Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kuchnia polska

sobota, 23 lipca 2011



Pierwszy raz o restauracji Tamka 43 przeczytałam na blogu Liski. Zastanawiałam się, czy by się kiedyś nie wybrać, ale obawiałam się znacznego przerostu formy nad treścią... i tak minęło sporo czasu. W końcu, podczas niedawnej wizyty w Warszawie, postanowiłam, że trzeba spróbować. Nie nastawiałam się na nic wyjątkowego (przeczytawszy wcześniej bardzo mieszane recenzje w internecie), a spotkała mnie miła kulinarna niespodzianka.

Lokal znajduje się, jak sama nazwa wskazuje, na ul. Tamka, tuż przy Muzeum Chopina; oto widok, jakim mogą się cieszyć szczęściarze (my) którym się trafił stolik przy oszklonej ścianie na ulicę.



Wnętrze jest nowoczesne, ale neutralne, w stylu, który jest mi zupełnie obojętny (poza tym, że zazwyczaj myślę, że to dobre miejsce na spotkanie biznesowe). Karta dań a la carte jest bardzo krótka (co mnie zazwyczaj cieszy w restauracjach), poza nią było jeszcze menu degustacyjne, z zacięciem molekularnym, i na to się zdecydowaliśmy. Poprosiliśmy także kelnera o dobór win do dań. 



Na początek podano amuse bouche - zupa marchwiowo-pomarańczowa, podana w kieliszkach. Smaczna, choć, jak powiedział M, nic niezwykłego. Mnie zaintrygował sam pomysł podania zupy jako mini-przystawkę, bo miałam wrażenie, że raczej preferuje się dania "na jeden kęs". Ponadto poczęstowano nas chipsami - ziemniaczanymi oraz, uwaga, z kaszy manny, z piankowym sosem jogurtowym (który smakował jak spieniony ayran).

Pierwszym daniem z menu degustacyjnego była, nazwijmy to, sałatka: żółte pomidory ze śniegiem (cytat) z mozzarelli i galaretką gazpacho. Nie jestem fanką "krio" obróbki nabiału, ale tu śnieżna struktura sera rzeczywiście pasowała do bardzo soczystych, aromatycznych pomidorów i dressingu w formie galaretki o smaku gazpacho. I pomysł, i smak na plus. Do tego piliśmy lekkie białe wino, które choć smaczne, nie zapadło nam mocno w pamięć (do tego stopnia, że nie pamiętamy ani nazwy, ani gatunku :).



Drugim daniem był sandacz z emulsją cytrynową i koprem włoskiem. W przeciwieństwie do krio-serów emulsje bardzo lubię, i ta mi bardzo smakowała, choć była bardzo intensywna i wybijała się ponad inne składniki dania (co skrytykował M, który w ogóle nie był zachwycony kompozycją dania). Wino pozostało niezmienione. 



Numer trzy: dorsz z puree z musztardowca i bobem. Danie przyniosła inna kelnerka, która zasugerowała zmianę wina na rieslinga (konkretnie, jeśli dobrze zapamiętałam, Riesling Wiebelsberg Grand Cru Boeckel). Wino było niezwykłe: w Berlinie piłam wino musujące z dodatkiem nalewki z kwiatów czarnego bzu (wariacja nt. Kir Royale :), które miało lekko ziołowy posmak - podobnie jak tutaj. Świetnie pasowało do kwaśno-zielonej potrawy, która poza musztardowcem (w formie sosu/przecieru; pierwszy raz jadłam i chętnie powtórzę), rybą i chrupkim bobem, zawierała odrobinę kwaśnej passiflory oraz... kożuch mleczny. 



Czwarta potrawa, wątróbka cielęca z wędzonymi truskawkami (oraz z tapioką), była jednym z dziwniejszych dań, jakie jadłam w życiu. W jakimś sensie (może dzięki średnio wysmażonej wątróbce?) skojarzyła mi się z kuchnią niemiecką czy austriacką. Doceniam pomysłowość i kompozycję, ale niekoniecznie chciałabym powtarzać. 



Do dania głównego, duszonego ogona wołowego ze szparagami, dostaliśmy Pinot Noir Hunky Dory. Swego czasu (po Bezdrożach, o których wspominałam) testowaliśmy różne Pinot Noir, ze średnim skutkiem; to chyba było najbliższe temu, czego oczekuję od wina, choć pewnie musiałabym powtórzyć degustację chłodniejszą porą. Co do ogona: pierwszy raz go jadłam i bardzo mi smakował, zwłaszcza jeśli chodzi o konsystencję; sama potrawa była chyba najbardziej tradycyjna z całego menu.


Deser okazał się absolutnym hitem: ser kozi, sorbet szczawiowy i młode buraki, w formie sorbetu i kremu. Całość tylko lekko słodka, ale idealna: 10/10 w kategorii sezonowości, kreatywności, dekoracyjności i - tak, to też ważne - polskości. Do tego piliśmy Sauternes (nie najlepsze, z jakim do tej pory miałam do czynienia). M jeszcze skusił się na espresso (które chwalił), do którego podano dwie praliny.

A więc:
Na plus: kuchnia - jedzenie (żadnej katastrofy, a parę prawdziwych perełek kulinarnych; wysokiej jakości, sezonowe składniki) i sposób prezentacji dań; lokalizacja.

Na plus/minus: nierówna obsługa. Jak pisałam wyżej, w połowie posiłku zaczęła zajmować się nami kelnerka, która w przeciwieństwie do swojego w miarę poprawnego kolegi, sprawiała wrażenie osobiście zaangażowanej w swoją pracę - rozmawialiśmy z nią o daniach, składnikach i winach. Technicznie jednak można by się do pewnych rzeczy przyczepić. Kolejna sprawa to kwestia win: choć karta jest dość bogata, restauracja nie jest przygotowana do połączenia ciekawego, dopracowanego menu degustacyjnego z odpowiednimi trunkami; miałam wrażenie, że nasza prośba obsługę lekko zaskoczyła, gdy tymczasem do każdego dania powinno być zaserwowane, jeśli ktoś sobie tego życzy, inne, odpowiednio dobrane wino (w degustacyjnej ilości, nie pełne kieliszki, jak nam nalewano). Dwa jednak z zasugerowanych win nam bardzo smakowały (zwłaszcza riesling) i doskonale pasowały do potraw.

Na minus: pieczywo. Wiem, że jestem wybredna i mam skrzywienie piekarskie, ale uważam, że w takim miejscu powinno być lepszej jakości i świeżości. Podobnie z muzyką: słuchając muzyki granej w każdej sieciówce (serwującej kawę, ubrania czy fast food), centrum handlowym czy na lotnisku w dowolnym miejscu na świecie, czyli tzw. smooth jazzu, zaczęłam żałować, że nie postawiono na coś bardziej oryginalnego i pasującego do miejsca (Muzeum Chopina), a nie nijakie plimplanie.

Podsumowując: chętnie tam wrócę, zobaczyć, co szef kuchni zaproponuje w ramach menu jesiennego czy zimowego. Polecam, choć nie dla każdego: jak zaznaczałam w przypadku Amber Room z czasów Wojciecha Amaro, kuchnia molekularna nie jest dla każdego (choć ta w wydaniu Tamki jest jednak wersją "light"). Niemniej, nie ma co oczekiwać schabowego z ziemniakami i mizerią czy obiadu "jak u mamy (babci/teściowej)", można za to skosztować czegoś zupełnie nowego: znanego smaku, tylko w innej formie (vide emulsja cytrynowa czy sorbet buraczany), albo czegoś całkiem nieznanego (jak dla mnie musztardowiec czy ogon wołowy). Mam nadzieję, że w przyszłości dopracowane zostaną szczegóły w zakresie win i obsługi. 

niedziela, 17 kwietnia 2011

Drożdżową babę Neli Rubinstein, albo też Nelobab (słowotwórstwo własne) M raz próbował zrobić, kilka lat temu, i ciasto wydawało mu się bardzo luźne. Podsypywał więc mąką... i babka wyszła zbita, sucha, nieciekawa w smaku. Potem słyszałam i inne opinie - typu "ciasto mi nie wyszło" albo "w przepisie musi być błąd". Potem zobaczyłam zeszłoroczny wpis Basi i zrozumiałam, że w przepisie nie ma błędu, ciasto ma być luźne i lepkie, i podsypywanie mąką nie jest wskazane (prowadzi bowiem do wyprodukowania tzw. gniota). Tym samym wyrobienie ręczne ciasta jest trudne i moim zdaniem możliwe jedynie metodą Bertineta; nawet korzystając z miksera proces trwa kilkanaście minut. Efekty wynagradzają jednak cały trud - ciasto jest maślane, waniliowe, lekkie (ale nie zanadto), bakaliowe... Przepyszne. W sam raz na Wielkanoc. Oryginalny przepis z Kuchni Neli, ja sugerowałam się modyfikacjami Basi, i w takiej formie podaję:

Składniki (na 2 baby/foremki keksowe):

Zaczyn:
60 ml cieplej wody
30g świeżych drożdży
1 łyżka cukru

Ciasto:
570 g mąki wysokoglutenowej (ale jak jej nie macie, tortowa też da radę ;)
375 ml ciepłego mleka
200 g cukru (u mnie 1/2 domowego waniliowego)
125 g miekkiego masła
200 g rodzynek macerowanych przez tydzien w 100ml dobrego rumu (albo pochodzących z "magicznego słoika", w którym mieszkały dość długo zalane rumem)
10 żółtek (uwaga: jeśli będą wyjątkowo duże, z b. dużych jaj, ok. 8-9 powinno wystarczyć)
laska wanilii lub odrobina ekstraktu z wanilii
2-4 łyżki kandyzowanej domowej (albo i nie...) skorki cytrynowej/pomarańczowej
1/2 łyżeczki soli

Do posmarowania: jajo roztrzepane z mlekiem

Zaczyn: drożdże rozetrzeć z cukrem i zalać ciepłą wodą (40 st. C).
Ciasto: W misce wymieszać połowę mąki, ciepłe mleko (40 st. C) i sól. Wlac zaczyn i jeszcze raz wymieszać. Dodać cukier, żółtka, masło, ziarenka z calej laski wanilii lub ekstrakt, resztę mąki oraz bakalie, dobrze wymieszać. Nastepnie dobrze wyrobić, aż ciasto zrobi się lśniące (ciasto jest klejące i bardzo lejące, mikser wyrabia je ok. 15 minut - gdyby wydawało Wam się, że wciąż chlupocze, można dodać łyżkę mąki, ale absolutnie nie więcej!). Wyrobione ciasto przelożyć do dużej natłuszczonej miski, przykryc folią, odstawić do wyrośnięcia - co zajmnie ok. 2,5-3 h w temp. pokojowej (można też odstawić np. na noc do lodówki. Po tym czasie formy wysmarować masłem, wysypać mąką, napełnić do 1/3 wysokości. Odstawić do wyrośnięcia (ok. 1-1,5 h w temp. pokojowej). Przed pieczeniem posmarować roztrzepanym jajem z mlekiem (może być też samo żółtko z mlekiem, lub ew. samo mleko). Pieklam w temp. 180st. C przez ok. 40 minut, w lekko naparowanym* piekarniku, do suchego patyczka. Studzić na kratce, lekko wystudzoną wyjąć z foremki.

Oczywiście babę na wielkanocny stół wypada polukrować lub chociaż oprószyć cukrem pudrem - z wersją testową się tak nie bawiłam, zważywszy moje (niechętne) podejście do lukru. Tak czy inaczej, zniknęła w ciągu doby...

* Ponieważ padło pytanie, co to znaczy: zawsze naparowuję piekarnik za pomocą butelki z psikaczem (takiej, jak do kwiatów), napełnionej wodą - 1-2 psiki na chleb/babę oraz kilka psików do nagrzanego piekarnika tuż przed umieszczeniem w środku wypieku.

niedziela, 03 kwietnia 2011

Pierwszy raz żurku skosztowałam w Bukowinie Tatrzańskiej niecałe 12 lat temu. Zajadałam, aż uszy się trzęsły. Pewnie się zdziwicie, że tak późno przeszłam na jasną (żurkową) stronę mocy, ale tak to jest, jeśli nikt w rodzinie żuru nie lubi i nie gotuje. Od tego czasu miewałam różne lepsze i gorsze doświadczenia z tą zupą, a sama przygotowałam do tej pory tylko raz. Oczywiście, na domowym zakwasie. Ten się udał, ale samej zupie brakowało wyrazistości - była to wersja postna, na samym wywarze jarzynowym, no i... uznałam wówczas, że niestety (dla wegetarian), ale żurek potrzebuje wkładki mięsnej. Przy drugim podejściu już się zatem nie krępowałam, było mięso x 3. I wyszło świetnie. Wymogłam na M obietnicę, że taki żurek aprobuje, i możemy go częściej jadać - nie tylko na Wielkanoc.

Zakwas (wg przepisu Liski):

  • 10 łyżek mąki żytniej razowej (typ 2000)
  • 2 ząbki czosnku (zgniecione)
  • 5 ziarenek ziela angielskiego
  • 2 listki laurowe
  • 1,5 szklanki (375 ml) wody (źródlanej lub dobrze przefiltrowanej)

Wszystkie składniki umieścić w naczyniu - szklanym lub ceramicznym. Naczynie przykryć ściereczką i odstawić w temperaturze pokojowej na 2-3 dni (u mnie niecałe 3 - tempo zależy od temperatury w mieszkaniu, jeśli jest chłodniej, proces potrwa dłużej). Gotowy zakwas będzie pachniał żurkiem ;). Będzie miał także na powierzchni biały nalot - to normalne, nie należy się przejmować, może się także oddzielić część gęsta od płynu.

Żurek

Poza zakwasem, jw. potrzebujemy:

  • 5-6 grzybów suszonych (zalanych wrzątkiem minimum godzinę przed gotowaniem; u mnie tylko tyle, by zakryć grzyby - ok. 4-5 łyżek)
  • 1 włoszczyzna (u mnie 2/3 włoszczyzny, tj. bez 2 marchewki i 1 pietruszki, reszta b/z)
  • 1 cebula
  • 1 gałązka selera naciowego
  • ok. 80-100g boczku wędzonego
  • pęto (może być ciut więcej) białej kiełbasy
  • 0,5 l. bulionu drobiowego
  • 1,75-2 litry wody
  • łyżka suszonego lubczyku (lub parę liści świeżego)
  • liść laurowy
  • kilka ziarenek pieprzu
  • jw. ziela angielskiego
  • duża szczypta suszonego majeranku
  • sól/pieprz do smaku
  • kilka łyżek śmietany
Włoszczyznę i cebulę obieramy, wkładamy do garnka razem z przyprawami, grzybami (z wodą z zalania), kiełbasą i boczkiem. Zalewamy wodą i bulionem. Zagotowujemy. Skręcamy ogień na mały/średni (można w tym momencie też dodać ok. łyżeczki soli) i gotujemy ok. 50-60 minut. Odcedzamy. Wyławiamy kiełbasę, boczek i grzyby, kroimy kiełbasę na plastry, a boczek i grzyby - drobno siekamy, i wkładamy całość z powrotem do zupy. Dodajemy zakwas - w zależności od upodobań, albo samą wodę, albo wodę i mąkę (bez przypraw, które odławiamy lub odcedzamy) - wówczas zupa będzie gęstsza. U mnie była to woda i ok. 1/2 mąki. Podgrzewamy całość na małym ogniu ok. 15 minut, sprawdzając doprawienie. Pod koniec gotowania zabielamy zupę delikatnie śmietaną - u mnie 18%, ok. 5 łyżek, zahartowanych wcześniej zupą. Podajemy z jajkiem na twardo.

Nie wiem, czy to nie moja ulubiona tradycyjna zupa...

środa, 19 stycznia 2011

Przy okazji makowca awaryjnego, Gospodarna Narzeczona pytała się mnie, czy nie przeszkadza mi sztuczny posmak w kupnej masie makowej. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie. Ponieważ jednak mieliśmy dużo maku, zrobiliśmy domową masę i choć święta minęły, upiekliśmy jeszcze raz strucle. Powiem szczerze, że jedyną różnicą, jaką widzę między tą z puszki, a tą robioną od podstaw jest konsystencja: ta pierwsza jest bardziej mokra, druga bardziej ziarnista. I jedna, i druga smaczna. Jeśli chodzi o wygodę, oczywiście nic nie przebije otwarcia puszki :), ale produkcja domowa okazała się łatwiejsza, niż myślałam. Przepis z Kuchni Polskiej (moja wydana w 1957), którą podobno każdy ma w domu.

Składniki:

  • 500g maku
  • 300g cukru pudru
  • 2 białka
  • 50g masła
  • opcjonalnie: olejek migdałowy
  • skórka cytrynowa (u nas z 1 cytryny)
  • opcjonalnie: 3-4 łyżki miodu
  • ok. łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • rodzynki
Mak opłukać, zalać wrzątkiem i podgrzewać na małym ogniu tak długo, aż da się go rozetrzeć w palcach (ok. 25-30 minut). Odcedzić przez gęste sitko, osączyć. Przemielić 2 lub 3 razy (u nas to ostatnie) przez maszynkę (w miarę możliwości, z gęstym sitkiem). Stopić w rondlu masło, dodać mak, cukier, skórkę cytrynową, olejek migdałowy (pominęliśmy), miód (jw.), wanilię i opłukane rodzynki. Podgrzewać całość ok. 10-15 minut, często mieszając. Wymieszać z pianą, wystudzić.
Gotową masą można nadziewać makowce z ciasta krucho-drożdżowego lub drożdżowego. Starczy jej na dwie strucle.

PS. Pamiętacie moją gęsinę? Z przyjemnością informuję, że wygrała konkurs "Gęsina w blogosferze", czego dowód tu:

piątek, 14 stycznia 2011

Wiecie, że jeszcze nigdy - do poniedziałku - nie ugotowałam sama barszczu? Robiłam chłodnik z botwinki, i zajadałam się barszczami Babci, Mamy, Teściowej oraz M (który tu pokazywałam). Postanowiłam, że jak robić, to robić porządnie: nastawiając wcześniej kwas buraczany, a do tego dodatek z kuchni rosyjskiej: pieczone uszka z nadzieniem z kaszy gryczanej.

Przyznaję, że akurat barszczu na domowym kwasie nigdy nie jadłam, chyba, że Babcia kiedyś robiła. Smak jest inny niż zupy "szybkiej", ale po pierwszym zaskoczeniu całkiem mi przypadł do gustu. Co więcej, barszczolubny M wyraził aprobatę :)

Korzystałam z przepisu na kwas podanego przez Gospodarną Narzeczoną oraz jej rad co do samego barszczu, a ona cytowała za Marią Disslową.

Kwas buraczany

Narzeczona: "Bierzemy duży słój. Kilka buraków, tyle ile zmieści się w słoju, myjemy, obieramy i kroimy na cienkie plasterki. Układamy w słoju. Zalewamy letnią, filtrowaną i przegotowaną wodą. Na wierzch kładziemy razową skórkę zakwasowca, najlepiej. Przykrywamy gazą i obwiązujemy sznureczkiem.  Odstawiamy w ciepłe miejsce na kilka dni."

Uwagi moje:

- nie przesadzajcie z ilością buraków, zostawcie miejsce w słoju na chleb i wodę

- ważne: chleb musi być całkowicie przykryty wodą, w przeciwnym razie kwas może zapleśnieć (co mi się za 1szą próbą niestety przydarzyło)

- skórka chleba musi być dobrze wysuszona a buraki dokładnie umyte (aby uniknąć pleśni)

- zamiast gazy może być ręcznik papierowy, a sznureczka - gumka recepturka ;)

- "kilka dni" - u mnie były to 4 dni, po tym czasie odcedziłam płyn i odstawiłam jeszcze na ok. 8 h

Barszcz

Wywar grzybowy: ok. 30-40g grzybów suszonych zalać wodą (u mnie ok. 300ml, można więcej, jak chcecie), zagotować, skręcić ogień na mały i gotować ok. 50-60 minut. Grzyby odcedzić (zachować np. do nadziewania uszek lub do innego dania), wywar zachować.

Wywar warzywny: obraną, z grubsza pokrojoną włoszczyznę (można dać mniej marchewki a selera korzennego zastąpić naciowym) i ok. 600 g obranych, pokrojonych w plastry buraków zalać wodą. Dodać łyżeczkę pieprzu w ziarnach, łyżeczkę ziela angielskiego, 2 liście laurowe, łyżkę suszonego lubczyku (opcjonalnie) i łyżkę soli. Zagotować, skręcić ogień na mały i gotować co najmniej godzinę (u mnie ok. 75 min). Wywar odcedzić, warzywa zachować do użycia np. w sosie/tarcie. Garść poszatkowanych jarzyn podałam jako dodatek do barszczu.

W garnku łączymy oba wywary i dodajemy kwas. Proporcje powinny być 3:1 (wywar: kwas), i tak ja miałam ok. 1,2 l. wywaru łączonego grzybno-warzywnego i ok. 400 ml kwasu buraczanego. Podgrzewamy, ale NIE ZAGOTOWUJEMY. Sprawdzamy doprawienie (ja dodałam pieprzu). Podajemy gorący.

Barszcz możemy podać czysty, z dodatkiem "farfocli" (czyli poszatkowanych, ugotowanych jarzyn... jak u mojej Babci D.), ugotowanych ziemniaków czy śmietany. Ja przejrzałam Kuchnię rosyjską Hyginy Seheń (skąd pochodzą stosowane przeze mnie przepisy na bliny) i postanowiłam zrobić uszka pieczone z nadzieniem z kaszy gryczanej. Przepis okazał się nieco niedokładny, co nie jest niczym nowym w tej książce (m.in. została mi 1/2 farszu, a co do temperatury i czasu pieczenia - musiałam zgadywać). Oto zatem, jak zrobiłam:

Uszka pieczone

Składniki:

  • 125g mąki
  • 1 duże jajo
  • sól
  • ok. 2-3 łyżek wody
  • 50g kaszy gryczanej
  • łyżka masła
  • 15g cebuli
  • opcjonalnie: łyżeczka grzybów (z wywaru)
Nadzienie: ugotowaną kaszę wymieszać z przesmażoną na maśle cebulą (wg autorki całego farszu miało być 2 x tyle, ja podaję ilości takie, jak faktycznie zostały zużyte) i łyżeczką posiekanych grzybów z wywaru (polecam!), lekko doprawić do smaku. Z mąki, jaja, wody i szczypty soli zagnieść ciasto zbliżone do makaronowego. Rozwałkować cienko, podzielić na ok. 7 cm kwadraty. Nadziewać łyżeczką farszu, zwijać uszka (moje były bardzo, hm, kreatywnie zwinięte). Można też wycinać szklanką koła i lepić pierożki. Ułożyć na blaszce wyłożonej pergaminem (u mnie matą silikonową), posmarować stopionym masłem lub oliwą i piec ok. 15-20 minut w 220 st. C. (do zezłocenia). Podawać od razu, razem z barszczem.

Zupa miała piękny kolor, który moim zdaniem zawdzięczała kwasowi buraczanemu. Niestety zdjęcia były robione na szybko i wieczorem, więc koloru specjalnie nie oddają ;/. Kwas poza tym, że zakwasza ;), nadaje barszczowi specyficzny posmak, który M nazwał "przydechem". Jak jednak ujął - "specyficzny, ale pierwsza klasa". Warto spróbować, także z uszkami, które są ciekawym dodatkiem.

piątek, 31 grudnia 2010

Moja Mama co rok robi pasztet - na Boże Narodzenie lub Wielkanoc. Zazwyczaj co rok jest trochę inny, bo dodaje różne mięsa. Zawsze jest choć trochę dziczyzny. W rodzinie M pasztety robiła Ciocia C., a od kiedy jej zabrakło, pałeczkę przejął mój mąż. Przepis jest Cioci, ale M go trochę zmodyfikował, mieląc masę tylko jeden raz (jak i moja Mama), a nie trzykrotnie. Dodaje także inną cielęcinę.

Pasztet domowy nie w wersji błyskawicznej wymaga cierpliwości i czasu. Mięso trzeba obsmażyć, ugotować, przemielić, doprawić i dopiero wtedy upiec. Gdy Mama zabierała się za robienie pasztetu, wolałam w miarę możliwości zniknąć z domu, gdyż atmosfera bywała napięta ;) Gdy zabiera się za to M, mam większy problem ze znoszeniem wyjątkowo intensywnego zapachu gotowanego mięsa. Gotowy pasztet uwielbiam jednak jeść: na chlebie, z dodatkiem musztardy, chrzanu lub dżemu cebulowego (świetne połączenie!) jest przepyszny. Bardzo dobrze się także mrozi.

Składniki:
  • ok. 4 kg karkówki cielęcej
  • 2 kg podgardla czystego
  • 1,5 kg kurzych wątróbek
  • 1 cebula
  • 2 marchewki
  • 2 pietruszki
  • pieprz czarny ziarnisty (ok. 10 ziarenek)
  • ziele angielskie (ok. 5 ziarenek)
  • 3 listki laurowe
  • kilka grzybów
  • 1 kajzerka lub kawałek innego białego pieczywa
  • 10 jaj
  • gałka muszkatołowa (2 małe gałki, starte)
  • imbir mielony (ok. 20 g)
  • sól - ok. 3-3,5 łyżek
  • pieprz mielony - ok. 4 łyżeczek
Mięso opłukać, dokładnie osuszyć, obsmażyć do zrumienienia (szczerze polecam do tego celu frytkownicę). Umieścić w bardzo dużym garnku, kładąc w kolejności od dołu: podgardle, wątróbkę i cielęcinę. Dodać warzywa, pieprz ziarnisty, ziele a., grzyby liście laurowe oraz na wierzchu umieścić kajzerkę. Lekko podlać wodą i dusić pod przykryciem, aż mięso będzie zupełnie miękkie (co potrwa kilka godzin).
Mięso dokładnie wystudzić i przemielić jednokrotnie razem z warzywami. Do masy dodać jaja i przyprawy mielone - do smaku, powyżej podaję nasze proporcje. Dokładnie wymieszać, sprawdzić doprawienie. Przełożyć do blaszek (np. keksówek - ok. 3) wysmarowanych tłuszczem i wysypanych bułką tartą. Idealnie jeśli warstwa będzie nie grubsza niż 5 cm, ale trochę grubsza też nie zaszkodzi (my piekliśmy teraz w 2 kwadratowych blaszkach jak do brownie). Piec ok. 1 h, w 180 st. C (termoobieg, w góra/dół - ok. 190-195 st. C). W wierzch pasztetu można wcisnąć trochę świątecznych foremek ;) Gotowy pasztet powinien mieć wypieczoną, zezłoconą i chrupką skórkę. Uwaga: nie warto próbować jeszcze ciepłego, smaczny jest dopiero po dokładnym wystudzeniu.

A tak wygląda na kromce Borodinskiego:

Korzystając z okazji życzę Wam wszystkiego dobrego (i smacznego ;) w nadchodzącym roku 2011. U nas dziś w menu znów będą bliny oraz to, co widać poniżej:

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Mówi się, że złość piękności szkodzi. Coś w tym musi być, skoro wredna macocha Królewny Śnieżki przegrała w konkursie piękności organizowanym przez wiadome Zwierciadło ;) Mam jednak wrażenie, że trochę "dobrej sportowej złości" poprawia samopoczucie fizyczne. Ja w każdym razie, gdy w przeddzień Wigilii zobaczyłam nieudane wypieki, zdecydowanie się rozzłościłam i zrobiłam makowca awaryjnego: ze znanego drożdżowego, które zawsze wychodzi i dobrze się wałkuje, oraz z kupnej masy makowej. I wiecie co? Ciasto wyszło, a mi przeszła gorączka i wyzdrowiałam :)

Składniki: ciasto drożdżowe z 1/2 składników z przepisu na cynamonki (robiłam z niego także jagodzianki i bułeczki z dżemem); masa makowa  z bakaliami 800g; na lukier: cukier puder, wrzątek, sok z cytryny, ew. bakalie do dekoracji

Ciasto drożdżowe przygotować wg ww przepisu (z 1/2 składników, tj. 2 szklanek mąki), odstawić do wyrośnięcia, odgazować, podzielić na 2 części. Każdą rozwałkować dość cienko, ale nie tak, aby ciasto się rwało. Każdy placek posmarować cienko masą makową, zostawiając kilkucentymetrowy margines. Zwinąć ściśle w rulon wg dłuższego boku. Przełożyć  zwinięte ciasta albo do długich foremek keksowych, wysmarowanych tłuszczem i wysypanych mąką lub wyłożonej pergaminem, bądź owinąć od dołu w kawałek pergaminu (tworząc z niego rodzaj łódeczki dla makowca; inspirowałam się instrukcją zawijania na stronie Dorotuś) i tak ułożyć luzem na blaszce.

Odstawić do napuszenia na ok. 40 minut. Piec ok. 50-60 minut w 190 st. C. (do suchego patyczka; temperatura moich makowców pod koniec  pieczenia wynosiła 97 st. C, kilka stopni niższa też powinna być ok).

Wystudzone ciasta polać lukrem (rozrabiając kilka łyżek cukru pudru wrzątkiem i sokiem z cytryny do uzyskania pożądanej konsystencji) i opcjonalnie udekorować bakaliami.

Mam nadzieję, że mieliście udane Święta :)?

sobota, 20 listopada 2010

Gotuję gęsinę Na Świętego Marcina gąski się zarzyna... Ja co prawda się nie wyrobiłam na Święto Niepodległości, ale gąska pojawiła się na naszym stole kilka dni później. Inspiracją była wiadomość o konkursie "Gęsina w blogosferze" oraz reklama telewizyjna, promująca konsumpcję tego mięsa. Uświadomiłam sobie, że nigdy samodzielnie nie przygotowywałam gęsiny (a jadłam chyba tylko raz). Przeczytałam wiele różnych przepisów, pomyślałam długo i w końcu zrobiłam tak, jak poniżej, czyli po swojemu (i z efektów byłam bardzo zadowolona). Użyłam mieszanki wina białego i czerwonego, bo akurat miałam resztkę tego pierwszego do zużycia - w przeciwnym razie byłoby samo czerwone. Ziół użyłam tych, które jeszcze rosły w ogródku :)

Składniki: 1,2kg piersi gęsiej z kością, 200ml białego wina wytrawnego, 100ml czerwonego wina wytrawnego, łyżeczka oliwy, po łyżeczce świeżych ziół: hyzopu, tymianku i rozmarynu, łyżeczka pieprzu, po ok. 8 ziarenek ziela angielskiego i jałowca (ten ostatni zgnieciony), 1 ząbek czosnku (zgnieciony)

Pierś umyłam, osuszyłam, nacięłam lekko skórę. Składniki marynaty wymieszałam w woreczku do mrożonek, dorzuciłam pierś, obtoczyłam w płynie, woreczek zawiązałam i umieściłam w lodówce na ponad dobę (ok. 28 godzin). W tym czasie parokrotnie odwracałam/obracałam mięso; wyjęłam je z lodówki mniej więcej godzinę przed planowanym pieczeniem.

Pierś wyłowiłam z marynaty (zachowując ją na później), lekko osuszyłam, przełożyłam (skórą do dołu) na zimną, suchą patelnię i podgrzewałam ok. 10-12 minut na średnim ogniu, aby wytopić tłuszcz. Po tym czasie (gdy zobaczyłam, że ilość tłuszczu się nie zwiększa) zwiększyłam ogień i obsmażałam mięso kilka minut do zrumienienia, po czym to samo zrobiłam z drugą stroną. Pierś wyjęłam z patelni (cenny tłuszcz gęsi odlewając i zachowując), posoliłam i popieprzyłam z obu stron i włożyłam do niewielkiej brytfanki skórą do dołu. Podlałam paroma łyżkami marynaty i umieściłam w piekarniku nagrzanym do 180 st. C. Piekłam 25 minut, raz podlewając marynatą, po czym mięso obróciłam, podlałam płynem z pieczenia, i piekłam dalsze 35 minut (podlewając w tym czasie ok. 2 x marynatą). Gotowe mięso wyjęłam na blat, dałam mu odpocząć ok. 2 minut i pokroiłam na cienkie plastry (było lekko różowe w środku). Podawałam z borówką brusznicą oraz korzenną czerwoną kapustą na ciepło (można by też podać taką lub taką surówkę z czerwonej kapusty). Dodatkowo były ziemniaki przesmażone na zachowanym tłuszczu gęsim (obgotowane 5 minut, pokrojone w plastry i smażone ok. 10 minut na patelni z łyżką tłuszczu) - wyszły niezwykle chrupkie.

Mięso było delikatne, soczyste, o swoistym smaku i aromacie gęsiny. M zaaprobował w pełni :) Tak zaś wyglądało na zimno następnego dnia, krojone do chleba (i po odkrojeniu tłuszczu):

Co zaś z pozostawionym gęsim tłuszczem? Rzeczywiście (Nigella nie kłamała) świetnie wychodzą na nim pieczone lub smażone ziemniaki; z tego co czytałam, dobrze i długo się przechowuje w lodówce. Można się jednak też pokusić o zrobienie gęsiego smalcu do pieczywa. Korzystałam z przepisu z forum Cincin, w następujących proporcjach:

1 małe jabłko (najlepiej dość kwaśne), obrane ze skórki i pokrojone w kostkę umieściłam na małej patelni z tłuszczem gęsim (ok. 100ml - objętościowo było go tyle samo, co jabłka). Dodałam łyżeczkę suszonego majeranku i sól (na oko, ok. łyżeczki). Całość przesmażałam, aż jabłka się rozpadły i lekko zaczęły przywierać do dna. Wystudziłam, przelałam do pojemnika z pokrywką i umieściłam w lodówce.

A tak oto prezentuje się smalec na chlebie domowym (tu akurat tzw. łatwym pszennym Liski). Świetnie pasuje do tego ogórek kiszony lub konserwowy (a co jeszcze, nie będę Wam dopowiadać ;).

piątek, 30 lipca 2010

Chleb zobaczyłam na blogu Raspberries and cream i prawie od razu pobiegłam dokarmić zakwas. Na zdjęciach wyglądał bowiem jak jeden z moich ulubionych bochenków z czasów, gdy kupowałam pieczywo: chleb staropolski, tzw. z formy. Zdjęcia nie kłamały: chleb jest przepyszny. Okazało się, że miałam za mało mąki chlebowej, więc użyłam mieszanki chlebowej, białej do wypieków i żytniej jasnej - efekty widać na powyższym zdjęciu. Oryginalnie przepis Daniela Leadera pt. Polish cottage rye.

Zaczyn:
30 g płynnego zakwasu żytniego
175 g letniej wody
175 g jasnej maki żytniej

Ciasto:
325 g letniej wody
500 g maki chlebowej pszennej (u mnie 170g chlebowej, 130g żytniej jasnej i reszta zwykłej pszennej typ 450)
10 g soli

Składniki na zaczyn mieszamy 8-12 godzin przed pieczeniem. Wyrośnięty zaczyn mieszamy ze składnikami na ciasto i wyrabiamy ok. 10 minut. Odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 2-4 godzin (u mnie wystarczyłoby ok. 2-2,5 - zostawiłam na dłuzej i przerosło). Po tym czasie przekładamy do natłuszczonej foremki (lub formujemy bochenek) i pozostawiamy do kolejnego rośnięcia (u mnie nie dłużej niż 45 minut, bo zostawiłam na dłużej i znów przerosło...). Chleb wstawiamy do zimnego piekarnika nastawionego na 200 C i pieczemy ok. godziny. Można też wstawić do piekarnika nagrzanego na maksymalna temperaturę i po 15 minutach zmniejszyć temperaturę do 200 st. C (wybrałam tą opcję, tj. nagrzałam do 250 st. C , wstawiłam chleb, naparowałam i po 15 minutach obniżyłam temperaturę). Pieczemy do momentu gdy bochenek po uderzeniu wyda głuchy odgłos (ok. 35 minut).

Chleb rósł mi jak na drożdżach, a nie na zakwasie - dwukrotnie próbował opuścić pojemnik, w którym się znajdował (najpierw miskę, potem foremkę). W piekarniku powstał mi w związku z tym ciekawy nawis z ciasta na brzegu (widać na 1szym zdjęciu). Chleb jest bardzo smaczny, pachnący i jak to gdzieś przeczytałam - uniwersalny. Gorąco polecam.

sobota, 05 czerwca 2010

Pisałam już kiedyś o nietypowym lokalu na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, czyli Przekąskach i Zakąskach. Dziś recenzja miejsca położonego o kilka metrów od bistro, z tej samej rodziny (pt. Gessler), czyli U Kucharzy.

Restauracja niedawno została wyróżniona Bib Gourmand przez krytyków Michelin. My pierwszy raz odwiedziliśmy ją niedługo po otwarciu, kilka lat temu. Bardzo dobrze zapamiętałam z tej wizyty nietypowe wnętrze: lokal został utworzony na zapleczu byłej restauracji Hotelu Europejskiego i wiele w nim nie zmieniono - pozostały np. charakterystyczne biało-czarne kafelki na podłodze, umywalki na ścianach itd. Inne rzeczy, które mnie wówczas uderzyły, to wiek obsługi - znacznie starszy niż zazwyczaj się spotyka w stołecznych restauracjach, żeby nie powiedzieć, że około emerytalny - oraz zwyczaj przywożenia dania i dodatków do niego w rondlach/na deskach itd. na wózku (czy właściwie wielkim drewnianym stole) do klienta i nakładania potraw "na żywo" przy stoliku.  Dania pieczone wychodzą z pieca o określonych porach, opisanych w menu. Jadłam wówczas śledzia w oleju lnianym, który jest dość specyficznym daniem, oraz kurczaka faszerowanego. Ogólnie retro jadłospis i styl gotowania wywarł na mnie wrażenie, podobnie jak we wspomnianych wyżej Przekąskach..., zainspirowanego kuchnią polską XX-lecia międzywojennego. Do restauracji wróciliśmy jakiś czas później, pozytywne wrażenie zostało utrzymane. Niedawno poszliśmy po raz trzeci i, niestety, nie było całkiem różowo.

Po pierwsze: obsługa. Już nie ma tylu osób w wieku starszym, i może szkoda. Obsługiwało nas dobre kilka osób i to pierwszy minus: trudno było się zorientować, kto właściwie odpowiadał za nasz stolik. Najprawdopodobniej była to pani, która nas do niego zaprowadziła, niestety dość chłodna w obyciu. W ok. 10 minut od zajęcia miejsc zorientowaliśmy się, że nie dostaliśmy serwetek. M poprosił o nie przechodzącego kelnera, po paru minutach otrzymaliśmy serwetki, które były... mocno wilgotne. Na nasze zdziwione spojrzenia kelner zapewnił nas, że są "czyste, dopiero co uprane". Podejrzewam, że to był powód, dla którego brakowało ich na stoliku: wszystkie były "w praniu". Kolejną sprawą było to, że ponieważ przy rezerwacji telefonicznej nie spytano mnie, czy chcę siedzieć w sali dla niepalących, a zapomniałam się o to upomnieć, znaleźliśmy się w części dla palaczy. M poprosił kolejnego przechodzącego kelnera, czy moglibyśmy zamienić stolik na miejsca dla niepalących. Pan obiecał się tym zająć, ale niestety, więcej go nie zobaczyliśmy.

Na szczęście pierwsze zgrzyty później nieco zrekompensowała bardzo szybka i kompetentna obsługa przy daniach głównych, szczególnie przy kaczce M, kiedy kilka osób  zajęło się nami bardzo sprawnie i efektownie. Miłym akcentem była także pożegnalna rozmowa z portierem, częściowo przeprowadzona en français ;).

Po drugie: jedzenie i napoje.

Zaczęliśmy od naszego ulubionego aperitifu, tj. Kir Royal, który był w porządku, ale piłam w życiu lepsze (podejrzewam, że była to kwestia jakości wina musującego). Jako przystawki jedliśmy smażonego węgorza (M) oraz tatar (ja). Z tego drugiego restauracja jest znana i znów nie chodzi tyle o samo danie, co o sposób jego przyrządzenia. Do stolika podjeżdża pan, który sieka drobno mięso na naszych oczach, natłuszcza je lekko olejem i miesza z pozostałymi składnikami (które także kroi "na żywo"). Przyznaję, że miałam dużą ochotę na tatara i ze smaku gotowego dania byłam zadowolona, choć tak naprawdę wydaje mi się lepiej, jeśli można je sobie doprawić wg własnych upodobań (i tak ten u Kucharzy był dość łagodny w smaku, za to - na szczęście - nie przesadzono z cebulą). M uważał natomiast, że oleju było za dużo. Podobne zastrzeżenie miał do swojego węgorza, tj. że był zbyt tłusto przyrządzony. Białe wino, które pił do ryby, było smaczne, choć za ciepłe.

Na szczęście, podobnie jak w przypadku obsługi, wstępne zgrzyty kulinarne zostały zrekompensowane (zwłaszcza w przypadku M) przy okazji dania głównego. M zamówił kaczkę pieczoną (która akurat o tej porze opuszczała piec), która była krucha, nie za sucha i nie za tłusta - w sam raz. Z dodatków była modra kapusta, sos żurawinowy i puree ziemniaczane. Ja natomiast zdecydowałam się na sztukę mięs, danie, do którego mam słabość. Ostatni raz je jadłam w Arłamowie, i muszę przyznać, że choć to u Kucharzy było całkiem smaczne (mięso podane razem z warzywami, które się z nim gotowały, plus sos chrzanowy), arłamowskie lepsze. Rzecz jest w tym, że porządna sztuka mięs powinna być leciutko włóknista, a równocześnie krucha, a ta u Kucharzy była zbyt, powiedzmy, spójna. Do tego dostałam kubek rosołu z mięsa, którego zamiast mnie - z rosołu uznaję tylko bulion/wywar używany do sporządzania innych zup - skosztował M i opisał jako bardzo tłusty i mało wyrazisty. Do dania głównego piłam czerwone wino "stołowe", które jak na tą klasę było całkiem niezłe.

Na deser - który wybiera się też z wózka - w postaci sernika zdecydował się tylko M. Choć serniki tradycyjne nie zawsze mi smakują, ten był wart spróbowania: dość słodki, gęsty, ciężki i bardzo smaczny.

Podsumowując: mam mieszane uczucia. Przed tą wizytą bym U Kucharzy raczej polecała, obecnie mam wrażenie, że i kuchnia i obsługa są mocno nierówne. Pomysł jest wciąż bardzo dobry, ale wykonanie nie zawsze trzyma poziom.

 
1 , 2 , 3
| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
Durszlak.pl

Page copy protected against web site content infringement by Copyscape

Twitter Updates

    follow me on Twitter
    Coś niecoś

    POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna
    Darmowe statystyki