Wpisy z tagiem: książki
niedziela, 11 marca 2012
Jak już wyznawałam, lubię książki z podróżami i kulinariami w tle. W ciągu ostatnich paru tygodni przeczytałam dwie z nich - The Olive Farm (wyd. polskie: Oliwkowa ferma) Carol Drinkwater oraz Gaumardżos! Anny i Marcina Mellerów. Ta pierwsza - na minus, druga - na plus.
A teraz dobre informacje: produkt rodzimy, czyli książka o Gruzji, w której (jeszcze) nigdy nie byłam, a chciałabym pojechać od kiedy obejrzałam kilkanaście lat temu film Zakochany kucharz. Gaumardżos! znalazłam pod choinką i choć byłam sceptycznie nastawiona do książki sygnowanej nazwiskiem dziennikarza, za którym do tej pory nie przepadałam, już pobieżne oględziny przy stole wigilijnym wypadły pomyślnie. Okazało się, że zarówno Marcin Meller, jak i jego żona (na początku byłam zaskoczona zmianą płci narratora z rozdziału na rozdział, bo nie są sygnowane imieniem, potem się przyzwyczaiłam), piszą w sposób przystępny, dowcipny i ciekawy - lektura łatwo i szybko "wciąga". Oczywiście, przedstawiony obraz Gruzji jest zapewne subiektywny, ale poziom pretensjonalności jest bardzo niski lub zerowy ;); jest także tzw. rys historyczny (w tym historia najnowsza czy sprawa porwanego lotu 6833 do Batumi, o której nigdy wcześniej nie słyszałam) oraz - tak, tak - cały rozdział poświęcony kulinariom. Nie ulega wątpliwości, że podróż do tego kraju byłaby bardzo smaczna (choć niepokoi mnie to, jak bardzo zakrapiana). Dużą zaletą jest także to, że większość zdjęć opublikowanych w książce została wykonana przez autorów. Z kuchnią gruzińską niestety niewiele miałam do tej pory do czynienia (jeśli pominąć fast-food podczas pobytu w Krakowie jakiś czas temu). Chociaż bardzo chciałabym upiec kiedyś nie fast-foodowe serowe chaczapuri, brak właściwego sera - suluguni - mnie zniechęca (choć czytałam, że można spróbować zmieszać kilka różnych gatunków dostępnych u nas, np. mozarellę i fetę). Chciałam jednak, by wzmiankę o polecanej lekturze ilustrował przepis "stamtąd" - i oto jest puree buraczane, albo inaczej charkhlis mkhali (pkhali). Przepis zasadniczo pochodzi z książki Roast figs, sugar snow Diany Henry, ale wujek Google pokazał mi wiele podobnych wersji (choćby w A Georgian Feast Darry Goldstein - skąd wzięłam cząber - czy w Feast Nigelli Lawson). Wszędzie są buraki, orzechy włoskie, czosnek, zielona pietruszka i niestety świeża kolendra, z której musiałam zrezygnować (w związku z brakiem na stanie), ale lepiej, by była w składzie. Powstałe puree może stanowić świetną przekąskę/zakąskę, np. jako dodatek do chleba czy dip.
niedziela, 11 grudnia 2011
Nie j Nie mogę powiedzieć, żeby była to dla mnie lektura lekka, łatwa i przyjemna. Powodów była kilka: pierwszym jest pewnie fakt ujawniony w pierwszym zdaniu tej notki ;). Autor ma specyficzny styl bycia i wysławiania się, mogę jednak znieść przekleństwa i opisy ekscesów alkoholowo-spożywczych, jeśli są czymś więcej niż narcystyczne, dziecinne przechwałki i do czegoś prowadzą, a nie zawsze tak jest. Artykuły w zbiorze powstały na wcześniejsze zamówienie różnych pism, dla różnych odbiorców, więc choć motywem przewodnim jest ogólnie rozumiane jedzenie a książka została podzielona na części (smaki - słodki, kwaśny...), miałam poczucie dużej przypadkowości, także w ramach poszczególnych sekcji. Zirytowały mnie także te przypisy do poszczególnych tekstów, zamieszczone na końcu książki, w których Bourdain wyznaje, że "nie wie, jak mógł coś takiego napisać, bardzo mu wstyd". Jeśli tak rzeczywiście jest, to po co w ogóle zamieszczać ten rozdział w książce? Niektóre artykuły wydają mi się ponadto zbyt hermetyczne dla polskiego czytelnika, zwłaszcza takiego, który nie "robi" w restauratorstwie. Najbardziej podobały mi się fragmenty o podróżach, np. po Azji, czy rozważania na temat fast foodu jako lokalnego jedzenia ulicznego (które nie musi oznaczać jedzenia śmieciowego), gdyż były merytoryczne i najmniej kwieciste językowo. I tu przechodzę do kolejnego problemu: tłumaczenie. Z zasady wolę czytać w oryginale, jeśli językiem jest angielski. Wydaje mi się, że słownictwo, którym operuje autor nie należy do najwdzięczniejszego do tłumaczenia na polski, bo w naszym języku jego teksty brzmią zazwyczaj pretensjonalnie. Stąd mamy kwiatki takie, jak na str. 55: "Po chwili nastąpiła przekomicznie szaleńcza, przy czym momentami przepyszna masakra [...]". Aż ma się ochotę powiedzieć: faktycznie masakra ;). Miałam też wątpliwości co do tłumaczenia terminów spożywczych, zwłaszcza, gdy dojechałam do rozdziału "Dobre, bo stare" (właśnie o wcześniej wspomnianej retro kuchni francuskiej) i na stronie 321 przeczytałam: "Podają też cassoulet Toulousain (czyli fasolkę po bretońsku)[...]". Z wrażenia zaczęłam szukać odpowiedniego fragmentu oryginału książki w internecie, by sprawdzić, czy to Bourdain gada głupoty (bo cassoulet ma z fasolką po bretońsku tyle wspólnego, że oba dania zawierają fasolę), czy to radosna twórczość tłumaczki. Okazało się, że ta ostatnia, w dodatku w postaci jak to powyżej zacytowałam, nie jako przypis. Przyznaję, że na str. 321 zakończyłam lekturę. Podsumowując: w moim odczuciu książka tylko dla twardzieli - fanów Bourdaina i osoby, którym nie będzie przeszkadzał styl utworu (pisarski + tłumaczenie). Swoją drogą, pierwsza część, tj. Kill Grill, była tłumaczona przez inną osobę. Wracając jednak do przyjemniejszych (smaczniejszych) spraw, czyli Kuchni Burżuazji w praktyce: do kogo się zwrócić po przepisy w tym duchu, jak nie do Julii Child? Ja w każdym bądź razie tak zrobiłam, gdy chciałam przygotować klasyczny mus czekoladowy na deser. Trochę trzeba się namęczyć, ale smak to wynagradza. Przepis w najlepszym duchu 3 filarów kuchni francuskiej, czyli "masło, masło i masło*" :). I tak, zawiera surowe jaja, warto więc zainwestować w jak najświeższe i najszczęśliwsze (plus profilaktycznie je wcześniej sparzyć).
*Mój ulubiony cytat z filmu "Życie od kuchni". Zdjęcie okładki książki pochodzi ze strony Wydawnictwa WAB.
sobota, 13 sierpnia 2011
Kryminał czyta się bardzo szybko, co sprawia, że jest dobrą lekturą do pociągu, na leżak albo plażę - innymi słowy książka na wakacje. Plusem jest także to, że napisana lekko, niekiedy całkiem dowcipnie, bez patosu i (prawie) bez pretensjonalnego języka; przy recenzji kulinarnej szeroko się uśmiechnęłam (każdy, kto czyta recenzje Macieja Nowaka też by to zrobił). Wątek kryminalny nie jest bardzo pasjonujący (ma charakter raczej, hm, ekonomiczny); sporo też w książce powielonych stereotypów, np. dotyczących środowiska akademickiego, mieszkańców starej Pragi, dziennikarzy itd. Nie wiedziałam, że w moim rodzinnym mieście cały czas ktoś coś kombinuje i że każdy, kto się czegoś dorobił, doszedł do tego niezbyt uczciwą drogą ;) (niemal jak w Wenecji Donny Leon), ale powiedzmy, że należy przyjąć to z przymrużeniem oka i zastosować duże tzw. zawieszenie niewiary (suspension of disbelief). Dotyczy to także metod śledczych komisarza Nemhausera (czy naprawdę doświadczony policjant zapomniałby przesłuchać współpracownika denata?) i niektórych zwrotów akcji (skąd znajoma ze studiów, z którą komisarz nie miał kontaktu od wielu lat, wie, gdzie on mieszka?). Pojawia się wiele postaci i wątków pobocznych, ale traktowanych pobieżnie, często urywających się lub niedokończonych. W przeciwieństwie do postaci z innych kryminałów, główny bohater nie jest odrażający, nie rzuca mięsem, nie nadużywa alkoholu i ma unormowaną sytuację rodzinną, w czym przypomina trochę mojego ulubionego komisarza Brunettiego od wspomnianej Donny Leon. Z tym ostatnim łączy go także niechęć do korupcji i studia wyższe na wydziale historii (Brunetti ukończył co prawda prawo, ale nie kryje zamiłowania do historii starożytnej). Mimo to jako osobowość komisarz Nemhauser rysuje się blado; poza powyższymi faktami wiemy jedynie to, że lubi gotować i dorabia sobie weekendowym kucharzeniem w knajpie gdzieś w okolicach ul. Burakowskiej w W-wie. No właśnie: wątek kulinarny! Czekałam i czekałam, i czytałam i czytałam, i od zupy fasolowej gdzieś na pierwszych stronach (do której Nemhauser zapomniał namoczyć fasolę i liczył, że jak dłużej pogotuje, będzie dobrze... hm?!) do ok. 1/2 książki panowała spożywcza posucha. Potem wreszcie się doczekałam opisu dwóch wieczorów w restauracji. Pojawiły się wzmianki o zrazach (które jakoś dziwnie szybko się zrobiły?) i bitkach, za drugim razem były pierogi i spaghetti aglio olio oraz pasta do chleba z oliwek, chilli i cebuli, która jako pierwsza mnie naprawdę zainteresowała. Wszędzie gęsto przewijają się zioła prowansalskie (które lubię, ale czy aż tak ;)? Później był jeszcze obiad, który komisarz przyrządzał dla znajomych - naleśniki bretońskie (galettes?) z różnym nadzieniem (ratatouille też się dziwnie szybko zrobiła :) i samosy; do konsumpcji w końcu nie doszło, i nie wiem, czy w końcu usmażył pierożki i naleśniki. Za to rozważania nad gryczanym ciastem na temat Nathalie Gilberta Becauda znów wywołały mój uśmiech, bo miałam kiedyś podobne przemyślenia - że słuchacz także musi zawiesić niewiarę... Czyżby przebłysk autoironii ze strony autora? Podsumowując: można przeczytać w przelocie, ot, właśnie na wakacjach, ale nie liczyłabym na to, że utwór zapadnie głęboko w pamięć... i osobiście szukać tomu pierwszego przygód Nemhausera nie będę. Natomiast samosy ostatnio u nas się pojawiły; znalazłam bowiem paczkę ok. 250g zamrożonego ciasta na faworki i postanowiłam je wykorzystać. W Indiach te pierożki smaży się i sprzedaje na ulicy, jako lokalny fastfood. Można znaleźć w sieci przepisy na samosy pieczone, jednak tradycyjnie powinno się je smażyć. Ciasto nie faworkowe jest proste; komisarz Nemhauser robił je z "mąki, wody i sody", Madhur Jaffrey, czyli moja guru od kuchni indyjskiej, w ogóle nie dodaje spulchniaczy. Oto ciasto wg Madhur (Indian Cookery) i farsz będący wypadkową Madhur i moją (bo w oryginale nie było kalafiora). Zrobiłam do nich także sos pomidorowy wg własnego widzimisię.
Do tego podaliśmy sos pomidorowy:
A na deser wspomnienie stamtąd, skąd pochodzą samosy: sprzedawca na Chowpatty Beach w Bombaju (zdjęcie autorstwa Madzi B.) - minęły już prawie trzy lata...
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Zawsze pod choinką znajdowałam książki. Od paru lat są one często mniej lub bardziej kulinarne. W tym roku było to m.in. Cafe Muzeum Roberta Makłowicza, które przeczytałam prawie od razu po Świętach i o którym chciałam dziś napisać. Po pierwsze, jest to książka raczej mniej niż bardziej kulinarna. Właściwie jest to zbiór felietonów podróżniczo-kulinarnych z tłem historycznym. Makłowicz lubi gawędzić - jeśli ktoś czytał np. jego i Piotra Bikonta Dialogi języka z podniebieniem, wie mniej więcej, czego się spodziewać. Dialogi jednak są bardziej niż mniej kulinarne oraz towarzyszą im przepisy (w Cafe Muzeum nie znajdziemy ani jednego). O jakich podróżach więc mówimy? Na teren byłych Austro-Węgier, oczywiście (bo że autor ma CK feblik, powszechnie wiadomo), ze szczególnym uwzględnieniem Węgier (znów nic nowego), Austrii, Chorwacji i Rumunii. We wszystkich wspomnieniach i opisach podkreślana jest wieloetniczność Europy Środkowej, wzajemne przenikanie się wpływów politycznych, kulturalnych i - oczywiście - kulinarnych. Te wszystkie "oczywiście" sprowadzają się do tego, że, po drugie, to raczej książka dla fanów Roberta Makłowicza. Mam tu na myśli fanów jego stylu narracji i przynajmniej częściowo poglądów (także politycznych - są, a jakże), gdyż wyraża je w sposób na tyle autorytarny, że osoby mające inne zdanie mogą mieć problemy z lekturą. Ja na szczęście i lubię dygresyjne wspomnienia z podróży, i często się z panem RM zgadzam (poza niechęcią do Francuzów i Paryża*). Podzielam opinię ze str. 25, tłumaczącą tytuł dzieła, że "zwiedzanie wiedeńskich kawiarni to doskonałe rozwiązanie dla każdego, kto pragnie obcować z historią i kulturą, lecz dość ma chwilowo muzeów w najbardziej ortodoksyjnej, niestety najczęściej występującej formie". Książkę czytało mi się zatem szybko, gładko i przeważnie przyjemnie; o Siedmiogrodzie oraz nieudanym świniobiciu przeczytałam z prawdziwą ciekawością, niejednokrotnie śmiałam się także na głos. Nie może być jednak bez pewnych "ale". Otóż od pierwszych stron miałam wrażenie, że jest to lektura mocno zakrapiana, a im dalej, tym bardziej. Ba, alkoholu jakoś było więcej na dowolnej stronie niż jedzenia, a wolałabym jednak odwrotne proporcje (tak w lekturze, jak i w życiu ;). Tak więc choć im dalej, tym różnorodniej jeśli chodzi o gatunki alkoholu, tym tęskniej ja wypatrywałam wzmianek o daniach regionalnych. W ostatnim rodziale zaś przeczytałam fragment, który mnie zniesmaczył. Można powiedzieć, że nadużywanie procentów przez autora jest jego sprawą (podobnie jak często deklarowane w książce palenie papierosów) i może i było nią, dopóki nie opisał szczegółowo jak to "rozsądnie (sic!) pił i prowadził" podczas chorwackich wakacji. Nie jestem abstynentką ani świętoszką, ale pisanie takich rzeczy uważam za po prostu nieodpowiedzialne, i licentia poetica tu nic nie tłumaczy. Warto dodać, że owo "rozsądnie" nie oznaczało jednej lampki wina podczas czterogodzinnego posiłku. Czy książkę polecam? Myślę, że może się spodobać szerszemu gronu odbiorców, niż tylko miłośnicy jedzenia, ale zarazem styl i treść będą dla wielu osób trudne do przyjęcia. Gdybyście chcieli komuś sprezentować, upewnijcie się, że książka trafi w ich gust. Wegetarianom, miłośnikom zdrowego stylu życia oraz wyborcom pewnej partii prawicowej raczej się nie spodoba. Wydaje mi się natomiast, że mój teść, któremu kilkakrotnie podarowałam książki Jeremiego Clarksona, mógłby się całkiem dobrze bawić podczas lektury. * Ale już wyższość pierzyn austriackich nad prześcieradełkiem przytrzaśniętym w nogach łożka kocem podzielam (choć to moje doświadczenie włoskie i belgijskie, nie francuskie).
sobota, 11 września 2010
Książkę na razie głównie przejrzałam, ale zapowiada się ciekawie, odrobinę przypominając duchem moje ulubione Feast. Jest dużo przepisów na makarony, potrawki z ryżem i dania duszone - czyli to, co lubię. Są długo pieczone mięsiwa i trochę dań tradycyjnie brytyjskich (jak toad in the hole). Jak to u Nigelli, jest dość mięsnie, więc wegetarianie chyba nie byliby zachwyceni, choć jest wiele wypieków i deserów. Są także rozdziały z tzw. dobrymi radami, np. jak wykorzystać wszechstronnie sodę oczyszczoną czy jaką pamiątkę przywieźć z wakacji (odp: ściereczkę kuchenną :). Bardzo podobają mi się sugestie pod przepisami nt. wykorzystywania resztek, bo są a/praktyczne i ciekawe, b/książka nabiera gawędziarskiego charakteru, bliskiemu wczesnym książkom Nigelli, a którego imho brakowało ostatnim publikacjom (np. Nigella Christmas). Zdjęcia też, na szczęście, są w innym duchu niż w tej ostatniej książce (czyt. mniej kliniczne). Na pierwszy ogień wypróbowałam sos serowy, który akurat pasował mi do planowanego szybkiego obiadu z grillowanego bakłażana i kurczaka*. Nigella pisze, że to wyjątkowo uniwersalny dodatek do dań, idealny dla osób lubiących ser z niebieską pleśnią (ja). To ostatnie jednak niekoniecznie idzie w parze z lubieniem sosów serowych - przekonałam się, że ja chyba nie bardzo... Ale najpierw przepis:
Sos wyszedł bardzo mocny w smaku - bo też ser niebieski taki jest - i moim zdaniem sos Worcestershire za bardzo był wyczuwalny, stąd moja sugestia o zmniejszeniu. Ocet winny też można by moim zdaniem ograniczyć. Z powyższych względów pasowałby mi do dań, których nie przytłoczy, np. surowych, chrupkich warzyw (jako dip), do avocado, może do fasolki szparagowej... lub szparagów? Nie podałabym go natomiast do wołowiny na zimno, jak sugeruje to autorka, gdyż moim zdaniem sos zabiłby smak mięsa - ale też może jednak nie jestem fanką sosów serowych ;) Wielbiciele powinni być jednak zadowoleni.
wtorek, 22 grudnia 2009
Lubię kryminały retro. W tych dziejących się w okresie międzywojennym, bohater, zazwyczaj (nad)komisarz policji, prędzej czy później ląduje w jakimś lokalu, oczywiście w sprawach służbowych. Komisarz Maciejewski M. Wrońskiego popija tam np. kawę z prądem, albo czystą zakąszaną meduzą (galaretką z wkładką mięsną); Eberhard Mock M. Krajewskiego stosuje podobną dietę*. Nadkomisarz Drwęcki K.T. Lewandowskiego mniej się szlaja po spelunkach - bywa głównie w warszawskiej Ziemiańskiej, a alkoholem się raczy głównie podczas spotkań towarzyskich w mieszkaniach prywatnych (ale za to jada bardzo dobrze i urozmaicenie - dania opisane zwłaszcza w Elektrycznych perłach to temat na osobny post ;). Niemniej, lokale opisywane przez ww. pisarzy mają specyficzny klimat: są miejscem, w którym zdobywa się informacje, obserwuje podejrzanych i nawiązuje cenne znajomości. Kelnerzy widzą i wiedzą wiele, a czasem nawet podzielą się swoją wiedzą. Za kołnierz nikt nie wylewa. Myślałam, że podobne miejsca można znaleźć już jedynie na kartach książek, ale się myliłam.
Menu jest w przejrzysty - obrazkowy - sposób przedstawione na ścianach (przekąski widać na zdjęciu na lewo: testowałam aparat w nowej komórce M). Pozycje oznaczone są numerkami, co ułatwia sprawę barmanom ("nie ma nr 2, 4 i 6" np). Jadłospis czyta się jak fragmenty ww. kryminałów retro: można przekąsić np. śledzie, nóżki w galarecie (ze sporym dzbanuszkiem octu podawanym osobno), awanturkę i podobno tatar (podobno, bo za każdym razem, gdy M uparcie o niego prosił, go nie było). Aż człowiek spodziewa się, że zaraz wejdzie Nikodem Dyzma... Sądzę jednak, że do Przekąsek Zakąsek nie chadza się dla wyśmienitej kuchni, bo nie należy się jej spodziewać, a z ww. powodów - i dla atmosfery. Część pracowników jest niemłoda i tak, jest starszy kelner, który dzieli się z klientami i współpracownikami mądrościami życiowymi. W Bistro bywa sporo cudzoziemców, co mnie nie dziwi: gdybym miała jakiegoś do oprowadzenia po Warszawie, też bym go tam zaprowadziła, najlepiej wieczorem, i najlepiej poprzedzając wizytę seansem filmowym w klimacie epoki. *Na tyle, na ile się zorientowałam, bo akurat książek o tym bohateru nie lubię i przeczytałam tylko dwie.
środa, 14 października 2009
Nie będzie o wspomnieniach z dzieciństwa czy science fiction, przynajmniej tradycyjnie rozumianym. Będzie natomiast o mojej ulubionej książce, The Time Traveler's Wife (Miłość ponad czasem lub Żona podróżnika w czasie - były dwie polskie edycje) i jej aspekcie kulinarnym. Od dawna miałam napisać tą notkę. Wreszcie się zmobilizowałam, za sprawą drugiej, nowo wydanej książki Audrey Niffenegger (Her fearful symmetry), którą wczoraj skończyłam czytać i która mi się niestety nie podobała. Jeśli nie czytaliście jej literackiego debiutu, czyli właśnie The Time Traveler's Wife, gorąco Was do tego zachęcam. To nietypowa historia o miłości Clare i Henry'ego, który cierpi na chorobę genetyczną, objawiającą się... niekontrolowanym podróżowaniem w czasie. Miało być jednak kulinarnie. Otóż opisy posiłków, jedzenia i gotowania zajmują całkiem pokaźną część książki. Kiedyś z pamięci zrobiłam listę scen kulinarnych i wyszło mi kilkadziesiąt pozycji. Powodów po temu jest kilka: Henry po podróży w czasie odczuwa zazwyczaj głód i/lub nudności. Wychowywała go pani Kim (Kimy), która świetnie gotowała i przekazała mu sporo ze swojej wiedzy. Jest dobrym kucharzem, w przeciwieństwie do Clare. Jedną z moich ulubionych scen jest wieczór, podczas którego Henry poznaje pierwszy raz przyjaciół Clare, Gomeza (vel Jana Gomolińskiego - nasi tu byli :) i Charisse. Ponieważ gospodarzy przerosło zadanie przygotowania kolacji, Henry przyjmuje na siebie to bojowe zadanie. Przygotowanie jedzenia (risotto z kurczakiem) trwa, alkoholu zaś nie brakuje i całe towarzystwo siada do stołu nieco wstawione. Henry wspomina: "Wszystko zawiera dużo masła", a Clare: "Jedzenie jest tak pyszne, że chce mi się płakać". Jako deser są brownies, autorstwa właśnie Clare, "bo przecież każdy potrafi zrobić brownies". Okazuje się, że jednak nie każdy - ciasto Clare jest nieco niedopieczone, albo brownies-tatar, jak śmieją się przyjaciele. Pod koniec książki Henry uczy jednak Clare gotować i okazuje się całkiem pojętną uczennicą. Posiłków bardziej odświętnych, jedzonych w gronie przyjaciół lub rodziny jest więcej. Clare poznaje ojca Henry'ego podczas uroczystego obiadu, przygotowanego przez panią Kim. Na menu składa się między innymi kaczka i tort migdałowy. Mój kolejny ulubiony fragment to opis Bożego Narodzenia, gdy z kolei Henry pierwszy raz poznaje rodzinę Clare. Przyjeżdżają do zaśnieżonego Michigan prosto na lunch, na który jest podana szynka z zielonym groszkiem, a Henry "nie jada wieprzowiny i nie znosi groszku". Oczywiście zjada do czysta. Po obiedzie rodzina Abshire idzie jeździć na nartach, a Henry wędruje do ogromnej kuchni w poszukiwaniu kawy. Rodzina Clare jest zamożna i zatrudnia służbę. Kuchnią zarządza jowialna Nell, opisana jako krzyżówka "Julii Child i Arethy Franklin"; zawsze wyobrażałam sobie ją jak aktorkę, która grała Mammy w Przeminęło z wiatrem. Na pytanie Henry'ego: "Czy nie zostało trochę kawy?", reaguje oburzeniem: oczywiście, że kawa zostanie świeżo zaparzona, niech "pan chłopak [Clare]" pójdzie do salonu i poczeka, a ona przyniesie. W międzyczasie w zlewie ruszają się homary, które zostaną podane na świąteczną kolację, a w piecu czerni się indyk, który tylko z zewnątrz wygląda na spalonego - Nell ręczy za jego doskonałość. Tego samego wieczoru Abshire'owie i ich goście jedzą także zupę z kasztanów i pasternaku, podobno doskonałą (ciekawe, jak się miała do papki dla dzieci, którą przygotowałyśmy z Tili z tych samych składników :). Parę lat później Nell będzie uczyć Henry'ego piec croissanty. Wspomniana wyżej kawa przewija się na niemal każdej stronie książki - Henry i Clare piją ją litrami. Jako kawoholiczka rozumiem ich, choć nie przepadam za kawą typu amerykańskiego (chyba, że z braku laku...). Clare pierwszy raz kosztuje kawy jako trzynastolatka, na łące na której spotyka się z podróżującym w czasie Henrym, który ma lat 35 (w czasie rzeczywistym różnica wieku między przyszłymi małżonkami wynosi 8 lat). Henry upijając łyk napoju zaparzonego niewprawnie przez Clare wykrzykuje: "To paliwo rakietowe!", po czym zapewnia przygnębioną dziewczynę, że "nie, nie jest za mocna, nie ma czegoś takiego, jak za mocna kawa". Łąka w pobliżu domu Abshire'ów była świadkiem wielu posiłków Henry'ego i młodej Clare, składających się z tego, co udało jej się wykraść ze spiżarni. Najbogatszy był piknik na 18 urodziny Clare, kiedy jedli kanapki z ogórkiem, kawior i krakersy, ser pleśniowy, truskawki, herbatniki miętowe i pili wino. 21 urodziny Clare świętowali także tylko we dwójkę, ale już w mieszkaniu Henry'ego, który przygotował zupę vichysoisse, łososia i szparagi. Poza scenami posiłków domowych lub na łonie przyrody, bohaterowie sporo czasu spędzają także w restauracjach. Często pojawiają się wzmianki o Beau Thai, restauracji tajskiej (tam odbyła się pierwsza randka Henry'ego i Clare - a właściwie pierwsza była tylko dla Henry'ego...). Clare uwielbia sushi, i Henry zabiera żonę do ulubionej knajpki, Katsu, by ją udobruchać po sprzeczce na temat zakupu mieszkania. Inną sceną restauracyjną, którą lubię, jest drugie spotkanie Gomeza z Henrym. Po dość burzliwym początku wspólnego wieczoru, mężczyźni idą do Ann Sather, szwedzkiej restauracji, której menu znają na pamięć (jeśli kiedyś pojadę do Chicago, z pewnością tam pójdę). Zamawiają stos jedzenia; Gomez pije mleko i oczywiście nie rozstaje się z papierosem, Henry wypija kilka filiżanek kawy ("trochę więcej nie zaszkodzi"). Gdy trochę się posilili, Henry wytłumaczył niedowierzającemu Gomezowi na czym polega podróżowanie w czasie. Jest także wiele samotnie jedzonych posiłków, takich jak kolacja Henry'ego w niemieckiej restauracji Berghof w Wigilię Bożego Narodzenia 1988. Clare często jada sama, np. gdy Henry znika podczas wspólnego przygotowywania chilli con carne lub tuż przed urodzeniem ich córki, Alby, gdy idzie sama do tajskiej restauracji. Mogłabym jeszcze drążyć temat, ale nie chciałabym Wam całkiem popsuć lektury. Może zainteresuje Was jeszcze fakt, że w listopadzie będzie można obejrzeć film na podstawie książki (dystrybuowany z jakiegoś tajemniczego powodu pt. Zaklęci w czasie (sic!). W role główne wcielili się Eric Bana i Rachel McAdams. Wybrani aktorzy niespecjalnie odpowiadają urodą pierwowzorom literackim. Clare została raz w tekście porównana do Venus Botticelliego, a Henry miał wyglądać jak Egon Schiele. Po obejrzeniu zdjęć malarza zrozumiałam, czemu Niffenegger w jakimś wywiadzie powiedziała, że widziałaby Johnny'ego Deppa do tej roli.
Tak czy inaczej, ja zawsze wyobrażałam sobie Henry'ego jako Adriena Brody... albo jak w takiej luźnej impresji.
Niezależnie od obsady pierwszoplanowej (i drugoplanowej, ale postaram się pohamować - Ron Livingstone jako Gomez, aaa...), starałam się podchodzić pozytywnie do filmu - dopóki nie obejrzałam zwiastuna, który potwierdził moje najgorsze obawy. Ocenę wydam w listopadzie, a tymczasem na film nie będę Was namawiać - na książkę za to jak najbardziej. Zwłaszcza, że nie sądzę, by na ekranie zachowały się te wszystkie kulinaria :)
niedziela, 11 stycznia 2009
Pod choinką znalazłam całkiem sporo książek. Poza beletrystyką, także trzy pozycje kucharskie, i właśnie refleksjami na ich temat chciałam się z Wami podzielić. Na pierwszy ogień ta, która zrobiła na mnie największe wrażenie - The Bread Bible Rose Levy Beranbaum, albo jak określił M: "jak zrobić swoje własne chlebowe F16". Od chlebków ucieranych, typu bananowy, poprzez chleby drożdżowe i na zakwasie, do brioszek i chałek. Czytałam, że książka jest bardzo dokładna, ale nie sądziłam, że aż tak. Albo może miałam inne standardy dokładności. Przy każdym przepisie są składniki w formie tabelki, podane w gramach, miarach amerykańskich (szklankach, łyżkach) oraz uncjach. Jest wyszczególnione, jak dużo czasu potrzebujemy na przygotowanie i pieczenie, oraz dokładnie jakiej wagi chleb uzyskamy. Nie jest tylko napisane, jaką mamy użyć foremkę - ona jest NARYSOWANA. Podobna dokładność ma miejsce w sposobie przygotowania - najdrobniejsze szczegóły, co, jak, kiedy i dlaczego. Przyznaję, że nie jest to mój styl gotowania. Jestem raczej roztrzepana, w kuchni robię dookoła siebie bałagan, często coś upuszczam na ziemię (lub siebie...) i często improwizuję. Najbardziej odpowiada mi styl Nigelli, jej swoboda, zrelaksowanie, "dodajcie tyle, albo trochę więcej" lub "jeśli nie macie tego, użyjcie czegoś innego", oraz przyznaję, momenty kiedy przenosi składniki sałatki na talerz, po drodze trochę gubi i zerka szybko do kamery, czy było widać :). Nie sądzę, by Różyczka Beranbaum, jak ją pieszczotliwie nazwałam, sobie na coś takiego pozwoliła. Pieczenie w jej wydaniu przypomina pracę w laboratorium chemicznym i... tak, po pierwszym "wow" nad książką, trochę się zraziłam, gdy zaczęłam czytać. Potem jednak upiekłam 2 chleby, wyszły bardzo dobrze, więc chyba zna się na rzeczy. Instrukcje składania chleba także bardzo mi się przydały - bardzo przejrzyste, i naprawdę dobrze dzięki nim złożyłam chleb. Ma jednak Rose specyficzne podejście do zakwasu. Po pierwsze, woli go hodować w formie gęstego ciasta zakwaszonego, które woli, bo uważa, że jest łatwiejsze (mniej brudne) w obsłudze, oraz mniej kwaśne (a to dla mnie akurat minus). Po drugie, prowadzi je w dziwny sposób, tj. przy aktywacji ciasta do pieczenia chleba je marnuje, tj. wyrzuca regularnie część. Nie zrozumiałam, czym się kieruje, tj. dlaczego jeśli jest wagowo za dużo, nie schowa go do lodówki na "zaś"; jedynie wytłumaczenie, jakie mi przyszło do głowy to takie, że ma - objawiane w innych miejscach tekstu - "lęki bakteryjne" (a przecież zakwas w sumie z zasady jest "bakteryjny"!). Zaleca np., by - jeśli już ktoś koniecznie chce ten kłopotliwie lepki i brudzący zakwas płynny - regularnie wyrzucać wierzchnią warstwę. Hmmm, nie wiem, co by powiedziała na mój słój z zakwasem i jego zacieki, warstwy itd. Innymi słowy, nie dogadałybyśmy się na pewne tematy, ale z jej przepisów - przy zachowaniu zdrowego rozsądku - chętnie będę korzystać, i już niedługo wrzucę wykonany przeze mnie chleb na zakwasie (przy robieniu którego nic nie wyrzuciłam, tylko zrobiłam od razu dwa bochenki). Kolejna autorka jest zapewne wielu osobom znana i nie trzeba jej przedstawiać. Mowa o Claudii Roden i jej The Book of Jewish Food. Gruby tom podzielony jest na 2 główne części: aszkenazyjską (odnoszącą się do Żydów zamieszkujących Europę środkową i wschodnią) i sefardyjską (związaną z Żydami-mieszkańcami Półwyspu Iberyjskiego i migracjami z tego regionu). Każda część, poza daniami w dość standardowym porządku (od przystawek do deserów) zawiera eseje na historyczno-kulturowe, stare zdjęcia (także np. z targu w Warszawie!,) a także wspomnienia własne autorki (podobną formułę ma inna posiadana przeze mnie książka Roden, Everything tastes better outdoors). Claudia Roden urodziła się w Syrii, jej rodzina pochodziła z Syrii oraz Turcji, zaliczając się tym samym do Sefardyjczków; później rodzina wyemigrowała do Londynu, Claudia mieszkała także przez pewien czas w Paryżu. Rodzina jej męża to Aszkenazyjczycy. The Book of Jewish Food to kopalnia przepisów i informacji, ale bardzo czytelnie podanych i skatalogowanych. Same przepisy pokazują wyraźnie, jak działają wpływy kulturowe (o czym pisałam przy okazji Kuchni Miriam) - wśród dań aszkenazyjskich niejedno byście rozpoznali, a już krupnik z pewnością. To samo ma miejsce w przypadku dań sefardyjskich. Warto sięgnąć po tą książkę w poszukiwaniu nie tylko dobrego jedzenia, i nie tylko tego, co zwykliśmy rozumieć jako "kuchnię żydowską". Prezentowałam kiedyś chutney z kolendry - wersja II z Nigella gryzie została przez p. Lawson zaczerpnięta właśnie z tej książki Claudii Roden, w której jest opisana jako specjał Bnej Israel, kolonii żydowskiej zamieszkującej okolice Bombaju. Historia tej społeczności jest zresztą fascynująca. Trzecia pozycja to właściwie bardziej ciekawostka, niż książka kucharska do codziennego używania - The Jane Austen Cookbook autorstwa Maggie Black i specjalistki od Austen Deirdre le Faye. Ta ostatnia napisała pierwszą część książki, stanowiącą "rys historyczny". Maggie Black zajęła się stroną bardziej praktyczną, czyli wyborem przepisów, a właściwie lekkim zaadaptowaniem starych dań do nowych czasów. Wiele z nich to przepisy z książki kucharskiej Marthy LLoyd, wieloletniej przyjaciółki Jane Austen, rezydentki w domu Austenów i później (w wieku 62 lat!) bratowej Jane. Być może zbyt pobieżnie przejrzałam książkę, ale wydaje mi się bardziej gratką dla fanów niż źródłem inspiracji kulinarnych. Do tej pory najbardziej zainteresował mnie przepis na domowe piwo imbirowe, no i pewien detal na okładce książki, który powiększam ;):
czwartek, 13 listopada 2008
Miriam nie eksperymentuje ze składnikami, doprawieniem; gotuje z pamięci. Nie ma wątpliwości czy rozterek, które trapią jej synową: koszer oznacza wyrzeczenie się ulubionych krewetek, szabas oznacza, że nie można się umawiać do kina w piątek wieczór, a w ogóle jak pogodzić szabas i koszer z pracą zawodową? Miriam nie ma wątpliwości, bo droga, którą kroczy – porządnej żydowskiej matki i żony – jest jedyną, jaką zna. Prawa, którym podlega bez szemrania, których nie kwestionuje, zapewniają ład nie tylko w kuchni (stanowiącej symbol stylu życia i wyznawanych wartości), ale w całym życiu rodziny. Stanowią ostoję w czasach zmian, strat osobistych i materialnych. Są niezmienne, jak niezmienny jest smak gefilte fisz czy ciasta drożdżowego w jej kuchni. Nie próbuje odchudzić dań używając mniej oleju, jak chciałaby Elizabeth, czy ułatwić sobie pracę przy pomocy robota kuchennego, bo wtedy nie „czuje” dania. Jej synowa, choć niewątpliwie podziwia Miriam, to pochodząc z innego środowiska i pokolenia, próbuje znaleźć dla siebie własne miejsce, własną kuchnię w tradycyjnej religii. Jednak wszystkie przepisy przytaczane w książce, są daniami z repertuaru albo Miriam, albo matek/babek Elizabeth. Czytając przepisy i wspomnienia Miriam, która wychowywała się w okolicach Radomia, zastanawiałam się nad przenikaniem wzajemnym kultur. Teściowa Ehrlich serwowała rodzinie najpierw w Izraelu, a później w Nowym Jorku, dobrze znane nam mizerię, pomidory z cebulką, kompot czy sernik „z kratką”, z twarogu z rodzynkami. Jako dziewczynka zbierała z matką kurki (i nazywała je w transkrypcji pisarki kushinushki – kurze nóżki?). Gotowała barszcz. I słodziła wszystkie potrawy, coś, co omówione jest szerzej w kontekście słodkiej gefilte fisz przez autorkę. Wg Elizabeth Ehrlich, której przodkowie pochodzili z Galicji, Litwy, Warszawy i Niemiec, ale o żadnym z nich nie myślała jako o Polakach – słodki smak jest cechą polską. I tak jadając u Miriam przez pierwsze lata buntowniczo zalewała gefilte fisz ostrym chrzanem, potem – przywykła. Jej rodzina ryby nie słodziła („Litwacy nie byli zrobieni z cukru”). Może powyższe rozważania stanowią odpowiedź na zagadkę słodkiego barszczu, o którym pisałam – babcia M, pierwotna autorka barszczu pitnego, pochodziła z Polski centralnej, a moja „niesłodka” rodzina z Niemiec i Galicji? Zapisując przepisy Miriam, przyprowadzając swoją córkę, by uczyła się lepienia drożdżówek z serem pod okiem babci, Ehrlich zapewnia ciągłość i przedłuża życie tradycji kulinarnej. Polska Miriam, Polska, która już nie istnieje i której my, współcześni Polacy, też nie znamy, wciąż żyje na jej stole w formie, którą rozpoznajemy: o, rosół. O, twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem. O, kruszonka na placku. Nie wiem, o ilu sprawach byśmy mogli z teściową Elizabeth porozmawiać, ale wiele z jej potraw mogłoby stanowić temat wspólny. Sprawą egzotyczną dla mnie były szczegóły prowadzenia koszernej kuchni, omówione dość szczegółowo przez autorkę. Wiedziałam o naczyniach mlecznych i mięsnych czy o koszernym mięsie, ale nie zdawałam sobie sprawy, z tego, jak wielki porządek i sprawna organizacja muszą panować w koszernej kuchni. Nie wystarczą osobne talerze, całkowite rozdzielenie musi obejmować naczynia do gotowania, szmatki czy gąbki do zmywania, sztućce, miejsce do przygotowywania potraw. Zmywarka musi zostać wyparzona między zmywaniem mlecznym a mięsnym. Nie jest to miejsce na improwizację, na bezmyślne czy kreatywne wykonywanie czynności; koszerna kucharka musi bardzo uważać, dobrze planować i dokładnie czytać etykietki. Ścisłe przestrzeganie koszeru nie sprzyja eksperymentom czy nowinkom kulinarnym. Patrzę na swoją wyjątkowo niekoszerną kanapkę, posmarowaną masłem, z wędliną (kto wie, z jakiego zwierzęcia?), z kroplą sosu, w którego słoiku kto wie, ile łyżek mlecznych/mięsnych się wcześniej przewinęło, na talerzyku, który jw., i oddycham z ulgą, że nie muszę się nad tym martwić. Choć często myślę, że większa kontrola nad tym, co jemy, ma swoje dobre strony, i np. chętnie bym się dowiedziała, czy ta wędlina jest rzeczywiście drobiowa, i z jakiego drobiu, co poza drobiem się w niej znalazło, i jak ten drób był hodowany... Pod koniec książki Elizabeth wciąż ma wątpliwości, czy nie popełnia błędów, czy wybrała właściwie, czy nie powinna być bardziej/mniej ortodoksyjna. W ostatnich scenach przychodzi zmęczona wieczorem do domu i staje pośrodku kuchennego pobojowiska, które powinna uprzątnąć, zanim przygotuje coś do jedzenia. Resztki do uprzątnięcia są mleczne. Wyciąga z lodówki zupę mięsną i, zamiast dokładnie wyszorować kuchnię, podgrzewa zupę w mikrofalówce w neutralnej, szklanej misce, i zjada ją na stojąco. W ten sposób osiąga kompromis – nie łamie koszeru, nie męczy się jeszcze bardziej (posprząta jutro), a zaspokaja głód. Miriam by może wykazała dezaprobatę, ale wg Elizabeth równowaga między tradycją a współczesnością, nakazami religijnymi i ideałami a codziennością, została zachowana. Coś, co wielu z nas próbuje osiągnąć.
czwartek, 16 października 2008
Jedna rzecz, która mnie trochę rozczarowała, to zdjęcia. W większości książek Nigelli fotografie mi się podobają, np. w przedostatniej Nigella Express czy moim ulubionym Feast. Jednak tu, choć bardzo estetyczne i profesjonalne, są dość zimne (może ze względu na dobór kolorów - wystrój biało-czerwono-zielony, ew. srebrny plus białe tło?), a przedstawione dania sprawiają wrażenie jedynie dekoracji. Przykładem może być strona poniżej:
Na szczęście nie wszystkie zdjęcia są takie, czego dowodem:
Podsumowując: fanom "domowej bogini" książka zapewne się spodoba, ale tym, którzy żadnej książki Nigelli jeszcze nie mieli w rękach, polecam nieodmiennie Feast albo How to be a domestic goddess.
PS. Zapomniałam wspomnieć o polskim akcencie. Już na zdjęciach wewnątrz okładki Nigella Express było widać polskie produkty, m.in. wódkę miodową Krupnik. Chyba zasmakowała autorce, bo w Nigella Christmas jest przepis na grzaną wódkę z miodem, która ma naśladować... właśnie Krupnik. Przepis kończy się swojskim: "Na zdrowie!"
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
![]() ![]() ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||