Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: na wynos

poniedziałek, 14 maja 2018

Jesteście w weekend w Rzymie. Jest ładna, (bardzo) ciepła i sucha pogoda. Macie trochę czasu i zbliża się pora obiadu… czy to wszystko nie sprowadza się do słowa PIKNIK? A gdzie lepiej się zaopatrzyć na ten piknik, jak na lokalnym targu?

Parę tygodni temu, w kwietniową sobotę, poszliśmy do Mercato Circo Massimo właśnie w tym celu: zaopatrzyć się na piknik. Oczywiście, chciałam w ogóle zobaczyć ten targ rzymski, a skoro można było przy okazji wykorzystać to praktycznie… Przestrzeń nie jest bardzo duża, ale jest tam wszystko, co trzeba: kilka straganów z pieczywem (kupiliśmy focaccię), sery (kupiliśmy kozi), smarowidła do pieczywa (wzięliśmy takie z papryką), wędliny (wzięliśmy suche kiełbaski) i, przede wszystkim, owoce i warzywa. Sezonowość jest przestrzegana, czyt. nie widziałam ani jednego pomidora; sprzedawano głównie szparagi, agretti, pory, rzodkiewki, najróżniejsze sałaty, pierwsze truskawki, rabarbar, i (jeszcze) pomarańcze (skorzystaliśmy). Brakowało mi trochę oliwek (były tylko duże próżniowe opakowania), ale rozumiem, że to też nie sezon. Wśród kupujących trochę turystów, ale większość klientów sprawiała wrażenie lokalne.

Dokąd poszliśmy z naszymi zakupami? Wstępny plan zakładał piknikowanie na Palatynie, ale jak się szuka wejścia z drugiej strony, to się go raczej nie znajduje ;) (mała podpowiedź: trzeba iść na Via di San Gregorio, i tylko głodem/upałem mogę tłumaczyć to, że nie wpadliśmy na to, by sprawdzić adres na mapie). Sam Circo Massimo robi wrażenie, ale niekoniecznie jako miejsce na kameralny posiłek (chyba, że ktoś lubi na środku placu vel patelni), i ostatecznie wsiedliśmy do metra i wróciliśmy do Ogrodów Borghese.

„Wróciliśmy”, bo mieszkaliśmy przez kilka dni w pobliżu. Przyznaję, że do tej pory park kojarzyłam albo jako miejsce, w którym przemokłam tak, jak nigdy wcześniej (ani później), albo jako sierpniową zakurzoną pustynię, niemal pozbawioną toalet publicznych ;). W zielonym i słonecznym wydaniu kwietniowym podoba mi się znacznie bardziej (poza, być może okolicami parkingu piętrowego Saba, które wydawały mi się wyjątkowo zaśmiecone i mało zachęcające) i polecam go także biegaczom. W sobotnie popołudnie bez problemu znaleźliśmy kawałek zacienionego trawnika (niedaleko drzewa pod którym piknikowały dwie zakonnice, kawałek dalej leżały pokotem nastolatki ;) i mogliśmy zająć się konsumpcją zakupów. I znów wyszło na to, że włoskie pikniki nam dobrze wychodzą (a na pewno lepiej niż francuskie – M do tej pory mi wypomina ten jedzony przy szosie, z maski samochodu…). Polecam, jeśli traficie do Wiecznego Miasta.

wtorek, 13 września 2016

Rok temu byłam zadowolona z pomidorowej tarty rustykalnej a kilka dni temu – trochę przypadkiem – stworzyłam wersję z cukinią. „Przypadkiem”, bo w mieszkaniu na urlopie nie ma foremek do pieczenia; bo trzeba było zużyć cukinię, zerwaną przed wyjazdem; bo miałam ochotę na eksperyment z ciastem, polegający na dodaniu małej ilości kaszy kukurydzianej, żeby dodać trochę struktury i chrupkości. Wyszło takie, jak chciałam: lekkie i bardzo kruche. Faktem jest, że miałam kaszę raczej grubszą niż drobniejszą i chrzęściła całkiem wyraźnie: mnie to zupełnie nie przeszkadzało, ale niektórzy zasugerowali, że mniejsze ziarenka byłyby bardziej wskazane, co odzwierciedla przepis poniżej.

Ciasto:

  • 170g mąki pszennej
  • 30g drobnej (ew. średniej grubości) kaszy kukurydzianej
  • 100g zimnego masła
  • 2-3 łyżki maślanki
  • szczypta soli
Farsz:
  • ok. 400g cukinii, pokrojonej w plastry
  • sól, pieprz, oliwa, ok. łyżki posiekanego rozmarynu
  • 100g sera koziego dojrzewającego
  • 2 łyżki creme fraiche lub innej gęstej, niewarzącej się śmietany
  • łyżka bułki tartej

Mąkę wymieszać z kaszą i solą, wetrzeć zimne, posiekane masło na okruszki, połączyć za pomocą maślanki. Ciasto rozpłaszczyć, owinąć folią, schłodzić co najmniej 30 minut (długo, tj. kilka godzin schłodzone, warto wyjąć z lodówki na kilka minut przed wałkowaniem, bo może być dość twarde).

Cukinię pokroić na cienkie plastry, wymieszać z rozmarynem, skropić oliwą, popieprzyć i posolić (u mnie ok. 10 obrotów młynkiem). Rozwałkować ciasto możliwie cienko, przenieść za pomocą wałka na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Posmarować śmietaną, zostawiając ok. 1 cm margines od brzegów, następnie posypać śmietanę bułką tartą. Rozłożyć koncentrycznie cukinię i założyć na nią brzegi ciasta. Ser pokroić w plastry, rozłożyć równomiernie na cukinii. Posmarować brzegi ciasta oliwą, można je dodatkowo oprószyć grubą solą. Piec ok. 35-40 minut w 180 st. C (termoobieg). Podawać od razu, najlepiej w towarzystwie zielonej sałaty.

Wygląd sera koziego po upieczeniu mnie zaskoczył (M: „Co to jest?”, ja: „Wbrew pozorom - nie grzyby”), ale smak ma już bardziej standardowy ;). Choć tarta najsmaczniejsza jest na ciepło, resztki są też jadalne na zimno, np. jako prowiant na górską wędrówkę (sprawdziliśmy).

sobota, 25 czerwca 2016

Nie wiem, ile upiekłam już w życiu chlebów i bułeczek, ale sądzę, że było ich całkiem sporo; krakersów (resztkowych i niekoniecznie, np. z siemienia) też trochę było, nigdy jeszcze – do zeszłego tygodnia – nie popełniłam żadnych paluchów ani paluszków :). Przy okazji wizyty gości, którym chciałam podać coś do przekąszenia przed obiadem – poza arbuzem prosto z lodówki, który okazał się zresztą strzałem w dziesiątkę – zgłębiłam temat i okazało się ku mojemu zaskoczeniu, że najpopularniejsze przepisy bazują na zwykłym, prostym cieście drożdżowym, z którego co jakiś czas robię bułki. Innymi słowy, przy okazji wypieku bułek można ½ lub ¼ ciasta przeznaczyć na blachę lub dwie paluchów ;). Dodatkowym plusem jest to, że nie wymagają drugiego wyrastania – można piec od razu po uformowaniu, które jest chyba jedyną w miarę pracochłonną czynnością. Wariantów smakowych można zrobić wiele: od ziołowych czy serowych poprzez wersje z czarnuszką, kminkiem lub „łyse”. Pamiętając, że z klasycznych paluszków zawsze najbardziej lubiłam te najrzadziej dostępne, tj. z sezamem, postawiłam na taką wersję.

Składniki (na 2 blachy paluchów, ok. 25-30 sztuk)

  • 250g mąki pszennej bułkowej (ew. jasnej orkiszowej)
  • 7,5g świeżych drożdży
  • 125g letniej wody lub serwatki, ew. 1:1 woda i serwatka
  • ¾ łyżeczki soli
  • łyżka sezamu
  • łyżka siemienia lnianego
  • dodatkowy sezam do obtoczenia paluchów

Mąkę wymieszać z solą, wkruszyć drożdże, zalać wybranym płynem, odstawić na kilka minut. Wyrobić gładkie ciasto, pod koniec wyrabiania dodać sezam i siemię. Odstawić do wyrastania w natłuszczonej misce na ok. godzinę. Po tym czasie odgazować i rozwałkować ciasto na omączonym blacie na ok. 0,5cm grubości. Pociąć nożem do pizzy na cienkie paski (od kilku mm do ok. cm, zależnie od tego, jak grube chcecie mieć paluchy), następnie z każdego paska uformować wałeczek, obtoczyć w sezamie nasypanym do np. głębokiej salaterki. Nie należy się przejmować, jeśli stosunkowo niewiele ziaren przyklei się do palucha: nawet mała ilość nadaje wyraźny smak i aromat. Paluchy układać obok siebie na blaszkach wyłożonych pergaminem lub matą silikonową. Można odstawić na 10-15 minut do napuszenia, ale nie jest to konieczne – moim zdaniem najlepiej po zapełnieniu blaszki od razu umieścić ją w piekarniku i zająć się formowaniem reszty ciasta. Piec ok. 20-30 minut (zależnie od grubości) w 190 st. C (termoobieg), aż się wyraźnie zezłocą (muszą być dokładnie wypieczone).

Moje paluszki wyszły wyraźnie grubsze od grissini, może poza paroma wyjątkami, każdy był też innej długości oraz mniej lub bardziej koślawy ;); jedną blaszkę z „grubasami” musiałam piec dłużej. Goście jednak w tym braku symetrii dopatrzyli się urody. Paluchy niespożyte wraz z arbuzem towarzyszyły pierwszemu daniu - gazpacho teściowej, i tak też można je podawać.

Aha, do meczu jak najbardziej też pasują ;) (jak to pisałam, na murawie była oczywiście Polska i Szwajcaria, ale wynik końcowy był niepewny; teraz oczywiście już wiemy, że za kilka dni prowiant znów się przyda :).

Zapisz

Zapisz

niedziela, 24 kwietnia 2016

Jadacie granolę? Jeśli tak, to jak? Mam na myśli, czy „jak zalecono” umieszczacie ją w misce, dodajecie np. owoce i jogurt/mleko, czy też np. podjadacie ją na sucho, zamiast przekąski, owoców czy czegoś słodkiego? Nie ukrywam, że ja stosuję obie metody ;). Gdy przypadkiem trafiłam na zdjęcie batonów o podobnym składzie, co granola, ale z dodatkiem… uwaga… zakwasu, zachwyciłam się a/pomysłem na dodanie zakwasu do czegoś (względnie) słodkiego i nie będącego pieczywem, b/bardziej foremną postacią mojej ulubionej przekąski. OK, owszem, próbowałam kiedyś robić batony na mleku skondensowanym, ale poza tym, że jest to składnik, którego normalnie nie kupuje i budzi zawsze pewne moje wątpliwości, batony trzeba było je szybko zjeść (albo trzymać w lodówce, żeby się nie zepsuły; oczywiście wówczas nie miałam chłodnej spiżarni), miałam też problemy z konsytencją.

Poszukiwania w internecie wykazały, że batony owsiane na zakwasie to żadna nowość i całkiem sporo przepisów znalazłam do wyboru. Ostatecznie bazowałam na tym (bo wszystko miałam w domu ;), z pewnymi zmianami (wyrzuciłam czekoladę a dodałam koryntki). Batonów wychodzi niewiele, ale oczywiście można składniki podwoić. Dodatki bakalii itd. można sobie dowolnie modyfikować (np. dodając masło orzechowe zamiast migdałowego i zmieniając migdały na inne fistaszki, itd.).

Co robi tu zakwas? Podobno zapewnia większą puszystość i pożądaną spoistość oraz wilgotność. W założeniu jednak jest to przepis z cyklu „nie marnuję”, tj. na zużycie nadmiaru surowca... Nie żebym jakoś szczególnie narzekała na taką nadprodukcję ;).

Składniki:

  • 50g płatków owsianych,
  • 50g miodu,
  • 50g masła migdałowego,
  • 50g posiekanych migdałów,
  • 100g dowolnego zakwasu (u mnie aktywny żytni, ale podobno można użyć i takiego z lodówki),
  • 75g suszonej żurawiny,
  • 40g pestek słonecznika,
  • 50g koryntek,
  • szczypta soli

Wymieszać osobno suche, osobno mokre składniki. Połączyć suche z mokrym, przełożyć do małej foremki (np. keksowej) dokładnie wyłożonej pergaminem lub ew. matą silikonową, wyrównać. Piec ok. 20-22 minut w 180 st. C (termoobieg) – całość będzie rumiana z wierzchu, ale pod spodem wciąż lekko miękka. Wystudzić na kratce.

Nie miałam problemu z przechowywaniem batonów: wyszło mi ok. 8 sztuk, te, których od razu nie zjadłam ;) przełożyłam do plastikowego pudełka, ale nie zakryłam go szczelnie (tzn. uchylony otwór wentylacyjny, w który wyposażony jest pojemnik). Trzymałam je w ten sposób ponad tydzień w temperaturze pokojowej i pod koniec były tylko trochę bardziej suche. Aha, oczywiście można batony jeść nie tylko jako przekąskę/mało słodkie słodycze, ale i na śniadanie, zwłaszcza takie w biegu/na wynos.

wtorek, 27 stycznia 2015

Dania kuchni śródziemnomorskiej kojarzą się ze słoneczną pogodą i upałem, ale pissaladière to jednak - w moim odczuciu - smaki na chłodniejszą porę roku: duszona cebula, słone anchois i oliwki. Gdy dawno temu wrzucałam na Galerię Potraw (a potem na bloga) przepis na placek na kruchym spodzie, usłyszałam, że jest nieautentyczny, bo na "nie takim cieście". Wzruszałam ramionami i robiłam swoje ;), aż... o pissaladière całkiem zapomniałam, choć regularnie robiłam różne warianty szybkiego placka Nigelli, z mniejszą lub większą ilością cebuli. Do tarty (placka?) na cieście drożdżowym nawet się nie zbliżając przez wiele lat... tj. do tej zimy.

Poniższy przepis to kompilacja wytycznych Rachel Khoo i Joanne Harris plus własne przemyślenia - np. nie wierzę w moczenie anchois, więc Wam także tego nie będę zalecać ;).

Składniki:

Ciasto:

  • 120ml letniej wody
  • 10g świeżych drożdży
  • łyżeczka cukru
  • 250g mąki chlebowej
  • po płaskiej łyżeczce świeżego/suszonego rozmarynu lub tymianku i soli

Drożdże rozczynić z cukrem, odstawić do spienienia na kilka minut. Dodać pozostałe składniki, wyrobić gładkie ciasto. Odstawić do wyrośnięcia na ok. 1h.

Farsz:

  • ok. 550-600g czerwonej cebuli,
  • po 1 łyżce masła i oleju/oliwy,
  • ok. 10 filetów anchois (z czego 8 do dekoracji, 2 do cebuli),
  • hojna szczypta ziół (jw. w cieście),
  • sól/pieprz
  • ok. 10-12 wydrylowanych oliwek (najlepiej czarnych, ale jak macie tylko zielone, też ujdą)
  • rozwałkować/rozciągnąć na ok. 35cm krąg na foremce, wyrastanie ok. 20min, piec w 220st. c. ok. 13 minut w foremce i potem 12-15 poza nią, lub prosto na kamieniu, ew. cały czas w foremce.
Cebulę pokroić w pióra, zeszklić na mieszance oleju i oliwy, skręcić ogień na mały i dusić pod przykryciem ok. 15-20 minut; po ok. 10 minutach dodać 2 filety anchois i zioła. Pod koniec doprawić do smaku solą i pieprzem, przy czym solą tylko delikatnie, bo dojdą jeszcze słone sardele i oliwki na wierzchu.
Gdy cebula się dusi, nastawić piekarnik do nagrzewania (najlepiej z kamieniem lub dużą blaszką odwróconą do góry nogami) na 220 st. C (termoobieg). 
Wyrośnięte ciasto rozwałkować/rozciągnąć na okrąg ok. 35cm (nie powinno być b. cienkie, tj. nieco grubsze niż na włoską pizzę), przełożyć na wałku na dużą okrągłą blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (z paroma cm wystającymi po bokach). Z braku okrągłej blaszki można oczywiście wykorzystać prostokąt, wcześniej odpowiednio kształtując ciasto ;). Na wierzchu rozłożyć nadzienie cebulowe, na nim równomiernie umieścić oliwki i pozostałe anchois, przekrojone na 1/2. Przykryć folią i odstawić do wyrastania na ok. 30-40 minut.
Wyrośnięte ciasto umieścić wraz z foremką na nagrzanym kamieniu/blaszce w piekarniku na ok. 13 minut, następnie przenieść (chwytając za wystające brzegi papieru) bezpośrednio na kamień i piec kolejne 12-15 minut (po paru minutach usunąć spod ciasta pergamin). Alternatywnie można zostawić w foremce (spód może być wtedy trochę mniej wypieczony), można też próbować od początku piec luzem na kamieniu (dla bezpieczeństwa - całość z nadzieniem jest dość ciężka - przenosząc na pergaminie oraz łopacie, usuwając papier w ok. 1/2 czasu pieczenia).

 

Choć najlepiej placek smakuje na ciepło, zimne resztki są także smaczne jako danie na wynos czy podróż.

piątek, 28 marca 2014

Kupiłam papierowe wkłady do praski do burgerów (stosowane wkładka – farsz – wkładka owocują kotletami właściwie uformowanymi, które da się wyjąć z praski w jednym kawałku*). Musiałam to cudo sprawdzić na żywo. Ale! Nie chciałam jakichś tam mięsnych kotletów siekanych. W myśl różnych kotletów wege, resztkowych i nie, uformowałam (praską ;) wege burgery.

Swoją drogą, pierwsze takie kotlety jadłam... nie w wege barku, nie na straganie ze zdrową żywnością, tylko, uwaga... w McDonaldzie. Dobre kilkanaście lat temu, w Londynie ;). Tamte burgery wyglądały na zrobione ze zmielonej włoszczyzny z dodatkiem groszku, co mnie zainspirowało, gdy potrzebowałam dosztukować pozostałe jarzyny. Poza wspomnieniem słodkich lat 90-tych, inspirowałam się przepisem z Jadłonomii, biorąc z niego głównie jaglankę i niektóre przyprawy. Uwaga! Lista składników może przerażać długością, ale rzecz jest naprawdę prosta.

Składniki (na ok. 12 kotletów):

  • 1 ¾ szklanki jarzyn (marchewka, dynia, burak) – wytłoczyn z sokowirówki lub świeżo startych i dobrze odciśniętych,
  • ¾ szklanki (objętość przed ugotowaniem) kaszy jaglanej
  • ¾ szklanki mrożonego groszku
  • po dwie łyżki nasion słonecznika i siemienia lnianego (lub sezamu)
  • ½ małej cebuli, drobno posiekanej i zeszklonej na oleju
  • po hojnej szczypcie kuminu i mielonego chilli
  • posiekany świeży imbir (ok. 2 cm)
  • 2 łyżki sosu sojowego (jasnego)
  • opcjonalnie: łyżka świeżych/suszonych ulubionych ziół
  • 1 jajo
  • 1 łyżka bułki tartej (lub ew. więcej, jeśli masa będzie b. mokra)

Jarzyny zetrzeć i odcisnąć lub odzyskać z sokowirówki. Kaszę ugotować z groszkiem w osolonej 1,5 szkl. wody na zupełnie miękko (lekkie rozgotowanie nie zaszkodzi - jak dla mnie dopiero taka jest jadalna...), przestudzić. Wymieszać jarzyny z kaszą – masa powinna być całkiem gęsta. Dodać pozostałe składniki, sprawdzić doprawienie. Na tym etapie można masę schłodzić w lodówce, lub formować od razu kotlety lub burgery (za pomocą ww. praski ;). Uformowane schłodzić przynajmniej 15 minut przed pieczeniem, smażeniem lub grillowaniem. Wybrałam tą ostatnią metodę, na patelni grillowej. Burgery lekko smarowałam olejem z jednej strony (tej, która miała pierwsza styczność z patelnią). Nie przejmujcie się, jeśli kotlety trochę się rozpadną podczas obracania – można je ponownie uklepać.

Można podawać jak klasyczne burgery mięsne (z bułkami) lub z sosem pomidorowym na ciepło. Bardzo dobrze smakują też na zimno.

* I to faktycznie działa.

poniedziałek, 17 lutego 2014

O mojej ulubionej letniej pomidorowej pisałam. O ekspresowej – także. Była to jednak zupa gęsta, z dodatkiem ryżu, z kawałkami pomidorów. Nie tak dawno temu, przy okazji gotowania bulionu, zrobiłam ekspresówkę pitną, z dodatkiem czosnku. Po zmiksowaniu smakowała trochę jak... gazpacho na ciepło, a przynajmniej takie miałam skojarzenia. Czas przygotowania, skoro jest bulion – jakieś pół godziny, a i 20 minut wystarczy. Ze względu na dodatek czosnku raczej nie nadaje się do zabrania pracy, ale „na wynos” w plener lub podróż samochodem, jeśli wszyscy będą ją pić – czemu nie.

Składniki: 500ml dobrego bulionu, 500ml dobrego przecieru pomidorowego, olej, 3 ząbki czosnku, hojna szczypta ulubionych ziół, sól, pieprz, opcjonalnie: szczypta ostrej papryki

Czosnek drobno posiekać, chwilę przesmażyć na niewielkiej ilości oleju. Zalać bulionem i pomidorami, zagotować. Dodać ulubione zioła, trochę pieprzu i ostrą paprykę, jeśli używacie. Jeśli bulion i pomidory są mało słone, można też od razu lekko posolić. Gotować na średnim ogniu, pod przykryciem, 20-30 minut (w zależności od tego, ile macie czasu i na ile jesteście głodni). Mniej więcej w 2/3 czasu gotowania sprawdzić doprawienie. Zupę zmiksować na gładko, podawać w filiżankach, kubkach lub termosie ;). Świetnie pasuje do pieczywa: świeżego lub grzanek.

niedziela, 19 stycznia 2014

Kiedyś, na początku kariery piekarskiej, muffiny piekłam bardzo często. Te czekoladowe zawsze budziły duży entuzjazm - ciemne, nie za słodkie, z kawałkami rozpuszczonej czekolady w środku (po zjedzeniu wygląda się trochę jak z reklam Kinder Bueno ;). A jednak udało mi się o nich (nierozmyślnie) zapomnieć na kilka lat, do czasu niedawnej wizyty gości - wizyty zapowiedzianej, ale z małym wyprzedzeniem. Trzeba było przygotować coś niezobowiązującego, ze składników będących w domu, i na stół wyjechały te muffiny. Smakowały bardziej dorosłym niż dzieciom, dla których chyba były zbyt wytrawne.

Przepis za Feast Nigelli (po moim egzemplarzu widać, że przepis był regularnie używany, m.in. po plamach na stronie ;). W oryginale (wydanie amerykańskie) były szklanki, ale kiedyś zapisałam proporcje gramowe; autorka także używała, w przeciwieństwie do mnie, gotowych czekoladowych drobinek.

Składniki (12 babeczek):

  • 150g posiekanej gorzkiej (lub ostatecznie deserowej) czekolady
  • 250ml pełnego mleka
  • 90ml oleju
  • 1 duże jajo
  • 250g mąki
  • 2 łyżki kakao
  • 1 łyżeczka wanilii (ekstraktu lub mielonej)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0,5 łyżeczki sody
  • szczypta soli
  • 175g drobnego cukru

Zacząć od posiekania czekolady. Nagrzać piekarnik do 200 st C. Wymieszać suche składniki - także czekoladę - w misce, osobno zmieszać składniki mokre, niedbale połączyć mokre z suchym (nie mieszać za długo!). Napełnić ciastem foremkę na muffinki (otwory wyłożone papilotkami). Piec ok. 25 minut. Jeść najlepiej lekko ciepłe lub świeżo przestudzone, można oprószyć cukrem pudrem.

sobota, 22 czerwca 2013

Jak wspominałam w poprzednim odcinku ;), francuska prowincja wywarła na mnie znacznie lepsze wrażenie niż stolica kraju. Przez prowincję mam na myśli tą na północ od Paryża. Pierwszy przystanek nazywał się Giverny, czyli miejsce, w którym Claude Monet mieszkał, malował i zmarł. Dziś można zwiedzać jego dom i słynne ogrody, w miejscowości znajduje się także muzeum impresjonizmu.

Już pierwsze wioski po zjeździe z autostrady mi się podobały, jako małe, bardzo zadbane i schludne, o ciekawej architekturze, ale samo Giverny jest urocze – zielone, czyste (nie tylko w porównaniu z Paryżem ;), pełne kwiatów, z małym gotyckim kościołem (przy którym został pochowany Monet). Większość turystów skupia się na domu i ogrodach malarza (skądinąd ładnych i robiących wrażenie, zwłaszcza jeśli lubi się kwiaty łąkowe i grządki sprawiające wrażenie „dzikich”, nawet w deszczu ;), jednak warto przejść się dalej. Ku swojemu zaskoczeniu, miałam skojarzenia z austriackim Hallstat, które jest nr 1 w moim rankingu „słodkich miejscowości”; gdyby ktoś się mnie przed wyjazdem spytał, z czym będzie kojarzyć mi się Francja, wymieniłabym pewnie Hiszpanię, Włochy, nigdy kraje niemieckojęzyczne.

Po Giverny ruszyliśmy, nieco przemoczeni, dalej na północ, zatrzymując się przy opactwie Jumieges. Jeśli lubicie ruiny – polecam. Co prawda, jak na złość, wyszło na chwilę słońce – do gotyckiej atmosfery bardziej pasowałaby mi złowieszcze chmury czy mgła, ew. zacinający poziomo deszcz ;). Skojarzenia miałam z podobnym klasztorem pod rodzimym Zagórzem, w którym byłam kilkanaście lat temu. Był wówczas mocno zaniedbany i chyba nieobjęty jakąkolwiek opieką czy promocją – czy ktoś z czytelników wie, jak jest teraz?

Trzecim przystankiem była nasza baza na najbliższe dwa dni, tj. normandzkie Honfleur. Co tu dużo mówić – prawie każdy dom na starówce nadaje się do sfotografowania.

Miałam skojarzenia z Brugią (w wersji trochę mniej zadeptanej). Wrażenia potęgowało parę sklepów z czekoladkami, w tym jeden reklamujący się brugijskim rodowodem ;). Pośrodku malowniczy stary port, tuż obok – stary kościół Św. Katarzyny, jak wyjęty ze stron Beowulfa (czy jest na sali anglista ;)?). Miejscowość to także niezła (choć nie najlepsza, ze względu na odległość) baza wypadowa, jeśli ktoś interesuje się historią II wojny światowej i chciałby zwiedzić miejsca lądowań aliantów.

Poza samym Honfleur, obejrzeliśmy komiks średniowieczny ;) (tj. haftowaną tkaninę, przedstawiającą dokonania Wilhelma Zdobywcy) w Bayeux, malownicze klify w Etretat (które znów doceniali impresjoniści) oraz udaliśmy się na wycieczkę kulinarną na nadbrzeże w Trouville. Otóż Normandia to: sery (Camembert, Pont-l'Eveque – mój ulubiony - i Livarot wszystkie pochodzą rzut beretem od Honfleur), masło i inne wyroby z mleka krowiego; napoje procentowe z jabłek, czyt. cydr i calvados oraz dary morza, czyli ostrygi i inne.

Wyczytałam, że najlepiej udać się na ostrygi lub omułki na targ rybny (właściwie to kilka straganów) przy nadbrzeżu w Trouville. Towar jest świeży, przygotowywany do jedzenia właściwie przy kliencie. Napoje to np. dość kwaśne, lekkie białe wino, sztućce - plastikowe, do tego jako dodatek mokre chusteczki ;), przed chłodem (szkoda, że już nie przed deszczem) chronią zewnętrzne grzejniki.

Inne atrakcje regionu, tj. wspomniane sery i cydr, udało nam się skosztować wieczorem w Honfleur oraz podczas nadmorskiego pikniku w Etretat.

CDN :)

wtorek, 21 maja 2013

Z cyklu "zrób sobie nabiał..." robiłam już swego czasu ser twarogowy i coś a la ricotta (zakwaszając gorące mleko sokiem z cytryny i odciskając na ściereczce). Nigdy jednak nie robiłam labneh, sera jogurtowego (który może być robiony z różnego mleka: krowiego, owczego, koziego), choć już dawno temu wzdychałam nad zdjęciami Gospodarnej Narzeczonej. Rzecz w tym, że dawno nie robiłam jogurtu: owszem, na blogu jest przepis, który kiedyś wcielałam w życie, ale dziś już nie uważam, by to mleko w proszku było do czegoś w jogurcie potrzebne... nie mówiąc o tym, że jakoś od kilku lat w ogóle prawie jogurtu nie jem ;) (nie z premedytacją, po prostu nie się nie składa). Niedawno jednak nabyłam Salt, sugar, smoke Diane Henry i za sprawą jej labneh przypomniały mi się kuleczki z Na kruchym spodzie...

A więc, po pierwsze, jogurt. Z tzw. rozmnożenia, bez dodatkowego mleka w proszku.

Składniki: litr mleka 2% lub 3,2% (pasteryzowanego - w woreczku lub tzw. pasteryzowanego świeżego, nie UHT), 2 pełne łyżki dobrego jogurtu (w miarę możliwości - bez dodatków typu mleko w proszku, zagęszczacze, itd).

Mleko podgrzać do 36 st. C. Dodać jogurt, dokładnie wymieszać. Przykryć, odstawić w ciepłe miejsce (okolice kuchni, grzejnika, bojlera, pod koc) itd. na ok. 12-14h. Ew. można proces wspomóc krótkim - np. godzinnym - pobytem w piekarniku w ok. 35-40 st. C. Produktem końcowym powinien być jogurt.

Mając jogurt możemy przystąpić do punktu 2, tj. produkcji sera - uzyskany powyżej jogurt mieszamy z łyżeczką soli i wylewamy na sito + gazę/ściereczkę umieszczoną nad miską i odstawiamy w chłodne (lodówka, piwnica, zimna spiżarnia) miejsce na 1-2 doby. Odcedzony jogurt powinien przypominać konsystencją ser śmietankowy i tak też smakować. Możemy go jeść tak, jak jest, albo uformować kuleczki smakowe - i tu zaczyna się zabawa, nieco zbliżona w efekcie końcowym do marynowanego sera pleśniowego. Obie poniższe propozycje z grubsza wg Diane Henry:

Wariant z przyprawami: na spodku wymieszać po 1 łyżce chilli, słodkiej papryki (wędzona będzie najlepsza) i sumaku (można też zrezygnować z 1-2 z ww. przypraw i użyć np. samego chilli). Z sera toczyć kulki wielkości orzecha włoskiego (można pomagać sobie łyżeczką), obtaczać w przyprawach, umieszczać w ok. 0,5 litrowym słoju z ok. 2 cm oleju/oliwy na dnie, następnie zalać dokładnie olejem/oliwą (proponuję, w wersji ekonomicznej, mieszankę oleju: oliwy 1:1 lub 2:1). Odstawić na 2 dni w chłodne miejsce. Po otwarciu przechowywać w lodówce.

Wariant ziołowy: wszystko jak powyżej, tylko zamiast przypraw - posiekane świeże zioła (rozmaryn, tymianek, mięta, estragon - jak Wam się podoba ;). Można dodać parę gałązek ziół dodatkowo do słoja.

Choć obie wersje mi smakowały, a ser zniknął b. szybko, chyba jednak opcja ostrzejsza bardziej przypadła mi do gustu - łagodny, lekko słodki smak sera świetnie pasuje do pikantnych, wyrazistych przypraw. Nie wiem, czy muszę dodawać, że poza tym, że ser ładnie wygląda w słoju (i na stole), to świetnie nadaje się na prezent i przystawkę (kuleczki w ramach mezze, np. w połączeniu z grillowanym bakłażanem/papryką czy podane na liściach cykorii/sałaty). Polecam!

 
1 , 2
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Tagi

@ptasia.cosniecos Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna