Uffff... Lepiej późno niż wcale - oto podsumowanie Korzennego Tygodnia 2011. Poniżej lista osób biorących udział w akcji, w kolejności alfabetycznej, oraz linki do przepisów.
Niestety parę osób, pomimo zasad określonych tu na blogu oraz Durszlaku (i zawsze obowiązujących w tego typu zabawach) nie zamieściło we wpisach linków do akcji lub bannera. Jeśli to nadrobią i mnie o tym poinformują, dodam wpisy do podsumowania.
Jeszcze jedna rzecz: w związku z dużą ilością nachalnego spamu, znów włączyłam, przynajmniej tymczasowo, moderację komentarzy.
Jutro zajrzyjcie po życzenia świąteczne :) I jeszcze małe PS. Wczoraj blog skończył 4 lata :).
Czas płynie. Grudzień się zaczął, minęły Mikołajki, trwa Festiwal Pierniczków Majany ;) (vide banner u dołu). Po raz siódmy spotkałam się z E. i Madzią, by upiec pierniczki. Dużo różnych pierniczków. Przepis, jak zawsze, podany przez Mamę E.
W tym roku z hitów dekoracyjnych były "świństwa z torebki", tj. lukier różowy i zielony, a także biała polewa i kolorowa posypka. Można powiedzieć, że postawiłyśmy na kicz ;).
Podobnie jak rok temu, bawiłyśmy się pisakami do ciasteczek...
Jak zawsze, były też dekory z bakalii, a także Muminki. Tym razem jednak nabrały dodatkowych, złowieszczych walorów...
W trakcie pieczenia część zespołu popijała mazurską aroniówkę:
Z przygód była niespodzianka, jaką sprawiła nam polewa czekoladowa w torebce, którą wrzuciłyśmy razem z resztą gotowców do miski z wrzątkiem, by się podgrzała. W dotyku wydawała się "jakaś dziwna", co sprawiło, że postanowiłyśmy jednak przeczytać instrukcję na opakowaniu: "Wymieszaj zawartość z 4 łyżkami mleka...".
Przepis na tą surówkę dostałam od Edyty, fanki Coś niecoś na Facebooku, gdy żaliłam się, że nie wiem, co zrobić z czarną rzepą. W oryginale tak przyrządzana była marchewka. Ja do tej pory zrobiłam dwie wersje - z rzepy i czerwonej kapusty (na zdjęciu). W planach jest seler i podpieczone buraki.
Składniki:
40 dkg (1/2 małej główki) poszatkowanej czerwonej kapusty (drobno startej rzepy, marchewki, selera, itd.)
1-2 posiekane drobno ząbki czosnku
Sól (1/4-1/2 łyżeczki), pieprz (hojnie ;),
opcjonalnie: szczypta ostrej papryki/chilli
1/2 łyżeczki mielonej kolendry
1/4 łyżeczki mielonego imbiru
opcjonalnie: posiekany świeży imbir - duża szczypta lub 1/8 łyżeczki
1-2 łyżeczki cukru
1-2 łyżki octu winnego/soku z cytryny
ok. 2 łyżek oleju, u mnie wyrazisty rzepakowy
Kapustę umieścić w misce, dodać czosnek i wszystkie przyprawy, wymieszać dokładnie, zalać gorącym (nie wrzącym, ale mocno podgrzanym) olejem. Sprawdzić doprawienie (niektórzy wolą słodsze/kwaśniejsze smaki), choć surówka zmieni smak podczas leżakowania, które powinno trwać ok. 12 godzin pod przykryciem w lodówce (ale i 8-10 godzin się nadadzą :).
Kapusta po leżakowaniu była pięknie glazurowana, a rzepa przypominała... kiszoną kapustę ;). Zdecydowanie polecam i podciągam pod:
Tym samym chciałam podziękować za - jak na razie - liczny udział w tegorocznym Korzennym Tygodniu i przeprosić, że do większości wpisów jeszcze nie zajrzałam, ale mam w tym tygodniu więcej zajęć, niż planowałam; postaram się nadrobić braki po zakończeniu akcji, więc proszę o cierpliwość. I mam nadzieję, że korzeniami jeszcze u Was w kuchni trochę pachnie, w końcu pierniczki robić już czas ;)
Lubicie kandyzowany imbir? Od jakiegoś czasu kojarzy mi się z... długimi podróżami samochodem, jako środek (czasem skuteczny) przeciw chorobie lokomocyjnej. Kupuję gotowca w formie tzw. suchej (kawałki obtoczone w cukrze) w sklepie (czasem można też dostać na wagę), bo nigdy nie chciało mi się robić własnego - do czasu, gdy przeczytałam przepis na ciasto w River Cottage Everyday, który mocno do mnie przemówił (zwłaszcza, że trwa Korzenny Tydzień - vide banner autoreklamowy ;), a wymagał użycia imbiru w syropie. Co prawda, jak się mocniej wczytałam w przepis, syrop jest opcjonalny, można by użyć czegoś innego (choćby gotowego syropu do napojów, ew. zrobić lukier), jednak wówczas już imbir leżał w lodówce* ;). Skorzystałam z przepisu Eli:
Składniki:
imbir (u mnie 75g)
cukier (tyle, ile imbiru po gotowaniu - wyszło 82g)
woda
Imbir obrać, uważając by wyeliminować wszystkie części skorki. Pokroić w cienkie plasterki i ugotować je na małym ogniu z łyżeczką soli i woda (tyle by je przykryć) przez ok. 30 minut. Odcedzić i zostawić do wystygnięcia. Następnie zważyć ugotowane płatki, przełożyć je do stalowego rondelka i dodać taka sama ilość cukru i 5 łyżek (75ml) wody. Postawić na najmniejszym palniku i gotować na minimalnym ogniu przez około 20 minut, aż imbir stanie się przezroczysty (polecam ciągłe kontrolowanie żeby nie przypalił). Ja chciałam zachować imbir w syropie (do ciasta poniżej), więc po wystudzeniu przelałam go do pojemnika i wsadziłam do lodówki.
Aby uzyskać imbir suchy: Wyłożyć widelcem na kratkę do ciastek, żeby obciekły i suszyć tak przez przynajmniej 5 godzin, a najlepiej zostawić na cala noc. Gotowe płatki wrzucić do woreczka z cukrem i dobrze potrząsnąć, by się nim oblepiły. Przechowywać w szczelnym pojemniku.
A oto ciasto, jak pisze Hugh F-W., "w stylu jamajskim". Według autora - "nie dla słabych duchem". Bardzo ciemne, lepkie, z dużą ilością rumu, doprawione imbirem i zielem angielskim (podobno najlepsze pochodzi właśnie z Jamajki). Jest też aromatyczne, mokre, ale gęste, słodko-pikantne w smaku. Pasowałoby na podwieczorek dla piratów, podobnie jak te ciasteczka. Polecam, choć raczej nie dla dzieci ;)
Składniki: 75g masła, 150g golden syrup (lub miodu sztucznego), 150g melasy (może być w proszku), 125g brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado), 75ml ciemnego rumu (u mnie jasny zmieszany z łyżką Black Balsam), 2 średnie jaja, 225g mąki ze spulchniaczami (lub zwykłej, zmieszanej z 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia i tyle samo sody), łyżeczka ziela angielskiego, jw. mielonego imbiru, szczypta soli, 75g kandyzowanego imbiru, opcjonalnie: ok. 2 łyżek syropu imbirowego
Stopić masło z cukrem, melasą, golden syrup. Wystudzić, dodać rum, potem jaja. Wymieszać suche składniki w misce, w środek wlać mokre, wymieszać na gładko, na koniec dodać posiekany imbir. Przełożyć do keksówki (pojemność 1 l. lub większa), wyłożonej pergaminem. Piec ok. 50 minut w 180 st. C. (do suchego patyczka). Środek się najprawdopodobniej zapadnie. Po wystudzeniu posmarować dodatkowym syropem. Według HFW, najlepiej smakuje po ok. 2 dniach od upieczenia.
* Zazwyczaj imbir kupowany na zapas mieszka w zamrażarce.
Tak, to już znowu ta pora roku. Wahałam się, czy ponownie organizować Korzenny Tydzień, jednak szybka sonda wykazała, że jest wiele osób chętnych. A więc - szykujcie przyprawy! Bawimy się od 26.11 do 04.12. Każdy wpis na blogu musi zawierać odnośnik do akcji (link i/lub banner), a zgłaszać je można tu, w komentarzach, mailowo (ptasia3(at)wp.pl) lub na Durszlaku.
Wielokrotnie chciałam przygotować sernik z dynią z Feast Nigelli, jednak za każdym razem, gdy to proponowałam, M rzucał mi spojrzenie rannej sarny ("dlaczego mi to robisz?"). W końcu jednak jest Festiwal Dyni, w lodówce leżała nadkrojona piżmowa, kupiłam stos serka śmietankowego i tym sposobem...
To także sernik pływający, jak moja miłość vel Londyńczyk. Piecze się go jednak w niższej temperaturze i dużo dłużej; nakrycie folią wierzchu jest wskazane (ja to zrobiłam, ale nie od razu, co po jednej połowie sernika niestety widać). Jest puszysty, ale nie zanadto, wilgotny, ale nie ciężki. Szczerze - bardzo mi smakuje, i nawet M wyraził (początkową) aprobatę. Tłumaczenie przepisu można znaleźć np. na blogu Dorotuś, i przyznaję, że do niego zerkałam, bo ma normalne gramy, a nie uncje i szklanki, jak w moim amerykańskim wydaniu książki ;). U mnie minimalne zmiany w stosunku do oryginału (cynamon w serku, ciut mniej ciasteczek na dnie, itd.)
Składniki na spód:
250 g ciastek digestive (użyłam paczki 225g)
1/4 łyżeczki cynamonu lub przyprawy np. do piernika
125g miękkiego masła (dałam 110g)
Tortownicę o średnicy 23 cm dokładnie uszczelnić folią aluminiową z zewnątrz. Ciastka rozdrobnić blenderem lub pokruszyć wałkiem (lub ręką...). Wymieszać z cynamonem. Dodać masło, wymieszać, aż całość zacznie przypominać mokry piasek. Wcisnąć w dno tortownicy. Włożyć do lodówki na czas wykonania masy serowej.
Składniki na masę serową:
puree z dyni, około 430 g (w warunkach np. USA może być z puszki; w warunkach PL należy dynię albo rozgotować i zmiksować, albo upiec - np. w 180-190 st. C przez godzinę - i zmiksować; użyłam dyni piżmowej, która ma zwięzły miąższ, i do miksowania musiałam ją lekko podlać mlekiem)
750 g serka śmietankowego
200 g drobnego cukru
hojna szczypta cynamonu
6 jajek
Chłodne puree zmiksować z twarożkiem, do dokładnego połączenia. Następnie dodawać stopniowo cukier, nie przerywając miksowania, a następnie wbijać jajka, po jednym. Dodać cynamon i dokładnie wymieszać. Całość wylać na ciasteczkowy spód.
Sernik będzie pieczony w kąpieli wodnej. W tym celu jeszcze raz dokładnie uszczelnić tortownicę z zewnątrz mocną folią. Przygotować większą formę, włożyć do niej naszą tortownicę i zalać wrzącą lub bardzo gorącą wodą do połowy wysokości tortownicy. Można od razu przykryć od góry folią aluminiową (lub zrobić po ok. 30-40 minutach pieczenia).
Piec przez 1 godzinę i 45 minut w temperaturze 170ºC (nie pieczemy go do tzw. suchego patyczka; ja piekłam 10 minut krócej). Ostudzić, włożyć na kilka godzin do lodówki, a najlepiej na całą noc.
Najlepszy oczywiście następnego dnia. Można podawać z dodatkiem kwaskowatego dżemu lub konfitury, np. z czerwonych porzeczek.
Kolejny Festiwal Dyni, organizowany przez Beę, już trwa! To, że sezon dyniowy już zaczęłam, pisałam jakiś czas temu; dynie w ogrodzie (także mikro, poniewczasie wypuszczone sadzonki) już zerwane, bo nadeszły przymrozki. Piżmową mam niestety tylko jedną (vide zdjęcie u góry), bo oba zasadzone warianty okazały się kapryśne, cieszę się jednak i z tego, co jest :)
Przeglądając Tender Nigela Slatera trafiłam na zdanie, że dynia i boczek to świetne połączenie, podobnie jak jarmuż i boczek - czemu by nie połączyć tych składników w jednym, szybkim makaronie?
Składniki:
dwie garście dyni, obranej i pokrojonej w kostkę,
kilka plasterków boczku, pokrojonych w kostkę,
jedna szalotka,
garść jarmużu,
sól, chilli, parę listków szałwii
opcjonalnie: sok z limonki/cytryny
225-250g krótkiego makaronu (np. rurki)
Boczek wrzucić do suchego rondla/dużej patelni, podgrzać na średnim ogniu, wytopić tłuszcz (gdyby wędlina była bardzo chuda, raczej trzeba będzie ją skropić oliwą), podkręcić ogień i zrumienić. Nastawić wodę na makaron. Dorzucić do boczku szalotkę pokrojoną w kostkę, przesmażyć chwilę. Dodać dynię, wymieszać, doprawić do smaku solą, szczyptą lub ile Wam się podoba chilli, dorzucić szałwię. Smażyć, co jakiś czas mieszając, aż dynia lekko zmięknie (w między czasie powinien się już gotować makaron). Ok. 5-6 minut przed końcem gotowania dorzucić garść umytego, porwanego jarmużu. Sprawdzić doprawienie (może Wam pasować, by lekko zakwasić sokiem z cytrusów), wymieszać dokładnie z ugotowanym makaronem, podawać od razu.
Minął kolejny rok... W poprzedniej edycji Światowego Dnia Chleba brałam udział dwa dni po wielkiej przeprowadzce na Mazury (sama siebie podziwiam, że dałam radę), wykorzystując przerośniętą cukinię-niespodziankę, znalezioną na grządce. W tym roku przygotowałam chleb z płatkami owsianymi, który powstał przypadkiem parę tygodni temu, gdy okazało się, że panowie robotnicy odłączyli nam kuchenkę, a ja zaczęłam już przygotowywać owsiankę. Z namoczonych płatków zrobiłam chleb 'na oko', a ponieważ mi smakował, spróbowałam rzecz powtórzyć. Uwaga: raz zrobiłam z płatków błyskawicznych, które jednak mocniej chłoną wodę, mają inną konsystencję i choć chleb da się upiec i zjeść, nie byłam całkiem zadowolona z efektów.
Płatki zalać wodą zmieszaną z maślanką, odstawić na 1-2 godziny. Zmieszać w dużej misce z mąkami, wodą (proponuję zacząć od 150ml) i pokruszonymi drożdżami, odstawić na 5 minut. Posypać solą, wyrabiać ręcznie lub mikserem, aż ciasto będzie miękkie i elastyczne, w razie konieczności podlać dodatkową wodą.
Przełożyć do natłuszczonej miski, nakryć folią/wilgotną ściereczką, odstawić w ciepłe miejsce do wyrastania na ok. 1,5 h (aż podwoi objętość); w 1/2 czasu złożyć. Po godzinie wyrastania nagrzać piekarnik z kamieniem do 225 st. C.
Wyrośnięty chleb przełożyć na blat, uformować bochenek, przełożyć złożeniem do góry do omączonego koszyka, odstawić do napuszenia na ok. 45-60 minut. Przełożyć chleb na łopatę (złożeniem do dołu), naciąć, przenieść na nagrzany kamień. Piec z parą* ok. 35 minut, 10 minut przed końcem skręcić temperaturę do 200 st. Wystudzić przed krojeniem.
* W tej chwili używam funkcji w piekarniku pt. 'Pieczenie z parą', która polega na wprowadzeniu uderzenia pary na samym początku pieczenia, wcześniej psikałam wodą, wkładając chleb do środka.
ENGLISH PLEASE:
Rolled oat bread
Another year gone! Last year's courgette brioche was made two day's after our big move to the country. This year's oatmeal loaf came around by chance: I found out the builders had diconnected our cooker when I had already started making some porridge and therefore used the soaked oats to make a simple white bread. Note: although you can use porridge oats and I once did, they have a different texture and absorb water more quickly, and I wasn't quite happy with the results.
Ingredients: 150g rolled oats, 70g buttermilk, 80ml warm water, 100g fine wholemal flour, 180g strong white flour, 15g fresh (cake) yeast, 150-170ml water, 1.5 tsp salt
Combine the buttermilk and water, pour over the oats and leave to soak for 1-2 hours. In a large bowl, combine the oats, flour, water (start off with 150ml) and crumble in the yeast. Mix to combine, let rest for 5 minutes. Sprinkle over the salt and knead (by hand or using a mixer) until the dough is soft and flexible, adding additional water if neccessary. Place in a greased bowl, cover with clingfilm or a damp towel and leave to prove in a warm place until doubled in size (about 1.5 hrs); fold once after 45 minutes. After 1 hour proving time pre-heat the oven (with baking stone inside) to 225 degrees C. Place the risen dough on a countertop, shape into a loaf, place seam down in a floured basket and leave to prove again for about 45 minutes. Turn out on a baking peel, score the top of the loaf quickly and place on the pre-heated baking stone in the oven. Bake with steam* for approx. 35 minutes; turn the temperature down to 200 degrees for the last 10 minutes. Cool before slicing.
* I currently use the stream injection function in my oven (1 blast of the steam at the beginning), but prior to that I just sprayed the interior of the oven with water while I inserted the loaf.
Kolejna jesień oznacza kolejny Dzień Jabłka. Kojarzy mi się ze zrywaniem owoców z naszej jabłoni no name (o której mówię od jakiegoś czasu, że jest koksą, ale jednak mam wątpliwości...), pogodą typu złota polska jesień, zapachem liści i... pieczonych jabłek, rzecz jasna. Takich, jak w dwóch prostych deserach. Użyłam w tytule słowa 'retro', bo tak mi się kojarzą - nie za słodkie proste słodkości z dzieciństwa naszego czy naszych dziadków. Pierwszy można podciągnąć pod akcję "Nie marnuję jedzenia" (wykorzystanie ugotowanego ryżu). I jeden i drugi deser może być jedzony na śniadanie, jeśli ktoś lubi na słodko.
Ryż zapiekany z jabłkiem
Składniki (dla 2 osób): ok. szklanki ugotowanego ryżu (mój ulubiony to basmati, ale każdy się nada), 1 duże jabłko, ok. 2 łyżek cukru (dowolnego), 2 łyżki śmietany lub gęstej śmietanki, opcjonalnie: łyżka rodzynek, cynamon
Nagrzać piekarnik do 190 st. C. (termoobieg). Wysmarować masłem dwie niewielkie żaroodporne miseczki. Jeśli ryż jest bardzo suchy, lekko zwilżyć odrobiną mleka, wymieszać z rodzynkami, jeśli używacie, i łyżeczką cukru. Jabłko opcjonalnie obrać, wydrążyć, pokroić w kostkę, wymieszać z łyżką cukru i cynamonem (zależnie od upodobań, od hojnej szczypty po ok. 1/4 łyżeczki). Układać warstwami w miseczkach ryż, jabłka, ryż, jabłka. Śmietanę wymieszać z pozostałym cukrem (powinny zostać ze 2 łyżeczki), posmarować jabłka z wierzchniej warstwy. Piec ok. 30 minut, można pod koniec umieścić bliżej grzałki, by śmietanka się przyrumieniła (ale uważać, by nie przypalić!). Jeść na ciepło.
Nagrzać piekarnik do 190-200 st. C. (termoobieg). Jabłka umyć, wydrążyć (ale nie na wylot), nałożyć do powstałych otworów po łyżce konfitury (u mnie porzeczkowa). Opcjonalnie oprószyć dodatkowo cukrem po wierzchu. Umieścić na wyłożonej folią blaszce lub w natłuszczonych żaroodpornych miseczkach, piec ok. 30-35 minut. Jeść ciepłe.
Zwlekałam z wykonaniem zadania z ostatniej WP, bo wciąż nie miałam marchewki. W końcu zadanie wykonałam i gorąco polecam! Upieczcie koniecznie, zamiast marchewki może być i dynia, i cukinia, albo i nic, same ziarna (choć marchewka lub dynia stanowią fajny, kolorowy akcent). Można uformować bagietki, albo torpedy, albo torpedo-węża, jak ja (nieumyślnie ;), albo bułki, albo chlebki.
Zaczyn - 85g mąki pszennej chlebowej (u mnie typ 850g) - 85g wody - 1/8 łyżeczki drożdży instant (lub ok. 1g świeżych) - 1/8 łyżeczki soli
Wszystkie składniki mieszamy w misce, przykrywamy, zostawiamy do wyrastania na 1 godzinę i chowamy do lodówki na całą noc.
Namaczane ziarna - 85g mieszanki 7 różnych ziaren (u mnie z 4) - 85g wody
Mieszamy i zostawiamy na 2 godziny. Szkutnik Narzeczonej użył: brązowego ryżu, quinoi (kolor dowolny, u nas czarna i czerwona), płatków owsianych, sezamu, śruty żytniej, słonecznika, siemienia i zostawił na 12 godzin, ze względu na twarde ziarna - ja użyłam słonecznika, quinoi (komosy), bulguru i siemienia i też zostawiłam na całą noc.
Ciasto właściwe: -260g mąki pszennej chlebowej -170g wody -10g soli (Szkutnik proponuje 8g, ja bym jednak dała 10) -3,5 suszonych drożdży (lub 11g świeżych) -10g słodu (dałam 6g jęczmiennego) -115-120g tartej marchewki -170g zaczynu -170g namoczonych ziaren
Najpierw proponuję zetrzeć marchew i odcisnąć. A sok użyć jako wodę z przepisu, to znaczy dolać do soku tyle wody, by całość ważyła 170g (u mnie to nie wyszło, tj. marchewka specjalnie nie puściła soku). Mieszamy najpierw wszystkie składniki oprócz marchwi i ziaren. Do wyrobionego ciasta dodajemy pozostałe składniki i wyrabiamy około 5-7 minut. Temperatura wyrobionego ciasta to 23-24 st.C. Odstawiamy do fermentacji na 90 minut w temperaturze 27 st.C. Można raz złożyć w połowie tego czasu. Dzielimy: można na 10 równych części, jeśli chcemy mieć bułeczki, lub na 3 (u mnie 2) jak my, jeśli pieczemy bagietki. Formujemy bagietki na przykład jak na filmie, albo, jak u mnie, w tzw. torpedy. Odkładamy ponownie do wyrastania na 1 godzinę w temp. 27 st.C, najlepiej miedzy fałdami grubego, omączonego płótna. W tym czasie nagrzewamy do 250 st.C. Wyrośnięte bagietki przekładamy na wysypaną semoliną łopatę, nie nacinamy. Pieczemy 30-35 minut w temp. 230 st.C z parą. Studzimy na kratce.