Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: restauracje

środa, 17 października 2018

Gdy w kwietniu jechaliśmy do Toskanii, M powiedział: „Nie jedźmy do Florencji. To dobre miejsce na krótki miejski wypad”. Nie spodziewaliśmy się wówczas, że ten weekendowy wypad nastąpi mniej niż sześć miesięcy później, ale tak to jest, gdy ktoś z małym wyprzedzeniem dowiaduje się, że powinien stawić się na kongresie. W mieście byliśmy de facto 1,5 dnia, sobotę i pół niedzieli, przy czym większość czasu spędziłam chodząc po mieście (do oporu ;). Jechałam bez większych oczekiwań – poza tym, że bez większego entuzjazmu, bo akurat w tym roku podróży miejskich było dość dużo, a to jeszcze nie koniec ;). Dość szybko sobie uświadomiłam, że z Florencją jest to samo, co z innymi toskańskimi miastami, czyt. czegoś mi w nich brakuje.

Nie mówię, że nic mi się we Florencji nie podobało: widoki na miasto z Ogrodów Boboli na pewno są warte zobaczenia, podobnie katedra. Wypadłam (niemal dosłownie) na nią z zaskoczenia z bocznej ulicy, i okazało się, że zdjęcia zupełnie nie oddają tego, jak ten budynek wygląda na żywo. Obiektywnie przypomina ogromny tort z marcepanu lub masy cukrowej, przeznaczony na kilkuletniej wielbicielki różu, ale - być może ze względu na gabaryty - robi ogromne wrażenie (przynajmniej z zewnątrz, bo porażająca kolejka na cały plac mnie skutecznie zniechęciła do zaglądania wewnątrz). M, który z racji pracy zwiedził mniej, niż ja, zapytany, co mu się podobało, odparł: „Dworzec”. Faktycznie, ten modernistyczny budynek też mi się przypadł do gustu.

Dworzec we Florencji

No i… jedzenie! Zawsze jeszcze jest jedzenie ;). Także miejsca, w których można je nabyć, nie tylko spożyć, albo poszłam na targ San Lorenzo, obecnie połączony z Mercato Centrale (którego filia jest w Rzymie, o czym wspominałam). Właściwie, by być precyzyjnym (bardziej niż Mapy Google, które mylnie podają te same godziny otwarcia dla całego budynku): parter starej hali targowej to klasyczny targ w stylu awiniońskich Les Halles (i większy od targu przy Circo Massimo), czynny od rana do bliżej nieznanej mi godziny popołudniowej i w niedzielę zamknięty, a piętro to Mercato Centrale, czyli nowy twór typu food hall (i przynajmniej część lokali ta sama, co w Rzymie). W sobotę na targu właściwym robiłam zdjęcia, oglądałam stragany i kupowałam pamiątki spożywcze z wyjazdu, typu panforte (na zdjęciach), utwierdzając się tym samym w przekonaniu, że lubię ten wypiek (i będę go próbowała samodzielnie zrobić, jak się uda, oczywiście się tu pojawi). Wśród klientów San Lorenzo jest trochę turystów (i część produktów + angielskie napisy są wyraźnie do nich adresowane), ale są także stoiska „zwykłe”, z pieczywem, mięsem czy rybami, a także zaułek „etniczny”, z np. straganami warzywnymi prowadzonymi przez Indusów, z egzotycznymi owocami czy małymi bakłażanami, które ostatnio widziałam w Azji czy stoiskiem z mięsem halal (wywnioskowane na podstawie klienteli oraz obsługi). Można zaspokoić mały głód słodkimi wypiekami lub focaccią, wypić kawę lub aperitif, ale to tyle jeśli chodzi o gastronomię, bo w tym specjalizują się piętro wyżej.

I na to piętro wyżej trafiliśmy już razem z M, najpierw w sobotę wieczorem na aperitif (gdy odkryłam, że tzw. Hugo to prosecco, woda i likier z kwiatów czarnego bzu, czyli coś, co lubię, w przeciwieństwie do Aperolu ;) i później w niedzielę przed wyjazdem z miasta, w poszukiwaniu lampredotto. Podroby jak wiadomo, są we Włoszech lubiane, a kanapka z gotowanym krowim żołądkiem to wizytówka Florencji. Niestety, nabyć ją w którymś z najpopularniejszych miejsc polecanych np. przez Giulię Scarpaleggię typu All’antico Vinaio – czyn godny Herkulesa. Nie wiem, czy to kwestia niedzieli, czy odbywającej się tego dnia imprezy (biegi = wszędzie tłumy w fioletowych koszulkach), ale kolejki do barów kanapkowych przypominały te jak za papierem toaletowym za dawnych polskich czasów. Ostatecznie poszliśmy ponownie do Mercato Centrale, bo a) blisko dworca, skąd godzinę później odjeżdżaliśmy, b) poprzedniego wieczoru był ruch, ale nie tragiczny; okazało się jednak, że to miejsce w niedzielę jest także bardziej popularne (czyt. jedna osoba musi trzymać z trudem zdobyte miejsca, a druga stoi w – niespodzianka! – kolejce*). Plusem kolejki jest to, że można dokładnie, bo wielokrotnie ;), obejrzeć proces kompilowania kanapek (zdjęcia). Zdobyłam dla nas jedną bułkę z klasycznym lampredotto z salsą verde oraz porcję trippa fiorentina. Wrażenia? Nie wiem, czy to dlatego, że nie było to „to najlepsze miejsce na lampredotto”, ale nie zachwyciłam się: znam lepsze podroby, choćby ozór czy ogon. Flaki zaś przypominały mi te a la romana, poza faktem, że były b. łagodnie doprawione.

Na pozytywną nutę, inne posiłki, np. sobotni lunch czy kolacja były bardziej udane. Lunch miał miejsce w restauracji San Bevitore; właściwie szukaliśmy siostrzanej winiarni (okazało się, że była ze dwa drzwi dalej), ale skoro już weszliśmy do tego pierwszego lokalu i było miejsce, to tam zostaliśmy. Jedzenie było przyzwoite, może bez objawień, ale smaczne, za to pinot grigio na kieliszki, wybrane na chybił trafił z karty win – chyba najlepsze, jakie kiedykolwiek piłam.

Wieczorem zaś było kulinarne clou: kolacja w Vini e vecchi sapori, o którym też początkowo przeczytałam u Giulii, i specjalnie zadzwoniłam ok. 1,5 tygodnia wcześniej, by zarezerwować stolik. Restauracja słynie z ręcznie pisanych menu, stale udekorowanych dość bezpośrednim tekstem: „No pizza, no bistecca, no ice, no take away, no cappuccino” („żadnej pizzy, steków, lodu, dań na wynos oraz cappuccino”). Uwaga: bez rezerwacji nie ma co liczyć na posiłek, przynajmniej nie w sobotę. Siedzieliśmy w samych drzwiach i kelner co chwila odsyłał różnych potencjalnych klientów (z których część źle znosiła odmowę, ale lokal jest malutki, wypchany stolikami do oporu i raczej widać na pierwszy rzut oka, jaki jest ruch – gdyby ktoś przegapił kartkę „mamy komplet” na drzwiach). Przyznaję, że liczyłam na coś w stylu Ai tre scalini, i choć atmosfera jest jednak inna (mała, rodzinna restauracja a nie wesoła, trzy razy większa winiarnia), kuchnia jest do pewnego stopnia podobna. Może rzymskie dania są ciut bardziej fotogeniczne, ale zasady rządzące kuchnią są podobne: minimalna liczba składników, maksimum smaku. Wszystko, co jedliśmy, przypadło mi do gustu: fasola z nutą rybną (faglioli con bottarga; bottarga to suszona ikra) czy sardele (nie mające nic wspólnego z takimi ze słoika) z masłem, pappa al pomodoro czy słynny makaron z kaczką. Właśnie sobie uświadomiłam, że wszystko to było wyjątkowo bogate w umami ;). Jednak ta ostatnia pozycja (w każdej recenzji wspominana jako flagowe danie restauracji) mnie odrobinę rozczarowała; tzn. jest to oczywiście smaczne, bo i makaron świeży, i aromatyczny sos z długo pieczonego mięsa, i jeśli ktoś nigdy wcześniej czegoś takiego nie jadł, to rzeczywiście danie będzie objawieniem (a jeśli mięsożerni czytelnicy do tej grupy należą – na co jeszcze czekacie?!), ale… Jak to ujął M: „Zupełnie jak my robimy w domu” ;), i miał rację, a o takim wykorzystaniu pieczystego pisałam już dość dawno temu (i, swoją drogą, jest to jedna rzeczy z listy „co zawdzięczam Nigelli”)

Kończąc temat Vini e vecchi sapori: Ai tre scalini ma taką przewagę, że – jako głównie winiarnia – ma bogatą listę win na kieliszki oraz piw z beczki, przy czym trudno źle trafić (albo przynajmniej mnie się to jeszcze nie zdarzyło, a próbowałam różnych pozycji z karty). Tymczasem we Florencji oferta była wąska i dominował patriotyzm lokalny, tj. Chianti – za którym nie przepadam – w kilku wydaniach, a poza tym prosecco. W tej sytuacji wybrałam to ostatnie, zwłaszcza, że już zaczęłam od niego wieczór (w postaci ww. Hugo). To może minimalny minus (choć czy kiedyś narzekałam na prosecco ;)?), bo mając możliwość powrotu do restauracji, wróciłabym bez wahania.



Nie wspomniałam ani słowem o florenckich śniadaniach; powodem jest to, że w ramach noclegu w pensjonacie serwowano nam te posiłki w pobliskiej kawiarni, i były one w typowym stylu włoskim, typu cornetto/bardzo słodka bułka/SUPER słodka bułka plus kawa, co już wspominałam, że uważam za spożywcze nieporozumienie (poza kawą ;). Ale! Gdy zaczęło mnie ssać w żołądku jakieś 2h po tym „obfitym” śniadaniu nr 1, w przygodnej kawiarni znaleźliśmy godne uzupełnienie (czemu nie mógłby to być zamiennik?): bruschetta mocno pomidorowa, jeszcze z prawdziwych pomidorów. Ach!

* M, już na koniec wyjazdu, mrocznym głosem: „Florencja będzie kojarzyć mi się z kolejkami”. Gdybyście się zastanawiali: tak, zaliczyliśmy tą do galerii Uffizi. Jak się ma wcześniej kupione (przez internet) bilety, stoi się tylko w dwóch ogonkach łącznie ok. 30 minut – obiektywnie nie bardzo wiele, ale więcej, niż można by się spodziewać już posiadając bilet…

piątek, 21 września 2018

W tym roku uzbierało się już sporo podróży (a to jeszcze nie koniec…); niemal bezpośrednio po górskim urlopie wylądowaliśmy na kilka dni w Londynie. Dla niektórych był to wyjazd głównie służbowy, inni mogli po kilku h pracy trochę pochodzić po mieście… i pojeść ;), a przez cztery dni tych posiłków wychodzi całkiem sporo! Innymi słowy, mam kolejny adresownik londyński, jako uzupełnienie lub weryfikację poprzedniego zbiorczego wpisu.

Dokąd w Londynie pójść…


  • … na śniadanie:

Jeśli szukacie czegoś rano bardziej konkretnego, zwłaszcza a) na ciepło, b) czynnego od 8 rano w weekend (w tygodniu od 7:30), polecam The Breakfast Club. Odwiedziłam dwukrotnie to w Soho (na D’Arblay St), za każdym razem było smacznie, sympatycznie (ale nie liczcie na pogaduszki, bo obsługa jest zabiegana – dosłownie!) i całkiem sprawnie/szybko. Jeśli chcecie coś małego, polecam owsiankę, cała reszta jest bowiem spora lub wielka (np. jajkami po benedyktyńsku spokojnie nasycą się dwie osoby, o ile nie umierają z głodu), ale o to tam chodzi ;). Jedyny minus to taki, że lokal zapełnia się błyskawicznie – o np. 8:45 w niedzielę pod drzwiami stoi kolejka czekających na stolik.

Niedaleko BC znajduje się piekarnio-kawiarnia Gail’s Bakery (Wardour St), która sobie zaplusowała u mnie za… muzykę puszczaną przed 8 rano. Była to mieszanka muzyki z lat 70/80/90 (np. The Police czy Nina Simone), która rozbudziła mnie skuteczniej niż „normalne” flat white czy średnia owsianka (na mleku owsianym, co jest chyba modne; po tym w Gail’s uznałam, że chyba ten zamiennik mi nie leży, ale potem zjadłam smaczną wersję w Breakfast Club… choć na mleku krowim pewnie byłaby jeszcze smaczniejsza ;). Innymi słowy, nie wiem, czy na pewno mogę miejsce polecić spożywczo, ale ze względu na pozytywną energię :) pewnie chętnie tam wrócę (nie na owsiankę).

  • … na małe co nieco:

Jeśli w okolicy Oxford Street zapragniecie kanapki z salted beef, ozorkiem lub pieczystym w klimatach lekko zapyziałych, polecam tycie Tongue & Brisket na Wardour St. Wkładki do kanapek występują także w postaci bez pieczywa, ale wersja klasyczna, z piklami i wściekle ostrą musztardą, przygotowana przez pana mówiącego cockneyem, ma wiele uroku. Tuż obok znajduje się modernistyczny budynek Film House, jak ktoś lubi ten styl architektoniczny, warto obejrzeć.

Odjeżdżając mocno poza centrum, bo do Kew: jeśli tam się znajdziecie, polecam niewielką kawiarnię Antrobus & Butler kilka kroków od stacji metra. Jedzenie jest smaczne, świeże, kolorowe – kilka opcji od wegańskich po mięsne, każda zawierająca jakieś warzywa. Obsługują sympatyczne właścicielki. Na półce koło drzwi stoi słój z przysmakami dla psów a miska na wodę dla czworonogów jest przed wejściem ;). Ogólne wrażenie jest takie, jak żywcem wzięte z literatury kobiecej, ale w pozytywnym sensie: kobiety prowadzące mały, bezpretensjonalny biznes adresowany głównie do lokalnej klienteli.

A jeśli chodzi o tą lokalizację: to była moja druga wizyta w ogrodach botanicznych w Kew, przy czym poprzednia miała miejsce hm, 21 lat temu (i nie miałam wówczas siedmiu lat, tylko ciut więcej ;). Wiem, że od minionego stulecia powstały w ogrodach różne nowe atrakcje, ale i tak wygląda na to, że pamiętałam tylko palmiarnię… no i zresztą jako nastolatka miałam trochę inny gust, czyt. od jakiegoś czasu ogrody botaniczne bardzo lubię, a wówczas mnie niespecjalnie interesowały. Nie mówiąc o dodatkowych skojarzeniach, że w jaskrawym wrześniowym słońcu (z paroma chmurami na niebie) tereny ogrodowe wyglądają jak plener jakiegoś dramatu kostiumowego (np. ekranizacji powieści Jane Austen). Odwiedziny królewskiego pałacu i pobliskich kuchni to wrażenie tylko spotęgowały ;). Tu film/kolaż zdjęć stamtąd, jaki zamieściłam na FB Coś niecoś:

  • … na kawę:

Chodziłam po Londynie i każdego dnia piłam co najmniej dwie kawy, zamawiając flat white na autopilocie. Smuciłam się jednak faktem, że jakoś w żadnym lokalu mój ulubiony napój do mnie nie przemówił na tyle, bym dla samej kawy zapragnęła tam wrócić. Aż ostatniego dnia mnie olśniło, że przecież (z drobnymi wyjątkami) „na mieście” wolę teraz mniejszy format, tj. cortado. Objawienie nastąpiło w Jacob the Angel, do którego od dawna chciałam pójść: bo te napisy na ścianach/podłodze, bo lokalizacja w od zawsze lekko hippisowskim Neal’s Yard (do którego mam i miałam słabość, podobnie jak do całej okolicy, tj. Seven Dials), bo domowo wyglądające wypieki. Teraz jeszcze mogę dodać, że „miła atmosfera i dobra kawa”; wypieku spróbowałam bardzo zdrowego, wegańskiej owsianej krajanki z (chyba) daktylami i kokosem, i choć miałam lekkie skojarzenia z karmą dla gryzoni ;), było to na swój sposób smaczne. Jeśli uda mi się naukę pt. cortado do następnego razu zapamiętać plus zawitam znowu w okolice „ulicy Cormorana [Strike’a]”, czyli na skwer przed kościołem St. Giles na końcu Denmark St, chętnie odwiedzę sympatyczną obsługę straganu Rosie & Joe (i do kawy zjem blok z masłem orzechowym) – jest to jednak opcja na ładną lub przynajmniej znośną pogodę.

  • … na ostrygi:

Nigdy nie kryłam, że lubię ostrygi, a jak wiadomo, Wielka Brytania to bdb adres na ich skosztowanie, bo w końcu także tam się je łowi. The Oystermen znalazłam na mapie Google, patrząc na lokale oddalone o kilka minut marszu od teatru Vaudeville, do którego udaliśmy się wieczorem. Okazało się, że dobre oceny były uzasadnione: restauracja jest malutka (sugeruję rezerwację, zwłaszcza w „gorącej” porze przedteatralnej), atmosfera b. luźna (piwo pije się z butelki, chyba, że ktoś naprawdę musi ze szklanki…) i bardzo przyjazna, tj. kelnerzy oraz włoski (z zachowania nawet bardzo ;) kierownik sali wykraczają poza brytyjskie normy, nawiązując bardziej osobiste relacje z gośćmi (typu opowieści z wakacji), co raczej kojarzy mi się (pozytywnie) ze stylem zza Atlantyku. Co najistotniejsze, jedzenie: ostrygi z naszego mieszanego zestawu 4 x 3 smakowały mi wszystkie, z naciskiem na dwa różne gatunki z Whitstable (do którego kiedyś pojadę…), w tym delikatne tzw. natives (rodzime? natywne?), które są dostępne tylko w miesiącach z "r" w nazwie (takich, jak September/wrzesień), czyt. chłodniejszych. Później sałatka z makrelą dla mnie i ryba (dorada?) dla M, plus dla jednej osoby szkockie piwo rzemieślnicze, dla drugiej przyzwoite rose na kieliszki. Do powtarzania, i nie musi być przed teatrem (choć miło łączyć dwie przyjemności).

  • … na obiad lub lunch:

Temat obiadów zaczął się pewnym rozczarowaniem, bowiem pierwszego dnia po przyjeździe wróciliśmy do Ducksoup. Zdarza Wam się wejść do restauracji i czuć, że nic dobrego z tego nie będzie? Tak było tym razem, i przeczucie mnie nie myliło. Zamówiliśmy łącznie pięć różnych dań, trzy różne wina na kieliszki + aperitif i z tego wszystkiego chyba najciekawsze było pomarańczowe wino, którego od dawna chciałam spróbować. Kuchnia niestety rozczarowała; do tej pory pamiętam, co jadłam za pierwszym razem, bo były to dania świetnie doprawione, proste a jednocześnie (dla mnie) odkrywcze. Tym razem z trudem sobie mogę przypomnieć, co pojawiło się na stole, poza tym, że M miał coś z jagnięciną, która zniknęła zupełnie w sosie, ja miałam coś w stylu włoskiej ciecierzycy z solonym dorszem, bo z fasolą – i niestety, oryginał z rzymskiego Ai tre scalini było dużo lepsze. Gwoździem do trumny była zimna tarte tatin z brzoskwiniami. Obiektywne jest to smutne, jednak tylko wzruszam ramionami, bo co jak co, ale nad Tamizą zamiennik zawsze się znajdzie. I tak było, gdy na ostatni posiłek w mieście, czyli niedzielny lunch, poszliśmy do Kiln.

Restauracja to długi, ciemny (co tłumaczy jakość powyższego zdjęcia ;) bar + stołki na górze plus ze trzy większe stoliki na dole; rezerwacje są przyjmowane tylko dla co najmniej czterech osób, do dolnej sali. Na górze: kto pierwszy, ten lepszy; nam się koło 13 udało wejść i usiąść, ale w chwilę później był komplet. Bardzo dawno nie jadłam autentycznej tajskiej kuchni i zapomniałam, jak bardzo ją lubię; tu jest (cytując opis restauracji) w wydaniu z północy kraju. Mogę nie być obiektywna, ale smakowało mi wszystko bardzo, z naciskiem na ostrą surówkę z kalarepy (choć najbardziej pikantne było curry rybne); curry z wołowiny przypominało mi mussaman curry, które akurat jedliśmy na Koh Tao (czyli nie na północy ;). Napoje (mojito z tajskiej bazylii oraz piwo rzemieślnicze z kija) także godne polecenia. Zdecydowanie do powtórki.

  • … na piwo:

W temacie piwa: w Londynie nie mam zupełnie wrażenia, że puby cienko przędą, a wręcz przeciwnie. Zjawisko tłumu kłębiącego się na co drugim (jak nie każdym… ;) rogu przed wejściem do lokalu, zwłaszcza od godziny 17-18, mnie zawsze fascynowało. W pubach lubię nie tylko ich powszechność, ale wybór piwa, to, że pół pinty, czyli mała pojemność, to także standard (bo rzadko mam ochotę na duże), czy wreszcie to, jak często są ładne wewnątrz. Po drodze do muzeum w Holborn weszliśmy do Princess Louise; kręciłam nosem, bo przed wejściem było pustawo i ogólnie pub wyglądał z zewnątrz na trochę zmęczony. W środku okazał się piękny, z autentycznym XIX w. wystrojem, i później się doczytałam, że niechcący trafiliśmy do znanego zabytku ;). Kolejnego dnia wieczorem zatrzymaliśmy się na chwilę pod Dog and Duck na rogu Frith i Bateman St; wg tabliczki na ścianie budynku od kilkuset lat znajdował się w tym miejscu jakiś szynk, choć obecny budynek jest z XIX w., a narysowane sprejem na chodniku kreski wyznaczają, gdzie mogą stać goście, a gdzie powinno być przejście dla pieszych ;). Tyle jeśli chodzi o spontaniczne wyjścia, natomiast bardziej docelowo odwiedziliśmy Mr Fogg’s Tavern, w którym już raz wcześniej byłam (na ich piwie firmowym). Grupa „Foggowa” obejmuje m.in. także Cahoots, o których pisałam dwa lata temu (i do którego nawet próbowaliśmy teraz zajrzeć, ale bez rezerwacji = czas oczekiwania 45 minut), i biznes chyba dobrze się kręci, bo lokali nawiązujących do powieści Verne’a jest już pięć, a klientów nie brakuje. Choć ta hurtowość niekoniecznie mnie zachwyca, podziwiam właścicieli za konsekwencję i dbałość o detale np. w wystroju wnętrz (w tawernie trzeba dokładnie obejrzeć sufit, no i pójść do toalety, obejrzeć zwłaszcza umywalki ;) czy dobór muzyki z epoki. Dlatego też w kategorii kolejnej...

  • … na drinki:

 

… odwiedziliśmy Mr Fogg’s Residence, kiedyś na Instagramie polecanym (przez samych „Foggów”) jako najlepsze miejsce na randkę. Położone jest rzeczywiście w cichym zaułku Mayfair (czyt. raczej mało osób trafia tam przypadkiem), ale odstawszy kilka minut w mikro kolejce do wejścia (pod okiem portiera w retro liberii) znaleźliśmy się na dużej, głośnej sali, w pełni wypakowanej klientami… z czym nie mam problemu, jednak nie tak sobie wyobrażam romantyczny nastrój ;). Przestrzeń bez ludzi wypełniona „pamiątkami z podróży” – czyimi? Phileasa Fogga, rzecz jasna, czyli są to najróżniejsze kaski tropikalne, flagi, trofea łowieckie itd. Koło nas siedzieli starsi panowie; jeden poprosił o niespodziankę i dostał koktajl w… rogu. W toalecie zaś, co najbardziej mi się podobało, leci W 80 dni dookoła świata jako audiobook. Po namyśle jednak, jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy na punkcie kolonializmu, może odebrać całość negatywnie. Osobiście widzę w tym wielkie przymrużenie oka i choć przy niektórych fragmentach W 80 dni… (czytałam kilka lat temu) się wzdrygałam, nic mnie w Rezydencji nie raziło. Ze spraw praktycznych: koktajli jest cała książeczka, przy stronie czwartej zrezygnowałam i zdecydowałam się na pierwszy drink, jaki wcześniej wpadł mi w oko: coś trochę jak ogórkowy sour z dodatkiem pieprzu. Specyficzny, ale mnie smakował. 

Żeby jeszcze podkreślić, jak ważna jest konsekwencja dla klimatu lokalu: podczas spaceru po Bloomsbury przypadkiem trafiłam do kawiarni Syrup of Soot, którą dojrzałam kiedyś na Instagramie ulubionej Georgian London (o której już wspominałam). Zajrzałam do środka i, ponieważ poza kelnerką nikogo nie było, zrobiłam kilka zdjęć nie telefonem komórkowym (czyt. nie udając, że niekoniecznie robię zdjęcia ;). I, niestety, całe wrażenie z retro wystroju lokalu zepsuła głośna muzyka elektroniczna wyraźnie z obecnego wieku (i przelana kawa nie pomogła ;). A miało być tak pięknie, albo nie wystarczy ustawić kilka starych krzeseł.

Ufff! Dojechaliście do końca? Byliście w którymś z tych miejsc? Macie takie same wrażenia? Chętnie się dowiem!

środa, 13 czerwca 2018

Jeśli ktoś śledzi Coś niecoś na FB lub IG, widział, że niedawno gościłam we Włoszech, tym razem na południe od Rzymu, więc winna jestem właściwie wpis na temat smaków Amalfi i Neapolu ;). Wyjeżdżając jednak zaczęłam pisać na temat… Warszawy. Wychodzi mi, że ostatni wpis na temat stołecznych art. spoż. był parę miesięcy temu, ale o śniadaniach w Warszawie nie pisałam dawno. Przeglądając wpisy z tagiem #warszawa trochę się smucę widząc, jak wiele miejsc już nie istnieje; dotyczy to także niestety Deli Es, mojego ulubionego miejsca na weekendowe rozpoczęcie dnia. Nawet byłam w stanie czekać do godziny 9, by coś zjeść (a dla mnie to późno). Zawsze zresztą żałowałam, że tak mało jest w W-wie miejsc na coś ciekawszego niż kanapka i kawa o godzinie 7 czy 8 w niedzielę (bo w dni powszednie wybór całkiem spory). Owszem, parę razy odwiedziłam Być może (codziennie od 7), w którym karta śniadaniowa jest urozmaicona, ale tylko co druga wizyta była udana. Zimą przypadkiem trafiłam do Café Bristol i byłam mile zaskoczona. Jeśli lubicie klimaty retro i atmosferę jak w wiedeńskiej kawiarni, odwiedźcie koniecznie. Od 8 rano, także w weekendy, można zjeść śniadanie. Zestawów jest kilka i, uwaga, są BARDZO obfite – próbowaliśmy polskiego oraz, przy kolejnej okazji firmowego (Bristol) i spokojnie najedzą się jednym dwie osoby. Są w nim sery, wędlina, pyszna wędzona ryba, owoce… Dwie osoby przygotowujące się do prac fizycznych pt. półdniowa pomoc w przeprowadzce mogą się podzielić jednym śniadaniem małym + zestaw, po czym wyjdą jak dwie baryłki ;). Do tego cappuccino na podwójnym espresso jest takie, jak bym sama sobie zrobiła, więc pełnia zadowolenia.

Po śniadaniu chwila przerwy i… czas na obiad lub lunch! Po ok. 1,5 roku od rozmowy podczas imprezy firmowej, kiedy sąsiadka ze stolika polecała mi Pogromców Meatów, dotarłam wreszcie na Koszykową. Wahałam się, czy iść w bułkę z kaczką czy ozorem (była też chyba rwana wieprzowina, i jakaś opcja bezmięsna), i jednak miłość do podrobów zwyciężyła. Kilkanaście minut później jadłam już słodkie (tak, tak, tzn. poziom słodyczy jak w maślanej bułce - dla mnie idealne połączenie, ale nie każdy lubi) pieczywo bardzo szczodrze wypełnione mięsem, zieleniną i sosem. Tak szczodrze, że miałam nadzieję, że nikt mi się za bardzo nie przygląda podczas tego jedzenia, i cieszyłam się, że mam pod ręką chusteczki, a na koniec cieszyłam się, że nie było opcji dodatków typu sałatka czy deser, bo samą kanapką się mocno najadłam. Chętnie wrócę (z mokrymi chusteczkami!).

Jeśli jedyna opcja wege w Meatach was nie kręci, nie ma z tym problemu - Warszawa, jak wiadomo, jest od jakiegoś czasu mocno prowegańska. W okolicach Hożej/Kruczej jest małe zagłębie tego typu. Niestety, popularne Krowarzywa mi nie pasowały (poza lemoniadą ;), bo kotlet warzywny był po prostu mdły, a wiem, że wcale nie musi taki być. Jako jednak raczej pozytywne, choć specyficzne doświadczenie odebrałam obiad w Lokalu, gdzie zjadłam zestaw prawie jak w barze starego typu czy kuchni babci. Prawie, bo oczywiście „schabowy” schabu nie zawierał (szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co go udawało, przyjęłam, że wyrób sojowy ;), za to towarzyszyły mu klasyczne tłuczone ziemniaki, takie jak ze szczycieńskiej stołówki w wersji nie-wege (i które uwielbiam), buraczki, które kocham, i mizeria, którą jw. Wszystko było smaczne, dobrze doprawione i smakowało jak wersja „zwykła”, więc szczerze mogę polecić (plus porcja była bardzo, bardzo duża, bo poza ww. wymienionymi była jeszcze dodatkowa sałatka – moim zdaniem niepotrzebna, i z innej bajki). Niestety, „carbonara” M była już niekoniecznie udaną kopią; m.in. mam wrażenie, że osoba, która odtwarzała wegański „boczek” zbyt dawno nie miała kontaktu z oryginałem, plus sam makaron nie był najlepszy.

A wieczorem, procentową porą: o ulubionym miejscu na drinki, tj. Barze Wieczornym, już wspominałam (i lokal jak na razie ma się dobrze), jeśli jednak macie ochotę na klimaty meksykańskie, La Sirena oferuje i taco, i pyszną margaritę (która nazywa się tam Cartelita). Część pozostałych drinków wydawała nam się nieco zbyt wymyślna (np. ten marchwiowy... oj nie ;), ale Coco Cañon podane w połowce kokosa jest również warte polecenia.

Patrząc na to zestawienie mam wrażenie, że brakuje słodkości. Niecierpliwie czekam na skosztowanie lodów Lukullusa, które można na razie jeść z okienka na Brackiej. Choć nie jestem lodożercą, to w tej porze roku dobre lody się przydają (do czego wrócę we wpisie z włoskiego wybrzeża, więc stay tuned ;).

sobota, 03 marca 2018

Gdy się okazało, że przynajmniej trzy razy w tym roku będziemy w Rzymie, najpierw się ucieszyłam... a potem zaczęłam planować, co zjemy ;). Na pierwszy ogień zarezerwowałam kolacje-powroty: Armando al Pantheon (po 10 latach!) oraz Osteria 44, o której pisałam w 2012. Ten pierwszy lokal był wieczorem pełen, i trudno się dziwić, zważywszy na międzynarodową klientelę oraz to, że przypadkiem były to Walentynki. Jestem jednak zaskoczona, że w dzisiejszych czasach kuchnia, która jest maksymalnie domowa, tradycyjna a przy tym niefotogeniczna, cieszy się taką popularnością ;). Jedliśmy zapiekanego bakłażana (ja), karczocha z mozzarellą (M), ossobuco z groszkiem (M) oraz makaron z sosem pomidorowym z (małym) dodatkiem podrobów cielęcych (ja) + do tego dobre regionalne czerwone wino. Czy wróciłabym? Tak, ale może za jakiś czas. Co do Osterii, najbardziej ucieszyłam się ze spotkania Sergio, choć go nie poznaliśmy, dopóki się nie odezwał (6 lat temu nie miał brody ;). Spożywczo smakowała mi przystawka z zapiekanych ziemniaków z karczochami i boczkiem oraz toskańskie białe wino, polecone przez kelnera, z dań M dobra była jagnięcina z pistacjami, reszta poprawna; z ostateczną oceną kuchni wstrzymam się do kolejnej wizyty.


Kwestia lunchów czy też pranzo rozwiązała się bardzo prosto: gdy nasz kolega A. dowiedział się, że będziemy mieszkać koło dworca Termini, polecił nam Mercato Centrale; potem jeszcze przeczytałam o tamtejszej pizzy, i już wiadomo było, że musimy tam pójść. Ostatecznie poszliśmy trzy razy ;). Miejsce działa na zasadzie bardziej eleganckiej hali restauracyjnej, trochę zbliżonej do stołecznych Koszyków, acz mocniej kompaktowej i mimo wszystko w dużym stopniu obsługującej pasażerów dworca i/lub stacji metra (przeciskając się między stolikami i stoiskami trzeba uważać na walizki). Pomimo dużego ruchu nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem miejsc, choć na zasadzie dosiadania się do częściowo zajętego stolika. Jedliśmy owoce morza (grillowaną ośmiornicę i kalmary), przygotowane na świeżo, szybko i najprościej jak się da, podane z warzywami, i pizzę od słynnego (podobno, np. wg tego artykułu) Pietro Daniele Seu – smaczną, choć przekonałam się, że neapolitańska (chrupkie brzegi, miękki środek) to jednak nie mój nr 1. Piliśmy także zaskakująco smaczny, biorąc pod uwagę kolor i etykietę „detoks” (wrrr) sok z jabłek, kiwi i imbiru ze stoiska wege (za nami stał Indus, który prosił o „coś pikantnego” ;), oraz zrobiliśmy drobne zakupy. Właściwie to ja chciałam kupić kawałek sera a M miał nabyć espresso vis a vis, co skończyło się kupieniem sera, kawałka dojrzewającej wędliny i wypiciem zimnego espresso (a salami tylko dlatego nie wzięłam, że okazałam stanowczość plus nie przepadam za tą wędliną): innymi słowy, zaopiekował się mną sprzedawca (kierownik stoiska?). Pan ten poza podsuwaniem różnych kąsków i pytaniem, w jakim języku ma się ze mną porozumieć (sugerował sporo opcji ;), zapakował wędlinę próżniowo do samolotu. Oczywiście chętnie tam wrócę. Z innych napojów, niż wymienione powyżej, Mercato oferuje także stoisko z winem, także na kieliszki, oraz piwem, którego też kosztowaliśmy. Polecam, zwłaszcza jeśli będziecie w okolicy (choć Termini to chyba najlepiej skomunikowane miejsce w Rzymie).


Drążąc temat pizzy, w dniu wyjazdu (po dłuższym spacerze po cmentarzu Campo Verano – polecam, jeśli nie unikacie nekropolii) trafiliśmy do znanego Forno przy Campo di Fiori. Podaje się tam pizzę tzw. rzymską, czyli cienką i chrupką, sprzedawaną na kawałki. Pizza wychodzi z pieca (tzn. przy nas wyszła margherita, bianca już leżała za ladą), klient mówi, co i ile chce (pokazując palcami), sprzedawczyni kraja, składa na pół jak kanapkę, podaje, kieruje do kasy. W głębi sklepu można kupić pieczywo. Jest to fajna opcja na szybką przekąskę, ale na konkretniejszy posiłek chętnie poszukam pizzy romana z większą liczbą np. warzywnych dodatków.


Kolejnego wieczoru (piątkowego – brak obowiązków służbowych następnego dnia) wybraliśmy się w głąb dzielnicy Monti, do winiarni Ai tre scalini, i to jest miejsce, do którego na pewno chcę wrócić. Uwaga: podobno można zarezerwować telefonicznie stolik, mnie się nie udało jednak tam dodzwonić, natomiast lokal jest otwarty od 12 do nocy i bardzo popularny. Przychodząc o mało popularnej porze typu 17-18 pewnie znajdziecie miejsce (choć możliwe, że – jak my – wylądujecie przy barze), później może być jednak trudniej, a ok. 21 raczej nastawcie się na przeciskanie przez tłum i wołanie do kelnera o kieliszek wina ;). Nam udało się też zamówić jedzenie: suszone mięso (coppiette), oliwki i łubin jako przekąski; klopsy w sosie pomidorowym, caponatę, dorsza z ciecierzycą (na zdjęciu poniżej; jak się doczytałam przypadkiem u Rachel Roddy, tradycyjne danie piątkowe, bo rybne) i pieczywo. Do tego dobre czerwone wino na kieliszki: negroamaro, amarone i refosco, tylko trzy z bogatej listy na tablicy. Do rachunku jeszcze pojawiło się limoncello… no cóż, trzeba było porównać z domowym ;).


Z innych atrakcji dzielnicy Monti polecam APT na autorskie koktajle (próbowaliśmy trzech i wszystkie były smaczne) przygotowane przez b. sympatyczną obsługę, choć uprzedzam, że lokal mieści się w piwnicy, co nie każdemu musi pasować (było dość ciepło i pogoda sucha, ale zapach jest charakterystyczny dla tego typu pomieszczeń).

Skutkiem ubocznym wyjazdu było odkrycie, że... już niespecjalnie lubię włoskie cappuccino. Jest go trochę za dużo, mleko jest za mocno spienione, całość jest za słaba. Najlepsze było, o dziwo, to wypite na dworcu na stoisku Lavazza, vis a vis peronu z pociągiem Leonardo (tzn. na lotnisko). Na szczęście espresso, zwłaszcza to w miejscach zapyziałych, jest wciąż bardzo dobre. Raz też wybraliśmy się względnie chłodnym rankiem do „ambitnego” Faro (jeśli ktoś szuka dzbanków ze sznurkiem i innych piątych fal, to tam) na flat white. Szkoda, że kawy może i są w stylu z antypodów, ale już śniadania nie: lubię słodkie wypieki, wiadomo, ale zaczynanie dnia tylko od ciasta listkującego, w wersji luks – z jakimś nadzieniem, jakoś mnie nie przekonuje. Jednak nie jestem łasuchem (i nie, marizotto, czyli brioszka z kremem, nie jest alternatywą ;) - chyba już wolę croissanta, bo mimo wszystko mniej deserowy). Jak już mówimy o deserach, waniliowe cannoli (patrz pierwsze zdjęcie) wciąż jadalne ;).

Ciąg dalszy nastąpi wiosną (kalendarzową ;).

środa, 08 listopada 2017

Jeśli ktoś śledzi uważniej bloga, zauważy, że o wizytach w restauracjach, w których gotuje Robert Trzópek, meldowałam na bieżąco: najpierw była Tamka, potem był The Harvest (swoją drogą, chyba większość restauracji, o których wtedy pisałam, już nie istnieje). Późną zimą trafiłam do Bez gwiazdek na Powiślu i potem tylko zastanawiałam się, kiedy uda się wrócić. Udało się całkiem niedawno i znowu było godnie polecenia, więc czas na recenzję trzeciego miejsca spod znaku p. Trzópka ;).

Napisałam „godnie polecenia”, a jednak, jak to ujął M, „czy z kimś chcielibyśmy tu pójść?”. Coś w tym jest, bo nie mogę odpowiedzieć na to pytanie twierdząco, choć uważam, że jest to najciekawsza obecnie restauracja warszawska z kuchnią autorską, ambitną, ale przy tym stawiającą na treść, nie tylko formę (bo tego mam serdecznie dość ;). Rzecz w tym, że kulinarków znamy mało, a nie jest to miejsce na pogaduchy przy winie ze znajomymi czy obiad z rodziną. Nie smucę się, w końcu fajnie móc pójść dokądś tylko we dwoje…

Formuła restauracji jest prosta: otwarte tylko wieczorem; menu działa w formie małej, średniej i dużej, czyli od 4 do 6 dań, dodatkowo można wziąć dobierane wina, co bardzo polecam. Jak na razie są oferowane zestawy tematyczne pt. regiony Polski – trafiliśmy najpierw na Wielkopolskę, potem Ziemię Lubuską, czyli dość podobne klimaty (i te ostatnie bliskie M rodzinnie): i jedno, i drugie zaczynało się od kapusty ;). Szczerze mówiąc żałuję, że załapaliśmy się na np. Pomorze czy (nasze adoptowane) Mazury...

Najnowsze menu, które widzicie na zdjęciach, mam mocniej w pamięci i moim ulubionym daniem byłoby jedyne bezmięsne, tj. dynia, którą nazwałabym Austrią w pigułce: marynowana, wyraźnie kwaśna, podana z octem z owoców czarnego bzu i pestkami dyni; dobry przerywnik przed głównym daniem mięsnym. Był nim dzik, który z kolei najbardziej smakował M, a który na tle innych dań wydawał się całkiem tradycyjny. Poza tym bowiem był zdekonstruowany kapuśniak (wyobrażam już sobie minę teścia ;) ze słodkiej kapusty, ale dodatkiem białej porzeczki – i efekt połączenia tych składników był zaskakująco smaczny, choć nie wybrałabym dania do swojej top trójki; dwa plastry wędzonej słoniny, z marynowanymi śliwkami i rydzami, która mi bardzo smakowała, ale przy takim ładunku umami trudno się dziwić (a teść nawet myślę, że by się nie krzywił) oraz delikatny dorsz, w kwaskowatym sosie z agrestem i zielonymi pomidorami – których się obawiałam, po tych, które wyrastają nam z kompostu w różnych miejscach ogrodu, ale na szczęście tu nuta goryczy była bardzo subtelna. Był także deser: jabłko nadziane parfait (moim zdaniem smakowało jak lody) z selera naciowego, doprawione Ginem Lubuskim (tu dostaliśmy z M ataku śmiechu, bo z tym właśnie ginem dawno temu, a nawet bardzo dawno temu, miałam pewne nieprzyjemności, ale na szczęście po traumie pozostało tylko wspomnienie; G&T nawet teraz bardzo lubię ;). Ten deser chyba bym dorzuciła do tercetu ulubionych, ze względu na skojarzenie z najbardziej niezwykłym deserem, jaki kiedykolwiek zjadłam, czyli szczaw i buraki z Tamki.

Potrawom towarzyszył także wybór pieczywa wypiekanemu na miejscu i który jest dość obszerny, jednak jakoś w 2/3 posiłku sobie z nim poradziliśmy. Na desce znajdował się chleb gryczany na zakwasie, foremkowy (moim zdaniem najbardziej udany), jasny – drożdżowy i zakwasowy (obydwa smaczne, ale w moim odczuciu zbyt mocno wypieczone) oraz najsłabszy w zestawie, pszenny razowy na zakwasie (jestem BARDZO wybredna, jeśli chodzi o pieczywo, ale tu chyba i czas wyrastania, i receptura do poprawki ;). Do tego masło, wyrabiane też w restauracji (!) oraz olej rzepakowy z Góry Św. Wawrzyńca (który kiedyś kupiłam do domu i właściwie chętnie bym ten zakup ponowiła…).

Wspominałam także o winach: są dobierane do dań w przemyślany sposób i często grają tylko z daną potrawą; z przyjemnością słuchałam sommelierów objaśniających dany wybór. Są to często wina np. morawskie, austriackie czy polskie (z ostatniego zestawu do picia poza konkretnymi daniami pasowały mi tylko rodzime białe: Kadryl z samego początku - swoją drogą, w menu lubuskim opublikowanym w sieci jest inne - oraz Riesling „Znad Pradoliny” podany do deseru. Przyznaję, że brakowało mi w ostatnim menu pełnego wina czerwonego do dzika, bo eksperymentalne Nebbiolo nie do końca spełniało te kryteria moim zdaniem ;).

Wracając do pytania, komu można Bez gwiazdek polecić – wszystkim, którzy interesują się kuchnią i podchodzą do niej bez uprzedzeń, zależy im na poznawaniu niecodziennych, nieoczywistych połączeń smakowych i, być może, nowych składników. Sama mam poczucie, że szefowi kuchni mogę zaufać i spróbowałabym u niego wszystkiego. Ciekawa jestem, jaka będzie formuła po wyczerpaniu listy regionów – nie wątpię jednak, że jeśli nie powrót do początku listy, to inny motyw (miesiące lub sezony, a może miasta?) da się znaleźć.

Zapisz

czwartek, 14 września 2017

Vancouver uchodzi za jedno z miast o najwyższym standardzie życia na świecie, czy takie, co „ma wszystko” - metropolia z dużą ilością zieleni, położona nad morzem, z dostępem do oceanu, otoczona górami (zimą do najbliższych wyciągów jedzie się góra kilkadziesiąt minut). Szklane wieżowce sąsiadują z drewnianymi domami z początków rozwoju miasta. Do tego dość niski poziom przestępczości, ścieżki rowerowe i transport publiczny. Żeby nie było zbyt różowo, ceny nieruchomości obecnie nie są dla wszystkich a bezdomnych trudno nie zauważyć i w centrum, i w parkach. Trudno też uciec od smutnych refleksji na tle etnicznym, do których skłaniają choćby słynne totemy w Stanley Park (jedna z większych atrakcji turystycznych w mieście). Choć Vancouver nie skradło mojego serca tak, jak Nowy Jork, i to mimo tego, że też są budynki w stylu Art Deco*, jest to miasto łatwe w obsłudze przez kilka dni, zwłaszcza jak się mieszka w centrum i można niemal wszędzie dojść na piechotę (ew. dojechać rowerem miejskim, choć warto zaznaczyć, że prawo prowincji BC teoretycznie nakazuje jazdę w kasku, którego przeciętny turysta ze sobą raczej nie ma).

Pierwszą noc po przylocie spędziliśmy w dzielnicy West Point Grey (obok „hippisowskiego” czy też artystycznego Kitsilano), stosunkowo blisko lotniska oraz Jericho Beach. Jest to dzielnica mieszkalna, pełna domów jednorodzinnych z ogrodami i pustych, szerokich ulic ocienionych platanami. W ramach walki ze zmianą czasu poszliśmy jeszcze na krótki spacer nad morze. Było słonecznie, ciepło oraz wyjątkowo cicho, co zwalałam na długi weekend (Labour Day) z pogodą proszącą się o ucieczkę z miasta. Gdy po kilku godzinach snu obudziliśmy się o 2:30, po paru próbach ponownego zaśnięcia wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do całodobowego Lucy’s Eastside Diner. Ponieważ była to sobotnia noc, czy też właściwie nad ranem w niedzielę, w dinerze było całkiem sporo osób, przypuszczam kończących w ten sposób sobotnią zabawę ;). I tak naszym pierwszym kanadyjskim posiłkiem stała się kawa w stylu amerykańskim, wytrawne pankejki podane z pulled pork (!) oraz hash browns, tj. smażonymi ziemniakami. Po posiłku pojechaliśmy na nocne oględziny portu w Prospect Point oraz poszukiwanie wschodu słońca w Stanley Park; efekty widać na zdjęciach. Bonusem był „nasz pierwszy kojot” dostrzeżony z okna samochodu podczas drogi powrotnej do pensjonatu.

Po powrocie ze Squamish obrzeża Stanley Park (konkretnie jezioro Lost Lagoon) oglądałam codziennie podczas porannych przebieżek, bo mieszkaliśmy w dzielnicy West End, w której częściowo pozostawiono XIX w. domy (otoczone oczywiście blokami). Parę moich ulubionych widać na poniższych zdjęciach. W jednym mieści się Roedde House Museum, które polecam miłośnikom vintage, retro i pochodnych. Jest to w gruncie rzeczy mini skansen, tj. dom mieszkalny z odtworzonymi oryginalnymi wnętrzami, z ogromną liczbą akcesoriów z epoki; zwiedza się obowiązkowo z przewodnikiem, starszym wolontariuszem.

Vintage w formie stylu shabby chic (z naciskiem na to pierwsze, tj. obdrapanie i celowy brak renowacji ;) występowało w dwóch kawiarniach, które odwiedziliśmy właściwie przypadkiem, a które polecam i jako źródło napojów/przekąsek, i fanom tego stylu wnętrzarskiego. Jedna to Le Marche St. George, do której podjechaliśmy po zwiedzeniu ogrodów botanicznych Van Dusen. Prowadziłam nas za pomocą mapy Google, zastanawiając się, czy ktoś nie zrobił błędu, byliśmy bowiem znowu na cichym osiedlu domków mieszkalnych, gdzie przynajmniej w naszym kraju kawiarnie rzadko się spotyka. Tymczasem w Kanadzie faktycznie – narożny dom został udekorowany sznurami lampek, które na pewno świetnie znacie ze zdjęć na Pinterest czy Instagramie, na chodniku stoi kilka stolików a wnętrze jest wypełnione starymi szafami i stolikami nie od pary. W szafach stoją artykuły spożywcze do kupienia, typu sól wędzona, lub niszowe kosmetyki, typu mydło na piwie czy ziołowe serum do twarzy. Żeby jednak nie było, że wszystko jest na pokaz, kawa była świetna (bez poprawiania, tj. zmniejszania ilości mleka lub dolewania espresso, bo smutne doświadczenie uczy, że warto przed zamówieniem spytać choćby o wielkość kubka…), kisz smaczny i wypiliśmy nasze pierwsze London Fog, z którego słynie Vancouver. To słodki, mleczny napój herbaciany, trochę jak masala chai bez przypraw, ew. waniliowa bawarka. Ponieważ było ciepło, M zamówił wersję z lodem. W kawiarni panował duży ruch, m.in. przyszedł lokalny policjant, który pożegnał się z obsługą „było pysznie, jak zawsze”, a potem delikatnie zwrócił nieświadomym Europejczykom (tj. nam) uwagę na temat włączania się do ruchu w mieście Vancouver („nie każdy prowadzi tak świetnie jak Pan i dlatego lepiej parkować po prawej stronie drogi, żeby nie przecinać ulicy ruszając”).


Podobną osiedlową kawiarnią, do której trzeba trafić docelowo (np. przez media społecznościowe ;) lub mieszkać w pobliżu, jest Greenhorn, do którego zajrzeliśmy po pierwszym biegu wokół Lost Lagoon. Ponieważ kawiarnia dopiero wówczas się otwierała (o 7 rano), nie spodziewałam się, że gdy następnego dnia udam się tam w deszczu na ulubioną flat white (skądinąd mało w Kanadzie popularną), będę miała problem ze znalezieniem miejsca siedzącego… Podobnie zresztą było w drugim wnętrzu z shabby chic, o którym chciałam wspomnieć, tj. Finch’s w dzielnicy Gastown. Znów padało, a dotarliśmy tam tylko dlatego, że kanapkownia, w której chciałam zjeść lunch, okazała się zamknięta w sobotę (czyli pewnie nastawiona na klientów z pobliskich biur ;). Sam budynek, w którym mieści się kawiarnia, jest wart sfotografowania, jeśli lubi się to, co stare i nieco zapuszczone (ale takie w ogóle jest Gastown, poza pojedynczymi świeżo odnowionymi kamienicami z eleganckimi butikami). Finch’s serwuje napoje, sałatki i rozmaite kanapki – wszystkie przygotowywane na świeżo i smaczne, podawane na kawałku złożonego pergaminu, który potem należy wyrzucić do, uwaga, kosza na odpadki organiczne.

Dodatkowym plusem jest sąsiedztwo (po drugiej stronie ulicy) księgarni The Paper Hound, która jest nr 1 na liście „miejsc do ponownego odwiedzenia, jeśli kiedyś wrócę do Vancouver”. O ile Hatchards jest moją ukochaną księgarnią z nowymi książkami, The Paper Hound w tej chwili zajmuje pierwsze miejsce w kategorii używanych – prawdopodobnie od chwili, gdy zobaczyłam półkę z książkami dla dzieci pt. „gryzoń jako główny bohater”. Polecam też zajrzenie do „książek zakazanych” oraz do szafki z osobliwościami („fałszywe pamiątki rodzinne”). Kończąc temat Gastown, warto jeszcze dodać, że mieści się tam też kilka ascetycznych kawiarni nowego typu, takich dla miłośników alternatywnych metod parzenia i innych trzecich fal (ale w Nemesis flat white dobre też zrobią) oraz... punkty sprzedaży marihuany.

 

Dokąd bym jeszcze wróciła? Do przedstawicieli „kuchni świata”, tj. na taco do La Tacqueria Pinche (nie mam wielkich doświadczeń z kuchnią meksykańską, ale tu smakowało mi wszystko, zwłaszcza mole) oraz do Kingyo, izakaya na Denman St. Restauracji azjatyckich w Vancouver nie brakuje, co jest zrozumiałe, jeśli się przyjrzy mieszkańcom miasta… czy trochę pociągnie nosem: mnie się Vancouver chyba już będzie kojarzyć z zapachem oleju sezamowego ;). Kingyo wybrałam na lunch m.in. dlatego, że znajdowało się kilka minut na piechotę od naszego pensjonatu plus miało dobre recenzje. Nie robiłam rezerwacji, ale w popularnych porach warto; w 20 minut po otwarciu, czyli jeszcze przed 12, załapałam się na ostatni firmowy zestaw bento. Jak wyglądał, widać powyżej. Nie byłabym w stanie powtórzyć dokładnie, co jadłam, poza tym, że były surowe przegrzebki i niemal surowy tuńczyk, i kawałek wieprzowiny, i zupa miso, a wszystko było bardzo smaczne i zaskakująco lekkie.

Trzecim wyborem byłoby miejsce dla miłośników ryb i owoców morza, znana i powszechnie polecana Blue Water Cafe (a ja pierwszy raz o niej przeczytałam na blogu Ani, tj. Jest pięknie). Choć przed kolacją wzdychałam nad dłuuugą listą lokalnych ostryg, ostatecznie podzieliliśmy się wyborem surowych owoców morza dla dwojga, i w ten sposób po raz pierwszy zjedliśmy meduzę (gdybym nie wiedziała co to, powiedziałabym, że makaron ryżowy z – znowu - olejem sezamowym ;) oraz upewniliśmy się, że lubimy ceviche. Drugie dania to tuńczyk (M) i golec (ja), obydwie ryby b. świeże, prosto doprawione a porcje spore; piliśmy także białe wina z regionu Okanagan, w czym mieliśmy pewien cel, o czym następnym razem. Jeśli lubicie ryby/owoce morza, zdecydowanie warto pójść; z Yaletown, gdzie mieści się Blue Water, jest blisko na targ na Granville Island. My go odwiedziliśmy po 9 rano, poszukując kulinarnych pamiątek lub prezentów, i wydawał mi się przyjemnie niezatłoczony w porównaniu do np. Borough Market; w porze lunchu przypuszczam, że ruch jest znacznie większy.

Poza ww. top trójką oczywiście zjedliśmy w jeszcze paru innych restauracjach, które jednak nie załapują się na listę „do powtarzania”, np. w eleganckim Hawksworth (gdzie choć jedzenie smaczne, były problemy z obsługą, które moim zdaniem nie powinny wystąpić zwłaszcza w restauracji tej klasy) czy Forage, słynącym z czysto lokalnej kuchni (gdzie zjedliśmy bizona, kanadyjskie sery i piliśmy produkowane w kraju orzechowe amaretto, bez aromatu gorzkich migdałów). Byliśmy także testować piwa w Steamworks, który w porównaniu z browarami w Squamish jest rozmiarów fabrycznych a mimo to trudno wieczorem o stolik, oraz na koktajlach i ostrygach w Gotham. Śniadań poza domem nie było, gdyż zapewniał je w urozmaiconej i obfitej postaci pensjonat, i… też codziennie w jakiejś postaci pojawiały się ziemniaki ;).

CD, czyli wino i góry, nastąpi.

* Ale powiedzmy sobie szczerze: budynek Chryslera jest jeden, a jak się go zobaczy wieczorem, to już się nie odzobaczy ;).

Zapisz

Zapisz

wtorek, 12 września 2017

Gdy nasza przyjaciółka E. dowiedziała się, że jedziemy do Kanady, powiedziała „syrop klonowy i szopy pracze”. Moje pierwsze skojarzenia byłyby pewnie literackie, bo jako dziecko „karmiona” byłam Curwoodem (nieskutecznie, bo książki przygodowe to nie mój gatunek) i L.M. Montgomery (bardzo skutecznie; do tej pory zdarza mi się odświeżać Błękitny Zamek) . Z tego ostatniego powodu, gdybym miała sama wybrać miejsce docelowe w tym kraju, na pierwszym miejscu byłaby Wyspa Księcia Edwarda. Gdy jednak wyjazd jest tylko połowicznie wypoczynkowy, a część zawodowa wiąże się z Vancouver, człowiek znajduje się na zachodnim wybrzeżu (a całą tą relację pisze przemieszczając się pomału w kierunku Gór Skalistych).

W stolicy Kolumbii Brytyjskiej musieliśmy zatrzymać się na dłużej dopiero na czwarty dzień po przylocie, więc po dość krótkiej nocy w Vancouver (o czym następnym razem) ruszyliśmy na północ wzdłuż wybrzeża. Squamish to popularny cel np. weekendowych wycieczek mieszkańców Vancouver – trudno się dziwić, zważywszy na atrakcyjność miejsca i tylko godzinę jazdy samochodem. Whistler, znany ośrodek narciarski, znajduje się ok. 40 min. dalej. Nasze plany zakładały chodzenie po górach przez trzy dni pobytu, wiele osób jednak przyjeżdża tam na rafting, rowery, kajakarstwo… Możliwości jest wiele, choć natura nie zawsze ułatwia uprawianie sportu: trafiliśmy na wyjątkowo upalną pogodę, pod koniec połączoną z powietrzem zanieczyszczonym dymem z pożarów lasów. O ile na to drugie niewiele mogliśmy poradzić (i dlatego zdjęcia ze szczytu najpopularniejszej góry w okolicy, Stawamus Chief, są wszystkie zamglone), w przypadku pierwszego pomaga jetlag. Przy różnicy czasu 9 godzin, pobudka o np. 2:30 w pierwsze parę dni była dla mnie normą (oznaczało to także, że z wyjścia do restauracji pierwszego wieczoru niewiele pamiętam, bo prawie zasnęłam przy stole ok. 18). Słońce wstawało ok. 6:30, ale koło 6 było już względnie jasno. Tak czy inaczej, już koło 7 rano można było zacząć wędrówkę i w porze największego popołudniowego upału znaleźć się już na dole, by podjechać do jednego z jezior w okolicy (dwukrotnie zaliczyliśmy kąpiel w popularnym Lake Alice – pływanie w orzeźwiającej wodzie po uprawianiu sportu to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie znam).

Jeśli chodzi o same wędrówki, zaliczyliśmy spacer po Murrin Park, który choć mały, z wyżej położonych punktów ma piękne widoki na cieśninę Howe, wejście na Blackcomb (z zjazdem wyciągiem do centrum Whistler – załapaliśmy się na ostatni dzień pracy wyciągu, przy czym bilety na zjazd trzeba kupić… uwaga, wcześniej w dolnej stacji, czyli my musieliśmy kupić je dzień wcześniej, biorąc pod uwagę start o 7) oraz wspinaczkę na środkowy (tzw. drugi) szczyt Stawamus Chief. O ile szlaki w Murrin Park (poza najwyższym punktem) czy na Blackcomb bardzo przypominały ścieżki alpejskie czy nawet bieszczadzkie, Chief, przynajmniej od pewnego momentu, był bliższy Acadii w Maine. Z tą różnicą, że choć w Acadii korzystaliśmy przez chwilę z lin, nie musieliśmy się na nich podciągać, zwłaszcza nie po kawałku pionowej skały ;). Jak zobaczyłam potem klasyczną drabinę do dalszego wspinania się, bardzo się ucieszyłam. Widoki ze szczytu, nawet zaciągnięte dymem, wynagradzają stres i wysiłek (w moim przypadku razem z perspektywą zejścia inną trasą ;).

Innym bonusem, przynajmniej w wybrane dni, jest urocza zielona przyczepka z lodami Alice & Brohm, strategicznie umieszczona przy parkingu koło wejścia na szlak. Lody są zrobione z lokalnych składników, tylko owocowe, w 3 lub 4 klasycznych smakach, co stanowi odświeżającą odmianę po lodziarniach oferujących kilkanaście lub kilkadziesiąt opcji. Duża malina (M) i mała jeżyna (ja) w krajobrazie pustynnym smakowały świetnie.

Wspomniałam wyżej magiczne słowo „restauracja”. W Squamish nie mieliśmy noclegu z wyżywieniem ani możliwością przygotowania sobie posiłku, więc zwiedzaliśmy lokalną gastronomię także w zakresie śniadań. Na głównej ulicy tego swoiście zabudowanego miasta znaleźliśmy dwie przyzwoite kawiarnie z dobrą kawą; ciut lepsza była w The Ledge Community Coffee House, ale za to Zephyr Cafe jest otwarta od 6:30. Dlatego dwukrotnie zjedliśmy w niej śniadanie, przy czym rozmiar tego posiłku jest taki, by dostarczyć paliwo na dobre kilka godzin, nawet dla osób uprawiających sport (w dniu wyjazdu, tzn. bez wędrówki, po dorodnym talerzu granoli nie byłam głodna przez prawie 7 godzin ;). Numerki stolików/zamówień wyznaczają zabawki, typu figurka dinozaura lub Batmana, w środku kawiarni zaś panuje lekki duch hippizmu, który – w moim odczuciu – jest w ogóle wyczuwalny w Squamish, czasem płynnie przechodząc w łagodne hipsterstwo. Objawia się to liczbą szkół jogi oraz koczującymi (i ćwiczącymi) pod Chiefem joginami, sklepami z odzieżą używaną lub ręcznie dzierganą, czy łagodnie uśmiechniętymi długowłosymi osobami w różnym wieku, spacerującymi boso po bardzo rozgrzanym asfalcie lub wędrujących z jumbo matami do – znowu - jogi na plecach. Oczywiście, znalezienie dań weg(etari)ańskich nie jest też problemem. Miasteczko uprawia także ogródek warzywny na cele społeczne, typu bank żywności. Aha, i część przejść dla pieszych jest tęczowa ;), choć to zobaczyłam później także w Vancouver.

Hipsterstwo objawiło się chyba najwyraźniej podczas cotygodniowego targu (farmer’s market) w Whistler, który odwiedziliśmy w ramach kupowania ww. biletów na zjazd w Blackcomb, i w ten sposób wypiliśmy „naszą pierwszą kombuchę”. Gdybym nie wiedziała, że to sfermentowana herbatka, powiedziałabym, że woda gazowana z sokiem ;). Nie wchodząc w szczegóły składników i ich działanie, w gorący dzień smakowała bardzo dobrze.

Z innych lokalnych napojów wypróbowaliśmy dwa miejscowe browary, bo piwowarstwo rzemieślnicze w regionie ma się bardzo dobrze (w Vancouver urządza się np. oficjalne wycieczki po dzielnicy browarniczej, reklamowane choćby w… punkcie wynajmu samochodów). Zestaw 4 niedużych szklanek, czyli tzw. flight, do przetestowania wybranych piw to norma; bardzo podobało mi się, że może obejmować właśnie wybrane piwa, nie narzucone przez bar. W Howe Sound Brewing w centrum Squamish, mieszczącym się niedaleko naszego hotelu, ostatecznie piliśmy tylko piwo (raz testowo, za drugim razem od razu poprosiliśmy o Sky Pilot ;), natomiast w Backcountry Brewing, położonym ok. 3 km w stronę Whistler, zjedliśmy także bardzo smaczną pizzę i sałatkę, choć jak dotarliśmy na miejsce, niezupełnie myślałam o jedzeniu… Trzy kilometry wydają się bowiem dwa razy dłuższe, jeśli się je przejdzie w pełnym słońcu, w temperaturze w cieniu ok. 35 st. C, zacieniona strona ulicy bowiem nie istnieje. Squamish zostało założone niewiele ponad 100 lat temu, budynki są niskie, rozłożone z rzadka na dość dużym obszarze. Samo centrum przypominało mi mocno miasteczko Fortitude z serialu o tej samej nazwie ;). Mimo to cieszyłam się, że obraliśmy je na bazę zamiast Whistler, które postrzegam jako typowy kurort.

CDN., albo wypatrujcie relacji z Vancouver! W między czasie zapraszam na Instagram, także IG Stories.

Zapisz

niedziela, 02 lipca 2017

Podczas naszego niedawnego urlopu w górach wyskoczyliśmy na dwa dni do Londynu – nie całkiem dla przyjemności, przynajmniej nie w przypadku M, ale coś smacznego oczywiście dało się zjeść. Część naszych planów spożywczych co prawda musiała ulec spontanicznej zmianie, m.in. dlatego, że samolot był opóźniony i znaleźliśmy się w centrum miasta ok. godzinę później, niż planowaliśmy. W ten sposób zamiast na kolację do St. Johna* w Smithfield trafiliśmy na lunch, i bardzo się potem cieszyłam, że nie zrezygnowaliśmy z wizyty tam w ogóle. Uwaga: zdjęć z samej sali restauracyjnej nie ma, bo obowiązuje w niej zakaz używania telefonów komórkowych**, a mój aparat został w Austrii (zajmował za dużo cennego miejsca w bagażu podręcznym); pstryknęłam tylko kilka zdjęć w części barowo-piekarnianej i przed lokalem.

St. John jest znany z a) podrobów, b) serwowania kuchni brytyjskiej w odświeżonej formie, z lekkim ukłonem w stronę prostej francuskiej tradycji. Punkt a) wydaje się jak najbardziej zrozumiały biorąc pod uwagę choćby lokalizację restauracji - za rogiem od słynnego targu mięsnego Smithfields (czynnego od świtu – czy też wcześniej… - do południa). Anthony Bourdain kiedyś wypowiedział się, że St. John to „restauracja marzeń”.

Niepozorny front prowadzi do wnętrza o nieregularnych kształtach – sala na wprost to nieformalne „bar & bakery”, oszklona sala po schodkach na prawo (które widać na zdjęciu powyżej) to właściwa restauracja. Choć jest minimalistycznie, ściany są pobielane, dekorację stanowią stare haki na ubrania na ścianach, wytarte posadzki i częściowo otwarta kuchnia, na stołach są obrusy. Rozejrzawszy się dookoła uznałam, że to musimy znajdować się w zaadaptowanych budynkach gospodarczych – i owszem, kelner poinformował mnie, że siedzimy w eks-wędzarni.

Menu jest jednokartkowe, i choć nie bardzo rozwinięte, miałam problem z wyborem, bo zbyt wielu dań chciałam spróbować. Na szczęście porcje były na tyle nieobfite (nie mylić ze zbyt małymi), że znalazło się miejsce na deser, a to rzadko mi się zdarza (w przeciwieństwie do niektórych ;), nie mam drugiego żołądka na słodycze). Inną sprawą jest to, że rzadko miewam problemy lingwistyczne z menu w języku angielskim, „Middle White” jednak stanowiło dla mnie zagadkę i obstawiałam rybę. Skucha – to (stara) rasa świń.

Co więc zjedliśmy? Ww. bardzo delikatną pieczeń z świń rasy Middle White, podaną na zimno z niewielką ilością surówki z rukwi i rzodkiewek, doprawioną musztardą (ja); tuszonkę wieprzową, tj. potted pork (M); wątrobę koźlęcą (!) podaną z duszoną cukinią z miętą (ja) – hit, do powtórki w domu z wątroby bardziej powszechnie dostępnej; solę, a właściwie dwie małe smażone sole, ze zblanszowaną zieleniną, w tym boćwiną (M). Do tego bardzo przyzwoite wino rosé z własnej winnicy St. John (we Francji, nie, nie w Anglii ;) oraz dobrze schłodzony muscadet. Deser stanowił maślankowy krem a la panna cotta, bardzo w stylu Nigela Slatera, nie za mocno ścięty, podany z malinami i kruchym ciastkiem (ja) oraz mokre ciasto/pudding (trochę clafoutis, trochę Far Breton) z wiśniami z pestkami (!) dla M. Wszystko proste, bazujące na jakości sezonowych składników, bez mocnych, wybijających się przypraw (z wyjątkiem musztardy i ew. mięty), ale jednocześnie doprawione. Czyli, podsumowując, ten rodzaj kuchni, jaki najbardziej lubię i jakiego szukam. Sposób podania także maksymalnie prosty – bez pianek, emulsji, posypek czy smużek – acz estetyczny. Z wielką chęcią tam kiedyś wrócę, jeśli nie od razu do restauracji, to może by wypróbować opcję „chleb i wino”? Do posiłku dostaliśmy także pieczywo (jasne i lekko razowe pszenne, a la francuski chleb wiejski), jak rozumiem, właśnie własnego wypieku „zza ściany”, i było wysokiej jakości (a mam wysokie wymagania). Po drugiej strony Tamizy jest także St. John Maltby, plasujący się okolicach bistro, jeśli chodzi o formułę. Ech, za mało okazji, za dużo restauracji… ;).

PS. Z innych art. spoż. w Londynie – drugim powodem roszad w kalendarzu i planach konsumpcyjnych był wakat na kolację w Le Gavroche, do którego wróciliśmy po 8 latach i… w skrócie, okazało się, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z pewnością my kulinarnie szukamy teraz czegoś innego, ale niestety obsługa już też nie jest tak idealna, jak kiedyś.

* Czy jestem jedyną osobą, która słysząc „St. John” w opcji /s(ə)nˈdʒɒn/ myśli o scenie z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”? (zwłaszcza ok. 2:40).

** Errata z 07/2018: wczytałam się uważniej w kartkę na ścianie przy drugiej wizycie i okazało się, że raczej chodzi o zakaz rozmawiania przez telefon/odbieranie rozmów (dzwonki i inne dźwięki). Półmrok wnętrza jednak zdjęciom nie sprzyja ;).

wtorek, 27 czerwca 2017

Co jakiś czas wspominam o tym, co jemy podczas górskich wędrówek w Austrii (całkiem sporo z tego można obejrzeć sezonowo na moim Instagramie lub np. w albumie na Facebooku). Pisałam kilka lat temu o specjalizacji na halach, tj. produktów selbstgemacht, i wspominałam tam m.in. o ulubionym Strohlehenalm; rok temu przy okazji bucht wspomniałam „krasnoludki”. Podczas wrześniowego wyjazdu pomyślałam, że – skoro wpisy nt. Bad Gastein czy Bad Hofgastein cieszą się popularnością – może komuś przyda się subiektywny przewodnik po lokalnych gospodach. Większość z nich jest stosunkowo łatwo dostępna, tj. położona poniżej 1500 m., do niektórych można dojechać samochodem. Wiele produktów do zjedzenia na szlaku, można także kupić podczas sezonowych targów pod ratuszem miejskim (największe są we wrześniu w ramach dożynek, tj. Bauernherbst, mniejsze odbywają się także latem w każdy czwartek).

Doświadczenia z wędrówek zbierałam od 7 lat (narciarskich jest nieco więcej, ale lokale się prawie nie pokrywają); miejsca na mapie odwiedziłam – z dwoma wyjątkami – co najmniej dwa razy, są to więc gospody, do których wracam, bo albo jest ogólnie smacznie, albo jest wyjątkowo miło, albo można tam kupić/zjeść coś rzadko spotykanego. Ponieważ wpis wyszedł mi za długi, jak na możliwości Bloxa (!), podzieliłam go na 2 części.

Steineralm

Idąc od góry, z północy (Dorfgastein) na południe:

- Steineralm. Miejsce prowadzone, jak to często bywa, przez rodzinę wielopokoleniową (starsze panie gotują, wnuki kręcą się pod nogami). Tu trafiliśmy pierwszy raz na piwo, schodząc chyba z jezior Paarsee i niestety byliśmy najedzeni prowiantem na wynos... choć od pączków z trudem oderwaliśmy wzrok (M wcześniej widział proces formowania i smażenia, bo siedział vis a vis wejścia do gospody). Wróciliśmy w kolejnym roku, celem konsumpcji pączków. Miały być wytrawne Blattkrapfen, ale coś nam nie wyszło z produkcją niemiecką ;), i były słodkie Bauerkrapfen. Nie żałowaliśmy. Miejsce od tej pory nazywamy „Pączkami”.

- Strohlehenalm: tu w sumie wszystko napisałam w 2010, dodam tylko, że zawsze z przyjemnością tam wracam. Właściwie zawsze coś bierzemy na wynos, najczęściej ser i/lub masło.

- Biberalm. Część uroku miejsca można obejrzeć na poniższym króciutkim filmie – pani nas dwukrotnie obsługiwała ;).



Gospoda jest dość popularna, bo i szybko i łatwo można do niej dojść, podjechać autem lub wjechać rowerem. Dla nas to z kolei źródło Zwetschkenpofesen, o których wspominałam, a widoki po drodze do Bad Hofgastein takie:

- Laderdinger Alm. Laderding to niewielka wioska między Bad Hofgastein a Dorfgastein. M wymyślił nam kilka lat temu wycieczkę - choć doszliśmy do samego Laderding wzdłuż szosy a potem pięliśmy się w górę szeroką drogą, wg mapy z mikro osady wysoko w lesie miało być przejście m.in. łąkami bezpośrednio do obrzeży Bad Hof. Niestety, jak poinformowała nas pani w Laderdinger Alm, przynosząc deskę pełną domowych smakołyków, ścieżka dawno zarosła, a poza tym właśnie trwała ścinka drzew. Wróciliśmy zatem tak, jak przyszliśmy, ale te sery, masło i wędliny długo zostały mi w pamięci. Dlatego rok temu poszliśmy tam ponownie (w deszczu) i niestety: choć przy domach w lesie stały samochody i gdzieś daleko między drzewami było słychać głosy, z żywych postaci zobaczyliśmy tylko (bardzo mokrą) krowę. Pokręciliśmy się w tą i z powrotem, ale niestety, nikt się nie pojawił. Jeśli jednak Wam się uda, powinno być smacznie.

Rastötzen Alm/Grußberghütte. Tu byłam wiele razy, bo gospody (jedna położona tuż obok drugiej, jak widać na zdjęciu w drugiej części posta) są położone dokładnie na trasie na Gamskarkogel (na którym byłam trzy razy), atrakcyjny i popularny dwutysięcznik, kilka innych szczytów o podobnej wysokości oraz przełęcz, z której można przejść do sąsiedniej doliny. Zjadłam więc sporo wersji Bretljause i ciast z jagodami, opiłam się maślanki (np. malinowej) i wody z sokiem. Najlepiej jednak zapamiętałam naszą wycieczkę sprzed kilku lat, gdy spadł śnieg - i wbrew naszym przewidywaniom leżał także na wysokości ok. 1600 m. - więc doszliśmy na miejsce nieco przemoczeni i zmarznięci. Górna gospoda była nieczynna, w dolnej za to hoża nastolatka nakarmiła nas zupą z knedlem, usmażyła talerz Kaiserschmarrn', a na koniec napoiła sznapsem swojego Taty, żebyśmy "się nie przeziębili". Z tego co pamiętam, w moim przypadku to nie pomogło ;).

CDN.



ENGLISH PLEASE:

I've mentioned food-related Austrian "perks of hiking" on my blog several times (and a fair selection can be seen on Instagram or Facebook). I've written about selbstgemacht (homemade) produce, e.g. from Strohlehenalm; last year I wrote about the "Dwarf inn”. Last September it occured to me that a subjective inn guide might come in handy. Most of these Almen are fairly accessible: located under 1500 m., some can be reached by car. Many food products can be bought during seasonal farmers' markets held outside the Bad Hofgastein town hall (the largest take place at harvest time, i.e. Bauernherbst, but smaller are held every Thursday in summer).

I've been hiking in Gasteinertal for 7 years and I've visited most of the places on the above map at least twice: so, as you may guess, these are all places I come back to either because the food is so tasty, or the place is atmospheric/the people nice, or you can try something different. In part 1 of this guide I'll focus mainly on the Dorfgastein/Bad Hofgastein half of the valley.

So, going down from Dorfgastein and heading south:

- Steineralm is run by a multi-generational family (the grandmas cook, the grandchildren get in the way). First time we stopped just for a beer while going down from the Paarsee. Unfortunately we weren't hungry, but still we couldn't drag our eyes from a plateful of fresh doughnuts (M sat opposite the door to the kitchen & so also saw how they were shaped and fried). We came back the following year, for the doughnuts, of course. Our plan of ordering savoury Blattkrapfen didn't work out (still haven't moved out of A2 level in German ;), so we got the sweet Bauerkrapfen instead. Not that we complained... and have since renamed the inn as "The Doughnuts".

- Strohlehenalm: not much to add since 2010. It's always a pleasure to come back and buy some cheese or butter.

- Biberalm. I think the promotional YouTube clip I've included above shows some of the inn's charm (and the waitress served us twice ;). Biberalm is fairly popular, as it's easily reached from the valley on foot, by car or bike. For my DH & me it's a source of Zwetschkenpofesen, as I mentioned here before. The views en route or from outside the inn are, even from a relatively low height, again unbeatable.

- Laderdinger Alm. Laderding is a hamlet between Bad Hofgastein and Dorfgastein. M had an idea for a trip: go to Laderding the regular way & climb the dirt track, reach the forest a few hundred metres further on, then take a path back to Bad Hofgastein. Unfortunately, once we reached a handful of huts in the forest and Laderdinger Alm, we were informed the path had long since overgrown & besides, there was logging taking place in the wood. We were cheered up by the board full of homemade cheese, butter and cold cuts; we went back the way we came, but I remembered that food for a long time. So, last year we went back to Laderding & climbed the road to the forest in the rain. We were out of luck: although there were a few cars around the forest cabins & we could hear voices far away among the trees, the only live creature around was a very wet cow. After a while we gave up. If, however, you're lucky and the owners are there to serve you, you should be in for a tasty meal.



Rastötzen Alm/Grußberghütte. I've visited these twin inns (located one above the other, as you can see in the pic below) many times, as they're conveniently located right on the path to the popular over 2K peak Gamskarkogel (which I've climbed three times), several similar peaks and a mountain pass to the neighbouring valley. In other words, I've had my fair share of Bretljause and bilberry cake, buttermilk (raspberry-flavoured, anyone?) and cordials. Our most striking visit there was a few years back, a few days after snowfall - when we were surprised it still lay, and quite thickly at around 1600 m. over sea level, so we reached our destination slightly wet and cold. The upper inn was closed, but in the lower one a rosy-cheeked girl served us soup with dumplings, fried a plateful of golden Kaiserschmarrn', and finally insisted we drank a shot of her father's schnapps, to ward off a potential cold (which didn't work in my case, as we soon found out ;). 

To be continued...

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

piątek, 25 listopada 2016

Holandia – myślałam – to kanały i rowery. „Z grubsza jak Belgia: Brugia czy Gandawa, tylko może trochę inna architektura”. Po niecałych trzech dniach spędzonych w Utrechcie i Delft mam ochotę powiedzieć „kanały kanałami, rowery rowerami, ale jednak jakoś… inaczej”. Może się mylę, ale tym, co najbardziej mi się podobało w tych dwóch miastach była zrelaksowana, swobodna atmosfera. Ludzie sprawiają wrażenie, że się nie spieszą (i zresztą obsługa w sklepach czy restauracjach jest często wolniejsza, o czym niżej), są przy tym bardzo mili (jak to ujął M, „milsi niż standard”). Utrecht jest miastem uniwersyteckim, więc oczywiście wszędzie widzi się wiele młodych osób, ale poza tym na ulicach jest sporo dzieci: na rowerach, w wózkach czy cargo bike’ach rodziców, a także starszych osób, w tym młodzieżowo i często ciekawie ubranych pań z niefarbowanymi, siwymi włosami… i tak, jeszcze w temacie rowerów, w dzień powszedni ok. 8:30 czasem trzeba długo czekać na możliwość przejścia na drugą stronę ulicy, aż ustanie ruch na jezdni. Ten na dwóch kółkach ;). W praktyce łatwo wtopić się między mieszkańców i spędzić cały dzień chodząc po parkach, średniowiecznych uliczkach, zaglądając do prywatnych domów (co jest wyjątkowo łatwe ze względu na rozmiar okien), wracając na starówkę i siadając z piwem czy kawą w jednej z licznych kawiarni, najlepiej przy stoliku na zewnątrz, niezależnie od temperatury, bo Holendrzy zdają się być nieźle zahartowani. Podsumowując: wiem, że to teoretycznie Duńczycy słyną z hygge (sztuki dobrego życia, w dowolnym tłumaczeniu), ale… Może to po prostu zaraźliwe ;).

A poza kanałami i rowerami, widoczki na komputerze i w mojej głowie: łyski na kanałach, dużo zieleni (i wszechobecna jarzębina), secesyjne kamienice i słynne wielkie okna parterowe. W moich wspomnieniach są także muzea, bo przez trzy dni byłam w pięciu ;), w tym w manufakturę porcelany w Delft i Kastel de Haar w okolicy Utrechtu, albo „zamku Rothschildów”. Gratka dla fanów pałaców, do których się nie zaliczam, a jednak zwiedziłam posiadłość z przyjemnością. Jednym powodem mógł być ładny teren wokół zamku i piękny słoneczny dzień, ale drugim raczej coś, co zauważył M: że dzięki np. nałogowemu oglądaniu Opactwa Downton i tym podobnych produkcji inaczej patrzymy na prywatne domy arystokracji, które jeszcze do stosunkowo niedawna były zamieszkane i „normalnie” używane. Uwaga: więcej zdjęć z wycieczki zamieściłam „na żywo" dwa tygodnie temu na Instagramie.

Spożywczo liczyłam na powtórkę z Brugii (którą zapamiętałam bdb zwłaszcza ze względu na ryby/owoce morza jedzone codziennie), jednak Holandia okazała się nieco inna. Być może to kwestia pory roku (zimny listopad a nie ciepły kwiecień), ale najlepiej z pobytu zapamiętam… zapach potraw smażonych na głębokim tłuszczu. Następnym razem będę wiedziała, że gdy zachce mi się świeżego, skądinąd b. smacznego kibbeling z frytkami, tj. lokalnej wersji fish & chips podanej z sosem (czy też sosami – np. ravigotte, majonezowo-octowym z kaparami), to o ile nie będziemy wyjątkowo wyposzczeni, rozsądnie będzie zamówić jedną porcję na spółkę, bo wtedy prawdopodobnie wszystko damy radę zjeść ;). Smażone są także tradycyjne krokiety, serwowane zazwyczaj na pieczywie, jako alternatywa dla kanapek i… szczerze mówią myślę, że podpadają pod to, co Brytyjczycy nazywają acquired taste ;).

Udało nam się jednak zaliczyć udaną kolację w Heron, o którym wyczytałam na całkiem przydatnej stronie Explore Utrecht (polecam też konto na Instagramie). Restauracja działa od dopiero paru miesięcy, położona jest blisko centrum Utrechtu, ale jednak poza ścisłą starówką, w cichej uliczce wśród domów mieszkalnych… czyt. raczej trzeba o niej wiedzieć, by trafić. A jednak gdy wychodziliśmy, było prawie pełno.

Menu – jak we wszystkich miejscach, gdzie jedliśmy – było tylko po niderlandzku. Kelner zostawił nas na kilka minut z kartą, byśmy korzystając ze znajomości kilku języków europejskich domyślili się ile damy radę. Udało się mniej więcej z połową, bo np. to, że pompon (pompoen dokładnie) to dynia, sami nie wpadliśmy ;). Dużym plusem była dla mnie część pt. „piąta ćwiartka” (dosłownie) z podrobami, konkretnie tym razem szpikiem i racicami. Ogólnie kuchnię można podsumować „sezonowo i lokalnie”, za co kolejny plus.

Warto zapisać, co zjedliśmy po kolei, bo dania były nietypowe:

- amuse bouche: krem z bakłażanów, „własnoręcznie przygotowany latem” przez ekipę Heron, podany z chrupką, prażoną kaszą gryczaną (wciąż myślę, jak ją odtworzyć), chleb na sodzie i smarowidło: mus jabłkowy na wieprzowinie (smaczny i dla osób, które, jak ja, raczej unikają smalcu, też coś do zapamiętania na użytek domowy). Rozbroił mnie właściciel, który na początku nas obsługiwał - gdy powiedziałam, że „ta posypka z kaszy jest świetna”, uśmiechnął się bardzo szeroko: „Tak, wiem”.

- przystawki: bulion rybny dla M (bardzo esencjonalny, z dużym dodatkiem wędzonej ryby) oraz dla mnie trzy głęboko smażone (tak, tak, tu też, tylko cicho westchnęłam na widok talerza ;) lokalne ostrygi z ciekawą wariacją nt. ravigotte, z dodatkiem wodorostów;

- dania główne: M gołąbek jumbo z kapusty włoskiej nadziewany wątróbką drobiową oraz dla mnie (najsłabsze w całym zestawieniu) danie wege: dynia z serem kozim i czerwoną kapustą, gdzie było po prostu za dużo dyni.

Cała kolacja trwała całkiem długo, bo obsługa nie działa w pospiechu, co jednak wydaje mi się (po jeszcze paru restauracjach w Utrechcie) lokalnym standardem i pasuje do ogólnej zrelaksowanej atmosfery. Heron to miejsce do którego chętnie bym wróciła, gdyby jeszcze kiedyś było mi po drodze.

Z innych plusów kulinarnych: przywiozłam smaczny ser (kozi, dwuletni) z Delft ze sklepu Henri Willig, i wypróbowałam parę dobrych lokalnych piw. W Utrechcie też nie ma najmniejszego problemu ze znalezieniem źródła dobrej kawy (łatwiej moim zdaniem niż w Brugii), a koleżanka mnie zapewniała, że to zresztą holenderski standard. Nie byłam jednak w żadnej knajpie surinamskiej, nie spróbowałam prawdziwych speculoos, loempia czy paru innych rzeczy... po prostu jest powód, żeby wrócić ;).

Zapisz

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna