Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: cmentarze

środa, 19 czerwca 2013

Zobaczyć Paryż i umrzeć, Paryż wart jest mszy, zawsze będziemy mieli Paryż, itd, itp. Obok Wenecji czy Rzymu, chyba najbardziej "wyeksploatowane" miasto - każdy wie, jak wygląda wieża Eiffla. Gdy przed wyjazdem podekscytowana oglądałam mapę miasta, każda ulica przypominała o niezliczonych filmach czy książkach - Pont Neuf, Place Vendome, Tuilerie, itd. A gdy się znalazłam na miejscu... no cóż. Faktem jest, że już kiedyś byłam w Paryżu - jak miałam 13 lat. Zapamiętałam głównie grób Jima Morrisona (nie wiem, czy jest się czym chwalić...), a samo miasto nie wywarło na mnie wrażenia. Dziś? Może Was zaskoczę, ale chyba nieprędko wrócę ;). Jak to ujął M: "Może takie z nas wieśniaki, że już nam się duże miasta nie podobają"; jest w tym trochę prawdy, ale zarazem i do Londynu, i do Rzymu bym pojechała bez wahania, choć są to także wielkie, zanieczyszczone i zatłoczone metropolie. Paryż nie jest moim miejscem, choć cieszę się, że je zobaczyłam. To trochę jak z pewnymi książkami czy filmami, które wypada poznać, nawet jeśli się nam niespecjalnie podobają. Francuska prowincja za to zdobyła moje serce, ale o tym innym razem.

A więc... co mi się w Paryżu podobało? Wieża Św. Jakuba i katedra Notre Dame; sklepy z gadżetami kulinarnymi; czasowa wystawa obrazów Tamary Lempickiej i sztuki Art Nouveau; mniej uczęszczane (czyt. z dala od Sacre Coeur) uliczki na Montmartrze; narożne kawiarnie i piekarnie co krok, oraz klienci tych ostatnich wędrujący z (obowiązkowo!) nadgryzionymi bagietkami pod pachą ;).

W temacie narożnych kawiarni - jeśli do jakichś wchodziłam, to raczej na wino lub piwo, bo Francuzi w moim odczuciu mogliby się nieco nauczyć, jeśli chodzi o kawę (a z sieciówek jest tylko ta na S, której nie używam). Przed wyjazdem zrobiłam wywiad w internecie i odwiedziliśmy dwa uświadomione kawowo miejsca - Kooka Boora niedaleko Pigalle oraz Telescope w I dzielnicy (oba otwarte codziennie, od 8:30 lub 9 rano, co w Paryżu nie jest oczywiste, zwłaszcza to "codziennie").

Kawa chyba bardziej smakowała mi w nieco zatoczonej Kooka Boora, ale Telescope ma ciekawe, odnowione stare wnętrze (i tam M nauczył się terminu cafe noisette, którym potem bardzo zaskoczył kelnerkę w restauracji w Chateau Chenonceau ;).

Byłam także na Pere Lachaise, już tym razem nie szukając grobu lidera The Doors ;), i chyba wolę inne opisywane na blogu nekropolie.

Nie zabrakło także moich ulubionych obiektów do fotografowania, czyli okien, szyldów (pierwsze zdjęcie w poście) czy ciekawostek na murach...

CDN.

sobota, 08 września 2012

(Koloseum, Termy Karakalli)

A więc spędziłam tydzień chodząc* po Rzymie, zwiedzając to i owo, fotografując to, co lubię najbardziej (ulice, okna i drzwi). Na ruiny po ok. 3 dniach dniach się uodporniłam, podobnie jak na urocze, zaniedbane kościoły, bo są właściwie w każdym zaułku.

(Centro Storico)

Zazwyczaj, gdy podróżuję, szukam trzech miejsc, które lubię ze względu na ich atmosferę: skansenów, ogrodów botanicznych i cmentarzy. W przypadku Rzymu pod ten pierwszy można podciągnąć ruiny ;); punkt drugi znajduje się w dzielnicy Trastavere, po drugiej stronie Tybru. Orto botanico jest ogromny, z dużym potencjałem, ale jest dość zaniedbany (jak wiele rzeczy w Rzymie, które nie są topowymi punktami turystycznymi). To dobre miejsce, żeby się wyciszyć po hałasie miejskim, podobnie jak - punkt trzeci - cmentarz protestancki (albo "niekatolicki" - acattolico) w Testaccio.

Nekropolia przyciąga pewną grupę turystów miejscami pochówku dwóch poetów romantycznych - Keatsa i Shelleya, mnie ujęła jego zieleń, spokój, wielokulturowość (nagrobki z inskrypcjami w języku angielskim obok szwedzkich, niemieckich czy cyrylicy) oraz... koty, które mieszkają w schronisku przy murze cmentarza (a więc w efekcie i na cmentarzu ;).

Poza ww. fotografowałam także w Rzymie retro szyldy, które są retro nie z wyboru, a dlatego, że wiszą w tych samych miejscach od dawna. Oto mały wybór (Brunetti znalazł się tam nie ze względu na walory estetyczne, a literackie):

Szyld "indyjskiego zakładu fryzjerskiego" sfotografowałam w dzielnicy Esquilino, dwie przecznice od Piazza Vittorio Emanuele II, przy której mieszkałam. To okolica pełna imigrantów (z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej), z czymś w rodzaju małego Chinatown (mikro sklepy sprzedające np. sztuczną biżuterię i koraliki, odzież w neonowych kolorach czy zakłady zajmujące się naprawą... nie wiadomo właściwie, czego), miejscami typu "Indian fast food", wyglądających rodem jak z Bombaju, czy sklepami z żywnością etniczną. Na lokalnym targu są jatki z mięsem halal, pachnie kuminem i curry. Tuż przy Piazza VE II jest także dom towarowy MAS, dzięki któremu można przenieść się w czasie do np. lat 80-tych w Polsce i ówczesnego np. PDT na Woli (ale Wars czy Sawa też do obrazku pasują). Część towarów naprawdę ta sama, podobnie jak ich ekspozycja oraz... zapach w sklepie (zapach kurzu, dużej ilości składowanych, niewietrzonych tkanin i trochę wilgoci plus ogólna "zapyziałość").

Dla kontrastu z Esquilino, doświadczenia zakupowe z dzielnicy Testaccio są mniej egzotyczne. Na lokalnym targu widać pojedynczych turystów (w przeciwieństwie do Campo di Fiori...) a większość kupujących to Rzymianie; można kupić emaliowane naczynia, jak poniżej, najróżniejsze owoce i warzywa, odzież i obuwie nowe lub używane. Można także zjeść coś ciekawego, o czym następnym razem. Więcej zdjęć z targu można znaleźć w rzymskim albumie Coś niecoś na Facebooku.

Shabby chic - targ w Testaccio

Wałęsając się po mieście musiałam coś jeść, prawda? Jako małe przekąski wybierałam najczęściej różne panini (tak, była też "buła z bakłażanem", czyli hit poprzedniego wyjazdu). Testowałam też włoskie wypieki i kolejny raz stwierdziłam, że są one... cóż... najczęściej suche. Wyjątek stanowią cannoli, które nie są pieczone, a smażone. Niedawno odświeżałam Ojca Chrzestnego ("Zostaw pistolet, zabierz cannoli" to chyba jeden z bardziej znanych tekstów z tego filmu, nie mówiąc o złowieszczej roli, jakie te słodycze odegrały w części III), musiałam więc ich spróbować. Jeśli lubicie rurki z kremem lub kremówki**, powinniście być zadowoleni; ja byłam :) (i nawet przeżyłam dodatek nielubianych pistacji, bo na szczęście było ich niedużo w stosunku do kremu z ricotty).

Na szczęście, choć wypieki może nie są włoskim forte, są przecież na świecie lody. Lodziarni jest zatrzęsienie, czynne są do godzin nocnych. Nie odwiedziłam tych najsłynniejszych (jak San Crispino), tylko mniejsze, lokalne, które były po drodze. Choć lody nie są moim ulubionym deserem (w przeciwieństwie do ciast/ciasteczek), przyznaję, że te rzymskie gelati nie były złe ;). Na zdjęciu widoczne orzechowe (z orzechów laskowych; bo jak zawsze zamawiałam tylko te w kolorach ciemnego beżu, tj. kawowe, tiramisu, orzechowe, itd).

I, oczywiście, wyznawałam zasadę, że dzień bez paru espresso = dzień stracony. Z rzadka (rano/przedpołudniem) zdarzało mi się zamawiać cappuccino. Najgorsza kawa była serwowana w hotelu, poza nim nie trafiłam na żadną, która nie byłaby przynajmniej dobra.

Gdybym musiała wybrać najlepsze espresso, byłoby to może to wypite w małej kawiarni przy via della Gatta lub kolejne w barze/delikatesach przy via Nazionale, dokąd wstąpiliśmy kilka godzin przed wylotem. Podobnie jak z lodziarniami, wybierałam raczej te mniejsze lokale w bocznych uliczkach, w których barman wita wchodzących mężczyzn okrzykiem: "Ciao ragazzi!", gdzie kawę pije się przy barze i płaci potem przy kasie.

Nie byłam natomiast zachwycona espresso w słynnej (czyt. opisywanej w przewodnikach i popularnej) Tazza d'Oro - w warunkach polskich nie narzekałabym, ale w stolicy Kraju Najlepszej Kawy było w moim odczuciu zbyt rzadkie (plus obsługa była średnio uprzejma - ciekawe, czy nie jest to wprost proporcjonalne do dużej bliskości Pantheonu...). Z ciekawości można spróbować, ale tylko dla porównania z tym, co piją Rzymianie, a nie turyści.

Tazza d'Oro

* Lub jeżdżąc komunikacją miejską i przekonując się, że trasy autobusów są zaplanowane wg logiki hm, włoskiej. Nie zakładajcie nigdy, że autobus wróci tą samą trasą lub że przystanek po drugiej stronie ulicy to źródło transportu w kierunku powrotnym.

** Jestem z frakcji, która uważa, że kremówki zawierają krem, nie budyń (który znajduje się w napoleonkach).

CDN...

sobota, 12 września 2009

Na terenach Polski wschodniej widać, jak wieloetnicznym byliśmy kiedyś narodem, wyznającym różne religie. Cerkwie stoją w pobliżu kościołów katolickich, kirkuty w tych samych miejscowościach, co cmentarze greckokatolickie.  Stąd np. we Włodawie, gdzie zwiedzaliśmy synagogę i ciekawe muzeum w niej urządzone, organizowany był kilkakrotnie Festiwal Trzech Kultur (niestety, nie w tym roku). Choć ten świat dawno przeminął, zabytki niszczeją, a cerkwie czy kirkuty są często zamknięte na klucz, wciąż jest wiele miejsc, które skłaniają do refleksji. Już kiedyś zresztą wspominałam, czemu lubię zwiedzać lokalne cmentarze. Oto kilka wspomnień...

Cmentarz przy ulicy Lipowej w Lublinie, gdzie kwatery protestanckie sąsiadują z katolickimi i prawosławnymi.

Cerkiew w Wólce Wielkiej w Lublinie, na którą natknęliśmy się przypadkiem, jadąc w kierunku Werchratej. Pierwsza ze świątyń ze Szlaku Architektury Drewnianej, której przyjrzałam się z bliska, niestety, zamknięta na głucho. Przy cerkwi znajduje się niewielki cmentarz, z grobami nowymi i XIX-wiecznymi.

Bardzo chciałam zwiedzić stary kirkut w Lublinie, niestety, jest zasadniczo zamknięty dla zwiedzających i ograniczyłam się do tzw. nowego. Potem przeszliśmy się między grobami na zarośniętym, ale urokliwym kirkucie w Szczebrzeszynie, na którym mieści się ponad 300 macew.

Krzyże i kapliczki wyłaniają się z niemal każdego, nawet najbardziej odludnego kąta. Na rozstajach dróg, na drzewach, przy pustych polach, opuszczonych domach... W Beskidzie Niskim były to często krzyże prawosławne, i zazwyczaj pomalowane na jaskrawy odcień niebieskiego. Widzieliśmy także krzyż zielony oraz... czerwony, co wydało mi się trochę, hm, niepokojące (ale niestety zdjęcia nie zrobiłam). Poniżej obrazki ze wsi Bartne (Beskid), okolic Kalwarii Pacławskiej (Pogórze Przemyskie) i Roztocza.

piątek, 07 marca 2008

Jutro rano wyjeżdżamy, więc czas na parę ostatnich fotek i refleksji. Powyżej widzimy pełen obiad: w tle rodzaj szaszłyka (nazywał się bodajże Huttspeis), podanego z duszonymi pieczarkami i papryką oraz frytkami, a z przodu: pyszne Kaiserschmarrn, z kompoto-dżemem śliwkowym. Może dobrze, że jedziemy do domu, bo jeszcze trochę, a zaczęłabym przypominać tego uroczego aniołka (proszę zwrócić uwagę na nóżki) z cmentarza przy kość. Św. Piotra (St. Pieter Friedhof) w Salzburgu:

Poniżej dwa przykłady rzeczy, które jadą z nami do Polski: na dole na lewo moja ulubiona Philadelphia Liptauer Mild. Występuje też wariant Sharf (ostry), i niekoniecznie marki Philadelphia. To serek śmietankowy z dodatkiem papryki, pomidorów i ziół (btw, w Nigella gryzie występuje przepis na domowy Liptau). Na prawo zaś zdjęcie najpopularniejszej przyprawy, obok kminku: suszonego szczypiorku.

Z innych art. spożywczych jedzie z nami dużo (tańszego) alkoholu, piwo pszeniczne, przyprawa do chleba, tj. do jego wyrobu (oczywiście z kminkiem), oliwa Monini Gran Fruttata, sałatka ziemniaczana Felix i cały zapas moich ulubionych płatków Knusper Musli Dr. Oetkera, jaki był w supermarkecie Spar. A, i foremki do ciasteczek, i obrus, i dużo innych ciekawych drobiazgów.

Ponieważ pakowanie wzywa, kończę na nutę nieco poważniejszą. Lubię zwiedzać lokalne cmentarze, zwłaszcza stare i niewielkie, bo mają dużo uroku i można się często z nich wiele dowiedzieć o miejscowej społeczności. I tak na niewielkim cmentarzyku przy gotyckim kościele Św. Mikołaja (St. Nikolaus Kirche) z końca XIV w. w Bad Gastein są pochowani lokalni żołnierze polegli podczas II wojny światowej. Wielu z nich miało nie więcej niż 19-20 lat, a zginęli zazwyczaj na froncie wschodnim: w Rosji, na Uralu (cyt. z nagrobka) i, tak, w Polsce; data na jednym "polskim" nagrobku pochodzi z końca kwietnia 1945, czyli tuż sprzed końca wojny. Chcąc nie chcąc zastanawiałam się, jak to się stało: w jakich okolicznościach zginął ten nieznany Austriak. Z paru drewnianych płyt patrzą roześmiane twarze nastoletnich żołnierzy: to inna strona "znanej" wojny.

Wśród grobów leżały rozrzucone wrzosy i kwiaty, zwiane z paru nagrobków przez orkan.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Tagi
World Bread Day, October 16, 2017

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna