Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: restauracje

środa, 11 stycznia 2012



O cuisine bourgeoise (Kuchni Burżuazji) pisałam przy recenzji książki Bourdaina. Gdy myślę o tym określeniu, przychodzi mi do głowy Julia Child i restauracje, które opisywała w swojej biografii (ew. filmowe małżeństwo Childów z Julie i Julia, czyli Stanley Tucci i Meryl Streep, jedzący kolację w jakiejś miłej knajpce, z małymi stolikami, kanapami i z lustrem na ścianie, odbijającym bar).

Julie i Julia

Takiego typu kuchnię serwuje warszawskie Bistro de Paris de Michel Moran, mieszczące się na tyłach gmachu Opery/Teatru Wielkiego w Warszawie. To miejsce, w którym jeden znany mi, sceptycznie nastawiony pan, wpierw zjadł zupę cebulową, w nieco lepszym nastroju podszedł do serów, rozpogodził się przy deserach, zaś kapka armagnacu sprawiła, że wyszedł z uśmiechem na twarzy. Po restauracji krąży właściciel, pan Moran, zagadując klientów (po polsku lub francusku), pytając o wrażenia, zbierając samemu talerze, jeśli trzeba.



Porcje są niewielkie, i wreszcie można zjeść obiad comme il faut - zaczynając od amuse bouche (jak widoczny na zdjęciu tatar z tuńczyka) i aperitifu, przechodząc do przystawki (typu ostrygi) z lekkim białym winem, głównego dania (np. jagnięcina, wysmażona tak, jak poprosiliśmy) z kieliszkiem czerwonego wytrawnego, serów, wybranych z wózka (boski Vacherin Mont d'Or), deseru (suflet z Grand Marnier i zabajone - aaach) i wreszcie kawy i armagnacu. Czytając kartę dań ma się wrażenie, że owszem, jest burżuazyjna klasyka (w sekcji CLASSIQUES BISTRO DE PARIS), choć też przynajmniej część dań jest klimacie fusion - wpływy są głównie dalekowschodnie - co na szczęście jednak brzmi znacznie gorzej, niż smakuje ;). Bywały dania trochę mniej udane (np. tatar z tuńczyka jako przystawka, widoczny na zdjęciu nr 1), ale właściwie nigdy się nie rozczarowałam. Warto wspomnieć o obsłudze, czyli tym, na co zawsze zwracam uwagę: otóż oceniam ją bardzo dobrze, zwłaszcza na tle innych warszawskich restauracji. Oczywiście ideałem pozostanie dla mnie Le Gavroche, niemniej w Bistro... nie było żadnych wielkich wpadek, zaś drobne błędy (nie ta woda mineralna czy wino, które zamówiliśmy) były szybko i sprawnie naprawiane. Przede wszystkim obsługa potrafi być zachować i dystans, i wzbudzać sympatię; pozwalać sobie na osobiste uwagi, nie zachowując się nazbyt poufale.

Gdybym mogła zmienić dwie rzeczy, nie obraziłabym się na niższe ceny; chętnie przyjęłabym też nieco bardziej kameralny wystrój. Budynek Opery sam w sobie jest monumentalny, wnętrza są rozległe, o wyjątkowo wysokich sufitach, a oficjalna otoczka wewnątrz pogłębia ten potencjalnie onieśmielający efekt. Na szczęście jest przyjemny, osłonięty boks dla dwóch osób i jego odpowiednik dla większej grupy - boczna salka, tylko częściowo otwarta na restaurację. Całej reszty bym nie zmieniała ;).
PS. I byłabym zapomniała: to właśnie tam jadłam grasicę, o której niedawno wspominałam.

sobota, 31 grudnia 2011



Od wyprowadzki z Warszawy regularnie odwiedzam stolicę (co kilka-kilkanaście tygodni) i już kilkakrotnie stanęłam przed dylematem: Jest bardzo wcześnie rano i jest dzień niepracujący - dokąd na kawę i śniadanie? Bardziej dramatyczne było pytanie: Trwają Święta, wszystko zamknięte, skąd wziąć rano kawę*?! Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami w tej materii.

A więc, najpierw - śniadania.

W dzień powszedni nie ma problemu - wielokrotnie odwiedzałam np. Cafe Zagadka na Elektoralnej (niemal róg Al. Jana Pawła II; moje byłe okolice...). Miejsce czynne pon-pią od 8 rano oferuje kilka prostych zestawów śniadaniowych z kawą i sokiem pomarańczowym w cenie; ceny przyjazne, zaczynają się od ok. 10 zł.  Najczęściej wybierałam wersję z twarożkiem. Zdjęć śniadania niestety nie ma, za to mogę pokazać kawałek wystroju wnętrza :)



Niestety w soboty Zagadka czynna od 10... Podobnie jak wiele innych sympatycznych kawiarni - moje ulubione To lubię na ul. Freta, o którym pisałam, i w którym zjadłam już chyba całą taczkę bułeczek z pastami do chleba (można też zjeść rogaliki, vide foto), oficjalnie jest też czynne od 10 (nieoficjalnie podobno od 9:30).



Co jednak, jeśli głód przyciśnie nas wcześniej? Otóż są kawowe sieciówki, z których zasadniczo uznaję głównie Green Coffee, ewentualnie Coffee Heaven (a tej z zielonym logo na S nie uznaję). W zależności od miejsca, są czynne od 6 lub 7 rano (a na lotnisku jeszcze wcześniej). Ciekawa wydaje mi się jednak oferta Delikatesy Esencja na Marszałkowskiej (koło Teatru Rozmaitości, tam, gdzie dawno temu była Cafe Brama - ech, te wieczory przy tanim piwie i mezze ;), w którym to miejscu można w weekendy od 9 (w tygodniu od 8) zainwestować w pełne śniadanie (33 zł), które składa się z bufetu do woli, 1 dania na ciepło, dowolnej kawy/herbaty i soku wyciskanego.



Skosztowałam wędlin (smacznych i w stylu 'swojskim'), świeżej chałki, warzyw, serów; jako danie ciepłe wybrałam jajka w kokilkach (vide pierwsze zdjęcie w poście), których nigdy wcześniej nie jadłam (i mi smakowały, choć jaj w koszulce nie przebiły ;).

Misja druga - kawa.



Rok temu 25 grudnia uznałam, po bezowocnym przeszukaniu internetu przez komórkę, że przy Dworcu Centralnym coś musi być otwarte. Myliłam się. Skończyło się kawą w kawiarni któregoś hotelu w odległości 1km od Dworca - i nie było to doświadczenie godne zapamiętania (do tego stopnia, że nie pamiętam, który to był hotel...). W tym roku przeprowadziłam wcześniejsze netowe badania, i wygląda na to, że: a/są czynne stacje benzynowe, ale to raczej styl napojów kawowych lub kawowopodobnych, b/są wspomniane wyżej hotele ;), ale różnie bywa z jakością (i trzeba się liczyć z nieco wyższymi cenami), c/są otwarte, także 25.12., niektóre wspomniane wyżej sieciówki. Jeśli ktoś ma blisko na Okęcie, na lotnisku kawiarnie działają od świtu ;); my wybraliśmy się do czynnego od 9 rano Green Coffee na 4 piętrze (przy siłowni) bocznego skrzydła hotelu Hilton na ul. Grzybowskiej. Oferta kawiarni jest taka sama, jak innych GC, choć ceny są trochę wyższe, co wiąże się, jak sądzę, z lokalizacją. Za to byli czynni w dzień świąteczny... i serwują przyzwoite (tylko trochę za duże) cappuccino na doppio. Plus migdałowe croissanty, dla tych, którzy muszą jakoś przetrwać 2 godziny do rodzinnego śniadania.

* Nie mam na myśli napojów kawopodobnych z granulek (a kysz), filtru przelewowego (fe) itd. Wierzę tylko w ekspresy ciśnieniowe i maksymalną pojemność cappuccino 200ml. Kawiarki nie posiadam.

PS. Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku ;)

sobota, 23 lipca 2011



Pierwszy raz o restauracji Tamka 43 przeczytałam na blogu Liski. Zastanawiałam się, czy by się kiedyś nie wybrać, ale obawiałam się znacznego przerostu formy nad treścią... i tak minęło sporo czasu. W końcu, podczas niedawnej wizyty w Warszawie, postanowiłam, że trzeba spróbować. Nie nastawiałam się na nic wyjątkowego (przeczytawszy wcześniej bardzo mieszane recenzje w internecie), a spotkała mnie miła kulinarna niespodzianka.

Lokal znajduje się, jak sama nazwa wskazuje, na ul. Tamka, tuż przy Muzeum Chopina; oto widok, jakim mogą się cieszyć szczęściarze (my) którym się trafił stolik przy oszklonej ścianie na ulicę.



Wnętrze jest nowoczesne, ale neutralne, w stylu, który jest mi zupełnie obojętny (poza tym, że zazwyczaj myślę, że to dobre miejsce na spotkanie biznesowe). Karta dań a la carte jest bardzo krótka (co mnie zazwyczaj cieszy w restauracjach), poza nią było jeszcze menu degustacyjne, z zacięciem molekularnym, i na to się zdecydowaliśmy. Poprosiliśmy także kelnera o dobór win do dań. 



Na początek podano amuse bouche - zupa marchwiowo-pomarańczowa, podana w kieliszkach. Smaczna, choć, jak powiedział M, nic niezwykłego. Mnie zaintrygował sam pomysł podania zupy jako mini-przystawkę, bo miałam wrażenie, że raczej preferuje się dania "na jeden kęs". Ponadto poczęstowano nas chipsami - ziemniaczanymi oraz, uwaga, z kaszy manny, z piankowym sosem jogurtowym (który smakował jak spieniony ayran).

Pierwszym daniem z menu degustacyjnego była, nazwijmy to, sałatka: żółte pomidory ze śniegiem (cytat) z mozzarelli i galaretką gazpacho. Nie jestem fanką "krio" obróbki nabiału, ale tu śnieżna struktura sera rzeczywiście pasowała do bardzo soczystych, aromatycznych pomidorów i dressingu w formie galaretki o smaku gazpacho. I pomysł, i smak na plus. Do tego piliśmy lekkie białe wino, które choć smaczne, nie zapadło nam mocno w pamięć (do tego stopnia, że nie pamiętamy ani nazwy, ani gatunku :).



Drugim daniem był sandacz z emulsją cytrynową i koprem włoskiem. W przeciwieństwie do krio-serów emulsje bardzo lubię, i ta mi bardzo smakowała, choć była bardzo intensywna i wybijała się ponad inne składniki dania (co skrytykował M, który w ogóle nie był zachwycony kompozycją dania). Wino pozostało niezmienione. 



Numer trzy: dorsz z puree z musztardowca i bobem. Danie przyniosła inna kelnerka, która zasugerowała zmianę wina na rieslinga (konkretnie, jeśli dobrze zapamiętałam, Riesling Wiebelsberg Grand Cru Boeckel). Wino było niezwykłe: w Berlinie piłam wino musujące z dodatkiem nalewki z kwiatów czarnego bzu (wariacja nt. Kir Royale :), które miało lekko ziołowy posmak - podobnie jak tutaj. Świetnie pasowało do kwaśno-zielonej potrawy, która poza musztardowcem (w formie sosu/przecieru; pierwszy raz jadłam i chętnie powtórzę), rybą i chrupkim bobem, zawierała odrobinę kwaśnej passiflory oraz... kożuch mleczny. 



Czwarta potrawa, wątróbka cielęca z wędzonymi truskawkami (oraz z tapioką), była jednym z dziwniejszych dań, jakie jadłam w życiu. W jakimś sensie (może dzięki średnio wysmażonej wątróbce?) skojarzyła mi się z kuchnią niemiecką czy austriacką. Doceniam pomysłowość i kompozycję, ale niekoniecznie chciałabym powtarzać. 



Do dania głównego, duszonego ogona wołowego ze szparagami, dostaliśmy Pinot Noir Hunky Dory. Swego czasu (po Bezdrożach, o których wspominałam) testowaliśmy różne Pinot Noir, ze średnim skutkiem; to chyba było najbliższe temu, czego oczekuję od wina, choć pewnie musiałabym powtórzyć degustację chłodniejszą porą. Co do ogona: pierwszy raz go jadłam i bardzo mi smakował, zwłaszcza jeśli chodzi o konsystencję; sama potrawa była chyba najbardziej tradycyjna z całego menu.


Deser okazał się absolutnym hitem: ser kozi, sorbet szczawiowy i młode buraki, w formie sorbetu i kremu. Całość tylko lekko słodka, ale idealna: 10/10 w kategorii sezonowości, kreatywności, dekoracyjności i - tak, to też ważne - polskości. Do tego piliśmy Sauternes (nie najlepsze, z jakim do tej pory miałam do czynienia). M jeszcze skusił się na espresso (które chwalił), do którego podano dwie praliny.

A więc:
Na plus: kuchnia - jedzenie (żadnej katastrofy, a parę prawdziwych perełek kulinarnych; wysokiej jakości, sezonowe składniki) i sposób prezentacji dań; lokalizacja.

Na plus/minus: nierówna obsługa. Jak pisałam wyżej, w połowie posiłku zaczęła zajmować się nami kelnerka, która w przeciwieństwie do swojego w miarę poprawnego kolegi, sprawiała wrażenie osobiście zaangażowanej w swoją pracę - rozmawialiśmy z nią o daniach, składnikach i winach. Technicznie jednak można by się do pewnych rzeczy przyczepić. Kolejna sprawa to kwestia win: choć karta jest dość bogata, restauracja nie jest przygotowana do połączenia ciekawego, dopracowanego menu degustacyjnego z odpowiednimi trunkami; miałam wrażenie, że nasza prośba obsługę lekko zaskoczyła, gdy tymczasem do każdego dania powinno być zaserwowane, jeśli ktoś sobie tego życzy, inne, odpowiednio dobrane wino (w degustacyjnej ilości, nie pełne kieliszki, jak nam nalewano). Dwa jednak z zasugerowanych win nam bardzo smakowały (zwłaszcza riesling) i doskonale pasowały do potraw.

Na minus: pieczywo. Wiem, że jestem wybredna i mam skrzywienie piekarskie, ale uważam, że w takim miejscu powinno być lepszej jakości i świeżości. Podobnie z muzyką: słuchając muzyki granej w każdej sieciówce (serwującej kawę, ubrania czy fast food), centrum handlowym czy na lotnisku w dowolnym miejscu na świecie, czyli tzw. smooth jazzu, zaczęłam żałować, że nie postawiono na coś bardziej oryginalnego i pasującego do miejsca (Muzeum Chopina), a nie nijakie plimplanie.

Podsumowując: chętnie tam wrócę, zobaczyć, co szef kuchni zaproponuje w ramach menu jesiennego czy zimowego. Polecam, choć nie dla każdego: jak zaznaczałam w przypadku Amber Room z czasów Wojciecha Amaro, kuchnia molekularna nie jest dla każdego (choć ta w wydaniu Tamki jest jednak wersją "light"). Niemniej, nie ma co oczekiwać schabowego z ziemniakami i mizerią czy obiadu "jak u mamy (babci/teściowej)", można za to skosztować czegoś zupełnie nowego: znanego smaku, tylko w innej formie (vide emulsja cytrynowa czy sorbet buraczany), albo czegoś całkiem nieznanego (jak dla mnie musztardowiec czy ogon wołowy). Mam nadzieję, że w przyszłości dopracowane zostaną szczegóły w zakresie win i obsługi. 

sobota, 26 lutego 2011

Byłam w warszawskiej Różanej wielokrotnie i za każdym razem miałam ochotę powiedzieć niczym Oniegin: "A szczęście [...] było tak blisko...", czy jak kto woli, Maks Paradys: "A miało być tak pięknie...".

Gdy pierwszy raz otworzyłam drzwi przedwojennej willi na Mokotowie, miałam wrażenie, że cofnęłam się w czasie do lat 30-tych i wpadłam na prywatne przyjęcie w jakimś zamożnym mieszczańskim domu (może u opisywanej przez K.T. Lewandowskiego Generałowej Zasławskiej ;). Dom kiedyś służył celom mieszkalnym, i wciąż to widać w wystroju wnętrz. W głównej sali pod ścianami stoją serwantki i kredensy, wiszą lustra, przy stolikach (nakrytych szydełkowymi serwetami) stoją kwiaty. Gdyby nie to, że tych stolików jest więcej, niż zwykło się ustawiać w salonie, moglibyśmy być w prywatnej bawialni. Ze względu na retro-polski klimat zawsze sądziłam, że restauracja jest dobrym miejscem do przyprowadzenia cudzoziemskich gości.

Karta dań także nawiązuje do dawnych klimatów. Jest w niej móżdżek cielęcy (moja ulubiona przystawka), "domowe" pasztety, pieczona kaczka, kurczę z nadzieniem, innymi słowy: kuchnia polska tradycyjna, ale nie biesiadna, i nawet nie całkiem restauracyjna, bardziej w stylu proszonego obiadu. Tu dochodzę do pierwszego "ale": restauracja aspiruje do pewnego (wyższego) poziomu gastronomicznego, a dania są - zazwyczaj  - dość smaczne, ale podane i przyrządzone na poziomie kuchni domowej. Przy takiej otoczce, także cenowej, oczekuję jednak czegoś więcej. Nigdy żadne danie mnie tam nie zachwyciło, a zdarzały się i wpadki, typu przesuszona kaczka, którą ostatnio jadł M.

Jak jesteśmy przy wpadkach - każdemu coś niecoś (sic) może się zdarzyć. Gorzej, jeśli jest to nagminne. A to szydełkowa serweta była pokryta malowniczym wzorem z plam, a cukiernica mocno wyszczerbiona; a to (dwukrotnie) na stole pojawiło się zbyt schłodzone białe wino; kelner przyniósł bezę z sosem malinowym, choć było bardzo podkreślane, że ma być bez, lub też - moja 'ulubiona' sytuacja - kelnerka zrobiła się znacząco milsza, gdy zamówiliśmy butelkę wina. Średnia liczba wpadek to dwie na wyjście.

Mimo tych wątpliwości nie mogę powiedzieć, że nie polecam Różanej. Za każdym razem, gdy tam idę, liczę na to, że "a nuż" coś się poprawiło i nie będzie żadnych zgrzytów. Skoro poprawiło się np. pieczywo, to i reszta też może. A jeśli nie, to przynajmniej można przez godzinę czy dwie poczuć się jak "w małym dworku".

poniedziałek, 18 października 2010

Jak to dzisiaj powiedziałam M, mieszkamy tymczasowo w burdelu, przy czym nie miałam na myśli domu uciech z czerwonymi latarniami, tylko maksymalny bałagan. I tak będzie niestety jeszcze co najmniej kilka dni. Gotowanie jest nieco utrudnione, więc tymczasem przywołam jeszcze jedno austriackie wspomnienie z ostatniego wyjazdu. Dotyczy ono karczm spod znaku "selbstgemacht", serwujących domowe, czy też dosłownie: samodzielnie robione sery, masło i wędliny z własnej wędzarni.

Na pierwsze miejsce tego typu - Strohlehenalm - natknęliśmy się przypadkiem, tj. zeszliśmy do niego ze szlaku nad Dorfgastein, chcąc napić się piwa. Karczma znajdowała się przy gospodarstwie i nie różniła się niczym od innych górskich Almów. Skromne menu było napisane kredą na ścianie, a składało się z chleba z różnymi dodatkami (mięsnymi lub nabiałowymi), ew. zupy, oraz z różnych napojów. Dzień był skwarny (przed burzą), a piwo chłodziło się na zewnątrz w korytku, do którego spływała woda ze źródła. Można było także skosztować maślanki, kwaśnego mleka czy mostu (cydru). Chleb był żytni i chyba niekoniecznie domowy (najprawdopodobniej z lokalnej piekarni), za to zachwyciło nas to, co na chlebie się znajdowało. I masło, i wędzona szynka, i ser dojrzewający były pyszne, a przy tym smakowały... inaczej. Coś (wspomagane przez napis nad drzwiami, informujący o możliwości nabycia sera i masła) nas tknęło i spytaliśmy się pani zbierającej talerze, czy to ich własne produkty, na co przytaknęła: "Ja, selbstgemacht". Wychodząc z karczmy zauwaźyliśmy, że Alm bierze udział w oficjalnych dożynkach (Bauernherbst) w dolinie Gastein (jeśli dobrze pamiętam, organizując kursy smażenia pączków).

Posiłek zapadł nam w pamięć i gdy w Sportgasteinie zobaczyłam szyld Weitbauer Alm informujący, że w nieco zaniedbanej chatce można zjeść i nabyć podobne specjały, czym prędzej skręciłam w tamtą stronę. Ponownie zjedliśmy chleb z serem i szynką, popijając tym razem maślanką, i choć było smacznie, jednak posiłek w Strohlehenalm wygrywał na każdym polu. Ser był zupełnie innego typu (nie dojrzewający, a raczej twardy żółty), wędlina lekko przypominała prosciutto.

Do trzech razy sztuka: dowiedziałam się, że w Wieden, na przedmieściach Bad Hofgastein, znajduje się browar Schmaranz, też biorący udział w Bauernherbst. Poza własnymi piwami pszenicznymi (jasnym - bardzo lekkim, ciemnym i mieszanym - moim faworytem), serwują jadło proste i wiejskie, przy czym chleb jest domowy, a jaja, nabiał i różne inne produkty - z własnego gospodarstwa. Restauracja to mała, ciemna knajpka, w której mieści się 1 duży stół i 1 mały, a połowę pomieszczenia zajmuje otwarta kuchnia, więc goście mogą przyglądać się, jak przygotowywane jest jedzenie (ciekawe doświadczenie). Porcje okazały się bardzo obfite oraz sycące, i nieco przerosły nasze możliwości, ale jedzenie było smaczne, proste, a całe przedsięwzięcie przyjemnie bezpretensjonalne. Podane na przystawkę  domowe wędliny i sery znów różniły się od testowanych w poprzednich karczmach. Warto zanotować, jako mały zgrzyt, że pieczony ziemniak z sosem grzybowym, który znajdował się w karcie jako 'danie wegetariańskie', zawierał duże ilości boczku (no i nie był to ziemniak, tylko 1,5 dużego ziemniaka ;).

I teraz pytanie do czytelników: podczas naszego zeszłorocznego "Tour de Pologne"  po Polsce wschodnio-południowej, kilkakrotnie mieszkaliśmy i stołowaliśmy się w niewielkich pensjonatach. Produkty własne pojawiały się, np. sery kozie i domowe dżemy w Chacie Magoda, ale stanowiły raczej niewielki procent w ogólnym jadłospisie, no i osoba nie nocująca w danym miejscu nie mogłaby liczyć na posiłek. Znacie jakieś miejsca - karczmy, knajpki, restauracje - nie noclegowe, które mocno stawiają na własną produkcję, serwując własne sery, wędliny, chleb? Liczę na to, że takie są, i że mi o nich opowiecie ;)

PS z 19.10. Po przeczytaniu mojego posta przez M wystąpiła między nami pewna różnica zdań. Otóż moja druga połowa uważa określenie "karczma" za mało udane w odniesieniu do opisanych przeze mnie miejsc (kojarząc karczmę z wyszynkiem a la Chłopskie Jadło), i zaliczyłby je raczej do agroturystyki. Ja nie całkiem się zgadzam, a przynajmniej - nie można by porównywać agroturystyki polskiej - nastawionej na noclegi, pobyt czasowy gości - z opisywana austriacką o profilu gastronomicznym. W Strohlehenalm podobno oferowano także noclegi, ale samo miejsce oznaczone było np. na drogowskazach za pomocą skrzyżowanych sztućców, co jest chyba dość czytelnym symbolem. Weitbaueralm noclegów nie oferował, a właściciele Schmaranzbrau mają pensjonat, ale jest to osobne przedsięwzięcie. Skala działań jest niewielka (największa chyba w przypadku browaru Schmaranz), ogólnie porównywalna z Chatą Magoda czy może Wołowiec 15, ale inny obrany kierunek.

Uwagi M: Najciekawszą, z punktu widzenia tzw. foodie, cechą austriackich "Almów" jest produkcja na niewielką skalę kilku produktów takich jak wędliny czy sery. Wykorzystywane są własne składniki, a pracę wykonują sami właściciele - co z natury znacznie ogranicza liczbę tak wytwarzanych dóbr. Stoi to w opozycji do pojawiających się w Polsce producentów tradycyjnej żywności na znacznie większą skalę (vide Tusinek, Krakowski Kredens i oraz XXX "Babuni"). Wydaje mi się, choć nie mam pewności, że ten ostatni sposób wytwarzania niektórych typów jedzenia (wędliny, sery, przetwory) zmusza do kompromisów jakości na rzecz rachunku ekonomicznego.
czwartek, 05 sierpnia 2010

od lewej: ulica prostopadła do Unter den Linden, park Tiergarten, bloki w dzielnicy Mitte (dawny Berlin Wsch.)

Całe dzieciństwo słuchałam o tym, jak to rodzice (plus siostra Mamy) pojechali do Berlina, oczywiście Wschodniego, w latach 70-tych, i jak Mamie się tam nie podobało. Druga historia z Berlinem w tle tyczyła ubranek i zabawek, przywożonych mi z Berlina przez pochodzącą z Niemiec Babcię Ł. ("o, tu widzisz te buciki na zdjęciu?"). Niezależnie od tych historii zawsze chciałam pojechać do tego miasta. W miniony weekend, pod pretekstem odwiedzenia pewnej wystawy, wreszcie się udało, i to razem z 2/3 składu z wycieczki sprzed 35 lat. Przy wjeździe do miasta Mama rozejrzała się dookoła i powiedziała: To wygląda zupełnie inaczej. Na Unter den Linden dodała: No, wreszcie widać, co jest za tą Bramą Brandenburską. Jak to wyglądało w połowie lat 70-tych, można zobaczyć np. na tej stronie.

od lewej:niedziela nad Szprewą, trawnik przed Alte Galerie, tango na moście nad Szprewą

Nie mogę porównywać swoich doświadczeń do tych rodziców, gdyż choć pamiętam dobrze czasy, gdy "runął mur", nie mam wspomnień związanych z tym innym miastem, w którym znajdowało się Muzeum Pergamońskie, ale już nie Tiergarten.

od góry: mur przy Marius Gropius Bau, maraton jazdy na rolkach (g. 21:15 w niedzielę!), East Side Gallery

Odebrałam dzisiejszy Berlin jako miasto tętniące życiem, w którym wciąż coś się dzieje czy zmienia. W ciągu 2 dni widziałam 1 maraton biegaczy, 2 maratony jazdy na rolkach, 1 milongę na moście, kuglarzy ulicznych, grupy ludzi puszczających latawce oraz mlodych chłopaków, jeżdżących po ulicach miasta w go-cartach. Ponadto tłum ludzi przewijający się ulicami i deptakami, bardzo wiele osób na rowerach, z psami i małymi dziećmi. Nad rzeką w niedzielę trawnik był zajęty przez osoby wypoczywające na leżakach, w koszach plażowych lub bezpośrednio na trawie, pijące piwo przy barze i... wędrujące sobie z tym piwem do jednego z pobliskich pchlich targów. Nie wiem, czy to kwestia lata i upału, ale miałam wrażenie, że ogólnie panuje zrelaksowana atmosfera. No i sądziłam, że mieszkańcy Londynu ubierają się często ekscentrycznie - nie jestem pewna, czy Berlińczycy ich jednak nie przebijają ;)

 

 

 

 

 

Od lewej: Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, humorystyczny kosz na śmieci ;), wnętrze Sony Center, grafitti niedaleko Szprewy

Z zabytków najbardziej podobał mi się Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, który z boku wygląda dość niepozornie ("takie klocki"), a zmienia charakter, gdy wejdzie się do środka labiryntu. Ściany przytłaczają, człowiek łatwo traci orientację, plus nie wiadomo, kto lub co wyskoczy zza zakrętu. Podobało mi się traktowanie  pomnika jako elementu powszedniego krajobrazu, a nie nietykalnej świętości: jest to miejsce spotkań (ludzie siedzą lub leżą na murkach/klockach), po labiryncie biegają dzieci i przemieszczają się rowerzyści. Byliśmy także pół dnia w Poczdamie, z czego dużo czasu spędziłam chodząc po ogrodach i parkach oraz oglądając pałace na swój ulubiony sposób, tj. z zewnątrz :)

Od lewej: Cecilienhof, aleja parkowa między Oranżerią a Belwederem, pałac Sans Souci

Jeśli chodzi o stronę spożywczą, wyjazd był także udany. Kuchnia niemiecka ma wiele wspólnego z kuchnią austriacką, którą znam i lubię (i o której pisałam). Od razu po przyjeździe w godzinach popołudniowych, gdy chodziliśmy po Berlinie, miałam wrażenie, że całe miasto pachnie kawą. Niestety, szybko odkryłam, że kawa jest także w stylu austriackim, nie włoskim, a w ostatnich miesiącach (od czasu nabycia nowego ekspresu) zrobiłam się wyjątkowo wybredna, jeśli chodzi o jakość mojego ulubionego napoju. Innymi słowy, zdjęć kawy nie będzie ;) W przeciwieństwie do innego popularnego napoju, który degustowałam, czego dowody poniżej.

Próbowałam piw jasnych, także paru pszenicznych i wszystkie mi smakowały, szczególnie po kilku godzinach zwiedzania w upale. Wyjątkiem był różowy napój na zdjęciu powyżej - landrynkowy, malinowy Berliner Weisse. Występuje także w wersji wściekle zielonej (a la Ludwik), z dodatkiem marzanki, ale po malinowym już nie miałam ochoty eksperymentować.

Od razu po przyjeździe także skierowałam się w stronę domu towarowego KaDeWe, gdyż w wielu miejscach (w blogosferze i nie tylko) natknęłam się na zachwyty nad tamtejszym działem spożywczym. Faktycznie warto odwiedzić to miejsce: ja żałowałam, że mam tak mało czasu, że nie mogę usiąść przy barze, degustować wina czy owoców morza... No i że nie mogę zapakować połowy działu mięsnego i rybnego i zabrać ze sobą. Podobało mi się, że poza turystami było w sklepie wielu miejscowych kupujących, którzy chyba często przyszli po prostu coś zjeść lub spotkać się ze znajomymi.

Od lewej: musztardy, dział serów, dział herbaty - KaDeWe

Restauracyjnie odwiedziłam Marjellchen, która określana jest jako miejsce serwujące dania "kuchni pruskiej". Właścicielka o dźwięcznym imieniu Ramona Azzaro urodziła się w  Rzymie, ale jej babcia pochodziła z Prus Wschodnich. Potrawy w Marjellchen są smaczne, tradycyjne, bardzo sycące i obfite - mieliśmy problemy z dokończeniem dań głównych, szczególnie, że skusiliśmy się na talerz przystawek. Na ten ostatni składały się wędliny oraz ryby - wędzone i surowe, marynowane w podobny sposób, co gravlax. Z tak przyrządzonym łososiem zetknęliśmy się jeszcze w dwóch innych restauracjach.

Od lewej: kaczka, przystawki, golonka - restauracja Marjellchen

Odwiedziłam także parę piwiarni, m.in. Lindenbrau w Sony Center, gdzie do piwa pszenicznego można zjeść, poza bardziej konkretnymi daniami, także najróżniejsze kiełbaski. Niestety: nie słynnego currywursta, którego przyznaję, w końcu nie skosztowałam. Może następnym razem... A, pieczywo w każdej restauracji, w której jadłam, było smaczne, urozmaicone i świeże.

Pieczone kiełbaski, precel, pieczywo żytnie i średnio ostra musztarda - czyli dodatki do piwa w Lindebrau

Z innych ciekawostek spożywczych było ciasto ze śliwkami, jedzone w kawiarni w muzeum Martin Gropius Bau. Gdy tylko wzięłam ten Kuchen do ust, stanął mi przed oczyma duży pokój moich dziadków i stół, na którym stoi to ciasto, babcia Ł. robiła bowiem identyczne.

Z przyjemnością także stwierdziłam, że sezon kurkowy wciąż ma się dobrze: powyżej kompozycja ciepłych, smażonych kurek z zimną, marynowaną (peklowaną?) cielęciną z restauracji Dressler.

Podsumowując: Berlin nie jest może moim ulubionym miastem na świecie, ale warto go odwiedzić, szczególnie, że z Polski jest do niego naprawdę blisko. Jeśli komuś mało lektury, zachęcam do zapoznania się z berlińskimi wspomnieniami Komarki lub Davida Lebovitza.

sobota, 05 czerwca 2010

Pisałam już kiedyś o nietypowym lokalu na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, czyli Przekąskach i Zakąskach. Dziś recenzja miejsca położonego o kilka metrów od bistro, z tej samej rodziny (pt. Gessler), czyli U Kucharzy.

Restauracja niedawno została wyróżniona Bib Gourmand przez krytyków Michelin. My pierwszy raz odwiedziliśmy ją niedługo po otwarciu, kilka lat temu. Bardzo dobrze zapamiętałam z tej wizyty nietypowe wnętrze: lokal został utworzony na zapleczu byłej restauracji Hotelu Europejskiego i wiele w nim nie zmieniono - pozostały np. charakterystyczne biało-czarne kafelki na podłodze, umywalki na ścianach itd. Inne rzeczy, które mnie wówczas uderzyły, to wiek obsługi - znacznie starszy niż zazwyczaj się spotyka w stołecznych restauracjach, żeby nie powiedzieć, że około emerytalny - oraz zwyczaj przywożenia dania i dodatków do niego w rondlach/na deskach itd. na wózku (czy właściwie wielkim drewnianym stole) do klienta i nakładania potraw "na żywo" przy stoliku.  Dania pieczone wychodzą z pieca o określonych porach, opisanych w menu. Jadłam wówczas śledzia w oleju lnianym, który jest dość specyficznym daniem, oraz kurczaka faszerowanego. Ogólnie retro jadłospis i styl gotowania wywarł na mnie wrażenie, podobnie jak we wspomnianych wyżej Przekąskach..., zainspirowanego kuchnią polską XX-lecia międzywojennego. Do restauracji wróciliśmy jakiś czas później, pozytywne wrażenie zostało utrzymane. Niedawno poszliśmy po raz trzeci i, niestety, nie było całkiem różowo.

Po pierwsze: obsługa. Już nie ma tylu osób w wieku starszym, i może szkoda. Obsługiwało nas dobre kilka osób i to pierwszy minus: trudno było się zorientować, kto właściwie odpowiadał za nasz stolik. Najprawdopodobniej była to pani, która nas do niego zaprowadziła, niestety dość chłodna w obyciu. W ok. 10 minut od zajęcia miejsc zorientowaliśmy się, że nie dostaliśmy serwetek. M poprosił o nie przechodzącego kelnera, po paru minutach otrzymaliśmy serwetki, które były... mocno wilgotne. Na nasze zdziwione spojrzenia kelner zapewnił nas, że są "czyste, dopiero co uprane". Podejrzewam, że to był powód, dla którego brakowało ich na stoliku: wszystkie były "w praniu". Kolejną sprawą było to, że ponieważ przy rezerwacji telefonicznej nie spytano mnie, czy chcę siedzieć w sali dla niepalących, a zapomniałam się o to upomnieć, znaleźliśmy się w części dla palaczy. M poprosił kolejnego przechodzącego kelnera, czy moglibyśmy zamienić stolik na miejsca dla niepalących. Pan obiecał się tym zająć, ale niestety, więcej go nie zobaczyliśmy.

Na szczęście pierwsze zgrzyty później nieco zrekompensowała bardzo szybka i kompetentna obsługa przy daniach głównych, szczególnie przy kaczce M, kiedy kilka osób  zajęło się nami bardzo sprawnie i efektownie. Miłym akcentem była także pożegnalna rozmowa z portierem, częściowo przeprowadzona en français ;).

Po drugie: jedzenie i napoje.

Zaczęliśmy od naszego ulubionego aperitifu, tj. Kir Royal, który był w porządku, ale piłam w życiu lepsze (podejrzewam, że była to kwestia jakości wina musującego). Jako przystawki jedliśmy smażonego węgorza (M) oraz tatar (ja). Z tego drugiego restauracja jest znana i znów nie chodzi tyle o samo danie, co o sposób jego przyrządzenia. Do stolika podjeżdża pan, który sieka drobno mięso na naszych oczach, natłuszcza je lekko olejem i miesza z pozostałymi składnikami (które także kroi "na żywo"). Przyznaję, że miałam dużą ochotę na tatara i ze smaku gotowego dania byłam zadowolona, choć tak naprawdę wydaje mi się lepiej, jeśli można je sobie doprawić wg własnych upodobań (i tak ten u Kucharzy był dość łagodny w smaku, za to - na szczęście - nie przesadzono z cebulą). M uważał natomiast, że oleju było za dużo. Podobne zastrzeżenie miał do swojego węgorza, tj. że był zbyt tłusto przyrządzony. Białe wino, które pił do ryby, było smaczne, choć za ciepłe.

Na szczęście, podobnie jak w przypadku obsługi, wstępne zgrzyty kulinarne zostały zrekompensowane (zwłaszcza w przypadku M) przy okazji dania głównego. M zamówił kaczkę pieczoną (która akurat o tej porze opuszczała piec), która była krucha, nie za sucha i nie za tłusta - w sam raz. Z dodatków była modra kapusta, sos żurawinowy i puree ziemniaczane. Ja natomiast zdecydowałam się na sztukę mięs, danie, do którego mam słabość. Ostatni raz je jadłam w Arłamowie, i muszę przyznać, że choć to u Kucharzy było całkiem smaczne (mięso podane razem z warzywami, które się z nim gotowały, plus sos chrzanowy), arłamowskie lepsze. Rzecz jest w tym, że porządna sztuka mięs powinna być leciutko włóknista, a równocześnie krucha, a ta u Kucharzy była zbyt, powiedzmy, spójna. Do tego dostałam kubek rosołu z mięsa, którego zamiast mnie - z rosołu uznaję tylko bulion/wywar używany do sporządzania innych zup - skosztował M i opisał jako bardzo tłusty i mało wyrazisty. Do dania głównego piłam czerwone wino "stołowe", które jak na tą klasę było całkiem niezłe.

Na deser - który wybiera się też z wózka - w postaci sernika zdecydował się tylko M. Choć serniki tradycyjne nie zawsze mi smakują, ten był wart spróbowania: dość słodki, gęsty, ciężki i bardzo smaczny.

Podsumowując: mam mieszane uczucia. Przed tą wizytą bym U Kucharzy raczej polecała, obecnie mam wrażenie, że i kuchnia i obsługa są mocno nierówne. Pomysł jest wciąż bardzo dobry, ale wykonanie nie zawsze trzyma poziom.

piątek, 30 kwietnia 2010

Jako dziecko tam byłam przejazdem: zapamiętałam tylko kanały. Natomiast gdy prawie dwa lata temu obejrzałam film In Bruges (Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj) Martina McDonagha, postanowiłam, że do Brugii kiedyś trzeba pojechać. Co też zrobiłam w miniony weekend. Relacja byłaby zapewne wcześniej, gdybym nie spędziła ostatnich kilku dni zawzięcie chorując (wrrr).

Na początek zwiastun filmu, jeśli ktoś nie widział, a polecam - poza tym, poziom Brugii w In Bruges jest wysoki:

Pieska z 1:48 minuty znamy: nazywa się Fidel, należy do właścicielki pensjonatu, w którym mieszkaliśmy i często sobie tak wypatrywał przez okno ;)

Gdybym miała w skrócie powiedzieć, z czym kojarzy mi się miasto, powiedziałabym, jak w tytule posta: z piwem, czekoladkami, rowerami i kanałami. No, i jeszcze z koronkami, choć te niespecjalnie mnie osobiście interesują.

Zacznijmy od piwa: podczas zwiedzania browaru De Halve Maan dowiedzieliśmy się, że w Belgii warzy się 700 rodzajów piwa. Napój ten traktuje się znacznie bardziej serio, niż w innych krajach: tu się go degustuje. Preferowane jest piwo butelkowe, a zazwyczaj się nalewa porcje 0,33 ml - co ma sens, zważywszy na to, że procent alkoholu jest najczęściej wyższy, niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Chwali się też to, że piwo podaje się naprawdę mocno schłodzone (nieznoszę ciepłego). Moim ulubieńcem stał się pszeniczny witbier - czysty smak, delikatny, idealny na upał.

W restauracji Den Dyver, którą gorąco polecam (uwaga: stolik na wieczór trzeba rezerwować wcześniej!), piwo traktują tak, jak w innych miejscach wino. Zamawiając menu złożone z np. 3 dań (sezonowych - w zeszłym tygodniu tematem przewodnim były szparagi), można domówić do jedzenia specjalnie dobrane piwa - do każdego dania inne. Warto spróbować, szczególnie, że te same piwa zostały najczęściej wykorzystane w danym daniu, np. w sosie. Z dań, których spróbowałam, najbardziej smakowało mi rillette z węgorza (lokalny przysmak) podane jako amuse bouche i danie główne: labraks z pieczonymi pomidorkami koktajlowymi i sosem ziołowym.

Jeśli chodzi o czekoladki: przyznaję, że nie jestem bardzo czekoladolubna. Chcieliśmy jednak przywieźć coś słodkiego rodzinie w prezencie i wypadało dokonać wcześniej degustacji. Sklepów z czekoladkami jest w Brugii pełno i trudno dokonać wyboru, do którego się udać. Po namyśle wyeliminowaliśmy sieciówki, sklepy na głównym deptaku i te, w których kłębiło się od turystów. Wybór padł na The Old Chocolate House: firmę rodzinną, wnioskując ze zdjęcia na ścianie za kasą.

Dokonawszy wyboru dziewięciu smaków (lawenda, herbata, truskawka i inne...) udaliśmy na górę po wiąziutkich schodkach do tzw. tea roomu: pomieszczenia jak dla krasnoludków, z malutkimi stolikami, ale gdzie czekoladę pitną podaje się w sporych miseczkach, jak cafe au lait. Degustacja się udała, choć okazało się, że 9 czekoladek na 2 osoby to całkiem dużo. Ba, jedna sztuka to już całkiem dużo. Ale smak i jakość - pierwszorzędne.

Trzeba przyznać, że Belgowie lubią jeść i chętnie stołują się w restauracjach. Większość knajpek oferuje bardzo atrakcyjne cenowo menu lunchowe i w godzinach 12-14 często trudno o wolne miejsca. I tak do Dillgence (w którym kręcono parę scen ze wspomnianego wyżej Najpierw strzelaj...) na obiad się nie dostaliśmy, więc wróciliśmy na kolację. Jak w większości miejsc, w karcie dominują ryby i owoce morza (w ciągu niecałych 4 dni w Brugii zjadłam ich tyle, co w W-wie w ciągu dwóch tygodni!). I tak tu zjedliśmy bouillabaisse (z Morza Północnego) i "krewetki Diligence".

Z innych doświadczeń restauracyjnych odwiedziliśmy także Aneth (jedna gwiazdka Michelina). Wybraliśmy menu składające się z 9 małych dań (ale coś się komuś gdzieś pomyliło, i otrzymaliśmy... 10), z których 3 to były prawdziwe perełki: chłodnik pomidorowy z wasabi, szparagi z krewetkami i jajkiem w koszulce oraz ser pleśniowy na ciepło. Pozostałe pozycje były oczywiście smaczne, ale nie wywołały na nas większego wrażenia. Wybór win do potraw, na które zdecydował się M, był co najmniej dyskusyjny, obsługa także nie była idealna. Nie żałuję wizyty, ale zarazem nie jest to miejsce, do którego bym chciała wrócić. Jeśli jednak ktoś by się zdecydował na 9-cio daniowe menu, warto pamiętać, by zarezerwować sobie co najmniej 4 godziny w restauracji i przyjść wypoczętym (oraz głodnym :).

Byłam także pod wrażeniem belgijskiego pieczywa: każde, z którym miałam do czynienia, było bardzo świeże i smaczne. Poniżej wybór śniadaniowy w naszym pensjonacie, Huyze Hertsberge: croissanty, brioche, pain au chocolat, bagietka biała i na zakwasie.

Wspomniałam o kanałach i rowerach: trudno je przegapić. Te pierwsze stanowią wdzięczny obiekt fotograficzny.

Być może w Brugii nie ma nine million bicycles, jak śpiewa Katie Melua (ale w końcu to nie Pekin z piosenki ;), niemniej jest ich bardzo wiele. Stoją zaparkowane wszędzie, często w najdziwniejszych miejscach (patrz zdjęcie niżej). Muszę jednak przyznać, że po centrum miasta nie chciałabym jeźdżić - najczęściej rowerzyści muszą korzystać z dróg, po których nie dość, że jeżdżą samochody i autobusy, to jeszcze chodzą tłumy turystów.

A skoro o malowniczych obiektach mowa, oto to, co zawsze najbardziej lubię fotografować...

Jeszcze jedną brugijska atrakcją są... sklepy specjalistyczne, poświęcone wąskiej gamie produktów. Przykładem może być sklep wyłącznie z pluszowymi misiami (najróżniejszego typu) czy butiki z rzeczami dla psów i kotów. Bardzo przypadł mi do gustu Dille & Kamille, sieciówka (tylko w Belgii i Holandii) z rzeczami do kuchni, łazienki i ogrodu.

Artykułów ozdobnych jest mało (głównie świeczki), raczej przedmioty praktyczne - wszystkie możliwe łyżeczki, trzepaczki, foremki, szklanki, kubeczki, skrobaczki, itp., wyłożone na półkach trochę jak w sklepie z narzędziami. Raj dla miłośników kuchni, nawet jeśli nie są specjalnie gadżeciarzami. W ofercie sklepu są także przyprawy, które stoją na półkach za kasą w wielkich puszkach - dzięki temu dowiedziałam się, że intrygujący "dragon" to nic innego, jak estragon po niderlandzku (a obstawiałam jakąś mieszankę ostrych przypraw).

Podsumowując: jeśli nie macie pomysłów dokąd się udać na weekend, a macie czas i możliwości na dłuższą podróż, polecam Brugię. Tym samym życzę Wam miłej majówki (moja chyba upłynie na cichej i spokojnej rekonwalescencji...)

czwartek, 15 kwietnia 2010

E., rodowita prażanka (mam na myśli tą warszawską Pragę :), kiedyś powiedziała, że ulica Francuska to najładniejsza ulica po tamtej stronie Wisły. Tak się złożyło, że później przez jakiś czas mieszkała na Saskiej Kępie. To głównie dzięki niej dowiedziałam się o różnych smacznych miejscach w tamtej okolicy - i dziś chciałam o nich napisać.

O La Petite France już wspominałam na blogu, m.in. jako o źródle dobrych serów. Jak widzicie na zdjęciach obok, jest w czym wybierać. Poza serami są sardele (anchois) na wagę, pasztety i kiełbaski, najróżniejsze alkohole... Pierwszy raz usłyszeliśmy o tym miejscu zresztą, gdy E. przyniosła nam do wypróbowania różne cydry francuskie, głównie wytrawne. Z innych ciekawych, trudno dostępnych produktów, jest żelatyna w płatkach, do kupienia na sztuki.

Właściciele sklepu (m.in. b. sympatyczny pan Serge) służą pomocą i radą. Można także u nich zamawiać produkty (np. ser dla koneserów, czyli A Casinca). Towary na wagę są pakowane w retro papier z czerwono-białym nadrukiem, który b. mi się podoba i który widać na zdjęciu na lewo.

O rzut beretem od "małej Francji" są "małe Węgry", czyli sklep Papryka. Jak widać na zdjęciu, można tam kupić najróżniejsze kiełbasy i salami. Sprzedawczyni się pyta, czy chcemy kiełbasę mniej lub bardziej suchą, mniej lub bardziej pikantną i doradza właściwy rodzaj. Poza wędlinami w ciemnym sklepiku (ogrzewanym zimą tzw. kozą, stojącą w rogu) nie ma wielkiego wyboru produktów, ale są takie węgierskie szlagiery, jak pasty paprykowe, wina, likier Unicum i kostki bulionowe do zupy rybnej.

Przemieszczając się kulinarnie na południe, z Węgier możemy skoczyć do Turcji, bo niemal naprzeciwko Papryki mieści się Efes Kebab. Nie jestem fanką kebabowni, zwłaszcza od kiedy mój kolega się mocno struł po posiłku w bardzo popularnym miejscu w Warszawie, ale wiele osób mi polecało Efes. Ponieważ akurat byliśmy obok i byliśmy głodni, nadarzała się okazja, by miejsce wypróbować.

Karta dań jest bardzo krótka - kilka dań do wyboru. Wzięłam köfte a M, jeśli dobrze pamiętam, "przysmak Sułtana". Do popicia ayran. Gdy jedzenie pojawiło się na stole, poczułam się jak w Turcji: i ayran, i mięso smakowało tak, jak tam, a właśnie köfte popijane ayranem jadłam pierwszego dnia pobytu w Stambule, jako swój pierwszy miejscowy posiłek.  Na ścianie wisiał portret Atatürka, rozejrzałam się zatem za kolejnym niezbędnym elementem dekoracji, tj. "okiem proroka"(i znalazłam, w szklanej gablotce). Do pełni szczęścia brakowało mi tylko tureckiej muzyki* (w Efesie nie leciała żadna), no i surówka z kapusty nieco psuła smak całości.

Wychodząc z Efesu i przechodząc przez ulicę Francuską, kierując się w stronę Ronda Waszyngtona, możemy przenieść się do do Anglii w formie herbaciarni Gander's Tea Room. Akurat to miejsce znam od dobrych paru lat. Lokal składa się z kilku małych salek, w których ustawione są małe lub średnie stoliki. To dobre miejsce na ploty z przyjaciółką, randkę** lub po prostu five o' clock: wybór herbat jest duży, a jeden imbryk starczy i dla dwóch osób. Można także napić się kawy oraz zjeść małe co nieco.

To tyle, jeśli chodzi o "moje" miejsca na Francuskiej. Wiem, że delikatesów i restauracji jest tam znacznie więcej, a ja przemieszczam się jedynie na małej przestrzeni przy skrzyżowaniu z ul. Zwycięzców. Może ktoś z czytelników ma zatem swoje typy?

* Poradziłam sobie w chwilę później przy pomocy Aramam:

** Kto pamięta scenę nieudanych Walentynek w herbaciarni w V tomie Harry'ego Pottera ;)?

środa, 24 marca 2010

Stali czytelnicy bloga zapewne wiedzą, że regularnie jeździmy do Austrii na narty, do tej samej miejscowości (Bad Hofgastein). Mamy nie tylko swoje ulubione trasy zjazdowe, ale także restauracje, do których wracamy. O dwóch z nich, oraz o tegorocznym odkryciu, chciałam Wam opowiedzieć - a nuż wybierzecie się w tamte strony...?

Po pierwsze: kuchnia nie-austriacka, bo włoska - a więc La Piccola Italia (Kurpromenade 11, Bad Hofgastein). Podobno każdy ma swoją ulubioną lokalną trattorię. W W-wie mamy taką potencjalną, całkiem przyzwoitą, za rogiem, ale gdybym miała powiedzieć, jaka jest moja ulubiona włoska knajpka, wybrałabym właśnie La Piccola Italię. Restaurację prowadzi sympatyczne małżeństwo włosko-austriackie, tj. Astrid i Luca. Ona zajmuje się salą, on pracuje w kuchni. Menu bazuje na sprawdzonych szlagierach i na tyle, na ile się zorientowałam, niewiele się zmienia. Na niektórych daniach nieco odcisnęła piętno kuchnia austriacka, np. jeśli chodzi o mocno kwaśne doprawienie sałatek. Wśród przystawek jest carpaccio mięsne lub tuńczykowe, caprese czy sałatka z owoców morza; makarony obejmują tak znane pozycje, jak aglio, olio, pepperoncino czy arrabiata, dań głównych zaś jest kilka, w tym ok. 2 rybne.  Makarony są raczej z paczek a pomidory z fabrycznej passaty, nie z własnego ogródka :), ciabatta przypuszczam, że od zewnętrznego dostawcy, ale smaczna. Niespodzianek specjalnych nie będzie (no, chyba jeśli chodzi o ilość octu w przystawce czy strzępki sałaty w caprese - nie wiem, co one tam robiły i dyskretnie udałam, że ich nie widzę ;), ale o to właśnie chodzi. To miejsce, do którego się przychodzi np. w sobotę wieczorem, całą rodziną lub w mniejszym gronie, witając się na progu z Astrid jak ze starą znajomą. Potem zamawia się znane, bezpieczne dania i równie znane czerwone wino (Eliseo). W tamtą sobotę, gdy jedliśmy kolację 'u Włocha', wszystkie stoliki były zajęte, a kilka osób posilało się przy barze, ew. tam czekało na stolik, więc warto zarezerwować miejsce na wieczór. W środy jest Ruhetag, czyli wolne i restauracja zamknięta.

W restauracji nr dwa także warto wcześniej zarezerwować stolik (pamiętając, że wolne jest we wtorek). Mowa o S'Tröpferl (Pyrkerstrasse 20, rzut beretem od Piccola Italii), vel "Białym (Zielonym*) domku" - domek zresztą widać w pełnej krasie na zdjęciu nr 1 (dziękuję Em. za obfotografowanie ;). W tym miejscu byłam na przestrzeni ostatniej dekady więcej razy niż 'u Włocha', pomimo tego, że knajpa nie jest doskonała. Przede wszystkim problem stanowi obsługa. Miewa swoje humory, potrafi być (bardzo) opieszała i występują problemy językowe, tj. problem z użyciem języka angielskiego, pomimo tego, że w restauracji bywa wielu turystów. Karta dań angielska teoretycznie jest, ale np. dania sezonowe/dania dnia w niej nie występują, a ponadto, gdy dochodzi do zamówienia, okazuje się, że i tak wszystko sprowadza się do języka niemieckiego (i do odręcznie napisanego menu). Jeśli się nim włada kiepsko, można mieć kłopot (i w zw. z tym ostatnio mieliśmy duże problemy z ilością i rodzajem deserów zamówionych, w odróżnieniu od tych, które pojawiły się na stole). Jeśli jednak przyjąć postawę 'zen' i nie przejmować się, że ktoś trzaska wściekle kuflami lub ignoruje klientów przez 30 minut, można całkiem przyjemnie spędzić wieczór. Wnętrze urządzone jest nieco gemütlich, nieco jak 'folk gospoda'. Kuchnia jest zdecydowanie austriacka. Dominuje mięso, ale jest także sporo świeżych warzyw jako dodatków oraz ryby, zwłaszcza pstrąg. Kiedyś była w karcie pyszna kremowa zupa czosnkowa, która wymagała jedzenia przez wszystkich biesiadników, a przynajmniej osoby mające przebywać w jednym mieszkaniu przez najbliższą dobę. Rok temu M zjadł, jako ciekawostkę, krowię wymię (nie wspomina go jako szczególnie smacznego). Inną specjalnością jest danie złożone z dziewięciu knedli z różnym nadzieniem. Porcje zazwyczaj są obfite, a dania sycące. Poniżej widać Zwiebelkuchen (placek cebulowy, ale nie drożdżowy) zamówiony podczas ostatnią wizytę przez Em.
Po trzecie: tuż przed wyjazdem M odkrył, że w naszej miejscowości (a właściwie tuż za Bad Hofgastein) jest restauracja wyróżniona Bib Gourmand przewodnika Michelin. Mowa o Bertahof, dokąd oczywiście się udaliśmy. Poniżej widać 'domek' stanowiący element ogrodu przez restauracją, z reklamą bardzo smacznego piwa pszenicznego Die Weisse, które piłam do posiłku:
Bertahof także specjalizuje się w kuchni narodowej, ale w innym wydaniu niż S'Tröpferl. Różnicę widać na pierwszy rzut oka: wystrój jest bardziej stonowany, umiarkowanie ludowy (choć kelnerki noszą stroje regionalne) a klientela dość elegancka, miejscowa, w wieku średnim lub starszym (turyści-obcokrajowcy stanowią zdecydowaną mniejszość, w przeciwieństwie do S'Tröpferl). Dania są także mniej przaśne, a nawet niekiedy z lekkimi pretensjami do haute cuisine (co nie zawsze im wychodzi na dobre). Można powiedzieć: kuchnia austriacka XXI wieku ;). Pierwsza wizyta, lunchowa, wywarła na nas bardzo pozytywne wrażenie: średnio wysmażone kotleciki jagnięce z ziołami, podane z ziemniaczanym gratin i duszonymi warzywami, do tej pory wspominam z rozmarzeniem - były idealne. M jadł kotleciki cielęce, także bardzo dobrze przyrządzone, choć miał zastrzeżenia co do dodatków (wg jego słów, niepotrzebnie skumulowano zbyt wiele różnych składników - dwa różne sosy, trzy formy podania ziemniaków - na jednym talerzu). Druga wizyta (kolacja) była nieco mniej udana spożywczo. M zamówił stek jagnięcy na kamieniu. Idea była taka, że gość obrabia sobie mięso sam, zgodnie z upodobaniem, jednak mięso przyszło na stół już dość mocno wysmażone. Ja miałam tymczasem problem z knedlem ze szpinakiem (klasyczne austriackie danie - w S'Tröpferl także występuje), który był na mój gust zdecydowanie zbyt słony (zupa z topinambura zresztą była też dość słona, ale mniej, niż knedel...). Przy obu wizytach obsługa była poprawna i dość sympatyczna. Chleb podany na początek nie był domowy, ale świeży i smaczny, do tego były dwie smaczne pasty do smarowania pieczywa (różne przy każdej wizycie) i smalec. Piliśmy także ciekawe austriackie wina - mocno gruszkowy Gruner Veltliner i Zweilgelt, plus wspomniane wcześniej piwo Die Weisse (które w przeciwieństwie do wielu innych 'Weizenów' nie smakuje zmiksowanymi bananami). Na "deser" zaś odkryliśmy w podziemiach restauracji - po drodze do toalety - bardzo ciekawą wystawę starych zdjęć. Przy kolejnej wizycie chętnie dłużej im się przyjrzę.
* W zależności od tego, jak kto postrzega kolory.
 
1 , 2
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki