Głównie o kuchni, jedzeniu, gotowaniu - ale nie tylko...

Wpisy z tagiem: makaron

poniedziałek, 23 października 2017

Zastanawiając się niedawno nad szybkim sosem do domowego makaronu, który zawierałby i paprykę, i pomidory, trafiłam na ten przepis. Pomysł upieczenia warzyw, zmiksowania i zmieszania z pomidorami wydał mi się genialnie prosty, dlatego trzeba go rozpowszechniać ;). Papryka zasadniczo zyskuje po ściągnięciu skórki, ale jeśli się ją doda do pomidorów, smak jest na tyle stłumiony, że nie ma znaczenia, czy jest obrana, czy nie (o czym się kiedyś przekonałam, przy innym, niezmiksowanym sosie). Możecie jednak ściągnąć najbardziej przypalone kawałki skórki, bo po zmiksowaniu mogą nadać posmak goryczki.

Składniki (4 porcje):

  • 3 większe papryki, w jednym lub zbliżonym kolorze (tj. czerwone i pomarańczowe, ew. żółte i pomarańczowe)
  • 1 średnia cebula
  • 3-4 ząbki czosnku
  • ulubione zioła (np. cząber, tymianek lub oregano), suszone (łyżeczka) lub świeże (łyżka)
  • olej
  • 500ml passaty/przecieru domowego
  • sól i ostra papryka do smaku

Paprykę umyć, wydrążyć pestki, usunąć ogonki, podzielić każdą na 2-4 części. Cebulę obrać, przekroić na ½, ząbki czosnku tylko zmiażdżyć, nie obierać. Warzywa rozłożyć na blaszce, posmarować niewielką ilością oleju i rozrzucić na wierzchu zioła. Piec ok. 25-30 minut w 220 st. C, aż zmiękną a skórka papryki zacznie się przepalać. Lekko przestudzić, obrać czosnek i zmiksować całość w malakserze lub ręcznym mikserem. Wymieszać z passatą, doprawić do smaku. Podawać ze świeżo ugotowanym makaronem, najlepiej domowym, posypane niewielką ilością parmezanu i np. świeżymi ziołami.

PS. W gruncie rzeczy przepis to pochodna TEJ lub TEJ zupy - co napawa mnie tym większym smutkiem, że w tym roku dynie mi nie obrodziły, a ulubionej Amazonki na targu nie dostanę :(.

środa, 20 września 2017

Wiem, że jestem Wam jeszcze winna ostatni wpis z Kanady (winnice i Góry Skaliste, tak kontrastowo), ale znowu pewnie mi chwilę zajmie produkcja, więc przed weekendem się jej nie spodziewajcie. Tymczasem jednak może macie jeszcze cukinię? W moim ogrodzie jest kilka okazów gabarytów mikro lub mini, które jeszcze powinny dojrzeć (obskubałam przed wyjazdem dość dokładnie wszystko, co było choć trochę wyrośnięte, potem było chłodno, więc do zerwania po 2 tyg. była tylko jedna).

Do rzeczy: jeśli macie cukinię lub się w nią zaopatrzycie, mam dla Was dwa pomysły. Obydwa pozornie wymagające pewnej zręczności, ale tylko pozornie! Ja dałam radę, a formowanie czy zwijanie nie są moją mocną stroną.

A więc, na przystawkę mogą być…

Roladki z cukinii

  • Składniki:
  • 10 plastrów cukinii, ukrojone wzdłuż możliwie cienko (jednak nie tak cienko, jak szatkownicą)
  • 3 łyżki fety/sera fetopodobnego
  • 3 łyżki twarogu
  • łyżeczka świeżej mięty
  • hojna szczypta/1/8 łyżeczki lekko ostrej papryki, typu bałkańska (ew. mieszanka słodkiej z ostrą)
  • oliwa, sól

Plastry cukinii lekko posmarować oliwą i lekko posolić, smażyć na rozgrzanej patelni grillowej po ok. 1-2 minuty z każdej strony (aż zrobią się paski), odłożyć na bok. Rozetrzeć fetę z twarogiem, doprawić miętą i papryką. Układać na końcu każdego plastra cukinii (bliżej siebie) kopiastą łyżeczkę nadzienia i zwijać (od siebie) roladki. Układać złożeniem do dołu na talerzu, odstawić na co najmniej godzinę do lodówki do stężenia. Można przed podaniem posypać miętą.

Na danie główne zaś proponuję zeszłoroczny hit – lasagnę ze świeżego makaronu. Lekką, z małą ilością sosu a dużą ilością warzyw. Ta z suchego makaronu oczywiście też jest w porządku, ale tak samo, jak świeży makaron jest lepszy od suchego/suszonego, tak samo lepsza jest wersja zapiekana. M ją przygotował spontanicznie dla letniego gościa, który wyjechał zachwycony i zostało jedno jedyne zdjęcie, ale przepisu nie zapisaliśmy. Cóż, trzeba było odtworzyć, żeby w przyszłym roku nie było wątpliwości.

Składniki (na 2 porcje):

  • makaron domowy z 1/2 porcji,
  • 3 średnie cukinie, starte we wstążki na szatkownicy,
  • garść świeżo startego parmezanu,
  • 1 szklanka przecieru lub świeżych pomidorów, obranych ze skórki i zgniecionych
  • 2-3 ząbki czosnku,
  • sól, pieprz, ostra papryka,
  • garść świeżej bazylii

Ząbki czosnku zgnieść, przesmażyć na niewielkiej ilości oliwy, dodać pomidory, całość zagotować i gotować na średnim ogniu, aż płyn odparuje o połowę. Doprawić do smaku, odstawić na bok. Cukinię po starciu lekko posolić, umieścić na sitku, po ok. 20-30 minutach odcedzić i dokładnie wysuszyć ręcznikiem papierowym lub ściereczką (jeśli z np. braku czasu o posoleniu/osuszeniu zapomnicie, też się nic wielkiego nie stanie, coś danie może być wilgotniejsze).

Przygotować foremkę, w której będziecie robić lasagnę i rozwałkować cienko makaron, przycinając płaty na wymiar wewnętrzny formy. Układać od razu warstwami w lekko natłuszczonym naczyniu: makaron, garść cukinii, sos i liście bazylii, ser, i tak w kółko do zużycia składników. Ostatni płat mocno docisnąć; nie trzeba niczym smarować. Piec ok. 25-30 minut w 190 st. C, do wyraźnego zrumienienia, odstawić na kilka minut przed wyjęciem porcji z foremki. Dobrze pasuje do tego kwaśna sałata lub rukola.

Zapisz

wtorek, 15 sierpnia 2017

Wiem, że część Polski płacze tego lata, że są upały, tzn. przyjmuję to do wiadomości. U nas na północy ;) te upalne dni w 2017 można policzyć na palcach jednej ręki. Powiedziałabym, że konieczność włączania wentylatora jest dla mnie wyznacznikiem tzw. hicy, i do tej pory taka potrzeba zdarzyła się na Mazurach ze cztery razy. Zważywszy na to, że właśnie mija połowa sierpnia, nie spodziewam się zbyt wielu kolejnych takich dni ;).

Niedawnego, wyraźnie chłodniejszego poranka zaczęłam widzieć dookoła siebie jesień. Nie żeby ciemniały mi dynie (to drażliwy temat w tym roku; nie wiem, o co chodzi tym roślinom, ale mam wrażenie, że wyhodowałam grupę ładnych dyniowych wałachów…), ale światło jakieś takie jaskrawe, pajęczyn więcej, rosy więcej, noce jeszcze zimniejsze… Podczas takiego napadu miłej melancholii oraz w aurze "na sweter" powstał domowy makaron z podrobami, które zostały z zamówienia wiejskich kurczaków (sztuk cztery). Bób i cavolo nero to dodatek z ogrodu (tzn. to, co z tego cavolo nero zostało po działaniach ślimaków oraz bielinka, choć twardo z &@*@*!^ walczę).

Uwaga: wątróbka wychodzi, w moim odczuciu, średnio wysmażona, tj. nie krwista, ale kremowa w środku. Jeśli lubicie mocniej wysmażoną, trzeba gotować ją dłużej.

Składniki (2 porcje):

  • 4 wątróbki + 4 serca kurze
  • 2 grubsze plastry boczku,
  • 1 mała cebula,
  • 8-10 ziaren jałowca,
  • kilka łyżek czerwonego wina,
  • mała garść wyłuskanego, raczej młodego bobu*,
  • garść cavolo nero lub jarmużu (same liście, bez nerwów),
  • estragon - 2 łyżki (1/2 do gotowania, 1/2 na surowo do posypki)
  • makaron z ½ porcji z tego przepisu, rozwałkowany i pokrojony w pappardelle

Boczek pokroić w kostkę, wytopić tłuszcz na małym ogniu (gdyby był chudy, trzeba będzie się . Cebulę pokroić w kostkę i zeszklić na boczku. Dodać zmiażdżone ziarna jałowca. Podroby oprószyć solą i pieprzem, przesypać mąką, obsmażyć krótko na patelni z cebulą i jałowcem. Podlać całość winem i dusić ok. 2-3 minut, dodać bób*, jarmuż i 1/2 estragonu. Jeśli to konieczne, podlać wodą, skręcić ogień na mały i gotować pod przykryciem kolejne 7-8 minut (pod koniec zacząć gotować makaron – cienko rozwałkowanemu pappardelle wystarczy ok. minuta od ponownego zagotowania wody i wypłynięcia). Sprawdzić doprawienie. Podawać ugotowane pappardelle z kopiastą chochlą sosu, posypane pozostałym estragonem.

* Gdyby bób był wyraźnie nienajmłodszy, można go dodać wcześniej, razem z winem.

Inny, wyraźnie letni, nie jesienny makaron z podrobami pokazywałam dwa lata temu.

W kilka dni później zrobiło się cieplej – nie na wentylator, ale w sam raz na zużycie drugiej porcji pappardelle z sosem pomidorowym na zimno, bez gotowania. Mąż pomidożerca zachwycony. Jest to prawdziwy domowy fast food, zważywszy na czas przygotowania, ale składniki muszą być naprawdę dobre. Pomidory jednak teraz najlepsze, więc nie powinien być to problem.

Składniki (2 porcje):

  • 1 bardzo duży (lub 2 średnie), soczysty, b. aromatyczny i dojrzały pomidor (np. malinowy lub bawole serce)
  • garść bazylii
  • 1 duży ząbek czosnku
  • szczypta soli
  • ok. 2 łyżek startego parmezanu
  • oliwa (jak najlepsza)
  • makaron z ½ porcji z tego przepisu, rozwałkowany i pokrojony w pappardelle

Pomidora sparzyć, obrać ze skórki. Zetrzeć na tarce o dużych oczkach – można nad sitkiem, żeby złapać sok, można celowo sok zostawić i nie odcedzać, bo przyjemnie ewentualny nadmiar wypić potem z talerza, ale jest to mniej eleganckie. Wymieszać miąższ z ząbkiem czosnku przeciśniętym przez praskę i szczyptą soli. Ugotować makaron, odcedzić. Wyłożyć ½ porcji pomidorów na każdy talerz, dodać trochę parmezanu, bazylię i delikatnie skropić oliwą. Podawać od razu.

A inny makaron z surowym pomidorem już tu się pojawił, z dodatkiem małży. 

czwartek, 18 maja 2017

Do tego, co dobre, człowiek się błyskawicznie przyzwyczaja. Mam tu akurat na myśli domowy makaron ;). Od kiedy uznałam, że zrobienie go to żaden problem, M lubi wałkować, szczęśliwych jaj nam nie brakuje – prawie w ogóle nie jemy kupnego, choć awaryjna paczka leży w szafce. Dodam, że nie suszymy na zapas, tylko ½ porcji jemy od razu, druga ½ leży przez kilka dni w lodówce (poza tym, że lekko ciemnieje, nic jej się nie dzieje, nie ma dyżuru przy maszynce, kłopotu z suszeniem – „znowu mi się skleiło” - i przechowywaniem – „jak ja mam to wsadzić do tego słoja”, ew. „co ci się to tak połamało”). I właśnie ok. 1/5 porcji tego ciasta użyłam do zrobienia dwóch (tak, słownie dwóch) ravioli con uovo, tj. wielkich pierożków z ciasta makaronowego, z żółtkiem i serem w środku (a wcześniej przeczytałam ileś tam przepisów w internecie, które zasadniczo wszystkie powtarzały te same składniki). Dodam, że nigdy tego dania wcześniej nie jadłam, intrygowała mnie jednak technika (dużo łatwiejsza, niż sądziłam!), poza tym przy takich składnikach – co może źle smakować? No, chyba, że ktoś nie jada płynnego żółtka :D

Wyszłam z założenia, że jedno duże raviolo na osobę = przystawka, jestem jednak w stanie sobie wyobrazić zjedzenie maksymalnie trzech na główny posiłek, z dużą ilością jakieś zieleniny jako dodatek. Uwaga, użyłam zwykłego twarogu, i od biedy może być, jednak mimo wszystko lepiej sprawdzi się ricotta – jest łagodniejsza, delikatniejsza i przede wszystkim, się nie warzy.

Składniki (2 sztuki):

  • 1/5 ciasta makaronowego z tego przepisu
  • 2 żółtka
  • 50-60g ricotty
  • garść czosnku niedźwiedziego (lub sezonowych ziół)
  • łyżeczka parmezanu
  • sól do smaku
  • Do podania:
  • 2-3 łyżki stopionego, zrumienionego masła

Przygotować ciasto zgodnie z przepisem, dać mu odpocząć. Ricottę rozetrzeć w misce, wymieszać z parmezanem. 2/3 czosnku niedźwiedziego drobno posiekać, dodać do sera, całość doprawić do smaku solą (powinien być dość wyrazisty). Nastawić wodę do gotowania jak na makaron, można też zacząć pomału stapiać masło. 1/5 ciasta makaronowego cienko rozwałkować na prostokąt. Ser podzielić na pół, ułożyć w odstępie ok. 10 cm na połowie ciasta, w każdej kupce zrobić głęboki dołek o średnicy przeciętnego żółtka. Żółta oddzielić od białek i delikatnie umieścić w dołkach (patrz zdjęcie), zakryć delikatnie pozostałą ½ ciasta. Wykroić ravioli – planowałam użyć okrągłej wykrawaczki, ponieważ okazała się za mała, wykroiłam krążki nożem do pizzy. Gotować ok. 4 minuty w osolonym wrzątku, w międzyczasie posiekać pozostały czosnek. Ravioli delikatnie wyławiać z garnku szumówką, podawać od razu, polane zrumienionym masłem i posypane czosnkiem niedźwiedzim.

Zapisz

środa, 27 stycznia 2016

Wyprowadzka ze stolicy ma wiele zalet. Właściwie każdego dnia (np. wyglądając przez okno) myślę sobie, że mam dużo szczęścia. Dzięki internetowi, poczcie i firmom kurierskim prawie wszystkie miejskie dobrodziejstwa mogę mieć na miejscu. Prawie… bo taki koper włoski zwany fenkułem pojawia się w mojej kuchni wtedy, kiedy go zdobędę podczas wycieczki do źródła (czyt. miasta) lub wyhoduję, a więc niezbyt często. Lokalnie udało mi się go kupić raz i prawie się popłakałam wtedy ze szczęścia*.

M niezupełnie podziela moja słabość do tego warzywa, które najbardziej lubię w formie minimalistycznej, odświeżającej surówki. Niedawno jednak (w Austrii warzywo leży w każdym supermarkecie) spróbowałam kopru włoskiego na ciepło, w prostym makaronie, i ta wersja smakowała nam obojgu. Przepis na blogu Sprouted Kitchen wyskoczył mi wśród pierwszych paru wyników w wyszukiwarce (po tym, jak obejrzałam zawartość lodówki, wstukałam w Google trzy główne składniki), pochodzi jednak z posiadanej przeze mnie River Cottage Veg Hugh Fearnleya. Posiadanej, ale mało wykorzystywanej: choć z rozpędu (i nie łudźmy się, skuszona promocyjnymi cenami, typu 5 funtów) kupiłam kilka książek wąskotematycznych HFW, najbardziej podobała mi się pierwsza, z jaką miałam do czynienia, tj. River Cottage Everyday. Gdy szukam pomysłu na określone warzywo lub owoc, czasem zaglądam do indeksów Fruit czy Veg, ale prawie zawsze książka wędruje potem na półkę. Może jednak powinnam im się bliżej przyjrzeć, zważywszy na udany pomysł na fenkuła…?

W mojej wersji była kwaśna śmietana 18%, bo to miałam pod ręką, można jednak użyć czegoś konkretniejszego (np. crème fraîche, jeśli ktoś posiada dostęp ;). Nie siekałam także drobniej rdzenia fenkuła, bo nie był szczególnie twardy.

Składniki:

  • 1 większa bulwa kopru włoskiego, pokrojona w cienkie pióra („koperek” zachowany i drobno posiekany)
  • łyżka oliwy
  • 2 ząbki czosnku, drobno posiekane
  • ok. 200-225g ulubionego długiego makaronu (u nas spaghetti, ale polecam też domowy, np. z tego przepisu)
  • ok. 4 łyżek śmietany (u mnie kwaśna 18%, patrz wyżej)
  • skórka starta z 1 cytryny
  • ok. 3 garści rukoli
  • sól, pieprz i sok z cytryny (do smaku)
  • starty ser do posypania (parmezan, pecorino lub rodzimy dojrzewający, np. Bursztyn)

Zacząć od nastawienia wody na makaron: sos robi się szybko i makaron kupny, który gotuje się np. ok. 10 minut, powinien tak naprawdę już znajdować się w garnku, gdy zaczniecie zajmować się pozostałymi składnikami obiadu.

Rozgrzać oliwę w dużej patelni i przesmażyć fenkuła przez ok. 5 minut, mieszając tylko jednokrotnie na początku (ma się lekko skarmelizować). Zamieszać, skręcić lekko ogień, dodać czosnek, gotować chwilę, dodać (stopniowo, dokładnie mieszając żeby się nie zwarzyła) śmietanę i skórkę cytrynową. Wymieszać całość, dodać rukolę, ponownie zamieszać, doprawić do smaku solą i pieprzem.

Odcedzić makaron, zachowując ok. ¼ szklanki wody z gotowania, wymieszać z zawartością patelni i, jeśli to konieczne (a u mnie było), zwilżyć całość zachowaną wodą. Skropić lekko cytryną, sprawdzić doprawienie. Podawać natychmiast, posypane wybranym serem i „koperkiem” z fenkuła.

* Co jest i tak niczym w porównaniu z misją z pierwszego roku na Mazurach pt. „gdzie kupić prawdziwy parmezan”. Nie miałam ogromnych wymagań, chodziło mi po prostu o produkt włoski, w jednym kawałku, np. zapakowany próżniowo. W tej chwili już z tym nie ma problemu, ale możliwe, że krzyknęłam, jak go pierwszy raz zobaczyłam w sklepie.

wtorek, 10 listopada 2015

O zasadzie „skoro dziś piątek, to mamy makaron” pisałam kilka lat temu. Od tamtego czasu trochę menu piątkowe jednak urozmaiciłam (np. co drugi tydzień pojawia się tego dnia zupa, jeśli jest chłodno, lub w sezonie cieplejszym - sałatka ;), ale wciąż makaron pozostaje świetnym daniem awaryjnym, jeśli trzeba ugotować coś szybko i z tego, co jest w domu. W ten sposób powstał kolejny makaron z dynią...

Składniki:

  • garść posiekanej dyni (najlepiej o zwięzłym, niezbyt mokrym miąższu)
  • ok. 250g pieczarek,
  • 2-3 większe suszone grzyby,
  • 1 cebula,
  • olej,
  • mała garść liści szałwii
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
  • opcjonalnie: natka pietruszki (ok. łyżki)
  • ok. 1,5 łyżki masła
  • ok. 225g makaronu (krótkiego lub, jeszcze lepiej, szerszego domowego, np. pappardelle)

Cebulę drobno posiekać, zeszklić na niewielkiej ilości oleju. Dodać dynię, przesmażyć, skropić wodą i dusić kilka minut pod przykryciem (w tym czasie nastawić wodę na makaron). Dodać do dyni pieczarki pokrojone w plastry, kilka listków szałwii i wkruszyć grzyby. Smażyć kilka minut, doprawić do smaku solą, pieprzem i gałką, ponownie przykryć i dusić ok. 10-15 minut na małym ogniu, aż warzywa będą całkiem miękkie. Pod koniec gotowania sprawdzić doprawienie.

Pozostałe liście szałwii usmażyć na chrupko na maśle. Wymieszać dokładnie ugotowany makaron z sosem i ew. posiekaną natką, odstawić na minutę pod przykryciem przed podaniem. Każdą porcję posypać przesmażonymi listkami szałwii.

A z innych makaronów dyniowych był:

- taki z jarmużem i boczkiem;

- z małżami;

- "dwa liście";

- efektowne rotolo oraz

- lasagne.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Anglosasi posługują się terminem trigger alert, uprzedzając na np. forach internetowych, że zamierzają poruszyć kontrowersyjny temat. A więc ostrzegam! Będzie o mięsie! Co gorsza, o podrobach.

Nigdy nie ukrywałam, że lubię podroby. Częściej jem je zimą, ale bardzo podziałał mi na wyobraźnię przepis w najnowszej książce Rachel Khoo (Kitchen notebook) pt. „letnie bolognese”. Ja bym powiedziała, że poza tym, że letnie, to bardzo zdekonstruowane ;). Przepis zakładał użycie wątroby jagnięcej, co mnie ucieszyło, bo akurat posiadałam ją w zamrażarce. Potem jednak wczytałam się w składniki, popatrzyłam na wagę posiadanej wątroby i uznałam, że jest jej dużo za dużo. Przepis odłożyłam ad acta, aż przypomniałam sobie o małych porcjach podrobów, które w całości miały stworzyć coratellę (tylko, że się nigdy nie zmobilizowałam do jej zrobienia). W efekcie powstała wersja inspirowana oryginałem; za makaron robiły grubsze od spaghetti bucatini, które mi bardzo tu pasowały. Surowa cebula przypadła w udziale tylko jednej osobie, tej, która nie musiała iść „między ludzi” (czyt. do pracy). Wyszło danie szybkie, lekkie, ale sycące. Można zagospodarować też garść podrobów, które są często dodatkiem do wiejskiego lub ekologicznego drobiu lub (trigger alert! Achtung!) królików.

Składniki (2 porcje):

  • ok. 150-180g podrobów (drobiowych lub króliczych) – sama wątroba lub z dodatkiem serca
  • ok. 75g wędzonego boczku
  • 1 średnia cebula, opcjonalnie: ok. łyżeczki odłożone
  • parę liści szałwii i oregano
  • dwa dojrzałe pomidory, pokrojone w kostkę
  • odrobina dobrego octu balsamicznego, ew. łagodnego jabłkowego
  • kopiasta łyżeczka koncentratu pomidorowego
  • sól, pieprz
  • ok. 200g długiego makaronu (bucatini, linguini, ew. spaghetti)

Zagotować wodę na makaron. Boczek pokroić w kostkę, przełożyć na niewielką patelnię i wytopić tłuszcz na wolnym ogniu. Dodać drobno pokrojoną cebulę (można odłożyć ok. łyżeczki surowej na później, do wymieszania z gotowej daniem), chwilę przesmażyć. Dodać zioła i posiekane (dość drobno) podroby, smażyć chwilę, oprószyć solą i pieprzem, skręcić ogień na mały, patelnię przykryć i całość dusić kilka minut (makaron powinien się już w tym czasie gotować). Wymieszać odcedzony makaron z pomidorami i koncentratem, skropić całość octem, dodać zawartość patelni i ew. odłożoną surową cebulę. Podawać od razu. Opcjonalnie udekorować dodatkowo np. oregano.

A co się stało z wątrobą jagnięcą? Przyrządziłam ją, gdy było dużo chłodniej i całkiem klasycznie, a początek był właściwie taki, jak w powyższym makaronie – boczek, cebula i zioła (tym razem hyzop). Boczek tym razem był bardzo chudy i go wspomogłam niewielką ilością kaczego tłuszczu. Wątrobę pokroiłam w plastry, oprószyłam solą i pieprzem, obtoczyłam w mące, dodałam do boczku i s-ki. Całość po chwili smażenia podlałam lekko czerwonym winem i dusiłam ok. 12-15 minut (chciałam, żeby była dobrze wysmażona). Wciąż najbardziej lubię wątrobę drobiową (jagnięcej bliżej do wołowej – trauma dzieciństwa), ale czasem warto urozmaicić jadłospis.

Teraz mi chodzi po głowie wątróbka z grilla...

czwartek, 23 lipca 2015

Niedawno pisałam, w ramach „Zielono mi” o bobie z przyprawami. Zdjęcie tego bobu wzbudziło (ku mojemu zaskoczeniu) duże zainteresowanie na Facebooku, ale znacznie bardziej popularne okazały się pierogi z bobem. Nigdy ich wcześniej nie jadłam, choć obiły mi się o oczy w różnych miejscach w internecie, a gdy wspomniała o nich Magda Kasprzyk-Chevrieux w artykule o, no właśnie, bobie – klamka zapadła. M podszedł do sprawy sceptycznie, ale przypomniałam mu pierogi z dynią i zamilkł. Dodam, że końcowy produkt mu bardzo smakował ;).

Składniki:

  • ulubione ciasto pierogowe, moje jak zawsze (zużyłam łącznie około 360g ciasta)
  • 500g ugotowanego i wyłuskanego bobu
  • ok. 100g wędzonego boczku
  • ½ drobno posiekanej cebuli
  • ok. 2 łyżek drobno posiekanych ziół: lubczyk, koperek*
  • sól, pieprz
  • ok. 2-3 łyżek stopionego masła i dodatkowa garść lubczyku

Boczek wytopić na małym ogniu na suchej patelni, podkręcić ogień, chwilę przesmażyć, dodać cebulę, zeszklić. Wymieszać z bobem, całość rozgnieść, dodać zioła, doprawić do smaku. Farsz jest gotowy do nadziewania pierogów. Gotowe pierogi polać masłem z lubczykiem, przygotowanym analogicznie do szałwiowego czy koperkowego.


W temacie strączkowych z grządki: we Francji jedliśmy w jednym miejscu całe przesmażone strąki bardzo młodego groszku. Ponieważ groszek nam w tym roku obrodził i mamy i strąki jeszcze zupełnie miękkie, i gotowe do łuskania, na obiad zjedliśmy super prosty i szybki makaron.

Składniki:

  • ok. 200-220g makaronu
  • garść jak najmłodszych (zupełnie miękkich) strąków groszku
  • oliwa (ok. 1,5 łyżki)
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 tajska papryczka chilli
  • ok. 4 łyżek wyłuskanego groszku
  • parmezan

Gdy makaronowi zostało niewiele czasu do ugotowania, na patelni rozgrzać oliwę, przesmażyć drobno posiekany czosnek i chilli. Dodać strąki (może pryskać), smażyć ok. minutę. Wymieszać z ugotowanym makaronem, przełożyć na dwa talerze. Każdy posypać dwoma łyżkami groszku i (dość hojnie) świeżo startym parmezanem. Podawać natychmiast.

Jako taki PS nie na temat, bo z kategorii "owocowo", ale porzeczki pomału się kończą: próbowaliśmy czerwonej na pieczywie? Konkretnie na wieloziarnistym chlebie, z dodatkiem miękkiego koziego sera, miodu i czegoś zielonego (tu: liście rzodkiewki)? Polecam :).


sobota, 27 czerwca 2015

Od dawna makaron domowy robiliśmy według jednego przepisu (tzn. TEGO), zmieniając tylko ewentualnie mąki. Najczęściej używałam mieszanki uniwersalnej lub tortowej pszennej z tzw. kaszką makaronową. Ostatnio jednak M oznajmił, że taka wersja jest zbyt delikatna. Zaproponowałam, żeby użyć mieszanki mąki pszennej z semoliną - i na tym ostatecznie się skończyło, jednak wcześniej M znalazł także inny przepis bazowy (na portalu Serious Eats). Powiem szczerze, że podziwiam zapał do eksperymentowania i cierpliwość autorki (mnie by się szybko skończyła) - polecam zajrzenie do linku choćby dla zdjęć porównawczych. Makaron z ostatecznie opracowanego przez nią przepisu jest smaczny i bardziej treściwy (choć, jak napisałam powyżej, w naszym makaronie jest ponadto dodatek semoliny). Minusem jest to, że wymaga większej liczby jaj/żółtek niż metoda 100g mąki = 1 jajo, ale coś za coś...

Przy okazji testów (łącznie 3 razy) sprawdziliśmy, że jednak grubiej wałkowany makaron (3 ustawienie od końca w maszynce) nam bardziej smakuje. Po właściwym wysuszeniu (wreszcie w miarę opanowaliśmy sztukę suszenia w gniazdach, bo wcześniej różnie z tym bywało...) dobrze się przechowuje w temp. pokojowej.

Składniki (zasadniczo za tym przepisem):

  • 150g mąki pszennej uniwersalnej/tortowej
  • 150g semoliny
  • 2 duże jaja
  • 4 duże żółtka
  • łyżeczka soli

Wymieszać mąki i sól w misce, zrobić na środku dołek, wbić jaja i żółtka. Wyrabiać ciasto mikserem z hakiem (polecam), ew. ręcznie, aż całość będzie elastyczna, gładka, dość twarda. Ciasto lekko omączyć, owinąć folią, odstawić by odpoczęło w temperaturze pokojowej co najmniej 30 minut.

Kawałki ciasta lekko rozpłaszczać wałkiem i kilka razy przepuścić przez pierwsze ustawienie maszynki do makaronu, składając za każdym razem jak list (ew. wykonać tą czynność ręcznie). Wałkować na dalszych ustawieniach maszynki (u nas do 7 z 9), ciąć na np. tagliatelle. Powstały makaron zwinąć w gniazdko, dokładnie omączyć, lekko otrzepać, ponownie uformować w gniazdko (jak np. na zdjęciu powyżej) i odłożyć np. na blaszkę do wysuszenia. Blaszkę umieścić w ciepłym i suchym miejscu (jeśli pogoda i temperatura nie sprzyja, można wykorzystać np. ciepło resztkowe piekarnika). Podczas suszenia regularnie (i delikatnie) gniazdka przewracać, żeby się nie zlepiły (co pozostawione same sobie zapewniam, że zrobią). Wysuszone gniazdka przełożyć do np. szczelnego worka strunowego lub pojemnika i przechowywać w suchym miejscu.

A gdy już mamy ten makaron, można zjeść na obiad minimalistyczne danie. Z bobem. Takim, jak rok temu, tylko jeszcze oszczędniej: tylko bób, boczek, oregano w ramach ziół, a z przypraw tylko sól i (dość obficie) pieprz. Po co więcej?

niedziela, 03 sierpnia 2014

To chyba jakieś prawo Murphy'ego, że cukinie najpierw wyglądają, jakby miały wszystkie paść albo pozostać w postaci mikro, a potem w cudowny sposób się przemieniają w gigantki. A, i owoce dojrzewają wszystkie jednocześnie. Przynajmniej u mnie tak bywa co rok (poza debiutem ogrodniczym i cukinią-wałachem*).

Jak dwa czy trzy lata temu, szukam sposobów na w miarę nienudne wykorzystanie cukinii (i nie myślę tu o rozdawnictwie ;). Poza różnymi pieczonymi, smażonymi itd. był udany omlet (niestety jedzony w pośpiechu i niesfotografowany), chleb z dodatkiem cukinii i nasion kopru włoskiego oraz parę eksperymentów, o których poniżej.

Cukinia małosolna

Lubicie ogórki małosolne? Lubicie cukinię? Pokrójcie ją w plastry lub słupki i przygotujcie tak, jak ogórki, tylko trzymajcie w zalewie o ok. dobę krócej. Świetna do kanapek lub dodatek do sałatek, albo przegryzka.

Cukinia grillowana z rukolą

Gdy upał doskwiera a czasu mało, obiad musi być szybki i najlepiej prawie na zimno. Grillowane plastry cukinii (wcześniej pokrojonej wzdłuż, lekko posmarowanej olejem lub oliwą) po wymieszaniu z garścią pieprznej rukoli, doprawieniu lekko delikatnym octem lub cytryną i solą mogą stanowić podstawę sałatki. Można je także wymieszać ze świeżo ugotowanym makaronem, dodać trochę parmezanu i np. łyżeczkę kaparów.

Jajka w kokilce z plastrami cukinii

Dawno tak nie przyrządzałam jaj, po tym, jak M zbojktował metodę z kąpielą wodną, jako dającą zbyt wodnisty/delikatny składnik główny. Ostatnio jednak w paru miejscach (np. u Rachel Khoo) widziałam przepisy na to danie pieczone solo w piekarniku. Postanowiłam spróbować i – o cudzie – mąż zaaprobował.

W skrócie, krótko przesmażyłam ok. 10 plasterków cukinii z małą cebulą, lekko posoliłam, rozłożyłam między dwie lekko natłuszczone foremki żaroodporne. Na to wyłożyłam po łyżce sosu pomidorowego (nie jest konieczny, ale miałam resztkę domowego...) i sera koziego (twarogowego), posypałam świeżym estragonem i świeżo zmielonym pieprzem, wbiłam jajo – co wyglądało tak, jak powyżej.

Piekłam ok. 12 minut (ale warto obserwować, czy nie wyjąć wcześniej) w 200 st. C (termoobieg), przed podaniem posypałam dodatkowym estragonem.

A sezon cukiniowy dopiero się zaczął...

* Im bardziej o tym myślę, tym bardziej nie mogę w to uwierzyć (choć sama tego dziwoląga wyhodowałam) – może tam jednak były jakieś kwiaty żeńskie, tylko owoce zgniły, gdy nie było mnie na miejscu? Z drugiej strony, jeśli może być lato na Mazurach bez komarów, jak tegoroczne...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi

Ptasia on Pinterest
Page copy protected against web site content infringement by Copyscape
Durszlak.pl POMOŻECIE? PustaMiska - akcja charytatywna