Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: rabarbar

wtorek, 06 czerwca 2017

Macie dość rabarbaru? Przyznaję, że po kilku weekendach kwaśnych i różowych wypieków trochę wzięłam na wstrzymanie – choć oczywiście gdzieś z tyłu głowy mam świadomość, że sezon jest krótki i jak nie teraz, to kiedy ;). Po najłatwiejszym ucieranym oraz tarcie postawiłam na drożdże w dwóch wydaniach. Na pierwszy ogień poszły drożdżówki z kruszonką, potem kompozycja własna: strucla serowo-owocowa (skład masy serowej – podpatrzony w bułeczkach Dorotuś), którą chętnie powtórzę z malinami lub jagodami (ach, ach). Bazą obu przepisów było sprawdzone drożdżowe cynamonkowe, bo naprawdę nie czuję potrzeby eksperymentów w tej dziedzinie, w opcji z zaparzonym mlekiem (jak od paru lat piekę).

Drożdżówki z rabarbarem

Składniki:

  • Ciasto drożdżowe – z tego przepisu, minus szafran, zamiast tego trochę wanilii w cieście
  • 500g rabarbaru + 4 łyżki cukru,
Kruszonka:
  • 100g zimnego masła
  • 100g cukru (u mnie 1:1 brązowy ze zwykłym)
  • 20g migdałów w płatkach
  • 20g płatków owsianych błyskawicznych
  • 20g mąki (+ ew. dodatkowa do podsypania, gdyby masa była za mokra)

Ciasto wyrobić wg przepisu, odstawić do wyrastania. Rabarbar pokroić dość drobno, zasypać cukrem, odstawić. Wyrośnięte ciasto rozwałkować na grubość palca, wycinać koła szklanką lub wykrawaczką (powinno wyjść ok. 20 sztuk). Rabarbar odcedzić od ew. soku (można wypić np. z wodą sodową). W każdym kole zrobić np. kieliszkiem lub mniejszą szklanką zagłębienie, równomiernie rozłożyć rabarbar, odstawić do napuszenia, najlepiej od razu na 2 blachach. Utrzeć wszystkie składniki kruszonki na okruchy, schłodzić podczas wyrastania bułeczek i rozsypać równomiernie na cieście tuż przed pieczeniem. Piec w 180 st. (termoobieg) przez ok. 25 minut, do wyraźnego zezłocenia. Jeśli piekarnik nie grzeje równomiernie, choć w tym programie powinien, można blachy zamienić miejscami w ½ czasu pieczenia.

Strucla z twarogiem i rabarbarem:

Składniki:

  • Ciasto drożdżowe jw., z 1/2 porcji,
  • 300g rabarbaru & 2-3 łyżki cukru,
  • 200g twarogu tłustego/półtłustego,
  • 1 żółtko
  • 2 łyżki cukru
  • łyżka miękkiego masła
  • łyżka skrobi ziemniaczanej
  • hojna szczypta mielonej wanilii
Kruszonka:
  • 50g masła,
  • 30g mąki
  • 25g drobnego cukru
  • szczypta wanilii jw.

Ciasto wyrobić, odstawić do wyrastania, rabarbar pokroić i posłodzić jw. Gdy ciasto wyrośnie, utrzeć dokładnie (ręcznie lub mikserem) twaróg, żółtko, masło, skrobię, cukier i wanilię. Wyrośnięcie ciasto rozwałkować na maksymalnie 1 cm, dokładnie posmarować masą serową (nie będzie to b. proste, bo jest dość gęsta – najlepiej pomóc sobie palcami), na tym rozłożyć odcedzony rabarbar. Następnie można albo całość zwinąć w roladę i tak odłożyć do wysmarowanej/wysypanej lub wyłożonej papierem długiej keksówki, albo po zwinięciu przekroić na dwie części i zapleść (jak w strucli czekoladowej lub porzeczkowej). Odstawić do napuszenia w keksówce na ok. 45 minut (w tym czasie utrzeć składniki kruszonki). Wyrośnięte ciasto posmarować białkiem (od żółtka w serze), posypać dokładnie kruszonką. Piec ok. 40 minut w 180 st (do suchego patyczka, przy czym należy zwrócić uwagę, czy był wbity w ciasto, czy w ser i/lub owoce ;).

Oba ciasta wychodzą dość wilgotne, dzięki czemu dłużej zachowują świeżość, ale jeśli wiecie, że nie zjecie ich w ciągu np. trzech dni, warto przechowywać w temperaturze nieco niższej niż pokojowa (idealna jest spiżarnia lub inne pomieszczenie poniżej 20 st. C), ale nie w lodówce.

wtorek, 03 maja 2016

Pierwszą panna cottę jadłam podczas słynnego pierwszego wyjazdu na narty (kiedy zjedliśmy dużo nowych rzeczy, choć niekoniecznie nam one wówczas smakowały – do trufli musieliśmy ponad 10 lat jeszcze dojrzeć ;). Wyjątkowo obfite kolacje zawsze kończyły się jakimś skromnym deserem, przy czym wyboru dużego nie było: czasem były te owoce, czasem mus czekoladowy, a ze dwa razy panna cotta. Łysa, tj. śmietankowa bez żadnych dodatków, i jak teraz na to patrzę, bardzo mocno ścięta (za dużo żelatyny?). Z jakiegoś powodu i ja, i M po około dwóch łyżeczkach deseru mieliśmy dość (i nie była to kwestia przejedzenia, bo jestem pewna, że z tiramisu bym sobie poradziła ;). Tamto doświadczenie ukształtowało moje podejście do panna cotty, bo choć nigdy jej z własnej i nieprzymuszonej woli nie zamówiłam w restauracji, pojawiała się np. w menu degustacyjnych, albo „w gościach”. I choć bywała np. czymś aromatyzowana, nie przypominam sobie dodatku owoców lub sosu, i przeważnie było jej (dla mnie) za dużo. Jedyna, która mi smakowała, była wyjątkowo nietypowa, bo wytrawna ;) i urozmaicona.

Ponieważ jednak jestem a/jak wiadomo, uparta, b/same składniki deseru lubię, problemem jest tylko ta nuda na talerzu, c/ ufam Nigelowi Slaterowi – w końcu dzięki niemu wiem, że clafoutis da się lubić ;), a doczytałam się, że u niego, że clou m.in. w tym, żeby za mocno całości nie zżelować (idealnie to zjeść deser jeszcze tego samego dnia, np. wieczorem czy po upływie ok. 5h chłodzenia) i… trzeba było spróbować. Pierwsza wersja była pomarańczowa, wypadkowa wskazówek Nigela z sosem kreatywnym, i choć bardzo smaczna, niepokojąc się, żeby deser za mocno się nie ściął, wydałam go do jedzenia jednak za wcześnie. W skrócie, ścięty był tylko połowicznie ;). Do testów wróciłam, gdy zaczął się różowy sezon. Co ciekawe, Nigel do panna cotty z pieczonym rabarbarem używa mieszanki mleka, śmietanki i crème fraîche, produktu, który jak wiadomo, w Polsce występuje tylko jako import delikatesowy (czyt. nie występuje). Doczytałam się jednak, jak zrobić substytut, i taką zakwaszoną śmietankę wykorzystałam. Można jednak albo dać samą kremówkę (choć efekt będzie trochę inny) lub użyć gęstej śmietanki 36% (którą osobiście rzadko widuję w sklepach, ale to może kwestia lokalna).

A więc jak zrobić substytut crème fraîche? Należy wymieszać szklankę kremówki z 2 łyżkami maślanki i odstawić na dobę (lub trochę krócej, kilkanaście h może wystarczyć) w temperaturze pokojowej. Po tym czasie będziecie mieli gęstą, kremową a niewarzącą się kwaśną śmietanę. Ja jej właśnie użyłam do tego deseru.

Składniki (za TYM przepisem, u mnie przeliczone na 2-3 porcje, jak poniżej):

  • 100ml pełnego mleka
  • 100ml kremówki
  • ½ laski cynamonu
  • hojna szczypta mielonej wanilii
  • 100ml crème fraîche (lub zamienniki, patrz uwagi ^^)
  • 1,5 listka żelatyny (trochę ponad 3g)
  • 1,5 łyżki cukru pudru

Wymieszać mleko w rondelku z kremówką i wanilią, dodać cynamon i całość mocno podgrzać – zdjąć z ognia tuż zanim się zagotuje. Wmieszać crème fraîche, najlepiej za pomocą trzepaczki, żeby się równomiernie połączyła z pozostałymi składnikami. Przykryć naczynie i odstawić na 15 min. Namoczyć żelatynę w zimnej wodzie przez ok. 5 minut, aż zmięknie. Dodać razem z cukrem pudrem do rondelka i bardzo dokładnie wymieszać (znów najlepiej użyć trzepaczki), przy okazji wyłowić cynamon (Nigel sugerował przecedzenie całości przez sitko, ale moim zdaniem masa jest na to za gęsta). Przelać do 2-3 niewielkich miseczek, wystudzić na blacie, następnie schłodzić w lodówce 4-5 h (lub aż masa się zetnie). Przed podaniem delikatnie umieścić dno każdej miski w ciepłej wodzie i ew. obkroić brzegi nożem, przykryć talerzykiem i odwrócić miseczkę do góry nogami, po czym panna cotta powinna znaleźć się na talerzu. Podawać z pieczonym rabarbarem, na który potrzeba:

  • 200g rabarbaru, możliwie różowego
  • 1,5 łyżki miodu
  • ½ pomarańczy
  • ½ laski cynamonu
  • gwiazdka anyżu

Rabarbar pokroić na ok. 10cm kawałki. Umieścić w naczyniu żaroodpornym, polać miodem i sokiem wyciśniętym z pomarańczy (wyciśnięty owoc też dodać do naczynia; opcjonalnie można wcześniej zetrzeć skórkę i rozrzucić ją na rabarbarze). Dodać korzenie, przykryć całość folią i piec ok. 30 minut w 160 st. C. Rabarbar powinien być miękki, ale nie rozpadający się. Wystudzić, usunąć pomarańczę. Podawać z panna cottą (a resztki są oczywiście wspaniałe np. na śniadanie z jogurtem.

Tym razem deser schładzał się prawie dobę przed jedzeniem, ale wbrew moim obawom nie stężał za bardzo i pozostał lekko miękki. Dzięki miodowo-korzennemu rabarbarowi nie ma śmietankowej nudy ;). W takim wydaniu się polubiliśmy.

Zapisz

czwartek, 20 sierpnia 2015

Kto ma jeszcze w ogrodzie rabarbar? W tym roku M bardzo serio podszedł do naszej kępy rabarbarowej (czy też dołka, zważywszy na lokalizację...). Po paru latach wzdychania podczas przebieżek przed domem byłych sołtysów i wyjątkowo dorodnym rabarbarem (z którego nawiasem mówiąc właściciele chyba w ogóle nie korzystają), podszedł do sprawy poważnie i, jak mówi nasza zaprzyjaźniona ogrodniczka, „dał mu jeść”. To znaczy porządnie go nawiózł naszym kompostem, kilka razy (plus przepielił, nawodnił, itd.). Okazało się, że rabarbar chyba lubi jeść, bo tak duży nie był nigdy (czyt. zaczął przypominać rabarbar, a nie sadzonkę), no i rośnie do tej pory. W związku z tym niedawno z paru łodyg zrobiłam lemoniadę, a właściwie krzyżówkę kompotu z hot ginger lemon honey (które, jak się okazało, świetnie też smakuje solo w postaci schłodzonej!). W smaku, moim zdaniem, najmocniej czuć rabarbar i... miód.

Składniki:

  • ok. 2 dużych łodyg rabarbaru,
  • 2 goździki,
  • 3-5 plastrów imbiru (średnicy paznokcia u kciuka ;),
  • 3 łyżki miodu,
  • sok z 1 ½ cytryny

Rabarbar z grubsza pokroić, zalać ok. 350ml wody, dodać goździki, miód i imbir (ilość plastrów: wg upodobań, zaczęłam od trzech, ale uznałam, że to za mało i dołożyłam potem 2), gotować ok. 15 min. Przestudzić, odcedzić (jeśli wam nie zależy na klarowności, można lekko przetrzeć). Osobno wymieszać sok z cytryny z 600ml wody. Połączyć wodę cytrynową z rabarbarem, zweryfikować smak, ew. dosłodzić lub dokwasić. Całość schłodzić w lodówce.

Podobno upały jeszcze mają wrócić ;).

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Jak Wasze spożycie rabarbaru? Już przestaliście, czy jeszcze z entuzjazmem pijecie kompoty, jecie placki itd.? Osobiście już czuję pewne znużenie, choć własny rabarbar po raz pierwszy* wreszcie wygląda jak trzeba, a zjedliśmy dopiero parę łodyg...

Rok temu zrobiłam różowy sos do polędwiczek wieprzowych, a w tym roku był replay, przy czym zupełnie nie pamiętałam o tamtym przepisie (odkryłam go na blogu przypadkiem, gdy po obiedzie rabarbarowym zostało tylko wspomnienie). Bazowałam na tym (klik klik) przepisie a pierwsze podejście było z niewielkiego kawałka karkówki. Nie mam doświadczenia z pieczeniem tego mięsa (tak, wiem, wiem, co ze mnie za Polka ;) i oczywiście źle obliczyłam czas (czyt. mięso piekło się 2 x dłużej niż sądziłam). Wówczas też obłożyłam wieprzowinę sosem do pieczenia. Powtórzyłam już grzecznie z polędwicy, zmieniając lekko proporcje sosu. Obie wersje wyszły bardzo smaczne, bo po prostu rabarbar pasuje do wieprzowiny. Uwaga: mimo podzielenia sosu proporcjonalnie, zostało mi go po obiedzie całkiem sporo - na zimno bardzo dobrze smakuje do sera czy wędlin. Niestety przez dodatek cebuli itd. kolor nie wychodzi taki ładny, jak w wersji 2014.

Składniki:

  • ok. 450-500g polędwiczki wieprzowej
  • łyżeczka mielonej kolendry
  • sól, pieprz
  • olej/oliwa
  • 1 średnia cebula (cukrowa lub zwykła, najlepiej czerwona)
  • rabarbar (ok. 2-3 łodyg, zależnie od wielkości)
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 2 łyżki brązowego cukru (u mnie ciemny muscovado)
  • szczypiorek, drobno posiekany (ok. łyżki)

Nagrzać piekarnik do 220 st. C (termoobieg). Polędwiczkę natrzeć kolendrą, hojną szczyptą pieprzu i ok. 1/2 łyżeczki soli, zrumienić dokładnie na ok. łyżce oleju/oliwy. Przełożyć do piekarnika (najlepiej w tym samym naczyniu, w którym obsmażaliście, u mnie to była patelnia widoczna na zdjęciu, do której dorzuciłam wcześniej obgotowane ziemniaki). Piec ok. 15-20 minut lub aż mięso wewnątrz osiągnie temperaturę ok. 65 st. C, potem odstawić na kilka minut, by odpoczęło. Można też piec tak, jak w poprzednim przepisie (dłużej, ale w nieco niższej temperaturze).

Gdy polędwiczka się piecze, przygotować sos: drobno pokrojoną cebulę zeszklić na niewielkiej ilości oleju/oliwy, lekko zwilżyć wodą, skręcić ogień na mały i chwilę dusić. Podkręcić ogień, dodać drobno pokrojony rabarbar, hojną szczyptę soli, ocet i cukier, gotować, aż rabarbar się rozpadnie. Sprawdzić doprawienie, ew. dosłodzić lub mocniej posolić. Jeśli komuś przeszkadza gruboziarnista struktura sosu, może go zmiksować lub przetrzeć. Podawać z upieczonym mięsem, z dodatkiem posiekanego szczypiorku.

poniedziałek, 08 czerwca 2015

Gdy dwa lata temu naszło mnie na retro wypieki, upiekłam Mój Pierwszy Biszkopt... ale jakoś nigdy potem nie było powtórek, może ze względu na M podejście do biszkoptu („nieinteresujący”). Od jakiegoś czasu jednak myślałam o roladzie. Takiej posypanej cukrem pudrem, z owocowym nadzieniem w środku. Owoce nasuwały się same przez się: w końcu zaczął się sezon truskawkowy, jednak żeby nie było za słodko, dorzuciłam rabarbar. Tak oto powstała Moja Pierwsza Rolada ;).

Przepis na biszkopt zaczerpnęłam od Karoliny, której rolady od dawna podziwiałam, a farsz jest wg własnego widzimisię. Uwaga: wychodzi go trochę za dużo jak na tą ilość ciasta, ale zapewniam, że jest smaczny i te 2-3 nadprogramowe łyżki wcale się nie zmarnują. Ja je zjadłam od razu po zwinięciu rolady, ale przypuszczam, że można je zachować do np. wzbogacenia śniadania. Można oczywiście także po prostu zmniejszyć ilość owoców...

Składniki:

Ciasto:

  • 3 jajka
  • 2 łyżki drobnego cukru
  • 3 łyżki mąki pszennej
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej

Masa:

  • ok. 200-220g rabarbaru
  • 5-6 łyżek cukru
  • szczypta wanilii
  • 300g truskawek
  • 5 listków żelatyny

Masa owocowa: Rabarbar pokroić w kostkę, wymieszać w rondelku z wanilią, 3 łyżkami cukru i ok. 2/3 szklanki wody. Zagotować, gotować na małym ogniu ok. 10-15 minut, aż całość rozpadnie się na mus. Namoczyć listki żelatyny w zimnej wodzie, jak zmiękną, wymieszać z gorącym rabarbarem (ale już nie gotować!). Osobno zmiksować truskawki z pozostałym cukrem (jeśli są b. słodkie, wystarczą 2 łyżki), stopniowo wmieszać w masę rabarbarową. Odstawić do wystudzenia (po przestudzeniu wstawić do lodówki). Gdy masa wyraźnie zgęstnieje i zacznie tężeć można jej użyć do przełożenia biszkoptu - u mnie zajęło to kilka godzin.

Biszkopt: większą foremkę (ok. 28x34 cm, albo zwykłą blachę piekarnikową) wyłożyć papierem do pieczenia. Białka oddzielić od żółtek, ubić na sztywno. Dodać cukier i nadal ubijać. Dodać po jednym żółtku cały czas ubijając. Na koniec dodać mąki i połączyć całość delikatnie. Wylać masę na przygotowaną blachę (w przypadku piekarnikowej trzymać się mniej więcej powyższych wymiarów - mój biszkopt był nieco większy), wyrównać. Wstawić do piekarnika na 180 st. (termoobieg) na około 12-15 minut (piekłam 12, ale wydaje mi się, że trzeba było chwilę ten czas wydłużyć). Ściereczkę posypać drobnym cukrem, przełożyć na nią upieczony biszkopt (papierem do góry). Zdjąć papier i zwinąć wzdłuż krótszego boku razem ze ściereczką, odłożyć na kratkę do przestudzenia.

Ostudzony biszkopt rozwinąć, zdjąć ściereczkę i wysmarować ok. 3/4 ciasta tężejącą masą (tak jak pisałam, ok. 2-3 łyżek pewnie zostanie, jeśli nie zmniejszycie proporcji), zostawiając także ok. 1 cm wolnego miejsca od brzegów. Zwinąć - tak zgrabnie, jak się da ;) - w roladę. Wstawić do lodówki do całkowitego stężenia. Gotową roladę można posypać cukrem pudrem, świetnie smakuje też z lodami waniliowymi.

Werdykt? Smaczne, delikatne, zdecydowanie w klimatach retro. M zaakceptował - chyba głównie ze względu na obfitość lekko kwaskowatego nadzienia, które mu smakowało ;) - choć bez entuzjazmu. Nie ma jednak też zakazu powtórek...

środa, 06 maja 2015

Oglądaliście The Grand Budapest Hotel? Jeśli nie, a choć trochę lubicie i retro, i absurd, i dobre aktorstwo, to polecam (a dodam, że fanką reżysera, tj. Wesa Andersona, nie jestem i długo trwało, zanim film obejrzałam); jeśli tak, to dobrze pamiętacie ciastka, które wytwarzała i rozwoziła Agatha (Saoirse Ronan) - zresztą, pamięć można odświeżyć np. pod tym linkiem z przepisem. W skrócie, mowa o wielokolorowym, koślawym, piętrowym wyrobie cukierniczym, szumnie zwanym courtesan au chocolat.

W pewną kwietniową* niedzielę chciałam ugościć rodzinę sezonową Pavlovą w wersji mini. Podobno wyszło mi jednak midi... A gdy skończyłam spiętrzać warstwy i spojrzałam na talerz, parsknęłam śmiechem, bo stworzyłam dwukolorową wersję filmowego ciastka "od Mendla", zwłaszcza jeśli chodzi o piętrową koślawość ;). Dodam skromnie, że widok od góry (zdjęcie) efektu nie oddaje.

Przepis pochodzi z Domestic goddess Nigelli, i już prezentowałam tu swój wariant mini czekoladowy, clou to jednak autorski dodatek, czyli rabarbar x 2. Potrzebny będzie i ugotowany na mus, i upieczony, ale trzymający kształt; ten pierwszy najłatwiej osiągnąć gotując kompot z 3-4 większych łodyg rabarbaru nieco dłużej, niż 15 minut, by ugotowane łodygi po odcedzeniu płynu można było lekko rozetrzeć na sicie. O pieczonym pisałam choćby tu, a do dekoracji wystarczą maksymalnie 3 łodygi, ale przygotować można większą ilość i zjeść np. na śniadanie...

Oczywiście podobnie można przygotować zwykłą Pavlovą.

Składniki bezy:

  • 6 białek
  • szczypta soli
  • 325g drobnego cukru
  • łyżka skrobi kukurydzianej
  • 2 łyżeczki octu białego/jabłkowego
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii

ponadto:

  • ok. 6-7 łodyg rabarbaru, z czego połowa ugotowana, połowa upieczona (patrz wyżej)
  • 250ml schłodzonej śmietanki 30%
  • 1-2 łyżki cukru

Postępujemy początkowo jak przy klasycznych bezikach: ubijamy białka z solą na pianę, następnie dodajemy cukier - powoli i cierpliwie, łyżeczka po łyżeczce, przy stale chodzącym mikserze. Gdy już mamy lśniącą, gładką bezę a la krem Nivea, wyłączamy mikser i dodajemy pozostałe składniki (jak przy klasycznej Pavlovej), które mieszamy z masą delikatnie a stanowczo, np. za pomocą szpatułki. Nagrzewamy piekarnik do 180 st. C (termoobieg). Dwie duże blachy wykładamy papierem do pieczenia i/lub silikonem i zapełniamy je ok. 5cm bezami w odstępach kilku cm (rosną). Wkładamy blachy do piekarnika, który od razu skręcamy do 150 st. C. Pieczemy 30 min., wyłączamy piekarnik i zostawiamy bezy na co najmniej 30 minut w cieple resztkowym, następnie studzimy na kratce.

Przed podaniem ubijamy śmietankę z cukrem, dodajemy ugotowany, roztarty rabarbar i dokładnie mieszamy; powstałym kremem dekorujemy bezy. Na wierzchu każdej układamy po kopiastej łyżeczce rabarbaru pieczonego, osiągając efekt wspomnianego wcześniej koślawego kopczyka ;).

* Początkowo napisałam "minioną", planowałam bowiem wpis dokończyć podczas krótkiego urlopu w Iranie, nie przewidując, że Blox należy do stron tam blokowanych ;). O kuchni perskiej będzie następny wpis.

czwartek, 19 czerwca 2014

Co rok na jesieni nastawiam małą ilość brandy pigwówkowej. Zazwyczaj sprezentowana butelka alkoholu i tak stoi na półce i nie wiadomo, co z nią zrobić, a ok. 500ml to w sam raz ilość na karafkę do wypicia przez rok... przeze mnie, bo jestem jedyną chętną.

W tym roku korzenna brandy wyszła jakoś szybciej i smuciłam się patrząc na prawie pustą karafkę - do czasu, aż wymyśliłam, czym zastąpić pigwowca: rabarbarem! Całej operacji dokonałam prawie dwa miesiące temu i dopiero niedawno mogłam sprawdzić, co z tego wyszło.

Wnioski są takie, że jednak pigwowiec lepszy ;), choć i tak za większość aromatu odpowiada anyż i ta wersja nie jest dużo gorsza. Bałam się, że rabarbar może być za kwaśny i dosłodziłam, jednak nie wiem, czy było to konieczne (następnym razem bym zmniejszyła o 1/2 ilość cukru, by zachować kwaskowatość, co uwzględniłam poniżej). Ciekawy wyszedł kolor - otóż rabarbar rozjaśnił brąz alkoholu na coś w rodzaju ciemnego koralu.

Składniki i technika: jak w tym przepisie, zastępując pigwowca ok. 3 łodygami rabarbaru, pokrojonymi z grubsza w kostkę, oraz dodając ok. 30g cukru na litrowy słoik

Na pigwowca i tak czekam ;).

poniedziałek, 09 czerwca 2014

Rabarbarujecie jeszcze? Od jakiegoś czasu jestem na urlopie, oderwana od realiów typu stan zaopatrzenia polskich warzywniaków ;), i nie wiem, czy rabarbar jest jeszcze na czasie, czy może już "wyszedł" (choć doświadczenie mówi, że jeszcze nie powinien).

Ciasto z dodatkiem kaszy kukurydzianej chciałam zrobić od dawna (bo gdy kiedyś robiłam z przepisu, który kaszę zakładał, mylnie sądziłam, że chodzi o mąkę kukurydzianą...). W końcu zmobilizowałam się na kilka dni przed wyjazdem: plan był taki, że ciasto zostanie "na drogę". Jakoś jednak do podróży nie dotrwało ;) (i szczerze mówiąc, nie jest to chyba najlepszy wypiek do jedzenia w samochodzie: kruche ciasto i mokre nadzienie). Przepis - tak, znowu, uprzedzałam... - Nigela Slatera. Uwaga: nie należy się przerażać konsystencją ciasta i wyglądem przed upieczeniem, potem jest lepiej.

Składniki:

Farsz:

  • ok. 500g rabarbaru (waga po pokrojeniu)
  • 50g cukru
  • 4 łyżki wody

Rabarbar umyć, przebrać, pokroić niedbale (np. w większą kostkę), zasypać cukrem i zalać wodą. Piec ok. 30-40 minut pod folią, w 180 st. C. Po upieczeniu odcedzić owoce od soku (ten ostatni zachować do podawania z ciastem).

Na ciasto:

  • 125g kaszy kukurydzianej (możliwie grubej)*
  • 200g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • szczypta cynamonu
  • 150g cukru (u mnie mieszanka 100g drobnego białego i 50g jasnego muscovado)
  • skórka starta z 1/2 cytryny (w oryginale: z 1 małej pomarańczy)
  • 150g masła
  • 1 duże jajo
  • 2-4 łyżki mleka
  • cukier demerara do posypki

Przygotować składniki ciasta, gdy rabarbar odcieka: wymieszać składniki suche, następnie wetrzeć zimne masło, pokrojone w drobną kostkę (jak przy robieniu ciasta kruchego). Dodać płyn (jajo, mleko) i wymieszać do uzyskania jednolitego, dość lepkiego ciasta (ma być lepkie, gdyby było za suche, dodać mleka).

Wykleić (wilgotnymi dłońmi, szpatułką, itp.) 2/3 ciasta spód i ok. 1/3-1/2 ścianek lekko natłuszczonej tortownicy (20cm). Wyłożyć na ciasto odcedzony rabarbar. Pozostałe ciasto rozdrobnić na okruchy i rozrzucić na wierzchu owoców (w miarę jednolicie, ale nie muszą być całkowicie zakryte). Posypać równomiernie grubym cukrem (tj. demerarą).

Piec ok. 45-50 minut w 180 st., najlepiej na nagrzanej blaszce lub kamieniu. Wystudzić przed krojeniem: wbrew pozorom dobrze przestudzone kroi się bez problemu. Podawać z zachowanym syropem rabarbarowym.

A jeśli będzie ktoś narzekał, że za mało słodkie, wręczcie im cukier puder i, w przypływie wspaniałomyślności, siteczko z łyżeczką do przesiania.

* Podobno na Wyspach Brytyjskich kasza kuku występuje w kilku postaciach (grubościach). U nas jest tylko "kaszka", ew. "kasza". Użyłam tej ostatniej, i moim zdaniem była dość gruba.

poniedziałek, 26 maja 2014

Rabarbar kojarzy nam się najczęściej na słodko: wypieki, kompoty i inne desery. Tymczasem jednak - podobnie jak np. jabłka - bardzo dobrze sprawdza się w daniach wytrawnych. Na przykład azjatyckich czy tam, gdzie użylibyśmy właśnie kwaskowatego jabłka, np. w daniach z wieprzowiną czy kaczką.  U mnie było to pierwsze, tj. polędwiczka wieprzowa. Nie wiem, czy uwierzycie, ale choć jadałam polędwiczki i w restauracji, i na obiad u rodziny, nigdy ich sama nie przyrządzałam. Postawiłam na jak najprostszą metodę, dbając o to, by mięsa nie przepiec, i wyszło bdb.

Pieczona polędwiczka wieprzowa: Mięso ważące 630-650g lekko natrzeć solą, pieprzem i świeżym tymiankiem lub majerankiem (w ostateczności suszonym), minimalnie natłuścić olejem. Piec 15 min w 215 st. C (termoobieg) i kolejne 20 min (lub ciut krócej, aż termometr wbity w mięso pokaże ok. 65 st. C) w 190 st. C., po upieczeniu odstawić na ok. 10 minut, przykryte folią. U mnie polędwiczka piekła się w towarzystwie ziemniaków, młodych marchewek i szparagów.

Clou jednak oczywiście miał być sos - z grubsza wg Nigela Slatera, gdzie także towarzyszy wieprzowinie. U mnie z 1/2 składników (przy okazji odkryłam błędy w Tender...) i bez dodatku pomarańczy, tylko ze skórką cytrynową. Wino jest opcjonalne (u Nigela występowało w daniu, ale nie w samym sosie). Jeśli nałogowo wyjadacie pieczone szare renety z brytfanki z kaczką (lub owoce są ciekawsze od tego całego drobiu...), to może Wam smakować.

Składniki:

  • 200g rabarbaru
  • łyżka cukru
  • skórka starta z 1/2 cytryny
  • ok. 2 łyżek wody lub białego wina
  • szczypta cynamonu
  • sól

Rabarbar umyć, pokroić w kostkę, zasypać cukrem i skórką cytrynową w małym rondelku. Podlać wodą/winem, zagotować, gotować na średnim ogniu aż się rozpadnie na pulpę. Doprawić szczyptą cynamonu, zmiksować na gładko. Doprawić do smaku solą. Podawać na ciepło do upieczonego mięsa.

sobota, 01 czerwca 2013

Jak może pamiętacie, niedawno "odhaczyłam" na liście wyzwań kulinarnych suflet; kolejny na liście był... biszkopt. Tak, zwykły biszkopt bez dodatków. Może to dziwne, ale robiłam pieguska i biszkopt orzechowy, ale takiego podstawowego, klasycznego - nigdy. Wymyśliłam sobie do niego krem (curd) rabarbarowy, ale jak na złość w tamten weekend nie dostałam głównego, różowego składnika. Nie zrezygnowałam jednak z pomysłu, tylko przełożyłam całość kremem limonkowym (lime curd), którego też wcześniej nie robiłam, w przeciwieństwie do cytrynowego. Debiut był bardzo udany - ciasto wyszło puszyste, nie za suche, bardzo wysokie, a za przepis dziękuję swojej szwagierce E. (od której także pochodzi ten na ciasto marchewkowe). Do idei curda rabarbarowego zaś jeszcze kiedyś wrócę.

Składniki:

  • 5 dużych jaj
  • 1 szklanka (240ml) mąki tortowej
  • 1/2 szklanki (120ml) drobnego cukru
  • łyżeczka proszku do pieczenia

Białka jaj oddzielić od żółtek i ubić mikserem na sztywną (ale nie suchą pianę) ze szczyptą soli. Stopniowo dodawać cukier. Zmienić nasadkę z ubijającej na mieszającą, dodać żółtka i delikatnie całość wymieszać na niskich obrotach (tyle, by składniki się połączyły). Przesiać mąkę z proszkiem i wmieszać do masy jajecznej, również bardzo delikatnie, acz stanowczo (można np. łyżką). Przełożyć do tortownicy 20 cm (wysmarowane ścianki, dno wyłożone papierem) i piec ok. 35 minut w 180 st. C. (termoobieg). Uwaga! Powinien wyjść bardzo wysoki i wyrosnąć trochę ponad ścianki formy. Dokładnie wystudzić w tortownicy, następnie delikatnie wyjąć z formy, przekrawać na 2 lub 3 blaty i przekładać - w moim przypadku kremem limonkowym, można też np. bitą śmietaną i owocami, lub użyć jako blatu do tortu.

Krem limonkowy (lime curd): wykonanie dokładnie takie, jak w cytrynowym, tylko korzystając z 4 limonek.

Z kisielem było natomiast tak: nie jadłam go kilkanaście (jak nie więcej...) lat. Pierwsze skojarzenia: deser na kolonii albo coś wyjadane z kubka (w łóżku, z racji choroby. Kisiel podobno nawilżał gardło, podobnie jak mleko z masłem i miodem, którego wówczas nie znosiłam ;)*). Nigdy nie jadłam domowego, deser zawsze pochodził z torebki. Niedawno - posiadając rabarbar - poczułam, że jak zaraz nie zrobię i nie zjem, to oszaleję ;). Wykorzystałam rabarbar pieczony, można by jednak owoce gotować na kuchence, i gotowy pożarłam od razu po zrobieniu.

Składniki (2 porcje):

  • ok. 400g rabarbaru
  • 2 goździki
  • 1 szklanka wody
  • 100g cukru
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej

Rabarbar pokroić w kostkę, włożyć do naczynia żaroodpornego, dodać goździki, cukier i zalać wodą. Piec pod przykryciem (np. folia) ok. 50-60 min w 180-190 st. C. (np. przy okazji pieczenia ciasta/chleba/czegoś innego). Odcedzić powstały sok, rabarbar przetrzeć przez sito i wymieszać z płynem. Przełożyć do rondla, zagotować, w między czasie mąkę ziemniaczaną rozprowadzić paroma łyżkami soku. Zdjąć rondel z ognia, wtrzepać mąkę z sokiem, lekko podgrzać, cały czas pracując trzepaczką, aż całość nie zgęstnieje (choć powinno to się stać prawie od razu). Przelać do salaterek/filiżanek. Osobiście lubię kisiel jeść od razu, niemal gorący, ale można oczywiście wystudzić lekko lub całkowicie.

* Teraz mi się przypomniało, że chyba raz Mama zamiast kisielu owocowego próbowała dać mi taki z siemienia lnianego. Hahahaha.

Przepis rabarbarowy w ramach:

 
1 , 2 , 3
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna