Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia polska

wtorek, 18 grudnia 2018

Przepis na krajankę piernikową wydrukowałam sobie z forum CinCin w czasach, gdy zdarzało mi się jeszcze drukować przepisy ;), czyli jakieś 10-12 lat temu. Włożyłam ją do folderu na takie wydruki i… co jakiś czas myślałam, że można by to upiec. Zazwyczaj miało to miejsce wtedy, gdy ktoś inny krajankę wykonał i pokazał w sieci. Tą w wydaniu Trufli oglądałam z podobnym namysłem już kilka razy, aż w końcu się zmobilizowałam do upieczenia swojej wersji (zerkając też na wersję Dorotuś, bo użyła gotowego marcepanu).

No i tak: kwestia dojrzewania tego ciasta. Z moich doświadczeń pierniki przełożone miękną szybko, oblane czekoladą szybciej, a jak siedzą w puszce, to jeszcze sprawniej ;). Innymi słowy, już okruszki po krojeniu w kostkę wydawały mi się jadalne, a kawałek krajanki wyciągnięty z puszki po dwóch dniach leżakowania smakował tak samo, jak ten jedzony tydzień później, i był równie miękki. Czyli jeśli ciasto upieczecie np. trzy dni przed Wigilią i włożycie je do szczelnego pojemnika, to spokojnie w Święta będziecie mieli co jeść. A czekoladę jako dekor bardzo polecam, nie tylko dlatego, że nie przepadam za lukrem. Smak samej krajanki bowiem jest w porządku, ale nie jest to najlepszy piernik, jako znam (wolę piernik staropolski); czekolada jednak walory podkręca, także w przypadku bardziej suchych brzegów, i wygląda lepiej w moim odczuciu, niż jakikolwiek lukier (nawet jeśli głupio użyje się miękkiej polewy z dodatkiem śmietany ;). Bezsprzeczną zaletą wypieku jest jednak jego duża podzielność plus możliwość wcześniejszego wykonania, dlatego trafia na blog.

Składniki ciasta:

  • 530g mąki pszennej (można z tego ok. 2-3 łyżki zastąpić razową pszenną lub jasną żytnią; można także użyć mąki jasnej orkiszowej, samej lub zmieszanej z pszenną)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • ¾ łyżki cynamonu
  • 6-7 obrotów młynkiem z pieprzem
  • 2-2,5 łyżeczki dobrej przyprawy do piernika
  • szczypta soli
  • 1/2 szklanki* miodu
  • 1/2 szklanki brązowego cukru (jasny lub ciemny muscovado)
  • 1/2 kostki masła
  • 1 duże jajko
  • Ok. ½ szklanki kandyzowanej skórki pomarańczowej
  • Opcjonalnie: garść posiekanych (bardzo drobno) orzechów włoskich

Do przełożenia: powidła śliwkowe (ok. 300g) i masa marcepanowa

Do dekoracji: polewa czekoladowa (czekolada stopiona w kąpieli wodnej lub TA polewa) lub ulubiony lukier

Masa marcepanowa

  • ok. 350g marcepanu do wypieków
  • 2 żółtka
  • 1/3 szklanki mąki
  • 1 łyżka mleka
  • po 1 łyżce soku pomarańczowego i cytrynowego (ew. trochę więcej, jeśli masa będzie za sucha)
  • 1 łyżeczka ekstraktu migdałowego/pomarańczowego

Masę marcepanową przygotować poprzez dokładne utarcie na krem wszystkich składników.

By przygotować ciasto: wymieszać mąkę ze spulchniaczami, solą, orzechami i skórką. Miód, cukier i miód stopić na małym ogniu, dodać przyprawy korzenne i mąkę, przestudzić. Przełożyć całość do miksera, dodać jajko i wyrobić gładkie ciasto (można, oczywiście, wyrobić ręcznie, jak ktoś chce/musi). Ciasto będzie lekko ciepłe, powinno być także elastyczne i przyjemne w wałkowaniu – co jest istotne, bo trzeba je od razu podzielić na 2 części i rozwałkować na prostokąty o zbliżonej wielkości (najlepiej dopasowane do blaszki – moja miała). Jeden placek przenosimy do formy wyłożonej papierem, rozłożyć na nim marcepan, zostawiając ok. ½ margines od brzegów, na marcepanie rozłożyć powidła. Przykryć pozostałym ciastem, zlepiając dokładnie brzegi (co nie jest proste, ale raczej chcecie uniknąć wyciekającej masy…). Piec ok. 35-40 minut (wiele przepisów podaje krótszy czas, ale już kiedyś miałam do czynienia ze surowawym piernikiem – te blaty wydawały mi się podobnej grubości) w 180 st. C (termoobieg).

Jeśli chcecie lukrować ciasto, najlepiej zrobić to póki jest jeszcze ciepłe (choć może niekoniecznie gorące); polewę nakładamy, gdy przestygnie. W obydwu przypadkach ciasto należy zostawić odkryte przez np. noc, następnego dnia pokroić w kostkę i odłożyć do puszki, przekładając papierem. Można przechowywać ok. 2-2,5* tygodni w niezbyt ciepłym miejscu (typu spiżarnia).

* PS. Smutne wnioski z końca grudnia. Brzegi bez powideł mają szansę ocaleć, ale niestety obficie przełożone części piernika, przynajmniej w moim przypadku, nie (mimo dość niskiej temperatury przechowywania).

poniedziałek, 08 października 2018

Zdarza Wam się ufiksować na jakieś danie lub połączenie smaków, i jadacie je do znudzenia? Miałam tak tej wiosny z kapustą (o czym wspominałam, na szczęście jej sobie nie zobrzydziłam* ;), rok temu zaś, jak dostałam od sąsiadki siatę buraków, opracowałam barszcz kompromisowy i... w moich wspomnieniach jedliśmy go większość jesieni, tj. gdzieś tak raz na tydzień ;).

Na czym polega kompromis? A więc moja teściowa robi taki: słodki, niczym nie zakwaszany, buraki słodzone, by wyciągnąć sok. Sama przez kilka lat robiłam taki wigilijny. Czegoś mi w nim jednak brakowało, tj. problemem był wywar jarzynowy. I za dużo jednak było dla mnie w nim grzybów, i za mało był esencjonalny. Wpadłam więc na pomysł (trochę natchniona dyskusją internetową pt. "jak najszybciej ugotować barszcz"), by pójść trzecią drogą ("the third way" - ktoś jeszcze pamięta Tony'ego Blaira ;)?). Jest więc wywar buraczany z minimalnym dodatkiem grzybów plus dobry bulion, lubczyk i parę innych składników, który po ugotowaniu musi dobrze smakować sam w sobie. Gdy do tego dodamy esencję buraczaną (tj. kwas) wg upodobań i oczywiście dla koloru, wyjdzie zupa, która nie musi się odstać dobę, by być naprawdę smaczna, tylko można ją jeść właściwie od razu. Oczywiście, po dodaniu kwasu nie można barszczu zagotować, i nie chodzi tylko o utraconą barwę: smak niestety od razu także jest gorszy.

 

Składniki:

  • ok. 5-6 średnich buraków,
  • 1 marchewka (ew. kawałek dyni),
  • 2-3 grzyby suszone,
  • łyżka lubczyku (najlepiej świeżego, ew. suszonego),
  • ząbek czosnku,
  • opcjonalnie: 2 śliwki (świeże lub suszone)
  • ok. 1,25l płynu (woda + dobry bulion, z czego bulionu przynajmniej 500ml)
  • kwas buraczany wg uznania (ok. 500-750ml)

Buraki i marchew obrać, umieścić w garnku z pozostałymi składnikami (poza kwasem). Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem ok. 1-1,5h. W 3/4 czasu gotowania skosztować, doprawić do smaku solą/pieprzem. Po ugotowaniu odcedzić i przestudzić - powinien być tylko lekko ciepły. Połączyć z kwasem - najlepiej wlać na początek np. szklankę lub półtorej, wymieszać, skosztować, ew. skorygować sól/pieprz i dalej wlewać stopniowo. Warto pamiętać, że po podgrzaniu zupa będzie wydawała się słodsza; zawsze można więcej zakwasić już na ciepło, natomiast na nadmiar kwasu niewiele można pomóc. Podgrzewać delikatnie, uważając, by nie zagotować; sprawdzić doprawienie już gorącej zupy i jeśli to konieczne, skorygować.


* Co niestety się mi zdarzyło z paroma innymi "przedawkowanymi" produktami, np. po Indiach długo nie miałam ochoty na jajka, zwłaszcza omlety, a od czasu wyjazdu do Francji kilka lat temu nie szaleję za croissantami (tj. zjem, jak mi ktoś położy na talerzu, ale bez entuzjazmu).

poniedziałek, 28 maja 2018

Będzie krótko: od kiedy zasmakowałam w Austrii w Topfenkuchen, dość wilgotnym, klasycznym serniku bez spodu, chodziło za mną odtworzenie smaku w domu. Oczywiście, wiem, że wypiek podawany w np. Cafe Schwaiger w Bad Hofgastein jest robiony z zupełnie innego sera, niż polski twaróg, uznałam jednak, że z dobrego białego sera się da.

Niestety może jednak niewystarczająco się przyłożyłam do jakości produktu, bo pierwsze podejście do sernika wiedeńskiego można uznać za umiarkowanie udane: wyszedł po prostu suchy. Monika podpowiedziała mi jednak, że zwykły sernik krakowski (który bardzo lubię od kiedy mogę go zjeść w w wersji bez lukru ;) bardzo dobrze się adaptuje do wersji bez spodu. I tak właśnie jest, choć przestrzegałam paru zasad...

  • Bazowałam na tym przepisie, rezygnując z kruchego ciasta oraz bakalii; cukier waniliowy zastąpiłam dodatkowym cukrem drobnym + dodałam kilka hojnych szczypt prawdziwej wanilii.
  • Upiekłam ciasto z 1/2 składników, tj. na bazie 500g sera, 4 jaj, 170g cukru (patrz uwaga wyżej), 50g masła.
  • Składniki powinny być jak najlepszej jakości, a więc prawdziwe masło bez domieszek, i najlepszy twaróg tłusty lub śmietankowy (użyłam śmietankowego ze Strzałkowa, który jest przepyszny).
  • Masę przełożyłam do tortownicy 20cm, z dnem wyłożonym papierem do pieczenia.
  • Ponieważ mam wrażenie, że kolejny klucz do sukcesu = nie przepiec, piekłam w niższej niż normalnie temperaturze, tj. włożyłam do piekarnika nagrzanego do 170 st i od razu skręciłam temp. do 150 st. (góra i dół, choć przeważnie piekę w termoobiegu). Piekłam przez godzinę, zostawiłam na ok. 10 minut w wyłączonym piekarniku, następnie studziłam go w środku, z uchylonym drzwiczkami, aż był sernik był letni - dopiero wtedy go przełożyłam na kratkę.
  • Ciasto podałam z pieczonym rabarbarem; można użyć innych owoców, można zrobić polewę czekoladową (np. jak w tym przepisie na Sacherschnitte, albo tym na polewę do pierniczków), można także bezpośrednio po godzinie pieczenia posypać wierzch drobnym cukrem. Albo nic nie robić ;).

Wchodzi do kanonu.

PS z 10/2018:

A to wersja z gruszkami - kilka dojrzałych przekrojonych, wydrążonych gruszek ułożonych na wierzchu ciasta, oprószonych demerarą.

niedziela, 26 marca 2017

Sądzę, że M trochę się zdziwił, wracając do domu w dzień powszedni i zastając a) mnie pracowicie lepiącą pierogi, b) barszcz podgrzewający się na minimalnym (wiadomo, czemu) ogniu na kuchence. Faktycznie, tak rozbudowane menu zdarza mi się raczej tylko w weekend, a w wariancie tradycyjnym – prawie nigdy ;). Z tą tradycją jednak to tylko na pierwszy rzut oka, bo pierogi miały nadzienie dość nietypowe. Szczerze mówiąc miały być z kaszą i twarogiem, ale na przeszkodzie stanął niedobór tego ostatniego. Szukałam więc czegoś, co jest miękkie i zlepiające, czyt. zamiennika sera, i wymyśliłam lekko rozgotowane strączkowe: czerwoną soczewicę lub groch. W ten sposób nadzienie zyskuję cechę, którą nazywam „przypadkowo wegańskie”. Zaskoczony po raz drugi M powiedział: „Takie chłopskie te pierogi. Ale smaczne!”. Ja: „Chłopskie? Że bida kuchnia niby? Może raczej wiejskie…?”. W końcu - mieszkamy na wsi.

Pierogi wiejskie

  • 1/2 szklanki (suchego) grochu,
  • 1/2 szklanki (suchej) kaszy gryczanej,
  • 1/2 łyżeczki ziela angielskiego,
  • dużo pieprzu, sól,
  • suszony majeranek i mięta,
  • 2 małe, drobno posiekane cebule
  • ulubione ciasto pierogowe z ok. 250g mąki
  • Do podania: masło, koperek lub inne zioła

Cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Ugotować kaszę i groch na miękko – ten ostatni może się nawet lekko rozpadać - i wymieszać z cebulą. Doprawić zielem angielskim oraz do smaku ziołami, solą i pieprzem. Całość dokładnie wymieszać, na gładko; użyć łyżki nadzienia na pieróg. Gotować ok. 2 minut od wypłynięcia w dużej ilości osolonej wody. Podawać z masłem, np. koperkowym. Barszcz na kwasie do popicia też nie jest głupim pomysłem (ostatnio odkryłam, że lepiej smakuje z mniejszą ilością grzybów - wolę tylko z paroma sztukami w wywarze jarzynowym - za to z dodatkiem bulionu).

Utrzymując się w temacie kuchni wiejskiej… Jak mam zjeść większego coś sama, jem albo resztki, albo sałatkę, albo jajka w jakiejś postaci – zazwyczaj. Gdy jednak miałam pod ręką kilka kilo (tak, tak) domowej kapusty kiszonej, czyli dar od pani R. i znów naczytałam się Nigela Slatera, popełniłam taką jednoosobową wariację ("talerz") na temat kapusty i grzybów. Gdyby pogotować ze 2 dni a nie 20 minut, może i byłby bigos ;).

Talerz wiejski dla 1 głodnej osoby

Składniki:

  • 2 nieduże ziemniaki,
  • dwie garście kapusty kiszonej,
  • ½ cebuli,
  • 4 pieczarki,
  • łyżka suszonych grzybów,
  • 3-4 plastry boczku,
  • kopiasta łyżka kwaśnej śmietany,
  • sól, pieprz, opcjonalnie: kminek,
  • koperek do posypki

Boczek pokroić w kostkę, przełożyć na patelnię i wytopić tłuszcz na małym ogniu. Podkręcić ogień na średni, dodać cebulę pokrojoną w kostkę, zeszklić. Dodać pieczarki pokrojone w plastry i wkruszyć suszone grzyby, smażyć, aż grzyby nie będą surowe; osobno ugotować ziemniaki. Dorzucić kapustę do patelni, gotować 2-3 minuty, tyle, by się podgrzała. Doprawić całość do smaku solą i pieprzem; można posypać lekko kminkiem, jeśli lubicie, a nie ma go już w kapuście (u mnie był). Wymieszać z gorącymi ziemniakami, pokrojonymi w ćwiartki. Podawać od razu z kleksem śmietany i posypane koperkiem.

wtorek, 01 listopada 2016

Kartacze, cepeliny... jak zwał, tak zwał, choć osobiście lubię tą drugą nazwę. Na Litwie mi specjalnie nie smakowały, stołówkowe też nie wzbudzają wielkiego zachwytu. A jednak jakiś czas (ze 2 lata?!) temu zaczęłam myśleć o takich owalnych pyzach XXL, które wypełnione byłyby kaszą. Byłam przekonana, że jadłam je jakieś naście lat temu na nartach z rodziną M, ale domniemana autorka się wyparła, mówiąc, że nigdy niczego kaszą nie nadziewała. Zarzuciłam temat... na ponad rok. Do realizacji zmusiło mnie parę mącznych ziemniaków (pamiątka z urlopu), które szkoda byłoby zmarnować.

Przepis mogłam wziąć z internetu, ale skoro znam guru od potraw mącznych (patrz: pierogi i ostatnio knedle), a na imię jej Fettinia, to uderzę do niej ;). Podobnie jak w przypadku knedli, dostałam od guru ogólne zasady i proporcje, wg których sobie opracowałam poniższy przepis. I wszystko zadziałało.

Składniki:

  • 540g (4 szt) mącznych gotowanych ziemniaków, przeciśniętych przez praskę,
  • ok. 130g (tu: 1 sztuka) surowych ziemniaków (starte, odciśnięte),
  • 1/2 łyżeczki (kopiaste) soli,
  • ok. 80g mąki ziemniaczanej (1/4 masy, objętościowo),

Farsz:

  • 1/2 szkl. kaszy pęczak (przed ugotowaniem),
  • ok. 140g twarogu,
  • sól, pieprz (sporo),
  • 1 duża cebula
  • olej rzepakowy
  • majeranek

Zacząć od farszu: zeszklić na oleju drobno posiekaną cebulę, doprawić hojnie majerankiem. Ugotować kaszę, wymieszać z twarogiem, ubić tłuczkiem, dodać od 1/3 do 1/2 zeszklonej cebuli, doprawić masę do smaku solą i pieprzem (obficie; farsz musi być wyrazisty).

Zająć się masą na cepeliny: surowe ziemniaki zetrzeć na tarce, odcisnąć wodę. Mączne ziemniaki ugotować, odparować, przecisnąć przez praskę i od razu, jeszcze gorące, wymieszać z surowym ziemniakiem, solą i maka ziemniaczaną. Uformować ręcznie możliwie gładkie ciasto. Podzielić na 5-6 części, co da dość duże pyzy, każdy kawałek rozpłaszczyć na dłoni i nadziać możliwie dużą ilością nadzienia, zalepić i uformować owalny kształt. Uwaga, farszu jest z lekką górką, ale nadprodukcję można potraktować jako bonus dla kucharza ;). Gotować w dużej ilości osolonej wody ok. 3 minut od wypłynięcia. Podawać o razu, polane pozostałą cebulą (można rozprowadzić lekko olejem, gdyby była za sucha).

wtorek, 21 czerwca 2016

Lata 80-te, warszawska Wola, „prawie Centrum”. Zawsze chłodna i ciemna – zwłaszcza w słoneczny dzień - klatka schodowa wybudowanej w latach 50-tych kamienicy, w której mieszkała Babcia D. Szeroki drewniany parapet w kuchni, na którym czasem wolno było mi siadać, z oknem na ciemne podwórko, a pod parapetem szafka zwana „zimną kuchnią”, w której mieszkały słoiki z przetworami (wiśnie, brązowe i nieciekawe truskawki i borówki do mięsa). Na parapecie jadłam chrupki chleb Cioci, brązowy z dużymi dziurkami, który bardzo mi smakował. Łapki miksera po ubijaniu śmietanki (wydane zapewne też przez Ciocię, bez wiedzy Mamy) oblizywałam przy blacie kuchennym, już po zejściu z parapetu. Barszcz w najróżniejszych wydaniach pojawiał się jednak już albo przy stole kuchennym, albo podany na obiad przy biurku w pokoju brata ciotecznego.

A barszcz był i czysty, i zabielany, i z jajem, i z osolonymi, sypkimi ziemniakami podanymi z boku, i w zupie, i – clou! - z farfoclami, tj. poszatkowanymi jarzynami z wywaru oraz fasolką. Lubiłam każdy wariant, może z drobną przewagą wersji z jajem/zabielanej, no i farfocle były zawsze atrakcyjne, m.in. ze względu na to, że pojawiały się stosunkowo rzadko (pewnie ze względu na większą pracochłonność). W moich wspomnieniach babcina zupa = z buraków (bo choć musiały być inne, to ich nie pamiętam, tak samo jak z surówek pamiętam tylko słodko-kwaśną mizerię). Tak czy inaczej, w sumie nietrudno zrozumieć, czemu tak lubię buraki w najróżniejszej postaci (duszona botwinka w końcu też była Mamy daniem rodzinnym, o buraczkach na ciepło czy w surówce nie wspominając).

I dlatego nad zupą botwinkową z fasolką zrobiło mi się sentymentalnie, zwłaszcza jak jeszcze posypałam ugotowane i wysuszone ziemniaki koperkiem, lekko doprawiłam masłem i postawiłam obok talerzy z zupą. O tym zwyczaju jedzenia ziemniaków obok zupy pamiętam, jak Babcia mi opowiadała, nakładając jedną czy dwie sztuki na spodek, bo to musiała być dla mnie nowość. A zapach młodego koperku na wiosnę zawsze mi przypomina przechodzenie z Babcią przez nieistniejący targ vis a vis Hali Mirowskiej. W tym roku pierwszy raz wysiałam koperek w ogrodzie, licząc na to, że się sam wysieje i potem będzie się w cudowny sposób odradzał (jak się dzieje u naszych sąsiadek).

Składniki:

  • 1 szklanka fasoli Jaś
  • 2 liście laurowe
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 większy pęczek botwinki (z dość dużymi buraczkami, szt. 4-5)
  • 1 litr bulionu (dowolnego, ale jak najlepszego, tj. wskazany ulubiony/domowy)
  • ok. 1,5 szklanki wcześniej ugotowanych (np. w bulionie), ew. upieczonych, jarzyn (marchewka i pietruszka, ew. seler, jeśli ktoś lubi)
  • sól, pieprz
  • sok z ½ cytryny (lub do smaku)

Fasolę zalać wodą (ok. 2 szklanek lub trochę więcej) na noc w dzień poprzedzający gotowanie. Następnego dnia zalać świeżą wodą, dodać liście laurowe, zagotować, gotować ok. godzinę na małym ogniu, odcedzić, usunąć liście laurowe. Odstawić na bok.

Czosnek posiekać, krótko przesmażyć w dużym garnku na niewielkiej ilości oleju. Buraki odciąć od reszty botwiny, umyć, pokroić w kostkę, dodać do garnka, zalać szklanką bulionu, zagotować, gotować pod przykryciem na małym ogniu przez ok. 15 minut. Dodać posiekane łodygi, zalać kolejną szklanką bulionu, gotować dalsze 10 minut. Dorzucić posiekane liście, wlać pozostały bulion, gotować jeszcze kilka minut. Dodać fasolkę i jarzyny, skręcić ogień na mały, by całość tylko podgrzewać. Po kilku minutach doprawić do smaku solą, pieprzem i sokiem z cytryny. Podgrzewać jeszcze co najmniej 10-15 minut przed podaniem. Podawać z ugotowanymi ziemniakami, posypanymi koperkiem i doprawionymi masłem. Opcjonalne inne dodatki: jajko na twardo, kwaśna śmietana, szczypior.

A na deser: zdjęcie Babci z Mamą w opisanej wyżej kuchni, kilka dekad wcześniej, niż ja w niej siadywałam.

Zapisz

niedziela, 27 marca 2016

To będzie wpis błyskawiczny, którego miało nie być ;). Zainspirowana wpisem Moniki (a powiedzmy sobie szczerze, już kilka lat temu popatrywałam na oryginalny przepis w Lemnis i Vitry)  o zielonym sosie wielkanocnym (tzw. witaminowym), ukręciłam małą miseczkę na śniadanie. Zawsze mnie też ciekawiło, jak wychodzi majonez na gotowanym żółtku (teraz już wiem, że choć konsystencja ta sama, smak jednak inny).

Zasadniczo sos ma towarzyszyć mięsom na śniadanie wielkanocne, w moim odczuciu jednak świetnie pasuje do jaj, i to niekoniecznie w wydaniu świątecznym (np. jako alternatywa dla sosu holenderskiego do jaja w koszulce!). A że jutro w końcu też się świętuje (my w tym roku bardziej nawet niż dziś), może ktoś jeszcze z przepisu skorzysta.

Poniżej wersja na niewielką miseczkę sosu, dokładnie w takich proporcjach jak to dziś rano zrobiłam, ale ilości oczywiście można zwiększyć. Doprawienie wg uznania: chrzan podobno nie jest konieczny, w moim odczuciu jednak tak, podobnie jak dość dużo soku z cytryny :).

Składniki:

  • 1 żółtko (świeżo* ugotowane na twardo)
  • 90ml oleju/oliwy (u mnie mieszanka 1:1, tak jak używam w majonezie)
  • szczypta soli
  • sok z 1/2 cytryny, lub do smaku
  • ok. 1/2 łyżeczki świeżo startego korzenia chrzanu, lub jw.
  • garść drobno posiekanych ziół, u mnie koperek i natka pietruszki z małym dodatkiem szczypiorku

Żółtko rozetrzeć dokładnie z sokiem z cytryny (zaczęłam z ok. 1/4 owocu) i pomału wlać olej, stale pracując trzepaczką, aż uzyskacie majonez. Doprawić do smaku solą i dodatkowym sokiem z cytryny. Dodać chrzan i zioła, dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Podawać do gotowanych jaj i wędlin.

 No i chyba wypada jeszcze życzyć Wesołej Wielkanocy! 

* Nawiązując do niedawnej dyskusji na FB.

poniedziałek, 08 czerwca 2015

Gdy dwa lata temu naszło mnie na retro wypieki, upiekłam Mój Pierwszy Biszkopt... ale jakoś nigdy potem nie było powtórek, może ze względu na M podejście do biszkoptu („nieinteresujący”). Od jakiegoś czasu jednak myślałam o roladzie. Takiej posypanej cukrem pudrem, z owocowym nadzieniem w środku. Owoce nasuwały się same przez się: w końcu zaczął się sezon truskawkowy, jednak żeby nie było za słodko, dorzuciłam rabarbar. Tak oto powstała Moja Pierwsza Rolada ;).

Przepis na biszkopt zaczerpnęłam od Karoliny, której rolady od dawna podziwiałam, a farsz jest wg własnego widzimisię. Uwaga: wychodzi go trochę za dużo jak na tą ilość ciasta, ale zapewniam, że jest smaczny i te 2-3 nadprogramowe łyżki wcale się nie zmarnują. Ja je zjadłam od razu po zwinięciu rolady, ale przypuszczam, że można je zachować do np. wzbogacenia śniadania. Można oczywiście także po prostu zmniejszyć ilość owoców...

Składniki:

Ciasto:

  • 3 jajka
  • 2 łyżki drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej

Masa:

  • ok. 200-220g rabarbaru
  • 5-6 łyżek cukru
  • szczypta wanilii
  • 300g truskawek
  • 5 listków żelatyny

Masa owocowa: Rabarbar pokroić w kostkę, wymieszać w rondelku z wanilią, 3 łyżkami cukru i ok. 2/3 szklanki wody. Zagotować, gotować na małym ogniu ok. 10-15 minut, aż całość rozpadnie się na mus. Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie, jak zmiękną, wymieszać z gorącym rabarbarem (ale już nie gotować!). Osobno zmiksować truskawki z pozostałym cukrem (jeśli są b. słodkie, wystarczą 2 łyżki), stopniowo wmieszać w masę rabarbarową. Odstawić do wystudzenia (po przestudzeniu wstawić do lodówki). Gdy masa wyraźnie zgęstnieje i zacznie tężeć można jej użyć do przełożenia biszkoptu - u mnie zajęło to kilka godzin.

Biszkopt: większą foremkę (ok. 28x34 cm, albo zwykłą blachę piekarnikową) wyłożyć papierem do pieczenia. Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Dodać cukier i nadal ubijać. Dodać po jednym żółtku cały czas ubijając. Na koniec dodać mąki i połączyć całość delikatnie. Wylać masę na przygotowaną blachę (w przypadku piekarnikowej trzymać się mniej więcej powyższych wymiarów - mój biszkopt był nieco większy), wyrównać. Wstawić do piekarnika na 180 st. (termoobieg) na około 12-15 minut (piekłam 12, ale wydaje mi się, że trzeba było chwilę ten czas wydłużyć). Ściereczkę posypać drobnym cukrem, przełożyć na nią upieczony biszkopt (papierem do góry). Zdjąć papier i zwinąć wzdłuż krótszego boku razem ze ściereczką, odłożyć na kratkę do przestudzenia.

Ostudzony biszkopt rozwinąć, zdjąć ściereczkę i wysmarować ok. 3/4 ciasta tężejącą masą (tak jak pisałam, ok. 2-3 łyżek pewnie zostanie, jeśli nie zmniejszycie proporcji), zostawiając także ok. 1 cm wolnego miejsca od brzegów. Zwinąć - tak zgrabnie, jak się da ;) - w roladę. Wstawić do lodówki do całkowitego stężenia. Gotową roladę można posypać cukrem pudrem, świetnie smakuje też z lodami waniliowymi.

Werdykt? Smaczne, delikatne, zdecydowanie w klimatach retro. M zaakceptował - chyba głównie ze względu na obfitość lekko kwaskowatego nadzienia, które mu smakowało ;) - choć bez entuzjazmu. Nie ma jednak też zakazu powtórek...

niedziela, 24 maja 2015

Dawno temu w rodzinie mojej Mamy był pies Tobik, czarny pudel („jeden lok”, cytując Mamę). Był niejadkiem, w co wierzę, bo mimo dużych starań wszystkich kobiet w rodzinie, pozostał bardzo szczupły. Najbardziej lubił jeść słodycze... ale najpierw Dziadek próbował nakarmić go brajką.

Co takiego? A więc podobno pierwszego poranka ze szczeniakiem Dziadek – który wcześniej narzekał na pomysł brania psa do domu - najpierw golił się z pudlem na kolanach, a potem chciał go nakarmić. Nie miał zbyt rozwiniętych zdolności kulinarnych, nie znał się też na żywieniu zwierząt. Dał mu więc to, co umiał zrobić a sam najbardziej lubił zjeść, tj. bułkę namoczoną w mleku i posłodzoną. Czyli właśnie brajkę.

Taką historię opowiadała mi wielokrotnie Mama, i nostalgicznie myślałam sobie o niej (ww. Tobika kojarząc tylko z zamazanych czarno-białych zdjęć), krusząc czerstwy chleb orkiszowy* do miski. Po zjedzeniu śniadania usiadłam do komputera, rozmyślając o kuchni regionalnej i niemile się rozczarowałam, gdy Google na hasło „brajka” nic mi na temat nie powiedział. Dalsze poszukiwania zaprowadziły mnie m.in. do filmiku z Nigellą (wiedziałam, że gdzieś o tym czytałam po angielsku!), ale więcej dowiedziałam się po rozpoczęciu dyskusji na Facebooku.


Otóż: niektórzy znają drobionkę (opisywaną przez Basię) lub bułkę drobioną, bułkę parzoną, poznańską snelkę (od 'schnell?' Szybkie śniadanie?), brejkę albo po prostu bułę z mlekiem. Występuje też wariant z kakao zamiast mleka i słodką bułką. Są też wersje niesłodkie. Nikt jednak nie kojarzył nazwy „brajka”, niby podobnej do brejka, ale co ciekawe, odtwarzającej wymowę niemieckiego Brei [brai] (jak powiedziała mi jednak dziś Mama: "kto wie, czy same tej nazwy nie przekręciłyśmy, bo brejka kojarzyła nam się z breją?"). Wszyscy wspominali to jako coś, co albo jedli w dzieciństwie i/lub dawali im dziadkowie, albo jedli to Ci ostatni. Widziałam też wyznania pt. „trauma dzieciństwa” ;).

Jak więc zrobiłam swoją brajkę, bo przy tej rodzinnej nazwie pozostanę?

Do miski wkruszyć czerstwą bułkę lub dwie kromki suchego pieczywa (u mnie tym razem chleb orkiszowy razowy). Zalać mlekiem – zimnym lub podgrzanym. Posypać cukrem do smaku (u mnie – demerarą) i w wersji luks oprószyć cynamonem lub mieloną wanilią. Jeść od razu.

*Chleb miodowy upiekłam w ilości podwójnej (i tym razem z mąki orkiszowej) i jeden bochenek zamroziłam. Okazało się, że to pieczywo się do tego nie nadaje, bo po rozmrożeniu bardzo się kruszy. Brajka nasunęła się więc sama przez się.

wtorek, 30 grudnia 2014

Dla wielu z nas dni powszednie po 28 grudnia to już „Święta, Święta i po Świętach”. Niektórzy jednak będą odpoczywać/balować do Nowego Roku, albo i dłużej. Co za tym idzie, mogą przydać się śledzie ;). Choć numer jeden w naszym domu pozostają te grzybowe, chciałam podać na stół 25 grudnia także takie „proste”, zbliżone do tych, z którymi zwykłam jeść pieczone ziemniaki w Adwencie. Za radą Mamy poza ogórkiem kiszonym dodałam marynowane grzyby (konkretnie – kurki), a całość zalałam dobrym olejem rzepakowym (bo nie jestem fanką lnianego, mimo kilku podejść). Nadprodukcję – której w duchu świątecznym zostało sporo – planuję wykorzystać w Sylwestra do (tak, znowu) blinów.

Uwaga, to nie błąd, że śledzie nie są moczone: nigdy tego nie robię (a kupuję rybę najczęściej na wagę, ew. na tackach) i uważam, że śledzie powinny być słone. Jeśli ktoś jednak bardzo chce, może je wcześniej krótko przepłukać.

Składniki: 0,5kg solonych płatów śledziowych/matjasów na wagę, 1 średnia czerwona cebula, 2-3 kiszone ogórki, ok. 3 łyżek marynowanych kurek (ew. innych grzybów), 3 łyżeczki delikatnego octu (np. domowy jabłkowy, delikatny winny), wyrazisty olej rzepakowy (opcjonalnie zmieszany z neutralnym roślinnym w proporcji 1:1 lub 2:1).

Śledzie pokroić na kawałki ok. 2,5cm x 1cm. Cebulę i ogórka drobno posiekać, wymieszać z kurkami. W dużym (0,75-1 l.) słoju układać warstwami, ciasno ubijając, śledzia i warzywa (powinno wyjść po ok. 3 warstw), każdą skropić łyżeczką octu. Zalać dokładnie olejem (musi przykryć śledzie równą warstwą). Odstawić do lodówki na co najmniej 3 dni, a jeszcze lepiej: 4-5, lub nawet tydzień.

W temacie sylwestrowych napojów, nieśmiało przypominam o Chłopczycy. Poczęstowałam nią rodzinę (głównie płeć piękną ;) w Święta i została ciepło przyjęta. Z innych bąbelków polecam także Gwiazdę Betlejemską.

Skoro – jak dziś usłyszałam przez telefon - „jaki Sylwester, taki cały rok”, oby wszystkim było jutro smacznie. I do siego* roku!

* O co właściwie chodzi w tych życzeniach, zastanawiałam się dzisiaj – dla takich ciekawskich polecam link.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna