Czy ktoś pamięta mój awaryjny makaron z tuńczykiem i pieczarkami? Wciąż go regularnie robię; któregoś dnia jednak okazało się, że pieczarek jest za mało, więc dodałam, dla zachowania objętości, pieczonego buraka, i całość doprawiłam kuminem (w myśl makaronu z burakami i fetą). Efekt mi się spodobał, więc kolejnym razem całkiem zastąpiłam pieczarki burakami. Idzie to tak...
Składniki:
1 średnia cebula, pokrojona w piórka,
2 średnie, wcześniej upieczone*/ugotowane buraki,
kumin (ziarna),
sól/pieprz,
puszka osączonego tuńczyka (ok. 185g),
2-3 łyżki śmietany (np. 12-18%) lub gęstego jogurtu,
opcjonalnie: sok z cytryny
225-250g makaronu kokardki lub rurki
opcjonalnie - dukkah i kolendra/pietruszka do posypki
Nastawić wodę na makaron. Rozgrzać ok. łyżki oleju w dużej patelni, dodać dwie-trzy hojne szczypty kuminu, gdy zacznie pękać, dodać cebulę, zeszklić. Dodać buraki pokrojone w większą kostkę, wymieszać, chwilę smażyć na średnim ogniu. Dodać osączonego tuńczyka, skręcić ogień na mały (i pewnie mniej więcej w tym czasie zacząć gotować makaron). Doprawić składniki sosu do smaku solą i pieprzem, lekko zabielić śmietaną lub jogurtem (najlepiej zahartowując, tj. mieszając część sosu z jogurtem/śmietaną, potem dodając powoli, stale mieszając, powstałą miksturę do sosu). Podgrzewać dalej na małym ogniu, aż makaron się ugotuje, sprawdzić pod koniec gotowania doprawienie (może przydać się parę kropel soku z cytryny, dla równowagi z burakiem). Wymieszać gotowy sos z makaronem, np. w garnku, odstawić na chwilę pod przykryciem. Podawać, jeśli ktoś ma na stanie, lekko posypane przyprawądukkah i odrobiną zielonego - kolendry lub natki pietruszki.
* U mnie zawinięte w folię, przez godzinę w ok. 190 st. C. Czasem piekę je tak "przy okazji", jeśli np. nagrzewam piekarnik do pieczenia chleba.
Na przekór jajom i żurkom nie będzie wielkanocnie, choć w jakimś sensie jest to nawiązanie do zeszłorocznych Świąt: wtedy zamieściłam poprzedni wpis z cyklu "ze starego zeszytu" (a o co właściwie chodzi, można przeczytać tu). Ostatnio bowiem, rozmyślając jak odtworzyć wątróbkę po tyrolsku, znów sięgnęłam po te stare niemieckie przepisy. Wątróbki nie znalazłam, rzuciły mi się natomiast w oczy klopsiki rybne (Fischbölle). To dobry przepis na wykorzystanie resztek rybnych i ziemniaczanych. Irma sugerowała, by podać je z sosem kaparowym lub grzybowym. Ten pierwszy mi się spodobał, jako kojarzący się (przynajmniej mnie) z kuchnią retro. W zeszycie przepisu nie znalazłam, sugerowałam się zatem znalezionym w sieci, ale dość luźno podeszłam do oryginału.
Składniki (dla 2 osób):
Klopsiki: 500g ugotowanej/upieczonej ryby o białym mięsie*, 1 średni ugotowany/upieczony ziemniak (ok. 80g), 1 mała cebula/szalotka, 0,5-1 łyżka bułki tartej (i dodatkowa do panierki), ok. łyżki posiekanego koperku lub natki pietruszki, 1 jajo, sól, pieprz, olej do smażenia
Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Rybę rozdrobnić, upewnić się, że nie ma ości. Ziemniaka rozgnieść na puree, wymieszać z rybą, dodać cebulę. Wymieszać z jajem, bułką tartą, zieleniną. Jeśli masa będzie zbyt mokra, dodać trochę więcej bułki. Doprawić do smaku solą i pieprzem (raczej solidnie). Opcjonalnie można uformować kulki (u mnie z grubsza wielkości piłki ping-pongowej) i schłodzić je ok. 10-20 minut w lodówce; można też z marszu formować, obtaczać w bułce tartej i smażyć partiami na złoto. Podawać z sosem kaparowym.
* Można ew. pomieszać rybę gotowaną z np. wędzoną, tylko wówczas uważać z dosalaniem [i jest to to już pomysł mój, nie z zeszytu].
Sos: 2 łyżki masła, 2 łyżeczki kaparów z zalewy (osączonych), ok. 3 łyżek posiekanego koperku (opcjonalnie można zastąpić natką, jeśli użyliśmy jej do klopsików), łyżeczka musztardy
Masło stopić na średnim ogniu, dodać kapary (jeśli duże, można z grubsza posiekać, w przeciwnym razie po prostu lekko rozgnieść mieszając sos), koperek i musztardę. Dokładnie wymieszać i podgrzewać, aż składniki się połączą. Sprawdzić, czy sos nie jest zbyt kwaśny - opcjonalnie można delikatnie zabielić mlekiem (ok. łyżki), dolewając je powoli, stale mieszając. Podawać na ciepło.
I to tyle. Żadne wielkie rzeczy, ale sympatyczne danie. Nadprogramowe klopsy rybne dobrze smakują także na zimno, np. na chlebie.
Na deser, już tradycyjnie, zdjęcie babci Łucji, tym razem we wrocławskim Parku Szczytnickim (w roku 1935).
Mam problem lingwistyczny, jak określić produkty spożywcze, które po angielsku określa się jako cured. De facto chodzi o konserwację/obróbkę przez zasolenie. Rozważałam termin "peklowanie", ale kojarzy mi się z mięsem, a tu będzie mowa o rybie. "Marynowanie" też nie pasuje, bo sugeruje użycie octu... No właśnie. Więc właściwie chodzi o gravlaxa, ale innego, niż wieki temu robiłam (i patrząc z perspektywy czasu, filet, jakiego użyłam, niespecjalnie się do tego celu nadawał). Cytrusowego, z przepisu z angielskiej wersji bloga Galangal - życie ze smakiem (na stronie polskiej go nie znalazłam*).
Składniki: 1 filet z łososia (jak najlepszy, najświeższy) - mój był mały, ok. 200-250g, sól, cukier (biały lub brązowy), skórka z 1/2-1 cytryny oraz 1/2-1 pomarańczy
Łososia dokładnie umyć, przejechać po nim palcami, czy nie są wyczuwalne ości (w moim nie było ani jednej ;) - jeśli są, zacisnąć zęby i pousuwać je delikatnie, np. pęsetą (powodzenia). Filet natrzeć równomiernie solą (tak, jak nacieram szynkę solą peklową; na ten filet poszło może ok. łyżeczki) i cukrem (użyłam mniej więcej 1,5 razy tyle, co soli). Obłożyć startymi skórkami (u mnie ze sparzonych cytrusów - 1/2 cytryny i 1 mała pomarańcza). Przekroić na 1/2, złożyć jak kanapkę, mięsem do środka. Nie zdejmowałam skóry, ale jak pisała Ewa, można rozważyć odskórowanie (ja zrobiłam to dopiero po paru dniach). Owinęłam filet dokładnie folią spożywczą, umieściłam w plastikowym pojemniku i przygniotłam ciężką maselniczką (można użyć np. słoika, puszki itd.) Trzymałam go w lodówce 3,5 dnia, codziennie zlewałam wytwarzający się płyn. W książce "Roast figs, sugar snow" Diane Henry wyczytałam zalecenie, by podobnie przyrządzaną rybę zasalać od 1 do 6 dni.
Po tym czasie zdjęłam skórę, strzepałam część skórek i jadłam cienko krojonego w poprzek filetu (przyda się ostry nóż), najlepiej na żytnim chlebie. Polecam.
Najwięcej roboty ze stir fry jest najczęściej z... pokrojeniem wszystkich składników. Jeśli się ma palnik o solidnej mocy (gaz, indukcja) i najlepiej woka, smażenie idzie błyskawicznie. Niestety, nie posiadam ani jednego, ani drugiego (i zresztą uważam, że warunek pierwszy jest niezbędny, by punkt drugi miał sens), więc stir fry w warunkach domowych - na zwykłej patelni i na kuchence elektrycznej o takiej sobie mocy - jest nieco oszukany. Dania są jednak wciąż smaczne i szybkie, a bazujące na przepisach, które poznaliśmy w Basil Cookery School. Oto przykładowe danie z tofu, które można zrobić także z ryby o zwartym mięsie, pokrojonej na 2 x 2 cm kostkę lub drobiu (jw.)
Składniki (na 2 porcje): 200g makaronu ryżowego (najlepiej szerszego), 1-2 ząbki czosnku, 1-2 małe tajskie papryczka chilli, paczka (ok. 150g) tofu, olej do smażenia, garść jarmużu (porwany, grube łodygi wycięte), ok. 3 liści limonki, sok z 1/2 -1 limonki, ciemny sos sojowy, sos rybny, liście kolendry
Zacząć od nastawienia wody na makaron. Rozgrzać na patelni ok. łyżki neutralnego oleju, dorzucić posiekany czosnek i chilli. Po chwili dodać tofu pokrojone w kostkę, smażyć kilka minut, obracając jednokrotnie, by jednolicie się zrumieniło z obu stron (nie przejmować się zbrązowieniem czosnku, to efekt całkiem pożądany ;). Gdy tofu się smaży, można przyrządzić makaron (zgodnie z instrukcją na opakowaniu; często trzeba tylko namoczyć we wrzątku i osuszyć); odcedzony wymieszać w misce z ok. 1,5 łyżeczki ciemnego sosu sojowego, który nada mu ciemniejszy kolor. Do tofu dorzucić jarmuż i liście limonki, przesmażyć chwilę, aż liście lekko zmiękną. Dodać makaron (wraz z ew. sosem sojowym, pozostałym w misce), wymieszać całość na patelni, doprawić do smaku sokiem z limonki i sosem rybnym/dodatkowym sosem sojowym. Podawać od razu, posypane liśćmi kolendry (chyba, że ich się nie ma, chlip, ale są cennym dodatkiem).
A poniżej przykład podobnie przyrządzonej wersji rybnej, z mniej zabarwionym makaronem, z dodatkiem dymki:
PS. Moja druga 1/2 właśnie przeczytała wpis i zażądała wprowadzenia zmian np. w opisie przyrządzenia makaronu, co też zrobiłam; M wyraził ponadto zdanie, że "woli makaron cieńszy". No cóż - o gustach się nie dyskutuje... ;)
W części swojej książki poświęconej Żydom włoskim, Claudia Roden pisze, że często ludzie okazują zdumienie, "że są Żydzi we Włoszech". Osobiście dziwię się ich zdumieniu, i od razu przychodzi mi do głowy Kupiec Wenecki - sztuka, którą w dzisiejszych czasach się ciężko czyta i ogląda, ale podobno Shakespeare był bardzo, jak na koniec XVI w., postępowy, czyniąc Żyda bohaterem swojej sztuki (niezależnie od tego, jak antypatyczny to bohater i jaki los go spotyka). Pierwsze getto powstało właśnie w Wenecji, gdy w roku 1516 odseparowano ludność żydowską od pozostałych mieszkańców miasta, i przeniesiono ich do tzw. Ghetto Nuovo. Obecnie znajduje się tam dzielnica Cannaregio. Z tego miejsca i z książki Claudii Roden, pochodzi proste danie - makaron z sardelami i czosnkiem. Przy okazji jego prezentacji chciałam poinformować, że za niecały tydzień we Wrocławiu zacznie się Festiwal Kultury Żydowskiej. Ja w nim nie będę mogła osobiście uczestniczyć, ale może ktoś z czytelników dołączy. Jeśli nie, oto makaron z żydowskiej Wenecji (z moimi minimalnymi zmianami):
Składniki:
2-3 ząbki czosnku
łyżka oleju
100g sardeli w oleju (anchois, osączonych, olej zostawiony)
natka pietruszki
ok. 225g krótkiego makaronu (Claudia sugeruje razowy, ja nie przepadam, więc użyłam pszennego jasnego)
pieprz
Sos robi się b. krótko, więc najlepiej zabrać się za niego tuż po wrzuceniu do wrzącej wody makaronu i posolenia go. Rozgrzać łyżkę oliwy i ok. 1-2 łyżeczki oleju z rybek, dorzucić posiekany czosnek, chwilę przesmażyć, dodać rybki. Gotować na średnim ogniu, rozgniatając delikatnie rybki podczas mieszania (choć najprawdopodobniej same się rozpadną), aż makaron się nie ugotuje. Wymieszać odcedzony makaron z sosem sardelowym, dodać pietruszkę i sporą ilość świeżo zmielonego pieprzu. Gdyby makaron był za suchy, podlać dodatkową oliwą lub olejem z sardeli. Podawać na ciepło lub zimno.
Makaron jest mocno słony, i sądzę, że taki ma być: jeśli ktoś jednak chce delikatniej, może wymoczyć wcześniej sardele w mleku.
Zjedliście już w tym roku szparagi? Ja na razie tylko raz, choć mam nadzieję, że zdążę to powtórzyć. Stojąc nad dwoma pęczkami w kuchni, wahałam się, czy zrobić pieczone, czy też tzw. "szparagi Bajaderki". Wybrałam te ostatnie, by towarzyszyły łososiowi z patelni grillowej (w wersji "nr 2"). Przyznaję, że skorzystałam z rady Bei, która także ten przepis prezentowała na swoim blogu, i dodałam startą skórkę z limonki oraz zastąpiłam cukier miodem; brązowy cukier wydaje mi się także tu na miejscu. Można by się także pokusić o dodanie paru pokrojonych na paseczki liści limonki. Danie bardzo smaczne, szybkie i proste.
1/2 kg szparagów
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżeczka cukru lub 1/2 łyżki miodu
1 łyżka oleju sezamowego
2 ząbki posiekanego czosnku
ok. 3 łyżek sezamu (najlepiej uprażonego na suchej patelni)
opcjonalnie: skórka starta z 1/2 limonki lub 2-3 liście limonki, pokrojone w cienkie paski
Sos sojowy wymieszać w małej miseczce z cukrem/miodem i (opcjonalnie) liścmi/skórką z limonki. Szparagi umyć, pozbawić twardych końcówek* i pokroić na małe kawałki (ok. 5cm). Rozgrzać olej sezamowy na głębokej patelni/woku, dodać posiekany czosnek, krótko obsmażyć nie dopuszcząjc do zrumienienia; dodać szparagi i ciągle mieszając/podrzucając smażyć je około 4 minut. Dodać sos sojowy i jeszcze chwilkę smażyć, aż prawie cały sos wyparuje. Przełożyć do salaterki, posypać sezamem i natychmiast podawać.
* Najlepiej te końcówki ułamać - chwycić szparaga w środku i bliżej końca, nacisnąć tak, jakby był gałązką, którą chcielibyśmy przełamać, a złamie się naturalnie w miejscu, w któym kończy się część "zdrewniała". Pani Serwusowa melduje, że twarde końcówki można wykorzystać do bulionu warzywnego - jeszcze nie próbowałam, ale nie omieszkam ;)
Zieloną tartę zrobiłam parę dni temu, ale że dziś świętujemy Św. Patryka, i powinno być zielono - pasuje jak znalazł ;) Przepis z rodzaju "potrzeba matką wynalazków". Długo się zastanawiałam, co ew. pasuje do puszki tuńczyka, którą miałam w domu, i po namyśle doszłam do wniosku, że szpinak w liściach. Miałam rację.
Składniki:
kruche ciasto maślankowe wg tego przepisu lub inne ulubione kruche, w ilości jak na małą tartownicę (ok. 24 cm średnicy; z ok. 140-150g mąki)
oliwa
ok. 450g mrożonego szpinaku w liściach
1-2 ząbki czosnku
sól, pieprz, chilli, suszone pomidory w płatkach
puszka (ok. 185g) tuńczyka w zalewie
1-1,5 łyżeczki kaparów w zalewie
Z ciastem kruchym postępować tradycyjnie: zrobić, schłodzić, rozwałkować, wyłożyć formę i schłodzić, podpiec na ślepo (z obciążeniem) ok. 10 minut w 190 st. C i drugie tyle bez obciążenia.
Wówczas, gdy tarta się chłodzi i piecze, przygotowujemy farsz: na rozgrzanej oliwie (lub mieszance oliwy z masłem) przesmażamy rozdrobniony czosnek, dorzucamy szpinak i rozmrażamy na średnim ogniu (może być pod przykryciem). Rozmrożony doprawiamy do smaku solą, pieprzem, odrobiną chilli i suszonymi pomidorami w płatkach (można użyć też ok. łyżki takich z oliwy, osączonych i posiekanych). Gotujemy bez przykrycia, by całość odparowała. Dodajemy osączonego tuńczyka, gotujemy ok. 2-3 minut. Zdejmujemy z ognia, dodajemy kapary z zalewy (osączone), mieszamy, sprawdzamy doprawienie. Umieszczamy farsz na podpieczonym spodzie, skrapiamy oliwą i pieczemy ok. 20-25 minut w 190 st. C.
Tarta jest smaczna i na ciepło, i na zimno, i niekoniecznie w dniu patrona Irlandii. Tego dnia jednak można ją popić zielonym piwem (dodając ok. łyżki likieru Blue Curaçao do 250 ml piwa). Sláinte!
PS. I podpinam wpis pod "zieloną akcję" - vide banner.
Lubię, gdy wokół mnie jest kolorowo: noszę wielobarwne ubrania, mam czerwoną kanapę i zestaw ciemnopomarańczowych talerzy. Lubię także kolorowe potrawy, zwłaszcza wtedy, kiedy wokół jest zdecydowanie szaro. Paprykarz rybny z dodatkiem czerwonej papryki i przecieru pomidorowego, dodatkowo posypany zieloną natką, ma zdecydowanie żywe barwy. W sam raz na taki pochmurny dzień, jak wczorajszy. Ja wykorzystałam w potrawie resztki sosu z pieczenia kurczaka doprawianego słodką papryką, ale nie jest niezbędny składnik. Można je doprawić na mniej lub bardziej ostro, zgodnie z upodobaniami.
Składniki:
1-2 łyżki oliwy lub tłuszczu wytopionego z kurczaka
1 mala cebula
ok. 450g filetów z dorsza (lub innej ryby, np. soli, sandacza)
1-2 łyżki węgierskiej pasty paprykowej (słodkiej lub ostrej, jak wolicie)
pieprz, sól
natka pietruszki
opcjonalnie: szczypta-dwie słodkiej wędzonej papryki, kilka łyżek sosu z pieczonego kurczaka
W dużym rondlu rozgrzać oliwę lub tłuszcz z kurczaka, zeszklić cebulę pokrojoną w kostkę. Rybę pokrojoną na kawałki ok. 5 x 10 cm przesmażyć z obu stron na zeszklonej cebuli, wyłowić, odłożyć na bok. Do rondla dodać paprykę, pokrojoną w kostkę i ok. 1/2 łyżki suszonego cząbru, przesmażyć kilka minut, dodać przecier, pastę paprykową, pieprz i sól do smaku oraz paprykę wędzoną, jeśli używacie. Ja dodałam także parę łyżek zachowanego sosu z pieczenia kurczaka. Zagotować, gotować ok. 10 minut na mocnym ogniu, by sos odparował. Dołożyć rybę, skręcić ogień na mały, dusić pod przykryciem ok. 10-15 minut; pod koniec sprawdzić doprawienie.
Podawać posypane natką i najlepiej z galuszkami (ale tym razem nie dzieliłam przepisu na 1/2 i na dwie osoby podałam całość) lub szerokim makaronem.
Siedzieliśmy latem w ogrodzie, jedząc pierogi z ziołową ricottą i myślałam głośno, czym by tu jeszcze - nietypowo - można było nadziać pierogi: "A gdyby tak z łososiem...? I ziemniakami, jak w ruskich? Z koperkiem, i chrzanem?" Minęło lato, trwa jesień, i pomysł pierogów z wędzonym łososiem wrócił do mnie. Zrobiliśmy i wyszły świetnie. Z farszu można by także uformować i usmażyć kotleciki lub pulpety, można także użyć innej ryby wędzonej.
Składniki farszu (na ok. 20 pierogów, na większą ilość należy proporcjonalnie zwiększyć): 100g wędzonego łososia (lub innej ryby), możliwie dobrej jakości, dwa średnie ugotowane ziemniaki, 1-2 łyżeczki ostrego chrzanu ze słoika (można także dodać trochę świeżego startego chrzanu), pieprz do smaku, 1-2 łyżki posiekanego koperku, opcjonalnie: 1-2 łyżki twarogu lub serka śmietankowego
Ciasto na pierogi, jak zawsze - maślankowe (na 20 sztuk - z 150g mąki)
Do podania: ok. 2-3 łyżek masła i garść koperku
Ziemniaki rozgnieść. Łososia rozdrobnić, dodać do ziemniaków. Dodać pozostałe składniki, ilości modyfikując wg upodobań. Całość dokładnie wymieszać na jednolitą masę - gdyby była zbyt sucha, można dodać twarogu, ale u nas nie było to konieczne. Sprawdzić doprawienie - farsz powinien być wyrazisty (my daliśmy sporo świeżo mielonego pieprzu), ale sól prawdopodobnie nie będzie konieczna, zwłaszcza, jeśli posolicie ziemniaki do gotowania.
Wycięte krążki z rozwałkowanego ciasta nadziewać kopiastą łyżeczką farszu, gotować ok. 2 minut. Podawać polane alternatywą dla masła szałwiowego: stopionym masłem, wymieszanym z garścią posiekanego koperku.
Ryby i owoce morza pojawiają się regularnie na naszym stole. Nie wszystkie gatunki ryb mi jednak smakują - pływające w mule i ościste zjem, ale niechętnie. Podobnie jest z obróbką przed i w trakcie - patroszenie i czyszczenie wolę zostawić M, podobnie jak smażenie (bo tego zasadniczo nie lubię robić) i grillowanie. Ja się wolę zająć stroną koncepcyjną (doprawianie, przygotowywanie sosów i dodatków) oraz konsumpcyjną :) Prawdą jest też to, że jeśli ryba jest dobra jakościowo i do tego świeża, niewiele trzeba z nią robić, by uzyskać smaczne danie.
Propozycja #1: prościej się chyba nie da, czyli steki z tuńczyka z pesto.
Składniki: 1-2 steki z tuńczyka na głowę, sól, sok z cytryny, oliwa, parę łyżek pesto domowego lub kupnego
Steki umyć, osuszyć, lekko posolić, skropić cytryną i natrzeć oliwą (ważne, bo mięso z tuńczyka jest b. chude). Grillować na rozgrzanym grillu, najlepiej na tacce, po kilka minut z każdej strony (nie za długo, aby nie przesuszyć). Gorące steki posmarować pesto i podawać, np. ze świeżym chlebem i sałatką.
Propozycja #2: smażona sielawa. Smaczne, niewielkie ryby, których nadprodukcję można zjeść na zimno lub obrać z ości i wymieszać z twarogiem oraz odrobiną musztardy na pastę-awanturkę. Można z pewnością smażyć je obtoczone w mące lub w panierce, ale tej ostatniej nie lubię w żadnym wydaniu.
Składniki: na 2 dorosłe osoby: ok. 600-700g sielawy, najlepiej już oczyszczonej, olej/oliwa do smażenia, sól gruba, sok z cytryny
Ryby oczyścić z łusek, jeśli to konieczne, wypatroszyć, obciąć głowy (obrobione rybki widać na 1 zdjęciu u góry). Osuszyć ręcznikiem. Smażyć partiami na rozgrzanym oleju lub oliwie do pożądanego stopnia zrumienienia - u nas były smażone krótko, tyle, by nie były surowe. Gorące rybki posypać dość grubą solą i skropić cytryną, odstawić na chwilę przed podaniem. Jeść z np. ziemniakami w dowolnej formie i pomidorem doprawionym oliwą, octem balsamicznym i posiekanym czosnkiem (jak na 1 zdjęciu u góry).
Propozycja #3: lin (lub inna ryba) curry. Tj. doprawiona łagodnym ('polskim') - albo i ostrym, jak chcecie - curry.Kompozycja made by M. Zaskakująco smaczne, choć nie wiem, czy z linem jeszcze będziemy się bawić, bo raczej zaliczyłabym go do ryb ościstych.
Składniki: dla 2 osób: dwa średniej wielkości filety/płaty rybne (u nas z lina), łyżeczka curry w proszku, 1-2 łyżki oliwy
Zmieszać curry z oliwą, powstałą pastą wysmarować rybę, odstawić na ok. 20-30 minut. Piec na tacce na rozgrzanym grillu ok. 15 minut, obracając w połowie czasu. U nas podane z kukurydzą, także grillowaną - bez żadnego doprawienia, ale wciąż w liściach, które się na grillu spaliły, ale zanim to się stało, chroniły kukurydzę przed spaleniem - i posoloną oraz posmarowaną masłem już na talerzach. Ponadto jako dodatek była nadprodukcja wcześniej ugotowanej kaszy gryczanej, podgrzana na patelni także z dodatkiem curry - bardzo ciekawe połączenie smaków.