Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: napoje

wtorek, 02 sierpnia 2011



Czerwone porzeczki znów obrodziły, ale w przeciwieństwie do poprzedniego roku, nie zostały zjedzone przez ptaszki. Poza sosem do sernika, część owoców, która nie została zjedzona na surowo, została przetworzona. Konkretnie zrobiłam sok - taki, jak z czarnych porzeczek (i tym razem spasteryzowałam).



Ponad kilo przerobiłam na galaretkę porzeczkową wg przepisu podanego przez Gospodarną Narzeczoną. Galaretka w słoikach wygląda na średnio zżelowaną (podobnie jak poprzednia wersja), ale już w lodówce solidnie tężeje.



 Składniki:

  • 900g czerwonych porzeczek
  • 350g cukru na każde 650ml soku

Umyte porzeczki wraz z ogonkami wrzucamy do garnka, dolewamy 300 ml wody i gotujemy pod przykryciem przez 20-25 minut. Wylewamy na sito wyłożone gazą i zostawiamy do ociekania na 4 do 12 godzin. Można zostawić na noc (i ja tak zrobiłam :). Mierzymy objętość soku, wsypujemy odpowiednią ilość cukru i podgrzewamy, aż cukier się rozpuści. Gotujemy na dużym ogniu przez 10 minut. Zdejmujemy pianę i przelewamy do czystych słoików, zakręcamy, stawiamy do góry dnem, by się zassały. Po tym czasie przenosimy we względnie chłodne miejsce, typu piwnica.

Zrobiłam także dżem porzeczkowo-renklodowy (vide pierwsze zdjęcie u góry).

 Składniki: 

  • ok. 400g dojrzałej renklody (waga po wydrylowaniu)
  • ok. 700g czerwonej porzeczki
  • ok. 350-400g cukru (lub więcej do smaku)

Śliwki umyć, wydrylować nad garnkiem - puszczają dużo cennego soku. Podgrzać lekko na średnim ogniu. Gdy trochę zmiękną i zaczną rozpadać, dodać umyte porzeczki. Masę zagotować, skręcić ogień na średni, dodać cukier, mieszać, aż się rozpuści. Gotować ok. 40-45 minut, aż masa zgęstnieje, ale nie będzie mocno wysmażona. W mniej więcej połowie czasu zweryfikować słodycz - ja zaczynałam od ok. 300g cukru i dosładzałam kilka razy, ale jest to kwestia smaku. Przełożyć do gorących, wyparzonych słoików, zakręcić i krótko spasteryzować (u mnie w piekarniku - 15 minut w 160 st. (termoobieg) i drugie tyle w piekarniku wyłączonym, potem uchyliłam drzwiczki, obróciłam słoiki do góry nogami i zostawiłam tak na ok. 10 minut).



Jeszcze trochę na krzaku zostało...

niedziela, 26 czerwca 2011



W Tajlandii wyróżnia się trzy pory roku (gorącą, deszczową i suchą); na południu kraju tylko te dwie ostatnie. Niezależnie od pory roku, jest - przynajmniej dla osoby pochodzącej z innej strefy klimatycznej - mniej lub bardziej gorąco i napoje, zwłaszcza chłodzące, są wskazane. Najlepiej w dużych ilościach.

O tym, że woda z kranu nie nadaje się do picia, ale o wodę pitną nietrudno, a często oferowana jest bezpłatnie, wspominałam. Ponadto sprzedawcy uliczni oferują różne słodzone napoje w psychodelicznych barwach, często pakowane w woreczki; raz skosztowałam wściekle zielonej płynnej landrynki podczas wycieczką łodzią i więcej nie eksperymentowałam. Z ciekawością za to spróbowałam napoju z sokiem z tamaryndy; smak był bardziej słodki niż kwaśny, nieco apteczny i chyba jednak wolę tamaryndę w potrawach. Sok z limonki, który piłam na Koh Tao, był doprawiony... solą i przyjemnie orzeźwiający, podobnie zresztą jak lekko kwiatowy napój z wyciągiem z zatwaru, którym zostaliśmy poczęstowani w centrum masażu na terenie Wat Pho w Bangkoku. Raz także skosztowaliśmy lekkiego soku z zielonego kokosa:



W zakresie napojów bardziej wyskokowych, wypróbowałam cztery tajskie piwa, o dziwnie podobnych do siebie nazwach - Singha (Lew), Leo, Tiger i Chang, i dziwnie wszystkie podobne w smaku ;); najczęściej sprzedawane w małym formacie, w osłonkach mających zapobiegać zbyt szybkiemu ocieplaniu napoju.





Nie mogłoby zabraknąć kawy i herbaty. Jeśli powiedzenie, że cała Tajlandia przeżywa boom kawowy, jest przesadą, to przynajmniej ma to zastosowanie w przypadku Chiang Mai, zwłaszcza, że to na północy Tajlandii (okolice Chiang Rai) znajdują się plantacje kawy. W Chiang Mai piliśmy też najlepsze espresso. Poza dużymi krajowymi sieciówkami (Wawee czy Black Canyon) są też mniejsze kawiarnie, a także (oczywiście!) kawowe stragany uliczne (i jest też oczywiście międzynarodowa sieć na S vel Szmajbuks, ale to miejsce omijam z zasady szerokim łukiem ;). Ciekawe jest to, że poza kawami w stylu zachodnim (celowo piszę zachodnim, nie włoskim, bo espresso jak na mój gust było nieco przelane wodą, i objętość kawy zawsze za duża) można napić się także kawy w stylu tajskim, a ponadto właściwie każdy napój występuje w formie ciepłej i mrożonej (poza espresso), i jest wówczas od razu słodzony. Gdy tego nie sprecyzujemy przy zamówieniu, kelner zazwyczaj się upewni: "Hot? Cold?".



Dotyczy to także herbaty; widoczna poniżej herbata z miodem i cytryną także mogła być pita na ciepło lub na zimno - i widać, jaki wariant wybrałam...



Zamawiając kawę po tajsku spodziewałam się napoju gorącego, tymczasem jest to właśnie kawa mrożona - bardzo mocna, z długo parzonej kawy lub koncentratu kawowego, często podawana czarna.



Tajska herbata jest także - surprise - mrożona i mocna, przy czym może być doprawiana np. tamaryndą i podkolorowana barwnikiem spożywczym (jak moja poniżej):



Mogłoby się wydawać, że po powrocie do Polski i niższych temperatur mogłabym mieć dość napojów z lodem, ale może złapałam bakcyla, bo z dużą ciekawością przeczytałam przepis na koncentrat kawowy do kawy mrożonej na znanym blogu The Pioneer Woman Cooks. Najbardziej trafił mi do przekonania argument, że w przypadku tradycyjnej cafe con hielo gorąca kawa zbyt szybko rozpuszcza lód (prawda), który zandadto rozrzedza kawę (też prawda) i całość nie jest nigdy całkiem chłodna, chyba, żeby wypić napój duszkiem (ale chyba nie o to chodzi). Ree podaje proporcje na ogromną ilość koncentratu, ja zrobiłam z 1/2 ilości kawy (paczki 250g) i trochę innej ilości wody, a i tak mam kilka pojemników w różnych zakątkach lodówki; podobno jednak można ekstrakt przechowywać ok. 3 tygodni*(szczelnie zamknięty).



Koncentrat kawowy (na kawę mrożoną), na podstawie tego przepisu

Składniki:

  • 250g kawy mielonej
  • 3,5 litra wody (u mnie przefiltrowana)
  • do podawania: schłodzone mleko, syrop cukrowy

Wsypać kawę do dużej miski, zalać zimną wodą. Odstawić na noc (lub co najmniej 8 godzin, można na dłużej). Po tym czasie wyłożyć sitko gazą (co najmniej podwójną warstwą) i przecedzić kawę, lekko przeciskając fusy przez gazę. Powstały płyn (ponad 3 litry) - to nasz koncentrat. Przelewamy go do szczelnych pojemników/butelek/słoików i schładzamy w lodówce. Chcąc przyrządzić kawę, napełniamy (mniej lub bardziej, u mnie mniej) lodem, nalewamy koncentrat (proporcje dowolne) i schłodzone mleko. Dosładzamy do smaku (przyda się syrop do napojów, który lepiej rozpuszcza się niż nawet drobny cukier); oczywiście, gorzka kawa mrożona też jest dla ludzi, choć wyjątkowo wolę słodką. Ree sugeruje także opcję ze słodzonym mlekiem skondensowanym - nie próbowałam (jeszcze :).

* Osobiście sądzę, że 10-14 dni to maksymalny czas przechowywania.

czwartek, 17 marca 2011

Zieloną tartę zrobiłam parę dni temu, ale że dziś świętujemy Św. Patryka, i powinno być zielono - pasuje jak znalazł ;) Przepis z rodzaju "potrzeba matką wynalazków". Długo się zastanawiałam, co ew. pasuje do puszki tuńczyka, którą miałam w domu, i po namyśle doszłam do wniosku, że szpinak w liściach. Miałam rację.

Składniki:

  • kruche ciasto maślankowe wg tego przepisu lub inne ulubione kruche, w ilości jak na małą tartownicę (ok. 24 cm średnicy; z ok. 140-150g mąki)
  • oliwa
  • ok. 450g mrożonego szpinaku w liściach
  • 1-2 ząbki czosnku
  • sól, pieprz, chilli, suszone pomidory w płatkach
  • puszka (ok. 185g) tuńczyka w zalewie
  • 1-1,5 łyżeczki kaparów w zalewie
Z ciastem kruchym postępować tradycyjnie: zrobić, schłodzić, rozwałkować, wyłożyć formę i schłodzić, podpiec na ślepo (z obciążeniem) ok. 10 minut w 190 st. C i drugie tyle bez obciążenia.
Wówczas, gdy tarta się chłodzi i piecze, przygotowujemy farsz: na rozgrzanej oliwie (lub mieszance oliwy z masłem) przesmażamy rozdrobniony czosnek, dorzucamy szpinak i rozmrażamy na średnim ogniu (może być pod przykryciem). Rozmrożony doprawiamy do smaku solą, pieprzem, odrobiną chilli i suszonymi pomidorami w płatkach (można użyć też ok. łyżki takich z oliwy, osączonych i posiekanych). Gotujemy bez przykrycia, by całość odparowała. Dodajemy osączonego tuńczyka, gotujemy ok. 2-3 minut. Zdejmujemy z ognia, dodajemy kapary z zalewy (osączone), mieszamy, sprawdzamy doprawienie. Umieszczamy farsz na podpieczonym spodzie, skrapiamy oliwą i pieczemy ok. 20-25 minut w 190 st. C.

Tarta jest smaczna i na ciepło, i na zimno, i niekoniecznie w dniu patrona Irlandii. Tego dnia jednak można ją popić zielonym piwem (dodając ok. łyżki likieru Blue Curaçao do 250 ml piwa). Sláinte!

PS. I podpinam wpis pod "zieloną akcję" - vide banner.

wtorek, 28 września 2010

Będzie dość krótko o odkryciu obecnego wyjazdu do Austrii, mianowicie o Sturmie, czyli młodym winie. Do tej pory młode wino kojarzyło mi się głównie z jakimiś tekstami piosenek, Beaujolais Nouveau, którego nie lubię oraz z czeskim filmem pt. Młode wino (Bobule). Tytułowy wybuchowy trunek (zwany także po czesku burčák) odgrywa tam ważną rolę, np. w poniższej scenie:

Gdy przyjechaliśmy do doliny Gasteinu dwa tygodnie temu i zobaczyłam, że wszystkie bary są oblepione plakatami z napisem "Sturm", przypomniały mi się opowieści rodziców z ich późnoletnich/jesiennych wakacji i uznałam, że trzeba spróbować. Nie liczyłam na nic specjalnie ciekawego, a tymczasem... wpadłam. Za pierwszym razem trafiło nam się wino idealne - próbowaliśmy i czerwonego, i białego. Oba były mocno schłodzone, dość słodkie, musujące, bardzo orzeźwiające i... zdradliwe (przypuszczalnie zwłaszcza pite na słońcu). Późniejsze degustacje bywały różne. Doszłam do wniosku, że białe młode wino jest bezpieczniejsze smakowo, gdyż czerwone zdarza się a/niestety kwaśne, b/dość mocne (a wciąż nalewane do szklanek/kieliszków 250 ml). Białe mnie nigdy nie zawiodło, choć czasem było zbyt mało schłodzone. Wczoraj ku swojej radości znalazłam także Sturm w lodówce w supermarkecie, koło jaj i nabiału. Były dwie opcje, wybrałam białe. Hm, ostatni raz kupowałam wino w plastikowych butelkach dawno temu w Grecji (i było ono tańsze od wody ;). Na etykiecie zamieszczono ostrzeżenia, by napój otwierać ostrożnie i powoli, oraz by butelki nie odwracać do góry nogami. Zawartości alkoholu nie podano (M: "Niemożliwe. Musi być" - no, ale nie było). Wikipedia usłużnie podaje, że może mieć od 4 do 10% zawartości alkoholu, czyli można powiedzieć, że oscyluje w okolicach mocy piwa.

Próbowaliście kiedyś :)?

PS z 1.10.2010: A oto niemiecki Sturm, czyli Federweisser, sprzedawany wczoraj w Monachium:

środa, 04 sierpnia 2010

Nie, nie oszalałam, i nie wydaje mi się, że wciąż trwa lipiec :) Półmetek wakacji za nami i uznałam, że czas na małe owocowe podsumowanie nt. tego, co się działo do tej pory. A że owoce lubię, chyba nikt nie wątpi, patrząc nakategorię wpisów.

Jak niektórzy z Was wiedzą, niestety natura (czyt. żarłoczne ptaki) pozbawiła mnie w tym roku własnych porzeczek działkowych. Zacisnęłam zęby i nabyłam stosowną ilość na targu. Z czarnych (oraz osobno z wiśni) zrobiłam nalewkę oraz konfiturę - łącznie z 3 kg owoców, ale poniżej proporcje dla 1 kg.

Składniki: 1 kg czarnej porzeczki, ok. 300g cukru, opcjonalnie: sok z ok. 1/4-1/2 cytryny

Porzeczki umyłam, umieściłam w rondlu. Zasypałam cukrem (początkowo 200g), wymieszałam, doprowadziłam do wrzenia, pohamowując chęć podlania wodą (często mieszałam, lekko rozgniatając owoce, które szybko puściły sok). Po zagotowaniu lekko skręciłam ogień. Sprawdziłam doprawienie i lekko dosypałam cukru. Po ok. 10-15 minutach znów skosztowałam i znów lekko dosłodziłam (łącznie dałam ok. 300g cukru). Od zagotowania gotowałam owoce na średnim ogniu ok. 30 minut. Pod koniec gotowania dodałam sok z cytryny. Zestawiłam z ognia na ok. 10 minut, sprawdziłam gęstość i słodkość. Ponownie lekko podgrzałam kilka minut. Przekładałam gorącą konfiturę do czystych, wyparzonych i wysuszonych słoików (+ przetarłam pokrywki spirytusem). Pasteryzowałam krótko w piekarniku (15 minut we włączonym na 160 st. C, w kąpieli wodnej + 15 minut w wyłączonym).

W podobny sposób zrobiłam konfiturę wiśniową, tam jednak dałam częściowo cukier z dodatkiem pektyny. Mimo to konfitura wyszła odrobinę zbyt płynna - prawdopodobnie za mało pektyn lub zbyt krótko gotowałam.

Na szczęście, dla zrównoważenia katastrofy porzeczkowej, nasz leśny malinowy chruśniak obrodził. Z zerwanych malin (a leśne są znacznie bardziej aromatyczne od ogrodowych!) zrobiłam sok, taki jak z porzeczek, dodając jednak tylko ok. 220g cukru na ok. litr soku z owoców. Ze względu na mniejszą zawartość cukru, ten sok już naprawdę należy trzymać w chłodzie lub spożyć bardzo szybko.

Garść malin użyłam także, razem z jagodami, jako posypkę najprostszego owocowego ciasta ucieranego. Ono zawsze wychodzi, więc tym razem też wyszło :)

Pozostałe maliny zostały skonsumowane w najprostszym możliwym deserze: owoce, jogurt naturalny i kruche ciasteczka, robione wg odkopanego przepisu. Wyszły bardzo delikatne, nie za słodkie, idealne do poobiedniej herbaty. Zniknęły bardzo szybko...

Ze świeżych malin (już nie leśnych, niestety) zrobiłam także kolejną wersję sernika londyńskiego (tak, wiem, ile można... No, dużo można :).

Składniki: 1 sernik londyński przygotowany wg tego przepisu, składniki polewy: ok. 200-250g malin, ok. 3 łyżek wody, ok. 3-2 łyżek cukru, ok. 1-2 łyżek mąki ziemniaczanej

Maliny umieścić w rondelku, zalać wodą, dosłodzić do smaku, zagotować. Skręcić ogień na mały, zebrać ok. 3 łyżek powstałego soku i rozetrzeć na pastę z mąką ziemniaczaną (można najpierw dodać 1 łyżke mąki, jeśli sos za mało zgęstnieje, czynności powtórzyć z 2 łyżką). Powstałą masę powoli dolewać do malin, cały czas mieszając, by nie powstały tzw. gluty. Owoce powinny szybko i wyraźnie zgęstnieć. Wystudzić, schłodzone wyłożyć na schłodzony sernik, całość znów schłodzić.

I w lipcu i w sierpniu trwa także sezon na morele, brzoskwinie i nektarynki. W Wołowcu rok temu zasmakowałam w owsiance z cynamonem i brzoskwiniami. Swoją robię tak, jak tu (owsianka na mleku), dodając trochę cynamonu i rodzynek, oraz mieszając gotowe płatki z pokrojoną w kostkę nektarynką.

Teraz czekam na kolejną partię owoców - sierpniowe śliwki i inne. Na jutro mam plany morelowe...

niedziela, 18 lipca 2010

Nie wiem, jak u Was, ale na Mazurach wreszcie trochę się ochłodziło. Wczoraj próbowałam przepielić ogródek ziołowy i szybko zrezygnowałam z powodu upału. Po krótkim popływaniu w jeziorze wróciłam do domu i zaparzyłam dwa duże kubki słodkiej, mocnej herbaty: jeden czarnej, drugi zielonej. Z obu przygotowałam następnie dwa dzbanki herbaty mrożonej. Czarną wypiliśmy solo, zielona posłużyła jako baza do drinków z rumem - podobne piliśmy kilka lat temu w upalnym Wilnie. Aha - powyższa zieleń to złudzenie optyczne, spowodowane kolorem dzbanka: herbata aż tak zielona nie była.

Składniki: ok. łyżki ulubionej herbaty czarnej lub zielonej, 5-6 łyżeczek cukru, 1 cytryna/limonka, opcjonalnie: świeża mięta

Zaparzyć duży kubek (300-350ml) mocnej herbaty (ja używam sypkiej + zaparzarki wsadzanej do kubka). Posłodzić. Ostudzić. Przelać do dzanka. Dopełnić wodą do ok. 700-750 ml (czarną, jeśli bardzo mocna, można nawet do 1 litra), dodać sok z 1 cytryny (do czarnej) lub limonki (do zielonej). Opcjonalnie dodać miętę. Dobrze schłodzić w lodówce. Pić czyste lub jako dodatek do np. rumu (z lodem i dodatkowym sokiem z limonki/cytryny).

W wersji drinkowej rum + herbata zielona wygląda to jak na zdjęciu poniżej. A oto inne warianty herbaty mrożonej, jakie kiedyś robiłam:

wtorek, 13 lipca 2010

Tak sobie wyobrażam sok, którym Ania spiła Dianę. A właściwie, że tak miał wyglądać sok, który Ania miała podać Dianie zamiast wiadomego wina owocowego (którego Diana wypiła duszkiem trzy szklanki). Mowa oczywiście, o podwieczorku na Zielonym Wzgórzu opisanym przez L.M. Montgomery.

Ponieważ z łubianki porzeczek został mi ok. 1 kg owoców, z których nie zrobiłam konfitury, miałam ochotę zrobić sok. Taki gęsty, słodki, do herbaty czy wody gazowanej. Szukałam i szukałam przepisu, ale nie znalazłam żadnego, który by mnie satysfakcjonował (bo np. nie będę przeciskać owoców ręcznie przez ściereczkę ani dodawać wiśni). W końcu zrobiłam wg własnego widzimisię, zainspirowanego Kuchnią klasztorną.

Składniki: 1 kg umytych czarnych porzeczek, tyle wody, by zakryła porzeczki, cukru w proporcji 3:2 (lub więcej, jeśli wolicie słodszy) na uzyskany sok z owoców (u mnie 600g cukru na 900g soku)

Porzeczki umyłam, z grubsza oderwałam ogonki, umieściłam w misce i zalałam wrzątkiem tak, aby owoce były zakryte. Zamieszałam, przykryłam i odstawiłam w ciepłe* miejsce (słoneczny parapet) na ok. 6 godzin (można np. na noc). Po tym czasie ponownie zamieszałam i odcedziłam powstały sok przez podwójnie złożoną gazę; owoce także lekko wycisnęłam. Uzyskałam 900g soku, który zmieszałam z 600g cukru (zaczęłam od 500g i dosładzałam), zagotowałam i gotowałam na wolnym ogniu ok. 20 minut. Gorący sok przelałam do czystej, wyparzonej butelki 1 liitrowej z pałąkiem i od razu zamknęłam (na zdjęciach butelka bezpośrednio po napełnieniu, jeszcze gorąca).

Dla świętego spokoju pewnie należałoby sok albo trzymać w lodówce (tak robiłam z innymi syropami) lub choćby zimnej piwnicy, ew. przelać do mniejszych pojemników i krótko spasteryzować. Ja tego jednak nie zrobiłam: sok już jest w bieżącym użyciu, przebywa w spiżarni i nie sądzę, by miał szanse się zepsuć w tym tempie, szczególnie, że zawiera jednak sporo cukru.

PS z 10.08: A jednak okazało się, że sok pozostawiony dłużej niż 3 tyg. w temperaturze pokojowej fermentuje. Innymi słowy: albo zużyć szybciej, albo jednak od razu do lodówki lub spasteryzować.

* Z tym to u mnie w mieszkaniu w tej chwili nie ma problemu - wyzwanie stanowiłoby znalezienie miejsca chłodnego...

PS. Jeszcze Wam się pochwalę: w gazetce sieci kawiarni Coffee Heaven na stronie 10 znajdziecie coś mojego autorstwa :)



poniedziałek, 05 lipca 2010

Ostatnio zastanowiłam się, ile kuchnia w moim domu zawdzięcza Nigelli Lawson. Cóż, trudno ocenić, ale z pewnością - bardzo wiele. Rozważania te snułam nad szklanką lemoniady z zmiksowanych całych cytryn, podobnej do mojej bazyliowej, a która powstała na bazie przepisu w Forever Summer.

Składniki: Na każdą szklankę wody - 1 cytryna/limonka i 1-1,5 kopiasta łyżka cukru, blender
Cytrynę pokroić na ćwiartki, wykroić miąższ ze skórek (najłatwiej  najpierw naciąć przy skórce). Wrzucić do blendera, zasypać cukrem. Odstawić na kilkanaście sekund, zalać wodą, opcjonalnie dodać kilka kostek lodu. Zmiksować. Podawać schłodzone.

Inną rzeczą, za którą będę NL dozgonnie wdzięczna, jest, obok kruchego maślankowego, ciasto francuskie dla idiotów. Za każdym razem, gdy je robię - co nie zdarza się często - myślę sobie, jakie to bajecznie proste i doprawdy powinnam częściej praktykować. Przepis podawałam tu, zaś tym razem zrobiłam z niego tartaletki do podjęcia gości na obiedzie. Łatwe, bezforemkowe, kreatywne małe co nieco.

Składniki: ciasto francuskie (wg podanego przepisu lub 1 opakowanie gotowego), dowolne dodatki na wierzch (suszone pomidory, ser kozi/żółty, szynka, cukinia, musztarda, sos pomidorowy, zioła świeże lub suszone itd., itp).

Piekarnik nagrzewamy do 200 st. C (190 termoobieg). Gotowe ciasto rozwałkowujemy, wycinamy krążki szklanką lub wykrawaczką. Układamy dowolne dodatki na wierzchu każdej tartaletki, zostawiając ok 1 cm margines, np. musztarda - szynka - plasterek cukinii - suszone pomidory w płatkach. Warto pamiętać, by nie nadmiernie obciążać ciasto, bo wówczas tartaletki się ładnie nie napuszą. Brzegi posmarować roztrzepanym żółtkiem.  Tartaletki układać na blaszkach wyłożonych pergaminem. Piec ok. 15 minut. Podawać najlepiej ciepłe/ciepławe, w kilka lub kilkanaście minut po wyjęciu z pieca (na zimno też można, ale jednak tracą trochę ze swoich walorów).

A niedługo powinno być jeszcze coś zainspirowane panią Czarnuszką ;)

środa, 12 maja 2010

W piątek na targu nabyłam wór rabarbaru i surowo zabroniłam panu sprzedawcy (zwanym przez nas "panem od jarmużu" - zgadnijcie, czemu...) go przecinać. Następnego dnia zaczęłam szaleć z przerabianiem. Na pierwszy ogień poszła znowu tarta rustykalna (patrz: zdjęcie górne). Podobnie jak w przypadku wersji malinowej, warto zwrócić uwagę, aby mocniej podpiec spód, bo rabarbar ma to do siebie, że puszcza sok. Przechowywana w lodówce tarta może trochę nasiąknąć, ale przy właściwym podpieczeniu spodu nie powinno to przeszkadzać.

Po tarcie zajęłam się koktajlem na śniadanie.

Składniki: upieczony rabarbar z ok. 4 średnich łodyg (metoda jak tutaj), schłodzony, 4 kopiaste łyżki gęstego jogurtu, 4 łyżki mleka, 2 łyżki cukru.

Rabarbar (wraz z wytworzonym sokiem) umieścić w blenderze z jogurtem, mlekiem i cukrem. Zmiksować na gładko. Sprawdzić dosłodzenie i gęstość (ew. lekko rozrzedzić dodatkowym mlekiem). Na zdjęciu udekorowany cząstkami upieczonego rabarbaru.

Na koniec zaś był kompot rabarbarowy - taki, jak poprzednio. Tym razem dałam  trochę mniej rabarbaru - 3 duże łodygi, dlatego wyszedł dużo jaśniejszy. Na zdjęciu świeżo przygotowany i wystudzony - przechowywany w lodówce trochę ciemnieje.

Bardzo jestem zadowolona, że to już ta różowa pora roku...

wtorek, 04 maja 2010

Pewna dobra dusza przywiozła mi z Londynu Jamie Magazine, w którym (nr luty/marzec) zobaczyłam ten syrop i od razu pobiegłam do kuchni go zrobić. Ponieważ przepis zawierał tylko składniki, bez proporcji, zrobiłam wg własnego widzimisię, i muszę zaznaczyć, że w tym wariancie imbir czuć stosunkowo mało, za to mięta jest wyraźna. Następnym razem zwiększę ilość imbiru, bo że zrobię ponownie, to pewnik. Szczególnie, że wierzcie czy nie, ale jest wiosna i idzie lato. Czego dowodem tulipany w Parku Krasińskich w W-wie:

Składniki: 200g cukru, 200g wody, 8g (ok. 4 łyżek) świeżego imbiru, pokrojonego w grube plastry - ale sugeruję dać więcej, garść liści i łodyżek świeżej mięty

Wszystkie składniki umieścić w rondelku, wymieszać, zagotować. Skręcić ogień na średni i pogotować ok. 10 minut. Wystudzić. Przecedzić do słoika lub buteleczki i przechowywać w lodówce (wg gazetki, ok. tygodnia, choć nie widzę powodu, czemu nie dłużej). Dodawać syrop do napojów, np. wymieszany 1:1 z sokiem z limonki lub cytryny i dopełniony wodą gazowaną (i ewentualnie czymś mocniejszym... :).

M po skosztowaniu wody z syropem i sokiem z limonki oznajmił: "To jak bezalkoholowe mojito". Otóż to.

 
1 , 2 , 3
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki