dodatkiem przypraw korzennych)
  • kawałek skórki pomarańczowej (eko lub sparzonej), opcjonalnie dodatkowa do każdego kubka do podania
  • 300ml soku śliwkowego (najlepiej niefiltrowanego)
  • 60ml brandy pigwówkowej (lub zwykłej)
  • 60ml pigwówki-nalewki (lub innego słodkiego alkoholu o ok. 18-21% alkoholu)
  • korzenie: 3 goździki, 1 gwiazdka anyżu, laska cynamonu
Wszystkie składniki poza alkoholem umieścić w rondelku, zagotować, skręcić ogień na mały i delikatnie podgrzewać 2-3 minuty. Dodać alkohol i podgrzać jeszcze 1-2 minuty (ale już nie zagotowywać!). Podawać od razu.

Zachęcona sukcesem wersji śliwkowej zrobiłam także opcję z rozcieńczonym sokiem malinowym i whisky (dodając alkoholu o 1/3 mniej), ale jednak śliwka rządzi ;).

PS. A kubek ze zdjęć to ten sam, który pokazywałam kilka lat temu: z Mamą Muminka. Od kilku lat nie pijam w nim kawy (bo wybieram mniejszą objętość), ale - jak widać... - świetnie sprawdza się do innych napojów.


czwartek, 20 sierpnia 2015

Kto ma jeszcze w ogrodzie rabarbar? W tym roku M bardzo serio podszedł do naszej kępy rabarbarowej (czy też dołka, zważywszy na lokalizację...). Po paru latach wzdychania podczas przebieżek przed domem byłych sołtysów i wyjątkowo dorodnym rabarbarem (z którego nawiasem mówiąc właściciele chyba w ogóle nie korzystają), podszedł do sprawy poważnie i, jak mówi nasza zaprzyjaźniona ogrodniczka, „dał mu jeść”. To znaczy porządnie go nawiózł naszym kompostem, kilka razy (plus przepielił, nawodnił, itd.). Okazało się, że rabarbar chyba lubi jeść, bo tak duży nie był nigdy (czyt. zaczął przypominać rabarbar, a nie sadzonkę), no i rośnie do tej pory. W związku z tym niedawno z paru łodyg zrobiłam lemoniadę, a właściwie krzyżówkę kompotu z hot ginger lemon honey (które, jak się okazało, świetnie też smakuje solo w postaci schłodzonej!). W smaku, moim zdaniem, najmocniej czuć rabarbar i... miód.

Składniki:

  • ok. 2 dużych łodyg rabarbaru,
  • 2 goździki,
  • 3-5 plastrów imbiru (średnicy paznokcia u kciuka ;),
  • 3 łyżki miodu,
  • sok z 1 ½ cytryny

Rabarbar z grubsza pokroić, zalać ok. 350ml wody, dodać goździki, miód i imbir (ilość plastrów: wg upodobań, zaczęłam od trzech, ale uznałam, że to za mało i dołożyłam potem 2), gotować ok. 15 min. Przestudzić, odcedzić (jeśli wam nie zależy na klarowności, można lekko przetrzeć). Osobno wymieszać sok z cytryny z 600ml wody. Połączyć wodę cytrynową z rabarbarem, zweryfikować smak, ew. dosłodzić lub dokwasić. Całość schłodzić w lodówce.

Podobno upały jeszcze mają wrócić ;).

czwartek, 18 czerwca 2015

Ponad tydzień temu siedziałam wieczorem na tarasie, czytając książkę, gdy M pojawił się przede mną ze szklanką wypełnioną - na pierwszy rzut oka - truskawkami, miętą i wodą. Po spróbowaniu okazało się, że jest tam nie tylko woda ;). Zaskoczona spytałam: "Co to?" i usłyszałam: "Strawberry smash".

Oczywiście musiałam wygooglać, o co chodzi, ale w skrócie wszelkie smashe to drinki na bazie zmiażdżonych (jak słowo smash wskazuje) owoców. Warianty są różne, choć truskawki są chyba popularnym wariantem. Napój mi się spodobał, i w jakiś tydzień później zrobiłam swoją wersję...

Składniki (1 porcja, oczywiście w zależności od zapotrzebowania stosownie zwiększyć):

  • ok. 6-7 truskawek, z tego 2 do dekoracji
  • kopiasta łyżeczka cukru
  • parę liści melisy cytrynowej (lub mięty, lub np. werbeny/bazylii)
  • sok z 1/2 limonki
  • 50ml rumu lub ginu (osobiście wolę ten pierwszy)
  • lód (kruszony lub zwykły)
  • woda sodowa (polecam!) lub gazowana

W większej szklance umieścić 2/3 truskawek, cukier i zioła, dokładnie rozgnieść. Dodać sok z limonki i alkohol, wymieszać. Dopełnić wodą gazowaną/sodową, dodać parę kostek lodu lub 1-2 łyżki kruszonego oraz pozostałe truskawki (całe lub pokrojone na 1/2). Pić od razu, najlepiej z widokiem na przyrodę ;).

wtorek, 07 października 2014

Wydawało mi się, że skończyłam z tematem amerykańskiej wycieczki na blogu, tymczasem jednak zapomniałam wspomnieć o jednym aspekcie Nowego Jorku (który dotyczy może wszystkich dużych miast, zwłaszcza zachodnich) - życie nocne. Nie jestem wielką fanką drinków (wino - o, to inna sprawa ;), ale uznaliśmy, że wypadałoby choć raz się na jakieś wybrać. Poszliśmy więc do polecanego (dziękuję Kamillo :) The Campbell Apartment, znajdującego się na tyłach dworca Grand Central. Jeśli macie ochotę na wypicie kieliszka lub dwóch w bardzo stylowym wnętrzu, plus do tego jesteście fanami lat 20-tych, to miejsce dla Was. Uwaga, ceny nie są niskie, a szorty czy japonki lepiej zostawić w domu: nie jestem w 100% pewna, czy obowiązuje dress code, ale jest po prostu dość elegancko, oraz... ciemno, stąd zdjęć nie mam żadnych, choć na sam bar nie mogłam się dość napatrzeć. Jedyny minus to oblanie bublotestu (o którym kiedyś wspominałam).

Bryant Park

Podczas ostatnich dni w Nowym Jorku powtórzyliśmy rozrywkę, tym razem celując w bary "z widokiem", tj. na dachu. Top of the Strand okazał się bardzo głośny i niespecjalnie z klimatem, ale podobało mi się w Bookmarks na dachu Library Hotel. Także Bryant Park to dobre miejsce, by popatrzeć na światła wielkiego miasta, popijając na tarasie kawiarni np. koktajl na bąbelkach, czy to na szampanie, czy prosecco. Choć te, które wybrałam w The Strand i Bookmarks były smaczne, nie dorównywały Flapper's Delight z The Campbell Apartment: tamten koktajl miałam ochotę przelać do flakonika i używać zamiast perfum.

Składniki były proste: szampan, amaretto, sok z papai i skórka pomarańczowa. Proporcje, oczywiście, nieznane. Swoją wersję zrobiłam z prosecco i (z konieczności) innym sokiem i choć nie wyszło całkiem tak samo, pewne podobieństwo jest. Koktajl nazwałam krócej i swojsko, ale zachowując klimat: "Chłopczyca" :).

Składniki (2 kieliszki): 200ml soku z papai, ew. jabłkowego z papają, ew. jabłkowego; 200ml prosecco; 15ml (łyżka) amaretto; ok. 3 kawałków (wstążek) skórki pomarańczowej (z ekologicznej lub sparzonej pomarańczy)

Sok przelać do szklanki lub dzbanka, dodać kawałek skórki pomarańczowej, schłodzić kilka h w lodówce. W kieliszku do szampana umieścić 1/2 łyżki (7,5ml) amaretto, wlać 100ml prosecco, dopełnić sokiem, dodać kawałek skórki pomarańczowej. Pić od razu, najlepiej z muzyką tematyczną (bez Bublé) w tle ;).

PS. Koktajl pasuje na odświętne okazje, typu uroczystość, czy okres sylwestrowo-karnawałowy i okołoświąteczny.

wtorek, 09 września 2014

Parę dni temu obiecałam pierwsze impresje z USA. Tym razem jestem w drodze do Vermontu. Dzień rozpoczęłam od zejścia na parter pensjonatu, do źródła kap kap (ustawianej o 6:30 rano dla rannych ptaszków), a na późniejsze śniadanie jedliśmy m.in. stratę (zapiekankę zbliżoną do croque monsieur) oraz gofry z, uwaga, jagodami amerykańskimi (wild blueberries) – o których istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia. Są słodsze od „naszych”, ale b. smaczne, i rosną np. w górach Maine.

Opis Nowej Anglii poczeka jednak na kolejny wpis, bo zaczęłam – jak wiele osób przede mną – od Nowego Jorku, ale na swoje szczęście, w przeciwieństwie do niegdysiejszych emigrantów, nie od traumatycznych doświadczeń na Ellis Island ;). Na lotnisku wylądowaliśmy wczesnym wieczorem, wg czasu polskiego – w środku nocy. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wyjściu z autobusu koło dworca Grand Central, była oświetlona kopuła budynku Chryslera. Widok w połączeniu z niskimi chmurami i odbijającymi się światłami miasta sprawił, że zawołałam: „Gotham!”. I wieżowiec pozostał moim ulubionym (jak na razie) budynkiem w NYC (a nastawiałam się na zachwyt nad Mostem Brooklyńskim). Tymczasem ciągnęliśmy walizki do hotelu, ulice były ruchliwe jak w dzień, a wokół pachniało... curry.

Pierwsze (wczesne... zmiana czasu robi swoje ;) śniadanie składało się z kultowego zestawu: bajgli (ze śledziem doprawionym na słodko, co przypomniało mi o pewnej książce, i pastą z tuńczyka) i słabej mlecznej kawy. Inne możliwe warianty dodatków obejmowały siekaną wątróbkę, serek śmietankowy oraz łososia w różnych postaciach. Obsługa mówiła z akcentem, podobnie jak co druga osoba, z którą miałam do czynienia w Nowym Jorku.

W ciągu kolejnych paru gorących dni w mieście odkryłam, że kawa nie musi być lurowata, skoro mogłabym wyjść w kapciach po zupełnie przyzwoitą flat white, i to można wybierać między kawiarnią tuż obok hotelu a tą za rogiem. Oba lokale czynne od 7 rano, co w NY wydaje się normą, skoro przeciętny człowiek idący rano ulicą, czy to do pracy, czy na spacer z psem, czy wracający z biegania, niesie w ręku tekturowy kubek lub coś zbliżone objętością do wiaderka ;).

Kontynuując temat śniadania, jednym ze spożywczych „do zaliczenia” był diner jak z filmów. Taki serwujący naleśniki, placek owocowy i morze słabej kawy, dolewanej wielokrotnie przez obsługę. Marzenie zrealizowaliśmy trzeciego dnia w Nowym Jorku, umawiając się na spotkanie z koleżanką w Scotty's Diner. Były i naleśniki, i to wielkości ponadnaturalnej ;), podane z masłem, syropem klonowym, i morze dolewanej kawy kap-kap, i woda z lodem stawiana bez pytania na stole. Zrozumiałam, czemu David Lebovitz udzielał szczegółowych rad czytelnikom jak prosić/domagać się kranówki we Francji, bo taka oczywiście była ta woda, i to mocno chlorowana. Choć jestem zwolenniczką wody z kranu, miałam kłopot z przyzwyczajeniem się tego basenowego smaku - w Midtown, bo już na Chelsea Market woda była smaczniejsza, a poza Nowym Jorkiem zupełnie neutralna.

W temacie Chelsea Market: jak ktoś jest kulinarkiem czy też, stosując polanglo, „foodisiem” (fudisiem?) i wybiera się do NY, pewnie już ma to miejsce na liście do odwiedzenia. Poza faktem, że można się tam najeść i zrobić zakupy, hala jest ciekawa architektonicznie, jeśli się lubi klimaty postindustrialne (i warto połączyć wizytę z obejrzeniem chociaż kawałka pobliskiego High Line). Zakupów nie robiłam, za to wybraliśmy się na ostrygi do Cull & Pistol, a właściwie to talerz mieszanych specjałów z tzw. raw bar, na które składały się ostrygi, surowe krewetki i małże. Konkretnie to tzw. littleneck (leukoma staminea), w przypadku których przeżyłam niemiłą niespodziankę. Nie sądziłam, że są jakiekolwiek owoce morza, których bym nie lubiła – a jednak, i są to właśnie te małże :) (utwierdziłam się w pierwszym wrażeniu jeszcze raz w Maine).

W Nowym Jorku także rozpoczęłam testowanie piw z małych browarów (craft beers). O ile kiedyś piwo amerykańskie kojarzyło mi się z butelkami Millera czy Corony, pogardliwie nazywanych albo „damskim piwem” albo mniej elegancko sikami, to nowe napoje typu IPA są z drugiego końca skali. Często jestem w stanie obiektywnie ocenić, że piwo jest oryginalne, smaczne itd., ale nie w moim typie, bo przeważnie są za ciężkie i bardzo gorzkie, nawet te opisywane jako „lekkie, letnie piwa”. Zdarzyły się jednak oryginalne perełki typu Great South Bay Blood Orange (smakujący grejpfrutowo, co w praktyce jest znacznie smaczniejsze, niż może się wydawać ;) lub white ale.


Poza ostrygami udaliśmy się na „prawdziwe” (nie fastfoodowe) burgery. Przy prośbie o słabo wysmażone mięso kelner ostrzegł mnie, że krwiste oznacza naprawdę krwiste i zasugerował jednak medium. M niezrażony poprosił o rare. Pierwszy raz jedliśmy hamburgery tak mało wysmażone i – choć pewnie to mało odkrywcze – okazało się, że w przypadku dobrego mięsa to działa. Natomiast zdziwiło mnie pytanie, czy nie chcę sera, bo pomysł, że miałabym zabijać świetną wołowinę stopionym serem, wzbudził mój sprzeciw (pomijam to, że na do burgera podano na stół także rozliczne sosy, bo ich użycie jest dowolne). Potem przestałam się dziwić, gdy odkryłam, że przy każdym prawie daniu (mięsnym lub nie) proponuje się klientowi dodatek sera lub też ten ser gdzieś się przewija. Uwielbiam tą postać nabiału, ale... nie zawsze i nie wszędzie. Jak widać jednak, umiar niekoniecznie jest cnotą amerykańską ;).

Na ostatnią kolację podczas pierwszego pobytu w Nowym Jorku (bo za dwa dni tam wrócę) udaliśmy się tropem pierwszych aromatów, czyli curry. Mieszkaliśmy na skraju dzielnicy Murray Hill, zwanym Curry Hill, od skupiska restauracji indyjskich na obszarze 2-3 przecznic przy Lexington Avenue. Nam wystarczyło obejście jednej przecznicy, obejrzenie około 20 restauracji i ich menu, i wybranie jednego lokalu. Od powrotu z Indii w restauracji indyjskiej byłam tylko raz, i zapomniałam, jak lubię tą kuchnię w takim wydaniu ;). Różnica między Bombajem a Nowym Jorkiem jest taka, że nad Atlantykiem mówią poprawnie „salted lassi” (nie „salt”) i pije się wodę z kranu, a reszta (włącznie z akcentem) jest taka sama ;). To jeden z plusów mieszkania z takiej metropolii – wszelkie kuchnie świata na wyciągnięcie ręki, i w dużym wyborze.

Cd. wrażeń spod znaku Nowej Anglii nastąpi wkrótce.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna