Wpisy z tagiem: kuchnia polska
sobota, 23 lipca 2011
Pierwszy raz o restauracji Tamka 43 przeczytałam na blogu Liski. Zastanawiałam się, czy by się kiedyś nie wybrać, ale obawiałam się znacznego przerostu formy nad treścią... i tak minęło sporo czasu. W końcu, podczas niedawnej wizyty w Warszawie, postanowiłam, że trzeba spróbować. Nie nastawiałam się na nic wyjątkowego (przeczytawszy wcześniej bardzo mieszane recenzje w internecie), a spotkała mnie miła kulinarna niespodzianka. Lokal znajduje się, jak sama nazwa wskazuje, na ul. Tamka, tuż przy Muzeum Chopina; oto widok, jakim mogą się cieszyć szczęściarze (my) którym się trafił stolik przy oszklonej ścianie na ulicę. Wnętrze jest nowoczesne, ale neutralne, w stylu, który jest mi zupełnie obojętny (poza tym, że zazwyczaj myślę, że to dobre miejsce na spotkanie biznesowe). Karta dań a la carte jest bardzo krótka (co mnie zazwyczaj cieszy w restauracjach), poza nią było jeszcze menu degustacyjne, z zacięciem molekularnym, i na to się zdecydowaliśmy. Poprosiliśmy także kelnera o dobór win do dań. Na początek podano amuse bouche - zupa marchwiowo-pomarańczowa, podana w kieliszkach. Smaczna, choć, jak powiedział M, nic niezwykłego. Mnie zaintrygował sam pomysł podania zupy jako mini-przystawkę, bo miałam wrażenie, że raczej preferuje się dania "na jeden kęs". Ponadto poczęstowano nas chipsami - ziemniaczanymi oraz, uwaga, z kaszy manny, z piankowym sosem jogurtowym (który smakował jak spieniony ayran). Pierwszym daniem z menu degustacyjnego była, nazwijmy to, sałatka: żółte pomidory ze śniegiem (cytat) z mozzarelli i galaretką gazpacho. Nie jestem fanką "krio" obróbki nabiału, ale tu śnieżna struktura sera rzeczywiście pasowała do bardzo soczystych, aromatycznych pomidorów i dressingu w formie galaretki o smaku gazpacho. I pomysł, i smak na plus. Do tego piliśmy lekkie białe wino, które choć smaczne, nie zapadło nam mocno w pamięć (do tego stopnia, że nie pamiętamy ani nazwy, ani gatunku :). Drugim daniem był sandacz z emulsją cytrynową i koprem włoskiem. W przeciwieństwie do krio-serów emulsje bardzo lubię, i ta mi bardzo smakowała, choć była bardzo intensywna i wybijała się ponad inne składniki dania (co skrytykował M, który w ogóle nie był zachwycony kompozycją dania). Wino pozostało niezmienione. Numer trzy: dorsz z puree z musztardowca i bobem. Danie przyniosła inna kelnerka, która zasugerowała zmianę wina na rieslinga (konkretnie, jeśli dobrze zapamiętałam, Riesling Wiebelsberg Grand Cru Boeckel). Wino było niezwykłe: w Berlinie piłam wino musujące z dodatkiem nalewki z kwiatów czarnego bzu (wariacja nt. Kir Royale :), które miało lekko ziołowy posmak - podobnie jak tutaj. Świetnie pasowało do kwaśno-zielonej potrawy, która poza musztardowcem (w formie sosu/przecieru; pierwszy raz jadłam i chętnie powtórzę), rybą i chrupkim bobem, zawierała odrobinę kwaśnej passiflory oraz... kożuch mleczny. Czwarta potrawa, wątróbka cielęca z wędzonymi truskawkami (oraz z tapioką), była jednym z dziwniejszych dań, jakie jadłam w życiu. W jakimś sensie (może dzięki średnio wysmażonej wątróbce?) skojarzyła mi się z kuchnią niemiecką czy austriacką. Doceniam pomysłowość i kompozycję, ale niekoniecznie chciałabym powtarzać. Do dania głównego, duszonego ogona wołowego ze szparagami, dostaliśmy Pinot Noir Hunky Dory. Swego czasu (po Bezdrożach, o których wspominałam) testowaliśmy różne Pinot Noir, ze średnim skutkiem; to chyba było najbliższe temu, czego oczekuję od wina, choć pewnie musiałabym powtórzyć degustację chłodniejszą porą. Co do ogona: pierwszy raz go jadłam i bardzo mi smakował, zwłaszcza jeśli chodzi o konsystencję; sama potrawa była chyba najbardziej tradycyjna z całego menu.
A więc: Na plus/minus: nierówna obsługa. Jak pisałam wyżej, w połowie posiłku zaczęła zajmować się nami kelnerka, która w przeciwieństwie do swojego w miarę poprawnego kolegi, sprawiała wrażenie osobiście zaangażowanej w swoją pracę - rozmawialiśmy z nią o daniach, składnikach i winach. Technicznie jednak można by się do pewnych rzeczy przyczepić. Kolejna sprawa to kwestia win: choć karta jest dość bogata, restauracja nie jest przygotowana do połączenia ciekawego, dopracowanego menu degustacyjnego z odpowiednimi trunkami; miałam wrażenie, że nasza prośba obsługę lekko zaskoczyła, gdy tymczasem do każdego dania powinno być zaserwowane, jeśli ktoś sobie tego życzy, inne, odpowiednio dobrane wino (w degustacyjnej ilości, nie pełne kieliszki, jak nam nalewano). Dwa jednak z zasugerowanych win nam bardzo smakowały (zwłaszcza riesling) i doskonale pasowały do potraw. Na minus: pieczywo. Wiem, że jestem wybredna i mam skrzywienie piekarskie, ale uważam, że w takim miejscu powinno być lepszej jakości i świeżości. Podobnie z muzyką: słuchając muzyki granej w każdej sieciówce (serwującej kawę, ubrania czy fast food), centrum handlowym czy na lotnisku w dowolnym miejscu na świecie, czyli tzw. smooth jazzu, zaczęłam żałować, że nie postawiono na coś bardziej oryginalnego i pasującego do miejsca (Muzeum Chopina), a nie nijakie plimplanie. Podsumowując: chętnie tam wrócę, zobaczyć, co szef kuchni zaproponuje w ramach menu jesiennego czy zimowego. Polecam, choć nie dla każdego: jak zaznaczałam w przypadku Amber Room z czasów Wojciecha Amaro, kuchnia molekularna nie jest dla każdego (choć ta w wydaniu Tamki jest jednak wersją "light"). Niemniej, nie ma co oczekiwać schabowego z ziemniakami i mizerią czy obiadu "jak u mamy (babci/teściowej)", można za to skosztować czegoś zupełnie nowego: znanego smaku, tylko w innej formie (vide emulsja cytrynowa czy sorbet buraczany), albo czegoś całkiem nieznanego (jak dla mnie musztardowiec czy ogon wołowy). Mam nadzieję, że w przyszłości dopracowane zostaną szczegóły w zakresie win i obsługi.
niedziela, 17 kwietnia 2011
Drożdżową babę Neli Rubinstein, albo też Nelobab (słowotwórstwo własne) M raz próbował zrobić, kilka lat temu, i ciasto wydawało mu się bardzo luźne. Podsypywał więc mąką... i babka wyszła zbita, sucha, nieciekawa w smaku. Potem słyszałam i inne opinie - typu "ciasto mi nie wyszło" albo "w przepisie musi być błąd". Potem zobaczyłam zeszłoroczny wpis Basi i zrozumiałam, że w przepisie nie ma błędu, ciasto ma być luźne i lepkie, i podsypywanie mąką nie jest wskazane (prowadzi bowiem do wyprodukowania tzw. gniota). Tym samym wyrobienie ręczne ciasta jest trudne i moim zdaniem możliwe jedynie metodą Bertineta; nawet korzystając z miksera proces trwa kilkanaście minut. Efekty wynagradzają jednak cały trud - ciasto jest maślane, waniliowe, lekkie (ale nie zanadto), bakaliowe... Przepyszne. W sam raz na Wielkanoc. Oryginalny przepis z Kuchni Neli, ja sugerowałam się modyfikacjami Basi, i w takiej formie podaję:
Oczywiście babę na wielkanocny stół wypada polukrować lub chociaż oprószyć cukrem pudrem - z wersją testową się tak nie bawiłam, zważywszy moje (niechętne) podejście do lukru. Tak czy inaczej, zniknęła w ciągu doby... * Ponieważ padło pytanie, co to znaczy: zawsze naparowuję piekarnik za pomocą butelki z psikaczem (takiej, jak do kwiatów), napełnionej wodą - 1-2 psiki na chleb/babę oraz kilka psików do nagrzanego piekarnika tuż przed umieszczeniem w środku wypieku.
niedziela, 03 kwietnia 2011
Pierwszy raz żurku skosztowałam w Bukowinie Tatrzańskiej niecałe 12 lat temu. Zajadałam, aż uszy się trzęsły. Pewnie się zdziwicie, że tak późno przeszłam na jasną (żurkową) stronę mocy, ale tak to jest, jeśli nikt w rodzinie żuru nie lubi i nie gotuje. Od tego czasu miewałam różne lepsze i gorsze doświadczenia z tą zupą, a sama przygotowałam do tej pory tylko raz. Oczywiście, na domowym zakwasie. Ten się udał, ale samej zupie brakowało wyrazistości - była to wersja postna, na samym wywarze jarzynowym, no i... uznałam wówczas, że niestety (dla wegetarian), ale żurek potrzebuje wkładki mięsnej. Przy drugim podejściu już się zatem nie krępowałam, było mięso x 3. I wyszło świetnie. Wymogłam na M obietnicę, że taki żurek aprobuje, i możemy go częściej jadać - nie tylko na Wielkanoc.
Nie wiem, czy to nie moja ulubiona tradycyjna zupa...
środa, 19 stycznia 2011
Przy okazji makowca awaryjnego, Gospodarna Narzeczona pytała się mnie, czy nie przeszkadza mi sztuczny posmak w kupnej masie makowej. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie. Ponieważ jednak mieliśmy dużo maku, zrobiliśmy domową masę i choć święta minęły, upiekliśmy jeszcze raz strucle. Powiem szczerze, że jedyną różnicą, jaką widzę między tą z puszki, a tą robioną od podstaw jest konsystencja: ta pierwsza jest bardziej mokra, druga bardziej ziarnista. I jedna, i druga smaczna. Jeśli chodzi o wygodę, oczywiście nic nie przebije otwarcia puszki :), ale produkcja domowa okazała się łatwiejsza, niż myślałam. Przepis z Kuchni Polskiej (moja wydana w 1957), którą podobno każdy ma w domu.
Mak opłukać, zalać wrzątkiem i podgrzewać na małym ogniu tak długo, aż da się go rozetrzeć w palcach (ok. 25-30 minut). Odcedzić przez gęste sitko, osączyć. Przemielić 2 lub 3 razy (u nas to ostatnie) przez maszynkę (w miarę możliwości, z gęstym sitkiem). Stopić w rondlu masło, dodać mak, cukier, skórkę cytrynową, olejek migdałowy (pominęliśmy), miód (jw.), wanilię i opłukane rodzynki. Podgrzewać całość ok. 10-15 minut, często mieszając. Wymieszać z pianą, wystudzić. Gotową masą można nadziewać makowce z ciasta krucho-drożdżowego lub drożdżowego. Starczy jej na dwie strucle. PS. Pamiętacie moją gęsinę? Z przyjemnością informuję, że wygrała konkurs "Gęsina w blogosferze", czego dowód tu:
piątek, 14 stycznia 2011
Wiecie, że jeszcze nigdy - do poniedziałku - nie ugotowałam sama barszczu? Robiłam chłodnik z botwinki, i zajadałam się barszczami Babci, Mamy, Teściowej oraz M (który tu pokazywałam). Postanowiłam, że jak robić, to robić porządnie: nastawiając wcześniej kwas buraczany, a do tego dodatek z kuchni rosyjskiej: pieczone uszka z nadzieniem z kaszy gryczanej. Przyznaję, że akurat barszczu na domowym kwasie nigdy nie jadłam, chyba, że Babcia kiedyś robiła. Smak jest inny niż zupy "szybkiej", ale po pierwszym zaskoczeniu całkiem mi przypadł do gustu. Co więcej, barszczolubny M wyraził aprobatę :) Korzystałam z przepisu na kwas podanego przez Gospodarną Narzeczoną oraz jej rad co do samego barszczu, a ona cytowała za Marią Disslową.
Barszcz możemy podać czysty, z dodatkiem "farfocli" (czyli poszatkowanych, ugotowanych jarzyn... jak u mojej Babci D.), ugotowanych ziemniaków czy śmietany. Ja przejrzałam Kuchnię rosyjską Hyginy Seheń (skąd pochodzą stosowane przeze mnie przepisy na bliny) i postanowiłam zrobić uszka pieczone z nadzieniem z kaszy gryczanej. Przepis okazał się nieco niedokładny, co nie jest niczym nowym w tej książce (m.in. została mi 1/2 farszu, a co do temperatury i czasu pieczenia - musiałam zgadywać). Oto zatem, jak zrobiłam:
Zupa miała piękny kolor, który moim zdaniem zawdzięczała kwasowi buraczanemu. Niestety zdjęcia były robione na szybko i wieczorem, więc koloru specjalnie nie oddają ;/. Kwas poza tym, że zakwasza ;), nadaje barszczowi specyficzny posmak, który M nazwał "przydechem". Jak jednak ujął - "specyficzny, ale pierwsza klasa". Warto spróbować, także z uszkami, które są ciekawym dodatkiem.
piątek, 31 grudnia 2010
Moja Mama co rok robi pasztet - na Boże Narodzenie lub Wielkanoc. Zazwyczaj co rok jest trochę inny, bo dodaje różne mięsa. Zawsze jest choć trochę dziczyzny. W rodzinie M pasztety robiła Ciocia C., a od kiedy jej zabrakło, pałeczkę przejął mój mąż. Przepis jest Cioci, ale M go trochę zmodyfikował, mieląc masę tylko jeden raz (jak i moja Mama), a nie trzykrotnie. Dodaje także inną cielęcinę. Pasztet domowy nie w wersji błyskawicznej wymaga cierpliwości i czasu. Mięso trzeba obsmażyć, ugotować, przemielić, doprawić i dopiero wtedy upiec. Gdy Mama zabierała się za robienie pasztetu, wolałam w miarę możliwości zniknąć z domu, gdyż atmosfera bywała napięta ;) Gdy zabiera się za to M, mam większy problem ze znoszeniem wyjątkowo intensywnego zapachu gotowanego mięsa. Gotowy pasztet uwielbiam jednak jeść: na chlebie, z dodatkiem musztardy, chrzanu lub dżemu cebulowego (świetne połączenie!) jest przepyszny. Bardzo dobrze się także mrozi. Składniki:
Mięso opłukać, dokładnie osuszyć, obsmażyć do zrumienienia (szczerze polecam do tego celu frytkownicę). Umieścić w bardzo dużym garnku, kładąc w kolejności od dołu: podgardle, wątróbkę i cielęcinę. Dodać warzywa, pieprz ziarnisty, ziele a., grzyby liście laurowe oraz na wierzchu umieścić kajzerkę. Lekko podlać wodą i dusić pod przykryciem, aż mięso będzie zupełnie miękkie (co potrwa kilka godzin). Mięso dokładnie wystudzić i przemielić jednokrotnie razem z warzywami. Do masy dodać jaja i przyprawy mielone - do smaku, powyżej podaję nasze proporcje. Dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Przełożyć do blaszek (np. keksówek - ok. 3) wysmarowanych tłuszczem i wysypanych bułką tartą. Idealnie jeśli warstwa będzie nie grubsza niż 5 cm, ale trochę grubsza też nie zaszkodzi (my piekliśmy teraz w 2 kwadratowych blaszkach jak do brownie). Piec ok. 1 h, w 180 st. C (termoobieg, w góra/dół - ok. 190-195 st. C). W wierzch pasztetu można wcisnąć trochę świątecznych foremek ;) Gotowy pasztet powinien mieć wypieczoną, zezłoconą i chrupką skórkę. Uwaga: nie warto próbować jeszcze ciepłego, smaczny jest dopiero po dokładnym wystudzeniu. A tak wygląda na kromce Borodinskiego: Korzystając z okazji życzę Wam wszystkiego dobrego (i smacznego ;) w nadchodzącym roku 2011. U nas dziś w menu znów będą bliny oraz to, co widać poniżej:
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Mówi się, że złość piękności szkodzi. Coś w tym musi być, skoro wredna macocha Królewny Śnieżki przegrała w konkursie piękności organizowanym przez wiadome Zwierciadło ;) Mam jednak wrażenie, że trochę "dobrej sportowej złości" poprawia samopoczucie fizyczne. Ja w każdym razie, gdy w przeddzień Wigilii zobaczyłam nieudane wypieki, zdecydowanie się rozzłościłam i zrobiłam makowca awaryjnego: ze znanego drożdżowego, które zawsze wychodzi i dobrze się wałkuje, oraz z kupnej masy makowej. I wiecie co? Ciasto wyszło, a mi przeszła gorączka i wyzdrowiałam :)
Mam nadzieję, że mieliście udane Święta :)?
sobota, 20 listopada 2010
Mięso było delikatne, soczyste, o swoistym smaku i aromacie gęsiny. M zaaprobował w pełni :) Tak zaś wyglądało na zimno następnego dnia, krojone do chleba (i po odkrojeniu tłuszczu): Co zaś z pozostawionym gęsim tłuszczem? Rzeczywiście (Nigella nie kłamała) świetnie wychodzą na nim pieczone lub smażone ziemniaki; z tego co czytałam, dobrze i długo się przechowuje w lodówce. Można się jednak też pokusić o zrobienie gęsiego smalcu do pieczywa. Korzystałam z przepisu z forum Cincin, w następujących proporcjach:
A tak oto prezentuje się smalec na chlebie domowym (tu akurat tzw. łatwym pszennym Liski). Świetnie pasuje do tego ogórek kiszony lub konserwowy (a co jeszcze, nie będę Wam dopowiadać ;).
piątek, 30 lipca 2010
Chleb zobaczyłam na blogu Raspberries and cream i prawie od razu pobiegłam dokarmić zakwas. Na zdjęciach wyglądał bowiem jak jeden z moich ulubionych bochenków z czasów, gdy kupowałam pieczywo: chleb staropolski, tzw. z formy. Zdjęcia nie kłamały: chleb jest przepyszny. Okazało się, że miałam za mało mąki chlebowej, więc użyłam mieszanki chlebowej, białej do wypieków i żytniej jasnej - efekty widać na powyższym zdjęciu. Oryginalnie przepis Daniela Leadera pt. Polish cottage rye.
Chleb rósł mi jak na drożdżach, a nie na zakwasie - dwukrotnie próbował opuścić pojemnik, w którym się znajdował (najpierw miskę, potem foremkę). W piekarniku powstał mi w związku z tym ciekawy nawis z ciasta na brzegu (widać na 1szym zdjęciu). Chleb jest bardzo smaczny, pachnący i jak to gdzieś przeczytałam - uniwersalny. Gorąco polecam.
sobota, 05 czerwca 2010
Pisałam już kiedyś o nietypowym lokalu na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, czyli Przekąskach i Zakąskach. Dziś recenzja miejsca położonego o kilka metrów od bistro, z tej samej rodziny (pt. Gessler), czyli U Kucharzy. Restauracja niedawno została wyróżniona Bib Gourmand przez krytyków Michelin. My pierwszy raz odwiedziliśmy ją niedługo po otwarciu, kilka lat temu. Bardzo dobrze zapamiętałam z tej wizyty nietypowe wnętrze: lokal został utworzony na zapleczu byłej restauracji Hotelu Europejskiego i wiele w nim nie zmieniono - pozostały np. charakterystyczne biało-czarne kafelki na podłodze, umywalki na ścianach itd. Inne rzeczy, które mnie wówczas uderzyły, to wiek obsługi - znacznie starszy niż zazwyczaj się spotyka w stołecznych restauracjach, żeby nie powiedzieć, że około emerytalny - oraz zwyczaj przywożenia dania i dodatków do niego w rondlach/na deskach itd. na wózku (czy właściwie wielkim drewnianym stole) do klienta i nakładania potraw "na żywo" przy stoliku. Dania pieczone wychodzą z pieca o określonych porach, opisanych w menu. Jadłam wówczas śledzia w oleju lnianym, który jest dość specyficznym daniem, oraz kurczaka faszerowanego. Ogólnie retro jadłospis i styl gotowania wywarł na mnie wrażenie, podobnie jak we wspomnianych wyżej Przekąskach..., zainspirowanego kuchnią polską XX-lecia międzywojennego. Do restauracji wróciliśmy jakiś czas później, pozytywne wrażenie zostało utrzymane. Niedawno poszliśmy po raz trzeci i, niestety, nie było całkiem różowo. Po pierwsze: obsługa. Już nie ma tylu osób w wieku starszym, i może szkoda. Obsługiwało nas dobre kilka osób i to pierwszy minus: trudno było się zorientować, kto właściwie odpowiadał za nasz stolik. Najprawdopodobniej była to pani, która nas do niego zaprowadziła, niestety dość chłodna w obyciu. W ok. 10 minut od zajęcia miejsc zorientowaliśmy się, że nie dostaliśmy serwetek. M poprosił o nie przechodzącego kelnera, po paru minutach otrzymaliśmy serwetki, które były... mocno wilgotne. Na nasze zdziwione spojrzenia kelner zapewnił nas, że są "czyste, dopiero co uprane". Podejrzewam, że to był powód, dla którego brakowało ich na stoliku: wszystkie były "w praniu". Kolejną sprawą było to, że ponieważ przy rezerwacji telefonicznej nie spytano mnie, czy chcę siedzieć w sali dla niepalących, a zapomniałam się o to upomnieć, znaleźliśmy się w części dla palaczy. M poprosił kolejnego przechodzącego kelnera, czy moglibyśmy zamienić stolik na miejsca dla niepalących. Pan obiecał się tym zająć, ale niestety, więcej go nie zobaczyliśmy. Na szczęście pierwsze zgrzyty później nieco zrekompensowała bardzo szybka i kompetentna obsługa przy daniach głównych, szczególnie przy kaczce M, kiedy kilka osób zajęło się nami bardzo sprawnie i efektownie. Miłym akcentem była także pożegnalna rozmowa z portierem, częściowo przeprowadzona en français ;). Po drugie: jedzenie i napoje. Zaczęliśmy od naszego ulubionego aperitifu, tj. Kir Royal, który był w porządku, ale piłam w życiu lepsze (podejrzewam, że była to kwestia jakości wina musującego). Jako przystawki jedliśmy smażonego węgorza (M) oraz tatar (ja). Z tego drugiego restauracja jest znana i znów nie chodzi tyle o samo danie, co o sposób jego przyrządzenia. Do stolika podjeżdża pan, który sieka drobno mięso na naszych oczach, natłuszcza je lekko olejem i miesza z pozostałymi składnikami (które także kroi "na żywo"). Przyznaję, że miałam dużą ochotę na tatara i ze smaku gotowego dania byłam zadowolona, choć tak naprawdę wydaje mi się lepiej, jeśli można je sobie doprawić wg własnych upodobań (i tak ten u Kucharzy był dość łagodny w smaku, za to - na szczęście - nie przesadzono z cebulą). M uważał natomiast, że oleju było za dużo. Podobne zastrzeżenie miał do swojego węgorza, tj. że był zbyt tłusto przyrządzony. Białe wino, które pił do ryby, było smaczne, choć za ciepłe. Na szczęście, podobnie jak w przypadku obsługi, wstępne zgrzyty kulinarne zostały zrekompensowane (zwłaszcza w przypadku M) przy okazji dania głównego. M zamówił kaczkę pieczoną (która akurat o tej porze opuszczała piec), która była krucha, nie za sucha i nie za tłusta - w sam raz. Z dodatków była modra kapusta, sos żurawinowy i puree ziemniaczane. Ja natomiast zdecydowałam się na sztukę mięs, danie, do którego mam słabość. Ostatni raz je jadłam w Arłamowie, i muszę przyznać, że choć to u Kucharzy było całkiem smaczne (mięso podane razem z warzywami, które się z nim gotowały, plus sos chrzanowy), arłamowskie lepsze. Rzecz jest w tym, że porządna sztuka mięs powinna być leciutko włóknista, a równocześnie krucha, a ta u Kucharzy była zbyt, powiedzmy, spójna. Do tego dostałam kubek rosołu z mięsa, którego zamiast mnie - z rosołu uznaję tylko bulion/wywar używany do sporządzania innych zup - skosztował M i opisał jako bardzo tłusty i mało wyrazisty. Do dania głównego piłam czerwone wino "stołowe", które jak na tą klasę było całkiem niezłe. Na deser - który wybiera się też z wózka - w postaci sernika zdecydował się tylko M. Choć serniki tradycyjne nie zawsze mi smakują, ten był wart spróbowania: dość słodki, gęsty, ciężki i bardzo smaczny. Podsumowując: mam mieszane uczucia. Przed tą wizytą bym U Kucharzy raczej polecała, obecnie mam wrażenie, że i kuchnia i obsługa są mocno nierówne. Pomysł jest wciąż bardzo dobry, ale wykonanie nie zawsze trzyma poziom. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Autorka
Inne inspiracje
Inspiracje kulinarne
Polecam
Tagi
![]() ![]() ![]()
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||