Musiałam zrobić, zanim sezon się skończy. Powiecie, że dopiero się zaczął, ale jak się zaraz wyjeżdża do zupełnie innej strefy klimatycznej, to po powrocie można zastać figę z makiem, a nie rabarbar. A skoro zrobiłam i jestem zadowolona, musiałabym chociaż na szybko opublikować (zamiast się np. pakować) i podczepić pod akcję Olcik (vide banner).
Przepis to właściwie połączenie dwóch - tego na lody waniliowe (z 1/2 składników, tj. na bazie 5 żółtek) oraz tego na pieczony rabarbar, przy czym:
* upiekłam ok. 450g rabarbaru, zasypałam go cukrem waniliowym (ok. 6 pełnych łyżek) i zalałam zamiast wodą, białym winem (ok. 80ml)
* do żółtek poza cukrem dodałam trzy łyżki ostudzonego syropu, który wytworzył się z pieczonego rabarbaru i wina
* do ostudzonej bazy lodów, tj. kremu angielskiego (custard) dodałam wystudzony, odcedzony, lekko rozdrobniony rabarbar, wymieszalam i umieściłam w maszynce do lodów, dalej postępowałam zgodnie z instrukcją do maszynki. W przypadku braku maszynki należałoby masę cierpliwie ubijać, zamrażać, ubijać, zamrażać przez kilka godzin.
Lody są kwaskowate, bardzo mocno rabarbarowe i lżejsze od innych wariantów, które robiłam. Twardnieją jednak mocniej niż wersja bez owoców i warto wyjąć je z zamrażarki ok. 20-30 minut (w zależności od temp. mieszkania) przed jedzeniem. Chcąc uzyskać lody bardziej kremowe a mniej owocowe, trzeba by dać o ok. 1/2 mniej rabarbaru.
Bardzo lubię przepisy bazowe, które zawsze się sprawdzają i które można modyfikować. Należy do nich przepis na lody, z którego korzystam. Nie tak dawno temu prezentowałam klonowo-orzechowe, a ostatnio zrobiłam dwa nowe warianty: makowo-rodzynkowe i pomarańczowe. Te pierwsze podane zostały - jak poniżej - z makowcem, drugie - Christmas Cake. Po obu deserach zostały jedynie wspomnienia, ale zapewniam, że oba warte były skosztowania.
Oba warianty lodów bazują na przepisie na lody waniliowe (przy zastosowaniu 1/2 składników, tj. 5 żółtek itd.), przy czym:
W wariancie pomarańczowym: nie dodajemy wanilii do śmietanki, natomiast do cukru i żółtek wlewamy łyżkę Cointreau, a już do wystudzonej masy, do maszynki do lodów, dodajemy skórkę startą z 1 pomarańczy i sok z połowy-całego owocu.
W wariancie makowym dodajemy wanilię do śmietanki oraz na koniec do maszynki do lodów 2 łyżki suchego maku i ok. 3 łyżek rodzynek, co najmniej 30 minut wcześniej namoczonych w podgrzanym rumie/brandy (u mnie pochodzące z tzw. magicznego słoika, w którym trzymam stale rodzynki zalane alkoholem).
Jeden i drugi wariant mi smakował, choć chyba gdybym miała wybierać, głosowałabym za pomarańczowymi.
Kiedyś, dawno temu, bardzo lubiłam lody Scholler Movenpick pt. Maple Walnut, czyli o smaku syropu klonowego i orzechów włoskich. Niedawno sobie o nich przypomniałam i przy okazji orzechowej zabawy (vide banner) postanowiłam zrobić swoją wersję. Wyszło pysznie (choć nie wiem, czy smaku tamtych lodów nie przypominał jednak bardziej krem do ciasta z Maltesers). W wersji bez orzechów, z samym syropem klonowym, lody były także bardzo smacznie. Bazowałam na naszym sprawdzonym przepisie na lody waniliowe, robiąc deser z 1/2 składników (na 4 wizualnie skromne - ale te lody są bardzo sycące - porcje).
Składniki: 5 żółtek, 250ml śmietanki 30%, ok. łyżeczki ekstraktu z wanilii, 60-75ml syropu klonowego (ja użyłam pełnej po brzeg miarki amerykańskiej 1/4 cup), ok. 80g posiekanych orzechów włoskich (i ew. dodatkowe do dekoracji)
Utrzeć żółtka z syropem na puszystą masę/kogel mogel. Śmietankę zagotować z wanilią, odstawić do ostygnięcia na ok. 15 min. Wlać śmietankę do kogla mogla, dokładnie wymieszać, przelać wszystko z powrotem do rondla i POWOLI podgrzewać, do momentu, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Uwaga, by nie zagotować! Dokładnie wystudzić. Wlać do maszynki do lodów, dodać orzechy i postępować jak w instrukcji. W opcji bez maszynki należy masę umieścić w zamrażarce i co ok. 30 minut wyjmować i dokładnie roztrzepywać ręcznie lub mikserem, aż zacznie wyraźnie zamarzać, i schłodzić kolejne kilka h.
Lody warto wyjąć na ok. 15 minut przed jedzeniem do lodówki. Można podawać udekorowane całymi orzechami lub połówkami.
Z jednej strony, z cytrusami kojarzy mi się raczej zima, zwłaszcza para: Boże Narodzenie i pomarańcze (o czym pisałam w jednym z pierwszych postów na tym blogu). Z drugiej strony, chyba najwięcej cytryn i limonek zużywam latem - do napojów, do doprawiania ryb i drobiu, do deserów - bo są orzeźwiające i pasują do lekkich dań. Takich, jak poniższe placuszki, które znalazłam w książce Sophie Dahl (Miss Dahl's voluptuous delights) i trochę, z konieczności, zmodyfikowałam. Idealne na letnie śniadanie w ogrodzie lub na balkonie.
Składniki (dla 4 osób, u mnie równo z 1/2 składników dla 2): 225g ricotty lub, u mnie, zwykłego twarogu, 2 jaja, 125 ml mleka (u mnie chudego, u Sophie półtłustego), 60g mąki (u Sophie orkiszowej, u mnie pełnoziarnista, drobnomielona Lubella), łyżeczka proszku do pieczenia, łyżka płynnego miodu lub dowolnego cukru (u Sophie syrop klonowy lub z agawy), 2 łyżeczki skórki z cytryny (nie cackałam się i starłam mniej więcej z 1/2 cytryny), 2 łyżeczki oleju (u mnie masła)
Jaja rozdzielić na białka i żółtka. Żółtka rozetrzeć w misce z twarogiem i mlekiem, dodać mąkę, proszek i miód/syrop/cukier. Białka ubić na pianę, delikatnie domieszać do reszty, dodać skórkę z cytryny. Na patelni rozgrzać olej lub masło i smażyć małe placuszki (po kopiastej łyżeczce) na złoto-brązowy kolor (u mnie bardziej brązowy ;) ok. 1-2 minuty na stronę (widać, że są gotowe do odwrócenia, jeśli jest dużo pęcherzyków i brzeg stały - jak przy innych pankejkach/blinach). Masa jest bardzo delikatna i większe placuszki będą b. trudne do odwracania/przenoszenia (ja nawet z niektórymi małymi miałam problemy), więc warto być cierpliwym i usmażyć więcej mniejszych. Podawać od razu, z dodatkiem jogurtu naturalnego lub twarożku i miodu, bądź z owocami/domowymi przetworami.
Miłośnicy wszelkich naleśników, racuszków, pankejków itd. nie będą zawiedzeni. Te są leciutkie, delikatnie cytrynowe. I nie, te na zdjęciu powyżej nie są spalone, tylko mocno wysmażone ;)
Druga cytrusowa propozycja to lody limonkowe, znów w wykonaniu domowego lodziarza (M). Przepis taki, jak tu(z 1/2 porcji, czyli z 5 żółtek), z tą różnicą, że z pominęciem wanilii, a z dodatkiem - domieszanym na sam koniec, do lodów już schłodzonych w maszynce do lodów - skórki i soku z 2 limonek. Gotowe lody warto wyjąć z zamrażarki do lodówki na 15 minut przed planowanym spożyciem.Jeśli chodzi o smak, to sczerze powiedziałam M, że to jedne z lepszych lodów, jakie do tej pory zrobił - gęste, śmietankowe, ale z mocną nutą cytrusową. Idealne na lato.
Powoli mój M awansuje do roli domowego lodziarza. Szczególnie, że zainwestowaliśmy w kolejny dodatek do naszego robota kuchennego, tj. maszynkę do lodów. Jednak wychodzą z niej gładsze desery niż przy metodzie ręcznej.
Lodziarz domowy specjalizuje się w produktach tradycyjnych, bazujących na żółtkach i śmietance. Oto lody waniliowe, które stanowiły deser po ostatnim obiedzie rodzinnym. Małżonka cytuję słowo w słowo ;):
Bierzesz 10 żółtek, ucierasz dokładnie na kogel mogel ze 150g cukru. 0,5l śmietanki 30% zagotowujesz z laską wanilii (lub ok. 3/4 łyżki ekstraktu), odstawiasz do ostygnięcia na ok. 15 min. Wlewasz śmietankę do kogla mogla, dokładnie mieszasz, przelewasz wszystko z powrotem do rondla i POWOLI podgrzewasz, do momentu, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Uwaga, by nie zagotować! Dokładnie wystudzić. Wlać do maszynki do lodów i postępować jak w instrukcji. W opcji bez maszynki należy masę umieścić w zamrażarce i co ok. 30 minut wyjmować i dokładnie roztrzepywać ręcznie lub mikserem, aż zacznie wyraźnie zamarzać, i schłodzić kolejne kilka h.
Jedyna uwaga, jaką mieli konsumenci (zwłaszcza ja) to taka, że lodów było za mało (bo były zrobione z 1/2 porcji). Na górnym zdjęciu są ozdobione sosem truskawkowym, który przybył w gości.
A na deser dla czytelników, w kontekście lodów "I scream, you scream, we all scream for ice cream", czyli Roberto Beninghi i spółka z Poza prawem* Jarmusha:
* Jedyny film (poza Gwiezdnymi wojnami - Mrocznym widmem, oglądanym po raz chyba 3-ci, po północy na Sylwestra) na którym zasnęłam. Ale tą scenę lubię :)
Do tej pory zrobiłam jeden udany sorbet, ale lodów zawierającym mleko lub śmietankę, z których byłabym zadowolona - nie. Rzecz w tym, że nie posiadam maszynki do lodów. Jestem jednak, jak wspominałam, uparta... i zrobiłam ostatnie podejście. Udało się! Przepis Anny del Conte, z Gastronomy of Italy. Robiłam z 1/2 porcji.
Składniki: 1 litr pełnego mleka (użyłam nie-UHT) lub 500ml śmietanki kremówki i 500ml mleka, 8 żółtek dużych jaj (najlepiej od szczęśliwych kur...), 300g cukru (imho można by dać trochę mniej - może 250g?), skórka z 1 sparzonej cytryny (obrana w jednym pasku, ew. dwóch)
Mleko zagotowujemy ze skórką cytrynową i połową cukru, odstawiamy do wystudzenia. Żółtka ucieramy z pozostałym cukrem na kogiel-mogiel. Pomału dodajemy wystudzone mleko (bez skórki cytrynowej, którą wyrzucamy), cały czas mieszając. Stawiamy na średnim/niewielkim ogniu (lub w kąpieli wodnej) i cierpliwie gotujemy, aż masa zgęstnieje (będzie lekko pokrywać łyżkę). Uwaga: posiadacze kuchenek gazowych lepiej niech wybiorą ogień mały, ale na witroceramicznych lepiej od razu przejść na średni, bo na małym można by czekać i godzinę na zgęstnienie. Gotową masę od razu umieszczamy w misce/zlewie z zimną wodą i mieszamy stale przez minutę, zostawiamy do ostudzenia. Przekładamy albo do maszynki do lodów i dalej jak w instrukcji, albo do pojemnika do zamrażarki (podobno najlepiej metalowego, dałam do "plastusia") i następnie przez 2 h co 20 minut roztrzepujemy lody widelcem, by nie powstały grudki. Gotowe lody są gotowe po ok. 6h od początku schładzania.
Nie ma grudek! Lody są lekko cytrynowe, całkiem lekkie - pewnie ze śmietanką byłyby bardziej kremowe, ale i tak nie zgadłabym, że są "tylko" z mleka. Sądzę, że zamiast skórką, można by aromatyzować mleko laską wanilii. M pochwalił, ja zadowolona - i zaczynam myśleć o maszynce...
PS. Gdyby kogoś ciekawiło - M na drugim zdjęciu czyta po raz kolejny Harry'ego Pottera (przygotowujemy się na najbliższą premierę filmową :)