Będzie krótko, a treściwie, albowiem jest już dostępna botwinka! Nie wiem, jak Wy, ale ja z przyjemnością zaczęłam "kolekcjonować" nowalijki - w kuchni pojawiła się już młoda kapusta, szpinak i właśnie botwina.
Tytułowa przypominajka nie oznacza, że jadłam i pokazywałam tu już to danie, ale przepisy na oba elementy składowe można znaleźć na blogu. Mianowicie zrobiłam botwinę-jarzynkę (z 4 pęczków mikro-botwiny; sos starałam się możliwie odparować i dość mocno doprawić - solą, pieprzem, nie żałowałam też czosnku; hyzopu, o którym wspominam w przepisie, nie dodałam, za to wmieszałam na koniec dwa porwane liście czosnku niedźwiedziego - można by też dodać trochę szczypiorku), którą następnie wymieszałam z ugotowanym domowym pappardelle (ok. 200-220g, ale sosu było tyle, że starczyłoby i dla 300g).
Makaron przygotowałam z mieszanki (1:1) mąki włoskiej 00 i kaszki z pszenic zwyczajnych, o której wspominała kiedyś Gospodarna Narzeczona - polecam taki skład. Zrobiłam go z 400g mąki i kaszy i 4 jaj; do botwiny zjedliśmy połowę, resztę po podsuszeniu przechowałam dwa dni w lodówce, aż zjedliśmy do innego sosu. Przy okazji odkryłam, że Anna del Conte ma rację i makaron najlepiej wałkować na przedostatnim ustawieniu maszynki (u mnie to 8-ka). Gotowe danie (makaron się pięknie zabarwił podczas mieszania) posypałam świeżym majerankiem.
Czy ktoś pamięta mój awaryjny makaron z tuńczykiem i pieczarkami? Wciąż go regularnie robię; któregoś dnia jednak okazało się, że pieczarek jest za mało, więc dodałam, dla zachowania objętości, pieczonego buraka, i całość doprawiłam kuminem (w myśl makaronu z burakami i fetą). Efekt mi się spodobał, więc kolejnym razem całkiem zastąpiłam pieczarki burakami. Idzie to tak...
Składniki:
1 średnia cebula, pokrojona w piórka,
2 średnie, wcześniej upieczone*/ugotowane buraki,
kumin (ziarna),
sól/pieprz,
puszka osączonego tuńczyka (ok. 185g),
2-3 łyżki śmietany (np. 12-18%) lub gęstego jogurtu,
opcjonalnie: sok z cytryny
225-250g makaronu kokardki lub rurki
opcjonalnie - dukkah i kolendra/pietruszka do posypki
Nastawić wodę na makaron. Rozgrzać ok. łyżki oleju w dużej patelni, dodać dwie-trzy hojne szczypty kuminu, gdy zacznie pękać, dodać cebulę, zeszklić. Dodać buraki pokrojone w większą kostkę, wymieszać, chwilę smażyć na średnim ogniu. Dodać osączonego tuńczyka, skręcić ogień na mały (i pewnie mniej więcej w tym czasie zacząć gotować makaron). Doprawić składniki sosu do smaku solą i pieprzem, lekko zabielić śmietaną lub jogurtem (najlepiej zahartowując, tj. mieszając część sosu z jogurtem/śmietaną, potem dodając powoli, stale mieszając, powstałą miksturę do sosu). Podgrzewać dalej na małym ogniu, aż makaron się ugotuje, sprawdzić pod koniec gotowania doprawienie (może przydać się parę kropel soku z cytryny, dla równowagi z burakiem). Wymieszać gotowy sos z makaronem, np. w garnku, odstawić na chwilę pod przykryciem. Podawać, jeśli ktoś ma na stanie, lekko posypane przyprawądukkah i odrobiną zielonego - kolendry lub natki pietruszki.
* U mnie zawinięte w folię, przez godzinę w ok. 190 st. C. Czasem piekę je tak "przy okazji", jeśli np. nagrzewam piekarnik do pieczenia chleba.
Ktoś nie śpi, by spać mógł ktoś. Podobno. W tym przypadku by wrzucić przepis na wersję bardziej zaawansowaną jednego z tych dań, które "gotowałam, gdy jeszcze nie gotowałam" (czyt. robiłam to nieregularnie i nieudolnie ;). Pomysł na obiad z paru zimowych warzyw i paczki makaronu (sojowego, gryczanego, innego w mgliście azjatyckim klimacie).
Składniki: 1 mini kapusta czerwone, 2-3 marchewki, ok. 1/3 pora, 30g suszonych grzybów shiitake, woda do zalania grzybów, chilli - w proszku lub 1 mała ostra papryczka, przyprawa 5 smaków (opcjonalnie), sos sojowy jasny i ciemny, sos rybny, ocet ryżowy/sok z limonki, 1 liść limonki, 200g dowolnego makaronu chińskiego
Grzyby zalać wrzątkiem, tyle, by przykryć (parę łyżek), odstawić. Kapustę poszatkować, marchewki obrać i albo cierpliwie pokroić w słupki, albo jak u mnie, zetrzeć na tarce o grubych okach. Pora pokroić w półplasterki. W woku lub ciężkim garnku rozgrzać trochę neutralnego oleju, zeszklić pora, dorzucić świeże chilli, jeśli używacie (rozdrobnione lub tylko zgniecione), kapustę, przesmażyć chwilę, dodać marchewkę, wymieszać. Dorzucić liść limonki pokrojony bardzo drobno np. nożyczkami (z wyjętą twardą łodyżką). Dorzucić grzyby razem z płynem z moczenia, skręcić ogień na średni i dusić, aż płyn częściowo odparuje. Doprawić w między czasie do smaku sosem sojowym jasnym i rybnym, lekko zakwasić sokiem z limonki lub octem ryżowym, oraz dodać chilli w proszku (od 1/4 łyżeczki wzwyż), jeśli nie użyliście wcześniej całej papryczki i opcjonalnie dodać szczyptę-dwie przyprawy 5 smaków. Przygotować makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu, gotowy wymieszać z 1-2 łyżeczkami ciemnego sosu sojowego, wymieszać dokładnie z uduszonymi warzywami w garnku. Sprawdzić doprawienie, podawać od razu, w wersji jeszcze bardziej z upgrade'em (nie u mnie...) - posypane świeżą kolendrą.
Najwięcej roboty ze stir fry jest najczęściej z... pokrojeniem wszystkich składników. Jeśli się ma palnik o solidnej mocy (gaz, indukcja) i najlepiej woka, smażenie idzie błyskawicznie. Niestety, nie posiadam ani jednego, ani drugiego (i zresztą uważam, że warunek pierwszy jest niezbędny, by punkt drugi miał sens), więc stir fry w warunkach domowych - na zwykłej patelni i na kuchence elektrycznej o takiej sobie mocy - jest nieco oszukany. Dania są jednak wciąż smaczne i szybkie, a bazujące na przepisach, które poznaliśmy w Basil Cookery School. Oto przykładowe danie z tofu, które można zrobić także z ryby o zwartym mięsie, pokrojonej na 2 x 2 cm kostkę lub drobiu (jw.)
Składniki (na 2 porcje): 200g makaronu ryżowego (najlepiej szerszego), 1-2 ząbki czosnku, 1-2 małe tajskie papryczka chilli, paczka (ok. 150g) tofu, olej do smażenia, garść jarmużu (porwany, grube łodygi wycięte), ok. 3 liści limonki, sok z 1/2 -1 limonki, ciemny sos sojowy, sos rybny, liście kolendry
Zacząć od nastawienia wody na makaron. Rozgrzać na patelni ok. łyżki neutralnego oleju, dorzucić posiekany czosnek i chilli. Po chwili dodać tofu pokrojone w kostkę, smażyć kilka minut, obracając jednokrotnie, by jednolicie się zrumieniło z obu stron (nie przejmować się zbrązowieniem czosnku, to efekt całkiem pożądany ;). Gdy tofu się smaży, można przyrządzić makaron (zgodnie z instrukcją na opakowaniu; często trzeba tylko namoczyć we wrzątku i osuszyć); odcedzony wymieszać w misce z ok. 1,5 łyżeczki ciemnego sosu sojowego, który nada mu ciemniejszy kolor. Do tofu dorzucić jarmuż i liście limonki, przesmażyć chwilę, aż liście lekko zmiękną. Dodać makaron (wraz z ew. sosem sojowym, pozostałym w misce), wymieszać całość na patelni, doprawić do smaku sokiem z limonki i sosem rybnym/dodatkowym sosem sojowym. Podawać od razu, posypane liśćmi kolendry (chyba, że ich się nie ma, chlip, ale są cennym dodatkiem).
A poniżej przykład podobnie przyrządzonej wersji rybnej, z mniej zabarwionym makaronem, z dodatkiem dymki:
PS. Moja druga 1/2 właśnie przeczytała wpis i zażądała wprowadzenia zmian np. w opisie przyrządzenia makaronu, co też zrobiłam; M wyraził ponadto zdanie, że "woli makaron cieńszy". No cóż - o gustach się nie dyskutuje... ;)
Kolejny Festiwal Dyni, organizowany przez Beę, już trwa! To, że sezon dyniowy już zaczęłam, pisałam jakiś czas temu; dynie w ogrodzie (także mikro, poniewczasie wypuszczone sadzonki) już zerwane, bo nadeszły przymrozki. Piżmową mam niestety tylko jedną (vide zdjęcie u góry), bo oba zasadzone warianty okazały się kapryśne, cieszę się jednak i z tego, co jest :)
Przeglądając Tender Nigela Slatera trafiłam na zdanie, że dynia i boczek to świetne połączenie, podobnie jak jarmuż i boczek - czemu by nie połączyć tych składników w jednym, szybkim makaronie?
Składniki:
dwie garście dyni, obranej i pokrojonej w kostkę,
kilka plasterków boczku, pokrojonych w kostkę,
jedna szalotka,
garść jarmużu,
sól, chilli, parę listków szałwii
opcjonalnie: sok z limonki/cytryny
225-250g krótkiego makaronu (np. rurki)
Boczek wrzucić do suchego rondla/dużej patelni, podgrzać na średnim ogniu, wytopić tłuszcz (gdyby wędlina była bardzo chuda, raczej trzeba będzie ją skropić oliwą), podkręcić ogień i zrumienić. Nastawić wodę na makaron. Dorzucić do boczku szalotkę pokrojoną w kostkę, przesmażyć chwilę. Dodać dynię, wymieszać, doprawić do smaku solą, szczyptą lub ile Wam się podoba chilli, dorzucić szałwię. Smażyć, co jakiś czas mieszając, aż dynia lekko zmięknie (w między czasie powinien się już gotować makaron). Ok. 5-6 minut przed końcem gotowania dorzucić garść umytego, porwanego jarmużu. Sprawdzić doprawienie (może Wam pasować, by lekko zakwasić sokiem z cytrusów), wymieszać dokładnie z ugotowanym makaronem, podawać od razu.
Cukinia musztardowa (kiszona) Przepis pani Eli, żony naszego trenera jazdy konnej, która w ten sposób przyrządza ogórki, alezdradziła, że cukinia też dobrze wychodzi.
Składniki (na ok. 9-10 x 0,5 l. słoików): 3 litry wody, 0,5 l octu spirytusowego 6% (należy rozcieńczyć 10% w proporcjach 300ml octu i 200ml wody), 2 szklanki cukru, 2 łyżki soli (najlepiej niejodowanej), mały słoik (ok. 180g) musztardy, chrzan, koper, liść chrzanu, gorczyca, cebula do środka (opcjonalnie), czosnek, 3 średnie cukinie (lub inna stosowna ilość)
Cukinie umyć, przyciąć na wysokość słoików (np. przekroić na 1/2 i pokroić w słupki). Zagotować składniki marynaty (wodę, ocet, cukier, sól), zdjąć z ognia, wmieszać musztardę, wystudzić. Do wyparzonych słoików wkładać cukinię (ile wejdzie), dorzucić do każdego słoika ząbek czosnku, opcjonalnie: ćwiartkę obranej cebuli, łyżeczkę gorczycy, trochę kopru, kawałek chrzanu i liścia chrzanu. Zalać do pełna zalewą, po ok. 10 minutach ew. dopełnić, krótko (by cukinia zbytnio nie zmiękła) spasteryzować (u mnie w piekarniku - ok. 15 minut w 160 st. - termoobieg, drugie tyle w wyłączonym). Odstawić na przynajmniej tydzień przed jedzeniem.
Dżem z cukinii
Dżem z cukinii jadłam do tej pory raz. W przepisie HFW (Hugh Fearnleya-Whittingstalla) spodobało mi się macerowanie cukinii przez noc z dodatkiem skórki cytrynowej i cukru. Dżem wychodzi bardzo delikatny, sądzę, że nadawałby się do przekładania ciast. U mnie nieco zmienione proporcje, tj. więcej cukinii, ciut więcej soku z cytrusów, a mniej cukru ;)
Składniki: 1,2 kg cukinii, 1kg cukru, skórka z 0,5 cytryny i 0,5 limonki, sok z 1 cytryny i 1 limonki
Cukinię umyć, obciąć końce, pokroić w ok. 1 cm kostkę. Umieścić w garnku, w którym będziemy ją gotować, razem z cukrem i startymi skórkami z cytrusów. Przykryć, odstawić na noc (u mnie stało kilkanaście h). Kolejnego dnia dodać 250ml wody, dokładnie wymieszać. Dodać sok z cytryny i limonki, zagotować, skręcić ogień na średni i gotować tak długo, aż całość zgęstnieje i będzie szklista (można przeprowadzić test ze zmrożonym spodkiem: jeśli kropla dżemu na nim zastyga, jest ok); ja gotowałam ok. 60 minut, mieszając co jakiś czas. Pod koniec zweryfikować doprawienie, czy nie trzeba dodać więcej soku z cytryny. Gotowy dżem odstawić na ok. 10 minut, przekładać do czystych, wyparzonych słoików, zakręcać i odstawić do zassania do góry dnem. Wg HFW nie wymaga pasteryzacji, można dla św. spokoju krótko spasteryzować.
Carbonara cukiniowa
Klasykę, u mnie bez śmietany, już prezentowałam.U Jamie'ego Olivera, jak to u Jamie'ego, jest wszystko - i śmietana, i żółtka, i ser, i boczek. Osobiście sądzę, że mając dobry parmezan lub podobny ser można by spokojnie się bez tego pierwszego składnika obejść, ponieważ jednak go nie miałam, ograniczyłam udział sera do minimum i użyłam śmietany, ale chudszej. Jamie sugerował także ozdobienie dania kwiatami, np. tymianku, oraz kwiatami cukinii; choć uważam ogólnie, że J.O. przefajnowuje dania i często nie wie, kiedy przestać, to kwiatowa dekoracja przypadła mi do gustu. Tymianek przekwitł, ale kwitł hyzop i mięta, a zatem - moja wersja, jeszcze lżejsza:
Składniki: 225-250g makaronu penne (rurki), 6 plasterków wędzonego boczku, 3 niewielkie (lub 2 średnie/1 większa) cukinie, 2 duże żółtka, ok. 100ml śmietany 18%, łyżka startego sera żółtego, sól, pieprz, świeży tymianek (ok. 2 łyżek), opcjonalnie: kwiaty tymianku/mięty/hyzopu/cukinii do dekoracji
Nastawić wodę na makaron. Pokroić boczek w kostkę, cukinię umyć i pokroić na kawałki wielkości makaronu. Jeśli boczek jest tłusty, wytopić z niego tłuszcz na średnio gorącej patelni, potem podkręcić ogień i przesmażyć boczek na chrupko; jeśli jest chudy, należy najpierw rozgrzać trochę oliwy, potem przesmażyć. Jeśli woda się już zagotowała, wrzucić makaron do gotowania, a do boczku dorzucić cukinię. Doprawić pieprzem, szczyptą soli i tymiankiem, wymieszać i smażyć, aż cukinia zmięknie i lekko się zezłoci; sprawdzić doprawienie po kilku minutach. W międzyczasie roztrzepać śmietanę z żółtkami i serem, doprawić lekko solą i pieprzem. Gdy makaron się ugotuje, odcedzić, wymieszać w garnku lub na patelni z cukinią i boczkiem. Zdjąć z ognia i szybko oraz dokładnie wymieszać z sosem śmietanowym. Posypać porwanymi kwiatami, jeśli macie, i natychmiast podawać.
Tak, sezon się zaczął, i wreszcie mam własne dynie. Wysiałam kilka odmian, z których - jak na razie - głównie wykorzystałam spożywczo "krzaczastą Amazonkę". Zainteresowała mnie w sklepie ze względu na małe wymagania przestrzenne (można rozmieszczać sadzonki w odległości 1 m od siebie, bo mało się płożą), i okazało się, że najszybciej zaowocowała. Owoce są stosunkowo małe (1-2 kg), ale o wysokiej zawartości karotenu i o zwięzłym, mało wilgotnym miąższu (pierwszy raz się zdarzyło, bym musiała upieczoną dynię podlać płynem, by ją zmiksować na puree!). Skórka jest cienka, więc po upieczeniu można ją jeść (ogromny plus), a dynia szybko się obrabia termicznie.
Rosną mi także: Bambino, melonowa olbrzymia oraz (nie zapeszajmy, skoro to towar w Polsce deficytowy) piżmowa, ale jeszcze z nich nic nie gotowałam :)
Co natomiast zrobiłam z Amazonki? Poza oczywistymi (dorzucenie dyni pokrojonej w kostkę np. do piekącego się kurczaka) oraz ciastem korzennym, wypróbowałam parę nowości.
Zupa z dyni to też oczywistość, i doprawianą curry oraz mlekiem kokosowym już robiłam, ale na blogu nie prezentowałam.
Składniki: 1 posiekana cebula, 700-750g dyni, oliwa, ok. szklanki mleka kokosowego, 700ml bulionu + ew woda, łyżeczka curry ostrego i jw. łagodnego (lub do smaku), kumin (ok. łyżeczki), mielona kolendra (duża szczypta), świeży/suszony imbir (opcjonalnie - ilość wedle upodobań), świeża kolendra do posypki, sól
Dynię obrać, pokroić w większą kostkę. Rozgrzać w rondlu odrobinę oliwy (może być zmieszana z łyżką-dwoma śmietanki ściągniętej z mleka kokosowego), dodać przyprawy, przesmażyć chwilę. Dodać cebulę, oprószyć solą, zeszklić. Dodać dynię, przesmażyć, zalać mlekiem kokosowym* i bulionem (ew. dopełnić wodą, tak, aby dynia była całkiem zakryta). Zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 40-50 minut, co jakiś czas mieszając. Zdjąć z ognia, zmiksować na gładko w blenderze/malakserze. Gdyby było za gęste, można dodatkowo rozcieńczyć mlekiem kokosowym lub wodą. Zweryfikować doprawienie i w razie konieczności dosolić, zwiększyć ilość curry itd. Podawać posypane kolendrą.
* Gdyby było bardzo gęste, rozcieńczyć wodą.
Makaron dyniowy był choćby rok temu, ale z małżami - nie. Dynia jest słodka, małże słono-morskie, chilli pikantne...
Składniki: oliwa, 1-2 ząbki czosnku, 1 mała suszona/świeża papryczka chilli, 400g upieczonej dyni, ok. 200g mrożonych małży, 100ml wody lub wytrawnego białego wina, sól, opcjonalnie: parę kropli sosu rybnego, sok z cytryny; natka pietruszki lub parę liści szałwii, 200-250g krótkiego makaronu (np. kokardki) lub papardelle
Nastawić wodę na makaron. Rozgrzać odrobinę oliwy na większej patelni, przesmażyć zmiażdżony czosnek z rozdrobnioną papryczką chilli, po chwili dodać małże, wymieszać na patelni i zalać wodą/winem. Przykryć, gotować ok. 8-10 minut w przypadku małży zamrożonych i połowę tego czasu w przypadku rozmrożonych. Odkryć, dodać dynię (np. z grubsza pokrojoną), wymieszać z pozostałymi składnikami, oprószyć solą i gotować na średnim ogniu, mieszając dość często i rozgniatając dynię z powstałym sosem. W momencie, gdy dynia będzie zupełnie miękka i połączona z resztą składników, odstawić z ognia. Przed wymieszaniem z ugotowanym makaronem sprawdzić doprawienie - ew. dosolić (można to zrobić za pomocą sosu rybnego) i skropić cytryną - i dorzucić posiekaną natkę pietruszki lub porwaną szałwię. Po wymieszaniu z makaronem od razu podawać.
Wykonałam także chutney dyniowo-jarzębinowy, korzystając z tego, że wokół rośnie ich sporo. Jak wyszedł, przekonamy się za jakiś czas, bo powinien najpierw trochę dojrzeć, zanim wykorzystam go jako dodatek do sera czy szynki. Przepis za pismem Weranda Country, którym od czasu przeprowadzki regularnie obdarowuje mnie rodzicielka :), lekko przeze mnie zmieniony.
Składniki: 200g jarzębiny (najlepiej przemrożonej, np. po dobie w zamrażarce), 300g miąższu dyni, 1 mała cebula, 1 średnie jabłko, 1/2 łyżki startego imbiru, 1/2 łyżeczki mielonego chilli, 1-2 goździki, łyżeczka cynamonu, 165ml octu jabłkowego, 2 łyżki miodu, 70g brązowego cukru (np. ciemnego muscovado), łyżka soli, 3-4 łyżki wody
Wszystkie składniki (warzywa/owoce z grubsza pokrojone w kostkę) umieścić w garnku. Zagotować, skręcić ogień na średni i gotować ok. 40-50 minut. Gdyby masa była za gęsta, lekko podlać wodą. Gdy całość będzie przypominać pomarańczową pulpę**, zdjąć z ognia, odstawić na kilka minut i przekładać do czystych, wyparzonych słoików. Odstawić do zassania do góry dnem lub, jeśli ilość konserwującego octu i cukru Was nie przekonuje, wcześniej krótko spasteryzować.
** Lub, nie łudźmy się, marchewkową papkę dla niemowląt...
Inne przepisy dyniowe na blogu znajdują się TUTAJ.
W części swojej książki poświęconej Żydom włoskim, Claudia Roden pisze, że często ludzie okazują zdumienie, "że są Żydzi we Włoszech". Osobiście dziwię się ich zdumieniu, i od razu przychodzi mi do głowy Kupiec Wenecki - sztuka, którą w dzisiejszych czasach się ciężko czyta i ogląda, ale podobno Shakespeare był bardzo, jak na koniec XVI w., postępowy, czyniąc Żyda bohaterem swojej sztuki (niezależnie od tego, jak antypatyczny to bohater i jaki los go spotyka). Pierwsze getto powstało właśnie w Wenecji, gdy w roku 1516 odseparowano ludność żydowską od pozostałych mieszkańców miasta, i przeniesiono ich do tzw. Ghetto Nuovo. Obecnie znajduje się tam dzielnica Cannaregio. Z tego miejsca i z książki Claudii Roden, pochodzi proste danie - makaron z sardelami i czosnkiem. Przy okazji jego prezentacji chciałam poinformować, że za niecały tydzień we Wrocławiu zacznie się Festiwal Kultury Żydowskiej. Ja w nim nie będę mogła osobiście uczestniczyć, ale może ktoś z czytelników dołączy. Jeśli nie, oto makaron z żydowskiej Wenecji (z moimi minimalnymi zmianami):
Składniki:
2-3 ząbki czosnku
łyżka oleju
100g sardeli w oleju (anchois, osączonych, olej zostawiony)
natka pietruszki
ok. 225g krótkiego makaronu (Claudia sugeruje razowy, ja nie przepadam, więc użyłam pszennego jasnego)
pieprz
Sos robi się b. krótko, więc najlepiej zabrać się za niego tuż po wrzuceniu do wrzącej wody makaronu i posolenia go. Rozgrzać łyżkę oliwy i ok. 1-2 łyżeczki oleju z rybek, dorzucić posiekany czosnek, chwilę przesmażyć, dodać rybki. Gotować na średnim ogniu, rozgniatając delikatnie rybki podczas mieszania (choć najprawdopodobniej same się rozpadną), aż makaron się nie ugotuje. Wymieszać odcedzony makaron z sosem sardelowym, dodać pietruszkę i sporą ilość świeżo zmielonego pieprzu. Gdyby makaron był za suchy, podlać dodatkową oliwą lub olejem z sardeli. Podawać na ciepło lub zimno.
Makaron jest mocno słony, i sądzę, że taki ma być: jeśli ktoś jednak chce delikatniej, może wymoczyć wcześniej sardele w mleku.
I skończyła się Wielkanoc. Nie wiem, jak Wy, ale wciąż mam pełno sernika i innych ciast, a żurek musiałam zamrozić, bo trochę przeceniłam moce przerobowe. Gdy tak stałam i gotowałam, i piekłam, a pora obiadowa się zbliżała, jasne było, że obiad będzie z gatunku prościej być nie może*. Stąd ten makaron doprawiony oliwą z czosnkiem i chilli, czyli jak my robimy spaghetti aglio olio e peperoncino.
Składniki (na dwie osoby): 225-250g spaghetti, 5-6 łyżek oliwy (ok. 80ml), 3 ząbki czosnku, 1 długa papryczka chilli (lub inna ilość świeżych/suszonych ostrych papryczek, do smaku), natka pietruszki, opcjonalnie: odrobina świeżo startego parmezanu
Gotujemy makaron. Gdy zacznie zbliżać się do końca czasu gotowania (ok. 3 minuty przed końcem), na małej patelni delikatnie rozgrzewamy oliwę, dodajemy posiekany czosnek i drobno pokrojoną papryczkę (bez pestek, chyba, że chcecie jeszcze ostrzej). Całość podgrzewamy, by oliwa przeszła smakiem przypraw, ale uważamy, by nie przypalić czosnku. Ugotowany, odcedzony makaron szybko mieszamy z oliwą z czosnkiem i chilli, posypujemy pokrojoną natką (ilości dowolne) i przekładamy na talerze. Opcjonalnie można posypać szczyptą (naprawdę niewielką ilością) świeżo startego parmezanu lub podobnego sera. Jeść od razu.
* Tak, wiem, że technicznie może być jeszcze prościej ;)
A więc to było przed Świętami. Po Świętach zaś, poza ww. sernikami i żurkiem, zostały mi w lodówce różne pojemniki, zawierające a to jarzyny z wywaru na żurek, a to grzybki marynowane, a to niedojedzone wędliny. Innymi słowy, świetny materiał na sałatkę makaronową.
Składniki: ok. 200g ugotowanego makaronu (kolanka, rurki, kokardki lub podobne), parę ugotowanych jarzyn (z wywaru) - 1-2 pietruszki, 2-3 marchewki i niewielki seler, kilka plasterków drobno pokrojonej wędliny, łyżka posiekanych marynowanych grzybków, łyżka chrzanu, kilka łyżek posiekanej zieleniny (u mnie natka pietruszki i parę listków melisy), oliwa, sól, pieprz, suszony majeranek, sok z cytryny/ocet winny
Jarzyny pokroić w kostkę, wymieszać z wystudzonym makaronem. Dodać wędlinę, grzybki, chrzan i zieleninę. Skropić oliwą, dokładnie wymieszać. Doprawić do smaku solą, pieprzem, majerankiem, octem lub sokiem z cytryny. Odstawić na ok. 10-15 minut przed jedzeniem.
Wyobraźcie sobie, że zjedliście na obiad pieczonego kurczaka (np. takiego z dynią lub podstawowego). Został wam po nim korpus, jakieś samotne skrzydełka i sos z pieczenia. Możecie wszystko wywalić, ale nie polecam, bo szkoda. Możecie zachować kości i mięso na nich na bulion. Możecie też zrobić jedną rzecz - zlać sos z pieczenia do miski/pojemnika, dodać mięso obskubane z kości i wykorzystać całość nazajutrz lub po dwóch dniach jako sos do długiego makaronu (najlepiej spaghetti lub linguine). Sos może zawierać sporo tłuszczu, ale po schłodzeniu w lodówce zbierze się na powierzchni i będzie go można łatwo usunąć.
Pomysł na ten obiad wyczytałam w strumieniu świadomości Nigelli w How to eat i jestem jej za to dozgonnie wdzięczna, a nie wiem, czy sama bym na to wpadła. Szczerze mówiąc, czasem mam ochotę upiec kurczaka tylko po to, by zrobić ten makaron. Resztki z pieczenia zazwyczaj są bardzo esencjonalne i mocno doprawione, choć smak warto oczywiście sprawdzić; można sos też lekko podlać winem, ew. dodać zioła (M ostatnio zaostrzył odrobiną pasty tandoori). Warto go pogotować kilkanaście minut, by odparował i naturalnie zagęścił. Gorący należy wymieszać z ugotowanym makaron i posypać (mniej lub bardziej obficie) natką pietruszki. Ser osobiście żaden mi do dania nie pasuje, ale to już zależy od was :)