Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: Indie

czwartek, 25 września 2008
Kto oglądał Monsunowe wesele (a ten kto nie oglądał, niech obejrzy), powinien pamiętać pomarańczowe kwiaty obecne w wielu kluczowych scenach. Wystarczy zresztą ten fragment z Youtube, w którym grają w niemal każdym ujęciu (i są także jedzone, patrz 3:30 minuta filmu):
Do czasu komentarzy Leloop, które można przeczytać pod wpisem i za które dziękuję, sądziłam błędnie, że te kwiaty to nagietki, tymczasem są to także astrowate i podobne do nagietków aksamitki. Tradycyjnie przystraja się nimi ołtarze, święte obrazy i domy (zwłaszcza progi) na znak święta. Trzeciego dnia naszego pobytu w Indiach, w dniu naszego wylotu z Bombaju do Cochi, zaczęło się święto Ganesza, Ganesh Chaturthi, o którym można poczytać tu. Pod naszym hotelem umieszczono ołtarz z Ganeszem otoczonym potrawami i kadzidełkami, a przy wejściu pojawiły się wieńce z kwiatów z małym dodatkiem... bombek choinkowych i papryczek chilli na sznurku. Gdy wróciliśmy do Bombaju po ponad 2 tygodniach, aksamitki wciąż wisiały, tylko, że już smutne, brązowe, częściowo przegniłe, częściowo uschnięte.
Kolejne świąteczne kwiaty w dużej ilości trafiły nam się w Kalpetcie, gdzie trwał keralski festiwal - Onam. Dorocznie upamiętnia się legendarnego króla Kerali, Mahabali, który wg. wierzeń zstępuje na  przełomie sierpnia i września na ziemię i odwiedza swój lud. Z punktu widzenia niewtajemniczonych cudzoziemców święto przejawiało się w dużej liczbie kolorowych straganów z kwiatami, idealnym obiekcie do fotografii (choć wbrew pozorom mało wonnym - kwiaty nie pachniały!)
Na co kwiaty? Do tworzenia takich ozdób, nazywających się Pookkalam:
Można je znaleźć przed lub tuż za progiem w instytucjach, sklepach, hotelach lub domach prywatnych, zazwyczaj otoczone lampkami lub kadzidłami. Powyższa dekoracja znajdowała się przed naszym hotelem i nie była pierwszą wersją, którą ułożono za naszej bytności; przyznaję ze wstydem, że w pierwszą niechcący... wdepnęłam.
A to już poczta w Kalpetcie:
Indie będą kojarzyć mi się z wieloma rzeczami, a jedną z nich z pewnością będą kwiaty. Nie tylko nie-nagietki, tj. aksamitki...
wtorek, 23 września 2008

Przyznaję, że jeszcze przed wyjazdem liczyłam na to, że obejrzymy w Indiach chociaż plantacje herbaty. Tak się złożyło, że udało nam się zobaczyć znacznie więcej upraw - część zwiedzając park narodowy Wayanad w PN Kerali, a część na Goa w Sahakari Spice Farm. To ostatnie doświadczenie, mimo swej komercyjności (goście obwieszani na wstępie girlandami kwiatów, grupa za grupą chodzi z przewodnikiem w trybie taśmy montażowej, lunch w cenie  biletu, itd.) stanowiło bogate źródło wiedzy. I tak zobaczyłam, jak wygląda kurkuma, zanim zamieni się w żółty proszek...

... kardamon, zanim się go ususzy (widzicie fasolkę na gałęzi?)...

... a także, że kwiat gałki muszkatołowej jest częścią gałki, a wygląda to tak:

Dowiedziałam się także, jak się robi fenny (mocny alkohol kokosowy), że każdy rodzaj pieprzu (biały, czarny, czerwony i zielony) pochodzi z tej samej rośliny, tylko jest inaczej obrabiany i/lub zbierany w innym czasie, że liście curry dodaje się do curry rzekomo aby zrównoważyć działanie składników o wysokim poziomie cholesterolu (masło, mleko kokosowe),bo liście curry (podobno) cholesterol obniżają. Wąchałam także liście goździkowca oraz cynamonowca, czyli tzw. Indian bay leaves, które zastępują w kuchni indyjskiej liście laurowe.

Jeśli chodzi o uprawy widziane w Wayanad, największe wrażenie wywarły na mnie pola, pola i jeszcze raz pola herbaty, pełne symetrycznie zasadzonych krzaczków i kobiety z koszami pełnymi zebranych liści na głowie.

Poniżej pozostała dokumentacja zdjęciowa (klikajcie by powiększyć):

PS. I z wrażenia zapomniałam o plantacjach, których widziałam tyle, że ich silna zieleń mi spowszedniała; mowa o polach ryżowych. Tu pierwsze, które oglądałam i zarazem sfotografowałam, podczas naszej wycieczki na backwaters Kerali:

Wróciłam... Choć jeszcze nie całkiem. Na razie trwa pranie całego zawilgoconego i dziwnie pachnącego bagażu, a ja próbuję ułożyć sobie podróż i wrażenia w głowie, porządkując także zdjęcia. Zachwycam się przy tym szybkim netem - ładowanie paru zdjęć trwa góra 3 minuty i jest zakończone powodzeniem!

A więc: trochę dokumentacji z restauracji indyjskich, głównie z Kerali i Goa.  Jedzenie indyjskie bardzo mi smakuje i nie miałam większych problemów z jego pikantnością. Rzadko zdarzały się niewypały smakowe - jak pisałam, nie przepadam za słodyczami indyjskimi i dwukrotnie sparzyliśmy się (w sensie przenośnym :) na kleikowych i bardzo słonych zupach z dużym dodatkiem skrobi (brrr). Najczęściej jedliśmy to, co na Zachodzie nazywa się curry, a więc najróżniejsze sosy; kilkakrotnie jedliśmy ryby i owoce morza, ale zostały pożarte bez uwiecznienia. Podróżowaliśmy w towarzystwie dwojga wegetarian i mięso jedliśmy raz: gdy kucharz na łódce w Kerali mimo próśb o dania bezmięsne, uszczęśliwił nas potrawką z kurczaka. Kucharz był także dość wrażliwy, więc z M staraliśmy się przebrnąć przez choć 1/4 porcji wieloosobowej (a stół poza tym tonął w jedzeniu). Kurczak niestety także nie doczekał się fotografii (co nie znaczy, że był niesmaczny). Z innych rzeczy, których nie jedliśmy, z powodów zdrowotnych, tj. chęci chronienia układów pokarmowych, były niestety surowe warzywa i owoce (te ostatnie w ostatnim tygodniu na Goa w małej ilości zaryzykowaliśmy). A niestety, bo warzywa i owoce w Indiach są wspaniałe i dla nas często bardzo egzotyczne (jak demonstrowałam na zdjęciach straganów).

Ad rem: zdjęcia z knajp, czyli najczęstsze dania i napoje:

Nasz ulubiony napitek, czyli masala tea - herbata gotowana z mlekiem, przyprawami korzennymi i (nie zawsze, ale taka lepsza) świeżym imbirem.

To zaś specjał z PN Kerali, tj. Kalpetty: chira puttu. Bardzo sugestywnie :) wyglądające i smakujące idealnie... niczym babuchy z mąki ryżowej:

A tak wygląda czas na thali, czyli lunch (sfotografowałam jakiś instytut lub urząd z okna hotelu) składający się z niewielkich porcji różnych dań (trochę na zasadzie bufetu), nakładanych zazwyczaj na metalowe tace, jak widać:

środa, 17 września 2008

Desery indyjskie sa bardzo, bardzo slodkie i za duzo ich nie jadamy. W cukierni The Walnut Cake w Kalpetcie sprobowalam paru ciast w stylu angielskim (bardzo podobnych do Christmas cake), ktore niestety spalaszowalismy zanim zrobilam fotke. W zamian zrobilam zdjecia bardziej ulepkowatych przysmakow - jedna porcja na co najmniej 2 osoby :) Zwracam takze uwage na fotke nr 1 - nasze krowki! Zachwycona poinformowalam sprzedawce: "You have Polish sweets! They are from our country!", na co pan sie upewnil, zdziwiony, pokazujac palcem na krowki: "You are from there?". Polska, widzicie, jest bardzo egzotycznym krajem: pytano nas, czy jestesmy czescia Anglii lub Francji, a informacja, ze "miedzy Niemcami a Rosja" spotyka sie z cisza- krowki przynajmniej stanowia punkt zaczepienia.

Wreszcie, walczac z netem, sprobuje dodac troche zdjec z kulinariow indyjskich. Na poczatek pare sklepow i straganow - jesli "dynamiczne" lacze pozwoli. Wielu nazw warzyw czy owocow nie znam, bo czesto podanych przez sprzedawcow nawet nie bylysmy w stanie powtorzyc...

czwartek, 11 września 2008

Monsun przygnal nas do Kalpetty w poblizu parku narodowego Wayanad. Podroz dwoma autobusami przez gory, w scisku, na waskich i zalanych deszczem drogach mozna zaliczyc do egzotycznych. Odreanimowalismy sie wieczorem (zywiac sie herbatnikami przez caly dzien!) przy bardzo przy pysznym posilku zlozonym z zupy pomidorowej z przyprawami, paneer butter masala, kadai vegetables, mushroom curry, malai kofta, trzech rodzajow ryzu oraz chlebow - i jak sie domyslacie, zdolalismy zjesc mniej wiecej polowe. Na usprawiedliwienie moge powiedziec, ze w Kochi porcje byly znacznie mniejsze. Na koniec posilku pojawily sie moje ulubione kuleczki anyzowe i koper wloski, na odswiezenie oddechu, ktorych nie jedlismy od Bombaju i za ktorymi sie stesknilam.

Ponadto poprawilam sie i zaczelam robic zdjecia jedzenia - niedlugo efekty :) Tymczasem pare wspomnien z plywania po backwaters Kerali:

czwartek, 04 września 2008

Wlasnie siedze w kafejce internetowej, w Fort Cochin, przed 20 czasu lokalnego, pelna piwa Kingfisher Mild i pysznego indyjskiego jedzenia... i niestety komputer w kafejce netowej nie posiada klucza USB ;/, wiec chyba na razie ze zdjec nici.

Wyladowalismy tu wieczorem, cala noc trwala burza, od rana - slonce. Pod domem (tzw. "home stay" - "pokoje") rosnie zielony kokosowiec. Powietrze jest gorace, duszne, ale bez bombajskiego smrodu i wszechobecnych smieci, i ciut wiecej turystow. Nie wzbudzamy az takiego zainteresowania :) Dzis poza zwiedzaniem bazyliki Santa Cruz i synagogi targowalismy sie o bebenki, spodnie z plotna, kupowalismy olejki i kladlysmy sobie henne na dlonie, oraz podziwalismy indyjski czosnek (blizszy wizualnie szalotce a ostrzejszy niz zwykly)...

Tu kilka zdjec z Bombaju:

poniedziałek, 01 września 2008

Na szybko i bez zdjec (antyczny sprzet!), notka z Bombaju.

Przed wyjazdem slyszalam, ze Indie nie sa dla kazdego, ze mozna przezyc szok. I mozna :) - ja tego uniknelam, dzieki nastawieniu, ale to jest inny swiat. Na poczatek na lotnisku czuc zapach curry. Potem sa szalone czarne taksowki i ryksze. Nastepne leci lawina: slumsy, psy, krowy, ludzie spiacy, myjacy i wyprozniajacy sie na ulicy, zapach przypraw i rozkladu, sprzedawcy zielonych kokosow, motory, kobiety w sari, nagie dzieci, smieci, sprzedawcy herbaty, budynki postkolnialne, korty tenisowe... I my w tym wszystkim jako jedni z nielicznych bialych turystow.

Zdjec na razie nie przerzuce, ale bede sie starac.

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna