Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: kawiarnie

czwartek, 26 października 2017

Pocztówki trójmiejskie pisałam kilka miesięcy temu, od tamtego czasu zdarzyło mi się jednak spędzić kolejne pół dnia w Gdańsku i znaleźć dwa nowe typy do listy „do powtarzania”. Po pierwsze bowiem, dotarłam wreszcie do podobno modnego Wrzeszcza, na ul. Wajdeloty, o której wspominała TU Ania-Truskawka. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałam porównanie, że to „gdański Zbawix”, trochę się zaniepokoiłam, bo komercyjnej strony stołecznego pl. Zbawiciela szczerze nie lubię. Na szczęście, w moim odczuciu Wajdeloty z warszawską lokalizacją ma niewiele wspólnego, poza faktem, że weganie z głodu nie umrą. Wczesnym jesiennym popołudniem w sobotę jest cicho, spokojnie, niektóre kamienice odnowione, pozostałe nie, a liczba knajp na metr kwadratowy wcale nie jest taka wysoka. Trend wegański, o którym wspomniałam wcześniej, daje się jednak wyraźnie zauważyć, stąd nasz lunch składał się z wariacji na temat soczewicy w Avocado. Było smacznie, szybko i bezpretensjonalnie, ale następnym razem może dopytamy się o nerkowce w składzie czegokolwiek, co zje M (czyt. a jeść ich raczej nie powinien, a przynajmniej nie rękoma, których może dotknąć potem do oczu ;).

Na kawę przeszliśmy na drugą stronę drogi do Kurhausu, gdzie wystrój trochę kojarzy mi się z latami 70. a kawa spełnia moje oczekiwania (i espresso, i flat white). Można też się napić cydru czy lokalnego piwa rzemieślniczego z kija. Przynajmniej w dzień wygląda to na dobre miejsce do pracy na komputerze lub spokojnej lektury – podobnie zresztą jak Matko i córko już na Starym Mieście, do którego trafiłam późniejszym popołudniem.

Przyznaję, że lokal przyciągnął mnie po pierwsze nazwą (M kiedyś regularnie używał jej jako okrzyku), po drugie lokalizacją – ul. Św. Ducha jest jedną z moich ulubionych ulic na gdańskiej starówce (w moim odczuciu ładna, szeroka a dużo bardziej cicha od choćby równoległej Mariackiej). Kawiarnia jest w sumie taka, jak lokalizacja: bez zadęcia i spokojna. Wnętrze to szereg niewielkich salek/zaułków, w których można przycupnąć i w ciszy popracować, odpocząć po zwiedzaniu (ja), poczytać, pogadać czy pograć w dostępne na miejscu planszówki. Do jedzenia raczej tylko słodkie (z drobnymi wtrętami hipsterskimi, bo mignęły mi jakieś wypieki jaglane ;), za to napoje zajmują większość karty; przy słowie „kawiarnia” zresztą się wahałam, bo wybór herbat jednak chyba większy. Dominują jednak zielone/czarne, których nie pijam, ale na szczęście są też napary. Zdecydowałam się na malinowy, który okazał się podkręconą wersją ulubionej hot ginger lemon honey, do której wcześniej nie wpadłam, by dodać owoce, a to przecież świetny pomysł. Do powtórzenia w domu w sezonie malinowym lub z mrożonymi owocami.


Znacie? Lubicie? A może polecacie podobne miejsca?

PS. Miała być jeszcze recenzja podobno bardzo smacznych kanapek z zapyziałej budki koło stacji kolejki SKM Politechnika, do której specjalnie się pofatygowałam, ale niestety okazała się w sobotę zamknięta :(.

Zapisz

czwartek, 14 września 2017

Vancouver uchodzi za jedno z miast o najwyższym standardzie życia na świecie, czy takie, co „ma wszystko” - metropolia z dużą ilością zieleni, położona nad morzem, z dostępem do oceanu, otoczona górami (zimą do najbliższych wyciągów jedzie się góra kilkadziesiąt minut). Szklane wieżowce sąsiadują z drewnianymi domami z początków rozwoju miasta. Do tego dość niski poziom przestępczości, ścieżki rowerowe i transport publiczny. Żeby nie było zbyt różowo, ceny nieruchomości obecnie nie są dla wszystkich a bezdomnych trudno nie zauważyć i w centrum, i w parkach. Trudno też uciec od smutnych refleksji na tle etnicznym, do których skłaniają choćby słynne totemy w Stanley Park (jedna z większych atrakcji turystycznych w mieście). Choć Vancouver nie skradło mojego serca tak, jak Nowy Jork, i to mimo tego, że też są budynki w stylu Art Deco*, jest to miasto łatwe w obsłudze przez kilka dni, zwłaszcza jak się mieszka w centrum i można niemal wszędzie dojść na piechotę (ew. dojechać rowerem miejskim, choć warto zaznaczyć, że prawo prowincji BC teoretycznie nakazuje jazdę w kasku, którego przeciętny turysta ze sobą raczej nie ma).

Pierwszą noc po przylocie spędziliśmy w dzielnicy West Point Grey (obok „hippisowskiego” czy też artystycznego Kitsilano), stosunkowo blisko lotniska oraz Jericho Beach. Jest to dzielnica mieszkalna, pełna domów jednorodzinnych z ogrodami i pustych, szerokich ulic ocienionych platanami. W ramach walki ze zmianą czasu poszliśmy jeszcze na krótki spacer nad morze. Było słonecznie, ciepło oraz wyjątkowo cicho, co zwalałam na długi weekend (Labour Day) z pogodą proszącą się o ucieczkę z miasta. Gdy po kilku godzinach snu obudziliśmy się o 2:30, po paru próbach ponownego zaśnięcia wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do całodobowego Lucy’s Eastside Diner. Ponieważ była to sobotnia noc, czy też właściwie nad ranem w niedzielę, w dinerze było całkiem sporo osób, przypuszczam kończących w ten sposób sobotnią zabawę ;). I tak naszym pierwszym kanadyjskim posiłkiem stała się kawa w stylu amerykańskim, wytrawne pankejki podane z pulled pork (!) oraz hash browns, tj. smażonymi ziemniakami. Po posiłku pojechaliśmy na nocne oględziny portu w Prospect Point oraz poszukiwanie wschodu słońca w Stanley Park; efekty widać na zdjęciach. Bonusem był „nasz pierwszy kojot” dostrzeżony z okna samochodu podczas drogi powrotnej do pensjonatu.

Po powrocie ze Squamish obrzeża Stanley Park (konkretnie jezioro Lost Lagoon) oglądałam codziennie podczas porannych przebieżek, bo mieszkaliśmy w dzielnicy West End, w której częściowo pozostawiono XIX w. domy (otoczone oczywiście blokami). Parę moich ulubionych widać na poniższych zdjęciach. W jednym mieści się Roedde House Museum, które polecam miłośnikom vintage, retro i pochodnych. Jest to w gruncie rzeczy mini skansen, tj. dom mieszkalny z odtworzonymi oryginalnymi wnętrzami, z ogromną liczbą akcesoriów z epoki; zwiedza się obowiązkowo z przewodnikiem, starszym wolontariuszem.

Vintage w formie stylu shabby chic (z naciskiem na to pierwsze, tj. obdrapanie i celowy brak renowacji ;) występowało w dwóch kawiarniach, które odwiedziliśmy właściwie przypadkiem, a które polecam i jako źródło napojów/przekąsek, i fanom tego stylu wnętrzarskiego. Jedna to Le Marche St. George, do której podjechaliśmy po zwiedzeniu ogrodów botanicznych Van Dusen. Prowadziłam nas za pomocą mapy Google, zastanawiając się, czy ktoś nie zrobił błędu, byliśmy bowiem znowu na cichym osiedlu domków mieszkalnych, gdzie przynajmniej w naszym kraju kawiarnie rzadko się spotyka. Tymczasem w Kanadzie faktycznie – narożny dom został udekorowany sznurami lampek, które na pewno świetnie znacie ze zdjęć na Pinterest czy Instagramie, na chodniku stoi kilka stolików a wnętrze jest wypełnione starymi szafami i stolikami nie od pary. W szafach stoją artykuły spożywcze do kupienia, typu sól wędzona, lub niszowe kosmetyki, typu mydło na piwie czy ziołowe serum do twarzy. Żeby jednak nie było, że wszystko jest na pokaz, kawa była świetna (bez poprawiania, tj. zmniejszania ilości mleka lub dolewania espresso, bo smutne doświadczenie uczy, że warto przed zamówieniem spytać choćby o wielkość kubka…), kisz smaczny i wypiliśmy nasze pierwsze London Fog, z którego słynie Vancouver. To słodki, mleczny napój herbaciany, trochę jak masala chai bez przypraw, ew. waniliowa bawarka. Ponieważ było ciepło, M zamówił wersję z lodem. W kawiarni panował duży ruch, m.in. przyszedł lokalny policjant, który pożegnał się z obsługą „było pysznie, jak zawsze”, a potem delikatnie zwrócił nieświadomym Europejczykom (tj. nam) uwagę na temat włączania się do ruchu w mieście Vancouver („nie każdy prowadzi tak świetnie jak Pan i dlatego lepiej parkować po prawej stronie drogi, żeby nie przecinać ulicy ruszając”).


Podobną osiedlową kawiarnią, do której trzeba trafić docelowo (np. przez media społecznościowe ;) lub mieszkać w pobliżu, jest Greenhorn, do którego zajrzeliśmy po pierwszym biegu wokół Lost Lagoon. Ponieważ kawiarnia dopiero wówczas się otwierała (o 7 rano), nie spodziewałam się, że gdy następnego dnia udam się tam w deszczu na ulubioną flat white (skądinąd mało w Kanadzie popularną), będę miała problem ze znalezieniem miejsca siedzącego… Podobnie zresztą było w drugim wnętrzu z shabby chic, o którym chciałam wspomnieć, tj. Finch’s w dzielnicy Gastown. Znów padało, a dotarliśmy tam tylko dlatego, że kanapkownia, w której chciałam zjeść lunch, okazała się zamknięta w sobotę (czyli pewnie nastawiona na klientów z pobliskich biur ;). Sam budynek, w którym mieści się kawiarnia, jest wart sfotografowania, jeśli lubi się to, co stare i nieco zapuszczone (ale takie w ogóle jest Gastown, poza pojedynczymi świeżo odnowionymi kamienicami z eleganckimi butikami). Finch’s serwuje napoje, sałatki i rozmaite kanapki – wszystkie przygotowywane na świeżo i smaczne, podawane na kawałku złożonego pergaminu, który potem należy wyrzucić do, uwaga, kosza na odpadki organiczne.

Dodatkowym plusem jest sąsiedztwo (po drugiej stronie ulicy) księgarni The Paper Hound, która jest nr 1 na liście „miejsc do ponownego odwiedzenia, jeśli kiedyś wrócę do Vancouver”. O ile Hatchards jest moją ukochaną księgarnią z nowymi książkami, The Paper Hound w tej chwili zajmuje pierwsze miejsce w kategorii używanych – prawdopodobnie od chwili, gdy zobaczyłam półkę z książkami dla dzieci pt. „gryzoń jako główny bohater”. Polecam też zajrzenie do „książek zakazanych” oraz do szafki z osobliwościami („fałszywe pamiątki rodzinne”). Kończąc temat Gastown, warto jeszcze dodać, że mieści się tam też kilka ascetycznych kawiarni nowego typu, takich dla miłośników alternatywnych metod parzenia i innych trzecich fal (ale w Nemesis flat white dobre też zrobią) oraz... punkty sprzedaży marihuany.

 

Dokąd bym jeszcze wróciła? Do przedstawicieli „kuchni świata”, tj. na taco do La Tacqueria Pinche (nie mam wielkich doświadczeń z kuchnią meksykańską, ale tu smakowało mi wszystko, zwłaszcza mole) oraz do Kingyo, izakaya na Denman St. Restauracji azjatyckich w Vancouver nie brakuje, co jest zrozumiałe, jeśli się przyjrzy mieszkańcom miasta… czy trochę pociągnie nosem: mnie się Vancouver chyba już będzie kojarzyć z zapachem oleju sezamowego ;). Kingyo wybrałam na lunch m.in. dlatego, że znajdowało się kilka minut na piechotę od naszego pensjonatu plus miało dobre recenzje. Nie robiłam rezerwacji, ale w popularnych porach warto; w 20 minut po otwarciu, czyli jeszcze przed 12, załapałam się na ostatni firmowy zestaw bento. Jak wyglądał, widać powyżej. Nie byłabym w stanie powtórzyć dokładnie, co jadłam, poza tym, że były surowe przegrzebki i niemal surowy tuńczyk, i kawałek wieprzowiny, i zupa miso, a wszystko było bardzo smaczne i zaskakująco lekkie.

Trzecim wyborem byłoby miejsce dla miłośników ryb i owoców morza, znana i powszechnie polecana Blue Water Cafe (a ja pierwszy raz o niej przeczytałam na blogu Ani, tj. Jest pięknie). Choć przed kolacją wzdychałam nad dłuuugą listą lokalnych ostryg, ostatecznie podzieliliśmy się wyborem surowych owoców morza dla dwojga, i w ten sposób po raz pierwszy zjedliśmy meduzę (gdybym nie wiedziała co to, powiedziałabym, że makaron ryżowy z – znowu - olejem sezamowym ;) oraz upewniliśmy się, że lubimy ceviche. Drugie dania to tuńczyk (M) i golec (ja), obydwie ryby b. świeże, prosto doprawione a porcje spore; piliśmy także białe wina z regionu Okanagan, w czym mieliśmy pewien cel, o czym następnym razem. Jeśli lubicie ryby/owoce morza, zdecydowanie warto pójść; z Yaletown, gdzie mieści się Blue Water, jest blisko na targ na Granville Island. My go odwiedziliśmy po 9 rano, poszukując kulinarnych pamiątek lub prezentów, i wydawał mi się przyjemnie niezatłoczony w porównaniu do np. Borough Market; w porze lunchu przypuszczam, że ruch jest znacznie większy.

Poza ww. top trójką oczywiście zjedliśmy w jeszcze paru innych restauracjach, które jednak nie załapują się na listę „do powtarzania”, np. w eleganckim Hawksworth (gdzie choć jedzenie smaczne, były problemy z obsługą, które moim zdaniem nie powinny wystąpić zwłaszcza w restauracji tej klasy) czy Forage, słynącym z czysto lokalnej kuchni (gdzie zjedliśmy bizona, kanadyjskie sery i piliśmy produkowane w kraju orzechowe amaretto, bez aromatu gorzkich migdałów). Byliśmy także testować piwa w Steamworks, który w porównaniu z browarami w Squamish jest rozmiarów fabrycznych a mimo to trudno wieczorem o stolik, oraz na koktajlach i ostrygach w Gotham. Śniadań poza domem nie było, gdyż zapewniał je w urozmaiconej i obfitej postaci pensjonat, i… też codziennie w jakiejś postaci pojawiały się ziemniaki ;).

CD, czyli wino i góry, nastąpi.

* Ale powiedzmy sobie szczerze: budynek Chryslera jest jeden, a jak się go zobaczy wieczorem, to już się nie odzobaczy ;).

Zapisz

Zapisz

wtorek, 12 września 2017

Gdy nasza przyjaciółka E. dowiedziała się, że jedziemy do Kanady, powiedziała „syrop klonowy i szopy pracze”. Moje pierwsze skojarzenia byłyby pewnie literackie, bo jako dziecko „karmiona” byłam Curwoodem (nieskutecznie, bo książki przygodowe to nie mój gatunek) i L.M. Montgomery (bardzo skutecznie; do tej pory zdarza mi się odświeżać Błękitny Zamek) . Z tego ostatniego powodu, gdybym miała sama wybrać miejsce docelowe w tym kraju, na pierwszym miejscu byłaby Wyspa Księcia Edwarda. Gdy jednak wyjazd jest tylko połowicznie wypoczynkowy, a część zawodowa wiąże się z Vancouver, człowiek znajduje się na zachodnim wybrzeżu (a całą tą relację pisze przemieszczając się pomału w kierunku Gór Skalistych).

W stolicy Kolumbii Brytyjskiej musieliśmy zatrzymać się na dłużej dopiero na czwarty dzień po przylocie, więc po dość krótkiej nocy w Vancouver (o czym następnym razem) ruszyliśmy na północ wzdłuż wybrzeża. Squamish to popularny cel np. weekendowych wycieczek mieszkańców Vancouver – trudno się dziwić, zważywszy na atrakcyjność miejsca i tylko godzinę jazdy samochodem. Whistler, znany ośrodek narciarski, znajduje się ok. 40 min. dalej. Nasze plany zakładały chodzenie po górach przez trzy dni pobytu, wiele osób jednak przyjeżdża tam na rafting, rowery, kajakarstwo… Możliwości jest wiele, choć natura nie zawsze ułatwia uprawianie sportu: trafiliśmy na wyjątkowo upalną pogodę, pod koniec połączoną z powietrzem zanieczyszczonym dymem z pożarów lasów. O ile na to drugie niewiele mogliśmy poradzić (i dlatego zdjęcia ze szczytu najpopularniejszej góry w okolicy, Stawamus Chief, są wszystkie zamglone), w przypadku pierwszego pomaga jetlag. Przy różnicy czasu 9 godzin, pobudka o np. 2:30 w pierwsze parę dni była dla mnie normą (oznaczało to także, że z wyjścia do restauracji pierwszego wieczoru niewiele pamiętam, bo prawie zasnęłam przy stole ok. 18). Słońce wstawało ok. 6:30, ale koło 6 było już względnie jasno. Tak czy inaczej, już koło 7 rano można było zacząć wędrówkę i w porze największego popołudniowego upału znaleźć się już na dole, by podjechać do jednego z jezior w okolicy (dwukrotnie zaliczyliśmy kąpiel w popularnym Lake Alice – pływanie w orzeźwiającej wodzie po uprawianiu sportu to jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie znam).

Jeśli chodzi o same wędrówki, zaliczyliśmy spacer po Murrin Park, który choć mały, z wyżej położonych punktów ma piękne widoki na cieśninę Howe, wejście na Blackcomb (z zjazdem wyciągiem do centrum Whistler – załapaliśmy się na ostatni dzień pracy wyciągu, przy czym bilety na zjazd trzeba kupić… uwaga, wcześniej w dolnej stacji, czyli my musieliśmy kupić je dzień wcześniej, biorąc pod uwagę start o 7) oraz wspinaczkę na środkowy (tzw. drugi) szczyt Stawamus Chief. O ile szlaki w Murrin Park (poza najwyższym punktem) czy na Blackcomb bardzo przypominały ścieżki alpejskie czy nawet bieszczadzkie, Chief, przynajmniej od pewnego momentu, był bliższy Acadii w Maine. Z tą różnicą, że choć w Acadii korzystaliśmy przez chwilę z lin, nie musieliśmy się na nich podciągać, zwłaszcza nie po kawałku pionowej skały ;). Jak zobaczyłam potem klasyczną drabinę do dalszego wspinania się, bardzo się ucieszyłam. Widoki ze szczytu, nawet zaciągnięte dymem, wynagradzają stres i wysiłek (w moim przypadku razem z perspektywą zejścia inną trasą ;).

Innym bonusem, przynajmniej w wybrane dni, jest urocza zielona przyczepka z lodami Alice & Brohm, strategicznie umieszczona przy parkingu koło wejścia na szlak. Lody są zrobione z lokalnych składników, tylko owocowe, w 3 lub 4 klasycznych smakach, co stanowi odświeżającą odmianę po lodziarniach oferujących kilkanaście lub kilkadziesiąt opcji. Duża malina (M) i mała jeżyna (ja) w krajobrazie pustynnym smakowały świetnie.

Wspomniałam wyżej magiczne słowo „restauracja”. W Squamish nie mieliśmy noclegu z wyżywieniem ani możliwością przygotowania sobie posiłku, więc zwiedzaliśmy lokalną gastronomię także w zakresie śniadań. Na głównej ulicy tego swoiście zabudowanego miasta znaleźliśmy dwie przyzwoite kawiarnie z dobrą kawą; ciut lepsza była w The Ledge Community Coffee House, ale za to Zephyr Cafe jest otwarta od 6:30. Dlatego dwukrotnie zjedliśmy w niej śniadanie, przy czym rozmiar tego posiłku jest taki, by dostarczyć paliwo na dobre kilka godzin, nawet dla osób uprawiających sport (w dniu wyjazdu, tzn. bez wędrówki, po dorodnym talerzu granoli nie byłam głodna przez prawie 7 godzin ;). Numerki stolików/zamówień wyznaczają zabawki, typu figurka dinozaura lub Batmana, w środku kawiarni zaś panuje lekki duch hippizmu, który – w moim odczuciu – jest w ogóle wyczuwalny w Squamish, czasem płynnie przechodząc w łagodne hipsterstwo. Objawia się to liczbą szkół jogi oraz koczującymi (i ćwiczącymi) pod Chiefem joginami, sklepami z odzieżą używaną lub ręcznie dzierganą, czy łagodnie uśmiechniętymi długowłosymi osobami w różnym wieku, spacerującymi boso po bardzo rozgrzanym asfalcie lub wędrujących z jumbo matami do – znowu - jogi na plecach. Oczywiście, znalezienie dań weg(etari)ańskich nie jest też problemem. Miasteczko uprawia także ogródek warzywny na cele społeczne, typu bank żywności. Aha, i część przejść dla pieszych jest tęczowa ;), choć to zobaczyłam później także w Vancouver.

Hipsterstwo objawiło się chyba najwyraźniej podczas cotygodniowego targu (farmer’s market) w Whistler, który odwiedziliśmy w ramach kupowania ww. biletów na zjazd w Blackcomb, i w ten sposób wypiliśmy „naszą pierwszą kombuchę”. Gdybym nie wiedziała, że to sfermentowana herbatka, powiedziałabym, że woda gazowana z sokiem ;). Nie wchodząc w szczegóły składników i ich działanie, w gorący dzień smakowała bardzo dobrze.

Z innych lokalnych napojów wypróbowaliśmy dwa miejscowe browary, bo piwowarstwo rzemieślnicze w regionie ma się bardzo dobrze (w Vancouver urządza się np. oficjalne wycieczki po dzielnicy browarniczej, reklamowane choćby w… punkcie wynajmu samochodów). Zestaw 4 niedużych szklanek, czyli tzw. flight, do przetestowania wybranych piw to norma; bardzo podobało mi się, że może obejmować właśnie wybrane piwa, nie narzucone przez bar. W Howe Sound Brewing w centrum Squamish, mieszczącym się niedaleko naszego hotelu, ostatecznie piliśmy tylko piwo (raz testowo, za drugim razem od razu poprosiliśmy o Sky Pilot ;), natomiast w Backcountry Brewing, położonym ok. 3 km w stronę Whistler, zjedliśmy także bardzo smaczną pizzę i sałatkę, choć jak dotarliśmy na miejsce, niezupełnie myślałam o jedzeniu… Trzy kilometry wydają się bowiem dwa razy dłuższe, jeśli się je przejdzie w pełnym słońcu, w temperaturze w cieniu ok. 35 st. C, zacieniona strona ulicy bowiem nie istnieje. Squamish zostało założone niewiele ponad 100 lat temu, budynki są niskie, rozłożone z rzadka na dość dużym obszarze. Samo centrum przypominało mi mocno miasteczko Fortitude z serialu o tej samej nazwie ;). Mimo to cieszyłam się, że obraliśmy je na bazę zamiast Whistler, które postrzegam jako typowy kurort.

CDN., albo wypatrujcie relacji z Vancouver! W między czasie zapraszam na Instagram, także IG Stories.

Zapisz

sobota, 22 kwietnia 2017

Gdzie spędzaliście wakacje jako dzieci? Pod gruszą, np. u babci, w górach, nad morzem? Ponieważ byłam chorowita, rodzice uważali, że powinnam przynajmniej 2 tygodnie w roku wdychać jod, czyli kopać grajdołki nad Bałtykiem. Więc było Mielno, Łazy, Świnoujście (te trzy miejscowości bardzo mgliście pamiętam), Gdynia, Brzeźno, Trzęsacz (z pamięcią coraz lepiej) oraz słynne kolonie koło Ustronia Morskiego, gdy miałam 14 lat. I tu regularne wakacje nadmorskie ustały. Tzn. jeszcze byłam raz na Jarmarku Dominikańskim, jeździłam też na studenckie majówki do Karwi (gofry, piwo i wydmy – tak można to podsumować*), ale ostatni z nich był dobre kilkanaście lat temu. Zeszłoroczny wczesnoczerwcowy wypad do Trójmiasta, powtórzony 2 tygodnie temu, można więc spokojnie rozpatrywać w kategoriach powrotu po latach ;).

„Które najładniejsze, Gdańsk, Sopot czy Gdynia?” to pytanie typu „Boże Narodzenie czy Wielkanoc”, choć jak mam być szczera, żadne nie skradło mojego serca. We wspomnieniach z hm, poprzedniego wieku, Gdynia i Sopot były „bardzo ładne”, teraz jednak, mocno przyduszona, może wybrałabym Gdańsk (choć jak patrzę na zdjęcia, powinny być to bardziej zaniedbane i oddalone od Monciaka uliczki Sopotu ;).

Nie ukrywam, że wciąż topowym nadbałtyckim doświadczeniem – poza sezonem, zaznaczam – są nie rozkosze miejskie**, ale zestaw gofry + bezmyślne leżenie na piasku, może być połączone z drzemką + piwo (np. z plastikowego kubka z budki z zapiekankami kilka metrów od plaży), w takiej właśnie kolejności (czynności można powtarzać). W wersji bardziej zdrowej spodobała mi się także poranna przebieżka: w jedną stronę plażą, w drugą stronę parkiem. I tu kolejny plus Trójmiasta: stosunkowo liczne parki miejskie oraz rezerwaty przyrody „pod ręką”, typu Kępa Redłowska, po której rok temu dość długo chodziliśmy.

W temacie rozkoszy miejskich: wygląda na to, że znaleźliśmy już „swoje” miejscówki (bo jeśli powrót po roku do lokalu jest znów udany, to uważam, że miejsce można polecać). I o nich niżej.

Po pierwsze, na śniadanie: Cały Gaweł w Sopocie. Strategicznie blisko dworca SKM (oraz kamienicy z lekko antycznym młodzieńcem z koszem na głowie ;) z drugiego zdjęcia we wpisie), więc dogodnie dla podróżnych. Wnętrze ciemne, ale z dużą ilością wesołej żółci oraz neonami (rower na ścianie to nowość w stosunku do poprzedniego roku). Flat white jest mocna – ożywi nawet, jeśli poprzedni wieczór był nieco za długi ;) – i smakowała mi najbardziej z wypitych w Trójmieście kaw. Śniadanie kaszubskie (zestaw widoczny powyżej) albo wykarmi dwie osoby, albo sprawi, że do wieczora będziecie najedzeni ;). Dla nudzących się jest zestaw czasopism, w tym np. Kinfolk.

Po drugie, na obiad, kolację i/lub piwo: Pobite Gary w Oliwie. Co mi się podobało? Smaczne, bezpretensjonalne dania (próbowałam głównie rybnych/z owocami morza, np. halibuta z mulami - na zdjęciu w lewym górnym rogu); olej z lnianki (rydzyka) zamiast oliwy do chleba (w ww. Gawle na stołach stoi rzepakowy – bardzo mi się podoba ten trend); dobre jasne piwa z nalewaka (ostatnio kaszubskie, wcześniej czeskie). Karta letnich koktajli też wyglądała ciekawie, choć nie testowałam. Do tego wystrój trochę jak w świetlicy i towarzystwo przynajmniej w dużym stopniu lokalne, typu młode pary z dziećmi.

Po trzecie, na kawę: Drukarnia w Gdańsku, w samym sercu starówki. Tu może małe oszustwo, bo byłam w kawiarni tylko raz, ale kawa była bardzo przyzwoita, plus dużym atutem jest wystrój, zwłaszcza podziwiany z piętra (które pełni także rolę galerii sztuki). Spożywczo są tylko wypieki (ciastka owsiane przyciągnęły mój wzrok) lub małe wytrawne – kanapki lub przyjazne weganom zestawy śniadaniowe. Można się też zapisać na warsztaty kaligrafii.

CDN., jak przypuszczam, bo w końcu z Mazur nad morze tyle samo się jedzie, co do stolicy, a ja wciąż nie trafiłam na Wyspę Sobieszowską czy do Gdańskiej Galerii Fotografii...

* Był jeszcze wykopany tunel do Australii, albo nie tylko dzieci drążą grajdołki w piasku ;).

** Choć względnie nowe muzea – II wojny światowej w Gdańsku oraz Muzeum Emigracji w Gdyni, które widać w lewym górnym rogu na poniższym zdjęciu – polecam.

Zapisz

czwartek, 29 września 2016

Kilka lat temu zamieściłam post o restauracjach w Bad Hofgastein, który cieszył się całkiem sporą popularnością (np. znajomi rodziców okazało, że go czytali przed wyjazdem na narty, „bo wyskoczył z Google”). Warto dodać, że z trzech wówczas polecanych restauracji wciąż chodzimy tylko do jednej (Bertahof), która przez ten kilka lat moim zdaniem poprawiła poziom. Włoska knajpa zmieniła właścicieli (ale poprzedni założyli bistro połączone ze sklepem, do którego zaglądamy na kieliszek wina lub po oliwki na wynos), zaś do Tröpferl niestety się zraziliśmy. Swoisty ;) poziom trzyma jednak Austria, o której wspominałam przy innej okazji.

Podczas tegorocznych pobytów w Gasteinertal (myślę tu też o nartach) zebrałam też trochę wrażeń kulinarnych po sąsiedzku, kilka km dalej, w Bad Gastein i uznałam (za namową M), że czas na kolejny wpis. Jak na tradycję przystało, będzie też „trójkowy”.

Chronologicznie, a więc cofając się do tegorocznej zimy: jechaliśmy przez samo centrum Bad Gastein, czyt. okolice dworca, basenu i stacji kolejki na Stubnerkogel, a właściwie snuliśmy się za autobusem w śniegu. Z braku zajęcia rozglądałam się na boki i w pasażu handlowym po lewej stronie zauważyłam nowy lokal. Zdążyłam tylko zobaczyć fragment nazwy „Coś tam beans" (fasolki, ale tu: ziarna), i mignęło mi wnętrze a la kawiarniane. No, jak bardzo, bardzo mała kawiarnia. Niemniej, nabrałam nadziei, że może być to źródło tego, co rozumiem przez dobrą kawę (co by sugerowało, że było to w drugim tygodniu pobytu, kiedy już nasyciłam się i Braunerem, i kawą z ekspresu automatycznego ;)). Wkrótce okazało się, że miałam rację. Mowa bowiem o The Blonde Beans, miejscu założonym przed dwie Szwedki (obecnie, żeby było bardziej międzynarodowo, kawę serwuje także nowozelandzki mąż jednej z nich ;). Ponieważ punkt powstał w miejscu byłego sklepu jubilerskiego, „Fasolki” (bo taką mają u mnie przezwisko) działają głównie na wynos: miejsc siedzących jest dla góra czterech osób, i raczej lubiących bliski kontakt z innymi. Gdy jest ciepło, parapet na zewnątrz może pomieścić jeszcze ok. 2-3 sztuk. Menu jest krótkie: codziennie 2 dania lunchowe, z czego jedno wege/jarskie, poza tym kanapki i słodycze i, przede wszystkim, kawa. Flat white zimowe miało potencjał, ale za dużą pojemność, letnie jest jednak idealne bez żadnych dodatkowych instrukcji dla baristy. No, w końcu formuła podobno przywędrowała właśnie z Nowej Zelandii… ;) Aha, warto do The Blonde Beans zajrzeć wtedy, kiedy Anna ma świeżo upieczone bułeczki cynamonowe (patrz: zdjęcie ^^). Na semla się niestety nie załapaliśmy… jeszcze ;): wszak zima nadchodzi!

Utrzymując się w temacie kawiarni: rok temu zauważyłam, że budynek elektrowni niedaleko wodospadu, w „dolnej” części miasta, sprawia wrażenie odnowionego. Kilka miesięcy później obiło mi się o oczy, że owszem, remont miał miejsce, dzięki czemu powstała nowa kawiarnia, o bardzo stosownej nazwie: Kraftwerk. Gdy zobaczyłam zdjęcia wnętrza, zrozumiałam, że muszę je odwiedzić: jest to gratka i dla fanów stylu (post)industrialnego, i miłośników retro, i techniki. W skrócie, za wystrój należy się piątka (także za zostawienie starych kafelków na podłodze). Sporem plusem jest też lokalizacja, zwłaszcza jeśli lubi się wodospady (jak blisko ten się znajduje, łatwo ocenić na zdjęciu ^^) – choć osobiście powiedziałabym, że Bad Gastein jest w ogóle malownicze, zwłaszcza w miejscach, z których nie widać piętrowego parkingu miejskiego lub centrum kongresowego. Menu kawiarni to napoje (także alkoholowe), ciasta w stylu domowym i drobne dania typu sałatki, makarony, itd. Jedliśmy tylko ciasto (kelnerka poszła się wcześniej dowiedzieć, jakie jest – do wyboru był Apfel- lub Schokokuchen) i piliśmy kawę: jak na Braunera przyzwoitą, ale jest to zdecydowanie Brauner, nie podwójne espresso, jakiego bym się spodziewała w opisanych powyżej „Fasolkach”. Może kiedyś jak będę miała znowu ochotę popatrzeć na zegary i maszynerię, spróbuję czegoś wytrawnego.

Jako nr 3, większy gabaryt: restauracja Rossalm. Gdybym regularnie zjeżdżała na nartach ze Stubnerkogel do Bad Gastein, mijałabym lokal po prawej na samej końcówce przed stacją kolejki i parkingiem. Ponieważ jednak nie lubię tej trasy, przez kilkanaście lat zjechałam tam… całe dwa razy ;), a Rossalm wskazał mi M, gdy ruszaliśmy na szczyt równoległy do Stubnerkogla: „O, to to miejsce, dokąd chciałaś pójść”. Rzeczywiście, chciałam, po wiosennej lekturze artykułu nt. kulinariów w Bad. Restaurację chwalono a recenzowana kuchnia wydawała się ambitniejsza od przeciętnej. Ponieważ na trasie mieliśmy strategicznie umieszczoną gablotkę z menu, zatrzymaliśmy się by rzucić na nią okiem, i ze zdziwieniem przeczytaliśmy godziny otwarcia: tylko piątek-niedziela, i nie za długo. A że akurat zaczynał się weekend… M miał wątpliwości, czy po paru godzinach wspinaczki w pełnym słońcu będziemy się prezentować hmmm, restauracyjnie, ale zwróciłam uwagę na prosty wygląd lokalu (drewniana chata), „sportową” lokalizację i to, że możemy w końcu siedzieć na zewnątrz.

Gdy po ok. 4 godzinach dotarliśmy na lunch, okazało się, że to siedzenie na zewnątrz jest faktycznie wskazane, bo wewnątrz jest nieco zbyt elegancko (czyt. przytłumione światło, szkło i białe obrusy) jak na nasze odzienie i powysiłkową aparycję; zresztą, wyjątkowo letnia aura się aż prosiła o posiłek al fresco. Zajęliśmy więc stolik w cieniu z widokiem na miasto, i skupiliśmy na wyborze dań. Podobało mi się, że większość pozycji w karcie stanowiła nowoczesną wariację na temat austriackiej klasyki, okraszona kuchnią międzynarodową (jak przystawki, na które się zdecydowaliśmy). I tak zjedliśmy zupę z batata z przegrzebkiem (ja), tatara z łososia (M), duszone mięso jelenia (M) oraz Tafelspitz, tj. cielęcą sztukę mięs (ja). Co rzadko się zdarza, do smaku żadnego dania nie mogłabym się przyczepić: po prostu wszystko było smaczne, nawet tatar rybny, który zazwyczaj mnie w restauracjach rozczarowuje (i właściwie przestałam go zamawiać). Jak to ujął M, był doprawiony, ale smak ryby nie został zabity (co w moim odczuciu ma miejsce prawie zawsze). Chyba najbardziej mi się podobał Tafelspitz, od sposobu podania mięsa z wywarem w naczyniu wiadomej firmy ;) plus dodatki (m.in. jabłko z chrzanem, smażone ziemniaki, szpinak) w mniejszych naczyniach, na zasadzie „zrób to sam”. Od razu przypomniał mi się bardzo stary Pyrex, w którym dostałam siostrzane danie, tj. blanquette de veau, w Benoit. No cóż, nie tylko w kategorii „estetyka” Rossalm wygrywa z paryskim bistro. Aha, warto zauważyć, że porcje – jak na dość elegancką formułę zwłaszcza – są raczej duże; M musiał mi pomóc dokończyć mięso.

Z minusów: zmieniłabym proporcje niektórych dań, np. w mojej przystawce było za dużo zupy w stosunku do przegrzebków (bo była dosłownie jedna sztuka ;); w obu daniach M trochę za dużo się działo, jeśli chodzi o kleksy sosów/dekoracyjne a jadalne dodatki (jest to coś, co b. często mi przeszkadza w restauracjach, z lokalnych przykładów w Bertahof często się zdarza). Sztuce mięs też towarzyszyło sporo rzeczy, ale ze względu na formę podania a la jednoosobowy bufet, trudno narzekać na nadmiar. Kolejna sprawa: nie sprawdzałam dokładnie, ale nie rzuciło mi się oczy wiele dań wegetariańskich poza (przypuszczalnie) zupą, jakąś sałatką i deserami; frakcji bezmięsnej radziłabym wcześniejsze sprawdzenie menu. Obsługę oceniam jako obojętną – poprawną, ale nieco za mało zaangażowaną i chłodną; uśmiech i parę słów od siebie w ramach np. rekomendacji naprawdę sporo zmieniają (tu tęsknie myślę o marcowym Londynie, zwłaszcza Harwood Arms...). Wreszcie, niestety: oblany Bublotest ;). Wszystkie te negatywy uważam jednak za drobiazgi i z dużą chęcią do Rossalmu wrócę, np. sprawdzić, jak wygląda w zimowym wydaniu… i jak odświeżają Kasnockn’ czy Tiroler Gröstl, moje ulubione lokalne dania z patelni. Muszę tylko koniecznie pamiętać, żeby przed takimi konkretami darować sobie już przystawkę ;).

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

wtorek, 22 września 2015

To, że lubię kawę oraz kawiarnie, to nic nowego. O austriackich wspominałam kilkakrotnie, np. w kontekście ich wystroju i tego, co nazywam „zapyziałością”. W Gasteinertal mamy kilka ulubionych, m.in. Café Gastun (Dorfgastein) czy Café Shuh (Bad Gastein), obie z obowiązkowymi pstrokatymi (wzorek geometryczny, wiek na oko co najmniej 20 lat) obiciami krzeseł i siedzisk. W obu kawiarniach bywają lokalni mieszkańcy, plusem Café Shuh jest specyficzny (szorstki w obyciu, ale bratanek M sprawił, że nawet się uśmiechnął) główny kelner (właściciel?). Do austriackiego Braunera się przyzwyczaiłam, choć nie jest to ten typ kawy, który lubię i pijam w warunkach domowych, podobnie zresztą, jak normalnie nigdy nie jadam tortów, a tu w kawiarniach mi się zdarza. Innymi słowy, przyciąga nas głównie atmosfera.



W zeszłym roku przypadkiem znaleźliśmy ulubione miejsce w Salzburgu, tj. Café Bazar, miejsce z tzw. historią. Lokalizacja nad rzeką, z widokiem na starówkę, duże, stare wnętrze, styl lekko Art Deco, duży ruch wewnątrz, ale znów głównie lokalny (sporo starszych osób, spotykających się towarzysko), gazety papierowe (!) na wieszakach, które stanowią popularną lekturę. Za pierwszym razem jadłam najlepszy w życiu Topfenstrudel (na zdjęciu powyżej). Kawa to znów Brauner – przyzwoity i mocny, ale niestety, jednak nie espresso.

Gdy parę dni temu spędziliśmy dobę w Wiedniu, powiedziałam M, że chcę pójść do paru kawiarni, przy czym zależało mi na kontrastach. Była więc i klasyka z historią, i nowa fala, tj. właściwie trzecia fala ;).

Café Central przegapiliśmy wędrując Herrengasse wzdłuż Palais Ferstel (kawiarnia mieści się na rogu budynku) i musieliśmy zawrócić, po drodze zaglądając z ciekawością do pasażu handlowego. Bardzo duże wnętrze jest dość ciemne, z wysokimi sufitami a lampy – skądinąd ładne – palą się chyba cały dzień, skoro były zapalone w słoneczny poranek. Architektura to zresztą w moim odczuciu największy plus lokalu. Obawiałam się, że miejsce z przeszłością", w którym się bywało niekoniecznie po to, by spożywać, będzie całkowicie oblegane przez turystów (z tego co czytałam, do Café Sacher ustawiają się kolejki), jednak przynajmniej trochę po 9 rano nie było tak źle, choć klientela rzeczywiście stanowi ciekawą mieszankę osób zwiedzających Wiedeń oraz... biznesmenów na spotkaniach. Obsługa jest sprawna, choć bezosobowa – czego zresztą się spodziewałam – i szybko dostaliśmy nasze „tradycyjne śniadanie” (patrz pierwsze zdjęcie): mały Brauner + kajzerka + jajo na miękko + rogalik + dżem i masło. Jak to przeważnie w takich miejscach bywa, ciasta najlepiej wybrać „na oko”, wędrując do oszklonej lady na środku pomieszczenia.


Coffee Pirates wyszukałam w internecie już jakiś czas temu, z myślą o znalezieniu miejsca z porządnym espresso („będziemy już stęsknieni”), myśląc więc bardziej o kawie niż o kawiarni. Google nie był wyjątkowo pomocny w tym względzie, tj. z pierwszej strony wyników wyłuskałam tylko to miejsce, i to właściwie po wstukaniu hasła coffee roasters. Gdybym miała liczyć na ślepy traf w znalezieniu takiej kawy, o jaką mi chodzi (takiej, jaką we Włoszech sprzedaje się w każdym kiosku z gazetami), co dziś można zrobić w dużych polskich miastach, Londynie lub w Nowym Jorku - raczej bym się przeliczyła. Piraci nie mieszczą się w ścisłym centrum Wiednia, za to rzut beretem od uniwersytetu, co zdawało się zresztą przekładać na wiek klienteli. Głód podwójnego espresso zaspokoiliśmy flat white, z upałem (33 st. C) dała sobie radę lemoniada, a na pamiątkę zabraliśmy firmową paczkę mieszanki ziaren. Nad stolikiem mogliśmy podziwiać zdjęcia właściciela poszukującego kawy „u źródeł” w różnych egzotycznych miejscach (Wietnam, Ameryka Południowa), przy stoliku poczytać o kawie miesiąca, w toalecie podziwiać kredowe graffiti takie, jak w stołecznej Bibułce. A jednak... cytując T-Love, „jest super, więc o Ci chodzi?”. Może o to, że tego typu kawiarnie to globalizacja w innym wydaniu: gdyby nie język dookoła, moglibyśmy być równie dobrze w Paryżu, NYC czy na warszawskim Mokotowie, bo choć nie są to sieciówki, to wokół są te same drewniane stoły, rowery, alternatywne zaparzacze kawy, brody i tatuaże, a menu i tak właściwie po angielsku ;). Brakuje mi oryginalności i kolorytu ściśle lokalnego, za to chętnie bym wyrzuciła te wszystkie syfony, wazoniki z wstążką* i cokolwiek, co zawiera nasiona chia/goji, bo chcę po prostu napić się kawy, bez ideologii w tle. Może jednak nie jestem hipsterem ;)? Choć przyznaję, że butelki z cold brew (o którym pisałam kilka lat temu jako o „kawie z koncentratu”, zanim wiedziałam, że to można inaczej nazwać...) mają fajne etykiety ;).



Czy wróciłabym do tych miejsc, tak jak jednak wracam do Café Bazar, gdybym przypadkiem znów znalazła się w Wiedniu? Gdybym była akurat w pobliżu a poziom kofeiny byłby niski, może, ale raczej nie wybrałabym się docelowo. Kawiarni w Wiedniu, bądź co bądź, jest pod dostatkiem, choć jeden typ wyraźnie przeważa nad drugim, i gdyby choć trochę zapatrzyli się na sąsiadów z południa, jeśli chodzi o serwowany typ kawy, byłoby idealnie – lub niemal perfekcyjnie, bo podobno ideałów nie ma. Co nie przeszkadza w marzeniach i poszukiwaniach, nawet jeśli własny mąż je kwituje z uśmiechem: „problemy pierwszego świata”. I pewnie ma trochę racji.

* Czyli Chemexy.

niedziela, 11 maja 2014

Po czterech latach wróciłam do Brugii, sprawdzić, czy w oknie wciąż siedzi pies Fidel, łabędzie pływają kanałami a wieżę wreszcie można zwiedzać. Odpowiedź (jak częściowo widać na powyższym zdjęciu) to trzy x tak ;).

W ciągu 2 dni wróciłam do miejsc, które wcześniej zdobyły moje serce, typu ulubione zaułki, beginaż i Dille & Kamille ;). W tym ostatnim kulinarnym raju nie obyło się bez konkretnych zakupów, typu - wreszcie! - prostokątna tartownica w wyjmowanym dnem (i dopytywania się ekspedientki o plany otwarcia sklepu internetowego na większą skalę: obecny wysyła towary tylko do krajów ościennych).

Wdrapałam się w końcu na wieżę z dzwonnicą, tak kluczową dla filmu Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj i odkryłam, że przynajmniej jedna scena byłaby w rzeczywistości niemożliwa oraz Ralph Fiennes i Brendan Gleeson musieli się trochę namęczyć... Zainteresowanych odsyłam do filmu a potem na wieżę ;) (poniżej na prawo widok na ww. z okna pensjonatu).

Okna i rowery, jak widać, wciąż mają się dobrze.

W temacie spożywczym tym razem jakoś ominęłam czekoladki, do piwa zaś podeszłam bardziej ostrożnie, bo już wiem, że nie wszystkie belgijskie piwa mi smakują (zostawiłam wszystkie ciemne, dubbel i tripel do kosztowania Tacie, był to bowiem wyjazd rodzinny). Niestety, nigdy nie podano ich w tak ładnych butelkach, jak te zabytkowe z lokalnego browaru (który zwiedzaliśmy 4 lata temu) na sprzedaż na targu staroci. 

Podobnie jak za poprzednim razem, rządziły owoce morza i ryby: jadłam i mule gotowane w winie (z dodatkiem frytek z majonezem*, a jakże!), i zupę rybną z Ostendy, i gravlax, i wędzonego łososia na śniadanie**. Rodzina kosztowała nieznanych wcześniej (od strony spożywczej) ryb, typu płaszczka czy ogończa. Trwał także sezon na szparagi, i okazuje się, że typowym lokalnym daniem są szparagi gotowane z sosem z posiekanych, ugotowanych jaj.

Niestety nie udało nam się odwiedzić Den Dyver (a Tata miał ochotę na menu piwne...), bo restauracja zbankrutowała i została przejęta przez nowego właściciela, który na razie lokalu ponownie nie otworzył. Zamiast tego na sobotnią kolację udaliśmy się do Kok au Vin i to jedna z tych zagranicznych restauracji, które żałuję, że nie są bliżej (podobnie jak np. Osteria 44), bo chętnie bym je odwiedziła ponownie ;). Określiłabym je jako neobistro z ambicjami i z sympatyczną, pomocną (np. jeśli chodzi o elastyczne i spontaniczne dobieranie napojów do potraw) młodą obsługą. Karta jest bardzo krótka - moim zdaniem na plus - i w cztery osoby spróbowaliśmy większą połowę. Chyba największe wrażenie wywarła na mnie granita ogórkowa towarzysząca mojemu gravlaxowi, przystawka M (jagnięcina z cytrusami i marchewką) oraz zdekonstruowane blanquette de veau mojej Mamy (danie z klasyką w wydaniu Benoit miało wspólną tylko nazwę, no i cielęcinę ;) - ale za to w Kok au vin mięso było w kilku postaciach). Coq au vin, od którego restauracja wzięła nazwę i która uchodzi za ich "danie sztandarowe" wydawał się nam nieco przedobrzony (w zakresie ilości składników itd). Na koniec posiłku (do którego piliśmy m.in. różne ciekawe białe wina) przypadkiem spróbowałam narodowej wódki belgijskiej ;), tj. jenever(jałowcówki), która występuje w postaci tzw. młodej i starej. Do żadnej nie zapałałam miłością, choć po obfitym posiłku kieliszek (niekoniecznie nalany po brzegi, jak tradycja każe, a w Kok au vin się jej w tym przypadku trzymają), może mieć swoje zastosowanie.

Ponieważ z wyjazdu w 2010 w ogóle nie pamiętam kawy (musiałam jakąś pić, ale najwyraźniej nie mogła być ani bardzo dobra, ani tragiczna...) a doświadczenia francuskie były mieszane, podobnie jak przed wyjazdem do Paryża, zrobiłam wywiad w internecie. Dzięki temu kilkakrotnie zajrzałam do I love coffee, które mogę polecić jako miejsce z dobrym espresso i innymi napojami na nim opartymi (najczęściej wybierałam flat white), a przy tym ma... ciekawy wystrój (jeśli ktoś trafi, polecam przyjrzeć się klamkom). Warto dopytać się o godziny otwarcia - na drzwiach jest napis "jesteśmy otwarci wtedy, gdy nie jesteśmy zamknięci" ;) a w niedzielę np. kawiarnia była czynna 2 godziny przed czasem deklarowanym na Facebooku. W poniedziałek zamknięte.

Trzeci dzień wyjazdu spędziłam w Gandawie, która poza tym, że też posiada starówkę, jest nowoczesnym miastem uniwersyteckim; przypomina mi trochę austriacki Graz (czyt. wywarła na mnie pozytywne wrażenie).

Po spacerze po mieście, zajrzeniu do katedry itd. przyszedł czas na obiad. Chociaż Gandawa ma podobno największą liczbę restauracji wegetariańskich na głowę na świecie, wybraliśmy z M inną klasykę niż przez poprzednie 2 dni, tj. wołowinę (dla dwojga, ale trzy osoby spokojnie by się wyżywiły ;), i przyrządzoną zgodnie z życzeniem), podaną z dodatkiem frytek (oczywiście ;), sałaty i sosów: pieprzowego oraz bearnaise, na który rzuciłam się tym bardziej ochoczo, że nasz estragon niestety po zimie nie zmartwychwstał :/.

Podsumowując, po Belgii podróżuje się przyjemnie i może nawet następnym razem trafię do stolicy... Choć technicznie już w niej byłam, jako dziecko. Pamiętam Manneken Pis i pierwsze w życiu mule ;).

* Do you know what they put on French fries in Holland instead of ketchup? Vincent Vega, Pulp Fiction.

** Którego właścicielka pensjonatu podała nam z pewną nieśmiałością i zachwycona była wyczyszczonym talerzem ("nie wszyscy zjadają").

środa, 19 czerwca 2013

Zobaczyć Paryż i umrzeć, Paryż wart jest mszy, zawsze będziemy mieli Paryż, itd, itp. Obok Wenecji czy Rzymu, chyba najbardziej "wyeksploatowane" miasto - każdy wie, jak wygląda wieża Eiffla. Gdy przed wyjazdem podekscytowana oglądałam mapę miasta, każda ulica przypominała o niezliczonych filmach czy książkach - Pont Neuf, Place Vendome, Tuilerie, itd. A gdy się znalazłam na miejscu... no cóż. Faktem jest, że już kiedyś byłam w Paryżu - jak miałam 13 lat. Zapamiętałam głównie grób Jima Morrisona (nie wiem, czy jest się czym chwalić...), a samo miasto nie wywarło na mnie wrażenia. Dziś? Może Was zaskoczę, ale chyba nieprędko wrócę ;). Jak to ujął M: "Może takie z nas wieśniaki, że już nam się duże miasta nie podobają"; jest w tym trochę prawdy, ale zarazem i do Londynu, i do Rzymu bym pojechała bez wahania, choć są to także wielkie, zanieczyszczone i zatłoczone metropolie. Paryż nie jest moim miejscem, choć cieszę się, że je zobaczyłam. To trochę jak z pewnymi książkami czy filmami, które wypada poznać, nawet jeśli się nam niespecjalnie podobają. Francuska prowincja za to zdobyła moje serce, ale o tym innym razem.

A więc... co mi się w Paryżu podobało? Wieża Św. Jakuba i katedra Notre Dame; sklepy z gadżetami kulinarnymi; czasowa wystawa obrazów Tamary Lempickiej i sztuki Art Nouveau; mniej uczęszczane (czyt. z dala od Sacre Coeur) uliczki na Montmartrze; narożne kawiarnie i piekarnie co krok, oraz klienci tych ostatnich wędrujący z (obowiązkowo!) nadgryzionymi bagietkami pod pachą ;).

W temacie narożnych kawiarni - jeśli do jakichś wchodziłam, to raczej na wino lub piwo, bo Francuzi w moim odczuciu mogliby się nieco nauczyć, jeśli chodzi o kawę (a z sieciówek jest tylko ta na S, której nie używam). Przed wyjazdem zrobiłam wywiad w internecie i odwiedziliśmy dwa uświadomione kawowo miejsca - Kooka Boora niedaleko Pigalle oraz Telescope w I dzielnicy (oba otwarte codziennie, od 8:30 lub 9 rano, co w Paryżu nie jest oczywiste, zwłaszcza to "codziennie").

Kawa chyba bardziej smakowała mi w nieco zatoczonej Kooka Boora, ale Telescope ma ciekawe, odnowione stare wnętrze (i tam M nauczył się terminu cafe noisette, którym potem bardzo zaskoczył kelnerkę w restauracji w Chateau Chenonceau ;).

Byłam także na Pere Lachaise, już tym razem nie szukając grobu lidera The Doors ;), i chyba wolę inne opisywane na blogu nekropolie.

Nie zabrakło także moich ulubionych obiektów do fotografowania, czyli okien, szyldów (pierwsze zdjęcie w poście) czy ciekawostek na murach...

CDN.

niedziela, 08 lipca 2012

Gdy jakiś czas temu czytałam relację Gospodarnej Narzeczonej z Butchery and Wine, pomyślałam sobie, że knajpa specjalizująca się w dobrej wołowinie, z krótką kartą dań, inspirująca się kuchnią brytyjską (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), to coś dla mnie. Już miałam się wybrać, ale kilka dni przed terminem restauracja została ogłoszona Knajpą Roku i, wyobrażając sobie tłumy, ew. problemy z obsługą itd., zrezygnowałam z wizyty. Kolejna okazja nadarzyła się tydzień temu. W upalny sobotni wieczór, z okazji weekendu w stolicy, zaszliśmy na Żurawią. Restauracja była dość pełna, było także sporo cudzoziemców (pozostałości Euro?). Lokal nieduży, prosto urządzony, z widokiem na kuchnię. Na ścianie wykres ze ściągawką, co się zamawia ;) (patrz: zdjęcie).

Przy stolikach na podeście, gdzie siedzieliśmy, biblioteczka kulinarna w języku angielskim (niektóre pozycje te same, co na moich półkach, np. River Cottage Everyday). Zamówiliśmy po kieliszku prosecco (przyzwoitego i w dobrej temperaturze) i wybraliśmy - z rzeczywiście jednokartkowego menu nie dla wegetarian - dania: dla mnie gazpacho buraczane i stek New York z polskiej wołowiny, dla M - tatar i Rib Eye z wołowiny australijskiej. Pierwszy raz zamawiając stek wiedziałam, że jeśli powiem, że ma być krwisty, taki będzie (ale nie spodziewałam się, że kelner doprecyzuje, czy słabo wysmażony oznacza krwisty jak w rare, czy może etap wcześniejszy, tj. blue).

Gazpacho buraczane było fantastyczne - słodko-octowe w smaku, gęste, ozdobione jadalnymi kwiatami i żelkami z - podobno - wódką, z kulką schłodzonego awokado pośrodku. Tatar M był jego zdaniem "w porządku"; mnie przeszkadzał wyrazisty olej (rzepakowy?), którym skropione zostało mięso, i którego smak dominował.



Stek spełnił moje wymagania: krwisty, soczysty, dobrze doprawiony, z polskiej wołowiny... która bardziej mi smakowała niż australijska na talerzu obok ;). Przy okazji steku M zastanawialiśmy się, czy to rare nie podpada jednak pod blue... Kolację w duchu londyńskiego gastropubu zakończył deser rodem z Wimbledonu, tj. truskawki ze śmietaną. Do posiłku piliśmy także wodę (która przyszła w butelce, jak widać na poniższym zdjęciu) oraz burgunda na kieliszki, który niestety był nieco za ciepły.

Plusy: oryginalny profil restauracji; brak zadęcia czy pretensjonalności, mimo popularności i otrzymanych wyróżnień; smaczne, prosta i konsekwentna kuchnia (przy czym na wyróżnienie imho zasługuje gazpacho); poprawna, choć nie wybitna obsługa; bardzo dobre, świeże pieczywo (jakby nawet coś wspólnego z zakwasem lub dłużej fermentującym zaczynem miało wspólnego?).

Minusy: wspomniane wyżej za ciepłe wino i dyskusyjne doprawienie tatara (choć zdaję sobie sprawę, że to wbrew pozorom niełatwe danie, które trudno przygotować zupełnie pod smak klienta - dlatego niektóre restauracje zostawiają doprawienie całkowicie w gestii jedzącego), a także... znów nijaka, mdła muzyka, jak z poczekalni, lotniska czy supermarketu. Innymi słowy, jeśli jeszcze raz usłyszę w restauracji Michaela Buble, zacznę krzyczeć (bo na razie tylko zgrzytam zębami i jęczę).


Podczas weekendu stołecznego zjedliśmy także śniadanie w Bułkę przez Bibułkę, kawiarni przy ul. Puławskiej. Byłam w niej wcześniej raz na babskim spotkaniu i szłam nastawiona trochę nieufnie, doszły mnie bowiem słuchy, że to "trendne miejsce". Może i jest, na szczęście jednak chyba niespecjalnie to lokalowi zaszkodziło; obsługa jest sympatyczna, lemoniada pyszna, śniadania sycące, krzesła zaś w moim ulubionym niebieskim kolorze ;).



Poza śniadaniami (np. jajecznica czy bajgle) Bułka oferuje treściwe kanapki czy sałatki, kawy czy wino. Zajadając można przejrzeć np. Jamie Magazine. Plus także za miskę z wodą dla psów przed wejściem czy tablicę w toalecie (i kredki przy kranie, by każdy, kto ma na to ochotę, mógł się po(d)pisać* ;).



Mam tylko nadzieję, że właściciele kawiarni rozważą zamontowanie albo klimatyzacji, albo ciemnych rolet na okna, bo przy tak dużych szybach, przy temp. powyżej 30 st. i pełnym słońcu na zewnątrz, w środku robi się coś w rodzaju szklarni, w której trudno dłużej wytrzymać.

* Kto warszawskich nastolatków z lat 90-tych pamięta ścianę w sklepie Vabank?

sobota, 31 grudnia 2011



Od wyprowadzki z Warszawy regularnie odwiedzam stolicę (co kilka-kilkanaście tygodni) i już kilkakrotnie stanęłam przed dylematem: Jest bardzo wcześnie rano i jest dzień niepracujący - dokąd na kawę i śniadanie? Bardziej dramatyczne było pytanie: Trwają Święta, wszystko zamknięte, skąd wziąć rano kawę*?! Chętnie podzielę się swoimi doświadczeniami w tej materii.

A więc, najpierw - śniadania.

W dzień powszedni nie ma problemu - wielokrotnie odwiedzałam np. Cafe Zagadka na Elektoralnej (niemal róg Al. Jana Pawła II; moje byłe okolice...). Miejsce czynne pon-pią od 8 rano oferuje kilka prostych zestawów śniadaniowych z kawą i sokiem pomarańczowym w cenie; ceny przyjazne, zaczynają się od ok. 10 zł.  Najczęściej wybierałam wersję z twarożkiem. Zdjęć śniadania niestety nie ma, za to mogę pokazać kawałek wystroju wnętrza :)



Niestety w soboty Zagadka czynna od 10... Podobnie jak wiele innych sympatycznych kawiarni - moje ulubione To lubię na ul. Freta, o którym pisałam, i w którym zjadłam już chyba całą taczkę bułeczek z pastami do chleba (można też zjeść rogaliki, vide foto), oficjalnie jest też czynne od 10 (nieoficjalnie podobno od 9:30).



Co jednak, jeśli głód przyciśnie nas wcześniej? Otóż są kawowe sieciówki, z których zasadniczo uznaję głównie Green Coffee, ewentualnie Coffee Heaven (a tej z zielonym logo na S nie uznaję). W zależności od miejsca, są czynne od 6 lub 7 rano (a na lotnisku jeszcze wcześniej). Ciekawa wydaje mi się jednak oferta Delikatesy Esencja na Marszałkowskiej (koło Teatru Rozmaitości, tam, gdzie dawno temu była Cafe Brama - ech, te wieczory przy tanim piwie i mezze ;), w którym to miejscu można w weekendy od 9 (w tygodniu od 8) zainwestować w pełne śniadanie (33 zł), które składa się z bufetu do woli, 1 dania na ciepło, dowolnej kawy/herbaty i soku wyciskanego.



Skosztowałam wędlin (smacznych i w stylu 'swojskim'), świeżej chałki, warzyw, serów; jako danie ciepłe wybrałam jajka w kokilkach (vide pierwsze zdjęcie w poście), których nigdy wcześniej nie jadłam (i mi smakowały, choć jaj w koszulce nie przebiły ;).

Misja druga - kawa.



Rok temu 25 grudnia uznałam, po bezowocnym przeszukaniu internetu przez komórkę, że przy Dworcu Centralnym coś musi być otwarte. Myliłam się. Skończyło się kawą w kawiarni któregoś hotelu w odległości 1km od Dworca - i nie było to doświadczenie godne zapamiętania (do tego stopnia, że nie pamiętam, który to był hotel...). W tym roku przeprowadziłam wcześniejsze netowe badania, i wygląda na to, że: a/są czynne stacje benzynowe, ale to raczej styl napojów kawowych lub kawowopodobnych, b/są wspomniane wyżej hotele ;), ale różnie bywa z jakością (i trzeba się liczyć z nieco wyższymi cenami), c/są otwarte, także 25.12., niektóre wspomniane wyżej sieciówki. Jeśli ktoś ma blisko na Okęcie, na lotnisku kawiarnie działają od świtu ;); my wybraliśmy się do czynnego od 9 rano Green Coffee na 4 piętrze (przy siłowni) bocznego skrzydła hotelu Hilton na ul. Grzybowskiej. Oferta kawiarni jest taka sama, jak innych GC, choć ceny są trochę wyższe, co wiąże się, jak sądzę, z lokalizacją. Za to byli czynni w dzień świąteczny... i serwują przyzwoite (tylko trochę za duże) cappuccino na doppio. Plus migdałowe croissanty, dla tych, którzy muszą jakoś przetrwać 2 godziny do rodzinnego śniadania.

* Nie mam na myśli napojów kawopodobnych z granulek (a kysz), filtru przelewowego (fe) itd. Wierzę tylko w ekspresy ciśnieniowe i maksymalną pojemność cappuccino 200ml. Kawiarki nie posiadam.

PS. Korzystając z okazji chciałam Wam życzyć Szczęśliwego Nowego Roku ;)

 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna