Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: słodycze

niedziela, 13 maja 2012

Czy pamiętacie moje (i Vianne z Czekolady) talarki (mendiants)? Ponad pół roku temu postarałam się o dobrą ciemną kuwerturę, która leżała i czekała, aż wreszcie się nią zajmę. Chodziły mi po głowie czekoladki z dodatkiem imbiru kandyzowanego. Ponieważ jednak stopiłam 250g kuwertury i zapełniłam małymi talarkami (łyżeczka masy na czekoladkę, by były małe i cienkie; każdego talarka posypałam posiekanym imbirem kandyzowanym) całą blaszkę wyłożoną matą silikonową, a papieru do pieczenia jakoś nikt nie kupił, musiałam podjąć szybką decyzję, co zrobić z resztą kuwertury. Przypomniałam sobie o silikonowej foremce, której używałam do tej pory do lodu, ale wydawało mi się, że można jej użyć także do czekoladek. Okazało się, że jak najbardziej można z niej tak korzystać, ba - mam zamiar robić to częściej ;).

Do każdego otworu w schłodzonej foremce wlałam po łyżeczce utemperowanej (jak w tym przepisie) kuwertury (gorzkiej, 70% kakao), przykryłam warstwą posiekanego imbiru kandyzowanego, dołożyłam tyle czekolady, by zapełnić cały otwór, lekko posypałam po wierzchu imbirem. Odstawiłam całość na kilka godzin w temp. pokojowej, podobnie jak talarki, potem wszystkie czekoladki umieściłam w lodówce i tam przechowywałam (choć przypuszczalnie idealna byłaby chłodna spiżarnia; w temperaturze pokojowej będą się niestety trochę rozpuszczać). Zgodnie z uwagami Joanne Harris, nie polecam schładzania w zamrażarce (autorka przepisu na mendiants schładzania kuwertury w lodówce też nie poleca, nic nie mówi jednak o przechowywaniu gotowych czekoladek).

M powiedział, że mimo wszystko woli talarki, bo cieńsze, chrupkie, z większą proporcjonalnie ilością imbiru. Przyznaję, że świetnie pasują do filiżanki kawy. Ja jednak zapałałam miłością do czekoladowych serc. Teraz mam kolejne pomysły: chilli w płatkach lub nitkach; kokos; kandyzowana pomarańcza...

wtorek, 21 lutego 2012



Skoro dziś Ostatki i nieodwołalnie koniec karnawału, będzie relacja foto ze smażonych w weekend pączków i faworków. Przepisy na jedne i drugie są od dawna na blogu. Małe modyfikacje to:

  • zrobiliśmy z 1/2 składników jednego i drugiego, uzyskując 13 pączków i pełen talerz (z górką) faworków
  • faworki wałkowaliśmy w maszynce do makaronu, jak zawsze, ale tym razem na najcieńszym ustawieniu (nr 7) - i moim zdaniem to ten kierunek ;)



  • cukier puder wyszedł, więc roztarliśmy cukier drobny w malakserze na super drobny



  • w środku pączków znalazła się róża w cukrze zmieszana 1:1 z kwaskowatym dżemem renklodowym
  • zwijanie pączków z dobrze omączonego ciasta jest zdecydowanie łatwiejsze - to te pączki nie otworzyły się podczas smażenia. Te otwarte i tak nie straciły wiele z cennej zawartości.



  • uformowane pączki wstawiłam do napuszenia do piekarnika nagrzanego do 30 st. (termoobieg), co bardzo dobrze im zrobiło.
  • smażyłam, jak i wcześniej, we frytkownicy na oleju roślinnym, nagrzanym do 190 st. C.

Replay za rok...

niedziela, 11 grudnia 2011

Nie jestem fanką programów Anthony'ego Bourdaina; za każdym razem, gdy przypadkiem trafiłam na niego na ekranie, sprawiał wrażenie, że bardzo się męczy i narzeka. Jeden odcinek obejrzałam z ciekawością - o restauracjach nowojorskich, wybranych ze względu na wartości nostalgiczne (wspomnienia własne prezentera i/lub kuchnia retro, jaką serwują). Bourdain wyjątkowo nie narzekał, tylko w męczący sposób się zachwycał (powtarzając w kółko te same sformułowania albo wręcz zdania: czy on tak naprawdę mówi, czy to kwestia montażu i przekonania, że Amerykanów cechuje wyjątkowo krótki czas koncentracji uwagi?), ale mogłam go zignorować i skupić się na przedstawieniu Le Veu d'Or, wydającej dania w stylu francuskiej Kuchni Burżuazji, których - wg A.B. - już nigdzie indziej nie uświadczysz. Temat także został przez Bourdaina opisany w zbiorze Głodne Kawałki, vel Kill Grill 2, który dostałam do zrecenzowania.

Nie mogę powiedzieć, żeby była to dla mnie lektura lekka, łatwa i przyjemna. Powodów była kilka: pierwszym jest pewnie fakt ujawniony w pierwszym zdaniu tej notki ;). Autor ma specyficzny styl bycia i wysławiania się, mogę jednak znieść przekleństwa i opisy ekscesów alkoholowo-spożywczych, jeśli są czymś więcej niż narcystyczne, dziecinne przechwałki i do czegoś prowadzą, a nie zawsze tak jest. Artykuły w zbiorze powstały na wcześniejsze zamówienie różnych pism, dla różnych odbiorców, więc choć motywem przewodnim jest ogólnie rozumiane jedzenie a książka została podzielona na części (smaki - słodki, kwaśny...), miałam poczucie dużej przypadkowości, także w ramach poszczególnych sekcji. Zirytowały mnie także te przypisy do poszczególnych tekstów, zamieszczone na końcu książki, w których Bourdain wyznaje, że "nie wie, jak mógł coś takiego napisać, bardzo mu wstyd". Jeśli tak rzeczywiście jest, to po co w ogóle zamieszczać ten rozdział w książce? Niektóre artykuły wydają mi się ponadto zbyt hermetyczne dla polskiego czytelnika, zwłaszcza takiego, który nie "robi" w restauratorstwie. Najbardziej podobały mi się fragmenty o podróżach, np. po Azji, czy rozważania na temat fast foodu jako lokalnego jedzenia ulicznego (które nie musi oznaczać jedzenia śmieciowego), gdyż były merytoryczne i najmniej kwieciste językowo. I tu przechodzę do kolejnego problemu: tłumaczenie. Z zasady wolę czytać w oryginale, jeśli językiem jest angielski. Wydaje mi się, że słownictwo, którym operuje autor nie należy do najwdzięczniejszego do tłumaczenia na polski, bo w naszym języku jego teksty brzmią zazwyczaj pretensjonalnie. Stąd mamy kwiatki takie, jak na str. 55: "Po chwili nastąpiła przekomicznie szaleńcza, przy czym momentami przepyszna masakra [...]". Aż ma się ochotę powiedzieć: faktycznie masakra ;). Miałam też wątpliwości co do tłumaczenia terminów spożywczych, zwłaszcza, gdy dojechałam do rozdziału "Dobre, bo stare" (właśnie o wcześniej wspomnianej retro kuchni francuskiej) i na stronie 321 przeczytałam: "Podają też cassoulet Toulousain (czyli fasolkę po bretońsku)[...]". Z wrażenia zaczęłam szukać odpowiedniego fragmentu oryginału książki w internecie, by sprawdzić, czy to Bourdain gada głupoty (bo cassoulet ma z fasolką po bretońsku tyle wspólnego, że oba dania zawierają fasolę), czy to radosna twórczość tłumaczki. Okazało się, że ta ostatnia, w dodatku w postaci jak to powyżej zacytowałam, nie jako przypis. Przyznaję, że na str. 321 zakończyłam lekturę. Podsumowując: w moim odczuciu książka tylko dla twardzieli - fanów Bourdaina i osoby, którym nie będzie przeszkadzał styl utworu (pisarski + tłumaczenie). Swoją drogą, pierwsza część, tj. Kill Grill, była tłumaczona przez inną osobę.

Wracając jednak do przyjemniejszych (smaczniejszych) spraw, czyli Kuchni Burżuazji w praktyce: do kogo się zwrócić po przepisy w tym duchu, jak nie do Julii Child? Ja w każdym bądź razie tak zrobiłam, gdy chciałam przygotować klasyczny mus czekoladowy na deser. Trochę trzeba się namęczyć, ale smak to wynagradza. Przepis w najlepszym duchu 3 filarów kuchni francuskiej, czyli "masło, masło i masło*" :). I tak, zawiera surowe jaja, warto więc zainwestować w jak najświeższe i najszczęśliwsze (plus profilaktycznie je wcześniej sparzyć).

Mus czekoladowy (wg Julii Child)

Składniki: 4 żółtka, 115g drobnego cukru, 60ml likieru pomarańczowego (np. Cointreau), 170g gorzkiej czekolady o wysokiej zawartości kakao (wg Julii: deserowej), 3 łyżki mocnej kawy (u mnie espresso), 170g miękkiego masła, 4 białka, szczypta soli, łyżka drobnego cukru

Rondel z wodą umieścić na kuchence, wodę podgrzać, by była niemal wrząca. Utrzeć żółtka z cukrem na kogel-mogel, dodać likier. Umieścić miskę do ubijania (tą z utartymi żółtkami) nad gorącą, niemal wrzącą wodą i ubijać żółtka nad parą 3-4 minuty, aż masa zgęstnieje i stanie się gorąca w dotyku (sprawdzić palcem, choć jest to test, który w moim przypadku nigdy się nie sprawdza...). Następnie ubijać dalsze 3-4 minuty nad zimną wodą (np. napuszczoną do miski), aż masa się schłodzi i będzie przypominać w konsystencji majonez.

Stopić czekoladę z kawą w kąpieli wodnej. Zdjąć z ognia i pomału, kawałek po kawałku, wmieszać masło do masy czekoladowej, aż zacznie przypominać gładki krem. Ubić dokładnie masę czekoladową z żółtkową. Osobno ubić białka na sztywno z solą i łyżką cukru. Wmieszać 1/4 białek do masy czekoladowo-jajecznej, następnie dodać resztę. Rozłożyć mus do 6-8 szklanek/miseczek, dobrze schłodzić przed podaniem (co najmniej kilka godzin, osobiście uważam, że im dłużej, tym lepiej).

*Mój ulubiony cytat z filmu "Życie od kuchni".

Zdjęcie okładki książki pochodzi ze strony Wydawnictwa WAB.

sobota, 14 maja 2011



Gdy jako dziecko szłam z Mamą odwiedzić babcię D., regularnie wstępowałyśmy po drodze do cukierni (do niedawna jeszcze czynnej, teraz mieści się tam sieciowa piekarnia). Bardzo często kupowałyśmy napoleonki, eklerki lub ptysie: ciastka, których od tamtych czasów właściwie nigdy nie jadłam, i które kojarzą mi się jako wyroby z cukierni, w odróżnieniu od wypieków domowych. Od jakiegoś czasu jednak przymierzałam się do wyzwania pt. ciasto ptysiowe (parzone) i w końcu postanowiłam się z nim zmierzyć :) Śmiesznie się złożyło, że tego samego weekendu podeszła do niego pierwszy raz także Pani Serwusowa (nie umawiałyśmy się :), tyle, że u niej nadzienie było wytrawne, a u mnie były ptysie, jakie pamiętam, tj. z bitą śmietaną.



Ciasto jak, lekko zmodyfikowane, u Pani Serwusowej czy Tili, oryginalnie pochodzi z Jajek M. Roux, którego nie jestem fanką, ale tym ciastem jestem zachwycona: jest lekkie, puszyste, maślane w smaku, łatwe do przygotowania i nakładania. Czego chcieć więcej? W oryginale była glazura z jaja na wierzchu, którą pominęłam, dałam także większą ilość soli, ale przyjemnie kontrastuje ze słodkim nadzieniem.

Ciasto parzone:

  • 125 ml mleka
  • 125 ml wody
  • 100 g masła pokrojonego w kostkę
  • 1/2 - 1 (u mnie) łyżeczka soli
  • łyżeczka drobnego cukru
  • 150 g mąki
  • 4 jaja


Przygotowanie: Piekarnik rozgrzać do 190-200 st. C. (termoobieg). Blachy do pieczenia wyłożyć pergaminem lub matami silikonowymi (normalnie wystarczyłyby dwie standardowe, przy piekarniku kompaktowym i jednej blaszce musiałam piec na raty). Wymieszać w rondlu mleko, wodę, masło, sól i cukier, podgrzewać na wolnym ogniu. Doprowadzić do wrzenia i natychmiast zdjąć z kuchenki. Wsypać mąkę i mieszać drewnianą łyżką, aż ciasto będzie gładkie. Umieścić rondel na średnim ogniu i podgrzewać, stale mieszając ok. 2 minut, aby osuszyć ciasto. Przenieść je do miski. Wbijać po jednym jajka, energicznie ubijając drewnianą łyżką (lub zrobić to mikserem). Gdy składniki się połączą, ciasto powinno być gęste, gładkie i błyszczące.
Umieszczać niewielkie kopczyki ciasta na blachach, zachowując kilku cm odstępy (za pomocą tutki lub łyżeczką - ponieważ mam wstręt do tutek, rękawów cukierniczych itd., robiłam to oczywiście łyżeczką). Piec ok. 20 minut, aż ptysie będą suche i chrupkie na zewnątrz, ale jeszcze miękkie w środku (muszą się wyraźnie zarumienić). Studzić na kratce.

Wystudzone ptysie delikatnie rozkrawać na 1/2 i nadziewać lekko posłodzoną, ubitą śmietanką 30%. Niektórzy narzekali, że posłodzona została zbyt lekko, i doprawiali ptysie syropem klonowym. Z innych wariantów można by zrobić ptysie a la Pavlova, tj. nadziewane poza bitą śmietaną, owocami sezonowymi.



poniedziałek, 14 lutego 2011

To miały być ciasteczka z lawendą. Ponieważ jednak robione były na prezent dla osoby, od której jesienią dostałam pachnącą torebkę z ususzonymi kwiatami oregano - użyłam ich zamiast lawendy.

Ciasteczka są maślane, idealne do herbaty lub jako przegryzka, ale rozczaruję Was, jeśli sądziliście, że kwiaty są mocno wyczuwalne - nie są, choć zwiększyłam ilość w przepisie, bo szczerze mówiąc chyba najlepiej wykorzystywać je do dekoracji/posypki dań. W stanie surowym są bardzo fotogenicznie. Przyznacie jednak, że "ciasteczka z kwiatami oregano" brzmi ciekawie i niecodziennie ;). Nie wiem, jak z wyczuwalnością aromatu w przypadku lawendy, ale kiedyś taki wariant też zrobię, bo to wdzięczny wypiek. Może świeże kwiaty byłyby bardziej aromatyczne? Przepis znalazłam na blogu Margot; robiłam z 1/2 porcji, ale podaję przepis na całość.

Składniki:

  • 175g miękkiego masła
  • 1,5 czubate - 2 niepełne łyżki suszonych kwiatów oregano (w oryginale 1 niepełna łyżka suszonej/2 łyżki świeżej lawendy)
  • 100g cukru (najlepiej drobnego)
  • 225g zwykłej maki
  • 25g demerary lub grubego cukru-kryształu
Ubić masło z suszonymi kwiatami, dodać cukier, nadal ubijając. Dodać mąkę, wszystko wymieszać, zagnieść krotko, aż ciasto stanie się gładkie. Podzielić ciasto na dwie części, z każdej formując wałek ok 15cm długi lub, jeśli chcecie wycinać ciasteczka foremką - dwa placki. Rozsypać demerare na tacce i obtoczyć wałki w cukrze (placków nie obtaczać). Zawinąć ciasto w folię i chłodzić, aż lekko stwardnieje (uwaga: w przypadku wałków mogą stwardnieć nawet mocno, w przypadku placków - najlepiej wałkować po ok. 20-30 minutach. Jeśli za bardzo ciasto stwardnieje, należy zostawić je na kilkanaście minut w temp. pokojowej, by odtajało). Rozgrzać piec do 170 st.C. (u mnie 175). Każdy wałek podzielić na 20 plastrów, które układać na blachach.  W przypadku placków: wałkować dość cienko, wycinać dowolne kształty i posypać cukrem. Piec 15-20 min, aż będą delikatnie brązowe na brzegach.

Jak widać, ja wycinałam kształty a la pierniczki-katarzynki, ale jeśli ktoś, w przeciwieństwie do mnie, obchodzi dzisiejsze Walentynki - można pokusić się o serduszka...

wtorek, 21 grudnia 2010

Zamiast ubierać choinkę czy gotować na Święta, leżę pod kocami wściekła, że tradycji świątecznego chorowania stało się zadość. W końcu dlatego 3 lata temu założyłam bloga, że siedziałam chora w domu i miałam trochę czasu ;) Gdy odkryłam, że dziś Coś niecoś kończy 3 lata*, zebrałam się w sobie i postanowiłam zamieścić wpis. Z deserem w sam raz do świętowania (Sylwester w końcu też się zbliża!).

Prezentowałam tu już czarną Pavlovę dużą i małą; beziki i tort bezowy (a także Eton Mess). Białej "baletnicy" do tej pory nie było, bo zrobiłam raz i wydawała mi się znacznie gorsza od czekoladowej. Parę miesięcy temu znów upiekłam, na obiad rodzinny, i wywołała furrorę, i tak ostatnio kilkakrotnie pojawiła się na naszym stole. Faktem jest, że chyba jest łatwiejsza do wykonania niż czekoladowa, która parę razy mi zbyt mocno siadła (czyt. na krowi placek). Biała nawet jeśli się trochę zapadnie i połamie, po odwróceniu do góry nogami, przykryciu śmietanką i owocami wciąż wygląda imponująco. Przepis Nigelli z How to eat.

Składniki:

  • 4 duże białka (każde o wadze ok. 40g) w temp. pokojowej,
  • szczypta soli,
  • 1 1/4 szklanki* drobnego cukru (ok. 280g),
  • 2 łyżeczki skrobi kukurydzianej,
  • 1 łyżeczka białego octu winnego,
  • parę kropli ekstraktu z wanilii

Na wierzch:

  • ok. 250-300ml śmietanki kremówki 30%,
  • opcjonalnie: ok. 2 łyżek cukru (lub do smaku)
  • owoce sezonowe - najlepiej kwaskowate

* Amerykański cup = ok. 240ml

Nagrzewamy piekarnik do 180 st. C (termoobieg). Miskę, w której chcemy ubić białka, warto na początek (po upewnieniu się, że jest czysta ;), przetrzeć cytryną, by usunąć potencjalne ślady tłuszczu. Następnie ubijamy w niej białka z solą, aż będzie sztywna i lekko lśniąca, ale nie sucha. Dodajemy cukier, w ok. 3 partiach, ubijając na sztywną, lśniącą bezę. Posypujemy masę skrobią i skrapiamy octem oraz wanilią, mieszamy delikatnie, ale zdecydowanie. Przekładamy masę na blaszkę wyłożoną pergaminem - jeśli chcecie, można wcześniej odrysować sobie okrąg, np. z podstawy tortownicy, ja tego nie robię. Sugeruję raczej uformować bezę wyższą, a mniejszą - w piekarniku i tak się rozrośnie na boki i siądzie.

Umieszczamy w nagrzanym piekarniku i od razu skręcamy temperaturę do 150 st. C. Pieczemy 1 godzinę, wyłączamy piekarnik i zostawiamy w nim bezę do wystudzenia.

Gdy chcemy ją podawać, nakrywamy wierzch bezy talerzem i odwracamy, tak, aby dno stanowiło gładki wierzch. Ubijamy śmietankę (można i większą ilość, ale imho do 300ml powinno wystarczyć). W oryginale nie ma cukru, jednak po negatywnej reakcji rodziny zaczęłam lekko dosładzać. Dekorujemy bezę warstwą bitej śmietany, na niej układamy owoce. Zimą mogą to być mandarynki lub pomarańcze, kiwi lub granaty; latem świetnie pasują truskawki, maliny, porzeczki i inne drobne owoce.

Beza jest słodka, ale także bardzo delikatna i piankowa w przekroju (jak to ujęła moja koleżanka Madzia, "takie ptasie mleczko"), a śmietanka i owoce łamią jej słodycz. Podaną ilością można wykarmić do 6 osób po obiedzie, ale 4 też spokojnie dadzą radę. Jeśli przypadkiem, jak mi się to zdarzyło, zwarzy lub skwaśnieje wam śmietanka do ubijania, można podać na stół lekko posłodzony jogurt naturalny i osobno owoce - każdy z jedzących sam komponuje wtedy sobie deser.

* PS. I mam nadzieję, że co najmniej kolejne 3 lata tu przede mną...

niedziela, 12 grudnia 2010


Już jakiś czas temu postanowiłam, że uświetnię tegoroczny Kawowy Tydzień poprzez zrobienie kawowego crème brûlée - no i mało brakowało, a bym całą akcję przegapiła. Zdążyłam jednak w ostatniej chwili, a zapewniam, że było pysznie. Wytrawnie, raczej dla dorosłych. Przepis na bazie zeszłorocznego deseru cynamonowo-pomarańczowego.

Składniki (na 2 małe porcje):

  • 2/3 (ok. 160ml) szklanki płynnej śmietanki kremówki (30%),
  • 1 porcja (25ml) dobrego, pojedynczego espresso
  • 2 żółtka,
  • pełna łyżka drobnego cukru,
  • łyżeczka likieru kawowego (typu Tia Maria, Kahlua itd)
  • cukier demerara

Umieścić w zamrażarce miskę lub miseczki, w których chcemy podawać deser. Śmietankę umieścić w rondelku wraz z espresso.  Doprowadzić niemal do wrzenia, ale nie zagotowywać. W między czasie utrzeć żółtka z cukrem i likierem. Zalać żółtka gorącą śmietanką,  wymieszać, masę przelać do wypłukanego rondla i ponownie podgrzewać, na małym/średnim ogniu, stale mieszając, aż całość w wyraźny sposób zgęstnieje (ok. 10 minut). Powinna przypominać konsystencją gęsty sos (trochę rzadsza od świeżo ugotowanego budyniu). Gotowy krem przelać do zmrożonych miseczek. Wystudzić, dalej schładzać w lodówce. Tuż przed jedzeniem posypać równomiernie cukrem demerara (lub innym grubym cukrem) i opalić palnikiem gazowym.

U góry widać krem "łysy", podczas wystudzania, a oto jak to było przed podaniem, krok po kroku - opalanie, skorupka przed naruszeniem i tuż po:

środa, 08 grudnia 2010
Some time ago I received an email from Asia of Lexiophiles, asking if I'd like to participate in the International Recipe Advent Calendar event*. I wasn't feeling very Christmassy then** (yet!), but I thought: why not? I decided to try out a recipe I'd found when clearing out my cookery books. In the original form it was slightly vague (it came from a promotional booklet), but luckily my guesses were correct. These Sugar & Spice Snowflakes (the name is my invention) are very versatile: great for nibbling with tea or coffee, they can be also used as Christmas tree decorations or stocking fillers. Of course, you can make Sugar & Spice Stars or Reindeers, or whatever shape pleases you, but I used by favourite festive cookie cutter. The following quantities are for a relatively small batch of cookies, double them if you want more. So, sugar and spice and all things nice, here we go:
Ingredients: 250g plain flour, 1 heaped tbsp gingerbread spice (or mixed spice, or speculoos spice), 125g caster sugar, 150g cold unsalted butter, 1 large egg, beaten, 1 tsp vanilla extract, approx. 10 whole cloves, optionally: 1-2 tbsp iced water,

In a large bowl (or standing mixer bowl) mix the dry ingredients (flour, sugar, spice). By hand or using your mixer, rub in cold butter, cut into cubes. When the mixture resembles coarse crumbs, add the egg and vanilla to bind the pastry together (as in shortcrust pastry). You may need an extra tablespoon or two of iced water (I did), if the mixture is too dry. Wrap in clingfilm and cool in fridge for at least 30 minutes or up to 2 days (which is what I did). When you're ready to make the cookies, take the pastry out of the fridge, roll it out as thinly as you wish (I think max. 2 mm thick are the best, but it's up to you) and cut out desired shapes. Mash the cloves using a pestle and mortar and sprinkle a tiny amount on each cookie. Bake in an oven preheated to 200 degrees Celsius (400 F), for approx. 20-25 minutes (depending on how thin the pastry was).
* This recipe should appear on the website tomorrow, i.e. 9 December 2010.
** As opposed to today, where with snow outside and festive decorations it looks as you can see for yourselves:

--
Jakiś czas temu otrzymałam maila od Asi z Lexophiles, z pytaniem, czy nie chciałabym wziąć udziału w międzynarodowej imprezie pt. Kalendarz adwentowy z przepisami świątecznymi.* Jeszcze wtedy nie myślałam o Świętach (w przeciwieństwie do dzisiaj: vide zdjęcie powyżej), ale pomyślałam: czemu nie? Postanowiłam wypróbować przepis znaleziony podczas porządków w książkach kucharskich. Oryginał był nieco mglisty (może dlatego, że pochodził z broszurki reklamowej), ale na szczęście dobrze się domyśliłam, co i jak. Moje Sugar & Spice Snowflakes (Słodkie Korzenne Śnieżynki - nazwa własna, jak i tłumaczenie :) są bardzo uniwersalne: można je sobie chrupać do kawy czy herbaty, powiesić na choince czy dać w prezencie. Oczywiście, można sobie wyciąć gwiazdki, renifery czy cokolwiek innego, ale ja użyłam mojej ulubionej świątecznej foremki. Z poniższych składników wychodzi raczej niewielka ilość ciasteczek, jeśli potrzebujecie więcej - trzeba składniki podwoić.
Składniki:
  • 250g mąki,
  • 1 kopiasta łyżka przyprawy do piernika,
  • 125g drobnego cukru,
  • 150g zimnego masła,
  • 1 duże, roztrzepane jajo,
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii,
  • ok. 10 goździków,
  • opcjonalnie: 1-2 lyżki schłodzonej wody,
W dużej misce (lub misce miksera) wymieszać suche składniki (mąkę, cukier, przyprawy). Ręcznie lub za pomocą miksera wetrzeć zimne masło, posiekane w kostkę. Gdy masa przypomina okruchy, dodać jajo i wanilię, aby połączyć składniki w całość, jak w cieście kruchym. Jeśli to konieczne (tj. masa jest za sucha, jak u mnie), dodać schłodzoną wodę. Gotowe ciasto zawinąć w folię i schłodzić w lodówce co najmniej 30 minut lub do 2 dni (u mnie). Chcąc upiec ciasteczka, należu rozwałkować ciasto tak cienko, jak lubicie (ja uważam, że dość cienko - na maks. 2 mm grubości) i wyciąć ciasteczka foremką. Goździki zmiażdżyć z moździerzu, posypać odrobiną każde ciasteczko. Piec w 200 st. C. ok. 20-25 minut (w zależności od grubości).
* Przepis powinien pojawić się na stronie jutro, tj. 9 grudnia 2010.
czwartek, 11 listopada 2010

Kiedyś, dawno temu, bardzo lubiłam lody Scholler Movenpick pt. Maple Walnut, czyli o smaku syropu klonowego i orzechów włoskich. Niedawno sobie o nich przypomniałam i przy okazji orzechowej zabawy (vide banner) postanowiłam zrobić swoją wersję. Wyszło pysznie (choć nie wiem, czy smaku tamtych lodów nie przypominał jednak bardziej krem do ciasta z Maltesers). W wersji bez orzechów, z samym syropem klonowym, lody były także bardzo smacznie. Bazowałam na naszym sprawdzonym przepisie na lody waniliowe, robiąc deser z 1/2 składników (na 4 wizualnie skromne - ale te lody są bardzo sycące - porcje).

Składniki: 5 żółtek, 250ml śmietanki 30%, ok. łyżeczki ekstraktu z wanilii, 60-75ml syropu klonowego (ja użyłam pełnej po brzeg miarki amerykańskiej 1/4 cup), ok. 80g posiekanych orzechów włoskich (i ew. dodatkowe do dekoracji)

Utrzeć żółtka z syropem na puszystą masę/kogel mogel. Śmietankę zagotować z wanilią, odstawić do ostygnięcia na ok. 15 min. Wlać śmietankę do kogla mogla, dokładnie wymieszać, przelać wszystko z powrotem do rondla i POWOLI podgrzewać, do momentu, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Uwaga, by nie zagotować! Dokładnie wystudzić. Wlać do maszynki do lodów, dodać orzechy i postępować jak w instrukcji. W opcji bez maszynki należy masę umieścić w  zamrażarce i co ok. 30 minut wyjmować i dokładnie roztrzepywać ręcznie lub mikserem, aż zacznie wyraźnie zamarzać, i schłodzić kolejne kilka h.

Lody warto wyjąć na ok. 15 minut przed jedzeniem do lodówki. Można podawać udekorowane całymi orzechami lub połówkami.

wtorek, 09 listopada 2010

Bardzo chciałam upiec coś słodkiego, zawierającego orzechy (także ze względu na Orzechowy Tydzień) i najchętniej z mojego nowego nabytku (2 tomu Tender Nigela Slatera). Niestety, wszystkie przepisy, które mnie interesowały z tej ostatniej książki, zawierały co najmniej jeden składnik, którego nie miałam na stanie, albo wydawały mi się zbyt skomplikowane. Przypomniałam sobie wówczas, że w - tak, znowu - The French Kitchen widziałam jakieś ciasto-śmieciówkę dla idiotów (bez pieczenia). Ponieważ tym razem wszystko miałam albo w spiżarni, albo w lodówce, oto one. Wg autorki jest to no bake crunch cake, czyli w dowolnym tłumaczeniu chrupkie ciasto bez pieczenia. Moim zdaniem jednak bardziej przypomina czekoladowy baton czekoladowy, ew. krzyżówkę batonu z Torcikiem Wedlowskim. Oprócz tego, że ciasto-baton jest smaczne, łatwe i szybkie w wykonaniu, to także świetny sposób na wykorzystanie różnych zalegających resztek bakalii i/lub ciasteczek (w czym przypomina bajaderki).

Składniki: 200g dobrej ciemnej czekolady (min. 70% kakao), 1 łyżka melasy, 3 łyżki złotego syropu/golden syrup (można użyć miodu sztucznego), 150g masła, 150g łuskanych orzechów i/lub pestek (dowolnych, u mnie włoskie, z grubsza posiekane), 150g rodzynek, 75g suszonych/kandyzowanych wiśni (u mnie żurawina), 75g suszonych moreli (u mnie jeszcze trochę żurawiny i reszta posiekanego kandyzowanego imbiru), 250g rozdrobnionych ciasteczek digestive (można użyć także innych herbatników, ale wówczas warto dodać  do masy także trochę soli - ok. 1/8 łyżeczki np.)

Na małym ogniu stopić czekoladę z masłem, melasą i syropem. W misce zmieszać bakalie z pokruszonymi ciasteczkami, wymieszać dokładnie z masą czekoladową. Przełożyć do foremki np. na tartę, ew. do tortownicy, o średnicy ok. 23-24 cm, wyłożonej pergaminem. Wyrównać wierzch, schłodzić ok. 2 h w lodówce (i ja tam ciasto potem też przechowywałam). Oprószyć cukrem pudrem przed podaniem. Kroić w dość cienkie kawałki (przyda się ostry nóż).

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    Follow Me on Pinterest

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki